Filbana

  • Dokumenty2 833
  • Odsłony753 580
  • Obserwuję556
  • Rozmiar dokumentów5.6 GB
  • Ilość pobrań513 890

John Harding - Siostrzyca

Dodano: 5 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 5 lata temu
Rozmiar :1.4 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

Filbana
EBooki
Książki
-J-

John Harding - Siostrzyca.pdf

Filbana EBooki Książki -J- John Harding
Użytkownik Filbana wgrał ten materiał 5 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 38 osób, 43 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 214 stron)

Spis treści Dedykacja *** Część pierwsza 1 2 3 4 5 6 7 8 9 Część druga 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30

31 32 Podziękowania Przypisy Metryczka książki

Dla Noraft

ŁABĘDZICA To był kwiecień, lecz pamiętam, Że mój nastrój był grudniowy, Gdy z jeziora mrocznej toni Ptak zraniony się wyłonił. Błysnął w słońcu białym piórem Z czarnych pereł w dziobie sznurem, A wewnętrzny głos mój krzykiem Niemal rozpękł serca dzwon. Zapatrzona w umieranie Śmierci wieczne dryfowanie, Czekałam, by jej duszę zabrał Bóg, Czując, że i ja przekroczę śmierci próg

1 Historia, którą mam do opowiedzenia jest osobliwa oraz niełatwa do przyswojenia i zrozumienia, dlatego bardzo dobrze się składa, że mam do tego zadania odpowiedni zasób słów. Jeśli wolno mi pokusić się o takie stwierdzenie, choć pewnie nie powinnam, uważam się za dziewczynkę bardzo elokwentną jak na swój wiek. Niezwykle elokwentną, mówiąc wprost. Jednakże z powodu surowych poglądów mego wuja na temat edukacji kobiet, ukryłam moją elokwencję, podłóżkowałam ją, trzymając wszelkie formy wysławiania, poza najprostszymi, zakratowione wewnątrz umysłu. Ta skrytość weszła mi w nawyk pod wpływem dręczącego mnie lęku, mojej wielkiej obawy, iż mówiąc to, co myślę, wyda się, że do czynienia miałam z książkami i biblioteka zostanie zakazana. A, jak wyjaśniłam biednej pannie Whitaker (na krótko zanim utragiczniła się na jeziorze), nie byłabym w stanie tego znieść. Blithe House jest jak wielka stodoła, to wielopokojowa, nieprzystępna, kamienna rezydencja, tak rozległa, że mój młodszy brat, Giles – prędki w biegach miast w myśleniu – potrzebuje ponad trzech minut, by przebiec z jednego końca na drugi. To dom uniewygodniony i sfatygowany przez ostrożność i zaciskanie kiesy (odkąd nieobecny wuj stracił nim zainteresowanie). Ucieleśnienie zaniedbania, na wskroś przecieknięte, przegniłe, zaowadzone i przerdzewiałe, zimnoprzeciągowione, marnie oświetlone i oblezione mrocznymi kątami do tego stopnia, że choć mieszkam tu odkąd sięgnę pamięcią, czasem, szczególnie zimowym wieczorem, podczas znikliwości zmierzchu, przyprawia mnie o nieliche dreszcze. Blithe ma dwa serca, jedno ciepłe, jedno zimne; jedno jasne, drugie zaś zacienione nawet w najsłoneczniejszy dzień. Kuchnia, z zawsze oparzająco gorącym piecem, jest weselona przez grubą Meg, naszą kucharkę, całą w uśmiechach i ułokciowaną w mące, często adorowaną przez Johna, służącego, który liczy na całusa, ale cieszy go także mączne pacnięcie. Obok, z ogniem huczącym dziewięć miesięcy w roku, znajduje się salon gospodyni, gdzie można znaleźć panią Grouse albo ufotelowaną, albo zabiurkowaną z mozaiką papierów, próbującą, jak sama mówi, „rozróżnić głowę od ogona” bieżących spraw, żeby – co wydaje mi się sprzeczne – związać koniec z końcem. Razem te dwa pokoje tworzą jedno z serc – ciepłe. Serce zimne (lecz nie dla mnie! Ach, nie dla mnie!) bije w drugim końcu

domu. Niekochana i nieodwiedzana biblioteka nie mogłaby bardziej różnić się od kuchni – nierozpalona, chłodna nawet w letniej upalni, lodowata zimą, o oknach uciemnionych nigdy nieodsłanianymi ciężkimi zasłonami, przez co muszę kraść świece, by móc tam czytać, a potem zdrapywać z podłogi ich grzeszne nakapanie. Od końca do końca mierzy moje sto cztery obute stopy, a szeroka jest na trzydzieści siedem. Trzech mężczyzn, stojących jeden na drugim, z trudem sięgałoby sufitu. Każdy cal ściany – poza drzwiami, zdobionymi zasłonami oknami i siedzeniami pod spodem – od podłogi do sufitu zajmują drewniane półki, wszystkie całe w książkach. Pokojówki nigdy tu nie zaglądają, o czym świadczą podłogi nietknięte miotłą i nieznaczone podeszwą, bo i po co? Półki pozostają nieupalcowane, pomagające sięgać wysoko drabiny na kółkach nieruszone, gdy tymczasem książki błagają o otwarcie w ciszy zalegającego je wszystkie pyłu lekceważenia. Zawsze tak było (poza czasami guwernantkowymi, o czym później). Przynajmniej o ile sobie przypominam, albowiem po raz pierwszy zwędrowałam tu jedną trzecią życia temu, gdy miałam lat osiem. Byliśmy wtedy wciąż jeszcze nieuguwernantkowani, ponieważ Giles, młodszy ode mnie o trzy lata, a to dla niego przeznaczono nauczanie, był ponoć za mały na szkołę, a raczej jakąkolwiek naukę. Wchowanegowaliśmy się któregoś dnia, kiedy otworzyłam dziwne drzwi, które dotąd były zamknięte na klucz, a przynajmniej tak myślałam ze względu na ich niewzruszoność, której moje młodsze ja nie było w stanie zmóc. Otworzyłam je, żeby się przed nim schować i odkryłam tę wielką skarbnicę słów. W jednej chwili zapomniałam o zabawie, odpółkodopółkowałam, wyciągając książkę za książką, wewnątrz każdej odkrywając kichawnicę kurzu. Oczywiście, wtedy jeszcze nie umiałam czytać, jednak w jakiś sposób to potęgowało moje zaskoczenie i fascynację na widok tych tysięcy – czy raczej milionów – zakodowanych linijek nierozszyfrowywalnego druku. Wiele książek było ilustrowanych, drzeworytowanych i kolorowanych, z frustratorium napisów pod nimi, z których każdy uświadomił mi nieszczęsną niemoc palcośledzenia. Później, gdy już zbesztano mnie za zniknięcie na tak długi czas, że pani Grouse wysłała wszystkich na poszukiwania, nie tylko pokojówki, ale także naszą mączystą Meg i Johna, zapytałam ją, czy nauczy mnie czytać. Wyinstynktowałam, że najlepiej będzie nie wspominać o bibliotece i zlękło mnie jej pytające spojrzenie, gdy powiedziała:

– Moja panno, skąd też ci to przyszło do głowy? To było jedno z tych pytań, na które najlepiej nie odpowiadać, bo jeśli tylko pomilczeć, dorośli zawsze zajmą się czymś innym – brak im dziecięcego uporu. Pani Grouse głęboko westchnęła moje pytanie. – Prawda jest taka, panienko Florence, że nie jestem przekonana, czy wuj panienki by sobie tego życzył. Wyjaśnił mi swoje poglądy na temat edukacji młodych kobiet. Sądzę, że powiedziałby, że nie czas na to. – Ale pani Grouse, proszę, on nie musiałby o tym wiedzieć. Ja nikomu bym nie powiedziała, a gdyby niespodziewanie nas odwiedził, schowałabym książkę za plecami i wepchnęła pod poduszki fotela. Mogłaby mnie pani uczyć w swoim salonie i nawet służba nie musi o tym wiedzieć. Roześmiała się wtedy, a potem wypoważniała i ściągnęła brwi. – Przykro mi, panienko Florence, chciałabym, naprawdę, ale to dalece wykraczałoby poza moje kompetencje. Przywołała na twarz uśmiech, który stale czekał na okazję, by się tam pojawić. – Ale coś panience powiem, zostało jeszcze trochę z funduszu na utrzymanie w tym miesiącu, może wystarczy na nową lalkę. To jak, młoda damo, co powiesz na nową lalkę? Zgodziłam się na nową lalkę. Lepiej było uchodzić za przekupioną. Jednak jej odmowa pomocy, daleka od zniechęcenia mnie, odwrotnoskutkowała i jedynie uparła moje postanowienie. Powoli i z wielką trudnością nauczyłam się czytać sama. Kręciłam się po kuchni i kradłam litery Johnowi za każdym razem kiedy czytał gazetę. Wskazywałam na „s” albo „b” i pytałam o ich brzmienie. A pewnego dnia w bibliotece, przypatknęłam się na dziecięcy elementarz i dzięki niemu, i zasłyszanym to tu, to tam informacjom w końcu złamałam ten szyfr. Tak zaczęła się pokryjomość mojego życia. W latach wczesnego dzieciństwa oboje mieliśmy wiele swobody, przez większość dnia mogliśmy bawić się, w to na co tylko przyszła nam ochota. Obowiązywały jedynie dwie zasady – nie wolno nam było zbliżać się do starej studni, chociaż i tak była zakryta deskami i kamiennymi płytami, których nie zdołalibyśmy unieść, a więc była to po prostu jedna z tych rzeczy, którymi dorośli lubią się zadręczać, choć wcale nie stanowiła dla nas zagrożenia. Po drugie, mieliśmy trzymać się z dala od jeziora, które w pewnych miejscach mogło być bardzo głębokie. I pewnie takie było. To zachowanie typowe dla dorosłych – widzieć

niebezpieczeństwo tam, gdzie go nie ma, szukać go w jeziorze czy studni, które stają się groźne dopiero w obliczu złej woli i zaniedbania. Jednak ci sami, ostrożni dorośli byli całkowicie nieświadomi prawdziwego, grożącego nam – dzieciom, niebezpieczeństwa, albowiem w przeciwieństwie do nas, mimo rozprawiania o tym jak to dom pełen jest duchów i upiorów, dawno już przestali słyszeć niewyjaśnione odgłosy kroków w ciemnościach. Poza bieganiem, mój brat Giles nie ma wielu talentów, ale jak mało kto potrafi dochować tajemnicy. Kiedy zabierałam go do biblioteki, książki niewiele go obchodziły, chociaż potrafił na godzinę czy dwie zająć się kolorowymi rycinami z wizerunkami ptaków i motyli. Zadowalał się urwisowaniem w górę i w dół po drabinach, wspinaniem się po półkach albo chowaniem za zasłonami, a czasem po prostu bawił się na zewnątrz. Już wtedy można było ufać mu, że będzie trzymał się z dala od jeziora i od wścibskich oczu pani Grouse. Ja tymczasem spędzałam całe godziny na czytaniu, a sypialnię zmieniłam w szmuglownię książek, ponieważ moja nieobecność, choć za dnia uchodząca bez komentarza, wieczorami z pewnością zwróciłaby czyjąś uwagę. Gdy Giles skończył lat osiem i posłano go do szkoły, moje życie, oczywiście, zmieniło się w spektakl bez widowni. Mogłam chadzać dokąd chciałam. Ta część domu przeważnie nie była odwiedzana, a ja zrobiłam się na tyle odważna, że z rzadka martwiłam się, czy ktokolwiek zobaczy jak wchodzę lub wychodzę z biblioteki, czy że zaniepokoję rezydujący tam kurz. Tym sposobem przyswoiłam „Zmierzch i upadek”[1] Gibbona, powieści Sir Waltera Scotta, Jane Austen, Dickensa, Trollope’a, George’a Elliota, poezje Longfellowa, Whitmana, Keatsa, Wordswortha i Colleridge’a, opowiadania Edgara Allana Poe. Było tam wszystko. Lecz jeden pisarz górował ich razem wziętych. Szekspir, oczywiście. Zaczęłam od „Romea i Julii”, przeszłam do historyczności i w krótkim czasie uporałam się z cała resztą. Płakałam nad królem Lirem, bałam się Otella, a Makbet napawał mnie przerażeniem. Hamleta wprost uwielbiałam. Sonety mnie spłakały. Ponad wszystko zakochałam się w pentametrze jambicznym, co jest dziwną pasją u jedenastolatki. To, co podobało mi się w Szekspirze najbardziej, to swoboda i lekkość, z jaką władał słowami. Zdawało się, że jeśli nie było słowa wyrażającego to, co chciał powiedzieć, po prostu wymyślał własne. Bardował język. W dziedzinie wymyślania słów nie urodził się taki, który zdołałby go

przewyższyć. Kiedy dorosnę i sama będę pisarką, co do czego nie mam wątpliwości, zamierzam wyszekspirować kilka własnych słów. Już zaczęłam ćwiczyć. Od zawsze moją największą ambicją było zobaczyć sztuki Szekspira na scenie, ale stąd do Nowego Jorku nie ma ani jednego teatru, co ubeznadziejnia moje życzenie. Zeszłego lata, niedługo przed tym, zanim Gilesa posłano do szkoły, ludzie z posiadłości obok – Van Hoosierowie, przyszli do nas z wizytą. Mieli syna, Theodora, parę lat starszego ode mnie, jedynaka, którego najchętniej odurodziliby. Mieszkali w Nowym Jorku przez większą część roku i tylko latem pokonywali około stu mil, żeby skryć się tu przed miejskim gorącem. Młodzieńca nie miał kto zabawiać, więc ekscytował się mnieznajdowaniem. Siedział i cały czas gapił się cielęcymi oczami. Potem pani Grouse zaproponowała, żebym pokazała Theodorowi jezioro. Akurat niefortunnęło, że tego dnia Giles leżał chory w łóżku, przykuty doń przez ostry atak migreny. Mój brat jest tak chorowity, jak ja jestem zdrowa; zapada na choroby wystarczająco często za nas dwoje, podczas gdy ja nie mam czasu na niedyspozycje, mając na głowie całe to opiekowanie i martwienie się. Nieobecność Giles’a, gdy młody Van Hoosier i ja zażywaliśmy zewnętrza, dała memu gościowi wolną rękę. Utrapiał mnie, owładnięty obsesją, żeby zdobyć pozwolenie na pocałunek. Nie byłam temu całkowicie przeciwna będąc niewiele młodszą od Julii, gdy tą romansowano, lecz młodemu Van Hoosierowi daleko było do Romea. Miał dużą głowę i oczy jak piłeczki, wystające z oczodołów. Wyglądał niczym gigantyczny owad. Ja jestem wysoka jak na swój wiek, ale Theo był jeszcze wyższy, acz o połowę chudszy. Tyczkował nade mną, czym jedynie mnie do siebie zrażał, gdyż nigdy nie należałam do tych, którzy potrafili znieść, gdy patrzy się na nich z góry. Ławeczkowaliśmy ramię w ramię nad brzegiem jeziora, a ja odsunęłam się na drugokoniec, gdyż znajdowałam jego atencje irytującymi, i już gotowa byłam wstać i odejść, lecz wtedy napomknął, na pewno w nawiązaniu do mojej wzmianki o Szekspirze, że widział „Hamleta”. Zuważniałam, usiadłam prosto i spojrzałam na niego jakby po raz pierwszy. Może jednak ten chłopiec nie był tak nieuksiążkowiony, za jakiego z powodzeniem uchodził. Wyczuwałam drzemiący w nim potencjał. Zaproponowałam mu układ. Postanowiłam zezwolić mu na upragniony pocałunek, jeśli napisze dla mnie miłosny wiersz. Cóż... Wyciągnął notes i ołówek, i natychmiast zabrał się do dzieła. Nie

minęła chwila, a już wydzierał z niego i wręczał mi zapisaną kartkę, co było całkiem imponujące, chociaż ośmielam się twierdzić, że zgadujesz, co było dalej. Niemądra dziewczyna, chciałam, żeby podarował mi letni dzień, naprawdę myślałam, że mógłby to zrobić. Zamiast tego, oczywiście jedynie prymitywnie zrymował i, po wymuszeniu pocałunku, który uważał za należny, zostawił mnie płaczącą nad jeziorem. Nie dość, że całował prostacko, to jeszcze przegrywał z Longfellowem o kilka długości. Oto jak kończyła się oda Van Hoosiera, żeby wszystko było jasne: Któż, z choć odrobiną inteligencji, Nie chciałby pocałować Florencji?

2 Gilesa posłano do szkoły zeszłej jesieni. Ukończył zaledwie osiem lat i nie wyróżniał się na tle klasy, na którą składali się inni chłopcy z bezszkolnych mieścin, takich jak Blithe. Nie bez trudności, John, pani Grouse i ja, zaprzężoną w konie dwukółką dowieźliśmy go na stację, żeby wsadzić do pociągu jadącego do Nowego Jorku, gdzie nauczyciele ze szkoły mieli go odebrać. Odpłakiwaliśmy go na peron, a przynajmniej tak było w przypadku moim i pani Grouse, albowiem John mężnie toczył bój ze swą drżącą dolną wargą. Giles natomiast był szczęśliwy i roześmiany. Nie pamiętał, by kiedykolwiek wcześniej zdarzyło mu się podróżować pociągiem i na swój prosty, dziecięcy sposób nie myślał o dalszym ciągu tej przygody. Usiadłszy na miejscu, zzaoknował nas uśmiechami i machaniem, a ja, przygryzając wargę, starałam się oduśmiechać równie wesoło. Było to jednak niezwykle trudne i cieszyłam się, gdy wreszcie pociąg ruszył, a mój brat zniknął w kłębach pary. Droga powrotna upływała mi pod znakiem osamotnienia. Całe życie ja i Giles byliśmy nierozłączni, a więc czułam się tak, jakby odjęto mi kończynę. Jak poradzi sobie bez mojej opieki, bez siostry, która tak dobrze rozumiała jego słabe strony i kochała go za nie? Chociaż moje doświadczenie w kontaktach z chłopcami ograniczało się do Gilesa i niemądrego Van Hoosiera, z literatury wiedziałam jak okrutnili się nad sobą nawzajem, a już szczególnie w szkołach z internatem. Ledwo odzyskałam panowanie nad sobą, a na myśl o moim małym Gilesie prześladowanym i dręczonym przez pozbawionych moralnego kręgosłupa podleców, znów całkowicie się rozkleiłam. Gdy zaczęliśmy zbliżać się do Blithe House i dwukółka skręciła z drogi na długi podjazd, ualejowany potężnymi dębami, na których roiło się od gawronich gniazd, zrobiło mi się ciężko na duszy. Nie wiedziałam jak miałam znieść tę nową, ułomną rzeczywistość. Większość dziewcząt w moim wieku i o mojej pozycji społecznej już dawno byłaby uguwernantkowana, lecz rozumiałam, że takie życie nie było przeznaczone dla mnie. Poprzez ostrożne, podchwytliwe podpytywanie pani Grouse oraz dzięki jednej lub dwóm wskazówkom podrzuconym przez Johna i ogólnemu podsłuchiwaniu krążących wśród służby plotek, pokrokowo wydedukowałam, dlaczego. Wuj mój, niegdyś przystojny młodzian, czego dowodem był portret olejny wiszący nad zakrętem głównej klatki schodowej,

był żonaty, a jeśli nie żonaty, to zaręczony lub przynajmniej wielce zakochany w młodej kobiecie, a stan ten trwał wiele lat. Owa młoda dama była porażająco piękna, jednakże nie byli sobie równi pod względem wytworności i wykształcenia, choć z początku nie wydawało się to istotne. Wszystko przepowiadało się dobrze, dopóki nie zaczęła myśleć (lub raczej póki wuj nie podsunął jej tych myśli), że w porównaniu z nim cierpiała niedostatki w zakresie zagadnień intelektualnych i kulturalnych, a ich wspólne życie wzbogaciłoby się znacznie, gdyby mogli dzielić nie tylko miłość, lecz także sprawy umysłu. I młoda dama zapisała się na liczne kursy w nowojorskim college’u. Cóż... Można domyślić się, co było dalej. Nie minęło wiele czasu, a stała się uksiążkowioną i umuzykowioną kobietą, obeznaną w teatrze, poezji i filozofii, jednym słowem tak na wskroś wypełnioną pomysłami, że wkrótce zaczęła manowcować – zapewne pijąc, paląc i dopuszczając się wszelkich innych mrocznych uczynków, w wyniku czego uznała, że przewyższyła mego wuja intelektualnie i naturalną koleją rzeczy zaczęła patrzeć na niego z góry. I, co było nieuniknione, wykształcony umysł podpowiedział jej sercu innego. A przynajmniej tak myślę, chociaż nie pamiętam teraz dokładnie ile z tego podsłuchałam, a ile podpowiedziała mi wyobraźnia, jak to ma w zwyczaju. Tak oto mój wuj stał się przeciwny edukowaniu kobiet. Z tego co zauważyłam, nawet sam się nieco odkulturalnił. Zamknął Blithe House, zostawił bibliotekę, by spróchniała i przeniósł się do Nowego Jorku, gdzie, jak myślę, nie zdołałby zmieścić takiej ilości książek. Nie miałam pojęcia jak spędzał bez nich czas, gdyż nigdy go nie spotkałam, jednak zawsze wyobrażałam go sobie ufotelowanego, z brandy i cygarem, wpatrującego się w coś niewidzącymi oczami, a jego niegdyś przystojna twarz, teraz napiętnowana była tragedią. Widziałam go pogrążonego w myślach o tym, jak edukacja zgubiła jego ukochaną i zrujnowała mu życie. Samotniłam się po domu, otwierając drzwi i wzbijając kurz w nieużywanych sypialniach. Czasem kładłam się na którymś z łóżek i wyobrażałam sobie, że jestem osobą, która kiedyś w nim spała. W taki sposób zaludniałam dom widziadłami byłych domowników, zjawami całej rodziny, i kiedy słyszałam niezidentyfikowane odgłosy dobiegające ze strychu nade mną, nie godziłam się na przekonanie, że to tylko myszy. Zamiast tego fantazja podpowiadała mi obraz małej dziewczynki, podobnej do tej, jaką zapewne sama kiedyś byłam, ubranej w białą sukienkę pasującą do jej bladej

twarzy, tańczącej na gołych deskach, lekko niczym baletnica. Blithe było rezydencją opuszczoną przez ludzi, a dojrzałą do opanowania przez duchy, więc myśl, że ta dziewczynka może istnieć naprawdę, zawsze przypominała mi zabawy z Gilesem. Chcąc wstrzymać łez strumienie, zajmowałam się praktycznościami i szukałam nowych kryjówek do wykorzystania, gdy wróci pod koniec semestru, a kiedy już mi to brzydło, co bezlitośnie zdarzało się coraz częściej, przechodziłam do bibliotekowania i zakopywałam się w tym zimnym sercu, które stopniowo stawało się moim prawdziwym domem. Pewnego ranka – bardzo dobrze to pamiętam – zasiadłam do lektury „Tajemnic zamku Udolpho”[2] i po, jak sądziłam, dwóch czy trzech godzinach, gdym ją niemal ukończyła, dotarł do mnie jakiś zzaoknowy dźwięk, a był to nawołujący męski głos. Jakikolwiek ludzki głos dochodzący z dworu był w Blithe anomalią, gdyż jedynie John pracował na zewnątrz, a ponadto, w przeciwieństwie do mnie, nie miał w zwyczaju rozmawiać sam ze sobą. Po wyjeździe Gilesa, i ukróceniu tym samym naszych zabaw, wszędzie było wyjątkowo cicho, dlatego powinnam była natychmiast, niezwykle zaskoczona, dokładnie zbadać sprawę, jednak moja gotycka powieść tak mnie pochłonęła, że hałas ten nie zdołał mnie zaciekawić, a jedynie zirytował. W końcu głos zaczął niknąć, póki nie zamarł zupełnie, a może porwał go rosnący w siłę jesienny wiatr. Zdążyłam porozkoszować się jeszcze kilkoma stronami powieści, gdy usłyszałam czyjeś kroki, więcej niż jednej osoby, coraz głośniejsze, zbliżające się w moim kierunku, a potem jeszcze trochę krzyków, lecz tym razem wewnątrz domu. Nastąpiło nerwowe dreptanie i szuranie w korytarzu, i usłyszałam głos Mary, służącej, nawołujący: „Panienko Florence! Panienko Florence!”. A potem drzwi do biblioteki otworzyły się i, nie przerywając nawoływania, Mary weszła do środka. Zamarłam. Tak się złożyło, że ulokowałam się tyłem do drzwi, w dużym fotelu o wysokim oparciu, które otulało mnie z obu stron, znikając przed każdym, kto stanąłby za mną i pozostał w progu pokoju. Serce podskoczyło mi w piersi. Gdyby mnie nakryto, byłby to koniec mego życia. Nigdy więcej książek. Usłyszałam głos Meg. – Nie ma jej tu, głuptasie. Co też miałaby tu robić? Ta dziewczyna nie

umie czytać. Nie pozwolono jej na to. Modliłam się w duchu, by nie zauważyły tych wszystkich upalcowanych przeze mnie grzbietów książek, śladów moich stóp na zakurzonej podłodze. – Może i tak – odparła Mary – ale gdzieś przecież musi być. Potem dało się słyszeć trzask zamykanych drzwi i moje westchnienie ulgi. Zamknęłam książkę ostrożnie i upewniłam się, że odkładam ją na jej właściwe miejsce na jednej z półek. Zakradłam się do drzwi, przyłożyłam do nich ucho i nasłuchiwałam. Nic. Szybko i cichutko jak myszka otworzyłam drzwi, wyszłam i zamknęłam je za sobą, po czym popędziłam korytarzem, aby znaleźć się jak najdalej od mego sanktuarium, nim zostanę znaleziona. W drodze do kuchni zastanawiałam się, skąd to całe zamieszanie. Najwyraźniej wydarzyło się coś, co wymagało mojej natychmiastowej obecności. Przechodząc na palcach obok bawialni, usłyszałam dochodzące stamtąd głosy, a gdy weszłam do kuchni, przerwałam Meg i młodej Mary ożywioną rozmowę. Na dźwięk otwierających się drzwi ucichły i spojrzały na mnie z mieszaniną zaskoczenia i ulgi. – Dzięki Bogu, jest panienka – powiedziała Meg, odmączając rękę zamaszystym ścierkowaniem. – Czy masz pojęcie, która jest godzina, młoda damo? – spytała, wskazując ruchem głowy na wielki zegar, wiszący naprzeciwko pieca, więc spojrzałam na tarczę. Wskazówki oznajmiały, iż było już pięć minut po trzeciej. – A-ależ to niemożliwe – wymamrotałam. – Zegar musi źle chodzić. Nie mogło zrobić się aż tak późno. – Zegarowi nic nie dolega, moja panno – odparła Meg ostro. – Za to, za pozwoleniem, to z panienką jest coś nie w porządku. Na pewno dostanie się panience od pani Grouse, tak się wszyscy zamartwiali. Gdzie się u licha panienka podziewała? Nim zdążyłam odpowiedzieć, usłyszałam za sobą kroki i odwróciłam się, by stanąć twarzą w twarz z panią Grouse. – P-pani Grouse, ja... przepraszam... – zająknęłam się i urwałam. Na jej twarzy, z policzkami zaróżowionymi od przecinających je, przypominających deltę Missisipi sieci spękanych żyłek i ich dopływów, widniał szeroki uśmiech. – Zostawmy to teraz, moja droga – powiedziała uprzejmie. – Masz gościa.

Odwróciła się i ruszyła na korytarz. Ja tymczasem wrosłam w ziemię tam, gdzie stałam. Gość! Któż to mógł być? Nikogo nie znałam. Poza, oczywiście, moim wujem! Nigdy go nie spotkałam i wiedziałam o nim niewiele ponad to, że zgodnie z portretem był bardzo przystojny, co potwierdzi po przyjeździe panna Whitaker. Pani Grouse zatrzymała się i zwróciła do mnie: – Chodźmy, nie możesz kazać mu czekać. Jemu! Czyli to jednak wuj! Może teraz mogłabym wreszcie zadać mu te wszystkie pytania, które cisnęły mi się na usta. O moich rodziców, o których pani Grouse podobno nic nie wiedziała, jako że razem z całą służbą przybyła do Blithe dopiero po ich śmierci. O moją edukację. Być może, jeśli zobaczyłby mnie na własne oczy, jako prawdziwą, żywą, młodą istotę, miast jedynie pojawiającego się w listach imienia, ugiąłby się i zezwolił na guwernantkę dla mnie lub przynajmniej na książki. Może mogłabym go oczarować i pokazać, że nie jestem taka jak ona, ta kobieta, która uciekła od niego na skrzydłach wykształcenia. Pani Grouse zatrzymała się przed drzwiami bawialni i gestem nakazała, abym weszła pierwsza. Usłyszałam dobiegające z wnętrza chrząknięcie, które sprawiło, że sama miałam ochotę odchrząknąć. Weszłam nerwowym krokiem do pokoju i stanęłam jak wryta. – Theo Van Hoosier! Co ty tutaj robisz? Nie powinieneś być w szkole? – Astma – rzekł przepraszająco. A potem dodał z triumfem: – Mam astmę! – N-nie rozumiem. Podszedł do mnie i uśmiechnął się. – Mam astmę. Odesłano mnie ze szkoły do domu. Matka przywiozła mnie tutaj, żebym odzyskał zdrowie. Uważa, że z dala od miasta i na świeżym powietrzu będzie mi lepiej. Pani Grouse zaczęła krzątać się po pokoju. – Czyż to nie wspaniale, panienko Florence? Wiedziałam, że się panienka ucieszy. – Skinęła głową w stronę Theo. – Oczywiście nie dlatego, że ma pan astmę, panie Van Hoosier, ale dlatego, że będzie pan mógł nas odwiedzać. Panienka Florence była taka nieszczęśliwa, odkąd panicz Giles wyjechał do szkoły, nic tylko wałęsała się samotnie po domu. Będziecie mogli dotrzymać sobie wzajemnie towarzystwa. – Mogę odwiedzać was codziennie – powiedział Theo. – Jeśli panie

pozwolą, oczywiście. – N-nie jestem pewna – wymamrotałam. – Możliwe, że... będę zajęta. – Zajęta, ależ panienko Florence – stwierdziła pani Grouse. – Czym też panienka mogłaby być zajęta? Nie zna się panienka nawet na szyciu. – A zatem znaczy to, że mogę? – spytał Theo. Posłał mi uśmiech ciamajdy. – Czy mogę cię odwiedzać? Proszę. Stał, skubiąc rondo trzymanego w dłoni kapelusza. Miałam ochotę napluć mu w oko, ale było to wykluczone. Przytaknęłam więc: – Sądzę, że tak, ale tylko po lunchu. – Pysznie! – odparł i natychmiast zaniósł się kaszlem, a napad ten trwał, dopóki nie wydostał z kieszeni marynarki małej, metalowej butelki z gumową końcówką, wyglądającej jak buteleczka perfum. Skierował ją ku swojej twarzy i przycisnął malutką gruszkę na samej górze, uwalniając wprost do ust obfitą mgiełkę, która zdawała się łagodzić kaszel. Zaciekawiłam się na niego, a potem na buteleczkę. – Wyciąg z bazylii i Ma Huang – rzekł. – To wynalazek tutejszego doktora Bradleya. Posłałam mu spojrzenie pełne konsternacji. – Pierwszy pozyskuje się z liści ziela bazylii azjatyckiej, a drugi z chińskiego ziela od dawna stosowanego w leczeniu astmy. To wspaniała koncepcja doktora Bradleya, żeby połączyć je z sobą w formie płynu i stosować wprost do gardła dla szybszego działania. To faza eksperymentalna tego projektu, a ja jestem pierwszym badanym pacjentem. Specyfik zdaje się działać. Po tej wypowiedzi nastąpiła niezręczna cisza, podczas której Theo powoli zdawał sobie sprawę, iż temat ten nie zajmował mnie równie mocno jak jego. Następnie ponownie kieszonkując butelkę, zdołał jeszcze upuścić kapelusz, a gdy i on, i pani Grouse schylili się, żeby go podnieść, zderzyli się głowami, co przyprawiło go o kolejny atak kaszlu i duszności. Wreszcie, gdy przestał kasłać, a w ręku znów mógł nerwowo miąć kapelusz, uśmiechnął się do mnie słabo i rzekł: – Czy w takim razie moja pierwsza wizyta może odbyć się teraz? W końcu jest już po lunchu. – Być może jest po twoim – odparłam – lecz mój lunch jeszcze przede mną. Odwróciłam się i wymknęłam z pokoju z całym opanowaniem

i pewnością siebie, na jakie było mnie stać, w nadziei, że pozbywając się Theo nie przypomniałam pani Grouse o tym, że wcześniej zniknęłam na tak długo.

3 Nagle moją egzystencję uniewygodniono. Byłam w poważnym kłopocie. Przede wszystkim ryzyko, że następnym razem służba mnie znajdzie oraz wizja związanych z tym reperkusji wymagały, abym nigdy więcej nie spóźniła się na którykolwiek z posiłków. Choć z pozoru błahy, nawyk ten nie był jednak łatwy do wprowadzenia w życie. Nie posiadałam czasomierza. Jednakże przy późnym lunchu, podczas którego pani Grouse była tak dalece pochłonięta rozprawianiem na temat Theo Van Hoosiera, że nie przyszło jej do głowy przepytywać mnie na okoliczność mojego wcześniejszego zniknięcia, uprzytomniłam sobie na temat biblioteki coś, co mogło uwolnić mnie z całego zasupłania, dlatego wymknęłam się tam, gdy tylko skończyłam posiłek. Głęboko w ciemnym kącie, niemy i niezauważony, stał stary dziadunio zegar. Duży, wyższy ode mnie, choć nie tak wysoki jak Theo Van Hoosier, którego zbliżające się codzienne wizyty niemal w pył obróciły moją radość z tego znaleziska. Ostrożnie otworzyłam pudło, tak jak to zwykł robić John z innymi zegarami w całym domu, i rozpoczęłam poszukiwania klucza. Myślałam, że okażę się niefartowną, gdy pustoręcznie sięgałam, żeby na powrót zamknąć drzwiczki, lecz wtedy rozległ się cichy brzęk. Małym palcem zaczepiłam o coś wiszącego na malutkim haczyku i w ten sposób znalazłam klucz. Włożyłam go w dziurkę tarczy i zaczęłam nakręcać zegar, pamiętając o tym, żeby przestać, gdy napotkam opór, albowiem John ostrzegał mnie, że z powodu przekręcenia sprężyn wiele czasomierzy zakończyło żywot przedwcześnie. Zapamiętałam godzinę, o której wyszłam z kuchni i na wszelki wypadek dodałam jeszcze piętnaście minut na dotarcie do biblioteki oraz znalezienie klucza. Zegar charakteryzował się satysfakcjonująco głośnym tykaniem i pomyślałam sobie, że wreszcie nie będę się czuła taka samotna. Teraz byłam tam ja, książki i serce pokrewne mojemu, nawet jeśli jedynie ze względu na powtarzalność uderzeń. I co więcej, nie był to Theo Van Hoosier. Oczywiście, ledwie uruchomienie zegara zdołało rozwiązać jeden problem, pojawił się następny. Przecież, jeśli ktokolwiek zajrzy do biblioteki, z pewnością zauważy głośne tykanie i niechybnie zacznie zastanawiać się, kto uruchomił i nakręcał zegar oraz kto tu w ogóle wchodził. Skwitowałam to jedynie wzruszeniem ramion. Niechaj będzie i tak. Musiałam mieć możliwość

kontrolowania ilości czasu spędzanego w bibliotece, inaczej zostanę nakryta. Poza tym, przez wszystkie moje czytelnicze lata, nikt inny tu nie wchodził, więc uznałam za mało prawdopodobne, by miało się to w najbliższym czasie zmienić. Gdyby tak się jednak stało – trudno. Musiałam zaryzykować. Tego popołudnia ochłodziło się i spadł pierwszy jesienny śnieg. Obserwowałam go radośnie, żywiąc nadzieję, że uniemożliwi Theo Van Hoosierowi najbliższe wizyty. Z pewnością, jeśli astma nie pozwalała mu chodzić do szkoły, nie powinien także brnąć przez śniegi. Trzymałam więc kciuki i wyobrażałam go sobie zaastmowanego w domu, kreślącego na pocieszenie parę koślawych strof. Jednakże, wraz z tą obietnicą wybawienia, śnieg utrudnił mnie w inny sposób. A raczej związany z nim spadek temperatury. Nigdy nie zimowałam zbyt często w bibliotece, ponieważ nie palono w niej i mocno ziębiła, a poza tym miałam Gilesa, z którym zawsze znajdowaliśmy sobie inne ciekawe zajęcia. Chociaż będąc zagorzałą czytelniczką dzielnie starałam się wytrwać, palce tak mi marzły, że ledwie mogłam utrzymać książkę lub przewracać strony, nie mówiąc już o przytomnym śledzeniu czytanej fabuły. Wymknęłam się z pokoju i klatką schodową znajdującą się z tyłu domu weszłam na piętro, gdzie znalazłam sypialnię z łóżkiem pokrytym jedynie warstwą kurzu, lecz za to opatrzonym skrzynią, w której schowane były trzy grube koce. Zanoszenie ich do biblioteki było oczywiście dalece ryzykowne, ponieważ gdybym po drodze kogokolwiek napotkała, byłabym całkowicie niewytłumaczalną. A w przeciwieństwie do poręcznej książki, ciężkiego koca nie zdołałabym wsunąć pod sukienkę. Niemniej jednak, bez koców i tak nie mogłam czytać, więc nie było innego wyjścia. Zdecydowałam się wziąć wszystkie trzy naraz, skoro pojedynczo byłoby je tak samo trudno ukryć, a im mniej wycieczek po łupy robiłam, tym mniejsze podejmowałam ryzyko. Były ciężkie i szalenie niewygodne do niesienia, a razem tworzyły stos tak wysoki, że ledwie widziałam dokąd idę, jednak wyszłam z sypialni i zamknęłam za sobą drzwi z żonglerską precyzją. Byłam w połowie schodkowania z powrotem, gdy usłyszałam dźwięk, nie mogący być niczym innym, jak tylko skrzypnięciem stopnia piętro niżej i omal nie upuściłam swojego pakunku. Nie warto było zawracać i uciekać, tak czy owak zostałabym złapana. Nie pozostało mi nic innego jak stać w miejscu i czekać na nieuniknione. Wstrzymałam oddech, nasłuchując kolejnych kroków, lecz nie nastąpiły. Zamiast tego, usłyszałam

głos Mary, mówiącej do siebie (i pomyślałam sobie: „aha, nie ja jedna tak robię”): – Gdzież ja dałam to ustrojstwo? Pewna byłam, że schowałam do kieszeni. A niech to, muszę się teraz wracać. Usłyszałam lekki jęk ulgi, gdy stopień uwolnił jej stopę, a potem gniewne kroki oddalające się pospiesznie korytarzem pode mną. Poczekałam, aż odgłosy ucichną, po czym pospieszyłam na dół, przebiegłam korytarz i zniknęłam za drzwiami biblioteki. Tam zaś zestawiłam ze sobą przodem dwa wysokie, skórzane fotele, które wyściełałam dwoma kocami, a trzeci koc rozciągnęłam nad sobą na oparciach. Zupełnie jakbym miała własne łoże z baldachimem. Przed opuszczeniem pokoju rozsunęłam fotele, złożyłam koce i schowałam je za szezlongiem. Istniała znikoma szansa, iż ktoś odwiedzający ten pokój przeoczyłby zegar lub nie przywiązałby do niego wagi jako do przedmiotu, będącego niezauważanym, codziennym elementem tła w wielu pokojach. Jednakże gniazdko zauważyłby niechybnie, dlatego musiało być konstruowane każdego dnia od nowa. Tak oto powstał nowy element codziennej rutyny. Spędzałam w gnieździe tykające poranki, które umilały mi czas z książkami, dopóki zegar nie wybił za kwadrans pierwszej, kiedy to musiałam się odgnieździć, wymknąć i pospieszyć na lunch. Ale gdy tylko zaczęły się wizyty Theo Van Hoosiera, popołudnia na nowo mnie ukłopotały. Nie wiedziałam, kiedy może się zjawić i pomimo usilnych starań, by go jakoś uharmonogramować, okazywał się być tak samo niesolidny, jak wysoki. Czasem zjawiał się zaraz po lunchu, a kiedy indziej wpadał dopiero w pół do piątej. Tłumaczył się tym, że miał nauczyciela, na którego fanaberyjność był skazany. Przypuszczam, że gdyby młody Van Hoosier wpadł z wizytą podczas mojego pobytu w bibliotece, byłoby to równie fatalne, co wspomniane wcześniej opuszczenie lunchu. Odszukano by mnie i odkryto moją tajemnicę albo później wypytano by ją ze mnie. Z drugiej strony, gdybym kręciła się po bawialni lub kuchni w oczekiwaniu na Theo, a on by się spóźnił, wtedy straciłabym cenne godziny czytania. Do tego właśnie byłam zmuszona przez pierwszych kilka vanhoosierowych dni. Siedziałam, kręcąc młynka palcami i patrząc przez okno na spadający śnieg lub pasjansując. Najgorsze było to, że moja bezczynność wzmagała uważność pani Grouse i skłaniała do rozważań, dlaczego nie zwróciła na to uwagi wcześniej. Nie odgadła, że zawsze starałam

się uniewidocznić, a tym samym sprawić, żeby o mnie zapomniała, więc zaczęła rozprawiać o tym, jak to powinnam zająć się czymś pożytecznym, na przykład nauką szycia. Jednego dnia nawet usadziła mnie z przyborami z zamiarem zafrapowania tajemnicami ściegowania. Myślałam, że oszaleję. Przeczytałam gdzieś, że z nudy rodzą się wspaniałe pomysły i tak właśnie było ze mną. Popełniłam błąd wiążąc czytanie z biblioteką, podczas gdy wystarczyło tylko znaleźć miejsce, gdzie mogłabym się odosobnić i jednocześnie mieć na oku podwórze od frontu, żeby widzieć nadchodzącego Theo Van Hoosiera. Ledwie o tym pomyślałam, już miałam rozwiązanie. Blithe House miał dwie wieże, po jednej na krańcu każdego ze skrzydeł. Imitować miały styl gotycki, niczym pradawne fortece zwieńczone były krenelażem[3], i od dawna nikt z nich nie korzystał. Przypuszczam, że nigdy nie planowano często ich używać, skoro do każdej prowadziły oddzielne schody, a na wyższe piętra można było dostać się jedynie zaczynając wędrówkę u stóp wieży, a więc chcąc przejść z pokoju na drugim piętrze do sąsiadującego pomieszczenia, znajdującego się na tym samym piętrze wewnątrz domu, najpierw należało zejść schodami wieży na dół, udać się do schodów wiodących do reszty domu, a potem znów wspiąć się na górę. Wieże miały jednak do zaoferowania doskonały widok na posiadłość. Domyślałam się, że z najwyżej położonego pokoju w każdej z nich mogłabym dostrzec wszystkie zakręty prowadzącego do nas podjazdu. Spełniały funkcję bardziej dekoracyjną aniżeli praktyczną, a wieża w skrzydle zachodnim została mnie i Gilesowi wzbroniona, ponieważ wymagała napraw, które naturalnie, z powodu zaciskania kiesy przez mego wuja, nigdy nie nastąpiły. Mogłam zatem mieć pewność, że nikt tam nie zajrzy. Gdybym zdołała dostać się do wieży niezauważona, mogłabym czytać, co i raz wyglądając na dół. Ponadto zachodnia wieża miała jeszcze jedną, wielką wygodę – od biblioteki dzielił ją jedynie krótki korytarz i schody, niewielka odległość, idealna do przenoszenia tam książek. Następnego dnia, zaopatrzona w parę książek, gotowa na popołudnie czytania i wypatrywania Van Hoosiera, zgodnie z planem udałam się do zachodniej wieży, jedynie po to, by u podnóża schodów napotkać przeokropne nadziejoburzenie. W całym tym snuciu intrygi o jednej rzeczy zupełnie zapomniałam. Tak jak to uczyniono ze studnią, schody zagrodzono kilkoma ciężkimi, grubymi deskami, zapewne podłogowymi, całkowicie

blokując wejście, aby chronić Gilesa i mnie przed strasznym wypadkowaniem. Odłożyłam książki i spróbowałam ruszyć deski, lecz były tak dobrze przymocowane, że jedynie się udrzazgowałam, a one ani drgnęły. Opanowała mnie fala sfrustrowanego zapłakania. Próbowałam wspiąć się na barykadę i przejść ponad nią, ale zupełnie brakowało oparcia dla stóp. Poza tym, zdałam sobie sprawę, iż nawet gdybym zdołała przejść, droga tak stroma i trudna byłaby również powolna, więc wystawiałabym się na przyłapanie przez każdego przechodzącego obok. Pozbierałam książki i zaczęłam wracać, wielce niepocieszona z powodu utraty moich popołudni w momencie, gdy sądziłam, że udało mi się je odzyskać, kiedy umyśliłam pomysł. Popędziłam z powrotem, obeszłam schody, przełożyłam książki przez jedną z przerw w balustradzie, po czym podciągnęłam się i zdołałam wspiąć na stopnie od zewnątrz, kolejno wkładając stopy w każdą przerwę. W ten sposób mogłam ominąć barykadę, a potem, dzięki mojej długonogości, przejść przez poręcz na nieblokowaną część schodów. Spojrzałam z satysfakcją na barierę pode mną i poczułam jak bezpieczna będę w moim nowym dominium. Utwierdziłam się w przekonaniu, że nikt nie zdoła pójść za mną. Nie umiałam sobie wyobrazić Mary, grubej Meg, czy pulchnej pani Grouse zadzierających nogę nad poręcz balustrady, nawet gdyby były usprycone na tyle, żeby wpaść na ten pomysł. Weszłam na drugie piętro, potem na trzecie, aż wreszcie, przez klapę, na najwyższe, czwarte piętro, z którego widać było nie tylko podjazd, ale także dach domu. Szczyt wieży krył w sobie jeden pokój, z oknami wychodzącymi na wszystkie strony. Stałam tam, niczym pani na włościach, ubajkowana w swojej wieży, roszpunkowana ponad znanym mi światem. Rozejrzałam się po moim królestwie. Skąpe umeblowanie sugerowało, że niegdyś był to gabinet. Stał tam szezlong i ciężkie, rzeźbione biurko z wierzchu pokryte skórą, a przed nim obrotowe, kapitańskie krzesło. Śmiało można było rzucać monetą, by określić, które z pomieszczeń – ten pokój czy biblioteka – zawierało więcej kurzu. W oknach wstawiono szybki oprawione w ołów, lecz kilku z nich brakowało, więc powstawał spory przeciąg, a podłoga usiana była śladami ptasich odchodów. Najwyraźniej nie tylko wiatr tędy przelatywał. Dla mnie jednak był to istny cud. Ze wszystkich stron okna miały zasłony, lecz ściągnięte i związane, więc musiałam być ostrożna i trzymać głowę nisko,