ROZDZIAŁ PIERWSZY
Nick Dylan uniósł szklaneczkę ku zachodzącemu
październikowemu słońcu, które zaglądało przez ok
no biblioteki ojca. Nie! Jego biblioteki. Ojca pocho
wał dziś rano. Nierówno odlane tafle szyb zniekształ
cały widok roztaczający się za nimi, tak jak życie
ojca zniekształcało pogląd Nicka na jego własną eg
zystencję.
Ale z tym już koniec. Senator Jeffrey Dylan już
nie będzie wpływał na przyszłość Nicka.
Drzwi biblioteki otworzyły się i gruby męski głos
zapytał:
- To nie pojechał pan z matką do kancelarii pana
Thomasa, doktorze Dylan?
Nick poczuł pulsowanie w skroniach.
- Leota wybrała się tam beze mnie? - Odwrócił
się od okna. Nawet nie był zaskoczony, że matka
postanowiła pojechać sama.
Spojrzał na Huntera, który prowadził ich rodzinny
dom w Fairlove w Wirginii od czasów, kiedy jego
nie było jeszcze na świecie. Twarz starszego męż-
6 KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams
czyzny pokrywała szczecina zarostu. Jak zawsze,
miał na sobie idealnie odprasowany granatowy gar
nitur, ale fakt, że się nie ogolił, był jeszcze jednym
symbolem żałoby, w jakiej pogrążyła się rodzina.
Żałoby, w której Nick jakoś się nie pogrążył. Oj
ciec przy każdej okazji dawał mu do zrozumienia,
że jako syn nie spełnia jego oczekiwań. Nickowi nig
dy nie udało się zyskać jego aprobaty. Może źle robił,
nie idąc na większy kompromis, nie starając się bar
dziej być takim synem, jakiego pragnął widzieć
w nim ojciec.
- Zauważyłem limuzynę skręcającą z podjazdu
w ulicę - powiedział Hunter. - Myślałem, że pan
pojechał z matką, sir.
- Może nie mogła się mnie doczekać. Wiesz, jak
nie lubi się spóźniać na umówione spotkania - Nick
próbował jakoś zatuszować napięcie występujące
ostatnio w stosunkach między nim a matką. Przez
te trzy dni, jakie upłynęły od śmierci ojca, coraz
dziwniej się zachowywała. Kiedy Hunter zadzwonił
do niego i powiedział o brandy i proszkach nasen
nych, które znalazł w nocnej szafce Leoty, wrócił
do domu. Nigdy nie był z matką szczególnie zwią
zany, ale kochał ją. Chciał się nią zaopiekować.
- Myślałem, że zależy jej na pańskiej obecności,
sir. - Hunter wyprostował się. - Może chciała być
przez pewien czas sama.
KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams 7
Nick jednym haustem wychylił szkocką i krzy
wiąc się z niesmakiem, odstawił szklaneczkę na tacę,
która zawsze stała obok ulubionego fotela ojca.
- Może ją jeszcze dogonię.
- Sir...
- Przestań mnie tak tytułować. Śmierć Jeffa ni
czego między nami nie zmieniła.
- Jakoś mi niezręcznie zwracać się do pana po
imieniu, paniczu Nick.
Nick miał trzydzieści dwa lata i już prawie za
pomniał o tytule, jakim obdarzał go Hunter, kiedy
był jeszcze dzieckiem.
- Mów mi zwyczajnie Nick. Przez ten rok, od kiedy
znów jestem w mieście, jakoś ci się to udawało.
Hunter uśmiechnął się z zażenowaniem.
- Spróbuję.
Nick ledwie się powstrzymał przed uściśnięciem
tego człowieka. Ostatni raz objął go w dniu, w któ
rym ojciec wysyłał go do szkoły z internatem. Hun
ter był jedynym człowiekiem, który okazywał mu
sympatię. Stał mu się bliższy niż rodzony ojciec.
- Zawiadom mnie, gdyby Leota z jakiegoś po
wodu nie dotarła do kancelarii Wilforda i zadzwoniła
tutaj, dobrze?
- Dotrze tam - zapewnił go Hunter. - Żałoba ża
łobą, ale na pewno jest ciekawa treści ostatniej woli
pańskiego ojca.
8 KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams
Raczej boi się dowiedzieć, co zaplanował Jeff dla
niej, pokojówki, którą poślubił, bo była w ciąży, i dla
syna, który o mało nie urodził się bękartem. Nick
skinął głową i zerknął na ściągniętą, poszarzałą
twarz Huntera.
- Odpocznij trochę - powiedział.
Czyżby ten człowiek był aż tak przywiązany do
swojego trudnego chlebodawcy? Nick nigdy nie py
tał Huntera o jego stosunek do Jeffa, bo sam nie
potrafiłby określić własnego.
Hunter był dla niego zawsze ucieleśnieniem sta
bilizacji. Powinien zaoferować mu o wiele więcej
niż tylko sugestię odpoczynku. Powinien go zapytać
wprost, jak się czuje. Normalny człowiek właśnie
tak okazałby swoją troskę. I miał nadzieję, że wre
szcie stanie się takim człowiekiem, kiedy przebrnie
już przez ostatnie emocjonalne pole minowe wiążące
się z otwarciem testamentu ojca. Wtedy wróci tu
i zaprosi Huntera na piwo.
Z tym postanowieniem wyszedł przez dwuskrzyd
łowe frontowe drzwi i zbiegł po ceglanych schodach
do swojego poobijanego dżipa. Stary zielony samo
chód stał na poboczu kolistego podjazdu niczym ubo
gi krewny liczący na gościnne przyjęcie. Poprzednie
go wieczoru, kiedy po uroczystości w domu pogrze
bowym szofer odwiózł ich limuzyną, Leota zasuge
rowała Nickowi, żeby ukrył swój żałosny pojazd
KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams 9
w garażu, a jeszcze lepiej - w jednej z pustych sto
dół na terenie posiadłości.
Wstawienie dżipa do garażu mogłoby stworzyć
wrażenie, że jego właściciel wraca do domu na stałe.
Ale on, choć nikomu się do tego nie przyznał, nie
czuł się tu dobrze.
Włożył kluczyk do stacyjki. Podczas gdy silnik,
pokasłując, niechętnie budził się do życia, Nick pa
trzył w zadumie na światła zapalające się w oknach
domów położonego w dole miasteczka. Fairlove,
oglądane z wyżyn rezydencji Dylanów, wydawało
się być oryginalną i gościnną miejscowością.
Ale pozory mylą. Od powrotu do Fairlove Nick
mieszkał w małym domku niedaleko parkingu przed
kościołem Świętej Teresy, na którym kiedyś Hunter
uczył go jeździć na rowerze. W ciągu ostatnich dwu
nastu miesięcy brał udział w niezliczonych zebra
niach rady szkolnej i uroczystych kolacjach. Starał
się w ten sposób wkupić w łaski mieszkańców Fair
love i stać jednym z nich, ale pacjentów miał wciąż
jak na lekarstwo. Przychodzili do niego tylko w osta
teczności. Nie potrafili zapomnieć, że jest Dylanem,
a co za tym idzie - ostatnim lekarzem, u którego
chcieliby leczyć swoje bolące gardła, artretyzmy czy
lumbaga.
Kiedy zapaliła się latarnia, pod którą stał dżip,
Nick wrzucił bieg i krętą drogą ruszył do miasteczka.
10 KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams
Przed szkołą panował ożywiony ruch. Uczniowie
wybiegali z próby orkiestry, rodzice czekający w sa
mochodach na swoje pociechy włączali reflektory,
uruchamiali silniki i odjeżdżali w kierunku stoją
cych w równych rzędach domów. Część z nich zbu
dowano jeszcze w osiemnastym wieku, ale niektóre
wzniesiono całkiem niedawno, zachowując jednak
dotychczasowy architektoniczny porządek. Nick ku
pił jeden z tych nowszych domów. Wystarczająco
długo mieszkał już w historycznym zabytku.
Zatrzymawszy się na skrzyżowaniu u stóp wzgó
rza, rozejrzał się. Widok domu Athertonów jak zwy
kle obudził w nim poczucie winy. Opuszczony, za
pomniany przez wszystkich - prócz jego ojca - dom
o nazwie Pod Dębami powoli popadał w ruinę.
Nick oderwał wzrok od zdobyczy ojca. Jeff Dylan
zniszczył rodzinę Athertonów, kiedy Nick studiował
w college'u. Czy gdyby był wtedy w domu, starałby
się powstrzymać tę wendetę, która w końcu zmusiła
Athertonów do wyprowadzenia się z Fairlove? Czy
raczej, solidaryzując się z upokorzoną matką, pa
trzyłby z boku, jak ojciec mści się na człowieku, któ
ry poślubił Sylvie? Kobietę, którą Jeff szczerze ko
chał. ..
Odpędzając wspomnienia z przeszłości, której nie
mógł już zmienić, nacisnął pedał gazu. Musi skon
centrować się na dniu dzisiejszym, na Leocie, która
KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams 11
znajdowała się chyba na najlepszej drodze do auto-
destrukcji, i na testamencie. Ostatnia wola ojca może
zawierać nokautujący cios zadany zza grobu.
Minął swój ciemny dom i za kościołem skręcił
w uliczkę, przy której wznosił się gmach sądu. Czar
na limuzyna ojca zajmowała aż dwa miejsca parkin
gowe na małym placyku przed biurem Wilforda Tho
masa. Otaczał ją tłumek dziennikarzy i fotografów
ze sprzętem gotowym do użytku.
Nick zaparkował swoje auto jak najdalej od nich
i ruszył w stronę budynku. Wilford zaprosił ich na
odczytanie testamentu na wieczór, żeby zmylić re
porterów, którzy nie odstępowali Leoty na krok.
Najwyraźniej ten fortel się nie udał.
- Doktorze Dylan! Nick! - krzyknął ktoś, kiedy
był już na progu. Udał, że nie słyszy wołania, i za
trzasnął za sobą drzwi.
Wilford wyjrzał ze swojego gabinetu. Miał pięć
dziesiąt kilka lat, siwe, idealnie ostrzyżone włosy
i podobnie jak Hunter, nosił konserwatywny garni
tur.
- To znów ci wścibscy dziennikarze! Wejdź. Za
mknę drzwi na klucz, żeby nikt nam nie przeszka
dzał. Poprosiłem już szeryfa, żeby tu podjechał i zro
bił porządek z dziennikarzami.
Leota - szczupła, zadbana, wypalona emocjonal
nie blondynka - siedziała przed biurkiem Wilforda.
12 KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams
- Przecież mieliśmy przyjechać razem - powie
dział do niej Nick.
- Może byście tak przestali traktować mnie jak
kompletną wariatkę na skraju załamania nerwowego?
Nick, zbity z tropu tą gwałtowną reakcją, pod
szedł do drugiego fotela stojącego przed biurkiem.
Pochylił się nad matką i, zniżając głos, powiedział:
- Miałem tylko na myśli, że nie musisz tego
wszystkiego załatwiać sama. Wciąż jesteśmy ro
dziną.
Leota obrzuciła syna pełnym wściekłości spojrze
niem. Starał się nie okazywać zakłopotania. Wyglą
dało na to, że śmierć Jeffa wyzwoliła w niej wszyst
kie demony, które wcześniej trzymała na uwięzi.
- Napijecie się kawy?
Nick odwrócił się do Wilforda. Ton głosu pra
wnika nie wróżył nic dobrego.
- Chętnie. - Nick zerknął na matkę: - A ty?
- Nie. Zacznijmy wreszcie.
- Mam czytać słowo w słowo, czy wolicie, że
bym najpierw pokrótce streścił ten dokument? - spy
tał Wilford.
Nick próbował ściągnąć na siebie wzrok prawni
ka, ale ten skwapliwie uciekał spojrzeniem.
- Dlaczego tak się denerwujesz?
Wilford Thomas, poprawiając węzeł srebrzy-
stoniebieskiego krawata, powoli opadł na swój fotel.
KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams 13
- Przepraszam, Nick. - Zerknął na Leotę. - Nie
patrzcie tak na mnie. Bez obawy, Jeff nie zapisał
domu nikomu obcemu, postawił tylko osobliwy wa
runek.
- Czekamy! - Głos Leoty ciął jak nóż.
- Ty, Leoto, możesz korzystać z domu przez re
sztę życia. Otrzymasz również pokaźną sumę. Do
szczegółów przejdę za chwilę, ale najpierw chciał
bym omówić zapis dotyczący Nicka.
- Jeff zawsze kręcił nosem, że jestem tylko zwy
kłym lekarzem ogólnym. Chciał, żebym się specjalizo
wał. - Nick spróbował roześmiać się beztrosko. - Pew
nie za chwilę usłyszę, że muszę wracać na uczelnię?
- Obawiam się, że jeszcze gorzej. Cały nie wy
mieniony dotąd majątek, czyli praktycznie wszystko,
przechodzi na ciebie, Nick, ale, i tu właśnie jest
szkopuł... Pod jednym warunkiem.
- Jakim? - Nickowi serce omal nie wyskoczyło
z piersi. Stracił nadzieję, że Jeff w końcu wybaczył
mu to, że w ogóle się urodził.
- Chce, żebyś się ożenił. Zacytuję może jego sło
wa: „Ma się zakochać i ożenić przed upływem naj
bliższych dwunastu miesięcy". Małżeństwo musi
trwać co najmniej rok, a o jego ważności mają za
decydować inni wykonawcy ostatniej woli, czyli ja
i twoja matka. Do tego przez pierwszy rok małżeń
stwa musisz mieszkać z żoną w domu rodzinnym.
14 KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams
Nick wzniósł w górę ręce, tak jakby chciał przy
trzymać świat, walący mu się na głowę.
- Nie kończ. - Wstał i palcami przeczesał włosy.
- Tylko mój ojciec mógł sobie ubzdurać, że potra
fi mnie zmusić do zakochania się na zawołanie
w pierwszej lepszej.
- I do poślubienia jej - dorzucił pedantyczny
Wilford.
- I pozostania w tym związku przez co najmniej
rok. - Głos Leoty przesycony był goryczą. - To ma
być prawdziwa miłość! Tak przynajmniej wyobrażał
sobie ją Jeff. Wilfordzie, czy możemy utajnić ten
testament? To znaczy, nie dopuścić do jego publikacji
w prasie?
Nick, zaskoczony zrazu, że matka tak bezkrytycz
nie akceptuje plany ojca, zrozumiał po chwili, że
chodzi jej przede wszystkim o ochronę dobrego
imienia rodziny. Sprzedała jej przecież najważniejszą
cząstkę siebie.
- Czy te warunki można uchylić? - zwrócił się
do Wilforda.
- Tylko na drodze sądowej. I jeszcze jedno, Nick.
Jeśli ich nie spełnisz, majątek Jeffa dziedziczy twój
kuzyn, Hale.
Leota zerwała się z fotela.
- Nie pozwolę ci podważać ostatniej woli ojca!
Nie będziesz wywlekał prywatnych spraw rodzin-
KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams 15
nych przed... przed... - Wskazała za okno -
...przed nimi!
Histeryczny ton zdradzał, jak bardzo czuje się
upokorzona, ale Nick nie miał zamiaru powtarzać
farsy, jaką było wymuszone małżeństwo rodziców.
- Jeff nadal mści się za to, że zaszłaś z nim w cią
żę i wydałaś mnie na świat. Nie pozwolę mu znęcać
się nad tobą i mało mnie obchodzi, kto się o tym
dowie.
- Znam cię, Nick. Obchodzi cię i to bardzo.
Przez wzgląd na ludzi, których nigdy nie widziałeś
na oczy. Na ludzi, którzy wierzyli w twojego ojca.
Przypomnij sobie te fotografie szczęśliwej rodziny,
rozsyłane przez biuro ojca do wszystkich gazet i cza
sopism, które tylko chciały je publikować. Czemu
do nich pozowałeś?
- To była polityka. Jestem jego synem. Dobrze
wiesz, że to co innego.
- A co będzie ze mną? Mnie obchodzi, co się
stanie z jego nazwiskiem. Nie chcę, żeby ktoś się
dowiedział, jaki Jeff był dla nas. I co z domem?
Chcesz wszystko stracić?
Nie objął jej pocieszająco. Nigdy nie wymieniali
między sobą takich gestów.
- Damy sobie radę - powiedział. Czy jednak
wolno mu dopuścić, by wszystko przejął Hale?
Leota chwyciła go za ramię. Oczy jej płonęły.
16 KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams
- Obiecaj mi, że nie będziesz podważał woli ojca.
Nie zniosłabym już tych dziennikarzy. A Hale... Hale
zrobi z naszego domu lunapark.
Wilford, skrzypiąc krzesłem, nachylił się do nich.
- Wróćmy do Jeffa. Nie rozumiem, jaką prawdę
o nim chcecie ukryć.
Leota jeszcze mocniej ścisnęła ramię syna i spoj
rzała na prawnika. Oczy miała wilgotne.
- Jeff, Nick i ja byliśmy rodziną. Nikomu nic do
tego, jak wyglądało nasze życie prywatne.
- Chyba nie możesz wymagać od Nicka, żeby
przed upływem dwunastu miesięcy ożenił się z byle
kim tylko po to, by zachować posiadłość i pieniądze?
- Owszem, mogę - odparła stanowczo. - Ale to
wcale nie musi być byle kto. Znamy wiele odpo
wiednich kandydatek. Zakocha się w dziewczynie
z dobrego domu. Będę miała synową, z której także
jego ojciec byłby dumny.
Troska o matkę przeważyła nad pragnieniem wy
rwania się spod wpływu Jeffa. Nick musiał jednak
zadać jedno oczywiste pytanie:
- Chcesz, żebym wytypował jakąś kobietę, a po
tem tak po prostu zakochał się w niej?
- Chcę, żebyś zrobił to, o co prosi cię ojciec. -
Leota zniżyła głos do syku. - Choć raz bądź taki,
jakim on sobie ciebie wymarzył.
Do diabła z takimi marzeniami! Nie pozwoli, że-
KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams 17
by ojciec uczynił koszmar z jego życia. Wyobrażenie
Jeffa o właściwej kobiecie dla syna było obelgi dla
jego poczucia godności.
- W wyborach, których dotąd dokonywałem, nig
dy nie kierowałem się opinią ojca. To chyba najgor
szy moment, by zacząć to robić.
Wilford zebrał na kupkę kartki z ostatnią wolą
Jeffa Dylana.
- Wydaje mi się, że co do jednego Leota ma ra
cję, Nick. Jesteś pewien, że chcesz z tym iść do są
du? Cokolwiek skłoniło twojego ojca do postawienia
tego warunku, tam wyjdzie to na jaw. Chcesz zruj
nować jego reputację? Mimo wszystko był senato
rem Stanów Zjednoczonych.
- I co z moją reputacją? - spytała Leota.
Jej łamiący się głos poruszył w Nicku czułą stru
nę. Czyż nie nacierpiała się wystarczająco, dręczona
psychicznie przez ojca?
- Co cię teraz obchodzi jego reputacja? - spytał.
Tak szczerze jeszcze z nią nie rozmawiał.
- Obchodzi, bo był moim mężem.
Dumnie uniosła brodę, perfekcyjnie wymodelo
waną przez chirurga plastycznego, do którego poszła,
bo Jeffowi wciąż się w niej coś nie podobało. A co
nie podobało się jemu, również jej przestawało się
podobać.
- Nie potrafię teraz podjąć decyzji - powiedział
18 KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams
Nick, choć w głębi duszy już zdecydował. Przemoże
się i ulegnie Jeffowi, by pomóc Leocie. - Zadzwonię
do ciebie, Wilfordzie, i umówimy się na odczytanie
reszty testamentu.
Nie spoglądając już na Leotę, odwrócił się i wy
szedł. Kiedy zamykał za sobą drzwi poczekalni
z krzesła podniosła się jakaś kobieta.
- Nick?
- Dzień dobry, pani Franklin. -Selina Franklin
i jej mąż, Julian, którego w Fairlove nazywano sę
dzią, prowadzili pensjonat o nazwie Dom Frankli
nów. - W czym mogę pomóc? Coś pani dolega?
Pokręciła siwą głową.
- Mam do ciebie pytanie. - Otworzyła torebkę,
i wyciągnęła z niej pożółkły arkusik papieru. - Ale
najpierw przeczytaj. Dostałam to przed blisko dwu
nastu laty.
Co znowu? Z trudem maskując zniecierpliwienie
Nick wziął od kobiety list. Był wystukany na ma
szynie i bez podpisu.
„Jeśli zależy ci na karierze męża - przeczytał -
nie wtykaj nosa w moje plany wobec tej dziewczyny
Jeśli piśniesz komuś słówko, wszystkiemu zaprzeczę
I tak uwierzą mnie, nie tobie, a ja z przyjemnością
zniszczę sędziego".
Nickowi podpis nie był potrzebny. Dobrze zna
ten styl i ton.
KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams 19
- O jaką dziewczynę chodzi? - spytał.
- O Clair Atherton. Po śmierci Sylvie, jej matki,
próbowałam zabrać ją z sierocińca i adoptować.
Chociaż dokładaliśmy z mężem wszelkich starań,
ktoś wciąż nam w tym przeszkadzał. Kiedy odkry
łam, kto, przeprowadziłam rozmowy z kilkoma mie
szkańcami naszego miasta. Po wizycie u burmistrza
Brenta dostałam ten liścik. Wiedziałam, że burmistrz
i ci wszyscy, którzy tańczą, jak im twój ojciec zagra,
staną za nim murem i zgodnie oświadczą, że sama
go napisałam.
Miała rację. Burmistrz Brent i Jeff chodzili razem
na ryby, razem polowali i najwyraźniej razem ucie
kali się do szantażu. Mowa pogrzebowa wygłoszona
nad trumną Brenta zapewniła Jeffowi wybór na
czwartą kadencję do senatu.
- Gdzie jest teraz Clair Atherton? - Gniew
wniósł do jego głosu jakąś nową nutkę. Nie mógł
uwierzyć, że Jeff był zdolny do skrzywdzenia małej
dziewczynki.
Selina nie odpowiedziała. Znał ją od dziecka i nie
mógł zrozumieć, dlaczego, odkąd wrócił do rodzin
nego miasta, traktuje go z lodowatą obojętnością. Te
raz już wiedział.
- Czy jesteś taki sam jak twój ojciec? - spytała
w końcu.
- O czym pani mówi? - Najchętniej rozerwałby
20 KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams
teraz kogoś na strzępy. Oto pytają go, czy przejawia
skłonności do prześladowania małych dziewczynek.
Clair Atherton ma teraz dwadzieścia kilka lat. Na
pewno jest wystarczająco dorosła, by nie dać sobie
w kaszę dmuchać.
- Zamierzam zaprosić Clair do Fairlove. Jeśli tu
przyjedzie, a ty spróbujesz ją skrzywdzić, będziesz
miał do czynienia z tymi wszystkimi, którzy byli
zmuszeni pozwolić, żeby stąd wyjechała. Baliśmy
się, że nie zdołamy jej ochronić, tak jak nie udało
nam się ochronić jej rodziców, ale ty nie możesz
zasłaniać się polityką, jak to czynił twój ojciec.
Gniew i poczucie winy płonące w oczach Se-
liny Franklin nagle ustąpiły miejsca zaskoczeniu.
Nick zorientował się, że wyczuła jego zawstydze
nie. Odwrócił się i ruszył do drzwi na sztywnych
nogach.
W progu obejrzał się przez ramię, unikając jednak
wzroku Seliny.
- Z mojej strony Clair Atherton nie ma się czego
obawiać - powiedział.
Dwa dni przed Halloween Clair skręciła z drogi
międzystanowej w zjazd wiodący do Fairlove. Drze
wa od razu zrobiły się jakby dorodniejsze. Opuściła
szybę, żeby odetchnąć rześkim powietrzem rodzin
nych stron. Minęła mały zielony drogowskaz z na-
KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams 21
zwą miasteczka i po chwili ujrzała stację benzynową
Shillinga.
Wyglądała zupełnie jak w dniu, w którym ona
stąd wyjeżdżała. Ta sama tablica, informująca o ce
nach paliw wielkimi czarnymi cyframi. Dwanaście
lat temu Clair patrzyła na tę tablicę przez tylne okno
furgonetki opiekunki społecznej.
Nie potrzebowała już mapy. Do Domu Frankli
nów trafiłaby stąd z zawiązanymi oczami. O tej po
rze każdego przechodnia obdarzonego zmysłem wę
chu wabiły aromaty rozchodzące się z kuchni Seliny
Franklin, przyrządzającej śniadanie.
Zaproszenie pani Franklin mile ją zaskoczyło
i ucieszyło. Przyjaciółka matki pisała w liście, że
znalazła jej adres poprzez „białe strony" w Interne
cie, i pytała, czy wspomina jeszcze swoje rodzinne
miasto.
Clair nigdy nie zapomniała. Dom, w którym mie
szkała, po tylu latach popadł już pewnie w ruinę.
Często śniło się jej, że Jeff Dylan rozwala go burzącą
kulą zawieszoną na wielkim żółtym dźwigu. Czyż
mogła zapomnieć miejsce, w którym otoczona była
miłością, miłością bezwarunkową i zawsze obecną?
Wciąż ją tam ciągnęło.
Ale nie była już naiwnym dzieckiem i zastana
wiało ją, dlaczego Selina Franklin ni stąd, ni zowąd
sobie o niej przypomniała. Pani Franklin i jej mąż,
22 KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams
ambitny prawnik, którego ojciec Clair przezwał sę
dzią, byli najbliższymi przyjaciółmi jej rodziców, ale
i oni odwracali wzrok, kiedy opieka społeczna bez
skutecznie szukała w okolicy rodziny, która przygar
nęłaby małą Clair.
Zaproszenie pani Franklin wydawało się przez to
jeszcze bardziej podejrzane. Clair postanowiła za
chować czujność. Ludzie rzadko wysuwają bezinte
resownie takie oferty.
Zwolniła przed małą szkołą podstawową. Odżyły
wspomnienia z dzieciństwa - książki, zeszyty, zgrzane
dzieci bawiące się na boisku podczas przerwy.
Na wieży kościoła Świętej Teresy odezwał się
dzwon wzywający wiernych na poranne nabożeń
stwo i Clair skręciła w tym kierunku. Te głębokie
tony odmierzały tyle ważnych momentów w pierw
szych czternastu latach jej życia, W drodze z Bo
stonu specjalnie dłużej zatrzymała się w Waszyng
tonie, żeby dotrzeć tu w porze bicia dzwonu.
Skręcając w ulicę Kościelną, zobaczyła go. Nicka
Dylana. Człowieka, którego ojciec zniszczył jej ro
dzinę. Był wysoki, szczupły, elegancki. Miał na sobie
ciemny garnitur, długi czarny płaszcz. Coś niósł...
Torby z pralni chemicznej?
Wstrząśnięta Clair patrzyła, jak podchodzi do dżi-
pa, otwiera drzwiczki i wrzuca torby na tylne sie
dzenie. Zwolniła.
KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams 23
Spokojnie. On chyba stąd wyjeżdża. W niedzielę
pralnia jest zamknięta, więc pewnie niesie te torby
z domu.
Nick wyprostował się i wiatr rozwiał mu kruczo
czarne włosy. Mignęła jej przed oczami arystokra
tyczna twarz typowa dla Dylanów i ciemne oczy,
które w tym momencie ją dostrzegły i rozszerzyły
się. Szybko odwróciła wzrok, ale nie wytrzymała
i znowu na niego spojrzała. Uderzyła ją bladość jego
twarzy i malujące się na niej zaskoczenie.
Dzielił ich zaledwie krok, ale dla nich była to
przepaść wykopana przez rodzinną wrogość. Clair
zacisnęła zęby. Że też pierwszą osobą, jaką tu zo
baczyła, musiał być akurat Nick Dylan!
Roztrzęsiona, z walącym sercem, dwa razy obje
chała rynek. Nikt jej nie poznał. Żeby przed spot
kaniem z panią Franklin wyrzucić z myśli Nicka
Dylana, skoncentrowała się na obserwacji budynków.
W dawnej lodziarni mieścił się teraz zakład pro
jektowania terenów zielonych. Lokalna gazeta wy
kupiła pracownię krawiecką pani Clark.
Walczyła ze łzami napływającymi do oczu. Widok
znajomych uliczek przywoływał wspomnienia. Skrę
ciła w kierunku szkoły średniej. Chodziła do pierw
szej klasy, kiedy zmarli rodzice. Za szkołą stał blok,
w którym mieszkali, kiedy senator Dylan odebrał im
ich dom. Po śmierci ojca matka zobojętniała na
24 KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams
wszystko. Nie chciało jej się już żyć. Kilka miesięcy
później zmarła na zawał serca.
Clair spojrzała w stronę wzgórza. Jeśli nawet jej
rodzinny dom jeszcze stał, to zasłaniały go gęste za
rośla, ale dom Dylanów widać było jak na dłoni.
Górował nad okolicą.
Odwróciła wzrok. Musi zwalczyć bolesne wspo
mnienia. Nie powinna była tędy przejeżdżać. Trzeba
było jechać prosto do pani Franklin.
Zaparkowała przed pensjonatem, wysiadła z sa
mochodu i przerzuciła plecak przez ramię. Dłonie
jej zwilgotniały, w ustach czuła suchość.
Weszła po schodkach, ujęła w dłoń chłodną mo
siężną gałkę u drzwi i policzyła do dwóch. Na trzy
pchnęła drzwi i, przestąpiwszy próg, znalazła się
w ciemnej sieni. Łopatki wentylatora zawieszonego
u sufitu cięły powietrze z rytmicznym poszumem.
Czekała, aż jej oczy przywykną do panującego wokół
półmroku.
- Clair, nareszcie jesteś.
Serce zabiło jej mocniej. Znała ten głos - głęboki,
leciutko schrypnięty. Selina Franklin kiedyś była czę
stym gościem w domu Athertonów. Przynosiła
owsiane ciasteczka domowego wypieku i uszyte ze
skarpetek lalki z oczami z czarnych guziczków.
Po chwili cień majaczący przed Clair zmateria
lizował się w postać kobiety chyba trochę za niskiej
KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams 25
jak na panią Franklin. Clair widziała ją po raz ostatni
przez tylną szybę furgonetki opieki społecznej.
Wspomnienie przyjaciółki matki było nierozerwalnie
związane z bolesną mantrą, którą powtarzała kobieta
odwożąca ją wówczas do Waszyngtonu: „Nie możesz
tu zostać. Nie masz tu nikogo, kto by się tobą zajął".
To wspomnienie prześladowało ją w snach. Pani
Franklin musiała wtedy wiedzieć, co ona czuje. W
Clair obudziła się dawna uraza. Z trudem przełknęła
ślinę.
Kobieta uniosła dłonie do szyi.
- Clair. - Uśmiechnęła się. - Jesteś tak podobna
do matki, że przez chwilę myślałam, że to ona. Sylvie
była w twoim wieku, kiedy tu przyjechała, żeby
uczyć w szkole. He masz teraz lat? Dwadzieścia
cztery?
- Dwadzieścia sześć. - Clair obserwowała deli
katne rysy twarzy kobiety. Te błękitne oczy, śmiejące
się kiedyś z żartów matki, te usta... - Jak się miewa
pan sędzia?
- Spełnił oczekiwania twojego ojca. Przed dzie
sięciu laty gubernator w końcu mianował go sędzią.
- Pani Franklin sięgnęła do szafki wiszącej za biur
kiem. - Tak się cieszę, że przyjechałaś. Przygoto
wałam dla ciebie pokój w pensjonacie, bo pomyśla
łam sobie, że będziesz się w nim czuła swobodniej
niż w moim pokoju gościnnym. - Położyła na biur-
26 KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams
ku duży, staroświecki klucz. - Nie wiem, ilu twoich
znajomych zostało jeszcze w mieście. Ostatnio wy
jeżdża stąd wielu młodych ludzi. Tylko nie Nick Dy
lan. - Clair zesztywniała na dźwięk tego nazwiska,
ale pani Franklin chyba tego nie zauważyła, bo pa
plała dalej: - W zeszłym roku przejął praktykę po
doktorze Trumanie i zaparł się, że nie wyjedzie.
- Zaparł się?
- No tak. Bo kariery tu nie zrobi. Jego gabinet
świeci pustkami. Ludzie chodzą do niego tylko
w ostateczności. Może powinien się lepiej reklamo
wać.
Clair, starając się wyrzucić z pamięci twarz za
skoczonego Nicka, sięgnęła po leżącą na biurku
książkę meldunkową, ale pani Franklin była szybsza.
- Nie trzeba! Jesteś moim gościem. Muszę cię
uprzedzić, że pewnie będziesz spotykała Nicka na
ulicy. Słyszałaś, że Jeff umarł?
Clair poprawiła szelkę plecaka na ramieniu.
- Słyszałam. - Wzięła klucz. Nie było przy nim
znaczka z numerem pokoju. - Do którego pokoju
mam zanieść swoje rzeczy?
- Do Concord. Kilka lat temu ponadawałam po
kojom nazwy miejsc, w których toczyły się wielkie
bitwy wojny o niepodległość. Turystom to się po
doba. - Pani Franklin poklepała porysowany blat
osiemnastowiecznego biurka.
KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams 27
Clair była oszołomiona paplaniną i czujnym spoj
rzeniem pani Franklin, które kłóciło się z lekkością
tonu jej głosu. Uśmiechnęła się.
- Jak trafię do Concord? - spytała.
- Windą na pierwsze piętro, korytarzem w pra
wo, trzecie drzwi po lewej.
- Dziękuję.
- Nie powiedziałaś jeszcze, jak długo chcesz zo
stać.
Czy w ogóle dobrze zrobiła, przyjeżdżając tu?
- Jeszcze nie wiem. Jestem właśnie w trakcie
zmiany pracy.
Pani Franklin ściągnęła brwi.
- Porozmawiamy o tym, kiedy zejdziesz na dół.
Chcę cię o wszystko wypytać.
Clair odwróciła się i ruszyła w kierunku windy.
Ta kobieta wyglądała jak pani Franklin, ale zacho
wywała się zupełnie inaczej. Dlaczego jest taka skrę
powana? Czyżby żałowała, że ją zaprosiła?
Wchodząc do windy, obejrzała się jeszcze
i uśmiechnęła. Kiedy drzwi się zasunęły, oparła się
o ścianę kabiny. W plecaku miała rzeczy, które wy
starczą na jeden dzień. Może nie zabawi tu dłużej.
Wysiadła na piętrze i znalazła drzwi z nazwą „Con
cord" wygrawerowaną na mosiężnej tabliczce. Prze
kręciła klucz w zamku i weszła do przytulnie urzą
dzonego pokoju. Położyła plecak na ławeczce sto-
28 KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams
jącej w nogach łóżka, podeszła do okna i rozsunęła
aksamitne zasłony. Słoneczne światło zalało mały se-
kretarzyk i padło na podłogę.
Roześmiała się. W roboczych butach, dżinsach
i grubym golfie była w tym pokoju intruzem. Zaj
rzała do łazienki. Na widok wanny na szponiastych
łapach naszła ją ochota na kąpiel. Wzięła mydło
z marmurowej mydelniczki stojącej na szafce i.po
wąchała je. Kiedy myła twarz, wydało jej się, że
słyszy pukanie.
Zakręciła wodę i wytarła twarz. Pukanie powtó
rzyło się. Wyszła z łazienki z ręcznikiem w ręku
i otworzyła drzwi. W progu stała Selina.
- Pomyślałaś sobie pewnie, że dziwnie się zacho
wuję - powiedziała.
- Raczej, że jest pani inna, niż ją zapamiętałam
- przyznała Clair, uśmiechając się, by złagodzić wy
mowę tych słów.
- Nie byłam z tobą szczera.
Clair upuściła ręcznik. Schyliła się po niego, za
kłopotana.
- Nie rozumiem.
- Muszę ci wyznać całą prawdę, bo chcę, żebyś
została w Fairlove.
Krew uderzyła jej do głowy.
- Co to za prawda?
- Ja, sędzia i inni przyjaciele twoich rodziców...
ANNA ADAMS Kontrakt małżeński
ROZDZIAŁ PIERWSZY Nick Dylan uniósł szklaneczkę ku zachodzącemu październikowemu słońcu, które zaglądało przez ok no biblioteki ojca. Nie! Jego biblioteki. Ojca pocho wał dziś rano. Nierówno odlane tafle szyb zniekształ cały widok roztaczający się za nimi, tak jak życie ojca zniekształcało pogląd Nicka na jego własną eg zystencję. Ale z tym już koniec. Senator Jeffrey Dylan już nie będzie wpływał na przyszłość Nicka. Drzwi biblioteki otworzyły się i gruby męski głos zapytał: - To nie pojechał pan z matką do kancelarii pana Thomasa, doktorze Dylan? Nick poczuł pulsowanie w skroniach. - Leota wybrała się tam beze mnie? - Odwrócił się od okna. Nawet nie był zaskoczony, że matka postanowiła pojechać sama. Spojrzał na Huntera, który prowadził ich rodzinny dom w Fairlove w Wirginii od czasów, kiedy jego nie było jeszcze na świecie. Twarz starszego męż-
6 KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams czyzny pokrywała szczecina zarostu. Jak zawsze, miał na sobie idealnie odprasowany granatowy gar nitur, ale fakt, że się nie ogolił, był jeszcze jednym symbolem żałoby, w jakiej pogrążyła się rodzina. Żałoby, w której Nick jakoś się nie pogrążył. Oj ciec przy każdej okazji dawał mu do zrozumienia, że jako syn nie spełnia jego oczekiwań. Nickowi nig dy nie udało się zyskać jego aprobaty. Może źle robił, nie idąc na większy kompromis, nie starając się bar dziej być takim synem, jakiego pragnął widzieć w nim ojciec. - Zauważyłem limuzynę skręcającą z podjazdu w ulicę - powiedział Hunter. - Myślałem, że pan pojechał z matką, sir. - Może nie mogła się mnie doczekać. Wiesz, jak nie lubi się spóźniać na umówione spotkania - Nick próbował jakoś zatuszować napięcie występujące ostatnio w stosunkach między nim a matką. Przez te trzy dni, jakie upłynęły od śmierci ojca, coraz dziwniej się zachowywała. Kiedy Hunter zadzwonił do niego i powiedział o brandy i proszkach nasen nych, które znalazł w nocnej szafce Leoty, wrócił do domu. Nigdy nie był z matką szczególnie zwią zany, ale kochał ją. Chciał się nią zaopiekować. - Myślałem, że zależy jej na pańskiej obecności, sir. - Hunter wyprostował się. - Może chciała być przez pewien czas sama.
KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams 7 Nick jednym haustem wychylił szkocką i krzy wiąc się z niesmakiem, odstawił szklaneczkę na tacę, która zawsze stała obok ulubionego fotela ojca. - Może ją jeszcze dogonię. - Sir... - Przestań mnie tak tytułować. Śmierć Jeffa ni czego między nami nie zmieniła. - Jakoś mi niezręcznie zwracać się do pana po imieniu, paniczu Nick. Nick miał trzydzieści dwa lata i już prawie za pomniał o tytule, jakim obdarzał go Hunter, kiedy był jeszcze dzieckiem. - Mów mi zwyczajnie Nick. Przez ten rok, od kiedy znów jestem w mieście, jakoś ci się to udawało. Hunter uśmiechnął się z zażenowaniem. - Spróbuję. Nick ledwie się powstrzymał przed uściśnięciem tego człowieka. Ostatni raz objął go w dniu, w któ rym ojciec wysyłał go do szkoły z internatem. Hun ter był jedynym człowiekiem, który okazywał mu sympatię. Stał mu się bliższy niż rodzony ojciec. - Zawiadom mnie, gdyby Leota z jakiegoś po wodu nie dotarła do kancelarii Wilforda i zadzwoniła tutaj, dobrze? - Dotrze tam - zapewnił go Hunter. - Żałoba ża łobą, ale na pewno jest ciekawa treści ostatniej woli pańskiego ojca.
8 KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams Raczej boi się dowiedzieć, co zaplanował Jeff dla niej, pokojówki, którą poślubił, bo była w ciąży, i dla syna, który o mało nie urodził się bękartem. Nick skinął głową i zerknął na ściągniętą, poszarzałą twarz Huntera. - Odpocznij trochę - powiedział. Czyżby ten człowiek był aż tak przywiązany do swojego trudnego chlebodawcy? Nick nigdy nie py tał Huntera o jego stosunek do Jeffa, bo sam nie potrafiłby określić własnego. Hunter był dla niego zawsze ucieleśnieniem sta bilizacji. Powinien zaoferować mu o wiele więcej niż tylko sugestię odpoczynku. Powinien go zapytać wprost, jak się czuje. Normalny człowiek właśnie tak okazałby swoją troskę. I miał nadzieję, że wre szcie stanie się takim człowiekiem, kiedy przebrnie już przez ostatnie emocjonalne pole minowe wiążące się z otwarciem testamentu ojca. Wtedy wróci tu i zaprosi Huntera na piwo. Z tym postanowieniem wyszedł przez dwuskrzyd łowe frontowe drzwi i zbiegł po ceglanych schodach do swojego poobijanego dżipa. Stary zielony samo chód stał na poboczu kolistego podjazdu niczym ubo gi krewny liczący na gościnne przyjęcie. Poprzednie go wieczoru, kiedy po uroczystości w domu pogrze bowym szofer odwiózł ich limuzyną, Leota zasuge rowała Nickowi, żeby ukrył swój żałosny pojazd
KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams 9 w garażu, a jeszcze lepiej - w jednej z pustych sto dół na terenie posiadłości. Wstawienie dżipa do garażu mogłoby stworzyć wrażenie, że jego właściciel wraca do domu na stałe. Ale on, choć nikomu się do tego nie przyznał, nie czuł się tu dobrze. Włożył kluczyk do stacyjki. Podczas gdy silnik, pokasłując, niechętnie budził się do życia, Nick pa trzył w zadumie na światła zapalające się w oknach domów położonego w dole miasteczka. Fairlove, oglądane z wyżyn rezydencji Dylanów, wydawało się być oryginalną i gościnną miejscowością. Ale pozory mylą. Od powrotu do Fairlove Nick mieszkał w małym domku niedaleko parkingu przed kościołem Świętej Teresy, na którym kiedyś Hunter uczył go jeździć na rowerze. W ciągu ostatnich dwu nastu miesięcy brał udział w niezliczonych zebra niach rady szkolnej i uroczystych kolacjach. Starał się w ten sposób wkupić w łaski mieszkańców Fair love i stać jednym z nich, ale pacjentów miał wciąż jak na lekarstwo. Przychodzili do niego tylko w osta teczności. Nie potrafili zapomnieć, że jest Dylanem, a co za tym idzie - ostatnim lekarzem, u którego chcieliby leczyć swoje bolące gardła, artretyzmy czy lumbaga. Kiedy zapaliła się latarnia, pod którą stał dżip, Nick wrzucił bieg i krętą drogą ruszył do miasteczka.
10 KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams Przed szkołą panował ożywiony ruch. Uczniowie wybiegali z próby orkiestry, rodzice czekający w sa mochodach na swoje pociechy włączali reflektory, uruchamiali silniki i odjeżdżali w kierunku stoją cych w równych rzędach domów. Część z nich zbu dowano jeszcze w osiemnastym wieku, ale niektóre wzniesiono całkiem niedawno, zachowując jednak dotychczasowy architektoniczny porządek. Nick ku pił jeden z tych nowszych domów. Wystarczająco długo mieszkał już w historycznym zabytku. Zatrzymawszy się na skrzyżowaniu u stóp wzgó rza, rozejrzał się. Widok domu Athertonów jak zwy kle obudził w nim poczucie winy. Opuszczony, za pomniany przez wszystkich - prócz jego ojca - dom o nazwie Pod Dębami powoli popadał w ruinę. Nick oderwał wzrok od zdobyczy ojca. Jeff Dylan zniszczył rodzinę Athertonów, kiedy Nick studiował w college'u. Czy gdyby był wtedy w domu, starałby się powstrzymać tę wendetę, która w końcu zmusiła Athertonów do wyprowadzenia się z Fairlove? Czy raczej, solidaryzując się z upokorzoną matką, pa trzyłby z boku, jak ojciec mści się na człowieku, któ ry poślubił Sylvie? Kobietę, którą Jeff szczerze ko chał. .. Odpędzając wspomnienia z przeszłości, której nie mógł już zmienić, nacisnął pedał gazu. Musi skon centrować się na dniu dzisiejszym, na Leocie, która
KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams 11 znajdowała się chyba na najlepszej drodze do auto- destrukcji, i na testamencie. Ostatnia wola ojca może zawierać nokautujący cios zadany zza grobu. Minął swój ciemny dom i za kościołem skręcił w uliczkę, przy której wznosił się gmach sądu. Czar na limuzyna ojca zajmowała aż dwa miejsca parkin gowe na małym placyku przed biurem Wilforda Tho masa. Otaczał ją tłumek dziennikarzy i fotografów ze sprzętem gotowym do użytku. Nick zaparkował swoje auto jak najdalej od nich i ruszył w stronę budynku. Wilford zaprosił ich na odczytanie testamentu na wieczór, żeby zmylić re porterów, którzy nie odstępowali Leoty na krok. Najwyraźniej ten fortel się nie udał. - Doktorze Dylan! Nick! - krzyknął ktoś, kiedy był już na progu. Udał, że nie słyszy wołania, i za trzasnął za sobą drzwi. Wilford wyjrzał ze swojego gabinetu. Miał pięć dziesiąt kilka lat, siwe, idealnie ostrzyżone włosy i podobnie jak Hunter, nosił konserwatywny garni tur. - To znów ci wścibscy dziennikarze! Wejdź. Za mknę drzwi na klucz, żeby nikt nam nie przeszka dzał. Poprosiłem już szeryfa, żeby tu podjechał i zro bił porządek z dziennikarzami. Leota - szczupła, zadbana, wypalona emocjonal nie blondynka - siedziała przed biurkiem Wilforda.
12 KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams - Przecież mieliśmy przyjechać razem - powie dział do niej Nick. - Może byście tak przestali traktować mnie jak kompletną wariatkę na skraju załamania nerwowego? Nick, zbity z tropu tą gwałtowną reakcją, pod szedł do drugiego fotela stojącego przed biurkiem. Pochylił się nad matką i, zniżając głos, powiedział: - Miałem tylko na myśli, że nie musisz tego wszystkiego załatwiać sama. Wciąż jesteśmy ro dziną. Leota obrzuciła syna pełnym wściekłości spojrze niem. Starał się nie okazywać zakłopotania. Wyglą dało na to, że śmierć Jeffa wyzwoliła w niej wszyst kie demony, które wcześniej trzymała na uwięzi. - Napijecie się kawy? Nick odwrócił się do Wilforda. Ton głosu pra wnika nie wróżył nic dobrego. - Chętnie. - Nick zerknął na matkę: - A ty? - Nie. Zacznijmy wreszcie. - Mam czytać słowo w słowo, czy wolicie, że bym najpierw pokrótce streścił ten dokument? - spy tał Wilford. Nick próbował ściągnąć na siebie wzrok prawni ka, ale ten skwapliwie uciekał spojrzeniem. - Dlaczego tak się denerwujesz? Wilford Thomas, poprawiając węzeł srebrzy- stoniebieskiego krawata, powoli opadł na swój fotel.
KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams 13 - Przepraszam, Nick. - Zerknął na Leotę. - Nie patrzcie tak na mnie. Bez obawy, Jeff nie zapisał domu nikomu obcemu, postawił tylko osobliwy wa runek. - Czekamy! - Głos Leoty ciął jak nóż. - Ty, Leoto, możesz korzystać z domu przez re sztę życia. Otrzymasz również pokaźną sumę. Do szczegółów przejdę za chwilę, ale najpierw chciał bym omówić zapis dotyczący Nicka. - Jeff zawsze kręcił nosem, że jestem tylko zwy kłym lekarzem ogólnym. Chciał, żebym się specjalizo wał. - Nick spróbował roześmiać się beztrosko. - Pew nie za chwilę usłyszę, że muszę wracać na uczelnię? - Obawiam się, że jeszcze gorzej. Cały nie wy mieniony dotąd majątek, czyli praktycznie wszystko, przechodzi na ciebie, Nick, ale, i tu właśnie jest szkopuł... Pod jednym warunkiem. - Jakim? - Nickowi serce omal nie wyskoczyło z piersi. Stracił nadzieję, że Jeff w końcu wybaczył mu to, że w ogóle się urodził. - Chce, żebyś się ożenił. Zacytuję może jego sło wa: „Ma się zakochać i ożenić przed upływem naj bliższych dwunastu miesięcy". Małżeństwo musi trwać co najmniej rok, a o jego ważności mają za decydować inni wykonawcy ostatniej woli, czyli ja i twoja matka. Do tego przez pierwszy rok małżeń stwa musisz mieszkać z żoną w domu rodzinnym.
14 KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams Nick wzniósł w górę ręce, tak jakby chciał przy trzymać świat, walący mu się na głowę. - Nie kończ. - Wstał i palcami przeczesał włosy. - Tylko mój ojciec mógł sobie ubzdurać, że potra fi mnie zmusić do zakochania się na zawołanie w pierwszej lepszej. - I do poślubienia jej - dorzucił pedantyczny Wilford. - I pozostania w tym związku przez co najmniej rok. - Głos Leoty przesycony był goryczą. - To ma być prawdziwa miłość! Tak przynajmniej wyobrażał sobie ją Jeff. Wilfordzie, czy możemy utajnić ten testament? To znaczy, nie dopuścić do jego publikacji w prasie? Nick, zaskoczony zrazu, że matka tak bezkrytycz nie akceptuje plany ojca, zrozumiał po chwili, że chodzi jej przede wszystkim o ochronę dobrego imienia rodziny. Sprzedała jej przecież najważniejszą cząstkę siebie. - Czy te warunki można uchylić? - zwrócił się do Wilforda. - Tylko na drodze sądowej. I jeszcze jedno, Nick. Jeśli ich nie spełnisz, majątek Jeffa dziedziczy twój kuzyn, Hale. Leota zerwała się z fotela. - Nie pozwolę ci podważać ostatniej woli ojca! Nie będziesz wywlekał prywatnych spraw rodzin-
KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams 15 nych przed... przed... - Wskazała za okno - ...przed nimi! Histeryczny ton zdradzał, jak bardzo czuje się upokorzona, ale Nick nie miał zamiaru powtarzać farsy, jaką było wymuszone małżeństwo rodziców. - Jeff nadal mści się za to, że zaszłaś z nim w cią żę i wydałaś mnie na świat. Nie pozwolę mu znęcać się nad tobą i mało mnie obchodzi, kto się o tym dowie. - Znam cię, Nick. Obchodzi cię i to bardzo. Przez wzgląd na ludzi, których nigdy nie widziałeś na oczy. Na ludzi, którzy wierzyli w twojego ojca. Przypomnij sobie te fotografie szczęśliwej rodziny, rozsyłane przez biuro ojca do wszystkich gazet i cza sopism, które tylko chciały je publikować. Czemu do nich pozowałeś? - To była polityka. Jestem jego synem. Dobrze wiesz, że to co innego. - A co będzie ze mną? Mnie obchodzi, co się stanie z jego nazwiskiem. Nie chcę, żeby ktoś się dowiedział, jaki Jeff był dla nas. I co z domem? Chcesz wszystko stracić? Nie objął jej pocieszająco. Nigdy nie wymieniali między sobą takich gestów. - Damy sobie radę - powiedział. Czy jednak wolno mu dopuścić, by wszystko przejął Hale? Leota chwyciła go za ramię. Oczy jej płonęły.
16 KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams - Obiecaj mi, że nie będziesz podważał woli ojca. Nie zniosłabym już tych dziennikarzy. A Hale... Hale zrobi z naszego domu lunapark. Wilford, skrzypiąc krzesłem, nachylił się do nich. - Wróćmy do Jeffa. Nie rozumiem, jaką prawdę o nim chcecie ukryć. Leota jeszcze mocniej ścisnęła ramię syna i spoj rzała na prawnika. Oczy miała wilgotne. - Jeff, Nick i ja byliśmy rodziną. Nikomu nic do tego, jak wyglądało nasze życie prywatne. - Chyba nie możesz wymagać od Nicka, żeby przed upływem dwunastu miesięcy ożenił się z byle kim tylko po to, by zachować posiadłość i pieniądze? - Owszem, mogę - odparła stanowczo. - Ale to wcale nie musi być byle kto. Znamy wiele odpo wiednich kandydatek. Zakocha się w dziewczynie z dobrego domu. Będę miała synową, z której także jego ojciec byłby dumny. Troska o matkę przeważyła nad pragnieniem wy rwania się spod wpływu Jeffa. Nick musiał jednak zadać jedno oczywiste pytanie: - Chcesz, żebym wytypował jakąś kobietę, a po tem tak po prostu zakochał się w niej? - Chcę, żebyś zrobił to, o co prosi cię ojciec. - Leota zniżyła głos do syku. - Choć raz bądź taki, jakim on sobie ciebie wymarzył. Do diabła z takimi marzeniami! Nie pozwoli, że-
KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams 17 by ojciec uczynił koszmar z jego życia. Wyobrażenie Jeffa o właściwej kobiecie dla syna było obelgi dla jego poczucia godności. - W wyborach, których dotąd dokonywałem, nig dy nie kierowałem się opinią ojca. To chyba najgor szy moment, by zacząć to robić. Wilford zebrał na kupkę kartki z ostatnią wolą Jeffa Dylana. - Wydaje mi się, że co do jednego Leota ma ra cję, Nick. Jesteś pewien, że chcesz z tym iść do są du? Cokolwiek skłoniło twojego ojca do postawienia tego warunku, tam wyjdzie to na jaw. Chcesz zruj nować jego reputację? Mimo wszystko był senato rem Stanów Zjednoczonych. - I co z moją reputacją? - spytała Leota. Jej łamiący się głos poruszył w Nicku czułą stru nę. Czyż nie nacierpiała się wystarczająco, dręczona psychicznie przez ojca? - Co cię teraz obchodzi jego reputacja? - spytał. Tak szczerze jeszcze z nią nie rozmawiał. - Obchodzi, bo był moim mężem. Dumnie uniosła brodę, perfekcyjnie wymodelo waną przez chirurga plastycznego, do którego poszła, bo Jeffowi wciąż się w niej coś nie podobało. A co nie podobało się jemu, również jej przestawało się podobać. - Nie potrafię teraz podjąć decyzji - powiedział
18 KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams Nick, choć w głębi duszy już zdecydował. Przemoże się i ulegnie Jeffowi, by pomóc Leocie. - Zadzwonię do ciebie, Wilfordzie, i umówimy się na odczytanie reszty testamentu. Nie spoglądając już na Leotę, odwrócił się i wy szedł. Kiedy zamykał za sobą drzwi poczekalni z krzesła podniosła się jakaś kobieta. - Nick? - Dzień dobry, pani Franklin. -Selina Franklin i jej mąż, Julian, którego w Fairlove nazywano sę dzią, prowadzili pensjonat o nazwie Dom Frankli nów. - W czym mogę pomóc? Coś pani dolega? Pokręciła siwą głową. - Mam do ciebie pytanie. - Otworzyła torebkę, i wyciągnęła z niej pożółkły arkusik papieru. - Ale najpierw przeczytaj. Dostałam to przed blisko dwu nastu laty. Co znowu? Z trudem maskując zniecierpliwienie Nick wziął od kobiety list. Był wystukany na ma szynie i bez podpisu. „Jeśli zależy ci na karierze męża - przeczytał - nie wtykaj nosa w moje plany wobec tej dziewczyny Jeśli piśniesz komuś słówko, wszystkiemu zaprzeczę I tak uwierzą mnie, nie tobie, a ja z przyjemnością zniszczę sędziego". Nickowi podpis nie był potrzebny. Dobrze zna ten styl i ton.
KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams 19 - O jaką dziewczynę chodzi? - spytał. - O Clair Atherton. Po śmierci Sylvie, jej matki, próbowałam zabrać ją z sierocińca i adoptować. Chociaż dokładaliśmy z mężem wszelkich starań, ktoś wciąż nam w tym przeszkadzał. Kiedy odkry łam, kto, przeprowadziłam rozmowy z kilkoma mie szkańcami naszego miasta. Po wizycie u burmistrza Brenta dostałam ten liścik. Wiedziałam, że burmistrz i ci wszyscy, którzy tańczą, jak im twój ojciec zagra, staną za nim murem i zgodnie oświadczą, że sama go napisałam. Miała rację. Burmistrz Brent i Jeff chodzili razem na ryby, razem polowali i najwyraźniej razem ucie kali się do szantażu. Mowa pogrzebowa wygłoszona nad trumną Brenta zapewniła Jeffowi wybór na czwartą kadencję do senatu. - Gdzie jest teraz Clair Atherton? - Gniew wniósł do jego głosu jakąś nową nutkę. Nie mógł uwierzyć, że Jeff był zdolny do skrzywdzenia małej dziewczynki. Selina nie odpowiedziała. Znał ją od dziecka i nie mógł zrozumieć, dlaczego, odkąd wrócił do rodzin nego miasta, traktuje go z lodowatą obojętnością. Te raz już wiedział. - Czy jesteś taki sam jak twój ojciec? - spytała w końcu. - O czym pani mówi? - Najchętniej rozerwałby
20 KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams teraz kogoś na strzępy. Oto pytają go, czy przejawia skłonności do prześladowania małych dziewczynek. Clair Atherton ma teraz dwadzieścia kilka lat. Na pewno jest wystarczająco dorosła, by nie dać sobie w kaszę dmuchać. - Zamierzam zaprosić Clair do Fairlove. Jeśli tu przyjedzie, a ty spróbujesz ją skrzywdzić, będziesz miał do czynienia z tymi wszystkimi, którzy byli zmuszeni pozwolić, żeby stąd wyjechała. Baliśmy się, że nie zdołamy jej ochronić, tak jak nie udało nam się ochronić jej rodziców, ale ty nie możesz zasłaniać się polityką, jak to czynił twój ojciec. Gniew i poczucie winy płonące w oczach Se- liny Franklin nagle ustąpiły miejsca zaskoczeniu. Nick zorientował się, że wyczuła jego zawstydze nie. Odwrócił się i ruszył do drzwi na sztywnych nogach. W progu obejrzał się przez ramię, unikając jednak wzroku Seliny. - Z mojej strony Clair Atherton nie ma się czego obawiać - powiedział. Dwa dni przed Halloween Clair skręciła z drogi międzystanowej w zjazd wiodący do Fairlove. Drze wa od razu zrobiły się jakby dorodniejsze. Opuściła szybę, żeby odetchnąć rześkim powietrzem rodzin nych stron. Minęła mały zielony drogowskaz z na-
KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams 21 zwą miasteczka i po chwili ujrzała stację benzynową Shillinga. Wyglądała zupełnie jak w dniu, w którym ona stąd wyjeżdżała. Ta sama tablica, informująca o ce nach paliw wielkimi czarnymi cyframi. Dwanaście lat temu Clair patrzyła na tę tablicę przez tylne okno furgonetki opiekunki społecznej. Nie potrzebowała już mapy. Do Domu Frankli nów trafiłaby stąd z zawiązanymi oczami. O tej po rze każdego przechodnia obdarzonego zmysłem wę chu wabiły aromaty rozchodzące się z kuchni Seliny Franklin, przyrządzającej śniadanie. Zaproszenie pani Franklin mile ją zaskoczyło i ucieszyło. Przyjaciółka matki pisała w liście, że znalazła jej adres poprzez „białe strony" w Interne cie, i pytała, czy wspomina jeszcze swoje rodzinne miasto. Clair nigdy nie zapomniała. Dom, w którym mie szkała, po tylu latach popadł już pewnie w ruinę. Często śniło się jej, że Jeff Dylan rozwala go burzącą kulą zawieszoną na wielkim żółtym dźwigu. Czyż mogła zapomnieć miejsce, w którym otoczona była miłością, miłością bezwarunkową i zawsze obecną? Wciąż ją tam ciągnęło. Ale nie była już naiwnym dzieckiem i zastana wiało ją, dlaczego Selina Franklin ni stąd, ni zowąd sobie o niej przypomniała. Pani Franklin i jej mąż,
22 KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams ambitny prawnik, którego ojciec Clair przezwał sę dzią, byli najbliższymi przyjaciółmi jej rodziców, ale i oni odwracali wzrok, kiedy opieka społeczna bez skutecznie szukała w okolicy rodziny, która przygar nęłaby małą Clair. Zaproszenie pani Franklin wydawało się przez to jeszcze bardziej podejrzane. Clair postanowiła za chować czujność. Ludzie rzadko wysuwają bezinte resownie takie oferty. Zwolniła przed małą szkołą podstawową. Odżyły wspomnienia z dzieciństwa - książki, zeszyty, zgrzane dzieci bawiące się na boisku podczas przerwy. Na wieży kościoła Świętej Teresy odezwał się dzwon wzywający wiernych na poranne nabożeń stwo i Clair skręciła w tym kierunku. Te głębokie tony odmierzały tyle ważnych momentów w pierw szych czternastu latach jej życia, W drodze z Bo stonu specjalnie dłużej zatrzymała się w Waszyng tonie, żeby dotrzeć tu w porze bicia dzwonu. Skręcając w ulicę Kościelną, zobaczyła go. Nicka Dylana. Człowieka, którego ojciec zniszczył jej ro dzinę. Był wysoki, szczupły, elegancki. Miał na sobie ciemny garnitur, długi czarny płaszcz. Coś niósł... Torby z pralni chemicznej? Wstrząśnięta Clair patrzyła, jak podchodzi do dżi- pa, otwiera drzwiczki i wrzuca torby na tylne sie dzenie. Zwolniła.
KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams 23 Spokojnie. On chyba stąd wyjeżdża. W niedzielę pralnia jest zamknięta, więc pewnie niesie te torby z domu. Nick wyprostował się i wiatr rozwiał mu kruczo czarne włosy. Mignęła jej przed oczami arystokra tyczna twarz typowa dla Dylanów i ciemne oczy, które w tym momencie ją dostrzegły i rozszerzyły się. Szybko odwróciła wzrok, ale nie wytrzymała i znowu na niego spojrzała. Uderzyła ją bladość jego twarzy i malujące się na niej zaskoczenie. Dzielił ich zaledwie krok, ale dla nich była to przepaść wykopana przez rodzinną wrogość. Clair zacisnęła zęby. Że też pierwszą osobą, jaką tu zo baczyła, musiał być akurat Nick Dylan! Roztrzęsiona, z walącym sercem, dwa razy obje chała rynek. Nikt jej nie poznał. Żeby przed spot kaniem z panią Franklin wyrzucić z myśli Nicka Dylana, skoncentrowała się na obserwacji budynków. W dawnej lodziarni mieścił się teraz zakład pro jektowania terenów zielonych. Lokalna gazeta wy kupiła pracownię krawiecką pani Clark. Walczyła ze łzami napływającymi do oczu. Widok znajomych uliczek przywoływał wspomnienia. Skrę ciła w kierunku szkoły średniej. Chodziła do pierw szej klasy, kiedy zmarli rodzice. Za szkołą stał blok, w którym mieszkali, kiedy senator Dylan odebrał im ich dom. Po śmierci ojca matka zobojętniała na
24 KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams wszystko. Nie chciało jej się już żyć. Kilka miesięcy później zmarła na zawał serca. Clair spojrzała w stronę wzgórza. Jeśli nawet jej rodzinny dom jeszcze stał, to zasłaniały go gęste za rośla, ale dom Dylanów widać było jak na dłoni. Górował nad okolicą. Odwróciła wzrok. Musi zwalczyć bolesne wspo mnienia. Nie powinna była tędy przejeżdżać. Trzeba było jechać prosto do pani Franklin. Zaparkowała przed pensjonatem, wysiadła z sa mochodu i przerzuciła plecak przez ramię. Dłonie jej zwilgotniały, w ustach czuła suchość. Weszła po schodkach, ujęła w dłoń chłodną mo siężną gałkę u drzwi i policzyła do dwóch. Na trzy pchnęła drzwi i, przestąpiwszy próg, znalazła się w ciemnej sieni. Łopatki wentylatora zawieszonego u sufitu cięły powietrze z rytmicznym poszumem. Czekała, aż jej oczy przywykną do panującego wokół półmroku. - Clair, nareszcie jesteś. Serce zabiło jej mocniej. Znała ten głos - głęboki, leciutko schrypnięty. Selina Franklin kiedyś była czę stym gościem w domu Athertonów. Przynosiła owsiane ciasteczka domowego wypieku i uszyte ze skarpetek lalki z oczami z czarnych guziczków. Po chwili cień majaczący przed Clair zmateria lizował się w postać kobiety chyba trochę za niskiej
KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams 25 jak na panią Franklin. Clair widziała ją po raz ostatni przez tylną szybę furgonetki opieki społecznej. Wspomnienie przyjaciółki matki było nierozerwalnie związane z bolesną mantrą, którą powtarzała kobieta odwożąca ją wówczas do Waszyngtonu: „Nie możesz tu zostać. Nie masz tu nikogo, kto by się tobą zajął". To wspomnienie prześladowało ją w snach. Pani Franklin musiała wtedy wiedzieć, co ona czuje. W Clair obudziła się dawna uraza. Z trudem przełknęła ślinę. Kobieta uniosła dłonie do szyi. - Clair. - Uśmiechnęła się. - Jesteś tak podobna do matki, że przez chwilę myślałam, że to ona. Sylvie była w twoim wieku, kiedy tu przyjechała, żeby uczyć w szkole. He masz teraz lat? Dwadzieścia cztery? - Dwadzieścia sześć. - Clair obserwowała deli katne rysy twarzy kobiety. Te błękitne oczy, śmiejące się kiedyś z żartów matki, te usta... - Jak się miewa pan sędzia? - Spełnił oczekiwania twojego ojca. Przed dzie sięciu laty gubernator w końcu mianował go sędzią. - Pani Franklin sięgnęła do szafki wiszącej za biur kiem. - Tak się cieszę, że przyjechałaś. Przygoto wałam dla ciebie pokój w pensjonacie, bo pomyśla łam sobie, że będziesz się w nim czuła swobodniej niż w moim pokoju gościnnym. - Położyła na biur-
26 KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams ku duży, staroświecki klucz. - Nie wiem, ilu twoich znajomych zostało jeszcze w mieście. Ostatnio wy jeżdża stąd wielu młodych ludzi. Tylko nie Nick Dy lan. - Clair zesztywniała na dźwięk tego nazwiska, ale pani Franklin chyba tego nie zauważyła, bo pa plała dalej: - W zeszłym roku przejął praktykę po doktorze Trumanie i zaparł się, że nie wyjedzie. - Zaparł się? - No tak. Bo kariery tu nie zrobi. Jego gabinet świeci pustkami. Ludzie chodzą do niego tylko w ostateczności. Może powinien się lepiej reklamo wać. Clair, starając się wyrzucić z pamięci twarz za skoczonego Nicka, sięgnęła po leżącą na biurku książkę meldunkową, ale pani Franklin była szybsza. - Nie trzeba! Jesteś moim gościem. Muszę cię uprzedzić, że pewnie będziesz spotykała Nicka na ulicy. Słyszałaś, że Jeff umarł? Clair poprawiła szelkę plecaka na ramieniu. - Słyszałam. - Wzięła klucz. Nie było przy nim znaczka z numerem pokoju. - Do którego pokoju mam zanieść swoje rzeczy? - Do Concord. Kilka lat temu ponadawałam po kojom nazwy miejsc, w których toczyły się wielkie bitwy wojny o niepodległość. Turystom to się po doba. - Pani Franklin poklepała porysowany blat osiemnastowiecznego biurka.
KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams 27 Clair była oszołomiona paplaniną i czujnym spoj rzeniem pani Franklin, które kłóciło się z lekkością tonu jej głosu. Uśmiechnęła się. - Jak trafię do Concord? - spytała. - Windą na pierwsze piętro, korytarzem w pra wo, trzecie drzwi po lewej. - Dziękuję. - Nie powiedziałaś jeszcze, jak długo chcesz zo stać. Czy w ogóle dobrze zrobiła, przyjeżdżając tu? - Jeszcze nie wiem. Jestem właśnie w trakcie zmiany pracy. Pani Franklin ściągnęła brwi. - Porozmawiamy o tym, kiedy zejdziesz na dół. Chcę cię o wszystko wypytać. Clair odwróciła się i ruszyła w kierunku windy. Ta kobieta wyglądała jak pani Franklin, ale zacho wywała się zupełnie inaczej. Dlaczego jest taka skrę powana? Czyżby żałowała, że ją zaprosiła? Wchodząc do windy, obejrzała się jeszcze i uśmiechnęła. Kiedy drzwi się zasunęły, oparła się o ścianę kabiny. W plecaku miała rzeczy, które wy starczą na jeden dzień. Może nie zabawi tu dłużej. Wysiadła na piętrze i znalazła drzwi z nazwą „Con cord" wygrawerowaną na mosiężnej tabliczce. Prze kręciła klucz w zamku i weszła do przytulnie urzą dzonego pokoju. Położyła plecak na ławeczce sto-
28 KONTRAKT MAŁŻEŃSKI Anna Adams jącej w nogach łóżka, podeszła do okna i rozsunęła aksamitne zasłony. Słoneczne światło zalało mały se- kretarzyk i padło na podłogę. Roześmiała się. W roboczych butach, dżinsach i grubym golfie była w tym pokoju intruzem. Zaj rzała do łazienki. Na widok wanny na szponiastych łapach naszła ją ochota na kąpiel. Wzięła mydło z marmurowej mydelniczki stojącej na szafce i.po wąchała je. Kiedy myła twarz, wydało jej się, że słyszy pukanie. Zakręciła wodę i wytarła twarz. Pukanie powtó rzyło się. Wyszła z łazienki z ręcznikiem w ręku i otworzyła drzwi. W progu stała Selina. - Pomyślałaś sobie pewnie, że dziwnie się zacho wuję - powiedziała. - Raczej, że jest pani inna, niż ją zapamiętałam - przyznała Clair, uśmiechając się, by złagodzić wy mowę tych słów. - Nie byłam z tobą szczera. Clair upuściła ręcznik. Schyliła się po niego, za kłopotana. - Nie rozumiem. - Muszę ci wyznać całą prawdę, bo chcę, żebyś została w Fairlove. Krew uderzyła jej do głowy. - Co to za prawda? - Ja, sędzia i inni przyjaciele twoich rodziców...