Julka_15

  • Dokumenty 14 543
  • Odsłony 702 867
  • Obserwuję 562
  • Rozmiar dokumentów 19.4 GB
  • Ilość pobrań 345 725

Medeiros Teresa - Lennox Witch 1 - Amulet

Dodano: 8 dni temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 8 dni temu
Rozmiar : 1.1 MB
Rozszerzenie: pdf
Odsłony: 6
Pobrania: 4

Medeiros Teresa - Lennox Witch 1 - Amulet.pdf

Julka_15
Użytkownik Julka_15 wgrał ten materiał 8 dni temu. Od tego czasu zobaczyło go już 6 osób, 4 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 154 stron)

Prolog Media nie bez po wo du n azywają ten ol brzymi a partament fortecą, p omyślał Michael C op perfield, po raz trzeci zmien iając wi ndę w wieżowcu Le nnox T ower. Wystukał k od do stę pu i n acisnął odpowied ni numer. Drzwi otw orzyły się z sy kiem n a dz iewięćdziesiątym p iątym p iętrze. O parł się p ok usie i nie s po jrzał na pa noramę Man hattan u n ocą. Ru szył p rzed sie bie, a gdy d otarł n a ko niec beżowe go k orytarza, zdecydowanym pc hnięciem otworzył drzwi. - Proszę, wejdź , n ie musisz pu kać - p rzywitał go osc hły g łos . C op perfield rzucił na stół p oranne wydan ie „Tim esa". - Właśnie wróciłem z C hicag o. C o to, u d iabła , ma znaczyć? - za pytał, wskaz ując na główek na pierwszej str onie. Ch łodne, szare o czy odwr óciły się od mig oczącego ekran u k omp utera i sp ojrzały na zwi niętą gazetę. - Myślę, że nie muszę ci teg o tłumaczyć. Przez tyle la t byłe ś moim d oradcą p ersonalnym, więc chyba u miesz czytać. Co pperfield po patrzył na mężczyznę, kt órego od dw udzie stu p ięciu lat uważał za s woje go przyjaciela i kt óry od siedmi u lat był je go p racodawcą. - Cóż , czytam cał kiem n ieźle. Nawet między wierszami. - P od nió sł gazetę i zaczął czytać. - „Tristan Lenn ox, założyciel, dyrekt or i posia dacz wię kszo ści akcji Lenn ox Enter prises, oferuje milio n do larów k ażdemu, k to ud ow odni ist nien ie magii. R ozmowy odb ędą się jutr o ran o przed bu dyn kiem Len nox

Tower. Eksce ntryczny młody milioner czeka na po ważnych k an dydatów". - Co pperfield energ icznie zwinął gazetę, ja k g dyby chciał uformować z n iej po dobiz nę szefa. - P oważni k an dydaci? Ju tro ran o, zanim wzej dzie sł ońce, b ędzie sz tu miał wszyst kich o perator ów hor osko pu n a telefon, k anciarzy i osz ustów, k tórych o drzucił Geraldo! - Geraldo j uż dzwonił. Dałem mu tw ój numer dom owy. - Jak mogłeś zrobić coś ta k nieos trożne go po tym, ja k w ko ńcu uda ło mi się wyrobić ci reputację i zd obyć szacune k d la two jej firmy? Tristan s pojrzał na n ieg o z roz bawieniem. - Dam ci dziesięć tysięcy do larów, jeśli przes taną mnie n azywać młodym milio nerem. Mam trzydzieści dwa lata. Nie jes tem już ta ki mło dy. Uwagę Tristana przyciągnął sz um faksu. W szt ucznym świet le dołecz ki w je go po liczkac h wydawały się je szcze wyraźniejsze, a twarz n abrała sur owo ści. Kiedy n acisnął przycisk, a tym samym p otwier dził p rzejecie rent ownej fir my, zajmującej s ię opr ogramowaniem k omp uterowym, sfrustrowany C op perfield omal nie wyrwał so bie z g łowy mo dnego kucyka. - Jak dł ug o zamierzasz u legać tym idi otycznym k aprysom ? Aż cał kiem zruj nujesz wiarygo dność firmy? Aż cały N owy J ork będzie s ię z ciebie śmiał, tak ? - Aż znaj dę to, czeg o szukam. - A czeg o, lub k ogo, sz ukasz ? Tristan, k tóry od d ziesięciu lat ig nor ował us zczypliwe pytania C op perfielda, wyłączył faks i komp uter, po czym w stał z o brot oweg o fotela. Kiedy p od szed ł d o p ół noc nej śc iany, o tworzyły się niewi doczne d o tej pory drzwi gardero by, W p un ktowym świetle rozjaś niającym je go kr oki uk azało się p omieszczenie dwa razy większe od całe go mieszkan ia C op perfielda. Nie miał wyboru . W ob awie, że rozmowa z takiej od legł ości może wywołać ec ho, Co pperfield p od ążył ś ladami szefa. Tristan uruc homił a utomatyczny wie szak n a krawaty. - Czasami myślę, że cel owo się z tym afiszujesz – p owiedział C op perfield. - Trzymasz lu dzi n a dystan s, żeby n ie mo gli cię zranić. - Od dychał miarowo i sp ok ojnie. - C hcesz, żeby wszyscy p amiętali o tamtym ska ndal u. Przez k rót ką chwilę słychać było jedynie s zum ob racających s ię n a wieszak u krawatów. Tristan wzruszył obo jętnie ramionami. Zdecydował , że do g arnitur u o d Armanieg o b ędzie pa sował bo rdowy, jedwa bny, w d robne p aseczki. - Demaskowa nie szarlatan ów to moje ho bby . Takie samo ja k gra n a gie łdzie czy zbieranie obraz ów Picassa. - Z wprawą wiązał krawat, sp og lądając kp iąco na Co pperfielda. - Alb o p odrywanie bu limicznych su permodele k na czekola dki „Go- d iva" C op perfield założył ręce na piersi. - Znow u kazałeś przesz ukać moje miesz kanie? A m oże wypatrzyłeś to w tej sw ojej sz klanej k ul i? Ja przynajmniej daję czek oladki. O ile pamiętam, o statn ia model ka, k tórą ci p rzed s tawiłem, usłyszała je dynie „dziękuję" , gdy było j uż po wszystkim. Na twarzy Tristana po jawił o się coś, co u kog oś mn iej o stroż nego można by uznać za zawstydzenie. - Mój asyste nt miał jej wysłać k wiaty. - Z maho nioweg o p ud ełeczka wyjął platyn owe spi nki d o rękawów . - Jeśli mart- wisz się o mó j mili on do larów, Co pperfield, nie potrzeb nie tracisz energię . Je stem o statnim człowie kiem, k tóry wypłaci taką n agro dę. - Jak to m ówią, w k ażdym cynik u bije serce rozczarowa nego o ptymisty. Tristan minął go , po prawiając spi nki, a jeg o twarz zn ów przybrała o bojętny wyraz. - Kto ja k k to , ale ty chyba wie sz, że o d d awna n ie wierzę w czary. - Tylko ta k mówisz , przyjacielu- mruk nął po d no sem C op perfield. - Tak mówisz. Przez c hwilę przyglą dał się wi szącym na wie szaku krawatom, aż uz nał, że skromny model od braci Br oo ks po dkreśli ko lor je go o czu . Sch ował go d o k iesze ni, a g dy się odwr ócił, za uważył, że automatyczne drzwi zamykają się bezszelest nie za wych odzącym Tristanem.

Po dbie gł do wyjścia i zaczął walić pięściami. - Hej! Wypuść mnie! Niec h cię c holera, Tristan! Ty aro gan- c ki sk ur.. . - Za drzwiami rozbrzmiewał śmiechy gdy C op perfield pr ób ował wyważyć zamknięte drzwi. - Do dia bła, co jeszcze mnie dziś spotka ? Od powie dź po znał c hwilę p óźn iej, g dy zgasł o ła go dne ś wiatło, za programowane, by świecić w o bec ności szefa. W ko ńcu jed nak u dał o mu s ię wydos tać z pu łapki. D ziewczyna ciężko u siadła n a mio tle. Związana n ad ko l- a nami sp ód nica od słoniła łyd ki o dzia ne w czarne po ńcz ochy. Zb łąkany wiatr rozwiewał szeleszczące li ście i splątywał jej wł osy, tak że co c hwila mus iała od garniać z czoła o pa dające k osmyki. Na jej ramionac h pojawiła się gęsia skórka. Chwyciła ob urącz mi otłę i zamk nęła oczy. Pró bowała przyp omnieć so bie zaklęcie, kt órego n auczyła s ię prze d c hwilą, ale s kurcze w łydce nie p ozwalały s ię s ko ncentr ować. Wykrzykiwała magicz ne słowa, jed nak miotła n awet nie d rgnęła. Ściszyła gł os. Z jej ściś nięteg o rozczarowan iem gardła wyd obywał s ię je dynie szept. W o czach miała łzy. Czyżby przez cały czas tylk o się osz ukiwała ? A m oże rzeczywiście była b eznadziej ną czarown icą? Zawsze się teg o obawiała. Pol uzowała tasiemki spinające su kie nkę i wydo była szmaragd owy amulet zwisający na jej delikat nej szyi. C ho ć u krywała g o przed o czyma ciekaw skich i z wyjątkiem k ilk u n aprawdę wyjątk owych moment ów najczęściej g o ig norowała , zawsze je dna k czuła , że po win na n osić swój amulet na sercu, n iczym symbol wstydu. - Sacre ble u, chcę latać - mruk nęła p od no sem. Na gle miotła szarp nęła d o p rzod u i równie g wałtow nie się zatrzymała. Amulet s po kojnie s poczywał na jej sercu, które łomotał o teraz jak oszalałe. Nie zwracając u wagi n a n ieusta nne zmiany n astroj u, p ow oli z djęła złoty ła ńcuszek z szyi i ś cisnęła amulet. - Chcę latać - wyszeptała, p ochylając się na d kijem. Nic. Westchnęła, kiwając głową nad własną n aiwnością. W tym momencie brzoz owa miotła wzn iosła się w po wietrze i zatrzymała. Dziewczyna jed ną nog ą do tykała ziemi, po p lecach przec hodziły jej ciarki. - Leć! - roz kazała. Miotła wz biła się w górę i ruszyła w k ierun ku dęb oweg o za gajni ka. Wzniosła się na zawrot ną wyso kość, po czym zaczęła spa dać, przeciągając pasażerkę kil ka metrów p o ziemi, by p o chwili znowu wystrzelić w nie bo. Rozra dowana dziewczyna przestała zwracać uwa gę na n iebez pieczeństw o, jakim g roził o la tanie na brzoz owej miotle w ok ół niewiel kiej p ola nki . Im g ło śniej się śmiała, tym szybciej miot ła przemierzała przestw orza. Wydawało się, że lada moment wz bije się ta k wyso ko, że do leci n a ks iężyc, k tóry uk azał się właś nie n a popołudni owym niebie. Z wysiłkiem utrzymywała się n a miotle. Gdy po czuła się wystarczająco p ewnie , jej n iezwykły po jazd wzbił się znow u w p owietrze, p rzeleciał na d najwyższymi d ębami i rów nie szyb ko wyląd ował. Tak gwałtow ne spot kanie z ziemią w prawiło d ziewczynę w os łupienie. Rzęziła jak wyrzucony na brzeg do rsz, modląc się w du chu, by jeszcze raz n abrać p owietrza w p łuca. Kie dy od zyskała od dech , p od niosła głowę i rozejrzała się w posz ukiwaniu miotły. Zauważyła ją k ilka metrów dalej. Wypluła liście , kt óre wpa dły jej do us t, i po dnios ła porz ucony w trawie p ojazd. Niezadow olenie u stąpi ło, g dy p ocz uła, że jej d ło ń je st d ziwnie g orąca. Kiedy rozl uźni ła ści śnięte w pięść pa lce, jej o czom u kazał s ię lśniący amulet . Z otwartymi ze z dziwienia u stami p atrzyła, jak szmaragd mrugnął, po czym zgasł. Z ciemneg o las u wyłoni ł się nagle mężczyzna, je dnak d ziewczyna była zbyt zajęta sw oim od kryciem, by to za uważyć. Przybysz uśmiec hnął s ię triumfalnie i ruszył w kieru nku wi osk i. Promie nie wsc hodząceg o księżyca ła go dnie igrały na je go s iwiejących skro niach .

Część pierws za 1 Gdyby kt oś o dważył się po informować pa nnę Arian Whitewo od o niebez pieczeństwie , jakim grozi uprawia nie czarów w Massach usetts w 16 89 rok u, zapewne z ostałby wyśmiany przez p ewną swej nieśmierteln ości dwu dziestolat kę. Każ dy, z wyjątkiem o jczyma, kt órego darzyła o grom nym szacun kiem i w pew nym sensie wymuszo ną mił ością. Siedziała na krześ le i poł ożywszy ręce na ko lanac h, wpatrywała się w pło nący w kom inku og ień i sł uchała jeg o tyrady n a temat sł ug szata na i czarnej magi i. Prób na przemowa z dawała s ię w prawiać w wię ksze zakł opotanie mówcę niż je go sł uchaczkę. W je dnej dło ni ścis kał cie nki mo dlitewni k, dr ugą zaś po prawiał s talow osiwe włosy. Wzrok wbił w n ieokreślo ny pu nkt tuż za jej g łową. Arian wystukiwała o śwież o wyczyszczoną po dłogę wes oły rytm i słuc hała hi storii o tym, jak krowa G oo dy Hub bins na gle zaczęła d awać zsia dłe mleko. Uśmiech nęła s ię n a wid ok brzoz owej miotły, n iewin nie op artej o kominek. - Arian! - krzyknął Marcus Whitewo od. - Czy ty n ie słyszałaś , c o po wiedziałem ? Twoja dus za jest w śmiertel nym n iebez pieczeństwie, moje dziecko! - Wybacz, ojcze Marcusie. Przez c hwilę byłam myślami g dzie i ndziej . Proszę, módlmy się d alej. Marcus, wyczuwając jej z nu dzenie i ob ojęt ność , jeszcze raz przygła dził dłonią wło sy.

- Nie d alej jak wczoraj pan i B urke sk arżyła s ię, ze g dy jej c órka C harity, czytając katechizm, zo baczyła cię przez o kn o, d os tała atak u szał u. - Pewn o wpa dła w szał z nu dów - mruk nęła po d n os em Arian . Nie miała o dwa gi p owie dzieć Marcus owi, że po przed niej n ocy ta sama C harity, dziewczyna o ko ńskiej twarzy, łomo tała z de speracją d o ich drzwi i pr osiła, by Arian p rzepowie działa jej przyszłość z fusów po herbacie. - O n ic cię n ie os karżam, córk o. Myślę je dna k, ze d la sw ojeg o b ezpieczeńs twa po win naś wiedzieć , co m ówią we wsi Martwię się n ie tylko o twoją d uszę. Arian chrząk nęła. - Nig dy n ie b ędę p urytanką i on i d obrze o tym wiedzą. C ho dzę na te ich nie kończące się zebra nia tylk o ze wz ględ u n a ciebie . Nienawi dzą mnie, o dkąd p rzybyłam do Gloucester. Niezadow olenie Marcusa po woli mijało. D obrze pamiętał wydarzenia sprzed d ziesięciu lat Stał w do ku i n erwowo miął k apel usz - po tem musiał g o od dać d o reperacji. Mod lił się p o cic hu, gdy je go oczom ukazała się dro bna postać odziana w czerwo ną pelerynkę , z walizeczką w dłoni. Wzruszenie ścis nęło mu gardł o, tak że nie był w stanie wygł osić po witania, ja kie sob ie p rzygot ował. Znu dzona mała p odr óżnicz ka zmierzyła go wzrok iem o d stó p d o g łów i zapytała zas kak ująco n iskim gł osem: - Gdzie je st moja mama? C zyżby znow u ucie kła? Od teg o czasu dziewczyna uro sła o kil kanaście centymetrów, ale jej chrapliwy gł os i świ drujące sp ojrzenie nadal od bierały mężczyznom pew ność s iebie. Bu ntowniczo zał ożyła ręce na p iersi. Marcus z byt d obrze znał te n ge st. - Nic ic h nie ob chodził o, że m ówię p o francusku i no szę marszczone hal ki. Ba bcia uważała, że w po dróży d zieck o po win no być d obrze ubra ne. - Twoja b abcia wierzyła też w czary, mło da dam o - po groził jej pa lcem. - Ta stara Fra ncuzka zatruła twój umysł czarną magią. - Białą magią - pop rawiła go Arian. - Babcia by ła c hrześcijanką . Nie chciała mnie tu wysyłać. Zmarła w rok p o moim wyjeździe. Arian mrugała, pró bując pow strzymać łzy. Ukoc hana b abcia nie przewi działa, że za nim d ziewczynka d otrze n a miejsce, jej matka umrze, a o na trafi p od op iekę sur owego o jczyma, kt órego n ig dy wcześ niej nie widziała n a oczy. - Obiecałem tw ojej matce, ze dam ci n azwisk o i za pewnię sc hro nienie - p owie dział Marcus . p atrząc jej pr osto w oczy. - Lilia n, umierając, n ie mo gła mówić i cały czas k aszlała krwią. Myślała tylk o o to bie. Miała n adzieję, że wszyscy troje uł ożymy s ob ie tutaj życie. Widząc jeg o smut ny uśmiech . Arian zroz umiała, dlacze go jej fry wolna mama ta k uwiel biała te go pr oste go, spo koj neg o mężczyznę. Odwróciła wzrok, uświa domiwszy so bie, że ni gdy nie z nała i właściwie n ie lubiła ko biety, k tórą ta k bardz o k oc hał i k tórą u tracił. - Jesteś taka niewin na. Arian - powie dział Marcus. - Smak owity kąsek dla szatana. Twoje d ziecin ne mikst ury i o sz ustwa t o dla nie go łatwa zd obycz. Wiem, że n ie chciałaś ni ko go s krzywdzić, ale ludzie ze w si te go n ie wie dzą. Dla n ich jeste ś u partą dz iewczyną, kt órej bo ją się, bo jest i nna. - Ależ ja n ie przyrządziłam ża dnej mikst ury, od kie dy spal iłeś mi s prosz kowane mysie n og i i wylałeś k rew niet operza - zapewn iła szczerze. Marcus po łożył dłoń n a jej ramieniu . - Pozw ól mi mod lić się za twą du szę, c órko. Uklę knijmy i pr ośmy Najwyższego , by uw olnił cię ze szp onów czarnej magii , k tórą w tw oim czystym sercu zasiała babka. Opa dając p osł usz nie n a ko lana. Arian w d us zy po wtórzyła: B iałej magii! Wiedziała, że pr otest na nie się tu nie zda. U klękła na s pó dnicy, g dyż mo dły czasami p rzeciągały się w n iesk ończ oność. Marcus otw orzył cien ką książeczkę i zaczął mo not onnie czytać modli twę za modli twą. Arian cz uła, ja k po d drapiącą., weł nianą s ukien ką po plecac h spływa jej struż ka po tu. Otworzyła jed no oko i zobaczyła, że Marcus całk owicie zat opił się w medytacji. P omyślała, że na darza się zna komita

o kazja, by wyprób ować no wą wiedzę i talent . Zmrużyła oczy i sko ncentrowała się na cyn owym św iecznik u sto jącym na k omin ku. Ten martwy prze dmiot o t ta k, p o pr ost u, k us ił sw oim b ezruchem. Chcąc ud ow odnić, że istot nie po siad ła n iezwykłą moc, Arian powo li wzięła w dło nie szmaragd owy amulet i zacisnęła n a nim palce. Uśmiechnęła się, wi dząc, ze świecz nik się un osi. P okiwała g łową z zadowoleniem i w prawiła go w p owietrzny tan iec. - Arian! Krzyk Marcusa wytrącił ją z k on centracji. Ciężki świeczni k z h uk iem spa dł na podłogę t uż obok k lęcząceg o mężczyzny. Arian westc hnęła. - Wybacz mi, ojcze... Ja... nie chciałam... Zamilkła, wi dząc, jak wstaje, blady niczym papier. - Chce sz mnie z gu bić, córk o?! - zaw ołał, zasłaniając dł on ią o czy. - Nie zniosę te go! Wybiegł z d omu, nie zważając n a no cny ch łód i wiatr. Arian s iedziała i za stanawiała się , czy p rzypadk iem n ie straciła w te n s po sób jedyne go przyjaciela. K s iężyc był już wysok o, gdy Arian us łyszała na sc ho dach cięż kie kro ki Marcusa. Siedziała w pó łmroku przed wiel kim l ustrem i pr ób owała rozczesać sp lątane włosy. Szczot ka ut knęła właś nie w p lątani nie lo ków, g dy skrzypnęły d rzwi d o sypial ni Marcusa, a po chwi li trzasnęły. Po deszła do o kn a, jak g dyby sz ukając u ko jenia w mro ku no cy. Ot uliła się wytartą n arzutą i usia dła na wąskim parapecie. Patrzyła n a chmury, k tóre pły nąc po nie bie, p rzesłaniały jas ny k siężyc, i marzyła, by zabrały ją z so bą. Zawsze cią gnęł o ją d o magii. Wierzyła, że czarodziej ska moc zas pokoi tę nie określ oną tę sk notę, kt óra rosła przez te wszystkie lata, k iedy z dana była na łas kę i n iełaskę b oga tych k oc han ków matki . Je dynym stałym pu nktem o dn iesie nia był p od niszczony z biór b aśni, który dos tała na trzecie urodzi ny od ba bci W wyo braźni zwiedzała egzotyczne k rólestwa , gd zie rządzili czarow nicy, wiedźmy i k siężnicz ki o krucz oczarnych wł osach . Ich towarzystwo był o jej d uż o milsze od szal onych zabaw, k tóre wymyślała matka, brzęk u sz klanic z wi nem czy p omruk ujących n ieznajomych mężczyzn. Zdecydowa nie częściej d o snu ko łysały ją od głosy kł ótn i niż b ło ga cisza. Drżała w ciemn ości, pró bując za pamiętać, gd zie jest D opiero gdy z do była się na od wagę, by zapalić świecę, mogła o dd ać s ię le kturze uk ochanej ks iążki i przestać za stanawiać się nad tym, gd zie i kim jest o raz kim chce być. Zazwyczaj n ad ranem w po koju p ojawiała się matka, bla da, ale p ięk na, i o znajmiała, że czas się p ak ować. Nim zapa dł wieczór. Arian znajd owała się w ko lejnym dom u, a jej matka w łóżk u k olej nego mężczyzny. Oparła cz oło o chło dną szybę. Jej bezcenna ks iążeczka za ginęła po dczas p odr óży do ko lonii, a matka ś pi sn em wiecznym w kamieni stej ziemi Massach usetts. Jedyną pamiątką , ja ką Arian teraz p os iadała, by ł szmaragd owy amulet -o zd oba, kt óra zawsze w prawiała ją w zaciekawien ie, po mieszane z dumą i po gardą. Wyjęła g o s po d no cnej ko szu li i przyjrzała mu się z szacu nkiem. Jej n iep oradne zaklęcia zawo dziły, aż do dzisiej szego p op ołud nia n a pola nie. To ws pomnie nie przyprawiło ją o dreszcze za dowo lenia, ale i strach u. M oc, przep ływająca przez jej ciał o, k tórą dziś p oczu ła, by ła n iczym p ocał unek pi oruna. Czyżby jej wro dzona zd oln ość p o pros tu o bjawiła się p o w pływem no wych b od źców ? Czytała wiele op owia dań o te go ro dzaju talizmanach. P oczątk ująca czarownica p otrzeb uje ic h do czas u, aż u wierzy w s wój tale nt Zastanawiała się, czy p osia da je szcze ja kieś in ne z dol ności, ale p o dramatycznym s po tka niu z Marcusem nie miała o dwa gi bu dzić sw ojej mocy bez wyraźnej potrzeby. Ścis nęła amulet w na dziei, że mó głby do dawać jej o tuc hy i przyn osić rad ość. Otuliła się d ok ład niej k apą i nawet nie za uważyła, kie dy zamk nęła oczy. Tym razem, zamiast śnić o kr uczowło sym k sięciu , kt óry je dnym po cału nkiem potrafiłby od czarować ciemn ości Gl oucester, z obaczyła mężczyznę o wło sach ja snych

ja k p romienie sł ońca i chł odnych o czach, p ołysk ujących n iczym szr on. Westchnęła przez sen , g dy ogare k św iecy z sy kiem zato pił się w w osk u, w puszczając do sypialn i ciemno ść no cy. D om , w kt órym gromadzili się mieszka ńcy wio ski, był c hło dny. Jesie nny wiatr przeg nał już letni u pał. Arian przygła dziła s uk ienkę i uk rad kiem przyglądała się sto jącemu przed nią mężczyźnie. Twarz o jczyma była n iewzruszo na. Je go kamien ne ob licze n awet nie drg nęło po dczas śniada nia, kie dy bezsk utecznie pr ób owała za bawić g o rozmową. K uk urydza na sł od ko, k tórą ta k lu bił, po została niet knięta w drewnia nej misie. Wypił k ub ek w ody, po czym bez sł owa wstał od s toł u i wyszedł n a ze branie. Arian n ie p oz ostał o n ic in neg o, jak czym p rędzej włożyć n a g łowę b iały czepek i ruszyć za nim. Wielebny Lin net już od trzech g od zin wygła szał kaza nie, a je go gł os stawał się c oraz d on ośniejszy. Za k ażdym razem, g dy straszył og niem pie kielnym, p od kreślał wagę sw oich sł ów waląc w u nie sieni u p ięścią w pu lpit mów nicy. Arian po raz p ierwszy była pod wrażeniem jeg o mowy. - Bracia, Bó g Wszechmogący przywió dł nas d o Glo ucester. Uratował na s ze sz po nów szatana , u wol nił od p ok usy łatweg o życia, za k tóre zapłacil iśmy krwią n aszej wiary. Przywiódł n as przez morze t u, na tę ziemię. O bronił nas przed b urzą i zarazą. Arian przywołała w myśli o braz ko nającej matki, k tóra u du siła s ię własną krwią. - Tam, gd zie na ziemi żyją d obrzy lu dzie, zawsze p ojawia s ię szatan , by k usić do grzech u. - Zniżył g ło s i c hoć prawie sze ptał, w szyscy ob ecni do kła dnie słyszeli każde jeg o sł owo. - Pamiętajcie słowa Pana , za pisane w Księdze Hi oba: „Zdarz yło s ię pew nego dn ia, g dy syn owie Bo ży u dawali się, by stanąć p rzed Pa nem, że i szata n też poszedł z n imi". Arian ze w strętem, ale i zazdrością patrzyła n a s ku pio ne twarze wiernych, zasta nawiając się, jak to możliwe, że w tym prze dstawieni u dostrzegają coś wartościowe go. - Szatan p rzysyła do n as sw oje sł ugi dlate go, ze jesteśmy d obrzy. Szatan jest sprytny. Wie, czym może nas sku sić. Pamiętajcie, że L ucyper był naj pięk niejszym z a nio łów niebiesk ich. Nie był o n a nie bie g wiazdy, kt óra świeciła by św iatłem ja śniejszym n iż jeg o o blicze. Nie zap ominajcie o tym, b o złapie was w si dła p ięk na. Czy szata n wió dłby n as n a po kuszen ie brzydotą ? C zy zesłał by ohy dnego p otw ora, by n ękać n asze bydł o i wpędzać n iewin ne dzieci w szaleń stwo? W sali przez chwilę pa nowała cisza. Wierni pytając o r ozglą dali s ię wo kół s iebie. - Nie! - wykrzyknął wiele bny Li nnet. - Jest między n ami p ięk no, ale jest i zło . Szatan czyha n awet tu. w tym świętym miejsc u. Wszyscy siedzący w ławach zaczęli pomrukiwać. Arian o ddyc hała nie spok ojnie, ale nie była w sta nie się r uszyć. Wielebny Li nnet patrzył jej pr ost o w oczy, paraliżując swym surowym wzro kiem. - Ani oły szata na p od chodzą coraz b liżej. Te d zik ie i rozwiązłe s tworzenia latają w n ocy p o n iebie i wyją do księżyca. Nie możemy temu dł użej zaprzeczać. Szatan i je go sł ugi są tu , w Gl ouces ter. A teraz uk lęk nijmy i razem odm ówmy Mo dlitwę Pa ńsk ą - zak ończył ciszej. Arian siedziała nier uchomo, ciężko o ddyc hając. Marcus mo dlił s ię w sk up ieni u. Tylk o jed na gł owa p oz ostała p od niesi ona, tylko je dna para oczu p atrzyła przed sie bie. Wielebny Li nnet stał wypro stowany i przeszywał Arian gn iewnym sp ojrzeniem. Z je go u st ła godnie sączyła się Mo dlitw a Pańska . Arian tł umiła płacz, s trach ści skał jej gardł o. Wstała i wybiegła przej ściem miedzy ławkami, nieświa doma ciszy, ja ka zapa dła wśr ód z gromadzo nych, i łzy, kt óra spłynęła n a zł ożo ne w mo- d litwie ręce Marcusa Whitewo oda. A rian bie gła do je dyneg o dom u, ja ki z nała. Marcus miesz kał na o dl ud nej po lanie. Ok na dom u błyszczały wesoł o, jak gdyby szydząc z jej p or uszenia. Wbie gła pr ost o na po ddasze, nasł uchując, czy nie podąża za n ią rozgniewany tł um.

Złociste pr omienie sło ńca, wpa dające przez ok no, sprawiły że po woli wrócił jej sp ok ój. Przemierzała po ddasze wz dłuż i wszerz, pró bując zebrać myśli i przypomnieć so bie wszystk o, c o wiedziała n a temat przystoj nego d uc howne go, kt óry p rzybył d o wi oski u biegłej wio sny. Częst o z n ią rozmawiał, gdy wycho dziła z do mu mo dlitwy. Uści sk je go dł oni był ciepły i suc hy. Charity Bur ke ro biła g łu pie miny, gdy się do niej uśmiechał , pani B urke zaś sze ptała jej do uc ha, ze odką d pojawił się w Gl oucester, o trzymał kil ka pr op ozycji małżeń stwa. C harity cierp i teraz z p ow odu atak ów szał u i u waża, że to Arian je st wszystkiemu wi nna. Ręce drżały jej ze zdenerwowan ia. Os karżenie jej o czary prze d Mo dlitw ą Pa ńsk ą był o ze stro ny Linneta bardz o przebie głym p os un ięciem. Wszyscy w Gl oucester wiedzieli, że żad na czarow nica nie zdoła odmówić na głos tej mo dlitwy. G dy roz niesie s ię zło śliwa pl otka o tym, ja k ucie kła z k ości oła, n ik t nie b ędzie pamiętał, że p rzecież z tysiąc razy recytowała z nimi te s łowa. Ale dlacze go Li nnet chciał ją zniszczyć? C zyżby n aprawdę wierzył, że jest s łużebnicą szata na? Uklę kła p rzy łóż ku, wzięła no tatni k, pi óro i zabrała się d o p isan ia. C zas nie ubła ganie ucie kał, a ona , pod wpływem n atch nienia, no towała coś ja k szal ona i gryząc w zamyśleni u cz ubek pióra, sz ukała rymu do słowa „traszka". A rian stała przy ok nie i pa trzyła na zbliżająceg o się do d omu Marcusa. Szedł dr ogą , sku lony, ja k gdyby przygniata g o ciężar k lęski . Po chwili na sc ho dach rozległy się o dg łosy je go ciężkic h kro ków. Słysząc skrzypienie drzwi. Arian o dwróciła s ię w stro nę wch odzącego ojczyma. Wbił wzro k w podłogę i opuścił b ezradnie ręce. - Wczoraj w nocy rozmawiałem z wieleb nym Lin netem. Nie wie działem, że op owie wiernym o mojej spowiedzi. - Wydaje się, że szlac hetny du chowny zas koczył nas wszyst kich. Marcus pod niósł głowę, w jeg o błęk itnych oczach wi dać był o udrękę. - Przeko nał po sterun kowego In gersolla, by cię aresztował. Mam zaprowa dzić cię na przesłuc hanie. Ludzie mi zaufali. - To zaufanie coraz bardziej mu ciążyło. - Czy myślisz, że je stem zła ? - zapytała przerażona jeg o wyznan iem. Nie miał od wagi spojrzeć jej w oczy. - Twoja matka, zanim odnalazła B oga, była k rnąbrną ko bietą. - Wielkie m usi być B oże miłosierdzie , skor o wybaczył je j grzec hy ― wtrąciła Arian. - Nie bluź nij, moje dziec ko. Pamiętaj o przykazaniac h. P owin naś sza nować o jca i matkę . - Szan owałabym mojeg o ojca, g dyby moja matka znała jeg o imię - p owiedziała rozg oryczona. Nie mo gła się po wstrzymać i wzięła w dł oń amulet. - A więc n ie u ważasz mnie za złą, tylko za kr nąbrną kobietę. Taką jak moja matka. - Myślę, że grasz w dziecin ną grę, kt órej nauczyła cię b ab ka. Wiem, że p osia dasz moc. Ta moc nie p oc ho dzi od B oga . - Je go gł os załamał się . - W Wielkiej Księdze wyraźnie p otę pia się czary. - Tak, wiem: „Niech ni kt n ie go dzi się, by czarownica żyła ob ok n ieg o". - Arian p oł ożyła rękę na jeg o ramieniu. Nie wie dzieć czemu wydało jej się. że ten ge st go usp ok oi. - C ho dźmy. Przytulił ją d o siebie. - Nie płacz, moje dziecko, bo tego n ie mó głbym znieść. - Nie b ądź śmieszny, ojcze Marcusie. Czarow nice n ie płaczą. Jej drżące us ta przeczyły jednak tym słowom.

2 Szła pew nym kr okiem, aż do chwili , gdy na błot nistej dr odze u jrzała czekający na n ią tł um. Gdy przech odzili ob ok C harity Bur ke, kt óra stała, trzymając mat kę za rękę, Marcus d elikat nie po pch nął Arian do prz odu. Ch arity zamknęła oczy. Czyżby c hciała ukryć zawstydzen ie? - zastanawiała s ię Arian. - Schyl gł owę, czarow nico! Zostałaś z demaskowa na! A teraz żał uj za grzechy! Arian zatrzymała się, słysząc krzyki Goo dy H ub bins , p od niosła g łowę i odważnie s pojrzała w oczy chu dej s tarej pan nie. Go ody Hu bbins o dsko czyła w tył ja k poparz ona. - Czarown ica rzuciła na mnie ur ok! Nie mo gę od dychać! P omocy! Zamknijcie ją! - Trzym ając się za gardło , padła w ramio na stojącej za nią wdowy. Zanim Arian z dążyła wyp owiedzieć sł owo we własnej obr onie, p os terun kowy Ingers oll wyrwał ją z ramion Marcusa . Przed sz opą , która tymczasowo służyła za więzien ie, stał samotny mężczyzna w ogr omnym ka pelusz u, zasłan iającym sło ńce. Arian chciała napl uć mu w twarz, gdy roz poz nała w nim „szanow nego" wiele bnego Lin neta. Otworzył drzwi sz opy, by In gersoll mógł wprowadzić Arian do środ ka. - Sprzedaj mi s wą d uszę , czarow nico, a urat uję cię - u słyszała syk wieleb nego. Drzwi zatrzas nęły się, p ozostawiając ją w z upełnej ciemno ści. Arian drżała, z trudem o pa now ując atak h isterii. Na ziemi leżał o wil gotne sian o cuc hnące stęchliz ną. Za p lecami us łyszała n ieśmiałe k aszln iecie. O dwróciła się. zmrużyła oczy i d ostrzeg ła k ucającą w k ącie karlicę o długich, zmierzwionych wło sach. - Panie nka się nie boi. Nie jestem m orderczynią, tylk o zł odziej ką. Pewni kiem tyś jest tą mł odą czarownicą. Słyszałam, ja k o to bie gadal i. - Arian uśw iadomiła so bie na gle, że z zewnątrz d ob iegały coraz głoś niejsze gł osy zgromadzo nego na plac u tł umu. M ówiąca z ob cym zaś piewem s tarucha zaczęła s ię na gle śmiać. - Oj, chyba n ie lubią cię tak sam o jak mnie. Stara Becca z gnije t u... chyba że mnie p owieszą. Arian o d razu się d omyśliła, ja kim s po sobem ta stara Sz kot ka z nalazła s ię w więzieni u. Purytanie, ch oć sami n iedaw no un iknęli prześ ladowa ń ze str ony big oterii, nie potrafili zdo być s ię na o dr obi nę tolerancj i dla os ób . kt óre nie p od zielały ich o granicz onych po glą dów . Arian n ie zdążyła zad umać się na d sm utnym losem, ja ki przyszło im ob u d zielić, g dy n agle drzwi o tworzyły się i do śr od ka wsze dł Marcus w towarzystwie Li nneta. B ecca czym prędzej zako pała się w swo im kącie w s ianie. Marcus ob racał w dł oniach k apelusz. - Wielebny, w swej dobroci , proponuje nam swą p omoc. - Och, ja k sz lachetnie z jeg o stro ny. - Aria n p atrzyła mu pr ost o w o czy, wie dząc, że n ie ma już n ic do stracenia. Marcus nie zauważył po błażliwe go uśmieszk u Linneta. - Tak, c órko . Był ta k up rzejmy, że w tej trud nej sytuacji za ofe rował ci schr onie nie w sw oim dom u. - Arian s łuc hała jeg o s łów z d użą d ozą po dejrzliwości . - Wielebny zapr oponował, że za bierze cię do sieb ie i wygna demony, kt óre cię op ętały. Lin net uśmiec hał się dobrotliwie. - Idę je dynie za przykładem moje go przyjaciela z B os tonu, wiele bnego Co ttona Mat hcra. Ten szlac hetny d uc how ny o tworzył sw ój d om prze d młodą dziewczyną, k tóra w padła w s idła s zatana. - Wbił wzrok w Aria n, k tóra zaczęła się cała trząść. - Mimo mojej s kromn ości, muszę przyznać, że na ta ki czyn może się zd obyć tylko praw dziwie po bożny człowie k. Marcus kiwał potak ująco g łową. - Jeśli się zga dzasz, mo ja córk o, powia domimy o tym

mieszka ńców wi oski. Wieleb ny Li nnet po stara się ic h prze- k on ać o słu szn ości na szeg o pla nu. Có ż po wiesz na taką wiel kodusz ność? Arian zamknęła oczy, by nie wi dzieć wyrazu nadziei, malująceg o s ię na twarzy Marcusa. - Myślę, że wieleb ny może od razu iść do dia bła ― p owie działa cich o. Marcus o tworzył u sta ze z dziwienia . Li nnet tak moc no zacisnął szcze ki, że aż zaczęły rytmicznie p ul sować. Arian us łyszała s zmer, d ob iegający ze sterty siana . Lin net złapał Marcusa za ko łnierz i p chnął w k ierunku drzwi. - Uciekaj, do bry czł owiek u. T o szatan przemawia u stami teg o u parteg o dziecka. Nie s łuchaj tych b ezeceństw. Marcus, potykając się, wyszedł. Lin net zatrzasnął za nim drzwi , od wrócił się do Arian i patrzył na n ią, mrużąc oczy. Trzymała ręce n a ko lanach , że by n ie wi dział, jak drżą. Czyżby C harity, zaśle piona jeg o u ro kiem, n ie za uważyła okr ucień stwa malujące go się wo kół jego su btelnych us t? Lin net uśmiec hnął się, widząc jej bu nt. - Masz czel ność na igrawać się ze mnie? Wiesz, co cię czeka , jeśli ci nie pom ogę? Zo staniesz po stawio na prze d są dem. J eśli uznają, że jeste ś czarow nicą, zawiśniesz na sz ub ienicy. - Wyciągnął d ło ń, by po gła dzić ją po po liczk u. - Sz ko da, by ta k p ięk ne ciało pochł onął o gień p iekiel ny. Wzdrygnęła się p od jego d otyk iem. - Pierwej ty, pa nie, p oczu jesz żar pie kieł. Nie macie przeciw mnie żadnych dowodów. Jeg o gardłowy chic hot wytrącił ją z równ owagi. - Czyżby? Właśnie teraz, gdy tu rozmawiamy, mieszkańcy wi osk i zap oznają się z moimi zezna niami. Znaleźli ksią- żeczkę z dziecięcymi wierszykami. Są dzą, że to za klęcia. Mają też kilka tajemniczych fiolek i brz ozową miot łę. - Przysu nął się do niej, przypierając ją do ścia ny i mówił cic hym, łag odnym gł osem. - Oczywiście, wszyscy wie dzą, że Franc uzki są bar dziej po dat ne na wpływ szatana , a to przez ich ciemną, skło nną do grzech u naturę. .. przez ic h n ienasyco ną żądzę. .. Jeszcze raz się gnął dł onią k u jej twarzy, ale Arian o dwróciła g łowę. Na samą myśl o je go d otyk u dostała gęsiej skórki. - Potrzeb uję cię, Arian - wyszeptał oc hryple. – Wszędzie cię sz ukałem. Wsunął rękę po d jej su kie nkę. Zas koczo na Arian z tru dem zła pała po wietrze. Po chwili trzymał w dł oni jej szmaragd owy amulet . Z decydowanym szarp nięciem zerwał gra by ła ńcusze k z szyi i zacis nął palce na szmaragdzie. Nie wiedziała, o czym myśli. Arian wyciągnęła rękę i pr ób owała mu wyrwać swo ją wła- s no ść. - Od daj to , nędzni ku! Nie masz p rawa! Ods unął rękę, by nie d osię gła naszyjni ka. Uśmiechnął się zł ośliwie. - Nie ucie knie sz mi, mała czarownico . - Sch ował amulet d o kie szeni i otw orzył drzwi. - Nie bó j się. Zawiśnie sz, je śli tłum n ie rozszarpie cię wcześniej. Zatrzasnął je j drzwi prze d n os em. Arian przez chwilę stała i patrzyła n a n ie, pr ób ując op anować wzb urzenie i d esperacje. Ba ła s ię, że zabierając jej amu let, poz bawił ją je dynej na dziei n a u cieczkę. - Co tak naprawdę zrobiła ś, dz iewczyno? - us łyszała g ło s z k ąta. Pytanie wyrwało ją z zamyślenia. Za pomniała, że nie by ła sama. Os unęła się p o ścian ie, k uc nęła, op arła łokcie na k ola nach i u kryła w d łoniach twarz. - Latałam pod czas peł ni księżyca. Aria n, o dz iana w po łysk ując ą bi ałą suk nię, stał a n a g zymsie o gr omnej wieży i mac hała uw ielbi ającym ją s łu gom. Sł awili je j u ro dę i m agic zną moc. Gdy p os łał a im p oc ału nek, p od ziwi ający ją tł um wy dał okrzyk po dzi wu. - Śmierć czarow nicy! Ob udz ona niesp odziewa nym okrzykiem, Arian otworzyła szero ko oczy. Przeraziły ją odg łosy zbliżająceg o się tłumu. P oderwała się n a rów ne no gi. Do piero teraz p oczuła , że od

leże nia na ziemi b olą ją mięśnie. Kiedy Lin net ki lka g od zin wcześ niej wyszedł, trzaskając drzwiami, Arian s ku liła się w kłę bek i zasnęła. Nagle drzwi się o tworzyły i w pro gu, na tle ks iężyca, u kazali s ię d waj mężczyźni. W g ardle Arian zamarł okrzyk przerażenia. Wzięli ją p od ręce i p op chnęli w k ierun ku wyjścia. Idąc, k ątem o ka za uważyła dr ob ną po stać wymykającą się z sz opy w ciemn ość n ocy. Mężczyźni wle kli ją wą ską ścież ką, k u ra dości wściekłe go tł umu. Cią gnąc ją za wł osy, sprawiali jej ta k ogr omny b ól , że w jej oczach po jawiły się łzy. Mrugała , pró bując je uk ryć, a gdy p od niosła na chwilę g łowę, do strzegła wykrzywioną twarz G oo dy Hu bbi ns. St opy Arian ślizgały się w b ezsilnym b un cie. Wyszli z wio ski i sk ierowali się w niez nanym jej kieru nku. W p owietrzu , zamiast sł one go za pachu morza, czuć był o n adciągającą b urzę. Nagle, bez o strzeżenia, oprawcy rz ucili Aria n n a m okrą trawę. - Spró buj teraz po lecieć, u parta czarownic o! - sy knął na d nią ja kiś g łos. Arian powo li un iosła ob ola łą gł owę. Kil ka centymetrów o bo k s woje go n os a zo baczyła w trawie czyjeś b uty. Wyswob odziła s ię od uś cisk u mężczyzn i resztką s ił wstała , by s pojrzeć Lin netowi pr ost o w twarz. Wieleb ny p od winął rękawy k osz uli, jak g dyby przyg otowywał s ię d o wyk onania za dania, jakie p owierzył mu Bóg. Arian z przerażeniem do strzegła za nim przepaść ciemniejszą n iż no c. - Przynieście po chod nie - rozkazał . - Pora prze konać się, czy jes t czarownicą: Arian pocz uła na gle przypływ od wagi. Złapała Lin neta za wykroc hmalony k ołnierz i przyciągnęła je go twarz ku swojej . - Co zro biłeś mojemu ojczymowi ? On ni gdy by n a to nie p ozw olił. Lin net chwycił ją za nad garstki i ści snął ta k moc no, że zwol niła u ścis k. - Jest w dro dze do B ost onu. P ojechał po sędzie go na tw ój pr oces. - Dlaczego ? Mów, ty łaj. .. - Związać ją - przerwał. Jede n z mężczyzn o bwiązał jej ręce szn urem, dr ugi zaś sp ętał n og i w k ostkach . Lin net, trzymając w d ło ni po chod nię, u sia dł na kamieni u. Tł um n erwowo s zemrał. - Słyszałaś c hyba o pró bie wo dy. Wrzuca s ię d ziewczynę do w ody, jeśl i wypłynie, z naczy, że poma ga jej szata n, a je śli to nie, o znaczą t o, że jes t niewinna. - I ut onie, zanim zdążycie og łosić sw ój id iotyczny werdykt! - krzyczała Arian, p róbując u wolnić się z pęt, - Uciszcie ją. P óźn iej bę dzie miała os tatnie słow o - po lecił Li nnet Jede n z mężczyzn za kneb lował jej usta spoc oną dł on ią. Arian przestała się szamotać. - Jej ojczym przyszed ł do mnie ze łzami w o czach i o po wiedział , ja k pró bowała go zamordować, zrzucając mu na gł owę ś wiecznik , p od czas gdy on modli ł s ię o z bawienie jej duszy. Tłum mruk nął groźnie. - Ale to nie ludz ka ręka trzymała św iecznik , kt óry omal nie p oz bawił życia te go po bożne go mężczyznę- mówił coraz gł oś niej Li nnet. - Prze dmiot ten wirował w p owietrzu , a dz iewczyna, p od opieczna szata na, śmiała się w głos. Pani Bur ke jęk nęła i p adła zemdl ona w ramiona męża. Arian, przewracając z ob rzydzeniem oczyma, w biła zęby w rękę d uszące go ją mężczyzny. Wrzasnął i o depc hnął ją, ale n im zdążyła u ciec, Linnet p od erwał się z kamienia, na k tórym sie dział, i zła pał ją za ramię. Pocz uła jeg o oddech, g dy krzyczał: - Mów, czarow nico! P owiedz, co masz n a swo ją obr onę! Zaprzecz, jeś li te zabawki szatana nie należą d o ciebie. Bezsil na Aria n p atrzyła, jak k ob iety przyn oszą fiolki , k się gę n ad gryzioną p rzez mole i jej bezcen ny zb iór zi ół, k tóre g romadziła przez lata . Na ko ńcu te go żał osnego po chod u szła G oo dy H ub bin s, tri um falnie ni osąc jej mio tłę. - Sam, na wła sne o czy, widziałem, ja k ta k ob ieta latała n a tym szata ńskim wynalazk u - og łosił Linnet . - Leciała w stro nę księżyca, n a rand kę ze sw oim panem. Potem wykrzykiwał co ś n a temat ko pulowa nia z d iabłem,

aż policz ki Arian pło nęły z zażen owania. Tł um przytakiwał i śmiał się, słysząc słowa sw ojeg o duc howe go przywódcy. P och odnie rzucały groź ne cienie , sprawiając, ze znaj ome twarze wyglą dały jak noc ne zjawy. Arian om dlewała ze strach u, ści ska na przez Lin neta, b lis ka utraty przytomn ości. Wbił pałce w jej ramiona. - Mów, czarownic o! P owiedz, że jesteś niewi nna, je śli śmie sz. Tł um wpa dł we wście kłość, a Arian czuła , że jej od waga słab nie. O dchrząk nęła, uci szając zebranych. - Nie jestem sł ugą szatana! Jestem n iewinna! - zaw ołała. - A te diabels kie prze dmioty? - przekrzykiwali się z gromadzeni lu dzie. - Nie zaprzeczaj, znalezi ono je w twoim dom u. Należą d o ciebie! - Czy szk odzi kom uś kilka niezgra bnych wierszy? Jakie krzywdy m ożna wyrządzić brzoz ową mio tłą? A zioła sł użą do przyprawiania potraw. Jed na z k obiet u niosła przydymioną fiolkę.- Nie znam potrawy, którą należało by przyprawić „zmiażdżonymi językami żmij". Arian, z u niesioną gł ową, cze kała, aż u cichną śmiechy. - Praktyku ję białą mag ię. Jestem d obrą czarownicą. Nie s łużę szata nowi . Ludzie n iepewn ie p op atrzyli po sob ie. Lin net u śmiechał się z p olitowan iem. - Wedłu g Ko ścioła n ie ma czeg oś ta kieg o jak biała magia Każda magia jest dziełem szatana i każ dy, k to się nią zajmuje, jes t zły. Roz gniewana Aria n n ade pnęła mu ob casem na p alce, n a co Li nnet zareag ował uszczyp nięciem. Arian pomyślała smut no, że jeśli kie dykolwie k miała uwierzyć w s wój tale nt, to właś nie teraz. O parła s ię łag odnie o pierś Linneta , ja k gdy by się p oddawała. - To twoja os tatnia sza nsa, ma cherie - sze pnął . Zas koczył ją, g ład ko p rzecho dząc na f rancusk i. - Jeśl i od dasz się w moje ręce, o bo je b ędziemy rządzić tym żałos nym światk iem.- Odwrócił się w s tronę tłumu i do dał p o an gielsk u: - Czy c hcesz jeszcze co ś p owie dzieć na s woją o bronę? Arian wiedziała , że Lin net da je jej na prawdę o statn ią szan se Mo gła po ddać s ię i przyznać do czarów . M ogła teraz zaprzedać d uszę d iabł u s prytniejszemu niż wszyst kie p otw ory- razem wzięte, ja kich b ali się mieszkańcy wi oski. - Tak, mam coś ważne go do po wiedze nia! - zaw ołała o dważn ie. - Czas stoi , ch oć zawsze p łynie. Wiatry u stają, c hoć zawsze wieją, Nad p olaną po wiał n agle gorący wiatr. - Miłość nie nawidzi, choć zawsze roś nie! - w ołała Arian, pr ób ując opa nować ro dzący się w n iej strach, że bez amuletu nie ma sza nsy pow odze nia. Nawet jej uk ochana b abcia p oz ostała je dynie przy ziołac h i rozmyślaniach o własnych m ożliwościach. Lin net o dd ał poc hodnię stojącemu ob ok n ieg o mężczyźnie i po pch nął ją w kieru nku ciemneg o s tawu. Arian krzyczała c oraz g ło śniej. Drzw i się o twierają i z amykaj ą z trzaskiem Nó ż pieczętuje i przecin a maskę Cz arownic a zaklin a... całkiem ... Wiatr wiał c oraz sil niej, splatając je j wł osy. Nagle ciemność n ocy przecięła b łyskawica, rozle gły się grzmoty. G oo dy H ub bin s rzuciła miotłę d o stawu i upadła n a kolana, zasłaniając uszy. Arian zdążyła jeszcze n abrać w p łuca p owietrza, g dy Lin net u ni ósł ją lek ko jak p iórk o i wrzuci ł d o lod owatej w ody. Po szła na d no , niczym kamień. T onąc, pr óbowała uwol nić ręce i stopy. Zdjęła cięż kie bu ty i w desperacji objęła udami miot łę. Ch ciała przyp omnieć s obie resztę zaklęcia, za nim pęk ną jej p łuca. Tak, a teraz sk ład niki. O ko traszki , b ellad ona, sa dza, po piół, p azur tr olla.. . Ale w Glo ucester n ie ma przecież tro lli, pomyślała sm utn o Arian. Z te go co wie działa, tro lle zamieszkiwały jedynie krai ny z tych śmiesznych ks iążeczek d la dzieci. No , i czy to za klęcie się rymowało ? Tonęła . Z tru dem o parła się po kusie, by od etch nąć peł ną p iersią. Gdyby tylk o... - p omyślała. Gdyby Lin net nie widział je j lotu....

Gdyby Marcus k ochał ją na tyle, by jej za ufać... Jak g dyby we śn ie, Arian usłyszała rozwścieczo nego Li nneta i melodyjny gł os starej Szk otki . - Pięk na z cie bie czarow nica, a ze mnie pię kna zło dziejka Pil nuj swo jego talizmanu . Należy do ciebie. Nagle, mimo szumu w gł owie, us łyszała stł umiony chl upot a p o c hwili jej o czom ukazał się o pa dający na dn o szmaragd owy amulet Złapała łańcuszek i ścisnęła drętwiejącymi palcami. Gdyby tylk o... Wbrew włas nej w oli otw orzyła u sta, by zaczerpnąć powietrza ale w ok ół była tylk o woda. 3 Arian szeptała w myślach wszystk ie mo dlitwy, ja kie znała, k atolic kie i p urytańs kie. C iśn ienie s tawało się nie d o zniesie nia. Wo da wcis kała się w jej p łuca, żyły, wydawało się , że zajęła n awet miejsce sz pik u w k oś ciach. Nie zważając n a to, że serce łomotało ja k szal one, podkuliła k olana p od br odę. C zuła, że kręcąc się, opada n a dn o i zaraz skręci s obie kark. Ciś nienie coraz szybciej ro sło, aż na gle us łyszała og łuszający ł omot, jak g dyby k to ś rozbił sz klaną ścia nę w ok ół n iej. Siła u derzenia była tak wiel ka, że p ękły sz nury, kt órymi ją związa no. Była wol na. Mog ła o ddyc hać. M ogła chwycić u ko cha ną mi otłę. Mo gła wz nieść się w górę. Arian o tworzyła o czy. Siedziała o kra kiem n a miotle i szyb owała w chmurach. W drżącej d ło ni trzymała amulet. Jej spó dnica p owiewała, susząc się na wietrze. Ciemna ja k atrament no c zaczynała powo li us tęp ować miejsca łag odnemu światł u wsc hodzącego s ło ńca. Ta k b ardzo uc ieszyła się tym, że żyje, że przez moment zap omniała o swoim strach u. Chciała krzyczeć ze szczęścia , ale mroźne p owietrze nie pozwolił o jej wyd obyć głosu. Skierowała miotłę w dó ł, po zos tawiając na d gł ową c hmury. Jej o czom uk azały się po la i jeziora. G dyby ze w szystkich sił n ie ści skała ko lanami miotły, pewn o spa dłaby, przerażona tym wi do kiem.

Zamiast kamieniste go Massach usetts, zo baczyła o bszar g ęsto p okryty wysokimi b udowlami. - Mój B oże, wiec jed nak n ie żyję - westch nęła rozcza- rowa na. Mon strualne b ud owle ze s zkła i stali w n iczym nie przyp ominały bram n iebi os z jej op tymistycznych s nów . Między nimi, niczym ż ółte wstę gi, przesuwały się set ki maleń kich pojazdów . Arian zamknęła oczy i moc niej ścis nęła sw oją miotłę. Wido k, ja ki rozp ościerał się z tej wysok ości, przyprawił ją o zawrót g łowy. Je śli je dnak , mimo wszystk o, myliła się c o d o sw ojeg o l os u i leciała teraz, ta k jak nie dawn o n a po lanie, za chwilę jej miot ła n ada się jedynie d o teg o, by pozmiatać nią po gruch otane k ości . Miotła skręciła w prawo. Arian otw orzyła oczy i za uważyła, że leci p rost o w k ieru nku ogr omneg o k omina . Przerażona zaczęła krzyczeć, lecz n im zdążyła c ok olwiek zro bić, na gle z nalazła s ię w k łębac h dymu. Wydostała się z gęs tej mgły i ka szląc, pr ób owała rozpę dzić reszt ki gę steg o po wietrza. Okazał o się, że nie p otrafi zmienić k ierun ku lot u. Je j miotła n ieu błaga nie zbl iżała się d o n ajwyższego i n ajbardziej błyszczącego budyn ku w okolicy Zbierając resztki o dwa gi. Arian odrz uciła w tył mo kre wł osy, roz platała łańcu szek i włożyła amulet n a szyję. Bez wzglę du na to, czy u celu po dróży przywita ją święty Pi otr, czy sam Belze bub, c hciała wyglądać ja k prawdziwa czarownica. Pięć sek un d p óź niej uświa domiła so bie, że jej mi otła stoi w p łomieniac h. Z c hmur n agle wyłoni ł s ię sm ok i z rykiem p rzeleciał t uż na d jej g łową. H ałas h elik opterów , przelat ujących za o knem Lenn ox Tower, zmus ił Copperfielda do po dniesie nia gł osu. - I c o Trista n, jesteś zad owol ony? Masz tu cały te n cyrk, wszyscy przyszli. Tristan, sie dzący w skórza nym fotelu przy o grom nym stole k onferencyjnym, wykreślił kolejne nazwi sko z listy. - Następ ny! - zawołał . Do sali weszła ko bieta o kręc onych wło sach, w kwiecistej s uk ni- W ręce trzymała mały różowy sweterek - Jeśli da mi pa n d wanaście go dzi n, Pan ie Len nox przysięgam, że o dnajdę p ekińczyka, d o które go n ależy to u bran ko W tym momencie d o sa li wdarł s ię reporter, o de pchnął ło kciem k ob ietę i przystawił Trista nowi pod nos mikrofon - Czy to prawda, p anie Lenn ox, że stymulacja ko mp uterowa p otwierdziła , że Irakijczyk R ichard Ra stasi siłą własne go umysł u z giął łyżeczkę o jedną trylion ową milimetra? Tristan c hłodno od sunął mi krofon. - Następ ny! - Ale ja z nalazłam k luczyki d o samoch odu, k tóre mąż z gu bił p on ad ro k temu . były w s alo nie, po d ka napą! - Kan dydatka zaklęła w ji dysz, g dy je den z oc hroniarzy d elikat nie po pch nął ją w k ierun ku wyjścia. Co pperfield masował p ulsujące skr onie. - Dlaczego zażyłem dziś ran o tylko trzy as piryny? Trzeba był o wziąć p ięć. - W drzwiach stał hi nd uski na uczyciel, na g łowie miał turba n, w je dnej ręce trzymał k osz z naj prawdziwszą k obrą , a w dru giej flet C op perfield jęk nął. - Alb o raczej fiolkę pr ozacu. Roz trzęsiony, patrzył w nie bo. Ry k heli kopterów znacznie p og arszał je go samo poczucie. Dzie nnikarze z „Global Inq uirer" i ,Prattler" krążyli od rana wo kół bu dyn ku niczym sę py. F otorep orterzy p strykali zdjęcia każ demu, kt o tylko uk azał się w o kn ie. C op perfield zasta nawiał się , kt o w reda kcji „Prattlera" w padł n a p omysł, żeby p omalować h elik opter ta k, by p rzypominał reki na. - Następ ny! - d ob iegł g o chł odny g ło s Tristana, kt óry p o wyjściu Hin dusa wykreślił z lis ty kolej ne nazwi sko. Nag ły b łysk światła ob udził drzemiącą w k os zu ko brę, kt óra sy knęła gr oźnie . - Jak możesz być ta ki sp ok ojny?- zapytał C op perfield. - Zruj nowałeś swo ją wiarygod ność Do s ekretariatu d zwon ił nawet a gent Ric kieg o La ke'a z ,.America's Od dest Peo ple". Czterej n ajwięksi ud ziałowcy zos tawili numery do sw oich p sychoterape utów.

Tristan narysował tłu steg o p eki ńczyka, kt óry przypominał raczej c hmurę z no gami niż psa , p o czym z rozbawien iem sp ojrzał n a C op perfielda. - Myślę, że po winie neś zapisać so bie nu mery tych terape utów. S prawiasz wrażenie człowie ka, który po trzebuje a nalizy. Sfrustrowany Cop perfield uni ósł ręce. - Och, wybacz, jeśli no c spę dzo na w two jej garderob ie p og łębiła moją nerwicę. Tristan uśmiech nął się. Nie wyglądał o n a to, że żałuje teg o, co s ię stał o. - Byłem pewien, że wiesz, g dzie jest wyjście ewak uacyjne.- Trud no było je znaleźć w tej ciemn ości. G dybyś nie przysłał rano S vena, żeby mnie uwo lnił, p ewnie na dal g rzebałbym w tw oich jedwab nych p iżamach. Nawiasem mówiąc, n ie znam dr ugie go mężczyzny, który po trzebował by pięćdziesięci u je dwab nych piżam. Tristan z niżył wzrok i z uwa gą przyglą dał się k latce piersi owej C op perfielda. Jego usta zn ów wykrzywiły się w u śmiechu. - Ładny krawat Pa suje do ko loru twoic h oczu. Wymianę z dań przerwały na gle o dg łosy s przeczki d ob iegające z k orytarza. - Zabierzcie ręce, Wizygoci! Zniszczycie mój kapelusz! Tristan op arł się wyg odnie w fotelu i ze st oickim sp ok ojem o bserwował szamota ninę za osz klonymi drzwiami. Tł um wydawał s ię nie naturalnie por uszo ny. Re porterzy tł oczyli się ja k drap ieżnik i, k tóre właś nie poczuły świeżą k rew. Now o przybyły, chcąc wykorzystać ob ecn ość pub liczn ości, z djął lśniący k apel usz, p od k tórym uk azała s ię je go d ost ojna b iała g łowa. - Wite Lize, iluzj onista, do u sł ug. - Przekręcił w dł oniac h k apel usz i wyd obył z niego b ukiecik g oździk ów. Ograny trick p rzywitała burza o klasków. Helik optery o dleciały n a chwilę. Nagłą ciszę przeciął sur owy g ło s Tristana. - Zabrać go stą d. Do akcji w kroczył legi on wszec hobecnych oc hroniarzy, p od w odzą Sve na. Krzepki Norweg był kie dyś aktorem, ale je go k ariera zako ńczyła się tragicz nie, po tym, jak wyrzucon o g o z ob sady Sło neczne go patr olu, b o nie p otrafił się p ow strzymać prze d p atrzeniem w kamerę. L udzie Tristana znacząco wyróżniali s ię z tł umu, każdy z nic h miał pod marynarką tajemnicze wybrzusze nie i b ez wz ględ u na po godę no sił przeciwsł oneczne o ku lary marki Ray Ba ns. Siwy iluzj onista po groził im palcem. - Na waszym miejscu n ie robił bym teg o, pa nowie. Prasa p od ała, że to ko nkurs dla wszystkic h. Mam takie samo praw o d o teg o milio na d olarów ja k k ażdy. Jeśli bę dziecie sprawcami moje go dysk omfortu p sychiczne go, wezwę s woje go a dwo kata. - Zaczął grzebać w ka pelusz u, z k tóre go n ajpierw wyd obył kr ólika, a p otem telefon ko mórk owy. Mała dziewczynka, trzymająca się s pó dnicy sw ojej mamy, westchnęła zachwycona. Tristan zacis nął palce tak moc no, że złamał pi óro. Co pperfield uśmiech nął się, widząc z denerwowa nie szefa. - On ma rację. K olejny pr oces wzb udzi je szcze większą n iechęć. - Może i ta k, ale my przestrzegamy tu p ewnych reg uł. C zy w olałbyś, że bym kazał Sve nowi za strzelić go tu , przy lu dziach ? - Sve n, od prowa dź, pro szę, p ana Lize d o wyjścia! - zawołał C op perfield, wyo brażając sob ie makabryczne na głów ki w p ra- s ie. Mała d ziewczynka p oc hli pywała, patrząc, jak oc hro niarze bi orą magi ka za ramiona. - Dziecin ko, musi sz wybaczyć p an u Le nnoxowi - po wiedział Lize. - O n nie lu bi, gdy coś się po jawia. – Fasada u przejmości o pa dała z twarzy staruszka , gdy ciąg nięto g o w k ierun ku win dy. - Pan w oli, że by p rzedmioty zni kały, prawda , p anie Le nnox? Zapytajcie g o o moje go sy na! - w ołał, o dwracając s ię do kamery. - Za pytajcie, jak to s ię stał o, że mój syn zn iknął prze d laty! Oskarżenie un osił o s ię w po wietrzu jeszcze d łu go po tym, jak Wite Lize op uścił bu dyne k. Trista n wydawał się n ie zwracać na to u wagi. O dwrócił k artkę w n ota tniku, z kie szeni marynarki wyjął zł ote pi óro marki Cr oss i mruk nął: - Następ ny.

Wszyscy z ul gą przywitali ryk heli kopterów, kt óre w samą po rę przerwały meczącą ciszę. Matka uk lękła przy płaczącej d ziewczynce i gła dziła ją p o po liczkach , zerkając uk rad kiem n a Tristana . - Koc hanie, tyle razy ci mówiłam, ze n ie ma czego ś ta kieg o ja k magia. B ied ny pan Lenn ox. Ma więcej pie niędzy niż z droweg o... - Resztę sł ów za głuszył przerażający krzyk , g ło ś- n iejszy nawet od rytmicznego hu ku krążących za ok nem h elik opterów . Dziewczynka, uśmiechając się , p ok azywała palcem n ieb o; z jej twarzy znik nęły łzy. - Mamo, po patrz! Baba Jaga na mi otle! Tristan p oderwał się na równe n ogi. - Co u dia bła... Co pperfield był tak zajęty o bs erwowaniem reakcji sw ojeg o przeł ożonego, że n ie zauważył teg o, co dz ieje się za o kn em. O dwrócił się do piero p o tym, ja k tł um z okrzykiem ru szył w tę s tronę. - To d ziwne - mruczał Tristan , przyglądając s ię smu dze dymu n a nie bie. - Nie p rzypominam so bie, żebym zamawiał jak ieś na pisy n a nie bie. Co pperfieldowi ze z dziwienia o pa dła szczęka , gdy uświa domił s ob ie, że smu ga dymu cią gnie się za latającą miot łą, p il otowa ną przez d ro bną br unet kę, k tóra z p rzerażenia piszczała ta k g łoś no, że za głuszyła nawet helikoptery. Co pperfield skrzywił się, wi dząc, ja k przedziwny po jazd n iezdarnie manewru je, pr ób ując un iknąć zderzenia ze śmigłami. F oto graf „Prattlera", ja ko pr ofesjonalista, nie c hciał s tracić tak iej o kazji. Wychylił się , by zd obyć ja k najle psze u jęcie, ale w tym momencie hel ikopter, kt óry był już nie bezpieczn ie blis ko b łyszczącego b udy nku C hrystlera, zmien ił kier unek lot u. R ep orter wyp uścił dro gi sprzęt i złapał się drążka, by nie wypaść na zewnątrz. Rezygn ując z męstwa n a rzecz dy skrecji, zał oga h elik optera p os tanowi ła się wycofać. P ostać na miotle ta kże zniżyła lo t, zw olniła i sk ierowała się w stronę naj bliższej p latform y, k tórą o kazał się taras przy bi urze Tristana Len noxa. Dziewczyna, p iszcząc przeraźliwie, pr ób owała za panować na d rozszalałym p ojaz dem. Cu dem wylądowała z ję kiem. Tristan był przy n iej p ierwszy. Za nim Co pperfield z dołał do jść d o sie bie p o przeżytym szo ku, je go szef k lęczał już na trawie, przy g łowie d ziwnej podróż niczki. Sve n, w całym tym zamieszani u, przyklę knął n a je dn o ko lan o, z djął przeciwsł oneczne ok ulary, się gnął p od marynarkę i wydo był d ziewięciomilimetrowy pi stolet . Cop perfield pomyślał, że o chro niarz chyba przez całe życie czekał na taką ok azję. - Proszę się od niej od sunąć.- Sve n wcz uł się w rolę Sc hwarzeneggera. - T o może być zasadzka. Tristan nawet nie dr gnął, ja k g dyby nie słyszał os trzeżenia sw ojeg o o chro niarza. Nie miał najmniej szego zamiaru go słyszeć. Deli katnie o dgarnął wł osy z bla dej twarzy kob iety. Zamrugała i popatrzyła n a nie go ciemnymi oczyma. Przez chwilę przypatrywała się Tristan owi, po czym p od niosła drżącą rękę i p og ładziła g o po po liczk u. Uśmiechnęła s ię nieśmiało. - O nie ba, mu sisz być samym Lucyperem. Op uściła bezwład nie rękę i zamk nęła o czy. Tristan spojrzał b ezradnie n a C op perlielda, kt óry d ostrzegł w jeg o o czach emocje, ja kich n ie widział od lat. Cie kawe.

4 Arian do tknęła p ośc ieli i ze zdziwie niem stwierdziła , że zamiast leżeć n a sz orstkim prześcieradle, kt óre sama ut kała, s poczywa na grzesz nie gła dkiej satynie. Je den z ko cha nków matki sypiał w satyn owej po ścieli. Nie pamiętała, czy był to wiecznie na dąsany Pierre, czy wąsaty Jacq ues. Książę czy musz kieter?Opat uliła się ko łdrą, mrucząc co ś p od no sem w mieszanym a ngiels kim i francuskim. Gdy zec hce, może przes pać cały ranek. Mama miała k apryśny charak ter. Arian wiedziała , że jeśli zbu dzi ją prze d po łudn iem, matka wpa dnie w gn iew, a może n awet rzuci w n ią szczo tką d o wł osów. Dziewczyna skrzywiła się n a tę myśl. Cz uła b ól, jak gdyby już d ostała od matki la nie. Poł ożyła się na p lecach i otw orzyła o czy, s po dziewając s ię, że z obaczy uśmiechające go się pu lch neg o an ioł ka na rzeźbi onym b aldac himie. Jakież był o jej z dziwienie, g dy za uważyła, że n ieb iańs ka p os tać s po glądająca na n ią z g óry nie ma d ołecz ków w po liczkach a ni wydętych warg. Jeg o włosy barwy mio du były s tarannie przycięte n ad us zami, u wydatniając pię kne brwi, le kk o skrzywiony n os i s ub telne u sta. Na bro dzie do strzegła n iewielką szramę, b ez kt órej ta twarz byłaby aż n azbyt urodziwa. Oczy Arian zatrzymał y się n a tych n iezwykle szlachetnych u stach . P ochylo na na d n ią po stać wydała jej się pię kna n iczym z bu ntowa ny ani oł - b os ki, ku szący i wystarczająco n iebez pieczny, by n arazić jej niewi nną duszę na niebezpieczeńs two. - Czyżbyś spo dziewała się zo baczyć L ucypera? – zapytał czytając c hyba w jej myślach. -Mo i k on kure nci okreś lają mnie róż nymi epitetami, ale ni kt je szcze n ie zarzucił mi, że je stem wciel onym Księciem Ciemno ści. Po dni osła wzrok i sp ojrzała mu w oczy. Ten na gły ruc h przyprawił ją o zawrót g łowy. Dot knęła s kro ni. Jak przez mgle przyp omniała so bie swój lot, uciecz kę prze d s zp onami żelaz nych sm oków i n iechl ubny upa dek. Mog łaby przysiąc, że ten mężczyzna czekał na dole, by ją złapać. Je go sil ne i ciep łe dł onie złago dziły wtedy jej b ól . Pamiętała tros kę w je go zimnych, szarych, zamgl onych oczach. Teraz te s ame oczy p rzyglądały s ię jej z uwa gą, a mgła zamieniła s ię w chł ód. Arian, ja ko dziec ko, ob udz iła się k iedyś i zastała matkę, siedzącą n a brze gu jej łóż ka i przypatrującą s ię jej w te n sam drapież ny sp osób . Przerażo na, zaczęła wtedy krzyczeć, wyrywając ją z al ko hol oweg o zamyślenia. Trzy d ni p óź niej matka p oz była się jej, wysyłając ją d o babci. Naciągnęła k oł drę p o same u szy, wie dząc, że Marcus ucie- szyłby się z teg o niesp odziewa nego przypływu purytańs kiej s kromn ości. - Powi nien się pa n wstydzić , sir. P od glądać niewi nną, ś piącą p anie nkę! Nie ma pa n skrup ułów? - Żadnych . - Po kręcił g łową. - Twarz a nio ła, g ło s syreny. Czar ująca. - Błysk w jeg o oczach oznaczał, że la da m oment u leg nie jej uro kowi. Arian odważyła się zajrzeć po d ko łdrę. Ku włas nemu zas kocze niu zauważyła, że ma n a s ob ie s woją po nurą, p urytańs ką s uk ienkę , a na szyi amulet. Lampa na ścia nie paliła się światłem tak s tałym, jak sp ojrzenie n ieznajomego mężczyzny. - Gdzie jestem ? - wyszeptała, rozglą dając s ię w ok ół w pr óżnej n adziei, że w te n sp osób umk nie jeg o o bs erwacji. - Co to za miejsce ? - Lenn ox Tower. Nie mogąc się oprzeć magnetyzmowi jego o czu, zerkała na nieg o u krad kiem.

- A p an je st... - Tristan Lenn ox. R ozczarowałaś mnie. Nie odr obiła ś za dania d omowe go przed o degraniem tej idi otycznej reklamy. - Zadania dom owego ? - pow tórzyła Arian , zasta nawiając się, czy jeg o francuski je st równie niezroz umiały jak an giels ki - Nie wierzę, że tw ój zleceni odawca n ie wręczył ci p ełne go d os sier na temat Lenn ox Enterprise s. Nie znasz gł ównych u dział owców ? K ursu n a gieł dzie? Nie wi działaś z djęć czło nków zarząd u? Potrząs nęła gł ową zakł opotana , a on u znał jej zmieszanie za n egację. - Czy znasz za sady ko nkurs u magii ? - Magii ? - Arian zr ozumiała wreszcie jakieś słowo. Rzuci ł na je j łóż ko pomięty pa pier. R ozp oznała, że to gazeta, p od obna do tych, kt óre ja ko dziec ko widziała na u licach Paryża. Pi san o w nic h o ol brzymich k wotac h, ja kimi Lu dwik o bd arzał szlac htę i swoje koc han ki. Przyglądając się po dejrzliwie Len noxowi , us iadła i po chyliła się , by przeczytać nag łówek . „Milion d olarów za ud owodnienie i stnienia magii" . Arian po dniosła g azetę, za krywając twarz w o bawie, że oczy z dradzą jej c hciwość. - Milio n do larów ? To wielkie b og actwo , prawda ? A ile to franków? - Wybacz, ale nie z nam kurs ów o bcych wal ut. Odł ożyła gazetę i s pojrzała na nie go z na dzieją. - Czy wygrałam? Głoś ny wyb uch śmiech u s prawił, że i n a jej twarzy po jawiła się rad ość. Gdy po chylił się w jej str onę, po czuła o stry zapach je go w ody ko lońs kiej. O padła n a podusz kę. - To się do piero o każe. - Groź ny ton jeg o gł osu w nat uralny s po sób u stą pił miejsca zwyczajnej grzeczno ści. - Oczywiście, je śli n ie z dyskwalifikuję cię za to małe o sz ustwo , ja kie imię mam wypisać na czeku: Glenda, Mała Czarownica ? Arian czuła, że krew odp ływa jej z pol iczków . Ledw o przybyła w to dziwne miejsce, a już jaki ś aro ganc ki niez najomy o skarża ją o czary. Osądził ją i skazał jeszcze prze d rozp o- częciem proces u. F iglarny u śmiech czający s ię w k ącikach jeg o u st za powia dał, że jest zd olny do jeszcze g orszych rzeczy n iż wiele bnemu Li nnetowi mo gły przyjść do gł owy. Lin net s por o ją n auczył. Drugi raz n ie d a się wciągnąć w te g rę. Naj pierw sprawdzi, czy przypa dkiem te n jeg o k on kur s nie jest p uła pką, do kt órej chce zwa bić niczeg o nie po dejrzewające czarow nice. - Nie nazywam się Gle nda, tylk o Arian. Pan na Arian Whitew ood - po wiedziała c hło dno, p ocią gając zadartym n osem i d od ając trzy słowa, kt órymi Marcus zwykł był tłumaczyć jej e kscentryczno ść: - Jestem z Francji . - Ile razy przekr oczyła p ani Atla ntyk n a sw ojej miotle, pa nn o Whitew ood? Zamrugała, by u kryć sw oje zmieszanie. Wtedy mężczyzna w stał i mruknął coś pod nosem. Aria n po czuła ulgę , jed nak jej za dowo lenie szyb ko się rozwiał o. P o je go wyjści u w po koju za panował jakiś nie określ ony chł ód. Sp ojrzała na leżącą o bo k g azetę i jej wzro k przykuła data . 25 paź dziernika 1996 ro ku.

5 Gazeta wypad ła ze sztywnych palc ów Arian d ok ład nie w chwil i, g dy ciężkie zasło ny r ozsu nęły się, u kaz ując szk laną ścia nę, a za n ią g wieździste niebo. Gos podarz w świetle gwiaz d wydał się jej nie mniej tajemniczy n iż po przed nio, w p ółmroku pokoju. - Pan no Whi tewoo d z Francj i, witam w Nowym Jor ku - p owie dział, ws kazując p anoramę miasta. Gdyby po wiedział: „ Witam w raju" . Arian była by n ie mniej zas kocz ona. Wido k zaparł jej d ech w piersiach . Przez os tatnie d ziesięć lat żyła w świecie zupeł nie poz bawio nym pię kna . Wiedzi ona n ieo dpartą cie kawością, wysunęła s ię z łóżka. Widząc, że Len nox przyglą da jej się ba dawczo, o bcią gnęła suk ien kę i p od eszła d o okna. Do piero teraz uśw iadomiła s ob ie, że to n ie gwiaz dy r ozświetlały n ieb o, ale tysiące świateł w okn ach niesamowicie wys okiej b ud owli . - A to do piero , te go miasta nie zb ud owan o n a ziemi - sze pnęła o sz ołomio na o dkryciem. - Nawet w Paryżu nie ma tylu latarni . Arian p ope łniła b łąd i zerknęła w dó ł - pa trzyła na ten c ud z niewyobrażalnej wysok ości - prze konała się, że wzdł uż szero kich ulic stoją nie kończące s ię rzędy po dobnie oś wietlo nych wież. Nagle p o raz p ierwszy u świad omiła so bie, ja k d alek o jes t od d omu. Ta myśl przyprawiła ją o mdł ości i zawroty g łowy. Pocz uła s zum w u szach. Nie chcąc kom promitować się, mdlejąc przy nieznaj omym, po sta nowiła otworzyć ok no by zaczerpnąć świeżego powietrza. Roz glądała się w o szu kiwani u k lamki, ale zanim ją znalazła , u gięły się po d nią k ola na. Trista n zła pał ją tuż przed up adkiem. Mimo g ru bego materiału okrywająceg o jej ramiona pocz uł b ijące o d n iej cie pło. - To hermetyczne ok na, n ie można ich otw ierać – po wiedział ła go dnie. Arian oparła się o n ieg o, zastanawiając się na d e kstrawagancją te go mężczyzny, kt óry wyposażył s wój do m w sz klane ściany, ale jes t na tyle g łu pi, by nie o twierając ich, po zbawić s ię łag odneg o jes ienne go wietrzyku, wes ołeg o śpiew u d roz da i sł od kieg o zapach u k wiatów w letni dzień . Wsp ółczucie osłabi ło na chwilę jej cz ujn ość. Ta nie oczekiwana b lis ko ść z mężczyzną p od kreśliła obc ość kraj obrazu . Arian p ocz uła s ię o samot niona. Nagle zrozumiała, że wszyscy lu dzie, k tórych z nała - Marcus, C harity B urkę , nawet wiele bny Li nnet - o d d awna nie żyją. Ni gdy nie myślała, że zatęs kni za Glo ucester, tymczasem teraz wro gość mieszka ńców wi osk i wydała jej się łatwiejsza do zniesie nia n iż zaczynanie wszyst kiego od nowa. Nie mam wyb oru, pomyślała trzeźwo. Do póki nie do wie się, ja ki błą d w zaklęci u sprowa dził ją w to miejsce, b ędzie musiała p og odzić s ię ze sw oim strachem i robić to , c o robiła przez całe życie - ud awać, że wszystk o jest w porządk u. P od niosła gł owę i zauważyła, że g os po darz, zamiast p odz iwiać imp onujący wid ok z o kn a, p rzypatruje się jej od bici u w szybie . Ich s po jrzenia sp otkały s ię. Przez moment miała wrażenie, że w jeg o c hło dnych szarych o czach do strzega zag ubie nie i samot ność, lecz za nim z dołała do kła dniej s ię na d tym zastan owić, o pu ścił wzro k i p atrzył teraz na jej amulet. - Co to ? - za pytał. - Krucy fiks o dstraszający wampiry i dra pieżnych mene dżerów? - Nie, nie takie go - mruknęła, chowając szmaragd po d s uk ienkę . - Bezwartości owe świecidełko. Za pó źno. P omyślała, że ukrycie amuletu tylko po dnieci

cie kawość i ską pstw o pa na Leo noxa. W na pięciu cze kała, aż wł oży d ło ń za sta nik jej s ukie nki, ta k jak Lin net. Tymczasem jeg o cieple p alce le dwo mus nęły jej szyje, gdy zręcznym ruchem c hwycił ła ńcusze k. Zaniep okoił o ją to b ardziej niż ob łap ianie Lin neta. Wydało jej się, że zamierza ukra ść nie tyl ko jej amulet, ale i serce. Przyglądał się szmaragdowi ze znawstwem. - Pięk na rzecz. Czy to antyk? - Można tak powiedzieć. - Bardz o nietyp owa oprawa. Ską d pani t o ma ? Na po zór zwyczajne pytan ie nie o dwróciło u wagi Arian. - Nie u krad łam teg o, jeśli o to pan pyta. - Sp uściła oczy, o bawiając się, że po sądzi ją o os zustw o. - D ostałam w prezencie o d mamy. Światło , odb ijające się od szmarag du, ta ńczyło na twarzy Len noxa. - Musi mieć dos ko nały gu st - Tak, we w szystkim, z wyjątkiem mężczyzn. - Nerwowo przyglą dała się Le nnoxowi. Mierząc go z gó ry d o do łu, po dziwiała d os ko nale skr ojo ne s po dnie, eleganc ką k amizelkę i rozpiętą po d szyją k oszulę. Arian z przerażeniem za uważyła, że amulet k ręci się w jeg o p alcach, jak g dyby wła śnie tam był o jeg o miejsce. A jeśli on p omyśli so bie ja kieś życzenie lub po żałuje, że ją sp otkał, czy w o kamg nieniu wróci n a d no stawu w Glo ucester ? A jeśli zu pełnie z nik nie? Wyrwała mu z ręk i amulet , z dając s ob ie s prawę ze śmieszn ości sw ojeg o zach owania. To o na była przecież czarownicą, a Lenn ox zwyczajnym śmiertelnikiem. Amulet nie był źród łem mocy, s łużył tylk o do jej wyrażania. Lenn ox najwyraźniej nie był przyzwyczajony d o teg o, by o db ierano mu to , co trzyma w ręce. Jeg o twarz na gle stała s ię z upeł nie chł odna. - Proszę mi p owie dzieć, pa nn o Whitew ood, na czym po lega te n p ani tri k. Czy ta miotła jest zdal nie sterowana ? A może ma g dzieś mały sil niczek ? C zy ta k d oszł o d o p ożaru ? Wyciek p aliwa? Zatarcie w sil nik u? Zdaje s ob ie p ani s prawę z teg o, ze mo i ludzie b adają teraz w la boratorium ten p ani p ojazd? Arian, o szo łomio na tyloma niezroz umiałymi pytaniami, nie była w s tanie wyd usić z siebie ża dnej sensownej odpowiedzi - Nie wiem... Nie pamiętam... Kiedy p rzyparł ją do s zyby, p omyślała, że to je dna k d ob rze ze te o kn a się n ie otwierają. - Kim, u dia bła, jeste ś? Mimem? Oszu stką? Sz piegiem ? A może p ijawką z kt órego ś z tych szmatławców ? C zy p rzysłał cię Wite Lize? - Ch oć wydawało się to n iemożliwe, je go o blicze zachm urzyło s ię jeszcze b ardziej. Jej ko lana d rżały, ale tym razem n ie zr obił nic , by jej p omoc. - Ta k idi otyczny wybryk mó głby d o n ieg o pa sować. Arian n ie wiedziała, czy s ię cieszyć, gdy za plecami Lenn oxa k to ś znacząco chrząknął. - Jeśli to przesłuc hanie, dlaczeg o nie ma tu adwo kata tej pan i? Len nox o dskoczył gwał townie. - Niech cię c holera. Cop! Czy ty ni gdy nie pukasz ? Arian przez se ku ndę pocz uła u lgę, bo kt oś o dwr ócił jeg o g niew o d jej os oby, ale gdy zo baczyła sw ojeg o wybawiciela, serce zamarło jej z przerażenia. Zanim zdążyła zakryć dł onią usta , wyrwał się z n ich cic hy pis k. Obaj mężczyźni sp ojrzeli na nią jak na obłąkaną. Odsł oniła us ta i drżącą ręką w skazała intruza. Je go czarne wło sy s pięte w k ucyk opadały na p lecy. - To.. . to... to I ndia nin! Mężczyźni pop atrzyli na sie bie zdziwie ni. - Nie ma się czego o bawiać - p owiedział Len nox, un osząc brwi . - Jest osw ojony. Nie os kal pował n ik og o o d czas ów, g dy „Wall S treet Jo urnal" zarzucił mi n ielegal ne wyk orzystywanie i nformacji w handl u w o siemdziesiątym dziewiątym. Dzik us nieśmiało wysu nął opal ona, rękę. ja k gdy by ob a- wiając się, że jaki kolwie k gwałtow ny ruc h m oże ją wy- s traszyć. - Dzień do bry, je stem Michael Co pperfield, radca praw ny i , w rzeczy samej, Indianin. Arian na dal wa hała się, p amiętając słowa wielebne go Linneta , k tóry uważał, że wszyscy In dianie to czciciele szata na. Ale

przecież wieleb ny i ją os karżył o ko nszachty z dia błem, c o więcej, c hciał ją u topić. Po prawiła su kien kę, dy gnęła i po dała C op perfieldowi dł oń a ten , zamiast ją u całować, zaczął nią rad ośnie po trząsać. W por ówna niu z zimnymi oczyma Le nnoxa s po jrzenie teg o d zik usa był o ciepłe i przyjazne. - Co p specjalizu je się w prawie, st udi ował też st os un ki s po łeczne - wytłumaczył Lennox. - To chodząca encykl opedia. Arian n ie pojmowała tej n ieuprzejmości. - Ten b ieda k nic nie p oradzi , ze nie jest ta k mądry ja k p an, ale t o n ie po wód, by g o obrażać. Lenn ox przyglądał je j się przez c hwilę, p o czym uśmiec hnął s ię, pr ób ując u kryć sarkazm. - To mi wyglą da n a b arierę językową. Pa nna Whitewo od jest Franc uzką. - Tak ja k Jajogłowi - pars knął Indianin. - Twierdzisz, że je st kosmitką ? - Nie ja . „Prattler". A „Global In quirer" uważa, że to n ieśl ubna córka El visa. Obie reda kcje bła gają, by udz ieliła im wywiad u. Mężczyźni stali na d Arian, kt óra cz uła się przy nic h ja k kra snolu dek z je dnej z ks iążek b abci. Rozmawiali o nie j, ja k gdy by byli sami. Sp ojrzała na swoje b uty, żeby się u pewn ić, czy przypa dkiem n ie stała s ię nagle niewi dzialna. Nastawiła u szu, gdy u słyszała sł owa Copperfielda. - W k oń cu do ść mocn o u derzyła s ię w g łowę. Może na prawdę n ie p amięta sw ojeg o ląd owania na tarasie. A je śli ma chwil owy za nik p amięci? - Chw ilowy i wybi órczy. O glądasz za d uż o seriali, Co p. A może ma złą s iostrę bliźniacz kę? - Tak, a może ty masz g dzie ś do breg o brata bliź niaka ? - b un tow niczo o dciął się Indianin. Lenn ox poderwał się n a równe nogi. - Do kąd s ię wybierasz? - zapytał Co pperfield. - Po szukać od pow iedzi - rzucił Lenn ox, patrząc gr oźnie n a Arian . - Jestem pewie n, że tutaj niczego nie znajdę. Co pperfield od prowa dził go wzrokiem. - Gratuluję , pan no Whitewo od. Myślę, że złamała pa ni n aszeg o lo dowe go księcia . Już nie p amiętam, kie dy o stat nio s tracił p an owanie n ad sobą. - Od nios łam wrażenie że ta ki ma charak ter- o dp owiedziała sm utn o, zasta nawiając się, d laczeg o ją to w o góle in teresuje. Wzruszył ramionami. - Tristan nie jest złym człowie kiem. Ni gdy nie zap omina o przyjaciołac h. - Uśmiech na twarzy India nina n ie był już ta ki cie pły. Przez c hwilę w patrywał się w nią w n apięci u. -An i o wro gach. S trażni k z noc nej zmiany zakrztus ił się pączkiem, gdy Tristan wszedł do pomie szczenia Ce ntrum Ochro ny Lenn ox Tower. Były ż ołnierz p iech oty m orskiej p os piesz nie zdjął no gi ze sto łu, wytarł bro dę i g łośn o przełk nął nadgryzioneg o pączka. - Sir! - wymamrotał. Tristan był w ta k złym n astroj u, że b ez wysił ku o pan ował u śmiech. Na szczęście strażni k nie zasalut ował. - Sp okojnie , Delut h. Masz l ukier na wąsac h. Delut h wytarł usta, - Przepraszam, nie s podziewałem się p ana, s ir. Tristan p os tanowi ł nie tracić czas u n a tłumaczenie m u, że g dyby s umien nie wyko nywał swoje obo wiązki, zo baczyłby szefa w k amerze 6 38 i d zięki temu zdążyłby sch ować p ud ełk o pączk ów i wymięty numer „Playboya", k tóry wystaje sp od k rzesła. Nie o bwi niał jed nak strażni ka. Ch oć sam zapr ojekt ował u kła d kamer i mo nitor ów, n igdy z nic h nie korzystał. Było już p óź no. Bi ura, wid oczne na ekranac h mo nitorów, świeciły pu stkami, wi ndy s tały bez ruc hu, n a k latkac h s ch od owych n ie by ło żywej du szy, tylko przy wejściac h kręcili się um undurować o chr oniarze. Tristan od daw na nie zwracał j uż uwa gi n a to, że zarzuca mu się paran oje. Wiedział, że a ni strażnicy, a ni n ajwymyślniejszy system oc hrony n ie po wstrzyma je go wro gów , g dyby chcieli go zni szczyć.