Julka_15

  • Dokumenty 14 543
  • Odsłony 702 867
  • Obserwuję 562
  • Rozmiar dokumentów 19.4 GB
  • Ilość pobrań 345 725

Monika Warneńska - Drzewo sprawiedliwości

Dodano: 8 dni temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 8 dni temu
Rozmiar : 1.7 MB
Rozszerzenie: pdf
Odsłony: 2
Pobrania: 1

Monika Warneńska - Drzewo sprawiedliwości.pdf

Julka_15
Użytkownik Julka_15 wgrał ten materiał 8 dni temu. Od tego czasu zobaczyło go już 2 osób, 1 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 135 stron)

Spis tre ści Motto PAPIERY ANNY GÓRA PAMI ĘCI Metryczka ksi ąż ki

...wsp ólny dom nam zburzono, krew przelana nas brata... W ładys ław Broniewski Kto ratuje jedno życie, ratuje ca ły świat. (s łowa wyryte na me dalu przyznawanym przez Instytut Yad Vashem w Jerozolimie)

PAPIERY ANNY * Papiery Anny le żały nietkni ęte w szufladzie d ługo, chyba oko ło roku, zanim wreszcie postanowi łam do nich si ęgn ąć . Tak w łaśnie my ślałam o nich: „papiery Anny ”, ni e „po Annie ”. Trudno mi by ło bowiem pogodzi ć się z utrat ą Anny. Przyja źniłam si ę z nią do lat. Sta ła si ę dla mnie jak gdyby starsz ą siostr ą. A mo że nawet kim ś wi ęcej ni ż siostr ą? Z prawdziw ą siostr ą na pewno bowiem nie żyłabym w takiej zgodzie. Les zek zreszt ą równie ż bardzo si ę do niej przywi ąza ł. Wydawa ło mi si ę, że znam Ann ę doskonale, wraz z ca łą jej przesz łością. Teraz dopiero z mimowolnym zdumieniem u świadamiam sobie, jak ma ło o niej wiedzia łam, mimo łącz ącej nas przyja źni. Obydwie pocho dzi łyśmy z tego samego miasta. Lecz Anna ju ż w latach przedwojennych z Bukowca przenios ła si ę do Warszawy. Ja by łam wtedy jeszcze ma łą smarkul ą. Dziesi ęć lat róż nicy w młodym wieku – to bardzo wiele. – Czas kaleczy, czas leczy – pokiwa ł głow ą mój o jciec, kiedy Leszek powiedzia ł mu, jak bole śnie prze żyłam śmier ć Anny. Przy ca łej swojej zewn ętrznej, dobrodusznej zreszt ą szorstko ści, ojciec wiedzia ł, a mo że odgadywa ł, kim by ła dla mnie Anna. Sam zreszt ą, podobnie jak moja matka, bardzo polubi ł odnalez ion ą po wielu latach swoj ą uczennic ę. Leszek, chc ąc mnie wyrwa ć z kr ęgu smutnych rozpami ętywa ń, powzi ął wreszcie „męsk ą decyzj ę”: za łatwi ł po życzk ę w swoim miejscu pracy i do łożywszy j ą do naszych oszcz ędno ści wykupi ł dwa miejsca na wycieczk ę do W łoch z pobytem w jednym z najpi ękniejszych miejsc tego niezwyk łego kraju: na Sycylii. Ten wyjazd zrobi ł mi bardzo dobrze, zar ówno pod wzgl ędem zdrowotnym, jak psychicznym. B ól nieco przycich ł. Wr óciłam do Warszawy w znacznie lepszej formie. Wkr ótce po naszym przyje ździe odezwa ł się w telefonie obcy g łos kobiecy. Dzwoni ła osoba, kt óra przedstawia ła si ę jako Bronis ława Bie ńko. Sk ąd znam to nazwisko? – Przypomnia łam sobie, że tak brzmia ło panie ńskie nazwisko Anny. Rozm ówczyni wyja śniła: – Jestem bratow ą Anny. Uprawomocni ł się jej testament. Przekaza ła w nim pani niekt óre swoje rzeczy na pami ątkę. I papiery... Kiedy pani mog łaby to odebra ć? Um ówi łam si ę na dzie ń nast ępny. Oboje z Leszkiem pojechali śmy do znajomego mieszkania, od wielu mies ięcy sta ło puste. Sama wybra ć się tam nie potrafi łam. Zreszt ą nigdy w życiu przedtem nie mia łam do czynienia z jakimkolwiek testamentem. Wydawa ło mi si ę, że Anna nie przywi ązuje wagi do spraw materialnych. – To bardzo rozs ądne – powiedzia ł Leszek. – Zosta ło przecie ż po niej mieszkanie i troch ę warto ściowych rzeczy. Pa ństwo Bie ńkowie, brat Anny i jego żona, przyj ęli nas uprzejmie i rzeczowo. Post ępowanie spadkowe by ło – jak poinformowali – niedawno zako ńczone. W łasno ściowe mieszkanie, pok ój z kuchni ą i łazienk ą, Anna zapisa ła bratanicy, studentce drugiego roku medycyny. Alicja Bie ńko by ła chrzestn ą córk ą Anny. M łodej dziewczynie przypad ło r ównie ż w udziale prawie ca łe urz ądzenie mieszkania. – Troch ę fotografii rodzinnych, list ów, papier ów zachowamy na pami ątkę – powiedzia ł Ludwik Bie ńko, jedyny z licznego niegdy ś – jak przypomnia łam sobie – rodze ństwa Anny. Dla mnie i dla Leszka, „moich bardzo bliskich i bardzo serdecznych przyjaci ół” – wedle stwierdzenia w testamencie, Anna przeznac zy ła biureczko -sekretarzyk z czeczotki oraz podobn ą kom ódk ę, kt óra sta ła przy jej tapczanie. Wiedzia łam, że te dwa stare mebelki, kt óre przetrwa ły wojn ę, kiedy ś przed laty odnowione zosta ły w warsztacie wuja, a zarazem opiekuna Anny. – I jeszcze to ... Podczas gdy Leszek omawia ł z panem Bie ńko termin przewiezienia obu mebli, jego żona

po łożyła przede mn ą pakiet owini ęty br ązowym papierem, starannie przewi ązany sznurkiem i zalakowany. Na wierzchu widnia ły znajomym uko śnym nieco charakterem pisma nakre ślone słowa: Dla Pani Barbary Kruszek -Rogoszewskiej – do rąk w łasnych. Wszystko to wyda ło mi si ę bardzo osobliwe i niedzisiejsze, jak zesz łowieczny romans. Testament, spadek, zalakowane papiery... Cho ć by łam ciekawa zawarto ści pakietu, nie kwapi łam si ę z jego otwarciem. Wci ąż bowiem przy łapywa łam si ę na my śli: – Trzeba to czy tamto powiedzie ć Annie. R ęka sama wyci ąga si ę do telefonu. Palce gotowe s ą odruchowo nakr ęcić cyfry, tworz ące dawny, od lat znajomy numer. I zn ów uprzytamniam sobie, że cz łowieka, kt órego ciep ły, przyjazny g łos odzywa ł się przez tyle lat w słuchawce, nie ma i nie b ędzie. A jednak Anna przem ówi ła do mnie. Nast ąpiło to w chwili, gdy pokonuj ąc wewn ętrzne opory, zdecydowa łam si ę przejrze ć zawarto ść pakietu. Na wierzc hu znalaz łam kopert ę z listem adresowanym r ównie ż do mnie: Droga moja Basiu, Porz ądkowa łam niedawno moje papiery, kt óre s ą w tych dw óch teczkach. Mia łam zamiar – przed wyruszeniem w najd łuższą podr óż , z której ju ż się nie wraca – po prostu je spali ć. Ale potem zrobi ło mi si ę żal wszystkiego, co jest w nich: prze żyć, wspomnie ń, nawet cierpie ń. Powierzam Ci te notatki. Nieraz chcia łam Ci opowiedzie ć o tym wszystkim, co w nich jest opisane. Zabrak ło mi si ł. Odk łada łam to na potem. A potem b yło ju ż za póź no. Patrzy łam z bliska przez wiele lat, jak rozwija si ę Tw ój talent, jak pracujesz. By łaś zawsze wierna naszej przyja źni. Dlatego daj ę Ci woln ą rękę do wykorzystania historii zawartej w tych szparga łach. Z jedn ą tylko pro śbą: zr ób to nie wcze śniej ni ż w dziesi ęć lat po moim odej ściu. Do tego czasu, mam nadziej ę, wiele trudnych, bolesnych spraw i zadra żnie ń wyr ówna si ę, ucichnie. Oby to nast ąpiło. By łaś mi bardzo bliska i bardzo droga. W Was obojgu znalaz łam to, czego los mi odm ówi ł: rodzin ę z wyboru. Życz ę Tobie, Leszkowi i Waszym Dzieciom wszystkiego, co najlepsze, co najlepsze i najpi ękniejsze. Pomy ślcie czasem o mnie. Anna 11 X 1967 W pierwszej teczce znajdowa ły si ę dwie spore, br ązowe koperty ze zdj ęciami. Jedna koperta zawiera ła zdj ęcia Anny z róż nych okres ów jej życia oraz fotografie jej bliskich. Rozpoznawa łam ich bezb łędnie. Oto Stefan Wojdy ński, wuj i opiekun Anny, zmar ły jeszcze przed wojn ą: kr ótki w ąs, lekko łysiej ąca g łowa, bystre spojrzenie szczerych oczu. Jego żona, owa ciotka Zosia, kt órą zd ąż yłam pozna ć – du żo m łodsza od męż a, bardzo ładna w swoim oryginalnym, troch ę „śródziemnomorskim ” typie urody – smag ła, ciemna, czarnooka. Niepodobna – jak m ówi ła Anna – do nikogo z rodziny. Zdj ęcia dw óch m łodych m ęż czyzn w oficerskich mundurach przedstawia ły obu m ężó w Anny, kt órych po kolei zabra ła wojna. Anna po jej zako ńczeniu nie podj ęła żadnej pr óby za łożenia rodziny. I dwie kolejne fotografie: male ńkie dziecko na roz łożonym kocu. Dziecko na rękach u śmiechni ętej Anny. To by ła na pewno jej c óreczka, która zmar ła w niemowl ęctwie podczas wojny. Z drugiej koperty wyjrza ła znowu twarzyczka dziecka. I to mnie zaskoczy ło. Kim by ła dziewczynka, kt órą Anna przygarnia ła do siebie serdecznym, macierzy ńskim gestem? Na odwrocie ka żdego zdj ęcia widnia ła tylko data. Przeczyta łam: 1943. Nie mog ła to by ć córeczka Anny. Towarzyszy łam jej bowiem kiedy ś w wędr ówce na Pow ązki. Przed Wszystkimi Świ ętymi moja przyjaci ółka odwiedza ła rodzinne groby w Bukowcu i mogi łę drugiego m ęż a na wojskowym cmentarzu w okolicach Pily. Potem sz ła na Pow ązki, ten najbardziej znany cmentarz warszawski, z ładunkiem zniczy i chryzantem. Pod granitow ą płytą, obok jej opiekun ów, spoczywa ł syn Stefana Wojdy ńskiego, pol eg ły w obronie Warszawy. U do łu grobowca widnia ł napis: Joasia Laszkiewicz ówna, i dwie daty, kt óre zamyka ły kr óciutki okres życia c óreczki Anny. Tam spocz ęła r ównie ż ona – obok jedynego dziecka

i opiekun ów, kt órych nieraz nazywa ła drugimi rodzicami. Wracaj ąc z Pow ązek, d ługo czeka łyśmy na taks ówk ę. – Wpadnij na chwil ę do mnie – poprosi ła Anna. – Podczas wojny wydawa ło mi si ę, że nosz ę w sercu jeden wielki cmentarz – westchn ęła, gdy ju ż znalaz łyśmy si ę w jej mieszkaniu. – Tylu ludzi odchodz iło co dzie ń – i tylu najbli ższych straci łam! Milcza łam. C óż bowiem mo żna by ło powiedzie ć? Dwie siostry Anny zgin ęły z rąk Niemc ów. Brat, zagro żony aresztowaniem, przedosta ł się na teren ówczesnej Generalnej Guberni. Poleg ł w partyzantce. – Potem Joasia... I jeszcze inne sprawy, inne b óle. Tylko że... Anna przerwa ła w pół zdania i wysz ła do kuchni. Nie pospieszy łam za nią, wiedz ąc, że w takich chwilach cz łowiek bardzo cz ęsto woli by ć sam. Powr óciłam teraz do zdj ęć . To nie mog ła by ć córeczka Anny. Na odwrocie widnia ła data: 1943. Kolejne zdj ęcie wykonane chyba przez amatora, lecz sprawnego w fotografowaniu: dziecko – zapewne to samo? – stoj ąc pomi ędzy dwojgiem m łodych ludzi, trzyma ich za ręce. M ęż czyzna zarzuci ł bia ły kitel na mun dur wojskowy. Anna w jakiej ś niezgrabnej kurtce, przypominaj ącej zimow ą kufajk ę. „Rok 1944 ”. Lublin – domy śliłam si ę. Wiedzia łam, że przez lini ę frontu Anna dotar ła w ówczas na tereny wyzwolone, gdzie Lublin pe łnił rol ę tymczasowej stolicy. I jeszcze dwa zdj ęcia. To samo dziecko sta ło si ę już dziewczynk ą o figlarnym u śmieszku. Na pierwszej z tych dw óch fotografii ma ła ubrana by ła w letni ą sukienk ę. Na drugiej opatrzonej napisem „Łó dź 1946 ” mia ła na sobie fartuszek przedszkolaka. Czy żby te zdj ęcia mia ły tworzy ć swoist ą dokumentacj ę fotograficzn ą, uzupe łniaj ącą tre ść notatek Anny? Czyta łam je przez ca ły wiecz ór i przez ca łą nast ępn ą niedziel ę. Przybli żyły si ę wspomnienia czasu, w którym pozna łam Ann ę. Dwa cykle reporta ży, zamieszczone na łamach prasy m łodzie żowej, w której dotychczas pracowa łam, zwr óciły czyj ąś uwag ę „u góry” – i nieoczekiwanie okaza ło si ę, że czeka mnie przeniesienie z „Głosu M łodych ” do redakcji „Horyzontu ”. Tak zwa ł się znany i poczytny tygodnik spo łeczno -kulturaln y. Dla mnie, w ówczas m łodej, nie śmia łej, pe łnej kompleks ów stanowi ło to oczywi ście awans. Cieszy łam si ę nim, lecz zarazem czu łam l ęk: czy dam sobie rad ę na nowym gruncie? – Na pewno – twierdzi ł z optymizmem m ój m ąż . W pewien dzie ń wczesnej jesieni przysz łam po raz pierwszy do „Horyzontu ”. Sekretarz redakcji oprowadzi ł mnie po kilku pokojach, prezentuj ąc now ą, stremowan ą przybyszk ę dziennikarzom, kt órzy od dzi ś mieli by ć moimi kolegami. Trafili śmy wreszcie do ma łej klitki, gdzie przy biurku sie dzia ła nad stert ą ksi ąż ek i czasopism ciemnow łosa kobieta, poch łoni ęta pisaniem. – Cze ść, Aniu! Chcia łem ci przedstawi ć nasz ą now ą kole żank ę. – Sekretarz wymieni ł moje nazwisko. Nieznajoma podnios ła wzrok znad biurka. Stwierdzi łam w duchu, że jest ładna i wygl ąda młodo. Ciemne w łosy przetkane nik łymi smugami wczesnej siwizny obejmowa ły twarz jak rama. Przyjrza ła mi si ę bardzo uwa żnie, a potem z uśmiechem powiedzia ła to, co mnie zaskoczy ło: – Ja pani ą już znam, pani Basiu. Mocno zmieszana, gor ączkowo usi łowa łam sobie przypomnie ć, kiedy i gdzie spotka łam t ę kobiet ę. Dopomog ła mi: – Prosz ę się nie trudzi ć. To dawne czasy. Jest pani c órk ą pana Adama Kruszka? Mieszka ła pani kiedy ś w Bukowcu, prawda? Potwierdzi łam. – Ja te ż. Uczyli mnie n iegdy ś pani rodzice. Co dzie ń chodzi ła pani z ojcem na spacery. Zawsze mia ła pani na głowie du żą , pi ękn ą kokard ę. Jak przez odwr ócon ą lornetk ę zobaczy łam wyra źnie zatarty we wspomnieniach obraz:

idziemy oboje „do miasta ”. Trzymaj ąc r ękę ojca, usi łuję dotrzyma ć mu kroku. Skacz ę przez ka łuże lub ślizgam si ę po zamarzni ętym b łocie. Ulica jest nie ładna, ale wtedy jeszcze nie zna łam miast z pięknymi ulicami. Za nami pozosta ł drewniany most (kt órego teraz ju ż nie ma), brzydki, jak prawie wszystko w mo im rodzinnym mie ście. Idziemy do celu owych prawie codziennych spacer ów: jest nim najpierw cukiernia, gdzie wst ępujemy na pączka (kosztowa ł piętna ście groszy – Bo że, jak to jest, że cz łowiek pami ęta takie g łupstwa!), a potem ksi ęgarnia! Pierwsza ksi ęga rnia w moim życiu. Ojciec, kierownik miejscowej szko ły, cz ęsto za łatwia ł w ksi ęgarni jakie ś sprawy z właścicielem, starszym panem, siwym i bardzo godnym. A ja mog łam kr ęcić się obok p ółki z ksi ąż kami dla dzieci – i sięga ć łapczywie po coraz to nowy tom Makuszy ńskiego, Porazi ńskiej, Buyno -Arctowej... Wspomnienie b łysn ęło, zawirowa ło i zgas ło, pozostawiaj ąc ciep ły ślad. Z sympati ą spojrza łam na now ą znajom ą. – A pani rodzice? – spojrza ła na mnie wyczekuj ąco. – Żyją – odpar łam. – Mieszkaj ą nadal w Bukowcu. Ojciec by ł w oflagu. Pracuj ą. I jako ś trzymaj ą się ze zdrowiem. – Nie wiem, czy mnie pami ętaj ą, ale bardzo prosz ę, niech ich pani bardzo serdecznie ode mnie pozdrowi. Od Anny Bie ńko. Pod tym nazwiskiem mo że sobie mnie przypomn ą. – Anna Bie ńko? – ojciec zmarszczy ł brwi, usi łując przywo łać skojarzenie zwi ązane z tym nazwiskiem. – Aha, ju ż wiem! Oczywi ście, że ją pami ętam. Szczup ła, ciemna. Bardzo zdolna. – Ja te ż ją sobie przypominam – dorzuci ła moja matka. – Anula Bie ńko pi ęknie deklamowa ła! – M ówili śmy nieraz w gronie nauczycielskim, że powinna i ść do gimnazjum. – Wyjecha ła a ż do Warszawy – podj ęła matka. – Podobno zaopiekowali si ę nią jacy ś zamo żni krewni, kt órzy w łasnych dzieci nie mieli. Pami ętam wkr ótce potem świ ęta i sylwestrowy wiecz ór w redakcji „Horyzontu ”. Wsp ólna kolacja, śmiech, gwar, muzyka i życzenia noworoczne. Anna wygl ąda ła bardzo ładnie w czarnej sukni, ozdobionej srebrzyst ą koronk ą, nabytej okazyjnie, jak mi p óź niej powiedzia ła. Wtedy z reszt ą ka żdy ubiera ł się jak m ógł i „bale ga łganiarzy ” nie wysz ły jeszcze z mody. U Anny podoba ł mi się jej szyk, charakterystyczny dla warszawianek, kt óre nawet w śród ruin stolicy i cięż kich warunk ów codziennego życia potrafi ły ubiera ć się pomys łowo i elegancko. Anna r ównie ż, cho ć warszawiank ą z urodzenia nie by ła. Zaproponowa ła mi wypicie bruderszaftu ze słowami: – Znamy si ę przecie ż tak dawno! – Przysta łam na to z ochot ą. – Ale jak mam do pani, to znaczy, przepraszam jak mam do ciebie si ę zwraca ć? – Spyta łam, kiedy ju ż dope łniłyśmy zwyczajowego obrz ędu. – Hania? – Nie! – zaprzeczy ła Anna, zar óż owiona i weso ła, jak gdyby nie mia ły do niej przyst ępu żadne zmartwienia. – Nikt mnie tak nigdy nie nazywa ł. Mo że dlatego, że moja matka mia ła na imi ę Hania. Wszyscy najcz ęś ciej m ówili do mnie: Anula. Czasem: Anka. Ale najbardziej odpowiada mi moje imi ę bez żadnych skr ótów. Po prostu Anna. Wspomnienia t łocz ą się w pami ęci, jedno wypiera drugie. Nasza za żyłość utrwali ła si ę szybko. An na mia ła cenn ą w przyja źni zalet ę: potrafi ła si ę znale źć blisko, zawsze kiedy by ła najbardziej potrzebna. Potrafi ła radzi ć i pomaga ć. Umia ła m ówi ć – i słucha ć. Przez kilkana ście lat obojgu nam da ła bardzo wiele. Przyjechali śmy z prowincji – i nie by ło nam łatwo zakorzeni ć się na warszawskim gruncie. – Ja te ż kiedy ś by łam „nietutejsza ”, „pozawarszawska ”. I chyba jeszcze cięż ej ni ż tobie sz ło mi pokonywanie opor ów – mawia ła z uśmiechem. – Jeśliby ś chcia ła us łysze ć wsp ółczesn ą wersj ę bajki o Kopciu szku, to by łyby na pewno właśnie moje losy – nadmieni ła kiedy ś półż artem, m ówi ąc o swoim dzieci ństwie. – Nie mo żesz sobie wyobrazi ć, co czuje taki jedenastoletni „kopciuszek ”, kiedy znajdzie swojego kr ólewicza. Moim „kr ólewiczem ” by ła Warszawa. – Mo gę sobie wyobrazi ć – odpar łam. – Mnie te ż na pocz ątku by ło trudno tu

w Warszawie. – To nie to samo, Basiu. Prawda, że w zrujnowanej Warszawie żyło si ę znacznie ci ęż ej niż w tej normalnej, przedwojennej. Ty wysz łaś z domu, gdzie by ło du żo ksi ąż ek, gdzie rodzice ciebie jedn ą otaczali trosk ą. Ty, cho ć młoda, by łaś już przecie ż doros ła. M ój start nast ąpił w innych warunkach. Musia łam oswoi ć się z mn óstwem nowych rzeczy. Tyle że młode drzewko na nowy grunt łatwo przeszczepi ć. – Drzewko si ę przyj ęło – za żartowa łam. – I wyros ło. – Jak wida ć na za łączonym obrazku – za śmia ła si ę Anna. By ła o głow ę wy ższa ode mnie. Podtrzymywa ła w nas obojgu ciekawo ść świata i pasj ę do podr óż y, kt óra zreszt ą ją równie ż cechowa ła. – Przed wojn ą zapowiada ło si ę na to, że będę mog ła zwiedzi ć troch ę świata za niedu że pieni ądze – westchn ęła, opowiadaj ąc mi kiedy ś o swojej pracy w PLL LOT. – Po prostu nie zd ąż yłam wykorzysta ć okazji! Kiedy og łoszono pierwsze wycieczki morskie, o świadczy ła, że pojedzie w tak ą podr óż i nam obojgu pomo że r ównie ż wzi ąć w niej udzia ł. Pomoc ą z jej strony by ła po życzka pieni ęż na, z której skorzystali śmy nie bez skrupu łów. – Sp łacicie mi w ratach – oświadczy ła Anna tonem niedopuszczaj ącym dyskusji. Tak te ż się sta ło. Op rócz poczt ówek i folder ów, zdj ęć i drobiazg ów pami ątkowych pozosta ł nam i jej skarb najwi ększy: wspomnienia. Jeszcze teraz w trudnych momentach wydaje mi si ę, że słysz ę spokojny, znajomy g łos: – Ale ż, Basiu, dlaczego z góry zak ładasz, że nie dasz sobie rady? Potrafisz! I okazuje si ę, że naprawd ę potrafi ę. Kiedy upar łam si ę przy nauce hiszpa ńskiego, co przed laty nie by ło tak popularne, jak obecnie, bardzo mnie w tym zamiarze podtrzymywa ła. Potem okaza ło si ę to potrzebne „jak znalaz ł”: bez zna jomo ści hiszpa ńskiego nie dosz łaby do skutku moja wielka podr óż do Meksyku i Gwatemali. Podr óż , po której... – Dlaczego? Dlaczego ona o tym nigdy nie chcia ła m ówi ć? – pyta łam mojego m ęż a, po lekturze notatek Anny. – Widocznie to by ło ponad jej si ły – odpar ł Leszek. Okupacyjna karta Anny, mojej przyjaci ółki, by ła pi ękna, cho ć ona sama wspomina ła o tym raczej niewiele. Kto ś z tych, co znali Ann ę podczas okupacji, powiedzia ł mi, że bra ła udzia ł w ratowaniu Żyd ów. Zagadn ęłam j ą o to. Po twierdzi ła, nie wdaj ąc si ę w szczeg óły. – Czy to by ła „Ż egota ”? – Tak i nie – odpar ła Anna. – Zacz ęło si ę to jeszcze przed „Ż egot ą”. – Urwa ła, jak gdyby nie chc ąc powiedzie ć zbyt wiele. – A czy... czy mia łaś z tego powodu jakie ś przykro ści? – zaryzykowa łam kolejne pytanie. Wiadomo by ło przecie ż, że wielu dawnych żołnierzy i dzia łaczy podziemia spotyka ły w latach stalinizmu niezas łużone krzywdy. Anna wzruszy ła ramionami. – Przykro ści? No, c óż ... – Mia łam ich troch ę. Mniej ni ż inni ludzi e, kt órzy si ę w te sprawy anga żowali – odpar ła pow ściągliwie. – To nie by ło w moim przypadku najgorsze. Kiedy ś ci o tych sprawach opowiem. Ale na to potrzeba czasu i spokoju. Ca łą prawd ę pozna łam dopiero w wiele lat p óź niej z jej notatek. Oczyw iście, wiedzia łam o wyjazdach Anny do Izraela. Pierwszy raz by ła tam wkr ótce po pa ździerniku 1956. Zaproszenie przys łali jej, jak powiedzia ła, dawni przyjaciele, od pierwszego okresu po wojnie osiadli w Tel Awiwie. W kilka lat p óź niej przysz ło nast ępne zaproszenie, tym razem urz ędowe i oficjalne: Anna zosta ła uhonorowana zaszczytnym tytu łem „Sprawiedliwy w śród Narod ów Świata ”. Przyznawano go ludziom, kt órzy z nara żeniem w łasnego życia ratowali Żyd ów podczas okupacji. Pojecha ła do Jerozolimy, aby w miejscu nazywanym „Górą Pami ęci” posadzi ć symboliczne „drzewo sprawiedliwo ści”. Jedno z wielu takich drzew. Mia łam nadziej ę us łysze ć od niej obszern ą relacj ę o tej podr óż y, kiedy w trójkę pojechali śmy samochodem do Lublina. Leszek mia ł w tym mie ście do za łatwienia jakie ś sprawy

służbowe. Ja Lublina dotychczas nie zna łam. Anna od razu przysta ła bardzo ch ętnie na propozycj ę wsp ólnego wyjazdu. Min ęliśmy D ęblin, gdzie mieszka ła niegdy ś bardzo kr ótko po ślubie z pierwszym m ęż em, porucznikiem -pil otem. Potem zrobili śmy post ój w Pu ławach, nieska żonych jeszcze w ówczas niszczycielskimi wp ływami tamtejszej wielkiej chemii. Po Na łęczowie i Kazimierzu by ł już Lublin. Anna, bardzo o żywiona, pokazywa ła nam miejsca znajome z dawnych lat, „kiedy Lublin był Warszaw ą”. Rzecz zaskakuj ąca: ta „podr óż sentymentalna ” jak gdyby przy ćmi ła we wspomnieniach Anny jej niedawn ą podr óż zagraniczn ą. Z jej wspomnie ń izraelskich najbardziej zapami ętałam ów moment sadzenia „drzewa sprawiedliwo ści” na Górze Pami ęci i podr óż powrotn ą przez Ateny, gdzie mog ła zatrzyma ć się przez trzy dni. Wyjazd do Grecji wydawa ł mi si ę wówczas prawie niemo żliwy. I tak si ę jako ś sta ło, że Ateny i Akropol we wspomnieniach Anny przys łoni ły Jerozolim ę. Kiedy Meksyk sta ł się dla mnie blisk ą i realn ą mo żliwo ścią, nie zwr óciłam uwagi na wygl ąd Anny, mizernej i zm ęczonej. Wreszcie zauwa żyłam, że co ś jej chyba dolega. Machn ęła r ęką us łyszawszy moje pytanie. – Potrzebny mi urlop, by ć mo że sanatorium – odpar ła niedbale, kieruj ąc rozmow ę na inny temat. I dopiero tu ż przed wyjazdem dowiedzia łam si ę – nie od niej zreszt ą – że ma i ść do szpitala. Zagadn ęłam j ą o te k łopoty zdrowotne. – To tylko przebadanie – odpar ła takim tonem, jak poprzednio. – Wiesz, jakie ś babskie sprawy. Lepiej pol eżeć tydzie ń, ni ż biega ć ile ś tam razy do specjalistycznej przychodni. Nie zawracaj sobie tym g łowy! Uspokoi ła mnie owym zapewnieniem. Wyjecha łam na prawie trzy miesi ące. Wr óciłam pe łna wra żeń i bardzo szcz ęś liwa, z zamiarem napisania nie tylko repor taży, lecz tak że ksi ąż ki. Przed powrotem do kraju w naszej ambasadzie czeka ły na mnie listy od najbli ższych. Pisa ł Leszek i dzieci, pisali moi rodzice. Przebieg łam r ównie ż wzrokiem kilkana ście linijek odr ęcznego pisma Anny. U mnie nic szczeg ólnego. B ardzo czekam na tw ój powr ót i na ca łą „rzek ę wra żeń”, kt óre przywieziesz. Ciesz ę się, że tyle mog łaś obejrze ć i zwiedzi ć. Widzisz, jak to dobrze, że w swoim czasie przysiad łaś fałdów nad hiszpa ńskim? Leszek z dzie ćmi oczekiwa ł mnie na lotnisku. Min ęła pierwsza fala burzliwej powitalnej rado ści. Gdy znale źliśmy si ę w domu, spojrza łam na zegarek. – Chyba jeszcze nie jest za póź no, żeby zadzwoni ć do Anny? Pewnie czeka na mój telefon! Sięgn ęłam po słuchawk ę. – Nie dzwo ń, Basiu – Leszek po łożył dłoń na mojej r ęce. – Anny nie ma w domu. – Wyjecha ła? Jest w sanatorium? – Nie, w szpitalu. – Zn ów te jakie ś badania?! Leszek unika ł spojrzenia mi prosto w oczy. – Anna jest bardzo chora. Nie chcia łem ci nic pisa ć. Zreszt ą ona mi zabroni ła. Jeszcze nie dociera ła do mnie ca ła okrutna prawda. – Co jej w łaściwie jest? Dlaczego mi nie m ówisz? Zawsze by ła zdrowa! Przecie ż to nie... to nie mo że by ć?!... A jednak to by ło w łaśnie to. Bezlitosna, gro źna choroba, na którą medyc yna dotychczas nie zna stuprocentowo pewnego lekarstwa. – Dawne sprawy, zaniedbane lub zlekcewa żone przed laty, kiedy jeszcze mog ła by ć nadzieja za żegnania choroby, cofni ęcia jej rozwoju – powiedzia ł mi póź niej profesor S. – A ponadto by ł tam jeszcze ja kiś wstrz ąs czy te ż silny stres, kt óry na pewno przyczyni ł się do os łabienia odporno ści organizmu. Nazajutrz pospieszy łam do szpitala, gdzie z trudem uda ło mi si ę pokona ć op ór personelu – nie by ł to bowiem dzie ń odwiedzin. Okaza ło si ę jednak, że Ann a pyta ła o mnie – i prosi ła, aby mnie wpuszczono, gdy tylko przyjad ę. Trudno by ło j ą pozna ć. Wygl ąda ła jak cie ń samej siebie sprzed kilku miesi ęcy. – Jeste ś, Basie ńko! Nareszcie! Ba łam si ę, że już cię nie zobacz ę... – Co też ty opowiadasz – ofu kn ęłam j ą, siadaj ąc obok łóż ka. – Po to s ą szpitale

i lekarze, żeby si ę wygrzeba ć z choroby! Anna przymkn ęła oczy. – Opowiedz, jak tam by ło – poprosi ła szeptem. Kilka wizyt szpitalnych, ka żda coraz bardziej przygn ębiaj ąca. Rozmowa z profesorem S ., który, jak si ę okaza ło, leczy ł Ann ę od dawna. Teraz dopiero dowiedzia łam si ę, że zesz łoroczny urlop, rzekomo sp ędzony w Krynicy, by ł w rzeczywisto ści leczeniem szpitalnym. – Pani Mijanowska dobrze wiedzia ła, na co jest chora – powiedzia ł profes or. – Bardzo długo nie kapitulowa ła. I ta jej zaciek ła wola życia prawdopodobnie spowodowa ła kilkakrotne długotrwa łe remisje. Ale potem nast ąpił nowy, silniejszy nawr ót choroby. Przyczyni ł się do tego, by ć mo że, ten jaki ś wstrz ąs psychiczny, kt óry sprawi ł, że os łab ła w niej wola walki o życie. – Ale jaki wstrz ąs, panie profesorze? O ile mi wiadomo, Anna nie dozna ła ostatnio żadnego nieszcz ęś cia. Profesor wzruszy ł ramionami, po czym wymownie spojrza ł na zegarek. Wsta łam, żeby go po żegna ć, świado ma, że stan Anny jest beznadziejny. Gubi łam si ę w domys łach: co to za szok, o którym przed chwil ą wspomnia ł mój rozm ówca? W czasie mojej nieobecno ści zasz ło widocznie co ś, o czym nie wiem. Profesor by ł zbyt powa żnym cz łowiekiem, aby rzuca ć słowa n a wiatr. Leszek oczekiwa ł mnie w samochodzie, na parkingu niedaleko szpitala. – Pojed źmy gdzie ś... – zaproponowa ł – mo że do Lasku Biela ńskiego. – Jest jeszcze do ść wcze śnie. Powt órzy łam mu tre ść rozmowy z profesorem. S łucha ł uwa żnie. Kiedy znale źliśmy si ę wśród parkowej zieleni, powiedzia ł: – Co ś chyba si ę zdarzy ło podczas jej podr óż y. – Jakiej podr óż y? – Nie wiedzia łaś, że pojecha ła do Tel Awiwu? – Znowu? Nic o tym nie wiedzia łam! Po co? – My ślałem, że mo że ci o tym m ówi ła w szpitalu. – Nic mi nie m ówi ła! Czy co ś się nagle sta ło? Mia ła i ść do szpitala na jakie ś kr ótkie badania! – I posz ła – Leszek m ówi ł powoli, z namys łem. – Wr óciła, o ile wiem, z zaleceniem dalszej kuracji. To mia ła by ć chemioterapia czy co ś podob nego. Ale wtedy w łaśnie przysz ła depesza stamt ąd. – Od kogo? Wzruszy ł ramionami. – Nie wypytywa łem. Ona ma tam przecie ż dawnych przyjaci ół. Co ś tylko b ąkn ąłem, że lepiej by łoby zadba ć o zdrowie, że przecie ż podr óż daleka, m ęcz ąca, nie m ówi ąc ju ż o kosztach – wiem, że wyda ła sporo oszcz ędno ści na bilet, bo tam polskie samoloty nie kursuj ą i trzeba wp łaci ć ekwiwalent dewizowy – wi ęc kiedy to wszystko wy łożyłem, powiedzia ła mi: – Trudno, chyba to ostatni raz. Chodzi o dziecko. – Jakie dzie cko?! – zdumia łam si ę. – Przecie ż to nieprawdopodobne, żeby... – Oczywi ście nie wychodzi w gr ę jej rodzone dziecko. Ale nie chcia łem by ć natarczywy. W ciągu trzech miesi ęcy, jakie sp ędzi łam w Meksyku, Bliski Wsch ód zazna ł burzliwych wstrz ąsów. Szcz eg ółó w dotycz ących konfliktu izraelsko -arabskiego dowiedzia łam si ę jednak dopiero po przyje ździe. Prasa polska dociera ła bowiem do naszej ambasady w Mexico City rzadko i nieregularnie. Nonsensowne by ło jakiekolwiek przypuszczenie, że Anna mog ła bez wa żnej przyczyny nagle jecha ć do odleg łego i niespokojnego kraju, w którym nie by ła od lat. Dlaczego świadoma w łasnych k łopot ów ze zdrowiem, zerwa ła si ę do nieoczekiwanej, kosztownej podr óż y? Dla dziecka?! Jakiego? – Musia ło co ś się sta ć podczas tej podr óż y, bo wr óciła jak z krzy ża zdj ęta – podj ął Leszek. – Zadzwoni ła z lotniska, prosz ąc, żebym po nią przyjecha ł. Oczywi ście skoczy łem zaraz na Ok ęcie. Wiesz, że jej nie pozna łem? – Nie dziwi ę się. Ja te ż... – Odwioz łem j ą do domu, zorganiz owa łem jak ąś herbat ę i jedzenie. Powiedzia ła mi,

że kiedy troch ę odpocznie, porozumie si ę z lekarzem. Widzia łem jednak, że co ś ją nęka. Nie tylko podr óż jej nie pos łużyła, ale... jakby co ś w niej podci ęła. Nast ępny telefon mia łem ju ż ze szpitala. Z onkologii. Te ż by łem zaskoczony, bo przedtem nic nie wiedzia łem. Poprosi ła, żeby zawiadomi ć telefonicznie jej brata, kt óry mieszka w Szczecinie. Jego c órka przyjecha ła wkr ótce do Warszawy. Bywa w szpitalu i przywozi wszystko co trzeba. Zreszt ą Anna w łaściwie nic nie chce. Cz ęsto pyta ła o ciebie, kiedy wracasz. – A tamto... dziecko? – Nigdy wi ęcej o tym nie m ówi ła. – I nic nie wspomnia ła o... wojnie? – Nie. Wr óciła zreszt ą na krótko przed konfliktem. Ta sytuacja na pewno nie wp łyn ęła na to gwa łtowne przyspieszenie rozwoju choroby. Tam musia ło si ę co ś jeszcze sta ć. Chod ź, kochanie, jedziemy do domu – rzuci ł okiem na zegarek. – Nic nie poradzimy. Lekarze robi ą, co mog ą. Anna nie powiedzia ła nic przez nast ępny miesi ąc. Lecz traci ła siły, cho ć pozostawa ła przytomna. Po prostu gas ła w oczach. W rzadkich chwilach nieco lepszego samopoczucia pyta ła mnie o wra żenia z Meksyku, słucha ła moich opowie ści. Lecz wydawa ło mi si ę, że jest nieobecna. Jak gdyby odchodzi ła daleko. Coraz dal ej. O swojej niedawnej podr óż y nie m ówi ła nic. Pewnego dnia, patrz ąc na bukiet groszku pachn ącego, kt óry postawi łam przy jej łóż ku, powiedzia ła: – Basiu, moja droga, kiedy mnie ju ż nie b ędzie... – Przesta ń! – zaoponowa łam. – Wygl ądasz ca łkiem ina czej ni ż wtedy, kiedy tu przysz łam pierwszy raz. I lekarze m ówi ą... Urwa łam widz ąc jej wzrok. Wiedzia ła r ównie dobrze, jak ja, że wyg łaszam lito ściwe kłamstwa. – Kiedy mnie ju ż nie b ędzie – powt órzy ła – dostaniesz moje papiery. Wiesz, takie stare szparga ły. Notatki nie do druku. Bardzo ci ę prosz ę, przeczytaj je. Obiecujesz? – Oczywi ście! Ale... – Nie przerywaj. Dowiesz si ę wszystkiego o mnie. O moim życiu. Takie sobie zwyk łe życie. Nic nadzwyczajnego. Tylko powik łane. Po łamane... W drzwia ch zjawi ł się lekarz i rozmowa zosta ła przerwana. Nie nast ąpiła jeszcze jedna „godzina szczero ści”. Anna by ła z ka żdym dniem coraz s łabsza. Przyszed ł wreszcie dzie ń, w którym widzia łam j ą po raz ostatni. Piel ęgniarka, wpuszczaj ąc mnie do separatki, uprzedzi ła szeptem: – Bardzo kr ótko, prosz ę pani. Najwy żej pi ęć minut. Cienie k ład ły si ę na twarzy Anny. W łosy jej te ż by ły szare od siwizny. Anna, zawsze dbaj ąca o siebie, wygl ądaj ąca do niedawna m łodo, mimo przekroczonej pi ęć dziesi ątki, sta ła si ę star ą, schorowan ą kobiet ą. Pocz ątkowo zdawa ła si ę nie zwraca ć na mnie uwagi. Szepta ła co ś do siebie. Potem spojrza ła ja śniejszym nieco wzrokiem i na wargach jej pojawi ł się nik ły u śmiech. Us łysza łam wyra źnie moje imi ę – To ty, Basiu?... Ale po chw ili świadomo ść jej na nowo uleg ła zamroczeniu. Pochyli łam si ę nad ni ą. Us łysza łam niesk ładne, urywane s łowa: – Wszystko... po łamane, zniszczone... Wszystko nie tak... Nic nie zostanie po mnie! Nic – poskar żyła si ę nagle troch ę głośniej. Chcia łam j ą pocieszy ć. Nie znajdowa łam jednak s łów. Tymczasem Anna szepta ła: – W ęze ł... nie rozpl ączesz... Nikt nie winien... Ale dlaczego ja? Wszystko przez wojn ę... Tamt ą i tę... Czy naprawd ę tak... Piel ęgniarka wyprosi ła mnie stanowczym gestem. Od progu ra z jeszcze spojrza łam na Ann ę. W korytarzu prawie zderzy łam si ę z jej bratem. Napotkawszy m ój pytaj ący wzrok, roz łożył ręce gestem bezradno ści. – Nie ma nadziei – rzek ł cicho. – Podobno mo że to jeszcze potrwa ć par ę dni, bo serce, mimo wszystko, silne . Organizm si ę broni. Ale...

Nie doko ńczy ł zdania. Spojrza łam raz jeszcze na bia ło lakierowane drzwi, kt óre pozosta ły zamkni ęte. Nast ępnego dnia obudzi łam si ę nieswoja i rozbita. Bola ła mnie g łowa, dokucza ło gard ło. Termometr wskazywa ł trzydzie ści os iem stopni. Musia łam zosta ć w domu i nie posz łam ani do redakcji, ani do szpitala. Kiedy po po łudniu, po sporej porcji lek ów zdrzemn ęłam si ę troch ę, obudzi ł mnie ostry d źwi ęk telefonu, dobiegaj ący z sąsiedniego pokoju. S łysza łam, że mój m ąż z kim ś rozmawia. Po chwili, od łożywszy s łuchawk ę, uchyli ł drzwi, sprawdzaj ąc, czy nie śpię. Otwar łam oczy. Podszed ł bli żej, usiad ł na brzegu tapczanu. Wiedzia łam, co chce powiedzie ć, zanim si ę odezwa ł. – Ze szpitala? – Tak. Dzwoni ł jej brat. – Kied y? – Przed dwoma godzinami. Od wczoraj ca łkiem straci ła przytomno ść. Podobno dzi ś już się nie m ęczy ła. – Nawet si ę z nią nie po żegna łam! Leszek pog łaska ł mnie po głowie, jak dziecko. – A mo że w łaśnie lepiej, że zapami ętałaś ją żyw ą? Nie b yłam na pogrzebie Anny. Nasili ła si ę angina i lekarz stanowczo kaza ł mi zosta ć w domu. Antybiotyki dzia łały odurzaj ąco: czu łam dziwaczne rozdwojenie. Wiedz ąc, że Anna nie żyje, wci ąż mia łam z łudzenie jej bliskiej obecno ści. Leszek uczestniczy ł w smu tnym obrz ędzie, na który zabra ł ze sob ą nasze dzieci. Opowiedzia ł mi potem o bardzo wielu znajomych i przyjacio łach Anny, kt órzy towarzyszyli jej w ostatniej drodze. M ówi ł o udekorowaniu trumny Krzy żem Oficerskim (dlaczego ż nie przyznano jej tego odz naczenia za życia?!), o przem ówieniach nad mogi łą, o przypomnieniu najwa żniejszych kart biografii Anny, zw łaszcza jej uczestnictwa w ratowaniu Żyd ów, szczeg ólnie zagro żonych przez hitleryzm. Nale żała do pierwszych Polak ów, udekorowanych medalem i tyt ułem „Sprawiedliwy w śród Narod ów Świata ”. Publiczne przypomnienie tego faktu na ostrym zakr ęcie naszych dziej ów wsp ółczesnych, jakim by ła wojna siedmiodniowa, czyli ówczesny konflikt izraelsko -arabski, mia ło swoj ą wymow ę. Podkre ślono, że w dalekiej Jero zolimie „drzewo sprawiedliwo ści” prze żyło Ann ę Mijanowsk ą, kt óra je zasadzi ła. To drzewo pozostanie pami ątką jej odwagi i szlachetno ści. Słucha łam tego wszystkiego z uczuciem żalu, goryczy – i dotkliwej, nieodwracalnej utraty kogo ś bardzo bliskiego. Po kilku miesi ącach trafi ły do moich r ąk papiery Anny. Pyta łam wielokrotnie sam ą siebie: czy powinnam tre ść notatek Anny – nawet po dziesi ęciu latach – przekaza ć czytelnikom? Czas mija ł szybko. Przez Bliski Wsch ód przetacza ły si ę kolejne fale napi ęć , konflikt ów, niepokoj ów. Nie wiedzia łam – i nadal nic nie wiem o ludziach, kt órych losy nieroz łącznie sprz ęga ły si ę z losami Anny. By ć mo że moje wahania i wątpliwo ści trwa łyby nadal, gdyby nie pewien list i towarzysz ące mu zdj ęcie. Jedno i dru gie, cho ć nie by ło dla mnie przeznaczone, otrzyma łam z rąk Ludwika Bie ńko. Pewnego wieczora zadzwoni ł do mnie brat Anny. Okaza ło si ę, że jest od kilku lat na emeryturze. Przyjecha ł ze Szczecina, aby odwiedzi ć córk ę, kt óra po dyplomie pracuje w Wa rszawie jako lekarka. Spotka łam si ę z panem Bie ńko w kawiarni Nowy Świat. Powiedzia ł mi, że na dawny adres jego siostry przyszed ł zagraniczny list ze zdj ęciem. C órka mia ła odpisa ć nadawcy, że właściwa adresatka nie żyje. Ale jest bardzo zaj ęta i jako ś tak jej zesz ło. Przypomnia ła sobie teraz o tym li ście i przekaza ła go ojcu. – Wyrzuci ć do kosza szkoda. A odpisa ć nijako, bo nie znam przecie ż cz łowieka i nie wiem, co to za jeden. Wi ęc uradzili śmy, że ten list pani oddamy. Anna pani ą tak lubi ła! Niech pani ten list do łoży do tych papier ów, co po niej zosta ły. Zrobi pani z nim to, co pani b ędzie

uwa żała... List wys łany zosta ł z Nowego Jorku. Nazwisko autora nic mi nie m ówi ło. Musia ł jednak zna ć Ann ę w dawnych latach. Pisa ł, że by ł w Jerozolimie bardzo kr ótko, przejazdem – i nikogo nie zd ąż ył zobaczy ć. Odwiedzi ł jednak G órę Pami ęci. Z koperty wysun ęło si ę zdj ęcie. Zgad łam, jakie drzewo przedstawia. Ogl ąda łam je, tylko na innej fotografii, zachowanej w papierach Anny. Zasadzi ła drzewko nik łe jak badyl. Na zdj ęciu, przys łanym ze Stan ów, zobaczy łam drzewo dorodne, szeroko rozros łe. Pami ętasz, jak pow ątpiewa łaś, czy si ę przyjmie, czy nie uschnie w tym gor ącym klimacie. A teraz – sp ójrz sama, jak wyros ło! Oczywi ście, wszystk ie drzewa na Górze Pami ęci otoczone s ą troskliw ą opiek ą. Niemniej s ądz ę, że mia łaś, jak to si ę mówi, dobr ą rękę. A nie ka żdy j ą ma... Podzi ękowa łam, chowaj ąc list i zdj ęcie. Ludwik Bie ńko nie kwapi ł się jednak z odej ściem. Patrz ąc zamy ślonym wzroki em w okno za moimi plecami, rzek ł wreszcie: Nie poszcz ęś ciło si ę naszej Anuli! A zdawa ło si ę, że los by ł dla niej łaskawy. W Warszawie zamieszka ła, na uniwersytet posz ła – jedna jedyna z nas wszystkich. Ślub mieli taki pi ękny! Lotniczy. Tylko że wojna by ła ju ż wtedy za progiem. Milcza łam. Pan Bie ńko westchn ął: – On zgin ął, ona dziecko straci ła. Ale jeszcze wtedy by ła m łoda. W takim wieku, że mog ła sobie życie naprawi ć, u łożyć. Tego drugiego jej m ęż a pani nie zna ła? – Nie. Spotka łyśmy s ię dopiero p óź niej. – Podobno te ż by ł dobry, porz ądny... Żeby nie ta przekl ęta wojna!... Ale nawet potem jeszcze mog ła kogo ś sobie znale źć ! – Mo że nie chcia ła? – podsun ęłam ostro żnie. – Mo że tak, mo że nie... Gdyby mia ła dziecko, by łoby jej chyba l żej. Zawsze to jaka ś pociecha w życiu i podpora na stare lata. Pani wie, jak z nią by ło? Teraz ju ż wiedzia łam. – Nie przynios ło jej to szcz ęścia. Mo że by ła za dobra!? I co po niej zosta ło? No, niech pani sama powie! – Drzewo – odpar łam. – To drzewo. Tam, w Jerozolimie. Machn ął ręką. – E, tam, prosz ę pani! Obce drzewo na obcej ziemi! Ani brzoza, ani sosna. Kto tam pami ęta, że ona... Wr óciłam do domu. Spieszno mi by ło do papier ów Anny. Znalaz łam pierwsze zdj ęcie „drzewa sprawiedliw ości”. Por ówna łam je ze zdj ęciem przys łanym przez nadawc ę ze Stan ów. Znalaz łam w liście egzotycznie brzmi ącą nazw ę: Har Hazikaron – i przypomnia łam sobie, że notatki, w których zawarta zosta ła bolesna historia życia mojej przyjaci ółki, jej niespe łnio nych nadziei, jej kl ęsk i pora żek – tworz ą równie ż „górę pami ęci”. G órę, na którą wst ępowa łam śladami Anny. Niech ona teraz przem ówi tym, co po niej zosta ło.

G Ó RA PAMI Ę CI * Mo że mi b ędzie l żej, kiedy wszystko, co mnie dr ąż y i męczy, wyr zuc ę na papier?... Pr óbowa łam ju ż zrobi ć to wcze śniej, ale bez skutku. Nie mog łam o tych sprawach pisa ć, cho ć jestem, b ądź co bądź, „cz łowiekiem pi óra”, dziennikark ą, podobno nawet niez łą. Jeszcze jestem. Jak d ługo? Wydawa łoby si ę, że to tak łatwo: pisa ć dla siebie, nie do druku, lecz „do szuflady ”. Ludzie przecie ż pisz ą dzienniki, pami ętniki, wspomnienia. Ale to łatwo ść pozorna. Autor cz ęsto jest dla w łasnego dzie ła najsurowszym s ędzi ą i krytykiem. Cierpienie tworzy niewidzialn ą barier ę, wytr ąca pióro z ręki. S łowa zdaj ą się by ć zbyt ubogie wobec prze żyć. Teraz, kiedy wiem, że to nied ługo... Nie, nie boj ę się. Na razie tylko jestem straszliwie zm ęczona. Zm ęczona tym, co sta ło si ę niedawno. Nie mog ę pozby ć się tych wspomnie ń, cho ć wci ąż pr zed nimi uciekam. I w chwilach depresji wyobra żam sobie to jak wielki sen. Sen bez przebudze ń. A potem nawraca żal. Ogromny żal. Wydaje mi si ę – nie po raz pierwszy – że co ś bezcennego straci łam. Co ś wymkn ęło mi si ę z rąk na zawsze. Od żywa b ól, jaki prze żywa łam po utracie w łasnego dziecka. Rana si ę zabli źniła, ale ślad pozosta ł. Drugie dziecko. Traci łam je kilkakrotnie, lecz nigdy ca łkowicie. A ż dopiero teraz... Te złe, nienawistne, tak bardzo krzywdz ące s łowa, kt óre us łysza łam niedawno, przysp ieszaj ą mój koniec. – We ź się w gar ść! – gromi ł mnie Karol, jedyny chyba z moich dawnych przyjaci ół, który zna ca łą moj ą przesz łość i wszystkie tamte sprawy. – Walcz z sob ą o sam ą siebie, tak jak przedtem! Pami ętaj, że psychiczne nastawienie wobec własnych chor ób i dolegliwo ści odgrywa wielk ą rol ę. P óki życia – póty walki! Łatwo m ówi ć. Wiem, że wyrok zapad ł. Przypiecz ętowa ło go orzeczenie lekarskie. D ługo wzbraniano si ę powiedzie ć mi ca łą prawd ę. S łysza łam o post ępach leczenia, o remisjach, c zyli zahamowaniach choroby. By ć mo że, gdybym znalaz ła si ły i odporno ść do dalszych z nią zmaga ń, op óź niłoby si ę jej niszczycielskie dzia łanie. – Daj spok ój – przerwa łam Karolowi. – Powiedz prawd ę! Nie jeste śmy dzie ćmi. Wykr ęca ł się do ść długo. Nie patrzy ł mi w oczy. W ko ńcu jednak wydusi łam z niego wszystko. Na razie nie mam b ólów. Tylko wydaje mi si ę, że jest przy mnie i we mnie co ś niewidzialnego, co mi odbiera wszelkie si ły żywotne. Listy, kt óre nadesz ły stamt ąd po moim odlocie, odes łałam do nich obu. Do Julii i do... Joasi. Wci ąż nazywam j ą dawnym imieniem. Nie mog ę – jeszcze nie mog ę inaczej, cho ć wszystko się sko ńczy ło. Powracam w przesz łość. Jak to si ę teraz m ówi – do własnych „korzeni ”. Mo że to mi przyniesie ulg ę. „Korze nie ” przesz łości tkwi ą w Bukowcu. W tym brzydkim, fabrycznym mie ście urodzi łam si ę i sp ędzi łam pierwsze lata dzieci ństwa. Tak si ę złożyło, że mia łam w łaściwie aż dwa domy rodzinne. I ka żdy z nich na sw ój spos ób pozostawi ł ciep ły ślad w mojej pami ęci. Najpierw by ła ma ła kamieniczka na ulicy Klimontowskiej, w jednej z robotniczych dzielnic Bukowca. Moi rodzice zajmowali w niej mieszkanie na parterze: pok ój z kuchni ą, z piwnic ą i kom órk ą na podw órzu. Oczywi ście, nie by ło w nim żadnych tak zwanych wyg ód; woda na korytarzu, ubikacja na zewn ątrz. Pok ój z kuchni ą na siedem os ób – rodzice i pięcioro dzieci. W obecnym kr ęgu moich znajomych trudno ludziom to sobie wyobrazi ć. A jednak w moim pierwszym domu rodzinnym by ło zawsze schludnie i czysto, cho ć przecie ż bukowieckie

powietrze przesyca brudny py ł węglowy. Ojciec by ł listonoszem. Lubi ł swoj ą prac ę. Przymykam oczy – i widz ę go, jak idzie w mundurze, d źwigaj ąc ci ęż ką pakown ą torb ę. Trafia do ka żdego domu – w mrozie i śniegu zimy, w deszczu jesiennym i w upale lata. Ludzie szanowali go i wsz ędzie witali życzliwie. Rad by ł, przynosz ąc im dobre wie ści. Je śli natomiast w ciągu dnia znajdowa ły si ę w torbie listy z czarnymi obw ódkami – zawiadomienia o czyjej ś śmierci, ojciec wrac ał do domu spos ępnia ły. – Nie bierz sobie tak tego do serca, Anto ś – mawia ła matka. – To tak jak w życiu: raz s łońce i pogoda, a kiedy indziej ulewa i zimno. Matka, kobieta „przy m ęż u”, harowa ła od świtu do wieczora. W domu mia ła pe łne r ęce robo ty z gospodarstwem i z dzie ćmi. Dorabia ła, jak mog ła, praniem po niekt órych domach. Troch ę szy ła, maj ąc w domu maszyn ę jeszcze z czas ów panie ńskich. Dzieci by ło pi ęcioro: W ładek i Ludwik, Hela i Joanna, zwana w domu Jasi ą. Jej imi ę nada łam potem c óreczce z my ślą o siostrze, kt óra ju ż wtedy nie żyła. I ja, najm łodsza. Z ca łej pi ątki przetrwa ło wojn ę nas dwoje: Ludwik i ja. Nied ługo pozostanie tylko on. Dobrze przynajmniej, że nie jest sam. Że ma żon ę i dzieci. Jak to si ę dzia ło, że w tej ciasnocie i niedostatku nasz dom promienia ł ciep łem? Na pewno wielka w tym zas ługa rodzic ów. Wymagali od nas du żo, ale byli bardzo dobrzy. Ojciec szanowa ł ludzi m ądrych, wykszta łconych. Got ów by ł na wszelkie po świ ęcenia i wysi łki, aby dzieci mog ły s ię uczy ć. W naszym domu by ł zawsze op łatek na Wigili ę i malutka choineczka, cho ć prezent ów nie dostawali śmy, bo nie by ło za co ich kupi ć. Na Wielkanoc pojawia ły si ę pisanki i cukrowy baranek z kolorow ą chor ągiewk ą. Moje rodze ństwo uczy ło si ę bardzo dobrze. Nikt z czw órki si óstr i braci nie mia ł kłopot ów ze szko łą. K łopoty zaczyna ły si ę, kiedy ko ńczyli „powszechniak ” – tak wtedy okre ślano szko łę podstawow ą. Dalsza nauka poci ąga ła bowiem za sob ą znacznie zwi ększone wydatki. S ąsiedzi doradzali , by ch łopc ów odda ć do „terminu ”. Ojciec zaci ął się i powiedzia ł: nie. W ładek pierwszy trafi ł do bardzo dobrej szko ły zawodowej. By ły ni ą śląskie zak łady techniczno -naukowe w niedalekich Katowicach – co ś wi ęcej ni ż zwyk ła szko ła zawodowa. Jako bardzo dobry ucze ń otrzyma ł ulgi w op łatach. Poci ągn ął za sob ą Ludwika. Nie by łam gorsza od rodze ństwa. Zbiera łam czw órki i piątki. Do szko ły mia łam niedaleko. Jej kierownik, pan Adam Kruszek, m ądry i życzliwy ludziom, nieraz m ówi ł ojcu, że nale żałoby mn ie dalej kszta łcić, bo warto. Ojciec rozk łada ł ręce. S łowa pana Kruszka trafia ły w samo sedno jego wielkich marze ń. Gor ąco pragn ął, aby cho ć jedno z jego dzieci posz ło do „prawdziwej ” szko ły średniej. Matura gimnazjalna wydawa ła si ę bowiem moim rodzico m progiem do innego, lepszego i łatwiejszego życia – cho ć wcale tak nie by ło, zw łaszcza w okresie wielkiego kryzysu lat trzydziestych, kt óry mia ł nast ąpić niebawem. Namowy kierownika szko ły zrobi ły swoje. Rodzice wahali si ę, naradzali, dowiadywali o mo żliwo ści zni żek w op łatach dla dobrych uczni ów. Dowiedzia łam si ę wreszcie, że mam zdawa ć egzamin do gimnazjum imienia Emilii Plater. By ło ono wtedy jeszcze szko łą średni ą „starego typu ”, o śmioklasow ą. Nic prawie z tego egzaminu po latach nie pami ętam. Najpierw sparali żowa ł mnie strach i czu łam w głowie ca łkowit ą pustk ę. Potem przysz ło ol śnienie – i ulga, że doskonale rozumiem, o co chodzi. Zda łam i zosta łam przyj ęta. Nowy rok szkolny, jako jedyna ze wszystkich rówie śnic z ca łego podw órka, mia łam zacz ąć w gimnazjum. Dziewczynki mi zazdro ściły. Niekt óre z ich matek powiada ły, że Bie ńkom w głowach si ę przewr óciło. Na nic nie zwraca łam uwagi, przej ęta tym, co mnie czeka. S łowo „gimnazjum ” wydawa ło mi si ę jednym z najpi ękniejszych s łów w polskim j ęzyku. Ale gimnazjum kosztowa ło. Obowi ązkowe czesne, nawet obni żone o po łow ę – by łam bowiem c órk ą listonosza, czyli urz ędnika pa ństwowego – by ło i tak znaczne: sto z łotych rocznie. A przecie ż obowi ązywa ł mundurek, bia ła świ ąteczna bluzka, gr anatowy p łaszczyk. Podr ęczniki, zeszyty, wszystko, co potrzebne by ło do nauki, te ż kosztowa ło, i to sporo. Przyszed ł mi z pomoc ą najstarszy brat, kt óry z łapa ł jak ąś sezonow ą robot ę podczas wakacji, oraz najstarsza

siostra, Hela maj ąca, podobnie jak mam a, zr ęczne r ęce – prawie z niczego, jakiej ś starzyzny wyczarowa ła dla mnie szkolny mundurek. Ten obowi ązkowy ubi ór mia ł swoj ą dobr ą stron ę: w granatowej bluzce i sp ódnicy nie r óż niłam si ę od innych dziewczynek, parami id ących najpierw do ko ścio ła, a potem do klas szkolnych. Nie czu łam si ę od nich gorsza i nie potrzebowa łam zastanawia ć się nad pytaniem, z jakich dom ów pochodz ą moje kole żanki. A przecie ż wiele z nich mia ło rodzic ów zamo żnych, nawet bogatych. Mundurki zaciera ły te róż nice. Najwa żniejsza jednak by ła nauka. Nie mia łam z nią trudno ści. P ółroczne świadectwo, jak mówiono w ówczas „cenzurka ”, zawiera ło prawie same pi ątki. Mamie oczy zwilgotnia ły. Ojciec klepn ął mnie po ramieniu i powiedzia ł: – Tylko tak dalej! Potem da ł mi p ół złotego ze słowami: – Kup sobie co ś za to. Z łotówk ę kosztowa ł wtedy kilogram cukru! Wola łam wi ęc schowa ć błyszcz ącą monet ę do glinianej skarbonki. Ale nad moj ą nauk ą gimnazjaln ą niebawem zacz ęły si ę zbiera ć chmury. Wielki kryzys dawa ł już zna ć o sobie. Pens ja ojca i dorywcze zarobki matki – wszystko to nie wystarcza ło na dom. Wbrew oczekiwaniom ca łej rodziny, W ładek, najstarszy brat, pozostawa ł bezrobotny. Obydwie siostry po uko ńczeniu seminarium daremnie zabiega ły o prac ę. Etat nauczycielski pozostawa ł w strefie tak zwanych pobo żnych życze ń. Ponadto Hela zachorowa ła ci ęż ko. Niezaleczona w por ę jesienna grypa spowodowa ła zapalenie p łuc. Antybiotyk ów wtedy nie by ło. Odratowano siostr ę. Lekarz kaza ł jednak lepiej j ą od żywia ć, radzi ł wyjazd w podg órski kl imat, twierdz ąc, że rekonwalescentk ę zatruwa powietrze bukowieckie. Do dzi ś pami ętam ci ęż ki, uporczywy kaszel, kt óry m ęczy ł wtedy Helenk ę ca łymi miesi ącami. W śród ciasnoty domowej, w atmosferze smutku i przygn ębienia spowodowanego kryzysem, coraz tru dniej mi by ło siedzie ć nad ksi ąż kami. Upar łam si ę jednak nie po dziecinnemu – i nadal zdobywa łam dobre stopnie. Z pos łyszanych strz ępów rozmowy pomi ędzy rodzicami wiedzia łam, że coraz trudniej im wi ąza ć koniec z ko ńcem. Ba łam si ę, że lada dzie ń padn ą słowa: – Anula, nie p ójdziesz ju ż do szko ły. I właśnie wtedy ca łkiem nieoczekiwanie nast ąpiła wielka zmiana w moim życiu. Na świ ęta wielkanocne, skromniejsze ni ż kiedykolwiek, cho ć nigdy u nas nie by ły one wystawne, zjawili si ę bliscy krewni. Prz yjechali a ż z Warszawy. Ciocia Zosia, najm łodsza ukochana siostra mojego ojca, przed kilku laty wysz ła za mąż i zamieszka ła w stolicy. By łam wtedy jeszcze za ma ła, aby pami ętać wielkie rodzinne wydarzenie, jakim okaza ł się ten ślub. Stefan Wojdy ński mia ł w Warszawie dobrze prosperuj ący zak ład stolarski. Nie by ł to zwyk ły warsztat jakich wiele, lecz r ównie ż pracownia renowacji antyk ów. Ten kunszt w łaściciel odziedziczy ł po swoim ojcu, za łożycielu firmy, kt óra nawet w kryzysowych latach nie narzeka ła na brak klient ów. Wojdy ńskiemu coraz bardziej dokucza ła jednak samotno ść w pustym domu. Przed kilku laty owdowia ł i długo nie nosi ł się z zamiarem powt órnego o żenku. Prowadzi ł warsztat i wychowywa ł jedynego syna. Przyjechawszy do swoich krewnych zam ieszka łych w Dąbrowie, pozna ł w ich domu Zosi ę Bie ńko, kt óra pracowa ła wtedy w miejscowej fabryce trykota ży. Zakocha ł się w dziewczynie jak m łodzik. Nic dziwnego. Ciotka bowiem by ła wtedy śliczn ą pann ą, a lat mia ła niewiele wi ęcej ni ż dwadzie ścia. Znacznie p óź niej dowiedzia łam si ę, że niekt órzy krewni zar ówno ciotce, jak i jej przysz łemu m ęż owi bardzo odradzali zamiary ma łżeńskie. Jemu perswadowali, że wybranka jest za młoda, że nie potrafi poprowadzi ć domu, że mo że kokietowa ć dorastaj ącego pas ierba. Zosia też niejednego wys łucha ła od kuzynek i kole żanek: że ten jej ukochany starszy jest o przesz ło piętna ście lat, że łysieje, że ma na pewno swoje przyzwyczajenia i wymagania, że młodej macosze z prawie doros łym synem m ęż a trudno b ędzie się pogodzi ć. Ale wuj wiedzia ł swoje. Ciotka te ż, mimo m łodego wieku nie dawa ła pos łuchu babskim gadaniom. Po kilku zaledwie miesi ącach od poznania Zosi, wuj o świadczy ł się jej i zosta ł przyj ęty. Pobrali si ę niebawem i żadne z nich tego nigdy nie żałowa ło. Ma łżeństwo okaza ło si ę udane. Ciotka, cho ć młoda i niedo świadczona jako gospodyni, pr ędko przyzwyczai ła si ę do nowego otoczenia i zręcznie prowadzi ła dom. Staszek, syn wuja Stefana, nie by ł wylewny wobec drugiej żony ojca, ale szanowa ł ją i na sw ój spos ób lubi ł. Ciotka nie mia ła z jego strony nigdy żadnych

przykro ści – i potem utrzymywa ła a ż do ko ńca życia serdeczne kontakty z jego żon ą. Dom przy ulicy Siennej o żył na nowo. Wuj Stefan, wedle jego w łasnych s łów, mia ł dla kogo żyć i prac owa ć. Lecz wielkim zmartwieniem obojga by ł brak dziecka. Ciotka, jak prawie ka żda kobieta, marzy ła o macierzy ństwie. Wuj bardzo chcia ł mie ć córk ę. To pragnienie obojga pozostawa ło niespe łnione. – Lekarze radzili, aby nie traci ć nadziei, ale potomka jak nie by ło, tak nie by ło – wspomina ła po latach ciotka Zosia. St ąd wynik ło postanowienie wzi ęcia czyjego ś dziecka „za swoje ”. Pocz ątkowo my śleli o zaadoptowaniu jakie ś dziewczynki – sieroty. Ciotka do ść pr ędko zmieni ła jednak ten zamiar. Podsun ęła wujowi inny pomys ł tak zr ęcznie, że uzna ł go za sw ój: – Antosiom jest tak ci ęż ko! Mo że by śmy im pomogli? Ta ich Anulka ładna jest i bardzo dobrze si ę uczy. Gdyby śmy tak j ą wzi ęli? Po co innych dzieci szuka ć? – Tylko czy oni si ę zgodz ą? – pow ątpiewa ł wuj. Najpierw rodzice rzeczywi ście nie chcieli si ę zgodzi ć. Stopniowo, jak dowiedzia łam si ę po latach, op ór ich topnia ł. Oboje bardzo kochali ciotk ę Zosi ę, cenili wuja – i mogli mie ć nadziej ę, że będzie mi u nich dobrze. Zdj ęcie z ramion ci ęż aru kosz tów mojej nauki by ło dla nich bardzo znaczn ą ulg ą. – Żeby tylko kto nie powiedzia ł, żeśmy dziecko sprzedali – mrucza ł ojciec. – Co ty pleciesz, Anto ś! Boga w sercu nie masz – gorszy ła si ę matka. – Przecie ż to rodzina. Sami swoi! A Zosia – Anuli ch rzestna! Oczywi ście, ja o niczym na razie nie wiedzia łam. Wujostwo przywie źli mi pi ękne prezenty: letni ą sukienk ę, bia łą jedwabn ą bluzeczk ę – i granatow ą sk órzan ą torebk ę, kt óra wprawi ła mnie w istny sza ł rado ści. Potem ciotka d ługo wypytywa ła mnie o szko łę i o post ępy w nauce. Wyca łowa ła mnie i pochwali ła. Wuj, za łożywszy okulary, d ługo ogl ąda ł półroczne świadectwo z mn óstwem pi ątek. Potem wyci ągn ął z pugilaresu dwa z łote i powiedzia ł: – Masz tu na kino i na ciastka. – Mama pokr ęciła g łow ą i z jej miny wyczyta łam wyra źnie to, co pozosta ło niedopowiedziane: – Psujecie mi dziecko! – No, to id ź teraz, Anula, do tego kina – ponagli ła ciotka Zosia. – My tu musimy porozmawia ć o róż nych rzeczach. Kiedy wr óciłam po dw óch godzinach, ws zyscy doro śli, wujostwo i rodzice mieli tak dziwne miny, że zrobi ło mi si ę niewyra źnie. Patrzyli na mnie – tak mi si ę przynajmniej zdawa ło – jakbym co ś przeskroba ła. A ja przecie ż nie mia łam nic na sumieniu! Matka spojrza ła z niepokojem na wuja. – Anto ś, powiedz jej ty najpierw – ciotka wyr ęczy ła go w odpowiedzi. Ojciec postuka ł palcem w blat sto łu i przyjrza ł mi si ę badawczo. – No, Zosia, to ju ż lepiej ty! – rzek ł do siostry. – Anulka – powiedzia ła mi ękko ciotka – widzisz, tu jest wa s pi ęcioro. A my nie mamy w domu nikogo. Staszek, wuja syn, ju ż doros ły. Uradzili śmy teraz, wszyscy razem, że zabierzemy cię do nas, do Warszawy. Dobrze? Zaniem ówi łam. – Słyszysz, Anula? B ędziesz u nas, jak c óreczka. Spojrza łam na mam ę. Oczy mia ła troch ę zaczerwienione, ale u śmiechn ęła si ę do mnie leciutko. I to mnie o śmieli ło, cho ć wtedy jeszcze nie wiedzia łam, jak wiele kosztuje j ą ten uśmiech. – A co... co ja b ędę u cioci robi ła? – głos mi si ę troch ę za łamywa ł. – Jak to co? B ędzi esz chodzi ła do szko ły, tak jak tutaj. Do gimnazjum. Miejsca w domu jest do ść. Nadal nie wiedzia łam, co mam powiedzie ć, i tylko wodzi łam wzrokiem po twarzach rodzic ów, ciotki i wuja. – No, co tak stoisz, jak ten ko łek w płocie? – ofukn ęła mni e mama, szorstko ścią maskuj ąc wzruszenie. – Rusz si ę! Podzi ękuj cioci i wujkowi! Schyli łam si ę pos łusznie do ręki ciotki, wci ąż jeszcze oszo łomiona. Mama g łośno wytar ła

nos. Ojciec przesta ł stuka ć w stół i surowo powiedzia ł: – Żeby ś nam tylko wsty du nie zrobi ła! – Ju ż ty si ę o to nie b ój, Anto ś! – zawo łała ciotka. I nagle w pokoju zrobi ło si ę gwarno, weso ło, prawdziwie świ ątecznie. Mama otar ła oczy rąbkiem fartucha, kt órym obwi ąza ła si ę, aby przygotowa ć kolacj ę – i pop ędzi ła mnie do pomoc y przy nakrywaniu sto łu. Ciotka, rozpogodzona i rada, przekomarza ła si ę z ojcem. Wuj klepa ł mnie po ramieniu i żartowa ł, że mnie oboje porywaj ą, jak dawni Tatarzy brank ę do niewoli. Kr ęciło mi si ę w głowie, jak po winie porzeczkowym domowej roboty, którego raz jeden kiedy ś przy wielkim świ ęcie dano mi troch ę do pokosztowania. Skorzysta łam z jakiej ś spokojniejszej chwili, aby szeptem zapyta ć ciotk ę: – Ale ja b ędę mog ła czasem tu przyje żdżać? Żeby zobaczy ć mam ę i tatusia? – Pewnie, że tak! – odpar ła moja nowa opiekunka. – Na świ ęta, na wakacje. Nie b ój si ę, Anula! Wujek tylko żartuje, że cię porywamy! Wydawa ło mi si ę, że siedz ę na hu śtawce, kt óra unosi si ę gdzie ś wysoko, bardzo wysoko... Do Warszawy! Do Warszawy, kt órej nigdy przedtem nie widzia łam! Rodzice jednak tej w łaśnie Warszawy dla mnie si ę obawiali. Znacznie p óź niej, gdy ju ż by łam doros łą dziewczyn ą, ciotka opowiedzia ła mi o tych w ątpliwo ściach mamy: – Tam przecie ż u was, w Warszawie, wszystko pewnie jest inne ni ż tutaj. I szko ła, i nauczycielki, i kole żanki... nie b ędzie jej kto dokucza ł? Da sobie dziecko rad ę? Ciotka śmia ła si ę, zapewniaj ąc, że wsz ędzie s ą dobrzy, porz ądni, życzliwi ludzie. W Warszawie te ż ich nie brak. Tak zyska łam m ój drugi dom. By ło mi w nim bardzo dobrze. O moich opiekunach my ślę do dzi ś jak o drugich rodzicach. Traktowali mnie naprawd ę jak w łasn ą córk ę, kt órej los im odm ówi ł. Cz łowiek szybko przywyka do tego, co dobre. I ze mn ą równie ż tak si ę sta ło. Z ma łego mieszkania, gdzie żyło nas siedmioro, wesz łam do trzech obszernych pokoj ów na drugim pi ętrze przy ulicy Siennej. Jeden z nich zajmowa ł wcze śniej Staszek, syn wuja, kt óry o żeni ł się niedawno i zamieszka ł w Pruszkowie. Ko ńczy ł politechnik ę i ku zmartwieniu ojca nie kwap ił się z obj ęciem po nim warsztatu meblowego. – Mo że to mu si ę jeszcze odmieni – mawia ł nieraz wuj. Pociesza ł się tym, że na razie ma wsp ólnika. Zajmowa łam teraz dawny pok ój Staszka. I mia łam własne łóż ko! Nie musia łam sypia ć ze starsz ą siostr ą! Mia łam szafk ę na sukienki, szuflad ę na bielizn ę w ciotczynej komodzie i własny st ół z lamp ą do nauki! Nowa szko ła pocz ątkowo bardzo mnie onie śmiela ła. Ładny gmach, przestronne, s łoneczne sale, zielone stoliki zamiast ławek – wszystko by ło nowe, odmienn e, inne ni ż w Bukowcu. Do szko ły musia łam i ść spory kawa ł pieszo albo jecha ć tramwajem. Wola łam pocz ątkowo to pierwsze. Ba łam si ę bowiem wielkomiejskiego ruchu, zanim si ę z nim oswoi łam. U boku ciotki Zosi nauczy łam si ę jednak wszystkiego, co mi by ło na co dzie ń potrzebne: orientacji w ulicach i jazdy tramwajem. – Póki jeszcze ładnie i ciep ło, mo żesz co dzie ń się przelecie ć na piechot ę – mówi ła moja opiekunka. – Byle tylko wcze śniej wsta ć i nie spieszy ć się zanadto. Ale jak przyjdzie jesie ń, jak si ę zaczn ą słoty, b ędziesz je ździ ć. Szkoda zdrowia! A do tego czasu przywykniesz. Teraz wiem, że ci si ę w głowie kr ęci, jak idziesz ulic ą. Ale to tylko na pocz ątku. Wnet si ę oswoisz. Mia ła racj ę. Przywyk łam do Warszawy bardzo szybko. Onie śmiel ały mnie nauczycielki. Wobec nowych kole żanek czu łam si ę pocz ątkowo skr ępowana. Ale to pr ędko min ęło. Mia łam za sob ą du ży atut: solidn ą nauk ę. Gimnazjum, do którego trafi łam, by ło jedn ą z lepszych szk ół w stolicy. Niezbyt ch ętnie przyjmowano do ń nowe u czennice. Wuj mia ł jednak jakie ś znajomo ści, które w tym dopomog ły. Ju ż na drugiej wywiad ówce ciotka Zosia z zadowoleniem wys łucha ła dotycz ących mnie pochwa ł. Poziom średniej szko ły bukowieckiej by ł – jak si ę okaza ło – dobry. Wyniesione z niej wiadomo ści u łatwi ły mi start w nowym miejscu. Dawna nie śmia łość i wytworzone przez ni ą kompleksy topnia ły jak śnieg w wiosennym s łońcu. Kiedy czyta łam powie ść dla dziewcz ąt o ma łej ksi ęż niczce wydawa ło mi si ę chwilami, że jestem w łaśnie tak ą dziewczynk ą, kt órą spotka ło wielkie i nieoczekiwane przeobra żenie losu.

Nie wesz łam do ksi ążę cego pa łacu. Ale z jednego pokoju, w którym gnie ździ ło si ę nas siedem os ób – wesz łam do mieszkania trzypokojowego. Z biedy dosta łam si ę nie w bogactwo, lecz w solidny, mi eszcza ński dostatek (po latach niekt órzy z łośliwcy zarzucili mi, że drobnomieszcza ński...). Mia łam sw ój pok ój – male ńki co prawda, ciasny, ale w łasny! Wystarczy ło w nim miejsca na łóż ko, kt óre potem zast ąpił modny tapczan, na ma łą szafk ę, p ółkę z ks iąż kami, a tak że stolik, spe łniaj ący rol ę biurka. Prawdziwe biureczko, zrobione przez wuja, otrzyma łam jako prezent za matur ę. Ale to by ło znacznie p óź niej. Na razie otoczy ło mnie nowe życie. Niepostrze żenie nabiera łam wielkomiejskiej og łady, pewno ści s iebie, obycia. Na pewno przyczyni ł się do tego fakt, że w warszawskiej szkole mia łam wszystko to, czego brakowa ło mi w Bukowcu. Tam z konieczno ści nosi łam nicowany mundurek, buciki odziedziczone po siostrze, fartuch o przepisowym kroju, ale najta ńszy, jaki mo żna by ło dosta ć, a wi ęc oczywi ście najlichszy. Tu otrzyma łam wszystko nowe, jak z igły. Nowy mundurek le żał na mnie znakomicie, tak samo jak czarny fartuszek i granatowy p łaszcz. Prawdziwy p łaszcz, nie przerabiana „okryjbieda ”, jak ą nosi łam w Bukowcu. – Nie b ędziesz gorsza od innych dziewcz ąt – stwierdzi ła ciotka Zosia po dokonanych sprawunkach, przygl ądaj ąc mi si ę z niek łaman ą satysfakcj ą. W Bukowcu musia łam po życza ć niekt óre podr ęczniki, inne mia łam u żywane, brudne, z „oślimi usz ami ”. Tu wszystkie zosta ły kupione w ksi ęgarni. Nie potrzebowa łam od nikogo nic po życza ć. Dobre stopnie wysun ęły mnie na czo ło klasy. Moje pocz ątkowe onie śmielenie szybko znikn ęło. Po roku wyst ępowa łam na szkolnej scenie. Po dw óch latach bra łam czynn y udzia ł w dzia łaniach samorz ądu szkolnego. Porusza łam si ę swobodnie po warszawskich ulicach. Przywyk łam do ruchu, świate ł, neon ów. Oczywi ście, sama nie zauwa żyłam tych zmian, jakie we mnie zasz ły. Dostrzegali je wszak że moi bliscy. Kiedy po roku jech ałam pierwszy raz do rodzic ów (dumna jak paw, gdy ż odprowadzona przez wuja, pierwszy raz wsiada łam sama do poci ągu), na dworcu bukowieckim czeka ł na mnie jeden ze starszych braci. Przyjrza ł mi si ę krytycznym okiem i mrukn ął pod nosem: – No, no! Mam a od raz powiedzia ła: – Ta sama Anula, a jaka inna! – i otar ła oczy r ąbkiem kuchennego fartucha. Zrobi ło mi si ę troch ę przykro. Chcia łam j ą zapewni ć, że nic si ę nie zmieni łam. Ale ojciec w łączy ł się do rozmowy: – Pewnie, że teraz ona ju ż bardziej warszawska ni ż bukowiecka – stwierdzi ł. – Ale czy to źle? Popatrz, mamusiu, jak wyros ła! Jaka du ża, ładna, zdrowa. A świadectwo przywioz ła pi ękne! W łożył okulary, aby raz jeszcze dok ładnie je obejrze ć. I ponagli ł: – Daj no, matka, co masz na stół, bo dzieciak z drogi g łodny. A ty, Anulka, ju ż tylko po warszawsku jadasz? Zapomnia łaś, jak w domu zalewajka smakuje? Albo parzybroda? – Jest parzybroda?! – ucieszy łam si ę, bo tej zupy z młodej kapusty w Warszawie si ę nie jada ło. A chyba nikt n ie umia ł jej tak przyrz ądzi ć jak mama. Ojciec pog ładzi ł wąsa i roze śmia ł się zadowolony. – No, widzisz sama, że ona nasza, cho ć w Warszawie mieszka – rzek ł do matki. – Domowe zupy jej nie zbrzyd ły, cho ć wygl ąda po warszawsku! Wuj Stefan by ł rze mie ślnikiem nie tylko uzdolnionym, lecz tak że świat łym i rozumnym. Lubi łam zagl ąda ć do jego warsztatu, do pomieszcze ń pe łnych zapachu drewna i politury. Lubi łam patrze ć, jak powstaj ą piękne meble albo jak zmieniaj ą się stare, na poz ór nienadaj ące si ę do niczego graty, kt órym zr ęczne r ęce wuja i szkolonych przez niego czeladnik ów przywraca ły dawn ą świetno ść. Koszt odrestaurowania dawnego mebla nieraz przewy ższa ł cen ę mebla nowego. Ale znawcy -koneserzy, kt órzy stanowili wi ększo ść klient ów wuja, ch ętnie się na to godzili. Stare meble mia ły w sobie bowiem niepowtarzalny urok. Pami ętam sekretery z male ńkimi kolumienkami, z mn óstwem szufladek, nierzadko z tajnymi skrytkami, kt óre pobudza ły moj ą wyobra źnię, ka żą c snu ć przypuszczenia o zamkni ętych w nich skarbach. Pami ętam stoliki z podpor ą w kszta łcie liry, toaletki z lustrami w ramach wdzi ęcznie wygi ętych, rze źbione skrzynie. Wuj, widz ąc moje zainteresowanie, uczy ł mnie po trosze znajomo ści mebli stylowych. Od niego dowiedzia łam si ę, co to znac zy chippendale, empire, biedermeier, simmler . Pomocnicy wuja wyro śli na świetnych fachowc ów. Dw óch z nich spotka łam po latach przy odbudowie

warszawskich wn ętrz zabytkowych. Wuj nale żał do rzemie ślnik ów zainteresowanych życiem kulturalnym. Chodzi ł do teatru na wa żniejsze spektakle. Od czasu do czasu odwiedza ł oper ę. Kina nie lubi ł. Z upodobaniem natomiast s łucha ł radia, kt óre by ło wtedy jeszcze nowo ścią. Bywa ł tak że na wystawach malarskich w Zach ęcie. Te zami łowania zaszczepi ł żonie, p óź niej z aś równie ż mnie. Korzysta łam nie tylko z biblioteki szkolnej, lecz r ównie ż z prywatnej, dobrze zaopatrzonej wypo życzalni, w której ciotka Zosia mia ła sta ły abonament. M ój drugi dom rodzinny znakomicie uzupe łnia ł wi ęc gimnazjum i wiedz ę, kt órą w nim zd obywa łam. Mog łabym przytoczy ć wiele wspomnie ń szkolnych: uroczyste akademie, wieczorki taneczne, wycieczki do Krakowa, do Poznania, do Gdyni. Pierwsze przyja źnie i pierwsze, jak to wówczas m ówiono, flirty. Ale nie to jest dla mnie teraz najwa żniejsze . Powracam my ślą do Julii. Nigdy bym nie przypuszcza ła, że ta dziewczynka, bardzo ładna, podobna do W łoszki w swojej orientalnej urodzie, z oczami czarnymi jak w ęgle i ciemnymi obfitymi w łosami odegra p óź niej tak wielk ą rol ę w moim życiu. Spotyka łam ją cz ęsto, jad ąc do szko ły lub w drodze powrotnej. Julia, w domu do ść pretensjonalnie zwana „Julitk ą”, by ła trzy lata m łodsza ode mnie. To w tym wieku du żo. Kiedy mnie ju ż zaliczano do młodzie ży, lub „dorastaj ących panienek ”, ona by ła jeszcze prawie dzieckiem. Nic wi ęc dziwnego, że traktowa łam j ą troch ę „z góry”. Zdarza ło mi si ę jednak czasem rozmawia ć z nią po drodze. Widzia łam, że to dziewczynka rozgarni ęta, bystra – i że wiele czyta. Moi opiekunowie znali rodzic ów Julitki Grandapl ówny. – Bardzo porz ądni starozakonni – mawia ł wuj, u żywaj ąc okre ślenia, kt óre obecnie jest ju ż raczej zapomniane. Z panem Abramem Grandaplem łączy ły go jakie ś sprawy rzemie ślniczo -handlowe. Ojciec Julitki by ł właścicielem jednego z antykwariat ów, kt órych tak wiel e istnia ło na przedwojennych ulicach Świ ętokrzyskiej i Mazowieckiej. Kupowa ł i sprzedawa ł ksi ąż ki. Zna ł się jednak r ównie ż na innych starociach. Żona jego, pani R óż a, prowadzi ła dobrze prosperuj ącą pracowni ę krawieck ą. Ciotka Zosia korzysta ła z jej us ług, znacznie ta ńszych, wcale za ś nie gorszych ni ż w śródmie ściu. Kiedy po uko ńczeniu lat szesnastu „wystrzeli łam ” ze wzrostem, pani R óż a szy ła r ównie ż dla mnie „lepsze ”, czyli od świ ętne sukienki. I wtedy w łaśnie z ust jej pad ła pewnego dnia pro śba, skierowana nie do mnie, lecz do mojej opiekunki: – Czy te ż panna Ania nie mog łaby pom óc troch ę w nauce mojej Julitce?... Nigdy dot ąd nie mia ła w szkole k łopot ów, a ż dopiero teraz z matematyk ą i z łacin ą. Chyba te nauczycielki na nią się zawzi ęły. Oczywi ście zap łacimy, ile tylko panna Ania za żą da! Ciotka Zosia pozostawi ła decyzj ę mnie. A ja, owszem, bardzo chcia łam – pomimo wszelkich dostatk ów – mie ć własne, przeze mnie zarobione pieni ądze. – Jak chce, niech tam idzie – rzek ł wuj. – Granda plowie to przyzwoici ludzie. On rzetelny jest i uczciwy. A z tą swoj ą brod ą bardziej podobny do rabina ni ż do kupca! – Wygl ąda tak, jak gdyby kurzem por ósł od tych szparga łów, co w nich wiecznie siedzi – dorzuci ła ciotka. – Za to ona – ho! ho! Ma tyle w sobie życia, że aż kipi. I właściwie ca ły dom trzyma w gar ści. Pani R óż a Grandapel w sw ój serdeczny, troch ę afektowany spos ób dzi ękowa ła mi za gotowo ść dopomo żenia Julitce. Kilkakrotnie przy tym zapewnia ła, że nie b ędę mia ła zbyt wiele kłopot ów, gdy ż córka jest zdolna. Nawet bardzo zdolna. – Tylko panna Ania wie – zni żyła g łos przy tych s łowach, cho ć by łyśmy same w pokoju – jak to dziecko: czasem bez zastanowienia chlapnie j ęzykiem, nie pomy śli o tym, co mówi. A w szkole na to p atrz ą. I zawzi ęli si ę. No, a szczeg ólnie, że... Urwa ła w pół zdania, pozostawiaj ąc mi pole do domys łów. Nie chcia łam wypytywa ć zbyt dok ładnie, kto i dlaczego tak „zawzi ął się” na Juli ę. Chodzi ła co prawda do tej samej szko ły, lecz ni ższe klasy mia ły inne nauczycielki. Dowiedziawszy si ę, że mam jej udziela ć korepetycji z matematyki i z łaciny, przyj ęła ten projekt bez wielkiego entuzjazmu, ale i bez oporu. Od razu, podczas pierwszych lekcji, zorientowa łam si ę, że jest bystra – i że jeśli przyst ępnie wyt łumaczy ć jej regu ły algebry, potrafi