Julka_15

  • Dokumenty14 448
  • Odsłony796 265
  • Obserwuję650
  • Rozmiar dokumentów20.3 GB
  • Ilość pobrań400 644

Monika Warneńska - Drzewo sprawiedliwości

Dodano: 2 miesiące temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 2 miesiące temu
Rozmiar :1.7 MB
Rozszerzenie:pdf
Odsłony:5
Pobrania:2

Monika Warneńska - Drzewo sprawiedliwości.pdf

Julka_15 Alfabetycznie literatura różna- romanse, rom.hist,powieści, krymi M-N
Użytkownik Julka_15 wgrał ten materiał 2 miesiące temu. Od tego czasu zobaczyło go już 5 osób, 2 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 135 stron)

Spis treści Motto PAPIERY ANNY GÓRA PAMIĘCI Metryczka książki

...wspólny dom nam zburzono, krew przelana nas brata... Władysław Broniewski Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat. (słowa wyryte na medalu przyznawanym przez Instytut Yad Vashem w Jerozolimie)

PAPIERY ANNY * Papiery Anny leżały nietknięte w szufladzie długo, chyba około roku, zanim wreszcie postanowiłam do nich sięgnąć. Tak właśnie myślałam o nich: „papiery Anny”, nie „po Annie”. Trudno mi było bowiem pogodzić się z utratą Anny. Przyjaźniłam się z nią do lat. Stała się dla mnie jak gdyby starszą siostrą. A może nawet kimś więcej niż siostrą? Z prawdziwą siostrą na pewno bowiem nie żyłabym w takiej zgodzie. Leszek zresztą również bardzo się do niej przywiązał. Wydawało mi się, że znam Annę doskonale, wraz z całą jej przeszłością. Teraz dopiero z mimowolnym zdumieniem uświadamiam sobie, jak mało o niej wiedziałam, mimo łączącej nas przyjaźni. Obydwie pochodziłyśmy z tego samego miasta. Lecz Anna już w latach przedwojennych z Bukowca przeniosła się do Warszawy. Ja byłam wtedy jeszcze małą smarkulą. Dziesięć lat różnicy w młodym wieku – to bardzo wiele. – Czas kaleczy, czas leczy – pokiwał głową mój ojciec, kiedy Leszek powiedział mu, jak boleśnie przeżyłam śmierć Anny. Przy całej swojej zewnętrznej, dobrodusznej zresztą szorstkości, ojciec wiedział, a może odgadywał, kim była dla mnie Anna. Sam zresztą, podobnie jak moja matka, bardzo polubił odnalezioną po wielu latach swoją uczennicę. Leszek, chcąc mnie wyrwać z kręgu smutnych rozpamiętywań, powziął wreszcie „męską decyzję”: załatwił pożyczkę w swoim miejscu pracy i dołożywszy ją do naszych oszczędności wykupił dwa miejsca na wycieczkę do Włoch z pobytem w jednym z najpiękniejszych miejsc tego niezwykłego kraju: na Sycylii. Ten wyjazd zrobił mi bardzo dobrze, zarówno pod względem zdrowotnym, jak psychicznym. Ból nieco przycichł. Wróciłam do Warszawy w znacznie lepszej formie. Wkrótce po naszym przyjeździe odezwał się w telefonie obcy głos kobiecy. Dzwoniła osoba, która przedstawiała się jako Bronisława Bieńko. Skąd znam to nazwisko? – Przypomniałam sobie, że tak brzmiało panieńskie nazwisko Anny. Rozmówczyni wyjaśniła: – Jestem bratową Anny. Uprawomocnił się jej testament. Przekazała w nim pani niektóre swoje rzeczy na pamiątkę. I papiery... Kiedy pani mogłaby to odebrać? Umówiłam się na dzień następny. Oboje z Leszkiem pojechaliśmy do znajomego mieszkania, od wielu miesięcy stało puste. Sama wybrać się tam nie potrafiłam. Zresztą nigdy w życiu przedtem nie miałam do czynienia z jakimkolwiek testamentem. Wydawało mi się, że Anna nie przywiązuje wagi do spraw materialnych. – To bardzo rozsądne – powiedział Leszek. – Zostało przecież po niej mieszkanie i trochę wartościowych rzeczy. Państwo Bieńkowie, brat Anny i jego żona, przyjęli nas uprzejmie i rzeczowo. Postępowanie spadkowe było – jak poinformowali – niedawno zakończone. Własnościowe mieszkanie, pokój z kuchnią i łazienką, Anna zapisała bratanicy, studentce drugiego roku medycyny. Alicja Bieńko była chrzestną córką Anny. Młodej dziewczynie przypadło również w udziale prawie całe urządzenie mieszkania. – Trochę fotografii rodzinnych, listów, papierów zachowamy na pamiątkę – powiedział Ludwik Bieńko, jedyny z licznego niegdyś – jak przypomniałam sobie – rodzeństwa Anny. Dla mnie i dla Leszka, „moich bardzo bliskich i bardzo serdecznych przyjaciół” – wedle stwierdzenia w testamencie, Anna przeznaczyła biureczko-sekretarzyk z czeczotki oraz podobną komódkę, która stała przy jej tapczanie. Wiedziałam, że te dwa stare mebelki, które przetrwały wojnę, kiedyś przed laty odnowione zostały w warsztacie wuja, a zarazem opiekuna Anny. – I jeszcze to... Podczas gdy Leszek omawiał z panem Bieńko termin przewiezienia obu mebli, jego żona

położyła przede mną pakiet owinięty brązowym papierem, starannie przewiązany sznurkiem i zalakowany. Na wierzchu widniały znajomym ukośnym nieco charakterem pisma nakreślone słowa: Dla Pani Barbary Kruszek-Rogoszewskiej – do rąk własnych. Wszystko to wydało mi się bardzo osobliwe i niedzisiejsze, jak zeszłowieczny romans. Testament, spadek, zalakowane papiery... Choć byłam ciekawa zawartości pakietu, nie kwapiłam się z jego otwarciem. Wciąż bowiem przyłapywałam się na myśli: – Trzeba to czy tamto powiedzieć Annie. Ręka sama wyciąga się do telefonu. Palce gotowe są odruchowo nakręcić cyfry, tworzące dawny, od lat znajomy numer. I znów uprzytamniam sobie, że człowieka, którego ciepły, przyjazny głos odzywał się przez tyle lat w słuchawce, nie ma i nie będzie. A jednak Anna przemówiła do mnie. Nastąpiło to w chwili, gdy pokonując wewnętrzne opory, zdecydowałam się przejrzeć zawartość pakietu. Na wierzchu znalazłam kopertę z listem adresowanym również do mnie: Droga moja Basiu, Porządkowałam niedawno moje papiery, które są w tych dwóch teczkach. Miałam zamiar – przed wyruszeniem w najdłuższą podróż, z której już się nie wraca – po prostu je spalić. Ale potem zrobiło mi się żal wszystkiego, co jest w nich: przeżyć, wspomnień, nawet cierpień. Powierzam Ci te notatki. Nieraz chciałam Ci opowiedzieć o tym wszystkim, co w nich jest opisane. Zabrakło mi sił. Odkładałam to na potem. A potem było już za późno. Patrzyłam z bliska przez wiele lat, jak rozwija się Twój talent, jak pracujesz. Byłaś zawsze wierna naszej przyjaźni. Dlatego daję Ci wolną rękę do wykorzystania historii zawartej w tych szpargałach. Z jedną tylko prośbą: zrób to nie wcześniej niż w dziesięć lat po moim odejściu. Do tego czasu, mam nadzieję, wiele trudnych, bolesnych spraw i zadrażnień wyrówna się, ucichnie. Oby to nastąpiło. Byłaś mi bardzo bliska i bardzo droga. W Was obojgu znalazłam to, czego los mi odmówił: rodzinę z wyboru. Życzę Tobie, Leszkowi i Waszym Dzieciom wszystkiego, co najlepsze, co najlepsze i najpiękniejsze. Pomyślcie czasem o mnie. Anna 11 X 1967 W pierwszej teczce znajdowały się dwie spore, brązowe koperty ze zdjęciami. Jedna koperta zawierała zdjęcia Anny z różnych okresów jej życia oraz fotografie jej bliskich. Rozpoznawałam ich bezbłędnie. Oto Stefan Wojdyński, wuj i opiekun Anny, zmarły jeszcze przed wojną: krótki wąs, lekko łysiejąca głowa, bystre spojrzenie szczerych oczu. Jego żona, owa ciotka Zosia, którą zdążyłam poznać – dużo młodsza od męża, bardzo ładna w swoim oryginalnym, trochę „śródziemnomorskim” typie urody – smagła, ciemna, czarnooka. Niepodobna – jak mówiła Anna – do nikogo z rodziny. Zdjęcia dwóch młodych mężczyzn w oficerskich mundurach przedstawiały obu mężów Anny, których po kolei zabrała wojna. Anna po jej zakończeniu nie podjęła żadnej próby założenia rodziny. I dwie kolejne fotografie: maleńkie dziecko na rozłożonym kocu. Dziecko na rękach uśmiechniętej Anny. To była na pewno jej córeczka, która zmarła w niemowlęctwie podczas wojny. Z drugiej koperty wyjrzała znowu twarzyczka dziecka. I to mnie zaskoczyło. Kim była dziewczynka, którą Anna przygarniała do siebie serdecznym, macierzyńskim gestem? Na odwrocie każdego zdjęcia widniała tylko data. Przeczytałam: 1943. Nie mogła to być córeczka Anny. Towarzyszyłam jej bowiem kiedyś w wędrówce na Powązki. Przed Wszystkimi Świętymi moja przyjaciółka odwiedzała rodzinne groby w Bukowcu i mogiłę drugiego męża na wojskowym cmentarzu w okolicach Pily. Potem szła na Powązki, ten najbardziej znany cmentarz warszawski, z ładunkiem zniczy i chryzantem. Pod granitową płytą, obok jej opiekunów, spoczywał syn Stefana Wojdyńskiego, poległy w obronie Warszawy. U dołu grobowca widniał napis: Joasia Laszkiewiczówna, i dwie daty, które zamykały króciutki okres życia córeczki Anny. Tam spoczęła również ona – obok jedynego dziecka

i opiekunów, których nieraz nazywała drugimi rodzicami. Wracając z Powązek, długo czekałyśmy na taksówkę. – Wpadnij na chwilę do mnie – poprosiła Anna. – Podczas wojny wydawało mi się, że noszę w sercu jeden wielki cmentarz – westchnęła, gdy już znalazłyśmy się w jej mieszkaniu. – Tylu ludzi odchodziło co dzień – i tylu najbliższych straciłam! Milczałam. Cóż bowiem można było powiedzieć? Dwie siostry Anny zginęły z rąk Niemców. Brat, zagrożony aresztowaniem, przedostał się na teren ówczesnej Generalnej Guberni. Poległ w partyzantce. – Potem Joasia... I jeszcze inne sprawy, inne bóle. Tylko że... Anna przerwała w pół zdania i wyszła do kuchni. Nie pospieszyłam za nią, wiedząc, że w takich chwilach człowiek bardzo często woli być sam. Powróciłam teraz do zdjęć. To nie mogła być córeczka Anny. Na odwrocie widniała data: 1943. Kolejne zdjęcie wykonane chyba przez amatora, lecz sprawnego w fotografowaniu: dziecko – zapewne to samo? – stojąc pomiędzy dwojgiem młodych ludzi, trzyma ich za ręce. Mężczyzna zarzucił biały kitel na mundur wojskowy. Anna w jakiejś niezgrabnej kurtce, przypominającej zimową kufajkę. „Rok 1944”. Lublin – domyśliłam się. Wiedziałam, że przez linię frontu Anna dotarła wówczas na tereny wyzwolone, gdzie Lublin pełnił rolę tymczasowej stolicy. I jeszcze dwa zdjęcia. To samo dziecko stało się już dziewczynką o figlarnym uśmieszku. Na pierwszej z tych dwóch fotografii mała ubrana była w letnią sukienkę. Na drugiej opatrzonej napisem „Łódź 1946” miała na sobie fartuszek przedszkolaka. Czyżby te zdjęcia miały tworzyć swoistą dokumentację fotograficzną, uzupełniającą treść notatek Anny? Czytałam je przez cały wieczór i przez całą następną niedzielę. Przybliżyły się wspomnienia czasu, w którym poznałam Annę. Dwa cykle reportaży, zamieszczone na łamach prasy młodzieżowej, w której dotychczas pracowałam, zwróciły czyjąś uwagę „u góry” – i nieoczekiwanie okazało się, że czeka mnie przeniesienie z „Głosu Młodych” do redakcji „Horyzontu”. Tak zwał się znany i poczytny tygodnik społeczno-kulturalny. Dla mnie, wówczas młodej, nieśmiałej, pełnej kompleksów stanowiło to oczywiście awans. Cieszyłam się nim, lecz zarazem czułam lęk: czy dam sobie radę na nowym gruncie? – Na pewno – twierdził z optymizmem mój mąż. W pewien dzień wczesnej jesieni przyszłam po raz pierwszy do „Horyzontu”. Sekretarz redakcji oprowadził mnie po kilku pokojach, prezentując nową, stremowaną przybyszkę dziennikarzom, którzy od dziś mieli być moimi kolegami. Trafiliśmy wreszcie do małej klitki, gdzie przy biurku siedziała nad stertą książek i czasopism ciemnowłosa kobieta, pochłonięta pisaniem. – Cześć, Aniu! Chciałem ci przedstawić naszą nową koleżankę. – Sekretarz wymienił moje nazwisko. Nieznajoma podniosła wzrok znad biurka. Stwierdziłam w duchu, że jest ładna i wygląda młodo. Ciemne włosy przetkane nikłymi smugami wczesnej siwizny obejmowały twarz jak rama. Przyjrzała mi się bardzo uważnie, a potem z uśmiechem powiedziała to, co mnie zaskoczyło: – Ja panią już znam, pani Basiu. Mocno zmieszana, gorączkowo usiłowałam sobie przypomnieć, kiedy i gdzie spotkałam tę kobietę. Dopomogła mi: – Proszę się nie trudzić. To dawne czasy. Jest pani córką pana Adama Kruszka? Mieszkała pani kiedyś w Bukowcu, prawda? Potwierdziłam. – Ja też. Uczyli mnie niegdyś pani rodzice. Co dzień chodziła pani z ojcem na spacery. Zawsze miała pani na głowie dużą, piękną kokardę. Jak przez odwróconą lornetkę zobaczyłam wyraźnie zatarty we wspomnieniach obraz:

idziemy oboje „do miasta”. Trzymając rękę ojca, usiłuję dotrzymać mu kroku. Skaczę przez kałuże lub ślizgam się po zamarzniętym błocie. Ulica jest nieładna, ale wtedy jeszcze nie znałam miast z pięknymi ulicami. Za nami pozostał drewniany most (którego teraz już nie ma), brzydki, jak prawie wszystko w moim rodzinnym mieście. Idziemy do celu owych prawie codziennych spacerów: jest nim najpierw cukiernia, gdzie wstępujemy na pączka (kosztował piętnaście groszy – Boże, jak to jest, że człowiek pamięta takie głupstwa!), a potem księgarnia! Pierwsza księgarnia w moim życiu. Ojciec, kierownik miejscowej szkoły, często załatwiał w księgarni jakieś sprawy z właścicielem, starszym panem, siwym i bardzo godnym. A ja mogłam kręcić się obok półki z książkami dla dzieci – i sięgać łapczywie po coraz to nowy tom Makuszyńskiego, Porazińskiej, Buyno-Arctowej... Wspomnienie błysnęło, zawirowało i zgasło, pozostawiając ciepły ślad. Z sympatią spojrzałam na nową znajomą. – A pani rodzice? – spojrzała na mnie wyczekująco. – Żyją – odparłam. – Mieszkają nadal w Bukowcu. Ojciec był w oflagu. Pracują. I jakoś trzymają się ze zdrowiem. – Nie wiem, czy mnie pamiętają, ale bardzo proszę, niech ich pani bardzo serdecznie ode mnie pozdrowi. Od Anny Bieńko. Pod tym nazwiskiem może sobie mnie przypomną. – Anna Bieńko? – ojciec zmarszczył brwi, usiłując przywołać skojarzenie związane z tym nazwiskiem. – Aha, już wiem! Oczywiście, że ją pamiętam. Szczupła, ciemna. Bardzo zdolna. – Ja też ją sobie przypominam – dorzuciła moja matka. – Anula Bieńko pięknie deklamowała! – Mówiliśmy nieraz w gronie nauczycielskim, że powinna iść do gimnazjum. – Wyjechała aż do Warszawy – podjęła matka. – Podobno zaopiekowali się nią jacyś zamożni krewni, którzy własnych dzieci nie mieli. Pamiętam wkrótce potem święta i sylwestrowy wieczór w redakcji „Horyzontu”. Wspólna kolacja, śmiech, gwar, muzyka i życzenia noworoczne. Anna wyglądała bardzo ładnie w czarnej sukni, ozdobionej srebrzystą koronką, nabytej okazyjnie, jak mi później powiedziała. Wtedy zresztą każdy ubierał się jak mógł i „bale gałganiarzy” nie wyszły jeszcze z mody. U Anny podobał mi się jej szyk, charakterystyczny dla warszawianek, które nawet wśród ruin stolicy i ciężkich warunków codziennego życia potrafiły ubierać się pomysłowo i elegancko. Anna również, choć warszawianką z urodzenia nie była. Zaproponowała mi wypicie bruderszaftu ze słowami: – Znamy się przecież tak dawno! – Przystałam na to z ochotą. – Ale jak mam do pani, to znaczy, przepraszam jak mam do ciebie się zwracać? – Spytałam, kiedy już dopełniłyśmy zwyczajowego obrzędu. – Hania? – Nie! – zaprzeczyła Anna, zaróżowiona i wesoła, jak gdyby nie miały do niej przystępu żadne zmartwienia. – Nikt mnie tak nigdy nie nazywał. Może dlatego, że moja matka miała na imię Hania. Wszyscy najczęściej mówili do mnie: Anula. Czasem: Anka. Ale najbardziej odpowiada mi moje imię bez żadnych skrótów. Po prostu Anna. Wspomnienia tłoczą się w pamięci, jedno wypiera drugie. Nasza zażyłość utrwaliła się szybko. Anna miała cenną w przyjaźni zaletę: potrafiła się znaleźć blisko, zawsze kiedy była najbardziej potrzebna. Potrafiła radzić i pomagać. Umiała mówić – i słuchać. Przez kilkanaście lat obojgu nam dała bardzo wiele. Przyjechaliśmy z prowincji – i nie było nam łatwo zakorzenić się na warszawskim gruncie. – Ja też kiedyś byłam „nietutejsza”, „pozawarszawska”. I chyba jeszcze ciężej niż tobie szło mi pokonywanie oporów – mawiała z uśmiechem. – Jeślibyś chciała usłyszeć współczesną wersję bajki o Kopciuszku, to byłyby na pewno właśnie moje losy – nadmieniła kiedyś półżartem, mówiąc o swoim dzieciństwie. – Nie możesz sobie wyobrazić, co czuje taki jedenastoletni „kopciuszek”, kiedy znajdzie swojego królewicza. Moim „królewiczem” była Warszawa. – Mogę sobie wyobrazić – odparłam. – Mnie też na początku było trudno tu

w Warszawie. – To nie to samo, Basiu. Prawda, że w zrujnowanej Warszawie żyło się znacznie ciężej niż w tej normalnej, przedwojennej. Ty wyszłaś z domu, gdzie było dużo książek, gdzie rodzice ciebie jedną otaczali troską. Ty, choć młoda, byłaś już przecież dorosła. Mój start nastąpił w innych warunkach. Musiałam oswoić się z mnóstwem nowych rzeczy. Tyle że młode drzewko na nowy grunt łatwo przeszczepić. – Drzewko się przyjęło – zażartowałam. – I wyrosło. – Jak widać na załączonym obrazku – zaśmiała się Anna. Była o głowę wyższa ode mnie. Podtrzymywała w nas obojgu ciekawość świata i pasję do podróży, która zresztą ją również cechowała. – Przed wojną zapowiadało się na to, że będę mogła zwiedzić trochę świata za nieduże pieniądze – westchnęła, opowiadając mi kiedyś o swojej pracy w PLL LOT. – Po prostu nie zdążyłam wykorzystać okazji! Kiedy ogłoszono pierwsze wycieczki morskie, oświadczyła, że pojedzie w taką podróż i nam obojgu pomoże również wziąć w niej udział. Pomocą z jej strony była pożyczka pieniężna, z której skorzystaliśmy nie bez skrupułów. – Spłacicie mi w ratach – oświadczyła Anna tonem niedopuszczającym dyskusji. Tak też się stało. Oprócz pocztówek i folderów, zdjęć i drobiazgów pamiątkowych pozostał nam i jej skarb największy: wspomnienia. Jeszcze teraz w trudnych momentach wydaje mi się, że słyszę spokojny, znajomy głos: – Ależ, Basiu, dlaczego z góry zakładasz, że nie dasz sobie rady? Potrafisz! I okazuje się, że naprawdę potrafię. Kiedy uparłam się przy nauce hiszpańskiego, co przed laty nie było tak popularne, jak obecnie, bardzo mnie w tym zamiarze podtrzymywała. Potem okazało się to potrzebne „jak znalazł”: bez znajomości hiszpańskiego nie doszłaby do skutku moja wielka podróż do Meksyku i Gwatemali. Podróż, po której... – Dlaczego? Dlaczego ona o tym nigdy nie chciała mówić? – pytałam mojego męża, po lekturze notatek Anny. – Widocznie to było ponad jej siły – odparł Leszek. Okupacyjna karta Anny, mojej przyjaciółki, była piękna, choć ona sama wspominała o tym raczej niewiele. Ktoś z tych, co znali Annę podczas okupacji, powiedział mi, że brała udział w ratowaniu Żydów. Zagadnęłam ją o to. Potwierdziła, nie wdając się w szczegóły. – Czy to była „Żegota”? – Tak i nie – odparła Anna. – Zaczęło się to jeszcze przed „Żegotą”. – Urwała, jak gdyby nie chcąc powiedzieć zbyt wiele. – A czy... czy miałaś z tego powodu jakieś przykrości? – zaryzykowałam kolejne pytanie. Wiadomo było przecież, że wielu dawnych żołnierzy i działaczy podziemia spotykały w latach stalinizmu niezasłużone krzywdy. Anna wzruszyła ramionami. – Przykrości? No, cóż... – Miałam ich trochę. Mniej niż inni ludzie, którzy się w te sprawy angażowali – odparła powściągliwie. – To nie było w moim przypadku najgorsze. Kiedyś ci o tych sprawach opowiem. Ale na to potrzeba czasu i spokoju. Całą prawdę poznałam dopiero w wiele lat później z jej notatek. Oczywiście, wiedziałam o wyjazdach Anny do Izraela. Pierwszy raz była tam wkrótce po październiku 1956. Zaproszenie przysłali jej, jak powiedziała, dawni przyjaciele, od pierwszego okresu po wojnie osiadli w Tel Awiwie. W kilka lat później przyszło następne zaproszenie, tym razem urzędowe i oficjalne: Anna została uhonorowana zaszczytnym tytułem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”. Przyznawano go ludziom, którzy z narażeniem własnego życia ratowali Żydów podczas okupacji. Pojechała do Jerozolimy, aby w miejscu nazywanym „Górą Pamięci” posadzić symboliczne „drzewo sprawiedliwości”. Jedno z wielu takich drzew. Miałam nadzieję usłyszeć od niej obszerną relację o tej podróży, kiedy w trójkę pojechaliśmy samochodem do Lublina. Leszek miał w tym mieście do załatwienia jakieś sprawy

służbowe. Ja Lublina dotychczas nie znałam. Anna od razu przystała bardzo chętnie na propozycję wspólnego wyjazdu. Minęliśmy Dęblin, gdzie mieszkała niegdyś bardzo krótko po ślubie z pierwszym mężem, porucznikiem-pilotem. Potem zrobiliśmy postój w Puławach, nieskażonych jeszcze wówczas niszczycielskimi wpływami tamtejszej wielkiej chemii. Po Nałęczowie i Kazimierzu był już Lublin. Anna, bardzo ożywiona, pokazywała nam miejsca znajome z dawnych lat, „kiedy Lublin był Warszawą”. Rzecz zaskakująca: ta „podróż sentymentalna” jak gdyby przyćmiła we wspomnieniach Anny jej niedawną podróż zagraniczną. Z jej wspomnień izraelskich najbardziej zapamiętałam ów moment sadzenia „drzewa sprawiedliwości” na Górze Pamięci i podróż powrotną przez Ateny, gdzie mogła zatrzymać się przez trzy dni. Wyjazd do Grecji wydawał mi się wówczas prawie niemożliwy. I tak się jakoś stało, że Ateny i Akropol we wspomnieniach Anny przysłoniły Jerozolimę. Kiedy Meksyk stał się dla mnie bliską i realną możliwością, nie zwróciłam uwagi na wygląd Anny, mizernej i zmęczonej. Wreszcie zauważyłam, że coś jej chyba dolega. Machnęła ręką usłyszawszy moje pytanie. – Potrzebny mi urlop, być może sanatorium – odparła niedbale, kierując rozmowę na inny temat. I dopiero tuż przed wyjazdem dowiedziałam się – nie od niej zresztą – że ma iść do szpitala. Zagadnęłam ją o te kłopoty zdrowotne. – To tylko przebadanie – odparła takim tonem, jak poprzednio. – Wiesz, jakieś babskie sprawy. Lepiej poleżeć tydzień, niż biegać ileś tam razy do specjalistycznej przychodni. Nie zawracaj sobie tym głowy! Uspokoiła mnie owym zapewnieniem. Wyjechałam na prawie trzy miesiące. Wróciłam pełna wrażeń i bardzo szczęśliwa, z zamiarem napisania nie tylko reportaży, lecz także książki. Przed powrotem do kraju w naszej ambasadzie czekały na mnie listy od najbliższych. Pisał Leszek i dzieci, pisali moi rodzice. Przebiegłam również wzrokiem kilkanaście linijek odręcznego pisma Anny. U mnie nic szczególnego. Bardzo czekam na twój powrót i na całą „rzekę wrażeń”, które przywieziesz. Cieszę się, że tyle mogłaś obejrzeć i zwiedzić. Widzisz, jak to dobrze, że w swoim czasie przysiadłaś fałdów nad hiszpańskim? Leszek z dziećmi oczekiwał mnie na lotnisku. Minęła pierwsza fala burzliwej powitalnej radości. Gdy znaleźliśmy się w domu, spojrzałam na zegarek. – Chyba jeszcze nie jest za późno, żeby zadzwonić do Anny? Pewnie czeka na mój telefon! Sięgnęłam po słuchawkę. – Nie dzwoń, Basiu – Leszek położył dłoń na mojej ręce. – Anny nie ma w domu. – Wyjechała? Jest w sanatorium? – Nie, w szpitalu. – Znów te jakieś badania?! Leszek unikał spojrzenia mi prosto w oczy. – Anna jest bardzo chora. Nie chciałem ci nic pisać. Zresztą ona mi zabroniła. Jeszcze nie docierała do mnie cała okrutna prawda. – Co jej właściwie jest? Dlaczego mi nie mówisz? Zawsze była zdrowa! Przecież to nie... to nie może być?!... A jednak to było właśnie to. Bezlitosna, groźna choroba, na którą medycyna dotychczas nie zna stuprocentowo pewnego lekarstwa. – Dawne sprawy, zaniedbane lub zlekceważone przed laty, kiedy jeszcze mogła być nadzieja zażegnania choroby, cofnięcia jej rozwoju – powiedział mi później profesor S. – A ponadto był tam jeszcze jakiś wstrząs czy też silny stres, który na pewno przyczynił się do osłabienia odporności organizmu. Nazajutrz pospieszyłam do szpitala, gdzie z trudem udało mi się pokonać opór personelu – nie był to bowiem dzień odwiedzin. Okazało się jednak, że Anna pytała o mnie – i prosiła, aby mnie wpuszczono, gdy tylko przyjadę. Trudno było ją poznać. Wyglądała jak cień samej siebie sprzed kilku miesięcy. – Jesteś, Basieńko! Nareszcie! Bałam się, że już cię nie zobaczę... – Co też ty opowiadasz – ofuknęłam ją, siadając obok łóżka. – Po to są szpitale

i lekarze, żeby się wygrzebać z choroby! Anna przymknęła oczy. – Opowiedz, jak tam było – poprosiła szeptem. Kilka wizyt szpitalnych, każda coraz bardziej przygnębiająca. Rozmowa z profesorem S., który, jak się okazało, leczył Annę od dawna. Teraz dopiero dowiedziałam się, że zeszłoroczny urlop, rzekomo spędzony w Krynicy, był w rzeczywistości leczeniem szpitalnym. – Pani Mijanowska dobrze wiedziała, na co jest chora – powiedział profesor. – Bardzo długo nie kapitulowała. I ta jej zaciekła wola życia prawdopodobnie spowodowała kilkakrotne długotrwałe remisje. Ale potem nastąpił nowy, silniejszy nawrót choroby. Przyczynił się do tego, być może, ten jakiś wstrząs psychiczny, który sprawił, że osłabła w niej wola walki o życie. – Ale jaki wstrząs, panie profesorze? O ile mi wiadomo, Anna nie doznała ostatnio żadnego nieszczęścia. Profesor wzruszył ramionami, po czym wymownie spojrzał na zegarek. Wstałam, żeby go pożegnać, świadoma, że stan Anny jest beznadziejny. Gubiłam się w domysłach: co to za szok, o którym przed chwilą wspomniał mój rozmówca? W czasie mojej nieobecności zaszło widocznie coś, o czym nie wiem. Profesor był zbyt poważnym człowiekiem, aby rzucać słowa na wiatr. Leszek oczekiwał mnie w samochodzie, na parkingu niedaleko szpitala. – Pojedźmy gdzieś... – zaproponował – może do Lasku Bielańskiego. – Jest jeszcze dość wcześnie. Powtórzyłam mu treść rozmowy z profesorem. Słuchał uważnie. Kiedy znaleźliśmy się wśród parkowej zieleni, powiedział: – Coś chyba się zdarzyło podczas jej podróży. – Jakiej podróży? – Nie wiedziałaś, że pojechała do Tel Awiwu? – Znowu? Nic o tym nie wiedziałam! Po co? – Myślałem, że może ci o tym mówiła w szpitalu. – Nic mi nie mówiła! Czy coś się nagle stało? Miała iść do szpitala na jakieś krótkie badania! – I poszła – Leszek mówił powoli, z namysłem. – Wróciła, o ile wiem, z zaleceniem dalszej kuracji. To miała być chemioterapia czy coś podobnego. Ale wtedy właśnie przyszła depesza stamtąd. – Od kogo? Wzruszył ramionami. – Nie wypytywałem. Ona ma tam przecież dawnych przyjaciół. Coś tylko bąknąłem, że lepiej byłoby zadbać o zdrowie, że przecież podróż daleka, męcząca, nie mówiąc już o kosztach – wiem, że wydała sporo oszczędności na bilet, bo tam polskie samoloty nie kursują i trzeba wpłacić ekwiwalent dewizowy – więc kiedy to wszystko wyłożyłem, powiedziała mi: – Trudno, chyba to ostatni raz. Chodzi o dziecko. – Jakie dziecko?! – zdumiałam się. – Przecież to nieprawdopodobne, żeby... – Oczywiście nie wychodzi w grę jej rodzone dziecko. Ale nie chciałem być natarczywy. W ciągu trzech miesięcy, jakie spędziłam w Meksyku, Bliski Wschód zaznał burzliwych wstrząsów. Szczegółów dotyczących konfliktu izraelsko-arabskiego dowiedziałam się jednak dopiero po przyjeździe. Prasa polska docierała bowiem do naszej ambasady w Mexico City rzadko i nieregularnie. Nonsensowne było jakiekolwiek przypuszczenie, że Anna mogła bez ważnej przyczyny nagle jechać do odległego i niespokojnego kraju, w którym nie była od lat. Dlaczego świadoma własnych kłopotów ze zdrowiem, zerwała się do nieoczekiwanej, kosztownej podróży? Dla dziecka?! Jakiego? – Musiało coś się stać podczas tej podróży, bo wróciła jak z krzyża zdjęta – podjął Leszek. – Zadzwoniła z lotniska, prosząc, żebym po nią przyjechał. Oczywiście skoczyłem zaraz na Okęcie. Wiesz, że jej nie poznałem? – Nie dziwię się. Ja też... – Odwiozłem ją do domu, zorganizowałem jakąś herbatę i jedzenie. Powiedziała mi,

że kiedy trochę odpocznie, porozumie się z lekarzem. Widziałem jednak, że coś ją nęka. Nie tylko podróż jej nie posłużyła, ale... jakby coś w niej podcięła. Następny telefon miałem już ze szpitala. Z onkologii. Też byłem zaskoczony, bo przedtem nic nie wiedziałem. Poprosiła, żeby zawiadomić telefonicznie jej brata, który mieszka w Szczecinie. Jego córka przyjechała wkrótce do Warszawy. Bywa w szpitalu i przywozi wszystko co trzeba. Zresztą Anna właściwie nic nie chce. Często pytała o ciebie, kiedy wracasz. – A tamto... dziecko? – Nigdy więcej o tym nie mówiła. – I nic nie wspomniała o... wojnie? – Nie. Wróciła zresztą na krótko przed konfliktem. Ta sytuacja na pewno nie wpłynęła na to gwałtowne przyspieszenie rozwoju choroby. Tam musiało się coś jeszcze stać. Chodź, kochanie, jedziemy do domu – rzucił okiem na zegarek. – Nic nie poradzimy. Lekarze robią, co mogą. Anna nie powiedziała nic przez następny miesiąc. Lecz traciła siły, choć pozostawała przytomna. Po prostu gasła w oczach. W rzadkich chwilach nieco lepszego samopoczucia pytała mnie o wrażenia z Meksyku, słuchała moich opowieści. Lecz wydawało mi się, że jest nieobecna. Jak gdyby odchodziła daleko. Coraz dalej. O swojej niedawnej podróży nie mówiła nic. Pewnego dnia, patrząc na bukiet groszku pachnącego, który postawiłam przy jej łóżku, powiedziała: – Basiu, moja droga, kiedy mnie już nie będzie... – Przestań! – zaoponowałam. – Wyglądasz całkiem inaczej niż wtedy, kiedy tu przyszłam pierwszy raz. I lekarze mówią... Urwałam widząc jej wzrok. Wiedziała równie dobrze, jak ja, że wygłaszam litościwe kłamstwa. – Kiedy mnie już nie będzie – powtórzyła – dostaniesz moje papiery. Wiesz, takie stare szpargały. Notatki nie do druku. Bardzo cię proszę, przeczytaj je. Obiecujesz? – Oczywiście! Ale... – Nie przerywaj. Dowiesz się wszystkiego o mnie. O moim życiu. Takie sobie zwykłe życie. Nic nadzwyczajnego. Tylko powikłane. Połamane... W drzwiach zjawił się lekarz i rozmowa została przerwana. Nie nastąpiła jeszcze jedna „godzina szczerości”. Anna była z każdym dniem coraz słabsza. Przyszedł wreszcie dzień, w którym widziałam ją po raz ostatni. Pielęgniarka, wpuszczając mnie do separatki, uprzedziła szeptem: – Bardzo krótko, proszę pani. Najwyżej pięć minut. Cienie kładły się na twarzy Anny. Włosy jej też były szare od siwizny. Anna, zawsze dbająca o siebie, wyglądająca do niedawna młodo, mimo przekroczonej pięćdziesiątki, stała się starą, schorowaną kobietą. Początkowo zdawała się nie zwracać na mnie uwagi. Szeptała coś do siebie. Potem spojrzała jaśniejszym nieco wzrokiem i na wargach jej pojawił się nikły uśmiech. Usłyszałam wyraźnie moje imię – To ty, Basiu?... Ale po chwili świadomość jej na nowo uległa zamroczeniu. Pochyliłam się nad nią. Usłyszałam nieskładne, urywane słowa: – Wszystko... połamane, zniszczone... Wszystko nie tak... Nic nie zostanie po mnie! Nic – poskarżyła się nagle trochę głośniej. Chciałam ją pocieszyć. Nie znajdowałam jednak słów. Tymczasem Anna szeptała: – Węzeł... nie rozplączesz... Nikt nie winien... Ale dlaczego ja? Wszystko przez wojnę... Tamtą i tę... Czy naprawdę tak... Pielęgniarka wyprosiła mnie stanowczym gestem. Od progu raz jeszcze spojrzałam na Annę. W korytarzu prawie zderzyłam się z jej bratem. Napotkawszy mój pytający wzrok, rozłożył ręce gestem bezradności. – Nie ma nadziei – rzekł cicho. – Podobno może to jeszcze potrwać parę dni, bo serce, mimo wszystko, silne. Organizm się broni. Ale...

Nie dokończył zdania. Spojrzałam raz jeszcze na biało lakierowane drzwi, które pozostały zamknięte. Następnego dnia obudziłam się nieswoja i rozbita. Bolała mnie głowa, dokuczało gardło. Termometr wskazywał trzydzieści osiem stopni. Musiałam zostać w domu i nie poszłam ani do redakcji, ani do szpitala. Kiedy po południu, po sporej porcji leków zdrzemnęłam się trochę, obudził mnie ostry dźwięk telefonu, dobiegający z sąsiedniego pokoju. Słyszałam, że mój mąż z kimś rozmawia. Po chwili, odłożywszy słuchawkę, uchylił drzwi, sprawdzając, czy nie śpię. Otwarłam oczy. Podszedł bliżej, usiadł na brzegu tapczanu. Wiedziałam, co chce powiedzieć, zanim się odezwał. – Ze szpitala? – Tak. Dzwonił jej brat. – Kiedy? – Przed dwoma godzinami. Od wczoraj całkiem straciła przytomność. Podobno dziś już się nie męczyła. – Nawet się z nią nie pożegnałam! Leszek pogłaskał mnie po głowie, jak dziecko. – A może właśnie lepiej, że zapamiętałaś ją żywą? Nie byłam na pogrzebie Anny. Nasiliła się angina i lekarz stanowczo kazał mi zostać w domu. Antybiotyki działały odurzająco: czułam dziwaczne rozdwojenie. Wiedząc, że Anna nie żyje, wciąż miałam złudzenie jej bliskiej obecności. Leszek uczestniczył w smutnym obrzędzie, na który zabrał ze sobą nasze dzieci. Opowiedział mi potem o bardzo wielu znajomych i przyjaciołach Anny, którzy towarzyszyli jej w ostatniej drodze. Mówił o udekorowaniu trumny Krzyżem Oficerskim (dlaczegoż nie przyznano jej tego odznaczenia za życia?!), o przemówieniach nad mogiłą, o przypomnieniu najważniejszych kart biografii Anny, zwłaszcza jej uczestnictwa w ratowaniu Żydów, szczególnie zagrożonych przez hitleryzm. Należała do pierwszych Polaków, udekorowanych medalem i tytułem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”. Publiczne przypomnienie tego faktu na ostrym zakręcie naszych dziejów współczesnych, jakim była wojna siedmiodniowa, czyli ówczesny konflikt izraelsko-arabski, miało swoją wymowę. Podkreślono, że w dalekiej Jerozolimie „drzewo sprawiedliwości” przeżyło Annę Mijanowską, która je zasadziła. To drzewo pozostanie pamiątką jej odwagi i szlachetności. Słuchałam tego wszystkiego z uczuciem żalu, goryczy – i dotkliwej, nieodwracalnej utraty kogoś bardzo bliskiego. Po kilku miesiącach trafiły do moich rąk papiery Anny. Pytałam wielokrotnie samą siebie: czy powinnam treść notatek Anny – nawet po dziesięciu latach – przekazać czytelnikom? Czas mijał szybko. Przez Bliski Wschód przetaczały się kolejne fale napięć, konfliktów, niepokojów. Nie wiedziałam – i nadal nic nie wiem o ludziach, których losy nierozłącznie sprzęgały się z losami Anny. Być może moje wahania i wątpliwości trwałyby nadal, gdyby nie pewien list i towarzyszące mu zdjęcie. Jedno i drugie, choć nie było dla mnie przeznaczone, otrzymałam z rąk Ludwika Bieńko. Pewnego wieczora zadzwonił do mnie brat Anny. Okazało się, że jest od kilku lat na emeryturze. Przyjechał ze Szczecina, aby odwiedzić córkę, która po dyplomie pracuje w Warszawie jako lekarka. Spotkałam się z panem Bieńko w kawiarni Nowy Świat. Powiedział mi, że na dawny adres jego siostry przyszedł zagraniczny list ze zdjęciem. Córka miała odpisać nadawcy, że właściwa adresatka nie żyje. Ale jest bardzo zajęta i jakoś tak jej zeszło. Przypomniała sobie teraz o tym liście i przekazała go ojcu. – Wyrzucić do kosza szkoda. A odpisać nijako, bo nie znam przecież człowieka i nie wiem, co to za jeden. Więc uradziliśmy, że ten list pani oddamy. Anna panią tak lubiła! Niech pani ten list dołoży do tych papierów, co po niej zostały. Zrobi pani z nim to, co pani będzie

uważała... List wysłany został z Nowego Jorku. Nazwisko autora nic mi nie mówiło. Musiał jednak znać Annę w dawnych latach. Pisał, że był w Jerozolimie bardzo krótko, przejazdem – i nikogo nie zdążył zobaczyć. Odwiedził jednak Górę Pamięci. Z koperty wysunęło się zdjęcie. Zgadłam, jakie drzewo przedstawia. Oglądałam je, tylko na innej fotografii, zachowanej w papierach Anny. Zasadziła drzewko nikłe jak badyl. Na zdjęciu, przysłanym ze Stanów, zobaczyłam drzewo dorodne, szeroko rozrosłe. Pamiętasz, jak powątpiewałaś, czy się przyjmie, czy nie uschnie w tym gorącym klimacie. A teraz – spójrz sama, jak wyrosło! Oczywiście, wszystkie drzewa na Górze Pamięci otoczone są troskliwą opieką. Niemniej sądzę, że miałaś, jak to się mówi, dobrą rękę. A nie każdy ją ma... Podziękowałam, chowając list i zdjęcie. Ludwik Bieńko nie kwapił się jednak z odejściem. Patrząc zamyślonym wzrokiem w okno za moimi plecami, rzekł wreszcie: Nie poszczęściło się naszej Anuli! A zdawało się, że los był dla niej łaskawy. W Warszawie zamieszkała, na uniwersytet poszła – jedna jedyna z nas wszystkich. Ślub mieli taki piękny! Lotniczy. Tylko że wojna była już wtedy za progiem. Milczałam. Pan Bieńko westchnął: – On zginął, ona dziecko straciła. Ale jeszcze wtedy była młoda. W takim wieku, że mogła sobie życie naprawić, ułożyć. Tego drugiego jej męża pani nie znała? – Nie. Spotkałyśmy się dopiero później. – Podobno też był dobry, porządny... Żeby nie ta przeklęta wojna!... Ale nawet potem jeszcze mogła kogoś sobie znaleźć! – Może nie chciała? – podsunęłam ostrożnie. – Może tak, może nie... Gdyby miała dziecko, byłoby jej chyba lżej. Zawsze to jakaś pociecha w życiu i podpora na stare lata. Pani wie, jak z nią było? Teraz już wiedziałam. – Nie przyniosło jej to szczęścia. Może była za dobra!? I co po niej zostało? No, niech pani sama powie! – Drzewo – odparłam. – To drzewo. Tam, w Jerozolimie. Machnął ręką. – E, tam, proszę pani! Obce drzewo na obcej ziemi! Ani brzoza, ani sosna. Kto tam pamięta, że ona... Wróciłam do domu. Spieszno mi było do papierów Anny. Znalazłam pierwsze zdjęcie „drzewa sprawiedliwości”. Porównałam je ze zdjęciem przysłanym przez nadawcę ze Stanów. Znalazłam w liście egzotycznie brzmiącą nazwę: Har Hazikaron – i przypomniałam sobie, że notatki, w których zawarta została bolesna historia życia mojej przyjaciółki, jej niespełnionych nadziei, jej klęsk i porażek – tworzą również „górę pamięci”. Górę, na którą wstępowałam śladami Anny. Niech ona teraz przemówi tym, co po niej zostało.

GÓRA PAMIĘCI * Może mi będzie lżej, kiedy wszystko, co mnie drąży i męczy, wyrzucę na papier?... Próbowałam już zrobić to wcześniej, ale bez skutku. Nie mogłam o tych sprawach pisać, choć jestem, bądź co bądź, „człowiekiem pióra”, dziennikarką, podobno nawet niezłą. Jeszcze jestem. Jak długo? Wydawałoby się, że to tak łatwo: pisać dla siebie, nie do druku, lecz „do szuflady”. Ludzie przecież piszą dzienniki, pamiętniki, wspomnienia. Ale to łatwość pozorna. Autor często jest dla własnego dzieła najsurowszym sędzią i krytykiem. Cierpienie tworzy niewidzialną barierę, wytrąca pióro z ręki. Słowa zdają się być zbyt ubogie wobec przeżyć. Teraz, kiedy wiem, że to niedługo... Nie, nie boję się. Na razie tylko jestem straszliwie zmęczona. Zmęczona tym, co stało się niedawno. Nie mogę pozbyć się tych wspomnień, choć wciąż przed nimi uciekam. I w chwilach depresji wyobrażam sobie to jak wielki sen. Sen bez przebudzeń. A potem nawraca żal. Ogromny żal. Wydaje mi się – nie po raz pierwszy – że coś bezcennego straciłam. Coś wymknęło mi się z rąk na zawsze. Odżywa ból, jaki przeżywałam po utracie własnego dziecka. Rana się zabliźniła, ale ślad pozostał. Drugie dziecko. Traciłam je kilkakrotnie, lecz nigdy całkowicie. Aż dopiero teraz... Te złe, nienawistne, tak bardzo krzywdzące słowa, które usłyszałam niedawno, przyspieszają mój koniec. – Weź się w garść! – gromił mnie Karol, jedyny chyba z moich dawnych przyjaciół, który zna całą moją przeszłość i wszystkie tamte sprawy. – Walcz z sobą o samą siebie, tak jak przedtem! Pamiętaj, że psychiczne nastawienie wobec własnych chorób i dolegliwości odgrywa wielką rolę. Póki życia – póty walki! Łatwo mówić. Wiem, że wyrok zapadł. Przypieczętowało go orzeczenie lekarskie. Długo wzbraniano się powiedzieć mi całą prawdę. Słyszałam o postępach leczenia, o remisjach, czyli zahamowaniach choroby. Być może, gdybym znalazła siły i odporność do dalszych z nią zmagań, opóźniłoby się jej niszczycielskie działanie. – Daj spokój – przerwałam Karolowi. – Powiedz prawdę! Nie jesteśmy dziećmi. Wykręcał się dość długo. Nie patrzył mi w oczy. W końcu jednak wydusiłam z niego wszystko. Na razie nie mam bólów. Tylko wydaje mi się, że jest przy mnie i we mnie coś niewidzialnego, co mi odbiera wszelkie siły żywotne. Listy, które nadeszły stamtąd po moim odlocie, odesłałam do nich obu. Do Julii i do... Joasi. Wciąż nazywam ją dawnym imieniem. Nie mogę – jeszcze nie mogę inaczej, choć wszystko się skończyło. Powracam w przeszłość. Jak to się teraz mówi – do własnych „korzeni”. Może to mi przyniesie ulgę. „Korzenie” przeszłości tkwią w Bukowcu. W tym brzydkim, fabrycznym mieście urodziłam się i spędziłam pierwsze lata dzieciństwa. Tak się złożyło, że miałam właściwie aż dwa domy rodzinne. I każdy z nich na swój sposób pozostawił ciepły ślad w mojej pamięci. Najpierw była mała kamieniczka na ulicy Klimontowskiej, w jednej z robotniczych dzielnic Bukowca. Moi rodzice zajmowali w niej mieszkanie na parterze: pokój z kuchnią, z piwnicą i komórką na podwórzu. Oczywiście, nie było w nim żadnych tak zwanych wygód; woda na korytarzu, ubikacja na zewnątrz. Pokój z kuchnią na siedem osób – rodzice i pięcioro dzieci. W obecnym kręgu moich znajomych trudno ludziom to sobie wyobrazić. A jednak w moim pierwszym domu rodzinnym było zawsze schludnie i czysto, choć przecież bukowieckie

powietrze przesyca brudny pył węglowy. Ojciec był listonoszem. Lubił swoją pracę. Przymykam oczy – i widzę go, jak idzie w mundurze, dźwigając ciężką pakowną torbę. Trafia do każdego domu – w mrozie i śniegu zimy, w deszczu jesiennym i w upale lata. Ludzie szanowali go i wszędzie witali życzliwie. Rad był, przynosząc im dobre wieści. Jeśli natomiast w ciągu dnia znajdowały się w torbie listy z czarnymi obwódkami – zawiadomienia o czyjejś śmierci, ojciec wracał do domu sposępniały. – Nie bierz sobie tak tego do serca, Antoś – mawiała matka. – To tak jak w życiu: raz słońce i pogoda, a kiedy indziej ulewa i zimno. Matka, kobieta „przy mężu”, harowała od świtu do wieczora. W domu miała pełne ręce roboty z gospodarstwem i z dziećmi. Dorabiała, jak mogła, praniem po niektórych domach. Trochę szyła, mając w domu maszynę jeszcze z czasów panieńskich. Dzieci było pięcioro: Władek i Ludwik, Hela i Joanna, zwana w domu Jasią. Jej imię nadałam potem córeczce z myślą o siostrze, która już wtedy nie żyła. I ja, najmłodsza. Z całej piątki przetrwało wojnę nas dwoje: Ludwik i ja. Niedługo pozostanie tylko on. Dobrze przynajmniej, że nie jest sam. Że ma żonę i dzieci. Jak to się działo, że w tej ciasnocie i niedostatku nasz dom promieniał ciepłem? Na pewno wielka w tym zasługa rodziców. Wymagali od nas dużo, ale byli bardzo dobrzy. Ojciec szanował ludzi mądrych, wykształconych. Gotów był na wszelkie poświęcenia i wysiłki, aby dzieci mogły się uczyć. W naszym domu był zawsze opłatek na Wigilię i malutka choineczka, choć prezentów nie dostawaliśmy, bo nie było za co ich kupić. Na Wielkanoc pojawiały się pisanki i cukrowy baranek z kolorową chorągiewką. Moje rodzeństwo uczyło się bardzo dobrze. Nikt z czwórki sióstr i braci nie miał kłopotów ze szkołą. Kłopoty zaczynały się, kiedy kończyli „powszechniak” – tak wtedy określano szkołę podstawową. Dalsza nauka pociągała bowiem za sobą znacznie zwiększone wydatki. Sąsiedzi doradzali, by chłopców oddać do „terminu”. Ojciec zaciął się i powiedział: nie. Władek pierwszy trafił do bardzo dobrej szkoły zawodowej. Były nią śląskie zakłady techniczno-naukowe w niedalekich Katowicach – coś więcej niż zwykła szkoła zawodowa. Jako bardzo dobry uczeń otrzymał ulgi w opłatach. Pociągnął za sobą Ludwika. Nie byłam gorsza od rodzeństwa. Zbierałam czwórki i piątki. Do szkoły miałam niedaleko. Jej kierownik, pan Adam Kruszek, mądry i życzliwy ludziom, nieraz mówił ojcu, że należałoby mnie dalej kształcić, bo warto. Ojciec rozkładał ręce. Słowa pana Kruszka trafiały w samo sedno jego wielkich marzeń. Gorąco pragnął, aby choć jedno z jego dzieci poszło do „prawdziwej” szkoły średniej. Matura gimnazjalna wydawała się bowiem moim rodzicom progiem do innego, lepszego i łatwiejszego życia – choć wcale tak nie było, zwłaszcza w okresie wielkiego kryzysu lat trzydziestych, który miał nastąpić niebawem. Namowy kierownika szkoły zrobiły swoje. Rodzice wahali się, naradzali, dowiadywali o możliwości zniżek w opłatach dla dobrych uczniów. Dowiedziałam się wreszcie, że mam zdawać egzamin do gimnazjum imienia Emilii Plater. Było ono wtedy jeszcze szkołą średnią „starego typu”, ośmioklasową. Nic prawie z tego egzaminu po latach nie pamiętam. Najpierw sparaliżował mnie strach i czułam w głowie całkowitą pustkę. Potem przyszło olśnienie – i ulga, że doskonale rozumiem, o co chodzi. Zdałam i zostałam przyjęta. Nowy rok szkolny, jako jedyna ze wszystkich rówieśnic z całego podwórka, miałam zacząć w gimnazjum. Dziewczynki mi zazdrościły. Niektóre z ich matek powiadały, że Bieńkom w głowach się przewróciło. Na nic nie zwracałam uwagi, przejęta tym, co mnie czeka. Słowo „gimnazjum” wydawało mi się jednym z najpiękniejszych słów w polskim języku. Ale gimnazjum kosztowało. Obowiązkowe czesne, nawet obniżone o połowę – byłam bowiem córką listonosza, czyli urzędnika państwowego – było i tak znaczne: sto złotych rocznie. A przecież obowiązywał mundurek, biała świąteczna bluzka, granatowy płaszczyk. Podręczniki, zeszyty, wszystko, co potrzebne było do nauki, też kosztowało, i to sporo. Przyszedł mi z pomocą najstarszy brat, który złapał jakąś sezonową robotę podczas wakacji, oraz najstarsza

siostra, Hela mająca, podobnie jak mama, zręczne ręce – prawie z niczego, jakiejś starzyzny wyczarowała dla mnie szkolny mundurek. Ten obowiązkowy ubiór miał swoją dobrą stronę: w granatowej bluzce i spódnicy nie różniłam się od innych dziewczynek, parami idących najpierw do kościoła, a potem do klas szkolnych. Nie czułam się od nich gorsza i nie potrzebowałam zastanawiać się nad pytaniem, z jakich domów pochodzą moje koleżanki. A przecież wiele z nich miało rodziców zamożnych, nawet bogatych. Mundurki zacierały te różnice. Najważniejsza jednak była nauka. Nie miałam z nią trudności. Półroczne świadectwo, jak mówiono wówczas „cenzurka”, zawierało prawie same piątki. Mamie oczy zwilgotniały. Ojciec klepnął mnie po ramieniu i powiedział: – Tylko tak dalej! Potem dał mi pół złotego ze słowami: – Kup sobie coś za to. Złotówkę kosztował wtedy kilogram cukru! Wolałam więc schować błyszczącą monetę do glinianej skarbonki. Ale nad moją nauką gimnazjalną niebawem zaczęły się zbierać chmury. Wielki kryzys dawał już znać o sobie. Pensja ojca i dorywcze zarobki matki – wszystko to nie wystarczało na dom. Wbrew oczekiwaniom całej rodziny, Władek, najstarszy brat, pozostawał bezrobotny. Obydwie siostry po ukończeniu seminarium daremnie zabiegały o pracę. Etat nauczycielski pozostawał w strefie tak zwanych pobożnych życzeń. Ponadto Hela zachorowała ciężko. Niezaleczona w porę jesienna grypa spowodowała zapalenie płuc. Antybiotyków wtedy nie było. Odratowano siostrę. Lekarz kazał jednak lepiej ją odżywiać, radził wyjazd w podgórski klimat, twierdząc, że rekonwalescentkę zatruwa powietrze bukowieckie. Do dziś pamiętam ciężki, uporczywy kaszel, który męczył wtedy Helenkę całymi miesiącami. Wśród ciasnoty domowej, w atmosferze smutku i przygnębienia spowodowanego kryzysem, coraz trudniej mi było siedzieć nad książkami. Uparłam się jednak nie po dziecinnemu – i nadal zdobywałam dobre stopnie. Z posłyszanych strzępów rozmowy pomiędzy rodzicami wiedziałam, że coraz trudniej im wiązać koniec z końcem. Bałam się, że lada dzień padną słowa: – Anula, nie pójdziesz już do szkoły. I właśnie wtedy całkiem nieoczekiwanie nastąpiła wielka zmiana w moim życiu. Na święta wielkanocne, skromniejsze niż kiedykolwiek, choć nigdy u nas nie były one wystawne, zjawili się bliscy krewni. Przyjechali aż z Warszawy. Ciocia Zosia, najmłodsza ukochana siostra mojego ojca, przed kilku laty wyszła za mąż i zamieszkała w stolicy. Byłam wtedy jeszcze za mała, aby pamiętać wielkie rodzinne wydarzenie, jakim okazał się ten ślub. Stefan Wojdyński miał w Warszawie dobrze prosperujący zakład stolarski. Nie był to zwykły warsztat jakich wiele, lecz również pracownia renowacji antyków. Ten kunszt właściciel odziedziczył po swoim ojcu, założycielu firmy, która nawet w kryzysowych latach nie narzekała na brak klientów. Wojdyńskiemu coraz bardziej dokuczała jednak samotność w pustym domu. Przed kilku laty owdowiał i długo nie nosił się z zamiarem powtórnego ożenku. Prowadził warsztat i wychowywał jedynego syna. Przyjechawszy do swoich krewnych zamieszkałych w Dąbrowie, poznał w ich domu Zosię Bieńko, która pracowała wtedy w miejscowej fabryce trykotaży. Zakochał się w dziewczynie jak młodzik. Nic dziwnego. Ciotka bowiem była wtedy śliczną panną, a lat miała niewiele więcej niż dwadzieścia. Znacznie później dowiedziałam się, że niektórzy krewni zarówno ciotce, jak i jej przyszłemu mężowi bardzo odradzali zamiary małżeńskie. Jemu perswadowali, że wybranka jest za młoda, że nie potrafi poprowadzić domu, że może kokietować dorastającego pasierba. Zosia też niejednego wysłuchała od kuzynek i koleżanek: że ten jej ukochany starszy jest o przeszło piętnaście lat, że łysieje, że ma na pewno swoje przyzwyczajenia i wymagania, że młodej macosze z prawie dorosłym synem męża trudno będzie się pogodzić. Ale wuj wiedział swoje. Ciotka też, mimo młodego wieku nie dawała posłuchu babskim gadaniom. Po kilku zaledwie miesiącach od poznania Zosi, wuj oświadczył się jej i został przyjęty. Pobrali się niebawem i żadne z nich tego nigdy nie żałowało. Małżeństwo okazało się udane. Ciotka, choć młoda i niedoświadczona jako gospodyni, prędko przyzwyczaiła się do nowego otoczenia i zręcznie prowadziła dom. Staszek, syn wuja Stefana, nie był wylewny wobec drugiej żony ojca, ale szanował ją i na swój sposób lubił. Ciotka nie miała z jego strony nigdy żadnych

przykrości – i potem utrzymywała aż do końca życia serdeczne kontakty z jego żoną. Dom przy ulicy Siennej ożył na nowo. Wuj Stefan, wedle jego własnych słów, miał dla kogo żyć i pracować. Lecz wielkim zmartwieniem obojga był brak dziecka. Ciotka, jak prawie każda kobieta, marzyła o macierzyństwie. Wuj bardzo chciał mieć córkę. To pragnienie obojga pozostawało niespełnione. – Lekarze radzili, aby nie tracić nadziei, ale potomka jak nie było, tak nie było – wspominała po latach ciotka Zosia. Stąd wynikło postanowienie wzięcia czyjegoś dziecka „za swoje”. Początkowo myśleli o zaadoptowaniu jakieś dziewczynki – sieroty. Ciotka dość prędko zmieniła jednak ten zamiar. Podsunęła wujowi inny pomysł tak zręcznie, że uznał go za swój: – Antosiom jest tak ciężko! Może byśmy im pomogli? Ta ich Anulka ładna jest i bardzo dobrze się uczy. Gdybyśmy tak ją wzięli? Po co innych dzieci szukać? – Tylko czy oni się zgodzą? – powątpiewał wuj. Najpierw rodzice rzeczywiście nie chcieli się zgodzić. Stopniowo, jak dowiedziałam się po latach, opór ich topniał. Oboje bardzo kochali ciotkę Zosię, cenili wuja – i mogli mieć nadzieję, że będzie mi u nich dobrze. Zdjęcie z ramion ciężaru kosztów mojej nauki było dla nich bardzo znaczną ulgą. – Żeby tylko kto nie powiedział, żeśmy dziecko sprzedali – mruczał ojciec. – Co ty pleciesz, Antoś! Boga w sercu nie masz – gorszyła się matka. – Przecież to rodzina. Sami swoi! A Zosia – Anuli chrzestna! Oczywiście, ja o niczym na razie nie wiedziałam. Wujostwo przywieźli mi piękne prezenty: letnią sukienkę, białą jedwabną bluzeczkę – i granatową skórzaną torebkę, która wprawiła mnie w istny szał radości. Potem ciotka długo wypytywała mnie o szkołę i o postępy w nauce. Wycałowała mnie i pochwaliła. Wuj, założywszy okulary, długo oglądał półroczne świadectwo z mnóstwem piątek. Potem wyciągnął z pugilaresu dwa złote i powiedział: – Masz tu na kino i na ciastka. – Mama pokręciła głową i z jej miny wyczytałam wyraźnie to, co pozostało niedopowiedziane: – Psujecie mi dziecko! – No, to idź teraz, Anula, do tego kina – ponagliła ciotka Zosia. – My tu musimy porozmawiać o różnych rzeczach. Kiedy wróciłam po dwóch godzinach, wszyscy dorośli, wujostwo i rodzice mieli tak dziwne miny, że zrobiło mi się niewyraźnie. Patrzyli na mnie – tak mi się przynajmniej zdawało – jakbym coś przeskrobała. A ja przecież nie miałam nic na sumieniu! Matka spojrzała z niepokojem na wuja. – Antoś, powiedz jej ty najpierw – ciotka wyręczyła go w odpowiedzi. Ojciec postukał palcem w blat stołu i przyjrzał mi się badawczo. – No, Zosia, to już lepiej ty! – rzekł do siostry. – Anulka – powiedziała miękko ciotka – widzisz, tu jest was pięcioro. A my nie mamy w domu nikogo. Staszek, wuja syn, już dorosły. Uradziliśmy teraz, wszyscy razem, że zabierzemy cię do nas, do Warszawy. Dobrze? Zaniemówiłam. – Słyszysz, Anula? Będziesz u nas, jak córeczka. Spojrzałam na mamę. Oczy miała trochę zaczerwienione, ale uśmiechnęła się do mnie leciutko. I to mnie ośmieliło, choć wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak wiele kosztuje ją ten uśmiech. – A co... co ja będę u cioci robiła? – głos mi się trochę załamywał. – Jak to co? Będziesz chodziła do szkoły, tak jak tutaj. Do gimnazjum. Miejsca w domu jest dość. Nadal nie wiedziałam, co mam powiedzieć, i tylko wodziłam wzrokiem po twarzach rodziców, ciotki i wuja. – No, co tak stoisz, jak ten kołek w płocie? – ofuknęła mnie mama, szorstkością maskując wzruszenie. – Rusz się! Podziękuj cioci i wujkowi! Schyliłam się posłusznie do ręki ciotki, wciąż jeszcze oszołomiona. Mama głośno wytarła

nos. Ojciec przestał stukać w stół i surowo powiedział: – Żebyś nam tylko wstydu nie zrobiła! – Już ty się o to nie bój, Antoś! – zawołała ciotka. I nagle w pokoju zrobiło się gwarno, wesoło, prawdziwie świątecznie. Mama otarła oczy rąbkiem fartucha, którym obwiązała się, aby przygotować kolację – i popędziła mnie do pomocy przy nakrywaniu stołu. Ciotka, rozpogodzona i rada, przekomarzała się z ojcem. Wuj klepał mnie po ramieniu i żartował, że mnie oboje porywają, jak dawni Tatarzy brankę do niewoli. Kręciło mi się w głowie, jak po winie porzeczkowym domowej roboty, którego raz jeden kiedyś przy wielkim święcie dano mi trochę do pokosztowania. Skorzystałam z jakiejś spokojniejszej chwili, aby szeptem zapytać ciotkę: – Ale ja będę mogła czasem tu przyjeżdżać? Żeby zobaczyć mamę i tatusia? – Pewnie, że tak! – odparła moja nowa opiekunka. – Na święta, na wakacje. Nie bój się, Anula! Wujek tylko żartuje, że cię porywamy! Wydawało mi się, że siedzę na huśtawce, która unosi się gdzieś wysoko, bardzo wysoko... Do Warszawy! Do Warszawy, której nigdy przedtem nie widziałam! Rodzice jednak tej właśnie Warszawy dla mnie się obawiali. Znacznie później, gdy już byłam dorosłą dziewczyną, ciotka opowiedziała mi o tych wątpliwościach mamy: – Tam przecież u was, w Warszawie, wszystko pewnie jest inne niż tutaj. I szkoła, i nauczycielki, i koleżanki... nie będzie jej kto dokuczał? Da sobie dziecko radę? Ciotka śmiała się, zapewniając, że wszędzie są dobrzy, porządni, życzliwi ludzie. W Warszawie też ich nie brak. Tak zyskałam mój drugi dom. Było mi w nim bardzo dobrze. O moich opiekunach myślę do dziś jak o drugich rodzicach. Traktowali mnie naprawdę jak własną córkę, której los im odmówił. Człowiek szybko przywyka do tego, co dobre. I ze mną również tak się stało. Z małego mieszkania, gdzie żyło nas siedmioro, weszłam do trzech obszernych pokojów na drugim piętrze przy ulicy Siennej. Jeden z nich zajmował wcześniej Staszek, syn wuja, który ożenił się niedawno i zamieszkał w Pruszkowie. Kończył politechnikę i ku zmartwieniu ojca nie kwapił się z objęciem po nim warsztatu meblowego. – Może to mu się jeszcze odmieni – mawiał nieraz wuj. Pocieszał się tym, że na razie ma wspólnika. Zajmowałam teraz dawny pokój Staszka. I miałam własne łóżko! Nie musiałam sypiać ze starszą siostrą! Miałam szafkę na sukienki, szufladę na bieliznę w ciotczynej komodzie i własny stół z lampą do nauki! Nowa szkoła początkowo bardzo mnie onieśmielała. Ładny gmach, przestronne, słoneczne sale, zielone stoliki zamiast ławek – wszystko było nowe, odmienne, inne niż w Bukowcu. Do szkoły musiałam iść spory kawał pieszo albo jechać tramwajem. Wolałam początkowo to pierwsze. Bałam się bowiem wielkomiejskiego ruchu, zanim się z nim oswoiłam. U boku ciotki Zosi nauczyłam się jednak wszystkiego, co mi było na co dzień potrzebne: orientacji w ulicach i jazdy tramwajem. – Póki jeszcze ładnie i ciepło, możesz co dzień się przelecieć na piechotę – mówiła moja opiekunka. – Byle tylko wcześniej wstać i nie spieszyć się zanadto. Ale jak przyjdzie jesień, jak się zaczną słoty, będziesz jeździć. Szkoda zdrowia! A do tego czasu przywykniesz. Teraz wiem, że ci się w głowie kręci, jak idziesz ulicą. Ale to tylko na początku. Wnet się oswoisz. Miała rację. Przywykłam do Warszawy bardzo szybko. Onieśmielały mnie nauczycielki. Wobec nowych koleżanek czułam się początkowo skrępowana. Ale to prędko minęło. Miałam za sobą duży atut: solidną naukę. Gimnazjum, do którego trafiłam, było jedną z lepszych szkół w stolicy. Niezbyt chętnie przyjmowano doń nowe uczennice. Wuj miał jednak jakieś znajomości, które w tym dopomogły. Już na drugiej wywiadówce ciotka Zosia z zadowoleniem wysłuchała dotyczących mnie pochwał. Poziom średniej szkoły bukowieckiej był – jak się okazało – dobry. Wyniesione z niej wiadomości ułatwiły mi start w nowym miejscu. Dawna nieśmiałość i wytworzone przez nią kompleksy topniały jak śnieg w wiosennym słońcu. Kiedy czytałam powieść dla dziewcząt o małej księżniczce wydawało mi się chwilami, że jestem właśnie taką dziewczynką, którą spotkało wielkie i nieoczekiwane przeobrażenie losu.

Nie weszłam do książęcego pałacu. Ale z jednego pokoju, w którym gnieździło się nas siedem osób – weszłam do mieszkania trzypokojowego. Z biedy dostałam się nie w bogactwo, lecz w solidny, mieszczański dostatek (po latach niektórzy złośliwcy zarzucili mi, że drobnomieszczański...). Miałam swój pokój – maleńki co prawda, ciasny, ale własny! Wystarczyło w nim miejsca na łóżko, które potem zastąpił modny tapczan, na małą szafkę, półkę z książkami, a także stolik, spełniający rolę biurka. Prawdziwe biureczko, zrobione przez wuja, otrzymałam jako prezent za maturę. Ale to było znacznie później. Na razie otoczyło mnie nowe życie. Niepostrzeżenie nabierałam wielkomiejskiej ogłady, pewności siebie, obycia. Na pewno przyczynił się do tego fakt, że w warszawskiej szkole miałam wszystko to, czego brakowało mi w Bukowcu. Tam z konieczności nosiłam nicowany mundurek, buciki odziedziczone po siostrze, fartuch o przepisowym kroju, ale najtańszy, jaki można było dostać, a więc oczywiście najlichszy. Tu otrzymałam wszystko nowe, jak z igły. Nowy mundurek leżał na mnie znakomicie, tak samo jak czarny fartuszek i granatowy płaszcz. Prawdziwy płaszcz, nie przerabiana „okryjbieda”, jaką nosiłam w Bukowcu. – Nie będziesz gorsza od innych dziewcząt – stwierdziła ciotka Zosia po dokonanych sprawunkach, przyglądając mi się z niekłamaną satysfakcją. W Bukowcu musiałam pożyczać niektóre podręczniki, inne miałam używane, brudne, z „oślimi uszami”. Tu wszystkie zostały kupione w księgarni. Nie potrzebowałam od nikogo nic pożyczać. Dobre stopnie wysunęły mnie na czoło klasy. Moje początkowe onieśmielenie szybko zniknęło. Po roku występowałam na szkolnej scenie. Po dwóch latach brałam czynny udział w działaniach samorządu szkolnego. Poruszałam się swobodnie po warszawskich ulicach. Przywykłam do ruchu, świateł, neonów. Oczywiście, sama nie zauważyłam tych zmian, jakie we mnie zaszły. Dostrzegali je wszakże moi bliscy. Kiedy po roku jechałam pierwszy raz do rodziców (dumna jak paw, gdyż odprowadzona przez wuja, pierwszy raz wsiadałam sama do pociągu), na dworcu bukowieckim czekał na mnie jeden ze starszych braci. Przyjrzał mi się krytycznym okiem i mruknął pod nosem: – No, no! Mama od raz powiedziała: – Ta sama Anula, a jaka inna! – i otarła oczy rąbkiem kuchennego fartucha. Zrobiło mi się trochę przykro. Chciałam ją zapewnić, że nic się nie zmieniłam. Ale ojciec włączył się do rozmowy: – Pewnie, że teraz ona już bardziej warszawska niż bukowiecka – stwierdził. – Ale czy to źle? Popatrz, mamusiu, jak wyrosła! Jaka duża, ładna, zdrowa. A świadectwo przywiozła piękne! Włożył okulary, aby raz jeszcze dokładnie je obejrzeć. I ponaglił: – Daj no, matka, co masz na stół, bo dzieciak z drogi głodny. A ty, Anulka, już tylko po warszawsku jadasz? Zapomniałaś, jak w domu zalewajka smakuje? Albo parzybroda? – Jest parzybroda?! – ucieszyłam się, bo tej zupy z młodej kapusty w Warszawie się nie jadało. A chyba nikt nie umiał jej tak przyrządzić jak mama. Ojciec pogładził wąsa i roześmiał się zadowolony. – No, widzisz sama, że ona nasza, choć w Warszawie mieszka – rzekł do matki. – Domowe zupy jej nie zbrzydły, choć wygląda po warszawsku! Wuj Stefan był rzemieślnikiem nie tylko uzdolnionym, lecz także światłym i rozumnym. Lubiłam zaglądać do jego warsztatu, do pomieszczeń pełnych zapachu drewna i politury. Lubiłam patrzeć, jak powstają piękne meble albo jak zmieniają się stare, na pozór nienadające się do niczego graty, którym zręczne ręce wuja i szkolonych przez niego czeladników przywracały dawną świetność. Koszt odrestaurowania dawnego mebla nieraz przewyższał cenę mebla nowego. Ale znawcy-koneserzy, którzy stanowili większość klientów wuja, chętnie się na to godzili. Stare meble miały w sobie bowiem niepowtarzalny urok. Pamiętam sekretery z maleńkimi kolumienkami, z mnóstwem szufladek, nierzadko z tajnymi skrytkami, które pobudzały moją wyobraźnię, każąc snuć przypuszczenia o zamkniętych w nich skarbach. Pamiętam stoliki z podporą w kształcie liry, toaletki z lustrami w ramach wdzięcznie wygiętych, rzeźbione skrzynie. Wuj, widząc moje zainteresowanie, uczył mnie po trosze znajomości mebli stylowych. Od niego dowiedziałam się, co to znaczy chippendale, empire, biedermeier, simmler. Pomocnicy wuja wyrośli na świetnych fachowców. Dwóch z nich spotkałam po latach przy odbudowie

warszawskich wnętrz zabytkowych. Wuj należał do rzemieślników zainteresowanych życiem kulturalnym. Chodził do teatru na ważniejsze spektakle. Od czasu do czasu odwiedzał operę. Kina nie lubił. Z upodobaniem natomiast słuchał radia, które było wtedy jeszcze nowością. Bywał także na wystawach malarskich w Zachęcie. Te zamiłowania zaszczepił żonie, później zaś również mnie. Korzystałam nie tylko z biblioteki szkolnej, lecz również z prywatnej, dobrze zaopatrzonej wypożyczalni, w której ciotka Zosia miała stały abonament. Mój drugi dom rodzinny znakomicie uzupełniał więc gimnazjum i wiedzę, którą w nim zdobywałam. Mogłabym przytoczyć wiele wspomnień szkolnych: uroczyste akademie, wieczorki taneczne, wycieczki do Krakowa, do Poznania, do Gdyni. Pierwsze przyjaźnie i pierwsze, jak to wówczas mówiono, flirty. Ale nie to jest dla mnie teraz najważniejsze. Powracam myślą do Julii. Nigdy bym nie przypuszczała, że ta dziewczynka, bardzo ładna, podobna do Włoszki w swojej orientalnej urodzie, z oczami czarnymi jak węgle i ciemnymi obfitymi włosami odegra później tak wielką rolę w moim życiu. Spotykałam ją często, jadąc do szkoły lub w drodze powrotnej. Julia, w domu dość pretensjonalnie zwana „Julitką”, była trzy lata młodsza ode mnie. To w tym wieku dużo. Kiedy mnie już zaliczano do młodzieży, lub „dorastających panienek”, ona była jeszcze prawie dzieckiem. Nic więc dziwnego, że traktowałam ją trochę „z góry”. Zdarzało mi się jednak czasem rozmawiać z nią po drodze. Widziałam, że to dziewczynka rozgarnięta, bystra – i że wiele czyta. Moi opiekunowie znali rodziców Julitki Grandaplówny. – Bardzo porządni starozakonni – mawiał wuj, używając określenia, które obecnie jest już raczej zapomniane. Z panem Abramem Grandaplem łączyły go jakieś sprawy rzemieślniczo-handlowe. Ojciec Julitki był właścicielem jednego z antykwariatów, których tak wiele istniało na przedwojennych ulicach Świętokrzyskiej i Mazowieckiej. Kupował i sprzedawał książki. Znał się jednak również na innych starociach. Żona jego, pani Róża, prowadziła dobrze prosperującą pracownię krawiecką. Ciotka Zosia korzystała z jej usług, znacznie tańszych, wcale zaś nie gorszych niż w śródmieściu. Kiedy po ukończeniu lat szesnastu „wystrzeliłam” ze wzrostem, pani Róża szyła również dla mnie „lepsze”, czyli odświętne sukienki. I wtedy właśnie z ust jej padła pewnego dnia prośba, skierowana nie do mnie, lecz do mojej opiekunki: – Czy też panna Ania nie mogłaby pomóc trochę w nauce mojej Julitce?... Nigdy dotąd nie miała w szkole kłopotów, aż dopiero teraz z matematyką i z łaciną. Chyba te nauczycielki na nią się zawzięły. Oczywiście zapłacimy, ile tylko panna Ania zażąda! Ciotka Zosia pozostawiła decyzję mnie. A ja, owszem, bardzo chciałam – pomimo wszelkich dostatków – mieć własne, przeze mnie zarobione pieniądze. – Jak chce, niech tam idzie – rzekł wuj. – Grandaplowie to przyzwoici ludzie. On rzetelny jest i uczciwy. A z tą swoją brodą bardziej podobny do rabina niż do kupca! – Wygląda tak, jak gdyby kurzem porósł od tych szpargałów, co w nich wiecznie siedzi – dorzuciła ciotka. – Za to ona – ho! ho! Ma tyle w sobie życia, że aż kipi. I właściwie cały dom trzyma w garści. Pani Róża Grandapel w swój serdeczny, trochę afektowany sposób dziękowała mi za gotowość dopomożenia Julitce. Kilkakrotnie przy tym zapewniała, że nie będę miała zbyt wiele kłopotów, gdyż córka jest zdolna. Nawet bardzo zdolna. – Tylko panna Ania wie – zniżyła głos przy tych słowach, choć byłyśmy same w pokoju – jak to dziecko: czasem bez zastanowienia chlapnie językiem, nie pomyśli o tym, co mówi. A w szkole na to patrzą. I zawzięli się. No, a szczególnie, że... Urwała w pół zdania, pozostawiając mi pole do domysłów. Nie chciałam wypytywać zbyt dokładnie, kto i dlaczego tak „zawziął się” na Julię. Chodziła co prawda do tej samej szkoły, lecz niższe klasy miały inne nauczycielki. Dowiedziawszy się, że mam jej udzielać korepetycji z matematyki i z łaciny, przyjęła ten projekt bez wielkiego entuzjazmu, ale i bez oporu. Od razu, podczas pierwszych lekcji, zorientowałam się, że jest bystra – i że jeśli przystępnie wytłumaczyć jej reguły algebry, potrafi

dać sobie radę z tym przedmiotem, choć zdecydowanie go nie lubi. Miała zresztą wyraźne zainteresowania humanistyczne. Inaczej natomiast było z łaciną. Przyznała mi się do sprzeczki z nauczycielką, nie chcąc jednak wyjaśnić, o co właściwie poszło. Spór ten odbił się oczywiście na stopniach. Julia twierdziła, że profesorka obrzydza jej łacinę i że do tych „wstrętnych nudów” nie warto zresztą się przykładać. Po co łacina? Czy warto męczyć się nauką języka, z którego nic nikomu nie przyjdzie?! – Julitka, dziecko moje, co też ty opowiadasz? – gorszyła się pani Róża. – Każdy doktor... – Mamunia da mi spokój! Na medycynę nie pójdę. Od tego w domu jest Henio. – Ba, żeby tu był! – westchnęła pani Grandapel. Najstarszy syn obojga, młody lekarz, wyjechał niedawno na dłuższy czas do Francji. – Ale w aptece też łacina potrzebna. – Nie będę siedzieć w żadnej aptece! To jeszcze gorsze niż szpital. Jakieś maści, plastry, syropy! Brr! Gdy zażegnałam kłopoty Julii z matematyką, przyszła kolej na łacinę. Dopomógł mi przypadek. Znalazłam w jakimś piśmie wiersz Tuwima, poświęcony temu językowi. Przeczytałam Julicie, nie mówiąc, kto jest autorem. Słuchała najpierw niechętnie, potem z zaciekawieniem. Uczysz się, wkuwasz: terra, terrac, A potem: amo, amas, amat I fero, tuli, latum, ferre... Co to za męka! Jaki dramat! A ile utów! Jakie cumy! Supiny, groźne gerundivy, I męczą cię wyjątków tłumy, I strasznie jesteś nieszczęśliwy. ...A potem nagle wszystko umiesz, Już krąży w twojej krwi łacina, I dumny jesteś, że rozumiesz „Quousque tandem, Catilina”. – Zabawne! Czyje to? – Zgadnij! – Nie mam pojęcia. Próbowała, lecz nie zgadła, kto był autorem wiersza o „martwym języku”, który „przetrwał tysiąclecia”. Bardzo się zdziwiła, kiedy jej powiedziałam, że to Tuwim. – A ty lubisz Tuwima, Aniu? – spytała, przyglądając mi się badawczo. – Oczywiście, że lubię. Nawet bardzo! Przeżywałam wówczas wielkie zauroczenie naszą współczesną poezją, zwłaszcza skamandrytami. Dwa tomiki poezji Tuwima miałam stale pod ręką na półce. – A Leśmiana też lubisz? – padło kolejne pytanie. Ponownie przytaknęłam. W miarę naszej rozmowy wyszedł z wolna na jaw właściwy powód niechęci mojej młodszej koleżanki do szkolnej łaciny, ściślej zaś – do łacinniczki. Profesorka ta, doskonała zresztą w swoim przedmiocie, zarazem wychowawczyni klasy, do której uczęszczała Julita, pewnego dnia rzuciła jakieś cierpkie słowo pod adresem Tuwima i jego poezji. Julia czupurnie wystąpiła w obronie ulubionego poety. Do dyskusji tej włączyły się dwie lub trzy inne dziewczęta. Podczas dość ostrej wymiany zdań jedna z uczennic użyła słów „cyniczny Żyd”. Profesorka zganiła ją co prawda, lecz równocześnie powiedziała, że sama nie lubi Tuwima za jego wiersze rzekomo antypaństwowe i antyreligijne. Julii zaś ostro zwróciła uwagę za jej, jak to określiła – arogancję. Dziewczynka, mocno dotknięta, coś znów odpowiedziała. Nastąpił dalszy ciąg zadrażnień, których rezultatem były obniżone stopnie krnąbrnej uczennicy, zarówno ze sprawowania, jak z łaciny. – Bo ona jest antysemitką – mówiła Julia o łacinniczce. – A szkoła endecka! – Nie opowiadaj głupstw! Nie można kogoś pomawiać o antysemityzm tylko dlatego,

że nie lubi Tuwima. A nasza szkoła jest naprawdę dobra. I uczą w niej znakomicie. – Ee, tam! – odburknęła Julia lekceważąco. W ciągu kilku miesięcy udało mi się wyciągnąć moją uczennicę najpierw na trójkę w nielubianej łacinie, potem nawet na czwórkę. Na pewno przyczyniła się do tego również zmiana nauczycielki. Łacinniczkę ktoś zastąpił. Zachorowała bowiem poważnie, była na dłuższym leczeniu i potem wraz z nowym rokiem szkolnym przeszła do innego gimnazjum. Pani Róża twierdziła z niezachwianym przekonaniem, że znacznie lepsze postępy Julitki w nauce to wyłącznie moja zasługa. Rewanżowała mi się jak mogła, oprócz wynagrodzenia pieniężnego za korepetycje. Ciotka Zosia cieszyła się w pracowni krawieckiej „Róża” specjalnymi względami. Ja zaś nieraz u państwa Grandaplów poznawałam najprzedniejsze specjały tradycyjnej żydowskiej kuchni. Tak wspaniałego faszerowanego szczupaka nie zdarzyło mi się jeść nigdy przedtem ani potem. Nawet w Izraelu, po wielu latach, kiedy obydwie, Julia i ja z łezką w oku wspominałyśmy sztukę kulinarną mamy Grandapel. Z Julią zaprzyjaźniłam się wówczas i nieraz wysłuchiwałam jej zwierzeń. Była istotnie bardzo inteligentna, a zarazem wewnętrznie „rozwichrzona”, jak zresztą większość dorastających dziewcząt w jej wieku. Miała wyraźne zdolności i zamiłowania humanistyczne. Interesowała ją literatura i teatr. Rodzice skupili na niej całą swoją miłość – pozostała im bowiem w domu jako jedyna z trójki dzieci. Jej brat, najstarszy, przebywał nadal we Francji. Siostra wyjechała z mężem do Palestyny, gdzie oboje osiedli na stałe. Pani Róża nieraz wylewała „gorzkie żale” bądź przed ciocią Zosią, bądź przede mną. – Mam troje dzieci, a jakbym miała tylko jedno! Co z tego, że je mam, kiedy są tak daleko? Serce mi się kraje, kiedy pomyślę, że urodził mi się wnuk, a go jeszcze nie widziałam! – Wybierze się pani z wizytą i zobaczy wnuka – pocieszała ciotka. – Palestyna nie Ameryka. Zawsze trochę bliżej! – To się tylko tak mówi, pani Wojtyńska – westchnęła matka Julii. – Nie Ameryka, ale też kawał drogi! I przez morze! Noga moja jeszcze nigdy na statku nie postała. Jak tu przeżyć takie kołysanie?! Wybrała się jednak do starszej córki raz jeden, wiosną 1939 roku. Pamiętam, jak nieoczekiwanie przyszła do LOT-u, gdzie od niedawna pracowałam, żeby zapytać o koszt biletu samolotowego na trasie Warszawa – Lydda. Ostatecznie jednak zdecydowała się na statek. Choć starsza córka usiłowała ją zatrzymać, wróciła po dwóch miesiącach do Warszawy. Wróciła po śmierć. Polubiłam Julię i jej rodziców: nie tylko matkę, energiczną i ruchliwą, lecz z czasem również ojca. Pan Abram stanowił całkowite przeciwieństwo żony. Mało widoczny wśród otoczenia, po własnym mieszkaniu przesuwał się jak cień. Kiedyś nieoczekiwanie zastałam go w jadalni, gdzie zazwyczaj odbywały się nasze lekcje. Siedział przy stole z lupą w ręku, oglądając jakieś dziwne wyroby ze srebra. Zgarnął je, zaskoczony moim przyjściem. – Co to takiego? – zapytałam, widząc misternie wykonane naczyńko i laseczkę z zakończeniem w kształcie rączki. Okazało się, że są to przedmioty rytualne, używane podczas modłów i obrzędów w synagogach – i że te okazy trafiły do rąk pana Abrama poprzez jakichś znajomych, zamieszkałych na głębokiej prowincji. Ojciec Julii, najwidoczniej ujęty moim zainteresowaniem, pokazywał i objaśniał: – To balsaminka, to świecznik chanukowy, to. Padały nazwy osobliwe, prawie egzotyczne, przywodzące na myśl echa lektury jedynej polskiej powieści o Żydach, jaką wtedy znałam. Był nią Meir Ezofowicz Orzeszkowej. Pan Abram, zazwyczaj małomówny, rozgadał się, jak nigdy przedtem – i od słowa do słowa zaproponował mi obejrzenie starych ksiąg hebrajskich w swoim antykwariacie. Skorzystałam chętnie z tego zaproszenia i niebawem zaczęłam odkrywać uroki starodruków, oczywiście nie tylko hebrajskich. Pan Abram uczył mnie ich piękna, tak jak przedtem wuj Stefan uczył mnie widzieć i oceniać piękno starych mebli. – Taka młoda, ładna panna nie powinna grzebać się w tych zakurzonych szpargałach! – gderała z dezaprobatą pani Róża. – To zajęcie dobre dla starszych ludzi, dla uczonych albo dziwaków. Kto to widział, żeby panna Ania tkwiła w takiej norze?!

Polubiłam jednak bardzo „norę” jej męża, pełną półek ciasno zapchanych książkami. Podobne sklepy i antykwariaty tworzyły niepowtarzalną i po wojnie już nieistniejącą aurę dawnej ulicy Świętokrzyskiej. Maturę zdałam bardzo dobrze. Kolejne świadectwo – tym razem było to już świadectwo dojrzałości! – obejrzeli z satysfakcją najpierw moi opiekunowie, potem zaś rodzice. Pojechałam oczywiście do Bukowca, aby im pokazać ten „kamień milowy” na mojej drodze życia. Mama się popłakała. Ojciec objął mnie ramieniem i długo trzymał w uścisku, zanim spytał: – A co dalej? – Idę na uniwerek – oznajmiłam. To bowiem zostało już postanowione. Wujostwo oświadczyli gotowość sfinansowania mojej dalszej nauki. Wahałam się z wyborem kierunku studiów. Marzyłam o polonistyce lub o Wyższej Szkole Dziennikarskiej. Wuj-opiekun, z którego zdaniem przywykłam się liczyć, traktował jednak te projekty z dużą dozą sceptycyzmu. – Jak już się masz uczyć, Anulka, to ucz się czegoś porządnego – mówił. – Z polonistyką czeka cię tylko praca w szkole. Są już dwie nauczycielki w rodzinie – miał na myśli moje siostry. – Ileż się nakołotały, żeby znaleźć posadę i wciąż siedzą tylko na kontraktach, a etatu nie mają! A dziennikarstwo to zawód nie dla kobiety! Rodzice moi wszelkie rady i decyzje dotyczące moich losów pozostawiali wujostwu. – Jesteś z nimi tyle czasu w tej Warszawie i oni lepiej wiedzą, co powinnaś ze sobą robić – twierdził ojciec. Na pewno było w tym wiele racji. Po długich rodzinnych debatach postanowiłam usłuchać rady wuja i wstąpić na prawo. Nie było ono na pewno wymarzonym przeze mnie kierunkiem studiów, ale miało jedną wielką zaletę: nie zabierało zbyt wiele czasu. Wkuwając pracowicie zawartość skryptów obowiązujących na pierwszym roku, snułam dalsze plany. Odrobię dwa lata prawa, będę miała już za sobą „półdyplom”, czyli połowę studiów; spróbuję wtedy uczęszczać jednocześnie na filologię polską, nie przyznając się do tego opiekunom. Powiem im o tym dopiero wtedy, gdy zaliczę na tym wydziale co najmniej rok i zdam dwa egzaminy magisterskie. Miałam wtedy dziewiętnaście lat i wszystko wydawało mi się możliwe. W tym okresie moje stosunki z Julitką Grandapel i jej rodzicami mocno się rozluźniły. Zanadto bowiem pochłaniały mnie studia i życie akademickie. Od czasu do czasu wpadałam do znajomego antykwariatu pana Abrama, który chętnie rozkładał przede mną swoje książkowe skarby. Ciotka Zosia nadal pozostawała klientką pani Róży. Julia radziła sobie doskonale z przygotowaniami do matury i żadna pomoc w nauce nie była jej już potrzebna. Czasem tylko w rozmowach z nią i jej rodzicami przewijały się echa napięć i zadrażnień nurtujących nasze ówczesne życie. Były w nim bowiem ekscesy antysemickie, burdy na wyższych uczelniach, próby wprowadzenia „getta ławkowego”, które również widziałam podczas moich pierwszych lat studenckich. Wuj i ciotka byli zdania, że studenci powinni się uczyć, a nie urządzać awantury. – Oj, niedobrze coś u nas się dzieje, niedobrze! – powtarzała mi kiedyś zatroskanym głosem pani Róża podczas mierzenia wiosennej sukienki. – Lepiej, że nasza Julitka jedzie do tej Francji! Prawda? Niech tam przeczeka, aż to wszystko się jakoś ułoży. Bo przecież w końcu musi się ułożyć. Prawda? Jak panna Ania myśli? W jej głosie brzmiała prośba prawie natarczywa, jak gdyby koniecznie szukała potwierdzenia, że wszystko powinno się jakoś rzeczywiście ułożyć. A ja odpowiadałam nieuważnie, z roztargnieniem. Julia po maturze wybierała się na romanistykę. Mając brata osiadłego we Francji, postanowiła jechać do Grenoble na roczny kurs doskonalenia języka francuskiego, a dopiero później, po powrocie wstąpić na uniwersytet. Los pokrzyżował moje ambitne plany podwójnych studiów. Kiedy skończyłam drugi rok prawa, spadło na nas wielkie nieszczęście. Wuj Stefan zmarł po kilkunastodniowej chorobie. Był już niemłody, ale dotychczas trzymał się krzepko. Rzadko kiedy skarżył się na jakieś dolegliwości i wydawało się, że ma siły niespożyte. Zwykła, banalna grypa, którą usiłował „przechodzić”, przekształciła się w obustronne zapalenie płuc. Nastąpiły powikłania, które w ówczesnych warunkach okazały się zabójcze. Wuj był uparty na swój łagodny sposób. Najpierw zlekceważył

grypę. Potem bagatelizował jej następstwa, aż było za późno. Ciotka doznała okrutnego ciosu. Dla mnie również zgon wuja był wielką stratą. Odszedł doświadczony, serdeczny opiekun, w którym miałam niezawodne oparcie. Role się odmieniły – teraz ja miałam zaopiekować się owdowiałą ciotką. Przybita nieszczęściem, potrzebowała mnie bardziej niż kiedykolwiek. Kiedy opadła pierwsza fala nieuchronnego zamieszania i wielkiego żalu, który zawsze towarzyszy odejściu bliskiego człowieka, stanęło przede mną pytanie: co dalej? Najbliższe dni miały przynieść na nie odpowiedź. Otwarto testament, który wuj Stefan, jak się okazało, sporządził na rok przed śmiercią. Wszystko co miał, cały dorobek życia podzielił zgodnie z prawem i z własną wolą między dwoje spadkobierców: żonę i syna. Pamiętał również jednak o kilku innych bliskich osobach. Zaskoczona i wzruszona usłyszałam, że w testamencie znalazł się zapis dla „Anny Bieńko, bratanicy mojej żony, naszej wychowanicy”. Suma nie była wielka, lecz stanowiła dla mnie zabezpieczenie do końca studiów. Poczułam ciepło wokół serca. Jak teraz miałybyśmy obydwie ułożyć sobie dalsze życie?... Wiedziałam, że pracownię przejmie wspólnik oraz syn wuja, który jednak zdecydował się poprowadzić firmę ojca. Niebawem miał przenieść się z Pruszkowa na ulicę Sienną. Stąd bowiem blisko było do warsztatu. Ciotka oświadczyła, że woli nie pozostawać w otoczeniu, gdzie każdy sprzęt, każdy drobiazg przypomina jej niedawną przeszłość. Staszek nie spieszył się jednak z przeprowadzką, gdyż właśnie wtedy powołany został na paromiesięczne ćwiczenia wojskowe. Na razie pozostawałyśmy więc obydwie na „starych śmieciach”. Z wolna, jak po wielkiej, niszczycielskiej burzy, życie powracało w utarte tory, choć już nie było takie, jak dawniej. – Dobrze, że jesteś ze mną, Anula! – powtarzała ciotka nieraz w tych pierwszych, najtrudniejszych miesiącach po śmierci wuja. Rada byłam, że mogę stać się dla niej oparciem. Zarazem jednak bardzo chciałam usamodzielnić się materialnie, chociaż dzięki wujowi mogłam studiować nie martwiąc się o pieniądze. O podjęciu drugiego kierunku nie było co myśleć teraz, kiedy zmieniły się niejako role – i na mnie przyszła kolej zaopiekowania się ciotką. Zaczęłam szukać jakiegoś zajęcia, tym bardziej że do końca nauki miałam „bliżej niż dalej” i mogłam uczęszczać tylko na obowiązkowe seminaria. Dzięki pomocy jednego z klientów wuja, od dawna z nim zaprzyjaźnionego, otrzymałam pierwszą w życiu pracę. Przyjęto mnie na razie na okres próbny do pracy w Polskich Liniach Lotniczych LOT, które właśnie zaliczyły pierwsze dziesięciolecie swego istnienia. Zostałam zatrudniona w dziale sprzedaży biletów i załatwiania formalności wyjazdowych. Nie była to posada świetna pod względem finansowym. Praca okazała się jednak znacznie bardziej interesująca niż zajęcia w jakimkolwiek innym biurze. Na coś innego trudno byłoby zresztą liczyć przed uzyskaniem dyplomu bez wpływowych znajomości w kręgach prawniczych. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że praca w PLL LOT, choć krótkotrwała, wywrze znaczny wpływ na moje dalsze życie. W PLL LOT wszystko było nowe i młode. Bilety, mapy i rozkłady rejsów powietrznych zdawały się przybliżać świat. Do dziś pamiętam odległości powietrzne między Warszawą a innymi miastami i w kraju, i poza obrębem Polski. Nasze samoloty kursowały już wówczas do Brna, do Wiednia, do Berlina i Aten. Wśród klienteli LOT-u zdarzali się ciekawi ludzie: aktorzy, literaci, dziennikarze. W miarę wolnych miejsc pracownicy polskich linii lotniczych mogli podróżować za opłatą bardzo niską, prawie symboliczną. Pamiętam biuro LOT-u, do którego chodziłam codziennie, na Marszałkowskiej – blisko cukierni Lardellego i kawiarni, gdzie często wpadaliśmy na drugie śniadanie. Filiżanka wyśmienitej białej kawy i bułka z szynką kosztowały niewiele więcej niż dziesięć groszy! Pierwszego warszawskiego aeroportu na Polu Mokotowskim nie znałam. Gdy rozpoczęłam pracę, lotnisko zainstalowane już było na Okęciu. Szybko nauczyłam się piosenki o „wietrze mokotowskim, jak zawsze beztroskim”, popularnej wśród personelu. Często ją sobie przypominałam w wiele lat później, wsiadając do powojennych maszyn z emblematem PLL LOT.