Filbana

  • Dokumenty2 833
  • Odsłony748 333
  • Obserwuję550
  • Rozmiar dokumentów5.6 GB
  • Ilość pobrań511 945

Forsyth Sarah - Porwanej i sprzedanej powrót do piekła

Dodano: 4 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 4 lata temu
Rozmiar :1.2 MB
Rozszerzenie:pdf

Forsyth Sarah - Porwanej i sprzedanej powrót do piekła.pdf

Filbana EBooki Pisane przez życie
Użytkownik Filbana wgrał ten materiał 4 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 156 osób, 115 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 175 stron)

Ta książka jest dedykowana ofiarom handlu ludźmi i seksualnego niewolnictwa – gdziekolwiek są. A także odważnym kobietom i mężczyznom, którzy poświęcają życie walce z tą niegodziwością współczesnego świata.

Przedmowa Książce tej dały początek wiadomość przesłana pocztą elektroniczną i list. Wiadomość nadeszła od czytelnika Porwanej i sprzedanej[1], opowieści o tym, jak Sarah Forsyth została zwabiona w pułapkę międzynarodowego seksualnego niewolnictwa i o trudnej, często błędnej walce, którą podjęła, by wyrwać się z jego macek. Czy – padło w e-mailu pytanie – przyjrzeliśmy się szerszemu kontekstowi tej sprawy? Czy wiemy, że we współczesnym świecie, według najostrożniejszych szacunków, żyje dwadzieścia siedem milionów niewolników? To więcej niż dwukrotność liczby wszystkich kobiet, dzieci i mężczyzn, pojmanych i przetransportowanych z Afryki w ciągu trzystu pięćdziesięciu lat historycznego handlu niewolnikami. Przyznam ze wstydem, że w obydwu przypadkach odpowiedź brzmiała jednakowo. Nie, nie miałem pojęcia, że niewolnictwo nadal istnieje, a co dopiero, że istnieje na tak ogromną skalę. Przecież zostało zakwestionowane już ponad dwa i pół stulecia temu? Kim więc są ci mężczyźni i kobiety? Gdzie się znajdują? Co spowodowało, że popadli w niewolę i na czym polega ich uciemiężenie? A przede wszystkim, jak to u licha możliwe w świecie, gdzie nie ma kraju, w którym takie praktyki byłyby legalne? Te pytania bez odpowiedzi sprawiły, że rok swojego zawodowego życia poświęciłem na badanie współczesnego helotyzmu we wszelkich jego formach. I nie chodzi tu o „niewolnicze zarobki” (jak rozleniwione media często szufladkują wyzysk źle opłacanych pracowników), ale o rzeczywiste, prawdziwe niewolnictwo: o ludzi, których przetrzymuje się wbrew ich woli, zmusza do harówki za darmo, zastrasza, maltretuje, a nawet zabija, jeśli próbują ucieczki. W rezultacie powstał – emitowany na całym świecie – ośmioodcinkowy cykl dokumentalny Slavery: A 21st Century Evil, przedstawiający to zjawisko w krajach równie odmiennych, jak Brazylia, Pakistan, Indie, Haiti, Tajlandia, Chiny. Jednak wcale nie tamte miejsca, czasami bardzo od nas odległe, wywołują największy szok. Bądź co bądź, niewolnictwo zawsze nieuchronnie splatało się z biedą, tak powszechną w slumsach Haiti lub wioskach Azji Południowo-Wschodniej. Największym wstrząsem okazało się jego istnienie – ba, wręcz rozkwit – w bogatych, rozwiniętych państwach zachodnich. To wstrząs nie tylko dlatego, że Ameryka, Holandia i Wielka Brytania dwieście lat temu wiodły prym w obalaniu handlu niewolnikami (co więcej, walka o abolicję rozdzierała Stany Zjednoczone przez cztery straszne lata wojny domowej), ale z racji prostego faktu, że my wszyscy, mieszkańcy uprzemysłowionego Zachodu, w dużej mierze napędzamy tę współczesną niegodziwość. W efekcie każdy z nas odgrywa rolę pana niewolników. Naturalną reakcją na tak szokujące stwierdzenie jest odruch zaprzeczania. Ja sam, słysząc je po raz pierwszy, szczerze się oburzyłem. W najlepszym wypadku

godziłem się przyznać, że gdyby faktycznie było coś na rzeczy, to nie zdawałem sobie z tego sprawy, więc nie ponoszę żadnej winy. I jest w tym pewna racja. Nikt z nas rozmyślnie nie wspierałby – ani nie akceptował – niewolnictwa. Jednak dowody świadczą wyraźnie, że w roli konsumentów korzystamy lub czerpiemy korzyści z czyjejś niedobrowolnej pracy. Skalane są nią usługi i towary powszechnego użytku, poczynając od samochodów, którymi jeździmy, po produkty wysokiej techniki, które uważamy za oczywisty element naszej codzienności. Więc dlaczego nic o tym problemie nie wiemy? Jak łatwo się domyślić, producenci – a nawet państwa jako eksporterzy – dokładają wielu starań, by ukryć pochodzenie swoich wytworów. Czy można od nas oczekiwać, że będziemy dociekliwie sprawdzali każdy nabywany artykuł? Upewniali się, że nie jest naznaczony niewolniczą pracą? Na to trudne pytanie spróbujemy odpowiedzieć pod koniec niniejszej książki. Jednak istnieje pewien rodzaj niewolnictwa naszych czasów, co do którego nie sposób usprawiedliwiać się niewiedzą. Jego ofiary rzucają się w oczy – w niektórych krajach nawet bardzo – każdemu przechodniowi na głównych ulicach przedmieść, w wielkomiejskich zaułkach. Według większości szacunkowych obliczeń problem niewoli seksualnej dotyczy od sześciu do ośmiu procent spośród dwudziestu siedmiu milionów uciemiężonych mężczyzn, kobiet i dzieci. Często działacze na rzecz praw człowieka, dziennikarze czy twórcy filmowi poprzedzają te dane słówkiem „zaledwie”. „Zaledwie od sześciu do ośmiu procent”. Jak większość, też mam ten grzech na sumieniu; w dodatku lubię myśleć, że z całkiem racjonalnej przyczyny. Temat seks niewolnictwa nieproporcjonalnie zdominował program tych, którzy walczą o uwolnienie współczesnych niewolników. Jeden z działaczy stwierdził: „Seks jest, no cóż, seksowny. Nawet wtedy, kiedy wcale taki nie jest. Wiemy, że z tego typu historiami można trafić na czołówki gazet. Więc jeśli dzięki temu powszechnie wzrasta uwrażliwienie na problem niewolnictwa, to sądzę, że gra jest warta świeczki”. A jednak, chociaż mowa o niewielkim procencie, te rachunki oznaczają, że w dzisiejszych czasach – teraz, kiedy sięgacie po tę książkę – od prawie dwóch milionów ludzi przemocą egzekwuje się pracę w charakterze prostytutek. Dwa miliony to więcej niż łączna liczba mieszkańców Edynburga, Birmingham i Glasgow. Dwa miliony kobiet, dzieci i mężczyzn, którzy dzień po dniu przetrzymywani są wbrew swojej woli i zmuszani do sprzedaży usług seksualnych. Czy o tym nie wiemy? Czy te osoby znajdują się gdzieś poza zasięgiem naszego wzroku? Oczywiście, nie. Wiemy, ale wolimy nie dopuszczać tej myśli. Właśnie kiedy pracowałem nad cyklem o niewolnictwie, nadszedł list. Był od Sarah i mówił sam za siebie.

Tim Tate, listopad 2012 Gateshead Tyne Wear wrzesień 2011 Witaj, Timie, Doszłam do wniosku, że już najwyższy czas przeprosić za moje obrzydliwe zachowanie, które musiałeś znosić, kiedy wspólnie pracowaliśmy nad książką. Na ile cokolwiek pamiętam – a wierz mi, nie jest tego dużo – byłam okropna. Z tamtego okresu mam tylko mgliste wspomnienia. Przez leki, które mi przepisywano i alkohol, który piłam nałogowo, zachowywałam się tak, że teraz mi wstyd. Moje małżeństwo rozpadało się i wiem, że uprzykrzyłam życie wszystkim dookoła: własnej rodzinie, tobie… i sobie samej. Naprawdę bardzo mi przykro. Od tamtej pory wiele się zdarzyło. Nareszcie uwolniłam się od picia i ćpania – nawet od lekarstw, które przyjmowałam przez tyle lat. Już nie jestem od niczego uzależniona i chociaż raz w życiu całkowicie nad sobą panuję. Rozwiodłam się i odsunęłam od ludzi, którzy mogą mnie zranić albo zaciągnąć z powrotem w tamto ciemne miejsce, gdzie tkwiłam, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni. Mam piękne mieszkanie i mieszkam sama, tylko z małym pieskiem. Niemal codziennie spotykam się z mamą, a nie ma dnia, żebyśmy nie rozmawiały. Życie wydaje się niezwykłe. Co więcej – czego pewnie byś się po mnie nie spodziewał – pracuję. Nigdy nie myślałam, że znów będę mogła, ale teraz mam pracę. I to nie byle jakie zajęcie. Wyszkoliłam się na doradcę w sprawach uzależnień i pomagam miejscowej organizacji charytatywnej, która wspiera osoby takie jak ja kiedyś. Uznali, że dzięki temu, przez co przeszłam, mam wystarczająco dużo współczucia i empatii dla ich podopiecznych. Widzę tych ludzi i wiem, że znajdowałam się tam, gdzie oni są teraz. Ale co ważniejsze, oni widzą mnie i wiedzą, że byłam w ich sytuacji, a jednak zdołałam przedostać się na drugą stronę. To wspaniałe uczucie wreszcie komuś pomagać, zwłaszcza po tym, ile zrobili

dla mnie inni. I właśnie w tym kryje się drugi powód mego listu. Czuję się taką szczęściarą, że udało mi się wyrwać z seks przemysłu. Ileż podobnych do mnie kobiet zdołał pochłonąć: usidlić, przeżuć i wypluć? Ile kobiet teraz, dokładnie w tym momencie, tkwi w jego potrzasku – w Wielkiej Brytanii, Holandii, gdziekolwiek, w miasteczkach i miastach na całym świecie? Dotychczas nie umiem powiedzieć, jak długo byłam zmuszana, by w oknach amsterdamskiej Dzielnicy Czerwonych Latarni oferować do wykorzystania własne ciało. Ale nie mogę zapomnieć bólu. Każda godzina wydawała się dniem; każdy dzień tygodniem. A tygodnie zmieniały się w miesiące, kiedy w wiecznym kieracie egoistycznego męskiego pożądania podtrzymywali mnie tylko fałszywi przyjaciele – kokaina, crack i konopie. Czuję się winna. Winna, bo przetrwałam. Winna, bo uciekłam. Winna, bo nadal jest tyle innych Sarah Forsyth. Są niewolnicami, pozostawiłam je tam i nie potrafię przestać o nich myśleć. A więc, Timie, czy możemy coś zrobić, żeby to zmienić? Tak wielu czytelników naszej książki napisało do mnie, okazując życzliwość. Dali mi siłę niezbędną, bym stała się tym, kim jestem obecnie. Ale cała masa podobnych do mnie kobiet właśnie teraz potrzebuje wsparcia. Czy jakimś sposobem moglibyśmy wspólnie coś zrobić – cokolwiek – żeby im pomóc? Jak uważasz? Pozdrowienia, Sarah

Wstęp To były zdjęcia. Trzy w krótkim rzędzie, jak niewielki wycinek fotograficznej kliszy albo kolejne scenki w komiksie. Jednak te obrazki nie miały w sobie nic komicznego, a historia, którą opowiadały, nie należała do zabawnych. Historia znana mi zbyt dobrze, żebym mogła ją zignorować. Jej początek to kawałek taśmy z kamery przemysłowej na lotnisku Schiphol w Amsterdamie: cztery kadry, każdy utrwalający kilka sekund akcji pośrodku hali, między bramkami B i D. Na pierwszym jakiś mężczyzna – duży, silny facet z ogoloną głową – podchodzi do drobnej, jasnowłosej kobiety w różowej koszulce bez rękawów, w dżinsach i balerinkach na płaskich obcasach. Kobieta jest od niego co najmniej trzydzieści centymetrów niższa i o wiele lżejsza. Ułamek sekundy później następny kadr rejestruje, jak mężczyzna sięga, by złapać ją za ramiona. Ręce kobiety są uniesione, wyraźnie próbuje odeprzeć atak. Przejdźmy do trzeciego obrazka: mężczyzna już chwycił ją za nadgarstki. Plecy kobiety tworzą łuk, kiedy stara się wyrwać. Ostatnie ujęcie pokazuje mężczyznę szarpiącego się ze swoją ofiarą. Podczas walki jej różowa koszulka podjechała do góry, odsłaniając dolną część pleców. Jakiś młody człowiek – przechodzień – mija ich, najwyraźniej nie zwracając uwagi na dramat, który rozgrywa się nie dalej niż metr od niego. Moje myśli śmigają piętnaście lat wstecz. Znam tę halę: dla mnie była bramą piekła i – ostatecznie – początkiem chwiejnej drogi do wolności. Jednak bohaterki fotografii wolność nie czeka. Wiem to z całą pewnością, bo z taką samą pewnością rozpoznaję, co się na tych zdjęciach dzieje. Obraz jest rozmyty i ziarnisty, jak zawsze w materiałach z kamer przemysłowych. Ale i tak bez wątpienia ukazuje młodą kobietę – faktycznie jeszcze dziewczynę – usiłującą wyrwać się mężczyźnie, który zrobił z niej niewolnicę. Albo właśnie robi. Kolejna fotografia została wykonana w komisariacie następnego dnia, a może później, i stanowi typowe zdjęcie policyjne. Jego banalność podkreśla bezlitosne światło jarzeniówek, odbite od białych kafelków ścian. Oczy fotografowanej osoby wpatrują się we mnie. Pustym wzrokiem, niemal bez życia. Jednak nie jest to podobizna aresztowanego mężczyzny; nie są to oczy człowieka podejrzanego o przestępstwo. To policyjne zdjęcie dziewczyny z lotniska. Jej oczy patrzą prosto w moje. I widzę, że – tak jak moje – mają kolor

brązowy. Ale pod każdym z nich widnieje wielki siniec, nadal mocno zaczerwieniony tam, gdzie skóra podeszła krwią. Bardzo niedawno ktoś musiał tę dziewczynę dotkliwie pobić. I wreszcie ostatni obrazek. Młoda kobieta odwróciła się albo została odwrócona. Stoi tyłem do aparatu, koszulkę ma podciągniętą, zupełnie jakby policjanci odtwarzali finałowy kadr nagrania z kamery na lotnisku. Jednak wcale nie o to chodzi. Fotograf stara się uchwycić tatuaż, który wije się na jej skórze tuż ponad krągłościami pośladków. Na pierwszy rzut oka wzór przypomina poroże jelenia, motyw, jakim wiele dziewczyn zdobi dolną część pleców. Ale przyjrzyjcie się uważniej: w samym środku, ujęte z dwóch stron rogami, widnieje słowo „Abu”. Ze straszliwą pewnością wiem, co ten tatuaż oznacza. Mam tę wiedzę z pierwszej ręki od piętnastu długich, bolesnych lat. To nie ozdoba, tylko piętno. Informuje, że dziewczyna stanowi czyjąś własność. Jej pan ją oznakował – on jest handlarzem żywym towarem, ona seksualną niewolnicą[2]. Te fotografie nie kłamią. I nie pozwolą mi już dłużej uchylać się od prawdy. Kiedy spotkaliśmy się ostatnio, napisałam: „Nazywam się Sarah Forsyth. Byłam wykorzystywanym dzieckiem i seks niewolnicą. Byłam przedmiotem sprzedaży i naćpaną dziwką. Tkwią we mnie różne istoty: jedne dobre, inne złe. Jestem słabością i siłą. Jestem strachem i miłością. Jestem rozpaczą i nadzieją. Ale ponad wszystko jestem kobietą, która ocalała”. Wszystko to prawda, chociaż o mojej drodze z piekła do wyższego świata dałoby się powiedzieć znacznie więcej. Jednak chodzi o coś jeszcze, co mam w sobie lub kim się stałam. Na ocalonych spoczywa obowiązek – tak, obowiązek – by dawać świadectwo o swojej gehennie, a tym bardziej, by robić coś w tej sprawie. Ta podróż nie będzie dla mnie ani trochę łatwiejsza, niż wyrwanie się z więzów seksualnej niewoli. Jednak muszę wyruszyć przez wzgląd na kobiety, które nadal tkwią w potrzasku. Dacie radę mi towarzyszyć?

Dziewięć kręgów piekła Jak opisalibyście piekło? Śmiało, spróbujcie. Wiele razy byłam proszona – nadal jestem, ciągle – by opisywać, przez co przeszłam. Oczekują tego ludzie, którzy mnie znali kiedyś, dawno temu, w innym świecie: prawdopodobnie szkolni koledzy albo członkowie mojej utraconej rodziny. I ci, którzy mnie nie znali aż do czasu, gdy sięgnęli po Porwaną i sprzedaną i dowiedzieli się rzeczy, o jakich im się nie śniło. A także tacy, którzy tej książki nie czytali, ale słyszeli o niej od przyjaciół lub sąsiadów. Każdy pyta: jak było naprawdę? Pewnie nie potrafią do końca uwierzyć, by ludzie mogli traktować swoich bliźnich równie podle. Zdarzają się nawet głosy, że musiałam to wszystko zmyślić albo przesadzam. Stąd być może te nieustanne prośby o powtórkę. A tymczasem za każdym razem, gdy usiłuję opowiadać, odnoszę wrażenie, że nie sposób przedstawić grozy sytuacji, kiedy człowiek zostaje wepchnięty w koszmar seks niewolnictwa i przytłoczony brzemieniem nałogów, wydawałoby się nie do udźwignięcia. Nawet w tej chwili czuję, że moje słowa nie oddają rzeczywistości. „Groza”, „koszmar”. Czy tych kilka literek faktycznie przekazuje, co znaczy „jakoś przetrzymać”. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, rok po roku? A więc do dzieła: spróbujcie opisać najgorszą rzecz, jaka kiedykolwiek wam się przydarzyła. Zmuście się i cofnijcie do najciemniejszego, najposępniejszego okresu waszego życia. Postarajcie się wypełnić to wspomnienie całym jego bólem, smutkiem i goryczą. A potem zwielokrotnijcie je: uczyńcie większym, głębszym, bardziej mrocznym i samotnym, niż potraficie znieść. Niech napływają dawne łzy, dopóki nie zacznie was dławić płacz. Przeciągajcie go w nieskończoność, aż stracicie dech i nabierzecie pewności, że to już koniec. Wtedy będziecie mieli szansę poznać maleńki ułamek tego, jak było – jak nadal jest. Może myślicie, że jestem melodramatyczna albo pławię się w żalu nad sobą? Ale ja nie opowiadam wyłącznie o tym, przez co sama przeszłam. Opowiadam, przez co przechodzą tysiące innych kobiet dokładnie w chwili, kiedy czytacie moje słowa. Te kobiety tkwią w potrzasku seksualnej niewoli. Ich głos tłumi strach, ich ciało niszczą gwałt, przemoc i poniżenie. A ja jestem osobą z zewnątrz. Staram się mówić dość donośnie, by stać się głosem, którego ich pozbawiono. Staram się pomóc komuś – komukolwiek – dostrzec wystarczająco dużo, przejąć się wystarczająco mocno, by zerwać ich pęta. Ale za bardzo wybiegam naprzód. Musimy zacząć od początku.

Tytuł z pewnością przyciągał wzrok: Seksniewolnica i piekło pielęgniarki zagrożonej wirusowym zapaleniem wątroby typu C. W tamten niedzielny poranek musiał rzucić się w oczy tysiącom ludzi, może przy stole podczas śniadania albo raczej – zważywszy, że chodziło o „Sunday Sun”, brukowy tygodnik z Newcastle[3] – w miejscowym pubie. Co sobie myśleli o tym bezceremonialnym żerowaniu na cudzym nieszczęściu? Autor artykułu nigdy mnie nie spotkał, ale wyraźnie nie wątpił w moje zepsucie. Była seksualna niewolnica, Sarah Lee, naraziła pielęgniarkę na paniczny lęk przed śmiertelnym wirusowym zapaleniem wątroby typu C. Uzależnionej od narkotyków Lee udzielano właśnie pierwszej pomocy po przedawkowaniu, kiedy kobieta nagle stała się agresywna i napastliwa, aż wreszcie splunęła pielęgniarce w usta. Wybryk ten zapoczątkował przerażający ciąg wydarzeń, ponieważ obie zainteresowane doskonale wiedziały, że u Lee zdiagnozowano wirusowe zapalenie wątroby typu C. Pielęgniarka miesiącami musiała poddawać się badaniom przesiewowym i żyła z groźbą zarażenia. Na mocy wyroku sądu rozjemczego w Gateshead, który orzekł napaść zwykłą, Sarah Lee została skazana na 38 dni pozbawienia wolności. Jednak trzydziestotrzyletnia mieszkanka Duke Walk, Teams, Gateshead wyszła z sądu wolna, ponieważ oczekując, aż sprawa znajdzie się na wokandzie, odbyła już 27 dni aresztu w więzieniu Low Newton. Sąd nakazał również, by oskarżona wypłaciła ofierze tytułem odszkodowania 250 funtów z tantiem, których Sara Lee oczekuje w tym miesiącu za książkę Slave Girl[4]. Tak więc stałam się lokalną znakomitością. I nie mogło mi być bardziej wstyd. Fakty, rzecz jasna, wcale nie są tak proste i jednoznaczne, jak to wygląda w zimnym, surowym druku, ale równie dobrze można i od nich zacząć. Byłam z Tracy już kilka miesięcy, kiedy postanowiłyśmy, że się „pobierzemy” i stąd w artykule nazwisko Sarah Lee. Chodziło oczywiście o związek partnerski, a nie małżeństwo, jednak pod każdym względem czułam się, jakbym brała ślub: poczynając od kwiatka w butonierce Tracy i bukietu, który kurczowo ściskałam w dłoniach, aż po wymianę obrączek i obietnic miłości na wieki. Gdy ceremonia dobiegła końca, stałam się panią Lee. Niestety, nasz mariaż przypominał małżeństwo także z innych, mniej szczęśliwych, przyczyn. Ponoć jedno na trzy prawdziwe małżeństwa kończy rozwód, a wygląda na to, że związki osób tej samej płci zmierzają w podobnym kierunku: 4,6 procent kobiet, takich jak ja i Tracy, rozstało się. Widać było nam przeznaczone stanowić mały, niezauważalny okruch tej niefortunnej statystyki.

Wojowałyśmy o wszystko. Bóg jeden wie, że niełatwo ze mną żyć, ale z Tracy również nie było lekko: dwie bardzo skrzywdzone, złączone niedolą, bezbronne kobiety, które kurczowo czepiały się jedna drugiej, kiedy akurat nie dochodziło do kłótni czy bójek. Wyobrażam sobie, że w taki właśnie sposób tonący chwyta się najmniejszych szczątków wraku, by utrzymał go na powierzchni[5]. Rzadko spędzałam więcej niż trzy noce z rzędu w naszym klaustrofobicznym mieszkanku na pierwszym piętrze. Była to klitka, wypełniona w tym samym stopniu rozpaczą, co dymem z papierosów, a te kopciłyśmy nieustannie dla poprawy samopoczucia. Trzy dni, trzy noce, tylko tyle mogłam wytrzymać. Czułam, że się duszę, że moje siły witalne – jeśli to można nazwać siłami witalnymi – powoli nikną. I dlatego uciekałam. Dokąd? Bardzo często nie potrafiłabym wam powiedzieć. Nie do mamy, to pewne. Ona nadal mi nie ufała – i miała rację. Tamtego zimnego, bezchmurnego dnia w 2007 roku przyszła na nasz ślub, ale nie podobała jej się ani Tracy, ani nasza egzystencja. Powiedziałam „egzystencja”, ponieważ trudno to nazwać życiem, a przynajmniej życiem normalnych ludzi – nie takich zniszczonych jak my. Nie nam był pisany romans w stylu Mills & Boon[6], żadne wymarzone „długo i szczęśliwie”. Nadal nie mogłam obyć się bez metadonu. Podczas kuracji odwykowej od kokainy i cracku, którymi faszerowano mnie w Amsterdamie, zostałam przestawiona na morfinę i koniec końców uzależniłam się od niej. Metadon miał mi pomóc uporać się z głodem narkotykowym, ale w rzeczywistości była to zamiana złego „ulicznego” narkotyku na inną szkodliwą substancję, chemicznie czystą. Zatruła ona moje ciało, zatruła mój umysł, a nade wszystko zatruła nasz związek. Tracy kategorycznie upierała się, że muszę z tym skończyć. Jednak łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Potrzebowałam metadonu, by powstrzymać piekący ból, któremu bałam się stawić czoło: ból zrodzony z molestowania w dzieciństwie i seksualnej niewoli w Dzielnicy Czerwonych Latarni. Tak więc metadon stał się w naszym związku „tym trzecim”. To jest coś, czego nie przetrwa żadne małżeństwo, zwłaszcza gdy jedno z trojga okaże się kochankiem tak zazdrosnym i wymagającym jak narkotyk. Czasami uciekając, szukałam towarzystwa ludzi podobnych do mnie. Nieszczęścia chodzą parami, mówi stare porzekadło, a w naszych stronach takich nieszczęść akurat nie brakuje. Chociaż metadon przepisywany jest w ściśle określonych okolicznościach i plastikowe kubeczki otępiającej zielonej cieczy mają być opróżniane przez narkomana w obecności farmaceuty, który je wydaje, zawsze znajdą się handlarze dodatkowymi dawkami – na ulicy albo w obskurnych mieszkaniach, gdzie cuchnie stęchłym dymem i jeszcze bardziej stęchłą wonią pustych puszek po jasnym supermocnym. Miejsca wprost idealne dla osoby takiej jak

ja: prawdziwy drugi dom. Oczywiście, nigdy nie znikałam na długo. Może to potrzeba posiadania kogoś szczególnego, a może nadzieja, że Sarah Forsyth miłość jest jednak pisana, ale zawsze wracałam do Tracy i do roli pani Lee. Poczucie winy też miało swoje znaczenie: przecież złożyłam obietnicę w urzędzie stanu cywilnego. Poza tym chyba zadomowiłam się w naszej klitce. Wreszcie po ponad piętnastu latach próbowałam się ustatkować i chciałam, by to wyszło. Może gdybym następnym razem bardziej się postarała, mogłabym wszystko naprawić. Tylko że były „następne razy”, a po nich niezliczona liczba kolejnych. I ciągle powtarzał się ten sam żałosny schemat: kłótnie, ucieczki, topienie smutków wraz z ludźmi równie samotnymi, zniszczonymi, zdesperowanymi jak ja. Wygląda, że rozczulam się nad sobą? Mam nadzieję, że nie, bo właśnie dzięki tej żałosnej rutynie w końcu zaczęłam się leczyć. Ale jak to zawsze ze mną bywa, kurację musiały zapoczątkować obrażenia typowo fizyczne. Siedziałam w pubie – nieszczególna rzadkość w tamtym okresie. Był to jeden z tych wielu przypadków, kiedy uciekłam z domu i piłam bez pamięci. Nie wiedzieć czemu nagle wybuchła awantura: podniesiony głos, gwałtownie pochwycona szklanka, rozbita i ciśnięta mi w twarz. Uchyliłam się, ale ostry odłamek szkła trafił mnie z boku głowy. Krew lała się szybciej, niż sądziłam, że to możliwe. Wściekły hałas w pubie zastąpiła pełna szoku cisza. Potem ktoś zaczął krzyczeć, żeby personel dzwonił po karetkę: moje lewe ucho zwisało przy twarzy, zaczepione tylko na skrawku skóry. Migające światła. Szpitalne korytarze. Ostry dyżur. Byłam bardzo osłabiona od upływu krwi i prawie nieprzytomna. A jednak pamiętam, że pomyślałam: Naprawdę do tego doszło? Uciekłam z Amsterdamu, wyrwałam się z rąk handlarzy niewolników tylko po to, żeby wykrwawić się na śmierć przez jakąś przypadkową burdę w obskurnej knajpie, pełnej smutnych uzależnionych rozbitków? Przyszyto mi ucho: szew za szwem, żenujący, widoczny dla wszystkich znak, jak nisko upadłam. Musiałam zostać w szpitalu na noc, na obserwacji. Ale tamtego wieczoru to ja zaczęłam obserwować. Przyjrzałam się samej sobie, zobaczyłam, co się ze mną porobiło i ogarnęła mnie nienawiść. Znienawidziłam siebie, znienawidziłam swoje małżeństwo, znienawidziłam swoje uzależnienia. Leżąc w szpitalnym łóżku, zrozumiałam, że sięgam dna: pogrążyłam się nawet bardziej niż wtedy, w blasku neonów, za szybami amsterdamskich okien. Dawna Sarah nie miała wyboru, ale obecna – owszem. I zamierzałam go dokonać. Kiedy przedstawiam to w ten sposób, wszystko wydaje się proste. Jednak wcale takie nie było. Ani trochę.

Następnego dnia pracownik opieki społecznej zadzwonił do mojej mamy i poinformował ją, że zostanę zabrana z Gateshead do swego rodzaju azylu. Biedna mama. Pewnie zastanawiała się, czy to kiedykolwiek się skończy. Gdy zobaczyła mnie po raz pierwszy po mojej ucieczce z Dzielnicy Czerwonych Latarni, przebywałam jeszcze w Holandii pod ochroną policji, właśnie w takim bezpiecznym domu. Minęło dwanaście lat i opieka społeczna, zatroskana o bandę agresywnych narkomanów, umieszczała mnie w kolejnym schronieniu. Znając mamę, wiem, że musiała odczuwać cały zestaw sprzecznych emocji: ulgę, że zostanę odizolowana od wpływów, które uważała za szkodliwe, ale też strach, że powracam do autodestrukcyjnych nawyków. Gniew, że nieobliczalna córka znów wywróciła jej życie do góry nogami i nadzieję, że tym razem – proszę, tym razem – może to być wreszcie zarzewie nowego początku. Albo coś w tym rodzaju. Mój azyl okazał się uroczym miejscem na wybrzeżu. Whitley Bay leży nie więcej niż piętnaście kilometrów od Gateshead, ale wydaje się, że o niebo dalej. Kiedyś był to ulubiony cel wakacyjnych wypadów ludzi pracy z całej północno-wschodniej Anglii. Miasto ma cudowną, długą piaszczystą plażę, która ciągnie się od St Mary’s Island na północy po Cullercoats na południu. Innym przedmiotem dumy Whitley Bay było dawniej Spanish City. Ten stały lunapark miał rywalizować z Pleasure Beach w Blackpool. Zespół Dire Straits unieśmiertelnił go swoim przebojem Tunnel of Love. Odgrywano go każdego ranka aż do zamknięcia parku w 2002 roku. Wszyscy w Gateshead znali Spanish City. Większość z nas w dzieciństwie odwiedzała je – albo marzyła, żeby odwiedzić. Jednak teraz, spacerując po złocistym piasku tam i z powrotem, nie tęskniłam za wesołym miasteczkiem. Po prostu czułam ulgę, że jestem wolna w miejscu, gdzie nikt mnie nie zna i że nie otaczają mnie smutni, zdesperowani ludzie, których nazywałam swoimi przyjaciółmi. Spędziłam w Whitley Bay dwa miesiące. To tutaj wykonałampierwsze chwiejne kroki na szlaku, który stał się moją ostateczną – choć krętą – drogą do wyzdrowienia. Mama przyjeżdżała do mnie w odwiedziny tak często, jak tylko mogła zwolnić się z pracy, a ja zaczęłam systematycznie pomijać swoją dzienną dawkę metadonu. Wtedy sądziłam, że to dobry pomysł. Nienawidziłam sterczeć w kolejce z innymi narkomanami, czekając, aż farmaceuta wręczy mi plastikowy kubeczek „normalności”. Jednak, jak się okazało, moja metoda miała tyleż plusów, co minusów. Kiedy drugi miesiąc dobiegł końca, byłam gotowa opuścić bezpieczny azyl w małym domu na wietrznym morskim brzegu. Ale dokąd powinnam była się udać? Nie chciałam – absolutnie nie chciałam – wracać do naszego mieszkania ani do mrocznego świata moich uzależnionych znajomych.

Dopiero po kilku dniach przypomniałam sobie o przyjacielu sprzed lat, dobrym i prawdziwym, który okazał mi wiele serca w okresie pomiędzy Amsterdamem i Tracy: o Eddiem. Oczywiście, przecież mogłam zatrzymać się u niego. Eddiemu zawdzięczam więcej, niż kiedykolwiek potrafiłam wyrazić. Jeśli czytasz te słowa, Eddie: miałeś ogromny udział w moim wyzdrowieniu. Byłeś jednym z pierwszych, a zarazem najistotniejszych fundamentów, na których wreszcie zbudowałam życie. Dziękuję, stary przyjacielu. Dziękuję. Eddie również mieszkał w Gateshead, tyle że w o wiele przyjemniejszej, nie tak obskurnej części miasta. Nigdy nie łączyło nas nic romantycznego ani tym bardziej erotycznego, ale wiedziałam, że temu człowiekowi mogłabym powierzyć swój los. I tak właśnie zrobiłam. Po raz pierwszy zakosztowałam normalności – prawdziwego życia normalnych ludzi. Bez narkotyków. Chociaż Eddie, jak wiele osób, lubił czasami wyskoczyć na drinka, nigdy w ciągu tamtego roku, kiedy razem mieszkaliśmy, nie przyniósł do domu alkoholu. To była dla mnie nowość. Tracy zawsze kupowała piwo – któryś z mocnych gatunków – a ja musiałam mieć pod ręką butelkę wódki. Z Eddiem nie mogłam się napić, więc zaczęło do mnie docierać, że może pewnego dnia zdołam obejść się bez alkoholu. Mój doktor zaczął rozważać zmianę leczenia. Przez ostatnich dwanaście lat ciągnęłam na diazepamie, powszechnie znanym pod handlową nazwą valium. Ten silny anty depresant dostawałam, by zapanować nad uczuciem niepokoju i atakami paniki, które nadal dręczyły mnie z powodu dawnych przeżyć. Valium jest stosowane również u alkoholików jako wsparcie przy rzucaniu picia. Ale jeśli w moim przypadku kiedykolwiek brano ten wariant pod uwagę, to świetnie radziłam sobie z podlewaniem pigułek gorzałką. Jednak teraz doktor redukował mi dawkę, obniżając ją stopniowo, krok po kroku, żeby organizm zrozumiał ten proces i dopasował się do nowej sytuacji. Jest to klasyczna metoda uwalniania pacjenta od wszelkich uzależniających leków – a diazepam bardzo uzależnia, zwłaszcza gdy się go przyjmuje tak długo. Powoli, lecz niewątpliwie, moje ciało godziło się na coraz mniejsze ilości valium. Ale umysł … no cóż, to już całkiem inna historia. Stale dręczył mnie niepokój, miewałam spazmatyczne ataki paniki. Wspomnienia zalewały mi umysł i zagłuszały wszystkie myśli. Zaczęłam widzieć twarze ludzi, którzy mijali moje okno w Amsterdamie. Znów gapili się na mnie, tak samo jak wtedy, gdy przybierałam różne pozy i wykręcałam piruety, rozpaczliwie usiłując zwabić ich do swojego zakątka piekła, by podtrzymać strumień pieniędzy, jakiego nieustannie domagali się stręczyciele.

Dzisiaj wiele osób nie wierzy, że byłam w stanie tamte twarze zauważać. A ja je widziałam; och, jak dobrze widziałam. Stare, młode, smutne, zadowolone … Stałam tak co dzień i co noc w oświetlonej neonem szklanej klatce i jedynym moim zajęciem było patrzeć na przechodniów, próbować ich sobą zainteresować. Z jednej strony desperacko walczyłam o następnego klienta – tak bardzo bałam się razów, które spadłyby na mnie, gdybym nie wykonała normy. A z drugiej, myślę, że szukałam w tłumie kogoś wystarczająco ludzkiego, kto by potrafił dostrzec, że cierpię i w jakiś sposób położył temu kres. Więc owszem, widziałam i pamiętałam. Teraz, gdy mój organizm dostrajał się do coraz mniejszej dawki valium, umysł wywoływał twarze z niebytu. W czasie bezsennych godzin przyglądały mi się i dręczyły palącym bólem, który zadawał niegdyś tamten tłum, przechodząc obok mnie, a czasami przeze mnie. Czy to jest właśnie opis piekła? Nie, zaledwie jego jednego kręgu. Jak głosi literatura, piekło składa się z dziewięciu kręgów cierpienia, umieszczonych w głębi Ziemi[7]. Do dziś przebrnęłam już przez wszystkie po kolei. Oczywiście, nadal byłam na metadonie: codziennie sześćdziesiąt miligramów magicznego zielonego płynu. Na temat metadonu funkcjonuje wiele przesądów. Ludzie uważają go za lek przeciw uzależnieniom od heroiny i innych opiatów, chociaż nie jest nim i nigdy nie był. W rzeczywistości recepturę metadonu opracowano w 1937 roku w hitlerowskich Niemczech. Kraj odczuwał brak regularnego zaopatrzenia w opiaty, a w ówczesnym świecie – i takim, jaki miał się stać dwa lata później, po wybuchu wojny, gdy setki tysięcy żołnierzy na polach bitew potrzebowały doraźnej dawki silnych środków przeciwbólowych – na tradycyjnych dostawach maku lekarskiego nie można było polegać. Toteż niemieccy chemicy wynaleźli jego syntetyczną wersję, możliwą do wytwarzania szybko i w wielkich ilościach. W ten właśnie sposób zrodził się metadon. Po zakończeniu II wojny światowej używano go do leczenia osób uzależnionych od opiatów – zarówno żołnierzy, którzy nawykli do morfiny, jak i narkomanów ćpających uliczną heroinę. Jednak leczenie nie jest odpowiednim słowem. Bowiem rzecz polega wyłącznie na tym, by zastąpić, zwykle zanieczyszczone, narkotyki z nielegalnych źródeł starannie kontrolowanym środkiem alternatywnym bez domieszek. Właśnie w tym tkwi cały problem: metadon nie pomaga w uwolnieniu się od narkotyków. Ludzie – ze mną też tak było – żyją na nim całymi latami i w najmniejszym stopniu nie rozwiązuje to problemu ich nałogów. Lekarze i rządy promują metadon dla oczywistych powodów. Uliczne narkotyki u dilera, który najprawdopodobniej też ćpa, wymieszane są z czym popadnie – od talku kosmetycznego po truciznę na szczury – co raczej

nieszczególnie służy już i tak zniszczonemu ciału. I oczywiście wielu narkomanów szprycuje się heroiną, używając brudnych igieł, a nieunikniony rezultat to HIV albo wirusowe zapalenie wątroby typu C. Najlepszym sposobem, by metadon spełnił swoją rolę jako pomoc przy wychodzeniu z narkomanii, jest monitorowany program redukcji, oparty na stopniowym zmniejszaniu dawek. W ciągu dwóch czy trzech lat moi lekarze sprowadzili mnie z dziennej porcji stu dwudziestu miligramów do sześćdziesięciu. Kuracja działała tak dobrze, że chyba poczułam się trochę zbyt pewna siebie i zaczęłam zaprzepaszczać to, co udało mi się osiągnąć podczas pobytu w Whitley Bay. Po powrocie do Gateshead czasem przez kilka dni obchodziłam się bez swojej porcji metadonu. Chciałam przyspieszyć proces zdrowienia siłą woli. Wiedziałam, że trudno będzie skończyć z lekiem, jednak doszłam do wniosku, że jeśli chcę normalnie żyć, muszę wziąć się w garść i po prostu przerwać. Ale Boże, jakiej to wymagało niezłomności. Wystarczył krótki czas bez „bibuły” (jak narkoman nazywa recepty) i zaczęła się straszna udręka „metadonowego głodu”. Ironia losu polega na tym, że objawy odstawienia metadonu są znacznie gorsze niż przy abstynencji od heroiny albo morfiny: o wiele, wiele boleśniejsze i dużo bardziej długotrwałe. Często ciągną się całymi tygodniami. Torsje, biegunka, poty, skurcze żołądka, bóle głowy, łomoty serca, halucynacje, delirium, paranoja i ataki paniki to standardowy repertuar zespołu abstynencyjnego. A ja zaliczyłam każdy jego składnik. W pewnym momencie wiedziałam już: mam dość, prę zbyt daleko, zbyt pospiesznie. Tak bardzo chciałam być czysta, że odtruwałam się dużo za szybko. Więc wyruszyłam do przychodni po swój metadon. Wizytę miałam wyznaczoną na czwartą trzydzieści, ale byłam już na tyle zdesperowana, że zjawiłam się dużo wcześniej, ponad dwie godziny przed czasem. Na miejsce dotarłam w naprawdę kiepskim stanie. Trzęsłam się, płakałam, bolała mnie każda kosteczka. Jednak w przychodni nie chcieli przyjąć mnie poza kolejką – są dość rygorystyczni, jeśli chodzi o wizyty. I słusznie, rozumiem to. Usłyszałam, że muszę zaczekać. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Następne dwie godziny tej strasznej męczarni i drgawek wydawały mi się wiecznością. Jak zwykle, przed przychodnią kłębił się mały tłum: narkomani, którzy właśnie dostali swój metadon albo na niego czekali. I – również jak zwykle – znalazło się w tym tłumie kilku „przyjaciół” oferujących pomoc w postaci dodatkowej dawki lub dolewki. Nawet oddanie za darmo swojej porcji metadonu, a tym bardziej sprzedaż, to łamanie prawa. Ale czy prawo obchodzi ludzi uzależnionych od nielegalnych

narkotyków? Zanim naprawdę pojęłam, co się dzieje, ktoś już wypatrzył mnie – moją dotkliwą „trzęsiawkę” – i nafaszerował lekiem „z odzysku”. Takie już mam szczęście. Dawka okazała się o wiele wyższa od tej, na której byłam przez kilka ostatnich lat. Moje ciało zareagowało niemal natychmiast. Poczułam, że nie mogę oddychać, spadło mi ciśnienie, skórę pokrył zimny, lepki pot, nastąpił skurcz mięśni, zrobiło mi się słabo i zaczęłam omdlewać. Ktoś musiał pobiec do przychodni i podnieść tam alarm. Byłam bliska utraty przytomności, więc nic z tego nie pamiętam, ale lekarze ostro wzięli się do roboty, by powstrzymać mnie przed zapadnięciem w śpiączkę. Najwidoczniej dostałam niezbędny zastrzyk adrenaliny, który przywrócił mi świadomość. Pierwsze, co sobie przypominam, to twarz pielęgniarki tuż przy mojej twarzy – i jak na nią wymiotuję. Trochę mojej żółci i torsji trafiło do jej ust. Czułam się strasznie upokorzona: czy można upaść niżej? Zasłabnięcie po przedawkowaniu pod drzwiami przychodni dla narkomanów i obryzganie wymiocinami osoby, która poświęca życie na pomoc takim ludziom jak ja? A jednak było znacznie gorzej, niż myślałam. Jak się okazało, o wiele, wiele gorzej. W przychodni uznali, że postąpiłam tak naumyślnie. Że w przypływie złości celowo oplułam pielęgniarkę. Oczywiście, nie zrobiłam tego, ale zamroczona i zdezorientowana, szarpałam się, chcąc wyjaśnić, co się naprawdę stało. Ktoś wezwał policję. Zostałam aresztowana i oskarżona o czynną napaść. Trafiłam do aresztu śledczego i spędziłam dwadzieścia siedem dni w więzieniu Low Newton, czekając, aż moja sprawa zostanie rozpatrzona. Jak mam opisać myśli, które przychodziły mi do głowy? Tak bardzo starałam się oczyścić swoje życie z kłopotów. Zerwałam z Tracy, unikałam dawnych ulubionych miejsc spotkań, pełnych narkomanów i alkoholików, a jednak znowu znalazłam się w więzieniu[8]. Myślałam o mamie i o okropnym wstydzie, który po raz kolejny ściągnęłam na nią i na rodzinę. I o tych wszystkich ludziach, którzy – kiedy moja książka wyszła drukiem – powiedzieli mi tyle dobrych, krzepiących słów. Ale przede wszystkim myślałam o pielęgniarce. Kilka miesięcy wcześniej dowiedziałam się, że mam wirusowe zapalenie wątroby typu C. Choroba w paskudny sposób atakuje ten narząd i może spowodować jego marskość. Część zarażonych osób umiera na niewydolność wątroby albo na raka. Zapalenie typu C zazwyczaj przenoszone jest przez krew, jednak w pewnych przypadkach można zakazić się za pośrednictwem innych płynów, takich jak ślina

czy wymiociny. Kiedy siedziałam w Low Newton, nikt nie powiadomił mnie, że pielęgniarka przechodzi cały cykl badań sprawdzających, czy nie złapała wirusa. Ale w gruncie rzeczy nie trzeba mi było tego mówić. Ostatecznie miałam mnóstwo czasu, by zastanawiać się nad tym, co – choć nieumyślnie – zrobiłam i jakie mogą być tego konsekwencje. Właśnie wtedy sięgnęłam prawdziwego dna. Od kogoś – zapewne od terapeuty uzależnień – usłyszałam kiedyś, że aby naprawdę rozpocząć proces zdrowienia, nałogowiec musi upaść tak nisko, zaznać takich upokorzeń, poczuć się tak okropnie, że wreszcie uświadomi sobie konieczność zmian. Może to truizm, ale naprawdę, gdy znajdziecie się na samym dnie, jedyna droga wiedzie w górę. Toteż właśnie tam, w hańbiącym więzieniu, złożyłam uroczystą obietnicę i tym razem zamierzałam tego dokonać: raz na zawsze się uwolnić. We wrześniu 2009 roku zostałam postawiona przed sądem w Gateshead. Przyznałam się do zarzucanych mi czynów. Potem prokurator przedstawił w zarysie przebieg wydarzeń i opowiedział, jakie męki niepokoju cierpiała pielęgniarka przez to, co zrobiłam, a adwokat wyjaśnił sprawę z mojego punktu widzenia. Kiedy wszyscy się wypowiedzieli, sąd ogłosił wyrok: trzydzieści osiem dni za kratkami. Jednak w oczekiwaniu na proces odsiedziałam już dwadzieścia siedem dni i sędziowie[9] chyba zlitowali się nade mną, bo postanowili, że nie muszę wracać do więzienia na resztę wyroku. Poczułam przypływ ulgi. Wprawdzie nikt oficjalnie mi nie powiedział, co się dzieje z tamtą pielęgniarką, jednak doszły mnie słuchy, że na szczęście badania dały wynik ujemny: nie przekazałam dalej mojego wirusa. Natomiast obawiam się, że nigdy odpowiednio jej nie przeprosiłam. Bardzo chciałam, ale wszystkie formalności z policją i sądem chyba mi w tym przeszkodziły. Może pani czyta te słowa. Jeśli tak, proszę przyjąć moje szczere przeprosiny. W żadnym razie nie zamierzałam w ten sposób się zachować. Na pewno rozmyślnie nie naraziłabym drugiego człowieka na taką traumę. Proszę uwierzyć, ogromnie mi przykro. Kiedy tylko sąd pozwolił mi odejść, opuściłam salę, by poszukać mojej mamy. Musiała czuć się okropnie, siedząc tam przez cały proces, gdy przedstawiano materiał dowodowy i po raz kolejny publicznie prano nasze rodzinne brudy. A jednak siedziała. I teraz czekała na mnie, przytuliła mnie. Właśnie wtedy obiecałam, że to już nigdy się nie powtórzy. Uwierzyła mi? Chciała, to wiem na pewno – ale czy mogła?

„Dziecię tylu łez nie zginie” Mama… Moja biedna mama. Kiedy myślę o wszystkim, przez co musiała w życiu przechodzić, po prostu nie mogę pojąć, skąd brała siły. Małżeństwo z człowiekiem uzależnionym – a do tego molestującym dzieci. Rozwód. Śmierć syna, Marka – jej jedynego syna, który zmarł na raka. Któż cierpi bardziej niż matka, gdy musi pochować własne dziecko? I jeszcze te dwie córki. Jedna w szponach seksualnego niewolnictwa i narkomanii, a teraz najwyraźniej w zaklętym kręgu odnowy i klęsk. Druga daleko, za granicą, po części dlatego, że uciekła przed wybrykami siostry. To dość – więcej niż dość – by złamać każdego. A przecież mama wytrwała dzielnie. Cokolwiek zrobiłam, cokolwiek ludzie o mnie mówili, ona zawsze czekała na drugim planie, niezmiennie wierząc, że wreszcie do niej wrócę. I przez cały ten czas udawało jej się utrzymać pozory życia rodzinnego, chociaż siostrze moje imię z trudem przechodziło przez gardło. Rachel jest ode mnie młodsza. Jest też wszystkim, jak przypuszczam, czym ja nigdy nie byłam. Ma świetną pracę, przyjemne życie w Nowym Jorku i nie zdarzyło jej się narazić mamy na tego rodzaju cierpienia, które potrafiłam powodować. Od mojej ostatniej rozmowy z siostrą do tamtego wrześniowego dnia, gdy sąd mnie uwolnił, minęło wiele czasu. Wiem, że Rachel sprawiało to ból, a mnie wbrew pozorom rozdzierało serce. Mama miała tego świadomość i podtrzymywała pomiędzy nami coś w rodzaju dialogu per procura. Pośredniczyła, przekazując w obie strony wieści i nie tracąc nadziei, że pewnego dnia znów zaczniemy się kontaktować. Tak, mama była – i jest – moją opoką. Ale jakim cudem sobie poradziła? Cóż, po pierwsze ma wspaniałego drugiego męża – mojego ojczyma – który stał u jej boku w ciągu tych wszystkich strasznych lat. Nie usiłował jej niczego perswadować, nie narzekał ani nie odszedł. Mogę sobie tylko wyobrazić, co oznacza mieć przy sobie kogoś silnego i troskliwego – na dobre i na złe. Naturalnie, zazdroszczę jej, ale Bóg wie, jak bardzo na to zasłużyła. A gdybyście ją sami zapytali, odpowiedź brzmiałaby właśnie: Bóg wie. Przez całe swoje życie mama była katoliczką – autentyczną chrześcijanką, a nie jedną z tych pobożniś „świętszych od papieża”, które jednym półgębkiem potępiają, a drugim gładko sączą słowa przebaczenia. Nie, mama jest tym, kogo nazywam prawdziwym chrześcijaninem. Człowiekiem, który próbuje – i to skutecznie, gdyby mnie kto pytał – stosować się do nauczania Jezusa: kochaj bliźniego twego, wybaczaj swoim krzywdzicielom, ale kochaj, zawsze nade wszystko kochaj. Kiedy umarł mój brat Mark, mama zaczęła w skrytości ducha modlić się o jego

wstawiennictwo. Ja przeżywałam wtedy to, co nazywam moimi straconymi latami: uwięzienie, uwolnienie, policyjne programy ochrony świadków. Żłopałam wódkę, jakby to była woda i zadawałam się z podejrzaną zgrają bardzo nieciekawych postaci. Więc mama modliła się, prosząc Marka, żeby czuwał nade mną, żeby czuwał nad Rachel – w gruncie rzeczy nad nami wszystkimi. Obecnie nie jestem specjalnie religijna. Wierzę w Boga – to bez wątpienia – ale wydaje mi się, że cały ten przepych kościołów, rytuałów i wymyślnych szat przeszkadza w prawdziwym duchowym życiu. Chodzę na mszę – chociaż niezbyt sumiennie (jeśli wybaczycie mi ten kiepski kalambur)[10] – raczej dla samej siebie. Moja relacja z Bogiem jest kameralna i bardzo osobista, szczególnie obecna w samotności, z dala od woni kadzideł i niedzielnych dzwonów. Jednak być może mylę się, bowiem nadszedł czas, kiedy wiara mamy najwyraźniej przyniosła rezultaty. Jeszcze zanim trafiłam do Whitley Bay, mama przeniosła punkt ciężkości swoich modlitw. Mark wciąż był w nich obecny, lecz to nie jego przede wszystkim prosiła o pomoc. Ufam, że nie macie nic przeciwko temu, bym przedstawiła was osobie, z którą zaczęła rozmawiać. Czytelnicy, pozwólcie: to jest święta Monika. Święta Moniko, pozwól: to czytelnicy. Do dzisiejszego dnia nie wiem, co skłoniło mamę, by zmieniła adresata swoich modlitw ani czy w ogóle wiedziała, dlaczego wybiera akurat tę orędowniczkę. Jednak przyglądając się życiu świętej Moniki, musielibyście być ślepi, by nie zauważyć, że wybór ten w przypadku rodziny Forsythów jest absolutnie oczywisty. Święta Monika przyszła na świat w Numidii trzysta trzydzieści jeden lat po narodzinach Chrystusa, a zmarła w Rzymie pięćdziesiąt sześć lat później. Wkrótce też została uznana za ważną świętą Kościoła wczesnochrześcijańskiego. Większość historyków zna ją jako matkę świętego Augustyna z Hippony, prawdziwego tuza chrześcijańskiej tradycji. Monika, poza tym że wydała na świat jedną z największych osobistości chrześcijaństwa, jest wspominana – i czczona – szczególnie ze względu na niezwykłą cierpliwość, z jaką znosiła paskudny charakter i nieustanne zdrady męża, jak również, dzięki swemu oddaniu modlitwie o nawrócenie syna. Burzliwą część młodości Augustyn przeżył jako rozpustny, nieobliczalny człowiek bez zasad. Ciężko byłoby wam znaleźć lepszy portret syna marnotrawnego. I nie muszę szczególnie wysilać umysłu, by w anielskiej cierpliwości, łzach i modlitwach mojej mamy za mnie dostrzec analogię z pełnymi cichej determinacji modlitwami Moniki za Augustyna. (Nie wspominając już o tym, ile mama musiała wycierpieć przez agresję i łajdaczenie się mojego ojca). Tak czy inaczej, w pewnym momencie święta Monika podobno udała się do biskupa, błagając go o interwencję, by ratować Augustynowi życie. Mama postąpiła

tak samo w mojej sprawie. I otrzymała podobną odpowiedź: biskup naprawdę nic nie mógł zrobić. Jednakże Monika usłyszała na pożegnanie słowa, które przetrwały i przekazywane są od niemal dwóch tysięcy lat. Kapłan powiedział jej: „Dziecię tylu łez nie zginie”[11]. Kiedy moja mama modliła się do świętej Moniki, słowa te znów powróciły. Dzisiaj, gdy o to pytam, jest dyskretna i powściągliwa. Mówi tylko, że nigdy się nie poddała, bo od początku wierzyła, że z Bożą pomocą pewnego dnia mnie odzyska – prawdziwie, całkowicie i na zawsze. Ja osobiście widzę w tym rękę świętej Moniki. Ale to ja. Jeśli nie chcecie, nie musicie w to wierzyć. Koniec kazania. Tamtego ranka we wrześniu 2009 roku poszłyśmy na kawę. Popatrzyłam mamie w oczy i oznajmiłam swoją decyzję. Nie zamierzałam się wycofać, nawet gdyby miało mnie to zabić. – Daję sobie dwanaście tygodni – powiedziałam. – W tym czasie planuję rzucić metadon, skończyć z ćpaniem i piciem, i w ogóle. Będę taką córką, jaką zawsze chciałaś mieć. Naturalnie wszystkie te obietnice mama już słyszała, więc któż mógłby ją winić, gdyby przyjęła je z lekkim niedowierzaniem? Jednak ja mówiłam serio. Tyle tylko że istniał mały problem. Wirusowe zapalenie wątroby typu C to stara choroba, ale dopiero stosunkowo niedawno została zidentyfikowana. Wirus, który ją wywołuje, nie był znany do 1999 roku, a ja zapewne złapałam go jakieś cztery lata wcześniej. Dotychczas nie istnieje chroniąca przed nim szczepionka. Jednocześnie przeraźliwie łatwo można się zarazić. W dodatku większość osób nawet nie wie, że zachorowała. Tymczasem pozostawiony sam sobie, wirus HCV jest głównym powodem, że ludzie potrzebują transplantacji wątroby. Szybki rzut oka na listę znanych osób, dotkniętych tym schorzeniem, udowodnił mi, że znalazłam się w doborowym gronie. Pamela Anderson, gwiazda Słonecznego patrolu, złapała wirusowe zapalenie wątroby typu C przy tatuażu źle zdezynfekowaną igłą. Anita Roddick, założycielka firmy The Body Shop i kaskader motocyklowy, odważny Evel Knievel, zostali zarażeni podczas transfuzji krwi. Jednak najpowszechniejsze przyczyny to seks bez zabezpieczenia i narkotyki przyjmowane drogą dożylną. Więc w jaki sposób ja zachorowałam? Jestem absolutnie pewna, że – przy całej gehennie życia seksualnej niewolnicy – nigdy nie miałam stosunku z klientem bez prezerwatywy. I chociaż zostałam uzależniona od narkotyków, nie pamiętam, by ktokolwiek kiedykolwiek mi je wstrzykiwał, a sama z całą pewnością tego nie

zrobiłam. Im więcej się nad tym zastanawiałam, tym bardziej przychylałam się do wniosku, że to przez tatuaże. Ku zmartwieniu mamy, moją skórę pokrywa spora ilość tuszu. Niektóre tatuaże mam piękne – wzdłuż lewej ręki, aż do nadgarstka biegnie śliczny motyw łańcuszka z kwiatów. Inne są trochę bardziej prymitywne i pewnie mniej, niż należało, zwracałam uwagę, jak były robione. Jednak gdziekolwiek bym się zaraziła, znaczenie miało tylko to, że złapałam tego wirusa. A w dodatku moja choroba okazała się wyjątkowo paskudna. Jasne, myślałam. Znowu to samo. Lekarze stanowczo twierdzili, że zanim w ogóle będę mogła marzyć o rozstaniu z metadonem, najpierw muszę wyleczyć się z zapalenia wątroby. Poddano mnie serii badań, żeby ocenić moje „wirusowe obciążenie”. Brzmiało to naprawdę okropnie, a wyniki bynajmniej nie poprawiły mi humoru. – Zapowiada się niełatwo – usłyszałam. – Znaleźliśmy spory ładunek wirusa. Szczerze mówiąc, leczenie będzie dla pani piekłem. A więc wszystko po staremu. Pierwsze, co musiałam zrobić, to przez trzy miesiące nie tknąć alkoholu. Kiedy było najgorzej – a przynajmniej ostatnio najgorzej – dzień w dzień wypijałam ćwiartkę wódki. Ponieważ wirusowe zapalenie wątroby typu C rzecz jasna atakuje wątrobę, gdzie cała ta gorzałka w końcu lądowała, lekarze chcieli być pewni, że w moim ciele nie ma już ani kropli żadnego trunku. Samo leczenie zostało zaprogramowane na dwadzieścia osiem tygodni – ponad pół roku ustawicznych zastrzyków i badań, kolejnych zastrzyków i kolejnych badań. Jak mnie uprzedzono, substancje, którymi faszerowałam organizm, poczyniły takie spustoszenia, że przez kilka dni po każdym zastrzyku groziło mi bardzo kiepskie samopoczucie. Jednym słowem, miałam być wykończona i ledwie się ruszać. W tej sytuacji musiałam wyszukać sobie jakieś stałe lokum. Eddie okazał mi niezwykle dużo serca i wsparcia, ale absolutnie nie mogłam narażać go na to, co się szykowało. Nawet gdybym dobrze znosiła kurację. I właśnie wtedy uśmiechnęło się do mnie szczęście. Rada miejska, z pomocą opieki społecznej znalazła mi mieszkanie. I to nie byle kwaterę, a uroczą kawalerkę w dobrej części miasta, z jedną sypialnią i cudownym widokiem na wzgórza hrabstwa Northumberland. Mama pojechała ze mną obejrzeć moją nową siedzibę. W pierwszej chwili dwie myśli przemknęły mi przez głowę. Że to mieszkanko wygląda na miejsce, w którym wreszcie mogłabym się zadomowić. I: O kurczę, kto pomalował sypialnię na jaskrawy pomarańcz, a całą resztę na morski błękit z rzygliwym falistym wzorkiem? Wymieniłyśmy z mamą spojrzenia i nagle obie wyszczerzyłyśmy zęby w uśmiechu. Czekał nas kawał roboty!

Dobrze, że mama właśnie rzuciła pracę, więc przez następne trzy miesiące – podczas gdy moje ciało uwalniało się od wszelkich śladów alkoholu – mogłyśmy wspólnie uwalniać się od wszelkich śladów pomarańczy i falistych błękitów. Kiedy skończyłyśmy, w małym mieszkanku czułam się już jak w domu, a z mamą nigdy w życiu nie byłyśmy sobie bliższe. Po raz pierwszy od wielu lat zaczęłam naprawdę wierzyć, że czeka mnie jakaś przyszłość. Ale przedtem należało pokonać zapalenie wątroby. Wkrótce po rozpoczęciu kuracji zrozumiałam, że mój doktor wcale nie przesadzał: rzeczywiście, to było piekło. W każdy poniedziałek przez dwadzieścia osiem tygodni musiałam wstrzykiwać sobie interferon pegylowany, syntetyczną wersję białka, które powinno występować w organizmie i stymulować system immunologiczny do atakowania komórek wirusów. Efekty okazały się niemal natychmiastowe: przez trzy dni po zastrzyku dosłownie przewracałam się o własne nogi, z gorączką jak przy ciężkiej grypie. Stopniowo pojawiała się jedna przypadłość po drugiej. Najbardziej zauważalna była całkowita utrata włosów. Zawsze miałam bujną, kasztanową czuprynę, a tymczasem w ciągu kilku tygodni od rozpoczęcia kuracji kompletnie wyłysiałam. Stale również doskwierały mi mdłości – nie jakieś tam lekkie byle co, ale ostre nudności uderzające falami z głębi trzewi. Przy tym zaczęła mnie mocno swędzieć skóra i żadne drapanie nie przynosiło ulgi. Aż wreszcie doświadczyłam najgorszego: depresji. To dość powszechny efekt uboczny, połączony z kłopotami ze snem i nagłymi napadami lęku. Jednak w moim przypadku depresja była jeszcze głębsza, bo dopiero niedawno zaczęłam odzyskiwać nadzieję. Teraz znalazłam się z powrotem na dnie. Znowu. Tygodnie zastrzyków, gorączki i stałego fatalnego samopoczucia – psychicznego i fizycznego – ciągnęły się bez końca. Nawet własne nowe mieszkanie zaczęłam odbierać jak więzienie. Podczas kuracji niemal codziennie widywałam się z mamą, a ona robiła, co mogła, żeby mnie podnieść na duchu. To musiało być dla niej okropne, ale nadal się angażowała i trwała u mojego boku, obojętnie, jak bardzo byłam rozdrażniona i trudna do zniesienia. Jednak wszystko ma swój kres. Po raz ostatni poszłam na badania krwi i otrzymałam wieści, które tchnęły mi w płuca świeży powiew, a w ciało świeżą siłę: zostałam wyleczona z zapalenia wątroby typu C. Teraz nadeszła pora, by odwdzięczyć się mamie. Po procesie obiecałam, że postaram się skończyć z metadonem, więc uwolniwszy organizm od wirusa, byłam zdecydowana dotrzymać słowa. Najbardziej rozpowszechnionym sposobem wychodzenia z tego leku jest redukowanie dawek – bardzo, bardzo stopniowo, przez długi czas. Zwykle lekarz w

przychodni zaczyna od wstępnej dziesięcioprocentowej obniżki przez pierwsze dwa tygodnie, a potem miesiącami kontynuuje redukcję po pięć procent, aż uzależniony osiągnie magiczną dawkę dwudziestu miligramów. Ja przyjmowałam sześćdziesiąt miligramów dziennie, co oznaczało, że na początek mogłabym przeskoczyć do pięćdziesięciu czterech. Ale przy pięcioprocentowych etapach zejście z tego pułapu zajęłoby mi co najmniej siedem, osiem miesięcy. Dawka dwudziestu miligramów ma niemal status legendy. Zbierzcie uczestników programu redukcji metadonu, a najważniejszym pytaniem, które zaczną sobie nawzajem zadawać, będzie: komu ile zostało do dwudziestu. Dlaczego? Bo to ostatnia duża przeszkoda. Każdy lekarz, naukowiec i ćpun przyzna, że ostatnia dwudziestka jest najtrudniejsza, a ponadto zejście z niej do zera często kosztuje więcej czasu niż cała uprzednia redukcja. Jednym słowem, moich docelowych dwanaście tygodni wydawało się absurdem. Groził mi rok – może nawet dłużej – i to przy założeniu, że zdołam znieść stały głód narkotykowy towarzyszący ciągłemu zmniejszaniu dawek. Jednak coś się we mnie zbuntowało: ta kuracja nie mogła trwać aż tyle. Powiedziałam dwanaście tygodni i dokładnie to miałam na myśli. Chciałam zrzucić brzemię nałogu – zrzucić, żeby móc się cieszyć nadzieją na nowe życie. Żeby być normalną osobą z normalnymi przyjaciółmi, a nie narkomanką wśród narkomanów. Poza tym pragnęłam odwdzięczyć się mamie za wszystko, co dla mnie zrobiła. I dlatego, ignorując porady lekarskie, zaczęłam działać po swojemu. Odbiło mi? Oczywiście, każdy poradnik mówi, że im dłużej trwa program redukcji, tym większa szansa na długotrwałą abstynencję. Ale ja jestem Sarah Forsyth. Przeszłam przez piekło w Amsterdamie. Zmuszano mnie do uprawiania seksu z ponad tuzinem mężczyzn na dobę – a jednak przetrwałam. Byłam dziwką za narkotyki, z kokainowym nałogiem wartym pięćset funtów dziennie – a jednak przetrwałam. Tuż przed moimi zaćpanymi oczami ktoś, kogo znałam i lubiłam, został zabity strzałem w głowę – a jednak przetrwałam[12]. I mnie, Sarah Forsyth, miałby pokonać jakiś lepki i słodki, zielony psychotrop? Cholera, wykluczone! Ale nawet wielka determinacja nie chroni przed bólem. Od pierwszego dnia, kiedy wprowadziłam reżim gwałtownej redukcji, zaczęły się problemy. Moje ciało było w totalnym szoku. Wszystko mnie bolało. Czułam się, jakby z każdej kosteczki ktoś wydzierał szpik. O jedzeniu nie było mowy. Jeszcze najlepiej znosiłam napoje proteinowe. Głowa stale działała mi na najwyższych obrotach. Miałam wrażenie, że mój mózg prowadzi własne życie: w żaden sposób nie dawał się wyłączyć, dniem ani nocą. Byłam „na głodzie”. Prawie cztery miesiące, dzień w dzień, przedzierałam się przez to swoje osobiste piekło. Dwadzieścia cztery godziny na dobę, po siedem dni w tygodniu. Aż wreszcie powoli, och, bardzo powoli, zaczęłam dostrzegać światełko w tunelu.