Julka_15

  • Dokumenty 14 543
  • Odsłony 702 867
  • Obserwuję 562
  • Rozmiar dokumentów 19.4 GB
  • Ilość pobrań 345 725

Medeiros Teresa - Wygrana

Dodano: 8 dni temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 8 dni temu
Rozmiar : 1.8 MB
Rozszerzenie: pdf
Odsłony: 5
Pobrania: 3

Medeiros Teresa - Wygrana.pdf

Julka_15
Użytkownik Julka_15 wgrał ten materiał 8 dni temu. Od tego czasu zobaczyło go już 5 osób, 3 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 166 stron)

1 Teresa Medeiros WYGRANA

2 Dla Kim-Poo, która dopisuje wasne szcz liwe zako czenia, i dla Michaela - mojego bohatera Prolog Anglia, rok 1279 C hopiec bezszelestnie w lizgn si do jej sypialni. Zmyli krok, gdy fala mocnej woni rozmarynu przebiega mu dreszczem po krzy u. Przymkn na chwil oczy i pozwoli zmysom zaton w oszoamiaj cym zapachu, jak poprzedniej nocy, gdy macocha sko nia si przed nim w ta cu. Przypomnia sobie mu nicie czarnych k dziorów na swoim policzku. Rozbroia go ich jedwabi sta pieszczota, podczas gdy kobieta z niesko czon cierpliwo ci uczya go tanecznych kroków. Otworzy oczy ocienione g stymi rz sami. Nie powinien tu przychodzi ! Komponowania móg si uczy przy ojcowskim biurku, a dworskich manier w sali bankietowej. Jakie to tajniki rycerskiego rzemiosa zamierza zg bia w komnatach macochy? Przed upywem tygodnia ojciec powróci z wo jen... Tumaczy sobie, e przywioda go tu wy cznie wdzi czno , e chce jej tylko podzi kowa za serce i uwag , któr mu okazaa pod nieobecno rodziciela. Zza uchylonego okna dobieg jego uszu szcz k lanc i ryk miechu. Podwórzec, na którym rycerze zabawiali si fechtunkiem, nagle wyda mu si przynale ny do innego wiata. Podniós wzrok i ujrza, e soneczne promienie wypeniaj pust komnat . Poczu rozczarowanie i ulg zarazem. Post pi do przodu z gracj wi ksz , ni li nale ao si spodziewa po wyrostku zaledwie czternastoletnim. Adamaszkowe zasony, których b kit odbija g bi jej oczu, odsuni to na boki, odsaniaj c rozrzucon po ciel na wielkim o u. W lizgn si pod baldachim rozpi ty na ozdobnych supkach w rogach o a i schyliwszy si nad sk bion biel , dotkn wg bienia, które jej gowa wyrze bia w puchu poduszki. Nagle usysza ciche gaworzenie, dochodz ce z alkowy za jego plecami. Podskoczy nerwowo, ra ni c czoo o nisko zawieszon kraw d baldachimu i odwróci si przestraszony. Wnet jednak zmarszczy czoo w gniewie. Zupenie zapomnia o dziecku! W d bowej koysce staa jego siostrzyczka przyrodnia. W pi stkach zaciskaa potargane szcz tki pieluszek, zwisaj ce z male kich paluszków jak pogrzebowy caun. So ce opromienio zotem jasne k dziorki, wymykaj ce si spod jedwabnego czepeczka. Drobniutkie usteczka dr ay, okr ge, niebieskie oczka wypeniy si zami, ale dziecko nie wydao z siebie d wi ku. Natura obdarzya dziewuszk si wytrwania tak wielk , i zdao si , e b dzie tak sta bez ko ca, czekaj c, a przyjdzie kto i we mie j w ramiona. Przyszo mu do gowy, e powinien zaopiekowa si niemowl ciem, eby nie wypado z koyski i nie rozbio gupiutkiej gówki o twarde pyty podogi. Post pi krok ku koysce i ujrza, jak male stwo wyci ga pulchne ramionka i u miecha si przez zy. A je li ma mokro?... Rozejrza si ukradkiem, czy nikt go nie widzi, i ostro nie podniós dziewczynk . Wydaa mu si krzepka i ci ka jak prosi tko. Czy to mo liwe, by to niezdarne stworzonko narodzio si z ona jego wysmukej, gibkiej macochy? Nieporadni e przewiesi dziewuszk przez rami , jak gdyby moga go ugry . Co ma z ni teraz pocz ? Ona niew tpliwie wiedziaa, co robi z nim: gaworz c, opara mu gówk na piersi, drobnymi paluszkami mocno zapaa kosmyk ciemnych wosów i p oci gn a, jakby chciaa mu przypomnie o swojej obecno ci. Niespodzianie poczu w oczach piek ce zy. Odk d si ga pami ci, nie zapaka ani razu, nawet po mierci matki. Pochyli gow i ukry twarz w sodko pachn cych k dziorkach. Ledwie móg oddycha przez cinite gardo. Istotka w jego ramionach bya taka wie a, nieskalana, wolna od pi tna winy, która naznaczya jego uczucia do matki te j kruszyny! Koysa w ramionach niewinne stworzenie i tym dotkliwiej odczuwa brzydot wasnych pokr tnych impulsów... Nagle drzwi otworzyy si szeroko. Oczy macochy pomroczniay, gdy ujrzaa z ocist gówk dziecka opart o ciemny puszek porastaj cy chopi c pier . Wyrwaa mu niemowl z ramion. - Czy to gupiutkie stworzonko sprawio ci kopot? Przebacz! Nie mam poj cia, jakim sposobem wci udaje si jej wypl tywa z powijaków! Zwiesi opustoszae ramiona, patrz c, jak kobieta omotuje pulchne ramionka i no yny lnian pieluszk . Niemowl ce usteczka dr ay, ale dziewuszka nie zapakaa. Nie spuszczaa o czu z jego twarzy... Zapyta nie miao:

3 - Czy nie wyrosa ju na tyle, by raczkowa po pokoju? - I co spsoci albo si zrani ? Co mo e wiedzie wyrostek o chowaniu niemowl t? Dzi ki powijakom wyrosn jej proste i silne czonki... - u miechn a si , ukazuj c figlarny doek w policzku -...a jej natura nabierze pokornej sodyczy, któr tak sobie ceni m czy ni w przyszych ma onkach! - Uj a go za r k gadk doni o skórze barwy ko ci soniowej. Smuke palce przesun y si po jego palcach: - Chod e! Zapomnij o tym szczeni ciu... musisz si wiele nauczy , zanim powróci twój ojciec. Jeszcze ani razu nie udao ci si wykona nale ytego dworskiego ukonu! Odci gn a go od koyski. - A teraz udawaj, e stoisz przed królow . Nie musia udawa . Odchrz kn z za enowaniem i przykl k na jedno kolano, si gaj c po wyci gni t do . Na rodkowym palcu byszcza rubinami i szmaragdami pie r cie zar czynowy, dar jego ojca. Schyli czoo; nie mia jej dotkn ! Opu ci zaci nite pi ci wzdu boków. Ledwie odwa y si odetchn , gdy poczu jej dotyk. Zag bia palce w ciemne k dziory i przesun a je wzdu kraw dzi jego uszu. Zamruczaa pieszczotliwie: - Mój rycerz... mój sodki modzieniec. Tyle jeszcz e musz ci nauczy ! Zamkn oczy, gdy obj a jego gow i przyci gn a do piersi pachn cej rozmarynem. Ale pod zaci nitymi powiekami czeka na niego nie mrok zapomnienia , tylko nagana widoczna w okr gych oczach barwy wiosennego nieba... Cz pierwsza O, we t ró . Ró yczko! Wszak to kwiat czuej mio ci, A jego patków dotyk Zniewoli twego kochanka... 1 Anglia, rok 1298 M i kkie zaj cze nozdrza zadrgay, oddalone zaledwie o centymetr y od twarzy Roweny. Gdyby kto znalaz si w tej chwili równie blisko niej, co ów zaj c, przysi gby, e i jej lekko piegowaty nosek dr y i marszczy si , gdy tak le y w ród pachn cych traw wrzosowiska z brod opart o przedrami . Nagle czepeczek zachwia si na pochylonej gowie i zsun na b kitne oczy. Przestraszony zaj czek porwa si do ucieczki. Rowena zakl a pod nosem, podniosa si na kolana i gwatownym szarpni ciem poprawia niesforny czepek. Przez chwil odrywaa rzepy z fad tuniki, a poczua pieczenie w pokutych palcach. Dugie godziny le aa nieruchomo w trawie, próbuj c pozyska ufno zaj ca, który w tej chwili pod a wa nie w podskokach w mroczniej cy ró zachodniego nieba... Pogrozia zwierz tku pi ci i za miaa si nieco ao nie. Wsun a do pochwy u pasa dugi nó i znu onym truchtem pod ya w kierunku Revelwood, gdzie czekao na ni omiu godnych chopaków. Niestety, dzisiejszego wieczoru zgodniej jeszcze bardziej... Jako jedyna dziewczyna w rodzinie, skadaj cej si z siedmiu braci, jednego kuzyna i ojca, który mia w zwyczaju znika na dugie miesi ce, musiaa wysili ca swoj pomysowo , by przekona bliskich, e nie obchodz jej paj czyny i brud aosnych pozostao ci dumnego ongi dworu Revelwood. Dawno temu przekonaa si , e od harówki sprz tania zapuszczonych komnat uchroni si tylko w jeden sposób: zostaj c fataln kuchark i doskona owczyni . Oba te obowi zki wypeniaa z niesabn cym entuzjazmem, pozostawiaj c chopcom zaszczyt uprawiania kamienistych pól. Dz i ki takiemu podziaowi obowi zków moga caymi dniami buszowa po bezkresnych, dzikich wrzosowiskach. Rozpostara ramiona, jakby chciaa podkre li, e s puste. Pokonaa rw cy potok, zgrabnie przeskakuj c z kamienia na kamie . May Freddie pewnie szykuje ju ro en na zdobycz, której ona niestety nie przyniesie. Ongi najmodszy braciszek ocali rodzin skazan na ywot o li ciach surowej kapusty, gdy pierwsze chwiejne kroki skierowa do d awno wygasego paleniska, gdzie natychmiast wpad do zakurzonego kota. Rozpaczliwe krzyki, odbijaj ce si echem od cian naczynia, cign y niebawem odsiecz w postaci najstarszego brata Roweny, Du ego Freda, który wyowi smarkacza i tym samym odkry, gdzie jest kuchenne palenisko... Ojciec Roweny, upiwszy si do nieprzytomno ci z okazji narodzin swego ostatniego potomka i jednoczesnej mierci ma onki, Althei, ochrzci czerwone, rozwrzeszczane nie mowl imieniem Frederick - tym samym, które wiele lat temu nada pierworodne mu. Wiele razy potem pijany ojczulek przechwala si bekotliwie, e obdarzy najmodszego mianem, jakie nosi pierwszy owoc jego l dwi, syn, którego

4 kocha i czci nade wszystko - Roderick. Rowena pochylaa si wówczas do ojcowskiego ucha i szeptaa, e chodzi o Fryderyka. Ojczulek wzrusza tylko ramionami i rozci ga wargi w niemrawym u miechu, podnosz c do ust kolejny kielich trunku. Pod stopami dziewczyny zachrz ciy suche dba traw. Zmierzchao. Nieboskon pomrocznia kolorem lawendy, jak gdyby gania j dobrotliwie za godziny, które zmarnotrawia wócz c si po kach, id c ze skowronkami w zawody w melodyjnym gwizdaniu i tropi c wielkook ani na skraju le nej g stwiny. Je eli wróci do domu z pustymi r kami, oka e si leniem i ska e swoj rodzin na kolacj z gotowanej rzepy - po raz trzeci ju w tym tygodniu! Wyci gn a z pochwy dugi nó i zaciskaj c z by zawrócia do lasu. Nagle powietrze rozdar zgrzy tliwy d wi k hejnau, odegranego faszywie na my liwskim rogu - w uszach dziewczyny zabrzmia on wsz ak jak echo niebia skich tr b. Ojczulek! Papa wróci do domu! Dugimi skokami pop dzia w stron zrujnowanego zamczyska, które zwaa domem, na powitanie czaruj cego utracjusza - ojczulka. Wyjecha przed o mioma miesi cami bez po egnania - jak zwykle w pogoni za ulotn fortun . Pami taa powrót po jednej z wypraw, która zaowocowaa s akiewk zotych monet. Ojciec obsypa dzieci brz cz cym podarunkiem jak l nicym deszczem, zwiastunem szcz liwszych dni. Rowena za miewaa si do rozpuku i zbieraa zote pieni ki, dobrze wiedz c, e za jaki czas zostan jej odebrane i przeznaczone na wyekwipowanie kolejnej ojcowskiej w yprawy. Najbardziej l kaa si jego powrotów z niczym - oprócz gowy p kaj cej z bólu i kopniaka, jakim obdarza kundla wygrze waj cego si przy ogniu. Nigdy nie o mieli si podnie rki na swoje dzieci, bo nawet Rowena przerosa go o gow ! Jednak z adnej wyprawy nie wraca bez prezentu dla jedynej c órki, cho by by to mamy drobiazg. Strz py koronek i aksamitne kokardy zbieray kurz w zaka markach kufra, zast pione przez stosowniejsze podarunki: dobrze wyprawione skórzane buty i sztyle t o osobliwie wygi tym ostrzu... Rowena potrafia okre li swoje potrzeby ze szczero ci, której na pewno nie odziedziczya po ojcu. Sched po nim by natomiast wrodzony spryt, dzi ki któremu byskawicznie zrozumiaa, i powrót rodziciela odwróci uwag braci od nieudanego polowania. ywia nadziej , e je li tym razem udao mu si wygra troch grosza w zakadach, swoim zwyczajem zaadowa na g rzbiet starego waacha cierwo jelenia na triumfaln uczt . Wdrapaa si na wierzchoek wzgórza i ujrzaa na horyzoncie kam ienne mury nadszarpni te z bem czasu i niesprzyjaj cej pogody. Zatrzymaa si na chwilk i roztarta bok, w którym od szybkiego biegu czua dotkliwe, zapieraj ce dech kucie. Zamczysko Revelwood, rodzinna siedz iba matki, wznosio si na skraju wrzosowisk. Zrujnowany bastion nie móg ju chroni mieszka ców ani przed wrogiem, ani nawet przed uderzeniami wichru, który przedziera si przez coraz szersze szpary w zaprawie cz cej pot ne gazy obwarowa . W blasku zachodz cego so ca prastare zamczysko nabrao jednak uroku, w który m atwo byo dostrzec lady minionej chway. Rowena pop dzia w podskokach w dó zbocza, zawadiackim okrzyk iem daj c wyraz rado ci... ale serce w niej zamaro na widok dysz cego z utrudzenia waacha, przywi zanego do koka na podwórcu. Na zapadni tych bokach zwierz cia zwisay ao nie sflaczae juki - puste! Przesun a doni po k bie poczciwego wierzchowca i otara o nogawice o lize od potu palce, krzywi c si z nagan . Ko powita j cichym r eniem, nie wyjmuj c ba z wiadra wody. Po plecach dziewczyny przebieg dreszcz mrocznego przeczucia. Ci kim krokiem wesza na rozchybotane deski, su ce za most nad zat ch fos . Otwory strzelnicze, jedyne okna w masywnych murach, nie przepuszczay resztek promieni zachodz cego so ca do wn trza przepastnej sali. Rowena zamrugaa, próbuj c przebi wzrokiem mrok komnaty, o wietlonej sabym pomykiem na obszernym palenisku. Ogie dzielnie próbowa rozproszy smutek ciemno ci, lecz udao mu si jedynie rzuci na mury wi cej ruchliwych cieni. Rowena podniosa k ciki ust w sm tnym u miechu, widz c, jak Freddie miesza w kotle potraw , której wo nie pozostawiaa najmniejszych w tpliwo ci, i gównym skadnikiem jest rzepa. Wyskoczya z sieni , sysz c tupot ci kich stóp za plecami. Do komnaty wpadli bracia, obj uczeni grabiami i motykami. - Gdzie ojczulek? - zarycza Du y Fred. Za nim stao rz dem pi cioro modzie ców o czuprynach opadaj cych wiotkimi kosmykami na zgarbione ramiona. acno mo na by wzi ich za jego odbicia, pomniejszone w niewidocznym zwierciadle. Fred cisn sierp na kamienne flizy posadzki. Jego towarzysze wymienili wymowne spojrzenia i z równ nonszalancj porzucili narz dzia. U szczytu schodów pojawi si kuzyn Irwin. Jego pulchna twarz zastyga w osobliwie ponur mask ; w doniach obraca pordzewia tr bk sygnaówk . Markotnym gosem o wieci krewnych:

5 - Wasz ojciec jest na górze. Chce, by cie wszyscy si tu zgromadzili... powiada, e zostao niewiele czasu. Jego sowa zaguszy huk, po którym rozleg si bolesny ryk i potok wymy lnych przekle stw. Wszyscy zwrócili oczy ku górze, jakby znaczenie zagadkowych sów Irwina miao spyn ku nim wraz z drobinami kurzu, które sia wrzasku uniosa z belek sklepienia. Du y Fred przetar czoo wierzchem doni. - Irwinie, czy ojczulek upi si na ponuro? Kuzyn poskroba si w gow wykrzywion tr bk . - Zdaje mi si , e w ogóle si nie upi. Jest chyba trze wy. Bracia Roweny wymienili spojrzenia i milcz co pokiwali gowami wobec tej zaskakuj cej nowiny. Rowena prychn a: - Bzdura, Irwinie! Czy widziae kiedy, eby by trze wy? Kuzyn zwróci ku dziewczynie twarz, z której na pró no litowa zetrze wyraz ciel cej admiracji: - No, nie... ale takim te go jeszcze nie widziaem! Rowena uszczypn a kuzynka w nos, wyra ajc tym gestem dobroduszn pogard : - Je li powiadasz, e ojczulek jest trze wy, to znaczy, e sam wsadzie akomy nos do beczuki piwa! Irwin wydusi z siebie niemrawy chichot. Obraz blad olicego kuzynka, poci gaj cego z pienistego kufla, przyprawi braci Roweny o sza rado ci. Zgodnie rykn li miechem. Rowena natomiast stwierdzia z przekonaniem: - Ojczulek jest pewnie godny! May Fred posa jej spojrzenie wyprane z wszelkieg o wyrzutu, ale to wystarczyo, by dziewczyna zwiesia ze wstydem gow , gorzko auj c zmarnotrawionego dnia. Na wzmiank o jedzeniu zaburczay odki obecnych, puste od czasu, gdy rano po ywili si okruchami ciemnego chleba maczanego w tuszczu. Skromny posiek ju dawno sta si miym, lecz nie syc cym godu wspomnieniem... Rowena ruszya w stron szafy, w której trzymaa uk i koczan. Zatrzymay j sowa Maego Freda: - Jabka, Ro! Mo emy zerwa kilka jabek i upiec je w popiele. Ojczulek to lub i. Z u miechem wdzi czno ci wzi a worek, który do niej wyci gn . Natura obdarzya Maego Freda inteligencj co najmniej równ tej, któr oszcz dnie rozdzielia na wszystkich jego braci. Dziewczy na nasun a czepek na uszy i wybiega w coraz g stszy mrok. Ledwie zamkn y si za ni drzwi, gdy ojczulek, potykaj c si , zszed po wielkich schodach. May Fred pomy la, e Irwin ma chyba racj : ojczulek po pijanemu nigdy si nie chwia i nie potyka! A oto wlók si ku nim noga za nog , jak gdyby stopy grz zy mu w pynnym oowiu. Gdzie si podzia zawadiacki chód i spojrzenie m tne, lecz pene pijackiego wigoru? Patrzyy na nich oczy nabrzmiae od niewypakanych ez... Lindsey Fordyce, baron na Revelwood, sta u stóp schodów, mierz c synów pos pnym wzrokiem, jak gdyby widzia ich po raz pierwszy w yciu. - Sodki Chryste!... Nie miaem poj cia, e tylu was jest... - Przetar oczy, jakby kilkoro z gromadki jego dziatwy miao dzi ki temu znikn . - Jest nas dziewi cioro... licz c z Rowena, stryju Lindseyu - pisn gorliwie Irwin, jak zwykle chc c si przypodoba . Baron rozejrza si po mrocznej komnacie. - Gdzie jest Ro? Nie widz jej tu... Freddie odst pi o krok od paleniska. - Posza narwa jabek, ojczulku! - No, to si dobrze skada... - Ojczulek ruszy przez wietlic , ci gn c za sob praw nog . Utyka bardziej ni zwykle. Ci ko usiad w starym, rozpadaj cym si fotelu, który zatrzeszcza ostrzegawczo, i sabym gosem za da: - Daj mi wody, Freddie! Odchyli si do tyu i przymkn oczy, przez co straci scen , rozgrywaj c si w k cie sali, gdzie May i Du y Fred wyrywali sobie gliniany dzban, rozlewaj c letni wod na bose stopy. Wreszcie Du y Fred zwyci y: ze stumionym warkni ciem odebra bratu naczynie i nala wody do pordzew iaego pucharu. Nast pnie wielkopa skim gestem pozwoli Maemu zanie napój ojcu. Ojczulek uj kielich w dr ce donie i wypi do dna, tak gdyby by w nim smakowit y napój, a nie zm cona woda z dodatkiem komara, który nieopatrznie wpad do dzbana i znalaz w nim swój grób. - Synowie moi, zgromad cie si wokó mnie... przywo radosne wie ci - oznajmi, rozpostar ramiona, jakby chcia ich wszystkich obj serdecznym u ciskiem, i u miechn si szeroko. Synowie z wahaniem uczynili krok do przodu, a kuzy n Irwin cofn si ze stropion min .

6 - Irwinie, do cz do nas... nie o mielibym si pozbawi ci szansy na wspania przygod tylko dlatego, e zrodzie si z l dwi innego m czyzny! Irwin zarumieni si po uszy i przysun bli ej. - Jaka przygoda, stryju Lindseyu? Modzie cy wymienili mi dzy sob pytaj ce spojrzenia. aden nie umia wyobrazi sobie mo liwo ci egzystencji odmiennej od tej, któr wiedli dotychczas, aden nie mia poj cia o doznaniach wykraczaj cych poza ich kr g do wiadcze . Czy by uprawianie rzepy na kamienistym poletku, które nigdy nie nadawao si pod upraw , nie byo wystarczaj c przygod ? Ojczulek pochyli si do przodu i mrugn jak spiskowiec do wspó konspiratorów. - Widzicie, chopcy, tym razem naprawd odnalazem skarb, który od niepami tnych czasów wymyka si moim r kom. Wracaem do domu, by podzieli si z ukochanym potomstwem nowo zdobyt fortun ... - Tu klasn j zykiem o podniebienie w wyrazie ao ci. - Niestety, poczciwy waach nie by w stanie unie juków ci kich od kruszcu... May Fred skrzy owa ramiona na piersiach i zmru y oczy, nie ukrywaj c niedowierzania. - Zatrzymaem si wi c na nocleg w zamku przyjaciela. Irwin poczu zaciekawienie na wzmiank o przyjacielu. Sam nigdy nie spotka osoby, z któr czyby go stosunek inny ni li wi zy krwi. May Fred wtr ci w tok ojcowskiej opowie ci: - Zao si , e w tym zamku grali wa nie w ko ci, co? Ojczulek czuym gestem zmierzwi powe k dziory potomka. - Roddy, nigdy nie przestajesz mnie zadziwia ! - Jestem Freddie... - Chopak wykr ci si spod r ki rodzica i powróci do paleniska, by zakrz tn si wokó kocioka. Ojczulek pospiesznie podj opowie : - Postanowiem wi c pozby si cz ci zdobyczy - tylko dlatego, by ul y nieco dzielnemu rumakowi, zapewniam was! - i przy czyem si do partyjki ze starym znajomym, synem hrabiego, kt óry by niegdy moim suzerenem. Modzian zawsze otacza mnie wielk estym , a z biegiem lat wyrós na wielkiego i szlachetnego rycerza. Ton, jaki pojawi si w gosie ojca, gdy opisywa kompana od gry, sprawi , e po plecach Maego Freda przebieg dreszcz grozy. Wyprostowa si , zapominaj c o zupie. - Najpierw postawiem wszystko, co miaem przy sobi e... potem zagraem o to, czego nie miaem. Tusz , i ociupin przesadziem z zacnym piwem, które dolewano mi do kufla! eby zademonstrowa , jak niewielka bya owa przesada, rozstawi kciuk i palec wskazuj cy. May Fred poprawi ojca, rozci gaj c ramiona na ca dugo . Irwin przydusi usta pulchn doni , tumi c nieprzystojny chichot. Kiedy wzrok ojca pad na naj modszego potomka, May Freddie uda, e si przeci ga. Ojczulek wzruszy ramionami. - Tak wa nie straciem fortun . Kiedy stary druh odkry, e zgraem si co do miedziaka, wpad w prawdziwy sza. Z ow osobliwie sprawn pami ci zwyci zcy przywoa moje wcze niejsze przechwaki o o miu chopach na schwa, którzy opiekuj si moim zamkiem pod nieobecno pana i rodziciela... krótko mówi c: jeden z was b dzie mia zaszczyt uda si do hrabiego, by mu su y przez okr gy rok! - Rozpromieni si i potoczy po osupiaym kr gu byszcz cymi oczami, ywo przypominaj cymi oczka zadowolonego prosiaka, jakby czeka na pochwa i podzi kowania. Odpowiedziaa mu gucha cisza. Wreszcie May Freddi e odzyska zmysy, rozepchn braci okciami i wysuwaj c si naprzód, spojrza ojcu prosto w oczy. - Postawie jedno ze swoich dzieci w grze w ko ci? U miech znikn z twarzy Lindseya Fordyce’a jak zdmuchni ty pomie wiecy. Potar czoo r k, odrzucaj c w ty kosmyki wosów, którymi zazwyczaj usiowa zamaskowa rosn c ysin . - Nie dosownie... ostatnie sowo nie nale y bowiem do mnie. Rycerz powiedzia, e albo przyjedzie do Revelwood i sam wybierze sobie pachoka spo ród waszej gromadki, albo opu ci zamek z moj gow zatkni t na czubku lancy! - Och, stryju... - zaszemra Irwin, a jego twarz pr zybraa odcie niezdrowej zieleni. - Zaiste miae szcz cie, i przeciwnik w grze nie by twoim osobistym wrogiem. Czy ów cnotliwy rycerz nosi jakie miano? - Oczy Maego Freddiego zw ziy si w szparki. Na czole barona Fordyce’a pojawiy si krople potu, zapewne od ognia buzuj cego na palenisku;

7 przetar je r kawem i zamar, bo z podwórca dobieg ich znienacka t tent ko skich kopyt. Po kilku chwilach mocne pchni cie niemal wyrwao drzwi z zawiasów. R owena wpada do dworskiej sali jak promie so ca rozdzieraj cy g st warstw dymu, który wypenia wielk komnat . Jej warkocze, gadka skóra i wasnor cznie tkana tunika pachniay sodko woni dzikich wrzosów i zió. Policzki zabarwiy si od biegu rumie cem delikatnym jak ró ane patki, oczy byszczay rado ci. Rzucia si w ramiona ojca, a sowa powitania toczyy si w powietrzu szybciej ni jabka, które wypady na posadzk z dziurawego worka. - Och, ojczulku! Nareszcie wrócie ! Jaka jestem szcz liwa! Gdzie to ukrye przedtem ogiera? To najpi kniejszy rumak, jakiego widziay moje oczy. Czy to prawda, e tym razem udao ci si trafi na fortun , która tyle razy wymykaa ci si z r k?! Ukl ka przy fotelu, wyszarpn a z kieszeni tuniki p k wonnych wrzosów i rzucia je na podoek rodzica, nie przestaj c papla : - Przyniosam twoje ulubione kwiecie, a May Freddi e obieca uczt z pieczonych jabek. B d gor ce, sodkie i soczyste... tak jak lubisz. Tysi c razy smaczniejsze od pieczeni z jakiego ykowatego zaj ca! Och, ojczulku... nareszcie jeste w domu! Ju si bali my, e nigdy do nas nie wrócisz. Obj a go w pasie gestem tak ywioowym, e spad jej czepek z gowy, a pszeniczne sploty roz sypay si na ramionach. Ale baron Fordyce nie podniós ramio n, by odpowiedzie czuo ci na czuo . Siedzia sztywno w obj ciach córki. Uniosa ku niemu twarz, zaniepokojona cisz , któr zakóca jedynie trzask bierwion w palenisku. Ojciec spojrza w bok i przez jedn krótk , lecz przera ajc chwil wydao jej si , e zadr aa mu dolna warga. Pod ya spojrzeniem za jego wzrokiem. Bracia stali rz dem przed paleniskiem. Jeszcze nigdy nie widziaa ich w takim ordynku! Irwin szczerzy do niej z by ze rodka przycichej gromadki. W migotliwy blask pomieni wkroczy nagle obcy. Row ena wbia wzrok w przybysza. Poniewa kl czaa, wydao jej si , e patrzy jak z dna g bokiej studni w oczy m czyzny, który góruje nad ni niczym forteczna wie a. Przewierca j nieruchomym wzrokiem, a dreszcz l ku przyku j do ziemi, jakby patrzya prosto w oblicze mierci... Min o wiele sekund, zanim udao jej si oderwa wzrok. - Ojczulku...? - tchn a ledwo dosyszalnie, poklepuj c chodn , dr c do . Pogaska j po warkoczach, ale oczy mia spuszczone i odlege: - Roweno... s dz , i powinna zostawi nas samych, dopóki nie zako czymy interesów. - Nie wspomniae nic o córce, Fordyce! - Obcy przerzuca wzrok to n a rycerza, to na dziewczyn . Lindsey Fordyce otoczy Rowen ramieniem jak tarcz . Cisz wietlicy rozdar drwi cy chichot obcego. Tylko Rowena dosyszaa przekle stwo, które baron zme pod w sem, widz c, jak gupio si zdradzi. Wyprostowa si i zasycza: - Interesujesz si wszak wy cznie moimi synami! Rowena ujrzaa, e na skroni ojca wyst pia pulsuj ca yka. - Ale twoje zainteresowanie le y gdzie indziej... acno to wida ! - zareplikowa przybysz, czyni c krok do przodu. Rowena uniosa si z kl czek. Instynkt podpowiada jej, e nie powinna kl cze u stóp tego m czyzny. Stawia mu czoo bez zmru enia powiek, patrz c wprost na srebrne ogniwa kolczugi, okrywaj cej jego mocarn pier . Od barczystych ramion po obute w skór stopy odziany by w czer równie g bok jak oczy, którymi przypatrywa si jej bez najmniejszego za enowania. Odpara dzielnie badawczy wzrok, obronnym gestem krzy ujc ramiona na piersiach. Przyjrzawszy mu si bli ej, uznaa, e t czówki ma nie tyle czarne, co barwy brunatnego aksamitu. Mroczny odcie sprawi, e wydaway si nieprzeniknione, lecz o ywia je bysk niezaprzeczalnej inteligencji. miae uki brwi nadaway tym tajemniczym oczom nieco drwi cy Wyraz. Rowena odniosa wra enie, e obcy pod mask kamiennej, niewzruszonej miny na miewa si z niej. Mia równo przyci te wosy, ciemne i byszcz ce jak sobolowe futro, lecz ich brzegi faloway lekko, ostrzegaj c, e acno mog si zbuntowa i zwin w figlarne k dziory. Surowo wejrzenia chronia oblicze o harmonijnych rysach od pi tna zniewie ciao ci. M sko ci dodawaa mu imponuj ca postura... Przemkn o jej przez my l, e byby naprawd przystojny, gdyby tylko z twarzy pukn mu ów wyraz zawzi toci. Obcy wyci gn r k i uj Kosmyk wosów dziewczyny, jakby zahipnotyzowany jasnym piaskiem warkoczy. Aksamitny lok owin si wokó jego palca mi kk pieszczot . Rowena wsun a do pod tunik , lecz zanim zdoaa uj nó , poczua, e uchwyt stalowych palców mia dy ej przegub. Or upad z brz kiem na kamienne flizy. Zagryza wargi, by nie zap aka z

8 bólu. M czyzna rozlu ni palce i cofn si do ognia. - Ma w sobie wi cej ycia ni caa reszta razem wzi ta! J sobie wezm ! W wietlicy wybucha wrzawa protestu. Ojczulek skuli si w fotelu, zakrywaj c oczy doni . - Nie mo esz zabra naszej siostry! - Ponad oburzone krzyki braci wybi si chopi cy tenor Maego Freda. Przybysz wyszczerzy drwi co z by i opar si o zr by paleniska. - Miej w sercu otuch , chopcze... to przecie roz ka nie na zawsze! Ma mi su y tylko przez okr gy rok. Rowena spojrzaa na ojczulka. Porusza bezd wi cznie ustami. Bracia wykrzykiwali obelgi i gro by, cho nie ruszali si z miejsca, jakby raz posadzeni w równym rz dzie wro li nogami w posadzk . Przemkn o jej przez my l, e musieli postrada zmysy... Nie doszukaa si otuchy w byszcz cych oczach obcego, który obserwowa ca scen , rozkoszuj c si zamieszaniem, jakie wywoay jego sowa. Posa jej porozumiewawcze mrugni cie, które sprawio, e wokó oczu zbiegy si setki delikatnych zmarszczek jak odbicia kurzych apek w piasku. Jej l k wzrós jeszcze bardziej, tamuj c potok pyta , które cisn y si na usta. Ojczulek zaj cza ao nie, ale tak cicho, e tylko obcy móg go dosysze : - Przecie umawiali my si tylko na synów, prawda? Dudni cy gos przybysza sprawi, e wszyscy ucichli: - Nieprawda, Fordyce! Powiedzieli my: „dzieci”. Miaem dosta jedno z twoich dzieci na posugi... na cay rok. Kolana Roweny zmi ky i a otworzya usta w osupieniu. Utrzymaa si na nogach wielkim wysikiem woli. Ojczulek nie zdoa stumi prosz cej nuty w gosie: - Nie mo esz zabiera m czy nie jego jedynej córki! Oka nieco miosierdzia...! Rycerz prychn z przesadn pogard . - Prosisz o miosierdzie? A ty sam, Fordyce... co w iesz o miosierdziu? Przybyem, by da ci pozna smak sprawiedliwo ci. Ojczulek zebra si na odwag i waln pi ci w por cz fotela. - Na to ci nie pozwol ! Do obcego spocz a na r koje ci masywnego miecza i obj a j mocno, a przez mi nie pot nych ramion przebiego ostrzegawcze dr enie. - Wybierasz walk ? - wyszepta zowró bnie. Wahanie Lindseya Fordyce’a nie trwao du ej ni mrugni cie okiem. - Roweno, musisz pojecha z tym poczciwym rycerzem! Zamrugaa, zaskoczona tak byskawicznym odwrotem oj ca. May Freddie rzuci si ku przybyszowi, wymachuj c elaznym kociokiem niczym pak . Rycerz odwróci si do niego z wyci gni tym mieczem... Rowena próbowaa mu go wyrwa , lecz ojczulek okaza si szybszy: skoczy na chopca i zbi go z nóg brutalnym ciosem. Freddie wbi w niego roz w cieczone oczy. Z nosa pociek mu strumyczek krwi. Ojczulek splun z gniewem. - Nie b d gupkiem, synu! Zabije ci jak much , a ja b d drugi w kolejno ci! Obcy zwróci si do naburmuszonych chopców, nie wypuszczaj c miecza z doni: - Je li który z was zechce zakwestionowa moje prawo do zabrania waszej siostry, b d a nazbyt szcz liwy, mog c stan do walki o to, co mi si nale y! Nagie ostrze l nio w migotliwym blasku pomieni. Du y Fred przez chwil wbija wzrok w oczy przybysza, zaciskaj c stwardniae od pracy na roli donie, lecz niebawe m odwróci si i znu onym gestem opar czoo o gor ce kamienie tworz ce gzyms paleniska. Oczy rycerza rozszerzyy si , gdy z rz du modzie ców wyst pi Irwin, wci ciskaj c w doni tr bk . Ojczulek zrobi ostrzegawczy krok w stron chopca, który natychmiast klapn pulchnymi po ladkami na zr b paleniska i zacz obraca w palcach sygnaówk , wpatruj c si w ni , jakby widzia j po raz pierwszy. Rycerz schowa miecz do pochwy. - Zakad to zakad... - Ojczulek przebieg palcami po wystrz pionym obr bku znoszonej opo czy. - Jak dobrze wiecie, jestem baronem... czowiekiem honoru , który dotrzymuje sowa. Westchn , jakby ci ar honoru spoczywa na jego ramionach zbyt wielkim brzemieniem. Rycerz parskn urywanym, nieprzyjemnym miechem. Ojczulek uj Rowen pod rami i agodnie popchn j w stron przybysza. - Id z nim, córko... on ci nie skrzywdzi. - Z trudno ci przekn lin . Obcy przypatrywa si Rowenie, milcz c jak gaz, skrzy owawszy r ce na piersiach. Wbia badawczy wzrok w twarz ojca, daremnie oczekuj c wybuchu miechu, który zako czy ten okrutny art i wyja ni

9 niespodziewane przybycie obcego rycerza. Saby pomyk nadziei zamigota i zgas na widok bólu w podkr onych oczach barona, których spowiay b kit by bladym odbiciem jej bawatkowych t czówek. - Pójd z nim, ojczulku, skoro powiadasz, e tak mi wypada. M czyzna zrobi krok do przodu, rozwijaj c lin , która zwisaa konopn p tl u jego pasa. Ojczulek cofn si na bezpieczn odlego przed pot nym intruzem. Rowena zao ya donie za plecy: - Nie masz potrzeby mnie wi za . Obcy si gn po jej donie. Nie okazaa l ku, gdy szorstkimi ruchami kr powa jej przeguby. Odezwaa si gosem, który nie zdradza gniewu, jaki czua: - Je li ojczulek nakazuje mi i z tob , jestem mu posuszna. Nie podnosz c ciemnej gowy, zacie ni wi zy szarpni ciem i owin sobie drugi koniec sznura wokó pi ci. Bez sowa poprowadzi j ku wyj ciu. Zatrzymaa si na chwil , by podj z posadzki czepek. M czyzna poczu, e lina si napr a, i poci gn brutalnie, lecz Rowena zarya pi tami w kamienne flizy, stawiaj c opór. Ich oczy spotkay si w krótkim pojedynku... potem bez ostrze enia obcy szarpn sznur tak silnie, e dziewczyna potkn a si i omal nie upada. W jej oczach zabysy zy gniew u, lecz momentalnie skrya je pod powiekami, wyprostowaa s i i pod ya za przybyszem przez otwarte drzwi, ciskaj c czepek w sp tanych doniach. Bracia post powali za nimi, szuraj c niepewnie stopami, jak w aobnym orszaku. Na samym ko cu wlók si ojczulek. May Freddie szarpa si w mocnym uchwycie r k dwóch modzie ców patrzy za siostr spod nachmurzonych brwi. Zapada noc. Szeroka tarcza ksi yca saa srebrzyste smugi przez ga zie nielicznych drzew, opromieniaj c równin zwodniczym wiatem nieziemskiego brzasku. Du y Freddie gwizdn z podziwem na widok biaego ogiera, który wyoni si z mlecznych oparów mgy jak zjawiskowa bestia i niespokojnie bi kopytem o ziemi , sysz c zbli ajce si kroki. Rowena nie moga oderwa oczu od zocistej uprz y, wie cz cej eb królewskiego stworzenia. Rzemienie na caej dugo ci wysadzane byy drogocennymi kamieniami. Czemu taki bogacz trudzi si do Revelwood, by wykra dziecko biedakowi? Stanowczo wyprostowane plecy rycerza zniech cay do pyta . W milczeniu wskoczy na rumaka i okr ci sznur, do którego przywi zana bya Rowena, wokó ku sioda. Podkute ko skie kopyta drgay ledwie powstrzymywan ochot do biegu. Rowena przestraszya si , e pogruchocz jej ko ci, je li zbytnio si przybli y. Irwin zast pi koniowi drog , jakby codziennie stawia czoo pot nemu ogierowi, nios cemu na grzbiecie uzbrojonego rycerza. Szlachcic odchyli s i do tyu, ci ko wzdychaj c. - askawy panie...? - rozleg si gos przypominaj cy boja liwy skrzek, chopiec odchrz kn wi c i spróbowa ponownie: - askawy panie, spiesz przypomnie , e skrad pan jedyny promyk, który roz wietla mrok naszego n dznego ywota... wyrwa jedyne kwiecie, rosn ce na pos pnym ugorze smutku. Mówi w imieniu nas wszystkich! Kuzynowie Irwina spogl dali na siebie niepewnie, drapi c si po gowach. Rowena poczua niesmak. Prawie zapragn a, by rycerz stratowa chopca, kad c kres jej upokorzeniu. - Wymownie wstawiasz si za ni , jak na takie pachol ! - Rycerz zadziwi wszystkich pen uznania replik . - By mo e powiniene zwróci swe perswazje ku ojcu, by w przyszo ci pow cign si od niepewnych zakadów! Ojczulek, skryty za plecami Du ego Freda, odwa y si spopieli rycerza spojrzeniem, pon cym nienawi ci. Irwin nalega: - Wi c nie ust pisz, wasza askawo ? - Nie ust pi! - Upraszam wi c wasz askawo , by pami ta o dworno ci obowi zuj cej czeka szlachetnie urodzonego wobec niewiast. Bagam, by traktowa moj sodk kuzynk z równym szacunkiem, jakim obdarzasz inne przedstawicielki sabej, lecz pi knej pci! Rowen zasw dziay r ce, by wytarmosi chopca za ucho, jak to czynia wiele razy w przes zo ci, a pada na ziemi i j cza, bagaj c o zmiowanie. Obcy ponownie parskn zgrzytliwym, urywanym miechem: - Nie l kaj si , chopcze. B d j traktowa z takim samym szacunkiem, jaki miabym w obec ka dej równie gadkiej módki. A teraz odsu si ... albo stratuj ci kopyta mojego konia. Irwin ledwie zd y uskoczy , gdy rycerz wbi ostrog w bok zwierz cia, które ruszyo wyci gni tym

10 kusem. Rowena rzucia si biegiem, by napr ona lina nie cia jej z nóg. Zd ya rzuci jeszcze jedno t skne spojrzenie rodzinie zgromadzonej na podwórcu. Syszaa za sob guche uderzenia pi ci Maego Freda, który rzuci si na Irwina w lepym alu i gniewie. Potem wszystko znikn o i ucicho, a ona skupia ca uwag na wyboistej drodze pod stopami. My laa tylko o jednym: stawia jedn stop przed drug w rytmicznym biegu i nie upa pod t tni ce kopyta. 2 C oraz cz ciej kontury cie ki rozmazyway si przed zm czonymi oczami Roweny, coraz cz ciej grunt usuwa jej si spod nóg. Zostawili ju za sob spl tane trawy wrzosowisk i wjechali do lasu. Blask ksi yca, rozproszony w pl taninie ga zi, spowi drog paj czyn chybotliwych cieni. Dziewczyna przeskoczya rzekomy kamie , który okaza si jedynie kupk listowia, i nie dojrzaa w por uschni tego konara, który bole nie zrani j w kolano. Miaa wra enie, e cae ycie pod a za ogonem pot nej bestii i mrocznym konturem pleców demonicznego je dca. Obolae pi ty wybijay nierówny rytm. Utrzymywaa si na nogach tylko dzi ki temu, e wpia si palcami w konopny sznur, który kr powa jej przeguby. W doniach uparcie ciskaa pognieciony czepek. Resztk si wydyszaa: - Wybacz, ale... Szerokie ramiona nie drgn y. - Przepraszam... panie... Nic. Zrozumiaa, e tylko w jeden sposób zdoa zwróci na siebie jego uwag . Usiada i okr cia nogi wokó sznura, by nie upa na brzuch. Liczya na mi kko iglastej cióki, ale nie spodziewaa si , e rycerz ujedzie jeszcze kilkana cie metrów, kiedy to z go nym pluskiem wpada po ladkami do pytkiego strumienia. Wtedy zatrzyma si i cign wodze, a ko okr ci si wokó wasnej osi. Rycerz wreszcie móg spojrze jej w oczy. Rowena nie wiedziaa, którego bardziej nienawidzi: triumfuj cego ogiera, który ta czy niespokojnie na tylnych nogach, czy rycerza, k tóry spogl da na ni pytaj co. Opada na brzeg strugi i przymkn a oczy. Syszaa, jak zsiada i zwalnia napr ony sznur. Westchn a z zachwytem: có za niebia ski komfort, móc wyci gn sp tane donie nad gow ! Powoli otworzya oczy i ujrzaa, e rycerz kl czy nieopodal po drugiej stronie strumienia i nape nia wod skórzany bukak. Nie spuszcza z niej ciemnych oczu. Nogawice spodni szybko nasi kay wilgoci i to nieprzyjemne uczucie przepenio czar jej goryczy. - Có to, zamierzasz utopi mnie jak niechciane koci , milordzie? A mo e zostay ci jeszcze resztki zmiowania? - Czemu nie prosia , bym si zatrzyma? - Czy wysuchaby mnie, gdybym tak uczynia? - daremnie próbowaa wy równa oddech. - Owszem. Przewrócia oczy do nieba i odwrócia twarz, by ukr y niedowierzanie. - Jakim cudem taki zadziorny kogucik, jak twój ojci ec, spodzi t bezwoln band bachorów bez ducha walki? - spyta, podnosz c si z kl czek i wsuwaj c bukak za pas. - Nie jeste my pozbawieni ducha... - zaprotestowaa. - Nie masz prawa tak nas os dza ! Przeskoczy strumie i przykucn tu przy niej. - Twój ojciec by niegdy rycerzem... Czy zapomnia, jak posugiwa si mieczem? Oczy Roweny zal niy dum : - Nie jego to wina, e zo y or . Ojczulek okula w bitwie z walijskimi diabami! Gareth prychn : - Demonami, akurat! No dobrze, a tych sze ciu osików u boku szanownego ojczulka? Czemu pozwo lili mi wywie ci jak wór miecia? Nie nazwaaby tego brakiem ducha? - Przecie ... ka dego z nich bez trudu zar baby mieczem, prawda? Wzruszy ramionami. - Mo liwe... - Wi c nie mo esz twierdzi , e s pozbawieni odwagi. Wykazali m dro yciow ! Twarz mu zadrgaa; otworzy szeroko usta i wybuchn serdecznym miechem. Srogie rysy zmi ky i na nieuchwytny moment spod maski surowego rycerza wyjr zao rozbawione pachol . - L kam si , czy jedyn cech , na której zbywa im bardziej, ni li na odwadze, nie jest wa nie owa yciowa m dro ... Kim e by ten pulchny niedorostek? Ju si przestraszyem, e zada mi mier swoj pordzewia tr bk ! - To Irwin... wcale nie jest niedorostkiem! Ma tyle lat co ja.

11 - Domy lam si , e w twoich oczach to go czyni m czyzn ? Rowena gor czkowo szukaa w my lach odpowiedzi, która staraby u miech z wygi tych pyszakowato ust, ale gdy si odezwaa, po aowaa swoich sów: - Jestem z nim zar czona! M czyzna wybuchn nieposkromionym miechem, a ura ona Rowena poci gn a nosem. Napr dce usiowaa zatrze pami niefortunnego zwierzenia: - To mój kuzyn. Ojczulek przyj go na mojego narzeczonego, gdy by jeszcze maym pachol ciem. Wiedz c, e nie sta nas na posag, stara si zawczasu znale dla mnie m a, by oszcz dzi mi upokorze staropanie stwa. - Nie wydaje mi si , by czua si przez to mniej upokorzona... Westchn a. Nie przyszo jej na my l, w jak absurdalnej Bajdzie si sytuacji, siedz c po pas w strumieniu i omawiaj c kwestie osobiste z pos pnym nieznajomym. - Czy kochasz tego... Irwina? - Czuj do niego co w rodzaju czuo ci. Jak daleko si gn pami ci, zawsze kr ci si u mego boku. - Jak wiemy pies? - podrzuci. Przytakn a ywo: - Ale pr dzej zakochaabym si w ropusze! - Tam w zamku, gdy tak wzruszaj co wyrazi swoje uczucia, nie zmi kczy twego serca wykwintnymi sowy? Zaprzeczya: - Nie znasz Irwina. Prawdopodobnie cae ycie czeka na okazj do wzniosego wyst pu... i to przed obliczem utytuowanego lorda! Usta rycerza wygi y si w u miechu. Jednym palcem uj j pod brod i przechyli jej twarz do góry, badawczo wpatruj c si w rysy oblane srebrzystym blaskiem ksi yca. Rowena odzyskaa raptownie czujno i zamrugaa, wpatruj c si w niego z rezerw . - Ja walczybym na mier i ycie, byle uratowa narzeczon z ap takiego brutala - mrukn i koniuszkiem palca obrysowa kontur dolnej wargi dzi ewczyny. Serce Roweny porwao si do galopu, jakiego nigdy przedtem nie do wiadczya. Usiowaa odpowiedzie u miechem, chocia jego sowa bynajmniej nie doday jej otuchy. Pochylony nad ni , przewierca j mrocznymi oczami, które stapiay si w jedno z cieniem le nej g stwiny. Jego twarz spowa niaa. Rowena poruszya si niespokojnie, bole nie wiadoma wasnej bezradno ci, gdy tak le aa poow ciaa w strumieniu, maj c sp tane r ce, a mroczny rycerz pochyla si nad ni w milczeniu. Mokre spodnie oblepiy jej nogi, na s kórze byszczay kropelki wody. Wyj ze zdr twiaych palców dziewczyny pognieciony czepek i wo y jej na gow , starannie wsuwaj c pod pótno ka dy kosmyk powych k dziorów. - Skoro ju musisz pawi si w strumieniu jak rozpustna nimfa, zaó askawie przynajmniej czepeczek, aby odstraszy ewentualnych napastników. Postawi j na równe nogi i rozwi za sznur kr puj cy przeguby. Woda kapaa rytmicznie z przemoczonego do cna siedzenia spodni. Rycerz bez d alszych sów wsiad na konia. Rowena u miechn a si z nadziej : - O miel si zauwa y, e ojczulek na pewno zrozumia ju nauczk , jak zechciae mu da ... a st d z atwo ci sama znajd drog powrotn do domu. - Zamierzasz dosi tego konia, czy mam ci ponownie zwi za ? - Popatrzy na ni z góry. Jego oczy niemal cakowicie skryway opuszczone powieki. Podesza do pot nego wierzchowca, który i tak wygl da jak karze w porównaniu z postawnym je dcem, swobodnie trzymaj cym lejce. Przekn a niepewnie lin . - yczysz wi c sobie, bym jechaa z tob na jednym siodle? Zanim si obejrzaa, siedziaa ju okrakiem na ko skim grzbiecie, uniesiona jak piórko mocarn doni i rzucona przed je dcem na siodo. Czua, e nasi kni te wod nogawice wrzynaj jej si w uda, ale nie miaa czasu roztrz sa drobnych niewygód, gdy rycerz spi rumaka i ruszyli galopem. Zdaa sobie spraw , e przez ni zmarnotrawili mnóstwo czasu. Ko lecia cie k jak na skrzydach. Gruby dywan sosnowych igie tu mi t tent kopyt. Rowena pochylia si do przodu, eby mo liwie jak najdalej odsun plecy od muskularnej piersi czowieka, który uprowadzi j z rodzinnego domu. Poczua szarpni cie ramienia, które obejmowao j w pasie.

12 - Sied spokojnie, bo sposzysz konia i poniesie! - rozkaza. Zwiotczaa w elaznym u cisku i milcz c patrzya, jak rumak skr ca ze cie ki i lawiruje mi dzy drzewami, jak gdyby odczytywa wa ciwy szlak z niewidzialnej mapy, któr mia w swojej ko skiej gowie. Wtulia si w pier rycerza jak w opok , chroni c przed zderzeniem z pniami drzew, zagra- dzaj cych im drog z irytuj c regularno ci. Kiedy wreszcie zrozumiaa, e rami podtrzymuj ce j w pasie nie pozwoli jej spa z rozp dzonego wierzchowca, umo cia si wygodniej w siodle, rozkoszuj c si nieznanym przedtem poczuciem bezpiecze stwa, pyn cym z blisko ci ciaa m czyzny. Zapada w g boki sen. O budzia si nagle, dzi ki czemu unikn a upadku na kolana, gdy rycerz bezceremonialnie sp u ci j na ziemi . Ziewn a i przetara oczy. Przez ga zie drzew prze wityway pomienie pochodni, a w nocnym mroku rozlegao si nieporadne brzd kanie na lutni i salwy pijackiego miechu. Mru c oczy, spojrzaa na srog min rycerza. - Pomaszeruj za mn wawo jak posuszny giermek! - nakaza. - Uwa aj, by warkocze nie wysun y ci si spod czepka. Mam nadziej , e popili si ju zdrowo i nie rozpoznaj w tobie módki. - Wi c to nie jest twój dom? - Nie... ale od biedy mo emy tu przenocowa . Klepn rumaka i zwierz ruszyo st pa. Rowena posza za nim, gubi c si w domysach, jak powinien si zachowywa giermek takiego rycerza. Jej towarzysz odezwa si , nie odwracaj c gowy: - Kiedy udam si na spoczynek, b dziesz zdana sama na siebie. Je li knujesz ucieczk , radz ci przemy le nierozs dne plany, bo je eli po przebudzeniu nie znajd ci przy sobie, wróc do twego domu i zar n wszystkich bez lito ci... a kiedy i ciebie odszukam, czego mo esz by pewna, po aujesz, e nie znalaza si w ród ofiar mojego gniewu! Zmusia si do dalszego marszu, cho na d wi k okrutnych sów przeszed j zimny dreszcz. Przed oczami stan jej obraz Maego Freda, le cego bez ycia, z ran ziej c tam, gdzie powinno znajdowa si serce. W jej oczach zapon gniew, lecz rozwa nie zgasia pomie nienawi ci, gdy m czyzna odwróci si w siodle i utkwi w niej mroczne renice. Skin a posusznie gow , odpowiadaj c mu szczerym i niewinnym spojrzeniem. Radosna wrzawa przeniosa si z dziedzi ca poza wrota zamczyska, gdy rozbawione pary w podskokach wylegy na zwodzony most przerzucony nad pi ciometrowej szeroko ci fos . Jeden z biesiadników zachwia si i omal nie run pod kopyta rumaka. - Witajcie wszyscy! Zjawiacie si w por , bo zabawa dopiero si rozkr ca! - oznajmi bekotliwie, przewróci oczami i osun si w kurz drogi z wci rozpostartymi powitalnie ramionami. Kobieta, która mu towarzyszya, ze miechem zawrócia w stron zamku, a pozostae pary, chichocz c lubie nie, rozproszyy si na wszystkie strony i poznikay w mroku nocy. Ryce rz, nie ‘ mrugn wszy nawet okiem, okr y ostro nie nieprzytomnego. Rowena post powaa za nim, obchodz c le cego szerokim ukiem. Gareth zsiad i rzuci lejce ospowatemu wyrostkowi, który wyrós jak spod ziemi. Nie zrobi jeszcze trzech kroków, gdy ta sama kobieta, która wcze niej wybiega na ich powitanie, pojawia si wsparta na ramieniu innego m czyzny. I on ledwo trzyma si na nogach. Min li Rowen , niemal ocieraj c si o jej tunik . Kobieta zanosia si miechem, a widrowao w uszach. Rowena otworzya szeroko oczy, widz c, jak m czyzna chwyta towarzyszk za biodra i pcha do tyu, a opara si o mur. Wbia umorusane stopy w jego po ladki, gdy pochrz kuj c z wysikiem przygwo dzi j do ciany. Obserwuj c ten niezwyky widok, Rowena cakiem zapomniaa o rycerzu, za którego przyczyn si tu znalaza. Nagle poczua na ramieniu stanowczy uchwy t. Odci gn j od pary rozpustników, ale id c za nim nie moga si powstrzyma i zerkn a przez rami na rumian twarz kobiety, na której ból miesza si z ekstaz . Nie zauwa ya m czyzny, który zagrodzi im drog , dopóki nie uderzya twarz o skórzan kurt , a zadzwonio jej w uszach. - Kto tu idzie? Gareth, mój panie, czy to naprawd ty? - odezwa si nagl cy gos. Bez namysu pospieszya z odpowiedzi : - Nie, to nie Gareth. Nazywam si Ro... Rycerz zacisn jej do na ustach. - Tak, Blaine, to wa nie ja. Obawiam si , e wpade na mojego giermka z tak si , e popad w omdlenie. Có za niezdarny chopak z tego Ro! B d musia sprawi mu ci gi, eby nauczy go troch zr czno ci! - Rozlu ni palce i agodnie wytarmosi j za ucho. Jeszcze nie oprzytomniaa, gdy zachwiaa

13 si pod zamaszystym klepni ciem w opatk , którym pocz stowa j smuky m czyzna. Zamglone trunkiem oczy zbli y do jej twarzy, a k ciki w skich warg wygi pijacki u miech. Rowena z trudem apaa oddech. Nie przypominaa sobie, by kiedykolw iek przedtem obchodzono si z ni równie ywioowo. - Któ to okaza tak wielki brak przezorno ci, e powierzy swoje szczeni w twoje otrowskie r ce, chopie? - Blaine zwraca si wprawdzie do jej pana, lecz nie odrywa od niej wz roku, mierz c j dziwnie natarczywym spojrzeniem od stóp po czubek gowy. - Mam policzy , ile razy te otrowskie r ce zrzucay ci z konia w czasie turnieju, Blaine? - odparowa Gareth. Blaine, udaj c, e nie syszy, okr a Rowen . - May ten smarkacz, co? - Sam kiedy bye may, Blaine. - Gareth zarzuci muskularne rami na szyj kompana, odwróci go od Roweny i agodnie skierowa jego pl cz ce si nogi w stron mostu. - Zapomniae ju , jak jedn rk wyrzuciem ci z okna? Byli my wtedy zaledwie wyrostkami. - Czy zapomniaem? Wyl dowaem w krzakach je yn i przez reszt nocy moczyem udr czony tyek w beczuce... - Blaine osoni oczy przed wiatem pochodni i otoczy ramieniem szyj Garetha. - Mimo to zawsze caym sercem witam ci na zamku Ardendonne. Có za gupiec ze mnie! Powinienem nakarmi twoim cierwem ryby ludojady, od których roi si w fosie! Gareth przewróci oczami. - Kiedy ostatnim razem ucieky ci wszystkie wielb dy, s dziem, e stracie upodobanie do egzotycznych zwierz t! - Ksi Walii przechwala si oswojonym lwem, wi c musiaem znale sposób, by go zakasowa ! - Blaine sm tnie potrz sn gow . - Ka da uczta ko czy si utrat jednego czy dwóch go ci. Plusk, i tyle! Nie zostaje nic prócz ko ci, które moi sudzy wyawiaj z wody o wschodzie so ca. Ale có ... M czyzna zachwia si na kraw dzi mostu. Gareth w ostatniej chwili odci gn go do tyu. Rowena obj a si ramionami i przesun a na rodek mostu. Uparcie wbijaa wzrok w deski, aby nie ujrze wyblakych ko ci dryfuj cych w spienionej wodzie. Pod ya za oboma m czyznami przez dziedziniec. Weszli do obszernej wietlicy o wysokim sklepieniu. Nie spuszczaa oczu z pleców Garetha, który odchodzi na bok, nie wypuszczaj c Blaine’a z obj . Rzuci jej przez rami krótkie ostrzegawcze spojrzenie i obaj znikn li w rozbawionym tumie. Zatrzymaa si w poczuciu nagego opuszczenia. Zaataj fala niepewno ci. Skrya donie g biej w fadach r kawów i zacz a pogwizdywa , udaj c beztrosk , usuwaj c si jednocze nie z drogi pijanym biesiadnikom, z których wielu pozrzucao z siebie r ozmaite cz ci przyodziewku. Nagle jej spojrzenie przyku niebia ski widok; linka pocieka jej do ust. Chwyci j tak silny kurcz godu, e reszta otoczenia znikn a jak za mg . Rzucia si przed siebie, odpychaj c okciami pl saj ce pary. Zatrzymaa si nie miao tu przed stoem. M czyzna w opo czy ze szkaratnego aksamitu u miechn si i szturchni ciem zach ci, by podesza bli ej: - Pospiesz si , chopcze! Oskubali wprawdzie to cierwo do goej ko ci, ale mo e znajdziesz jeszcze jakie smakowite k ski... Wybuchn a miechem, cho z jej oczu popyn y zy. M czyzna usun si na bok, bior c j za kogo pijanego albo przy gupiego - albo wr cz za pijanego przygupa. Na dugim na pi metrów stole pod cian poniewieray si resztki uczty pana Ardendonne’a. Revelwood nie wid ziao takich stosów jada przez rok! odek dziewczyny zaburcza nagl co. Rozstawia nogi, czuj c, e fala godu podchodzi jej do garda nag sabo ci. Ze rodka stou patrzyo na ni szklistym wzrokiem cz ciowo objedzone cierwo dzika. Rozejrzaa si ukradkiem, wyrwaa jabko ze zwierz cego pyska i wepchn a je w r kaw. Zanurzya dr c do w srebrnej misie i wyci gn a kul lnic zotym blaskiem so ca nad wrzosowiskami. O mielia si poliza . Sodycz jabka w miodzie oblepia j zyk. Dziewczyna przymkn a oczy z rozkoszy. Potem gód, który gromadzi si przez wiele chudych lat w Revelwood, wyrwa si spod kontroli rozumu i Rowena pocz a biega wzdu stoów, zanurzaj c do w ka dym pómisku, chwytaj c z ka dego talerza, zatrzymuj c si na chwil , by z niedowierzaniem ogarn spojrzeniem co na ko cu stou, co mogo by caym pieczonym woem. Pomi dzy pómiski wskoczy ogar - popatruj c na ni zo liwymi oczkami, wdepn tylnymi nogami w talerz peen g stego sosu. Rowena wyrwaa mu z pyska udko indycze i popia zdobycz kwart jczmiennego piwa z kufla, który jaki roztargniony lub nasycony

14 biesiadnik zostawi po ród liwek obtaczanych w miodzie. Z westchnieniem zachwytu przysiada na snopach sito wia, które dla wygody go ci rzucono pod cianami wietlicy. Wy- cióka zalatywaa st chlizn , ale bya mi kka, a nasycony odek sprawi, e Rowena poczua mi senno . Wielka sala zacz a zamazywa si przed jej zm czonymi oczami... Na tle jaskrawoczerwonych i b kitnych kaftanów, w które przystroili si rycerze, wiroway barwne plamy jedwabnych sukien w odcieniach purpury i brzoskwi . Dziewczyna przetara spocone czoo, zdziwiona, e gospodarze w upaln letni noc rozpalaj tak suty ogie . Nagle usyszaa nad sob zo liwe sykni cie: - Popatrz tylko, jak on czaruje! Pod ya spojrzeniem w gór splamionej sosem satynowej narzutki, z której wyzi eraa skrzywiona niech tnie okr ga twarz. - Tusz , i Alise zadrze spódnic jeszcze przed nadej ciem brzasku! - parskn a przyciszonym gosem jej towarzyszka, wysoka i ko cista szlachcianka. - Sir Gareth nie nale y do tych, których mo na zby ! Oczy Roweny rozszerzyy si na widok obrazka, który komentoway obie damy: jej ciemi zca, opieraj c stop o podnó ek, pochyla si nad roze mian kobiet . Niezm cona adn ozdob czer jego stroju odcinaa si aobn nut od podskakuj cych w wesoym ta cu plam szkaratu i trawiastej zieleni. Do jego rozmówczyni spoczywaa na m skim udzie i z ka dym nowym wybuchem perlistego chichotu posuwaa si nieco wy ej. K ciki ust m czyzny wyginay si w sarkastycznym u mieszku, parodii tamtego, który rzuci Rowenie przy strumieniu. Don i pie ci delikatnie obna ony kark kobiety, ale jego oczy w droway nieustannie po rozbawionym tumie. Rowena w sun a si w cie pod stoem, nie chc c, by wypatrzyy j te wsz dobylskie oczy. - Och, tak! Oczarowa samego króla, który pasowa g o na rycerza, zaledwie sko czy siedemna cie wiosen i mia jeszcze mleko pod nosem... - Aj, zamilcz, gupia! Gdyby to ty zasonia starego Dugonogiego, naszego mio ciwie panuj cego, przed ci ciem walijskiego miecza na polu bitwy, spywaj cym angielsk krwi , nie omieszkaby odpaci ci podobnym zaszczytem. - Pulchna kobietka podj a ze stou liwk i niedbale wrzucia smakoyk do ust. Mlasn a z uznaniem. - Mo e pójd tam i pokrzy uj szyki drogiej Alise? - Je li tego nie uczynisz, ten chmurny lord wkrótce rozk rzy uje jej co ... poni ej pasa - zauwa ya chuda szlachcianka. - Och, bez obawy, Alise poradzi sobie z m ulkiem, de Crecym. Prze ya wszak jego dwóch poprzedników, nieprawda ? - Zao si , e tego nie udaoby jej si posa do grobu! - obie kobiety zachichotay zo liwie. - Popatrz na Mortimera, jak gapi si na Garetha zazdrosnymi lepiami! Sam zdaje si mie na niego chrapk . Chod , przekonamy si , czy jest dostatecznie pijany, by da zrobi z siebie gupka! - Albo dostatecznie gupi, by da si zamordowa - dorzucia chuda i potykaj c si pod ya za towarzyszk , depcz c jej po haftowanym w misterne wzory trenie, a zirytowana modnisia zebraa fady i przerzucia przez r k. Ci ka materia koysaa si w powietrzu i smagaa po ydkach podchmielonych tancerzy, nierzadko zbijaj c ich z niepewnych nóg. Kobiety podeszy do bladego minstrela, który nie pr zestawa’ brzd ka na lutni, suchaj c ich szeptów. Pochyli si do przodu i rzuca ukradkowe spojrzenia na sir Gar etha i jego dam . Lord potrz sn gow , odrzucaj c namowy, ale pulchna figlarka przysun a si bli ej, napieraj c o niego bujn piersi . Wreszcie wzruszy ramionami, wyra ajc zgod . Kobiety odsun y si przezornie, zasaniaj c do mi rozchichotane usta. Zaabsorbowana Rowena wyci gn a kosmyk wosów spod czepka i bezwiednie zacz a go u. Wesoa melodia gwatownie umilka. Tancerze powital i cisz rozgo nym j kiem. Jaki m czyzna nie przestawa okr ca si wokó wasnej osi, dwornymi gestami to przyci gaj c do siebie, to odsuwaj c niewidzialn partnerk . Minstrel wyci gn flaszk zza pazuchy kamizelki i poci gn dugi yk. Wi kszo wina nie trafia do ust, lecz pocieka po brodzie. Rycerz, który ledwie trzyma si na nogach, wykrzykn ponaglaj co: - Graj e, Mortimer! Pó niej b dziesz móg ugasi pragnienie, chystku! - Spisz si dzielnie, a po sko czonym balu osobi cie po l do twojej komnaty swojego giermka, by zaspokoi wszelkie swoje pragnienia, grajku - obiec a sir Blaine. Do wtóru zach caj cych okrzyków i przycinków tumu Mortimer demonstra cyjnie zniewie ciaym, omdlewaj cym gestem posa Blaine’owi causa wdzi czno ci. Gospodarz pospiesznie uczyni w powietrzu znak krzy a, jak w obronie przed zym urokiem, co widz c reszta go ci wybuchn a gromkim

15 miechem. Rowena u miechn a si blado, nie bardzo rozumiej c, co si dzieje. Sir Gareth nie przestawa pochyla si nad kobiet w kanarkowej sukni, niepomny muzycznego akompaniam entu ani jego braku. Rowena dostrzega, jak jego do w lizguje si pod jedwabny zawój wie cz cy jej fryzur , a usta muskaj ab dzi szyj . Zaciekawio j , sk d w w tej szyi znalaza si sia, pozwalaj ca unie wysoki zawój z ci kiego brokatu. Trudno byo uwierzy , i tak cienki kark zdoa utrzyma cho by gow ... W roztargnieniu dotkn a wasnej krtani, czuj c pod palcami znajom krzepko cigien. W oszoomionej gowie kr cio si jej jak na karuzeli, lecz przynajmniej bya pewna, e jej kark utrzyma ow cenn cz ciaa! Mortimer delikatnie tr ca palcami struny lutni. Tum ucich, wsuchuj c si w sodko- gorzkie akordy. Zd yli ju zapomnie , z jak wpraw blady minstrel potrafi wydobywa z instrumentu kunsztowne d wi ki! Muzyk zapowiedzia ledwie dosyszalnym gosem: - Szlachetne panie i dzielni panowie, mam dla was n ow pie ... Oczy Roweny wypeniy si zami. arliwe pi kno melodii wzruszyo j do g bi. Poczua t sknot za domem, lecz postaraa si otrz sn i otara zy tym samym pasmem wosów, które poprze dnio wzi a do ust. Go cie otoczyli Mortimera ciasnym kr giem, nawet w pijackim oszoomieniu spragnieni nowy ch pie ni. Proste kosmyki spady na pochylon nad lutni twarz minstrela, gdy ci gn zapowied : - T romanc usyszaem zaledwie miesi c temu na zamku po drugiej stronie kanau, w kraini e Touraine... Sir Gareth wyprostowa si , a czoo przeci y mu zmarszczki. Rowena poczua dreszcz niepokoju, widz c pociemniae oczy, ale wnet spostrzega, e lord patrzy nie na ni , lecz na muzykanta, który zacz piewa g bokim, melodyjnym tenorem: Elayne jasna Niewinnie zgasa. Niewiernej kar Zadao imi ! Tum zaszumia nerwowo i odst pi do tyu. Jasna Elayne Odesza w m ce. To ciemny rycerz Nienawi ywi ! Jasna Elayne... Rowena pod piewywaa urywanym szeptem, oczarowana melodi , gdy gos Mortimera umilk raptownie, a lutnia z trzaskiem wyl dowaa na kamiennej posadzce. Sir Gareth obali gra jka na ziemi i postawi obut stop na jego gardle, a ostry czubek miecza opar zowró bnie o jego pier . Go cie rozsun li si przezornie na bezpieczn odlego . Rowena zauwa ya, e kobiety, które wcze niej rozmawiay z minstrelem, ukradkiem wymkn y si z sali. Porwaa si na nogi, wsuwaj c pasmo wosów pod czepek. Oczy Garetha l niy jak czarne diamenty, szeroka pier unosia si i opadaa w nierównym oddechu. - Je eli chcesz jeszcze kiedy za piewa , mój kanarku, wyjaw mi natychmiast, kto nauczy ci tej pie ni! - warkn . Mortimer zamacha bladymi do mi w niemym baganiu. Gareth uniós podeszw ci kiego buta o centymetr nad gardem niefortunnego gr ajka, lecz w tej samej chwili przycisn mocniej czubek miecza. - Mów albo zamilkniesz na zawsze! Mortimer zakaszla. - Powiedziaem... nauczyem si jej w Touraine, na zamku. - Jakim zamku? Od kogo? - Nie pomn , askawy panie... - esz! - But Garetha ponownie przydusi dr ce gardo. Tum rozst pi si , przepuszczaj c sir Blaine’a. Gospodarz beztrosko zarzuci rami na szyj Garetha, który gwatownie okr ci si na pi cie. Przez krótk chwil Rowena obawiaa si , e jednym zamachem or a odetnie gow kompana. - Daj e spokój, druhu! Trudno dzisiaj o wyszkolonego mins trela... dugo b d szuka nast pcy, je li

16 tego nadziejesz na swój stalowy szpikulec. Wybacz mu ten jedyny raz bezprzykadn zuchwao . By mo e naprawd nie wiedzia, co czyni? - U miechn si odrobin zbyt szeroko. Gareth rzuci przyjacielowi przeci ge spojrzenie bez wyrazu, potem przerzuci wzrok n a minstrela, na którego twarzy pojawi si nie miay cie nadziei. Z pogardliwym przekle stwem wsun miecz do pochwy, lecz nie zdj stopy z garda le cego nieszcz nika. Pochyli si nad nim i wyszepta tak przenikliwym szeptem, e usyszano go w najdalszych zak tkach sali: - Je li jeszcze kiedykolwiek zanucisz t pie , b d to twoje ostatnie sowa! Go cie usuwali si na boki, gdy Gareth dugimi krokami przeci wietlic . Rowena ruszya z miejsca, niepewna, czy ma i za nim, lecz zatrzymaa si , gdy rycerz podszed do wielkookiej kobiety, z któ r poprzednio rozmawia. Uj jej rami bez sowa, a ona równie milcz co wstaa i ruszya za nim po schodach. Przez rami rzucia pozostaych biesiadnikom spojrzenie stanow i ce osobliw mieszanin pow cigliwej skromno ci i triumfu. Gareth przystan na pode cie schodów i rozejrza si po tumie go ci. Jego wzrok zatrzyma si na Rowenie, która zastyga w oczekiwaniu na gest p rzywouj cy j do jego boku. Skin gow , lecz nie zrozumiaa, czy j w ten sposób ostrzega, czy chwali. Zanim zd ya zareagowa , znikn z pi kn dam w cieniu górnego korytarza. Spomi dzy go ci wyoni si rozchichotany giermek, który pomóg Mortimerowi ws ta i otrzepa suknie. Z twarzy modzie ca nie schodzi porozumiewawczy, lubie ny u mieszek. Uczestnicy zabawy omijali szerokim ukiem roztrzaskan lutni . Brak akompaniamentu poo y kres ta com i gwarnej wesoo ci. Go cie, co jeszcze trzymali si na nogach, podobierali si w pary mieszanej lub zgoa tej samej pci i chwiejnym krokiem wytoczyli na dwór al bo wpezli po schodach prowadz cych do komnat sypialnych. Ci, których nadmiar trunku zbi z nóg, owin li si Opo czami i legli pokotem na stoach i posadzce wietlicy. Kr py blondynek niedbaym gestem zsun z kra ca bufetu naczynia i rzuci si na blat. Po chwili zacz przera liwie chrapa . Rowena patrzya przez chwil na jego u pion sylwetk , za- stanawiaj c si ze wzruszeniem, co te obecnie porabia May Freddie. Westchn a i zwin a si w k bek w k cie sali. Gar Przybrudzonego sitowia posu ya jej za poduszk . Na kraw dzi snu znu ony natokiem wra e mózg przywoa obraz pary, któr widziaa przed zamkiem Blaine’a. Wyobrazia sobie delikatnie rze bion twarz Alise wykrzywion podobnie do tamtej kobiety i u miechn a si mimowolnie. Jeszcze trudniej przyszo jej wyobrazi sobie mocarn posta Garetha zgi t w komicznej pozie, gdy przyszpila towarzyszk do ciany jak owada zapanego na wrzosowisku. Nawet winie, które niegdy trzymali w Revelwood, kopuloway z wi ksz gracj ! Fala t sknoty stara z twarzy Roweny u miech rozbawienia. Kiedy powy chart poo y si koo niej i poliza jej nos wilgotnym j zorem, przytulia go ramieniem i nareszcie zapada w niespokojny sen. G dy wspina si po schodach, do Alise spoczywaj ca w jego doni zdaa mu si chodna i nierzeczywista. Pie Mortimera wci rozbrzmiewaa mu w uszach irytuj cym echem. Orzechowe oczy Alise byszczay hamowan ciekawo ci... by mo e i ona rozpami tywaa sowa, które wywoay jego gniew. Bez najmniejszego wyja nienia wyrwa do z uchwytu jej smukych palców. Otworzya usta, by udzieli mu agodnej nagany, lecz nie zd ya sformuowa wyrzutu, gdy dotarli do drzwi sypialni. Su ebne pachol o twarzy niemowl cia i zarumieniona podr czna wychodz c z pomieszczenia przecisn li si obok nich z domy lnym spojrzeniem. Sycha byo ich chichot, gdy zbiegali po schodach do kuchennej cz ci zamku. Gareth zatrzasn drzwi i cign z o a pogniecion narzut . Gwatowno jego gestów napenia Alise niejasnym l kiem, który tylko bardziej rozpali pomie podniecenia w jej oczach. Gareth poczu odraz . Dama podbiega do niego i zadr aa jak listek, gdy szorstkim ruchem wzi j w ramiona. Otworzya szeroko zachanne usta jak na mi tn otcha ... Jego ciao reagowao w odpowiedni sposób, lecz umys nie przestawa rozpam i tywa , ile to ju kobiet kochao si z nim z czystej ciekawo ci, szukaj c dreszczyku niepokoju i w nadziei, e wszystko, co o nim powiadaj , oka e si prawd ... Alise cofn a si nieco, a jej pon ce oczy pociemniay niedwuznacznym zaproszeniem. Pa lcami zakrzywionymi jak szpony wczepia si w skórzan kurtk do ko skiej jazdy, zdzieraj c j pospiesznie z ramion rycerza. W zdradzieckiej pami ci odezwa si znajomy akord... Gareth przypomnia sobie koszmary, które dr czyy go wiele nocy po tym, jak pogrzeba Elayne. nio mu si , e jej rozkadaj ce si ciao w lizguje si do wietlicy, a ko ciste palce b bni w zaryglowane na gucho drzwi sypialni. Budzi si zlany potem, zdyszany, z gardem i zdawionym stra sznym krzykiem. Przyci gn Alise do siebie i przycisn twarz do jej gadkiej szyi, by odegna nienawistne

17 wspomnienie. Rozpostartymi palcami masywnej doni obj smuky stan pod namarszczonym brokatowym stanikiem. Nagle przypomnia sobie ciepo innego ciaa, które spoczywao na jego piersi kilka godzin wcze niej, w czasie nocnej podró y z Revelwood. Mimo woli otworzy oczy, rozpami tuj c bezbronn dziewcz c sylwetk , przyci nit do niego w szalonym p dzie wierzchowca. Opara mu gow na ramieniu. Czu delikatny podmuch oddechu na kurtce jak tchnienie w iosennej bryzy. Bya taka moda.... nagle poczu si niesko czenie stary, uwi ziony w napastliwych obj ciach kobiety, któr ledwie zna. Wci widzia tamt , jak stoi po rodku wietlicy w czepeczku wybrzuszonym mas ukrytych pod nim zotych k dziorów. Wydaa mu si bardziej opanowana i spokojna ni szlachetni go cie Blaine’a, snuj cy si dokoa chwiejnym krokiem. Tylko z jej oczu wyziera tumiony niepokój... Utkwia je w nim z rozpaczliw moc , jakby jego wola moga nada kierunek jej my lom. Poczu drgnienie obawy. Czy zamierzaa umkn , czy te , pomna jego ostrze e, zostanie przy nim? Szcz liwym trafem natkn si wreszcie na jej ojca... Wiedzia, e nie mo e jej utraci . Zbyt dugo jej szuka! Alise zaj czaa w uniesieniu, a jej palce ze lizgn y si po biodrze m czyzny, nieomylnie d c tam, gdzie krya si rozkosz. J kn pod wprawnym dotkni ciem i podda si zmysom. Gwatownie cign haftowany zawój, wyzwalaj c loki, które zot fal spyn y na szczupe ramiona. R owena obudzia si , czuj c wilgotn do zaci nit na ustach. Z wysikiem otrz sn a z oczu mg snu i si gn a po nó , ale do natrafia na pustk przy pasie, a czyje natarczywe palce w lizgn y si pod jej tunik . - Je li jeste chopcem, to ja, mój paniczu, jestem dziewic westalsk ! - dobieg jej uszu ochrypy szept. Ogarni ta popochem, otworzya oczy. Ogie na obszernym kominku zagas i tylko bursztynowe migotanie aru rzucao troch wiata w mrok, w którym intruz ukry twarz. Zsun do wzdu jej ciaa i wepchn j mi dzy skórzane nogawki. Panika odegnaa resztki senne go ot pienia i Rowena zacz a si broni z caej siy. Okrzyk triumfu uwi z w gardle m czyzny, gdy dziewcz ca pi wyl dowaa z guchym odgosem na jego podbródku. Zapa j za przegub i wykr ci brutalnie: - Niech ci licho porwie, przekl ta dziewko! Walczysz jak pachol , ale przysi gam, e zanim wzejdzie so ce, sprawi , i nie po aujesz, e urodzia si niewiast ! Poczua w nozdrzach kwa ny odór piwa, a na ustach o linione, zachanne wargi. Uniosa kolano, usiuj c kopn natarczywca mi dzy nogi, lecz cios wyl dowa w powietrzu. Widok zasoni jej czyj pot ny cie , a intruz spoczywaj cy na niej znikn jak zdmuchni ty. Usiada, rozpaczliwie api c oddech cinitym gardem. Czepeczek spad jej z gowy, a zote k dziory zasoniy twarz. Odrzucia je z oczu i ujrzaa gospodarza zamku, sir Blaine’a, przyci nitego do ciany przez Garetha, który jednocze nie przyo y ostrze sztyletu trzymanego w drugiej doni do sz yi kompana. Blaine stara si wzruszy ramionami, uwi zionymi w stalowym uchwycie: - Czegó si spodziewae , druhu? S dzie , em tak pijany, i nie odkryj dziewki w przebraniu pachoka? Te usteczka oczywi cie natura uksztatowaa do su by rycerzowi, ale bynajmniej nie w roli giermka! Rowena mimowolnie dotkn a warg, nabrzmiaych i rozpalonych. Gareth sta przed ni z nagim torsem. Widziaa spr yste mi nie pod skór pokryt na piersi ciemnymi wosami. - Nie nale y niepokoi tej damy - o wiadczy spokojnie. Ostrze sztyletu na gardle Blain e’a nawet nie drgn o. Oczy gospodarza zw ziy si w szparki: - Skoro nie potrafisz zapewni owej... „damie” lepszej opieki i zostawiasz j sam w mojej wietlicy, nie ga mnie za to, e sam próbowaem si ni zaopiekowa ! - Próbowae czego wi cej, ni li zapewni jej opiek , parszywy skunksie. Je li za znajdujesz moj ochron niedostateczn , zapewne zechcesz wyzwa mnie na uczciwy pojedynek...? Blaine spu ci wzrok pod niewzruszonym wejrzeniem Garetha. Row ena ujrzaa, jak spazmatycznie zadrga mu mi sie w policzku. Gareth u miechn si , lecz jego oczy pozostay zimne: - Tak te my laem... - Wypu ci Blaine’a i wepchn sztylet za pas. - A teraz b d grzecznym pijaczkiem i poszukaj sobie o a! Obawiam si , e rozczarowaem nasz urocz Alise, wi c mo e przyjmie ci w charakterze zado uczynienia i ugaszcze twoj zranion dum . Blaine z wysikiem przywoa na twarz sm tny u mieszek i potar podbródek:

18 - Radz ci dobrze si uzbroi , zanim zechcesz zabra to wilcze szczeni na gór . Umie zdrowo zdzieli czowieka! - Wiem. Widziaem. Gareth pomóg Rowenie wsta . Nie miaa wyj cia - musiaa i za nim. Rzucia ostatnie spojrzenie przez rami i ujrzaa, e Blaine stoi nieporuszony i patrzy w lad za nimi. Z jego twarzy znikn u miech, a w oczach tliy si uczucia silniejsze ni li zwyka irytacja zrodzona z podra nionej dumy. 3 W spinaczka po schodach zbyt krótko trwaa. Zanim Row ena zd ya ochon , stali ju w niewielkiej komnacie sypialnej, urz dzonej bez zb dnego przepychu. Rowena zacisn a w r ku czepeczek, gdy z guchym hukiem zatrzasn y si za ni d bowe drzwi. Czy ta noc nigdy si nie sko czy? Próbowaa opanowa dr enie, kiedy Gareth agodnie przesun grzbietem doni po jej policzku. - Czy zrobi ci jak krzywd ? Potrz sn a gow . Czua si tak znu ona, e nie zdoaa powstrzyma cisn cych si na usta sów: - Czy przyprowadzie mnie tutaj po to, eby móc samemu mnie zbezcze ci? Odwróci si z poba liwym parskni ciem, jakby powiedziaa co niesko czenie miesznego. - Bo e, uchowaj! Nie gustuj w umorusanych az gach z wrzosowisk! Ura ona, ju miaa zaprotestowa , e nie dalej jak wczorajszego popoudnia k paa si w strumieniu w caym przyodziewku - ale pomy laa chwil i stanowczo zacisn a usta. Je li czysty, pachn cy py wrzosowisk maj uchroni od awansów „szlachetnych” rycerzy pokroju sir Gare tha... powinna w ogóle przesta si kpa ! Gareth sta odwrócony do niej plecami, naci gaj c przez gow tunik . Dojrzaa siateczk blizn, przecinaj cych skór szerokich ramion. Zaciekawio j , który ze ladów starych ran jest pami tk po ciosie wymierzonym w króla. - Nie ma si czemu dziwi , e ma tyle blizn - mrukn a. - Dzi wieczorem wyzwa na pojedynek chyba wszystkich... oprócz mnie! Gareth bysn oczami w jej stron . Mia pier pokryt ciemnymi, kr conymi wosami. K ciki ust pow droway do góry w grymasie, który u kogo mniej skrytego uznaaby za pojednawczy u miech. Przysiada na dywaniku koo ó ka i dr cymi palcami zaplataa warkocze. Gareth poo y si na ó ku. Puchowy materac ugi si pod jego ci arem. Nagle wystawi ciemn kowe nad brzeg posania. - Nikt jako nie przyj mojego wyzwania, h ? - Taki dobry? Caym ciaem rzuci si do tyu, wydaj c odgos, który uznaa za potakni cie. Nagle u wiadomia sobie, e zaplata wosy w supeki, i opu cia r ce, t sknie wspominaj c umiej tne zabiegi fryzjerskie Maego Freda. Poo ya si na wznak, przygarniaj c poy tuniki. Brakowao jej ciepej sier ci charta, który przytula si do niej w wietlicy. Powieki same opady na znu one oczy. Burzliwe wydarzenia ostatnich godzin cakowicie j wyczerpay. Nagle poczua nad sob czyj cie . Otworzya oczy i ujrzaa masywn sylwetk Garetha. Zabrako jej tchu. W napi ciu czekaa, e silna do zakryje jej usta i e na caym ciele poczuje po dliwe pocaunki. Zamiast tego poczua na piersiach ciepe fady narzuty. Na wierzch rzuci sztylet, kt órym nieco wcze niej zagrozi Blaine’owi. - Je eli ktokolwiek, nie wy czaj c mnie, spróbuje tej nocy dobiera si do ciebie, mo esz go wypatroszy ! Popatrzyli na siebie bez jednego mrugni cia - b kit zmierzy si z mroczn czerni ... Potem ó ko zatrzeszczao. Wstrzymuj c oddech, nasuchiwaa, kiedy usyszy powolny rytm, wiadcz cy o tym, e jej „pan” zapad w g boki sen. Nie doczekaa si . Skulia si na boku, mocno zaciskaj c do na r koje ci no a. O budziwszy si poczua na twarzy ciepo promieni sonecznych, wyp eniaj cych komnat . Wyprostowaa zesztywniae plecy i wstaa, przeciera j c zaspane oczy. Kodra z g siego puchu owin a si wokó jej kostek. Jedynym ladem, e kto zajmowa w nocy o e, byy zmi toszone prze cierada. Rozejrzaa si wokó i z westchnieniem ulgi rzucia na mi kki materac. o a w Revelwood dawno temu zostay sprzedane i odt d mieszka cy dworu sypiali wszyscy razem w wietlicy na st chej somie, su cej za wspólne posanie. Przetoczya si na plecy i wtulia twarz w niebia sko mi kkie poduszki. Zmie cia si swobodnie w zag bieniu po poprzednim lokatorze o a. Wdychaa wo skór, wyra niejsz i dalece bardziej dra nic zmysy ni zapach zle aego pierza. Le aa na wznak i podskakiwaa na

19 posaniu, chichocz c z zachwytu. Solidna drewniana rama skrzypiaa przejmuj co, protestuj c przeciw lekkomy lnym wybrykom, ale Rowena nie przestawaa si koysa . Nagle drzwi otworzyy si na o cie i stan w nich Gareth - trzyma na r ku par ociekaj cych wod nakolanników z elaznych kóeczek, posczepianych na podobie stwo kolczugi. Zastyga w bezruchu, cho posanie jeszcze przez dug chwil koysao si pod ni zdradziecko. Twarz Garetha nie zdradzaa adnych uczu , ale Rowena po raz pierwszy w yciu zapragn a sprawdzi , jak si prezentuje... podniosa r k do czupryny i stwierdzia, e warkocze rozploty si , a lu ne k dziory zmierzwiy wokó gowy. U miechn a si z wysikiem: - Dobrego poranka ycz memu panu. Gotowaam si wa nie, by mu usu y... Podniós brew. Rowena ugryza si w j zyk i bezsilnie patrzya, jak starannie zamyka za s ob drzwi. -...jako giermek, rzecz jasna, askawy panie - star aj c si , by wypado to zupenie naturalnie, ze lizgn a si z o a. - Gotowaam si , by usugiwa ci dzisiejszego ranka jako giermek - pragn si nauczy , jak najlepiej ci su y, panie. - Skrzywia si na d wi k niefortunnych sformuowa i powa nie zacz a rozwa a, czy nie warto byoby zo y lubów milczenia. Zmieszana si gn a po kodr , która le aa sk biona na pododze, ale wysoki rycerz zast pi jej drog . - Poprosz mój sztylet. - Wyci gn : szerok do . - Wa nie miaam go podnie ... - Tego si obawiaem! Odsun si , ale o kilka zaledwie centymetrów. Z braku miejsca otara si biodrem o muskularne udo, gdy pochylona przeszukiwaa fady narzuty. Wsun a mu r koje w nadstawion do i odst pia, patrz c, jak wsuwa wysadzany drogimi kamieniami sztylet w wysok cholew buta i zaczyna zbiera nieliczny dobytek. - W komnacie aziebnej na ko cu korytarza znajdziesz wann z wod , która co prawda zostaa w niej od wczoraj... ale je li zechcesz si obmy , mo esz z niej skorzysta . Nie trac c pozornej pogody ducha, odmówia potrz niciem gowy. - Dzi ki serdeczne, askawy panie, nie trzeba. K paam si nie dalej jak zeszego miesi ca. Gowa Garetha podskoczya jak na niewidzialnym sznu rku. Rechocz c w duchu, staraa si ze wszelkich si zachowa kamienn twarz pod jego bacznym wejrzeniem. Przecie jeszcze wczoraj pawia si w krysztaowo czystej toni, a potem wygrzewaa si w poudniowym so cu, a przyodziewek wysech i pachnia wie oci powietrza, zió i traw, ocieraj c si o skór przyjemnym ciepem! Postara si , by ten tyran nigdy si o tym nie dowiedzia... Mrukn pod nosem co niezrozumiaego i zr cznie zasznurowa skórzane r kawice. Potem wyczekuj co wyci gn ramiona. Z byszcz cych r kawic zwisay skórzane troczki. Rowena cofn a si jeszcze o krok; teraz tu za nogami miaa ram o a. Gareth chrz kn . - Czy mogaby wreszcie...? - spyta z przesadn cierpliwo ci, wyra nie, jakby mówi do niezbyt bystrego dziecka. Rowena o mielia si nieco. Pomy laa, e prawdziwy giermek pomaga panu ubra si , i wysun wszy j zyk starannie zawi zaa supy na liskim rzemieniu. Dwa razy zacisn a p ta na wasnym kciuku. Kiedy za trzecim razem udao jej si uwi zi w w le nie tylko may palec, lecz równie kosmyk wasnych wosów, wyrwa jej r k i burkn zniecierpliwiony: - Musz znale innego pomocnika... chyba e zechc powyrywa ci palce z doni i wosy z gowy! Rowena schowaa r ce za plecy i splota je w obronnym ge cie. Przerzuci przez gow kolczug . - Pozosta tutaj i czekaj na mnie... odszukam Blaine’a i podz i kuj za go cinno , zanim odjedziemy. Rowena przypomniaa sobie dotyk ci kiej doni mi dzy nogami i przyszo jej do gowy kilka sposobów wyra enia gospodarzowi zamku wdzi czno ci za nocleg, przy czym ka dy z wariantów obejmowa zamaszysty cios pak . Podniosa do do potarganych wosów, usiuj c ukry my li, wyra nie maluj ce si na jej twarzy. Gareth zostawi j siedz c na ó ku z r kami zo onymi na podoku, jak przystao na dobrze wychowan panienk . Iskierka tl ca si na dnie odka wkrótce rozgorzaa w pomie . Zeszej nocy Rowena najada si co prawda do syta, ale bez trudu rozpoznaa uczucie g odu. Towarzyszyo jej ono przez wi kszo niedugiego ycia, dobrze wi c znaa kuj cy ból. Skrzy owaa nogi i rozprostowaa je niecierpliwie. Wstaa z posania i zacz a przemierza komnat miarowym krokiem. Napia si wody z dzbana, wylaa resztk przez okno i znowu przysiada. Pomie w trzewiach zamieni si w istny po ar, gro c utrat zmysów. Otworzya drzwi i ostro nie rozejrzaa si na boki, zanim odwa ya si wysun na korytarz. Musiao by wcze niej, ni s dzia, bo bezwadne ciaa wczorajszych biesiadników , pogr one w

20 pijackim nie, za cielay schody. Ostro nie stawiaa stopy mi dzy czonkami powykr canymi w najdziwniejszy sposób na kamiennych stopniach. Jaki na wpó obudzony m czyzna próbowa zapa j za kostk u nogi, ale zgrabnie wymin a wyci gni t do . Usyszaa niemrawe mruczenie i go ponow- nie zawin si w paszcz. Zesza z ostatniego schodka i ujrzaa s tó zasany resztkami jada. W porannym so cu wyda jej si nie mniej powabny ni wieczorem w pomieniach pochodni. Po chwili usysz aa guchy tupot i ujrzaa Garetha, który zamaszystym k rokiem zbiega po schodach. Na samym dole przeskoczy kilka stopni i musia zapa si muru, eby nie upa . Po jego minie poznaa, e zajrza po drodze do komnaty, a gdy wyobrazia sobie jego zmie szanie na widok pustej sypialni, w jej oczach zamigotaa zo liwa satysfakcja. Zanim do niej dotar, przeskakuj c przez picych, zd ya ju przybra niewinny wyraz twarzy. Skorzystaa z chwili, gdy pr zekraczaj c wyj tkowo zatoczony odcinek sali patrzy uwa nie pod nogi, i obiema do mi przejechaa po zakurzonym spodzie stou, po czym pospiesznie potara policzki, zostawiaj c na nich smugi brudu. Gareth ju mia j zgani , ale zmilcza i tylko zmierzy j spojrzeniem od stóp po czubek gowy. renice zw ziy mu si podejrzliwie, gdy ujrza niechlujnego odmie ca o p katych ksztatach, zamiast gibkiej ani, któr poprzedniego dnia uprowadzi z zamku Revelwood. Rowena powitaa go szerokim u miechem: - Zgodniaam kapk , milordzie. Mam nadziej , e nie gniewasz si na mnie...? - Oczywi cie, e nie! Widz c zaci nite szcz ki, domy lia si , e kamie. U miechn a si jeszcze rado niej. Szkoda, e nie zd ya poczerni sadz którego z perowych z bków. - W przyszo ci jednak postaraj si spenia dokadnie moje polecenia... chyba e pragniesz wpa w r ce nast pnego sir Blaine’a. Strzaa dosi ga celu. Rowena staraa si pokry zmieszanie kwiecist przemow , która stanowia bezwiedn karykatur jego starannej francuszczyzny, któr w owych czasach posugiwali si angielscy lordowie: - Gdzie to zapodzia si nasz szlachetny gospodarz? Czy posk pi nam askawych sów po egnania w chwili, gdy opuszczamy jego go cinne progi? Gareth uniós k ciki warg w grymasie, który przy odrobinie wyobra ni moga wzi za porozumiewawczy u miech: - Obawiam si , i sir Blaine nie jest dzisiejszego ranka w najlepszy m zdrowiu. yczy nam bezpiecznej podró y, a mojemu nowemu giermkowi przesya szczególnie s erdeczne wyrazy pomy lno ci. Poinstruowa nawet swojego stajennego, by podarowa ci konia, który zaniesie ci do zamku Caerleon. Rowena uj a wyci gni t do siebie do i pozwolia si wyprowadzi z wielkiej sali, zaciekawiona, czy na widok sir Garetha pod r k ze swym giermkiem Mortimer wpadby w sza rado ci, czy mo e raczej zazdro ci...? Zawsze uwa aa swoje mocne, szeroko zako czone palce za pozbawione wdzi ku, lecz w przepastnej doni Garetha wygl day niewiarygodnie wiotko i krucho. Usyszaa, e jakie stworzenie w szy koo jej nóg i ujrzaa ótego charta. Podrapaa go po gowie, uwa ajc, e to stosowna forma po egnania z niedawno spotkanym, lecz wiernym przyjaci elem. Stwierdzia natomiast, e „ko ” to zbyt dumne okre lenie dla dychawicznej chabety, któr przeznaczy dla niej sir Blaine. Na wkl sym grzbiecie mi dzy ko cistym k bem a zapadni tymi bokami zmie ciyby si z powodzeniem trzy takie osoby jak ona, ale gdyby nie pojedyncze powitalne grzebni cie kopytem, którego niemrawy odgos przerwa porann cisz , s dziaby chyba, i zwierz jest martwe. Za plecami usyszaa daleko wawsze parskni cie, a gdy si odwrócia, ujrzaa surow min Garetha. - Blaine zawsze by lepszym znawc niewiast ni koni - powiedzia jedynie. Bardziej do wiadczona kobieta odczytaaby w tych sowach komple ment, lecz Rowena nie uchwycia zawartej w nich aluzji. Poczua ciep mordk na opuszczonej doni i ujrzaa, e powy chart wci trzyma si jej nóg. Nie by ju jednak sam; przy czyy si do niego dwa inne, wyleniay kundel i przero nity mastiff, si gaj cy jej do pasa. Olbrzymi pies wcisn nos w r kaw tuniki. - Do budy! - sykn a. Gareth zmarszczy czoo. Jego ogier drepta i bi k opytami za przepierzeniem, poirytowany ujadaniem i skomleniem psiej gromady. Rowena bez wi kszego powodzenia próbowaa odp dzi upartego charta, ale do sfory do czyy si trzy miniaturowe stworzonka, które szczekaj c piskliwie nadbiegy przez zwodzony most. Ich wysadzane klejnotami obro e poyskiway w so cu, kiedy pomkn y prosto ku Rowenie i zacz y j z entuzjazmem obskakiwa . Zdecydowaa, e najlepszym wyj ciem z sytuacji jest

21 dowie swego stoicyzmu, i bez sowa komentarza na temat w tpliwego poczucia humoru sir Blaine’a spróbowaa wskoczy na zapadni ty grzbiet swojego „rumaka”. Kiedy tylko podniosa nog , mastiff zapa j zbami za nogawk i mocno zacisn pot ne szcz ki. Nie zwa ajc na to, usiowaa wyrwa nog , ale beznadziejnie przegrywaa w tym osobliwym poj edynku. Bestia nie puszczaa, tylko z pyska cieka jej coraz obfitsza stru ka liny. Rowena le aa przewieszona w poprzek ko skiego grzbietu. Druga noga dyndaa bezradnie w powietrzu. Gareth przypatr ywa si widowisku ze stoickim spokojem, a nawet z pewnym rozbawieniem, gadz c doni krótko przystrzy on bródk . Rowena wydusia z trudem: - Wybacz, panie... byabym ci bezgranicznie wdzi czna, gdyby pomóg mi dosi konia. Chyba widzisz, e wpadam w tarapaty? Gromkim krzykiem rozp dzi psi gromad . Powy chart przypad brzuchem do ziemi i odpez, rzucaj c Rowenie spojrzenie pene wyrzutu. Poczua, e Gareth obejmuje j w pasie, ale zamiast pomóc jej wspi si na grzbiet waacha, zastyg i usyszaa, jak poci ga nosem. Niezbyt agodnie uj j pod okie i cign na ziemi . - Nie zwykem zachowywa si niegrzecznie, ale nalegam, by wzi a k piel. Gdy kto roztacza wokó siebie tak mocny zapaszek, e psy nie odst puj jego boku, oznacza to, e najwy szy czas... Urwa. Nozdrza rozd y mu si jeszcze bardziej. Spu ci niedowierzaj cy wzrok na wystrz piony mankiet jej tuniki, z którego wyzierao ociekaj ce tuszczem kurze udko. Si gn wszy g biej, wyci gn reszt ptaka i szerokim zamachem cisn na rodek podwórza, mi dzy ujadaj ce psy. Sfora rzucia si na zdobycz skoml c z ukontentowania. Gareth wbi rozw cieczony wzrok w dziewczyn , która uniosa ramiona w niemej pro bie o wybaczenie. Jeszcze raz si gn za pazuch jej okrycia i wyci gn gar pen okruchów, dwa kotlety wieprzowe, zbity k b rodzynek i suszonych liwek, trzy cebule i gnij ce jabko, które wyrwaa z pyska pieczonego dzika. Opasa sylwetka, która tak go zas koczya przy biesiadnym stole, ust pia miejsca wcze niejszej smuko ci. Uporawszy si z przeno n spi arni , wyci gn rozkazuj co do . Dziewczyna cign a wierzchni tunik i posusznie zo ya w wyczekuj cej doni Garetha. Szmatka podzielia los jedzenia, rozdarta z bami zachwyconych psów. Patrz c, jak smakowite k ski znikaj w rozdziawionych pyskach, nie potrafia pohamowa aosnego grymasu. May Fred oblizywaby si z rozkoszy, kosztuj c suta skich rodzynek obtoczonych w cynamonie i miodzie! Zadr aa z chodu w cienkiej koszuli. Rycerz by nie tyl ko okrutny; okaza si wprost potworem! Tymczasem Gareth odwi za od swojego sioda pleciony koszyk i rzuci go d o stóp Roweny. Wsun palec pod jej podbródek i podniós jej gow do góry. Miaa suche oczy, lecz wargi zacisn a w pen goryczy kresk . - Czy s dzia , e chc ci zagodzi na mier ? Cisza starczya za odpowied ... Oderwa palec od dziewcz cej brody i z niedowierzaniem obejrza smug brudu, który pozosta na opuszku po zetkni ciu z jej skór . Gwatownym ruchem podniós pokryw koszyka, odsaniaj c dwa paruj ce bochenki chleba prosto z pieca, zuchelek óciutkiego masa i trzy p ta soczystych, p katych kiebas. Usysza burczenie pustego odka Roweny, zanim ona sama je poczua. Zdesperowana, szybkim kopniakiem zamkn a pokryw i usiada na koszu. Uj a Garetha pod kolana, podnosz c ku niemu oczy jak bawatki. - Ale tych zapasów ni e rzucisz na po arcie psom, dobrze? Nie wolno ci! Powiedz, e tego nie zrobisz...? Zbity z tropu tak reakcj , Gareth przykucn obok niej, przekonany, e gdyby rzeczywi cie zechcia wyrzuci koszyk z prowiantem, musiaby rzuci i j , tak mocno wczepia si w wiklinowy pa k ramionami o skórze gadkiej i jasnej, nie ska onej brudem, który pokrywa jej policzki. Odezwa s i , wyra nie wymawiaj c sowa: - Zapakowaem to jado na nasz poranny posiek. S dziem, e milej nam b dzie spo y go z dala od paskudnego smrodu wczorajszej biesiady. Wstaa tak raptownie, jak przed chwil usiada. Podaa kosz Garethowi, rozkoszuj c si ci arem, obiecuj cym nie lada uczt . - Oczywi cie... có za wspaniay pomys! Posiek poranny? W Revelwood niekiedy siadamy do pierwszego niadania dopiero o zmroku. Jeste my zbyt zaj ci, by tak wcze nie siada do stou. Poza tym oczekiwanie zaostrza apetyt i zwi ksza rozkosz podniebienia - paplaa, doskonale wied z c, e gdyby jej apetyt zaostrzy si chocia jeszcze odrobin , mogaby schrupa Garetha tak, jak sta, trzymaj c w r ku czarodziejski kosz. Nie wiadom niebezpiecze stwa, na powrót przytroczy pakunek do sioda. Zawa ha