Rosasa

  • Dokumenty24
  • Odsłony72 036
  • Obserwuję19
  • Rozmiar dokumentów74.7 MB
  • Ilość pobrań28 117

Woolf Virginia - Dziennik 1915-1941

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :2.6 MB
Rozszerzenie:pdf

Woolf Virginia - Dziennik 1915-1941.pdf

Rosasa Dokumenty
Użytkownik Rosasa wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 1,158 osób, 290 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 258 stron)

WSTĘP Oto skrócona wersja dziennika, który Virginia Woolf pisała w latach 1915-1941. Jego pełne wydanie ukazało się w latach 1977-1984 w postaci pięciu tomów, opatrzonych licznymi przypisami i starannie opracowanym indeksem oraz wstę- pem mojego autorstwa. Wstęp ten miał na celu przedstawienie czytelnikom tekstu dotychczas nie publikowanego, który nić mógł nie wzbudzić zaintereso- wania badaczy i entuzjastów twórczości Virginii Woolf; do nich też adresowane było jego naukowe opracowanie. Obecne wydanie powstało z myślą o szerszej publiczności; niewykluczone, że trafi także w ręce osób nie znających wcale twórczości diarystki. Krótko mówiąc, o ile poprzedni wstęp miał zaprezento- wać same dzienniki, o tyle niniejszy ma na celu przedstawienie Virginii Woolf jako pisarki. Próba taka wydaje się pożądana z uwag^ na to, że dziennik jest, najogólniej rzecz ujmując, zapisem bardzo prostym i bezpośrednim, a przy tym czynionym pospiesznie, może zatem stanowić dobry punkt wyjścia dla kogoś, kto chciałby zapuścić się w jakże bogaty rejon literatury. Jest dość prawdopodobne, że nowi

czytelnicy słyszeli o pisarce, którą chcę zaprezentować, opinie niezbyt pochleb- ne. Powiada się często, że była snobistyczna, elitarna i złośliwa. Czytelnik dzien- nika będzie mógł wyrobić sobie w tej materii własne zdanie. Powiem tu tyle tylko, że inni sławni diaryści, jak na przykład Samuel Pepys czy James Boswell także nie byli całkowicie wolni od — delikatnie rzecz ujmując — pewnych wad charakteru, co nie czyni przecież ich tekstów mniej wartymi lektury. Jednakże w oczach przyszłych czytelników na Virginii Woolf ciążą inne, poważniejsze zarzuty, którym warto się przyjrzeć. Trudno nie przyznać, że w jej powieściach znajdują się ustępy, mogące niektórych czytelników wprawić w zakłopotanie. Jako autorka tekstów krytycznych pisze ona zawsze niezwykle klarownie; jed- nak w przypadku fikcji jej lekceważenie dla tego, co nazwę tu narracją, zainte- resowanie ciemnymi emocjami i działaniem ludzkiego umysłu w połączeniu z brakiem uwagi dla przyziemnych faktów życia codziennego skutkują pew- nymi niejasnościami, mogącymi wywoływać u czytelnika poczucie zagubienia. The Waves {Fale) nie są lekturą prostą, a i większość wcześniejszych powieści stawia przed czytelnikiem niezwykle czasami trudności. Dziennik natomiast niemal w całości czyta się bardzo łatwo. Po pracowitym poranku lub między herbatą a obiadem Virginia Woolf zajmuje się odnotowywaniem bólów i ra- dości mijającego dnia. Trudno sobie wyobrazić mniej „wystudiowaną" prozę, a jeśli coś jest tu niejasne, to dlatego że autorka spieszyła się z utrwalaniem swoich doświadczeń. Pisząc o sobie i swoim życiu, nie gardzi zwyczajnością. Podczas gdy bohaterowie Fal —jeśli da się ich nazwać bohaterami — nawet nie posiadają czegoś takiego jak dochód, to Virginia Woolf jako diarystka nie cofa się przed czynieniem uwag na temat ceny jajek. W napisanym wcześniej wstępie, o którym już wspominałem, podjąłem się sformułowania pewnych ocen, czego zwykle unikam, i stwierdziłem, że dziennik zaliczyć należy do najlepszych powieści Virginii Woolf, że to arcydzie- ło. Można wszakże postawić pytanie: czy teraz, kiedy zredukowany został do mniej więcej jednej piątej objętości, nadal nim pozostaje? Sądzę, że tak. Twier- dzę wręcz, iż miejscami cięcia redaktorskie w pewnym stopniu wzmocniły za- lety oryginalnego tekstu. Historię rozwijającą się na kartach dziennika podzielić można na trzy czę- ści. Najpierw lata powrotu do zdrowia (1915-1922) — po straszliwych załama- niach nerwowych, jakich Virginia doznała w początkowym okresie małżeństwa, a zarazem w pierwszych latach kariery pisarskiej, w czasie publikacji pierwszej i drugiej powieści oraz kilku niezwykle oryginalnych opowiadań, wskazujących już kierunek, jaki miała obrać. Następnie lata rozwoju (1922-1931) — w któ- rych trakcie, pisząc powieści uznawane dziś za jej największe osiągnięcia, ufor- mowała i rozwinęła własny styl, a każda kolejna książka, począwszy od Jacob's Room („Pokój Jakuba"), aż po kulminację, jaką stanowiły Fa/e, przynosiła nowe problemy, triumfy i nową sławę. W końcu faza trzecia i ostatnia (1931-1941) — faza dobrobytu, uznania i rozpaczy. Zbiega się ona z rozpadem własnego świata Virginii oraz świata w ogóle — dryfującego w przerażającym tempie ku barbarzyństwu i wojnie, ku katastrofie, na którą remedium upatrywała pisarka w feminizmie. Lata te stały się świadkami jej długiej i bolesnej męki pisania The Years (Lata) oraz, co stwierdzić można z dzisiejszej perspektywy, ostatecznego triumfu, jakim okazała się Between the Acts („Między aktami"), opublikowana pośmiertoie powieść, która — gdyby autorkę dało się ochronić przed jej wła- snym szaleństwem i samobójstwem — może zostałabyjeszcze zmieniona. W każdym z tych okresów obserwujemy, jak pisarka podtrzymuje dawne znajomości i nawiązuje nowe. Od samego początku Virginia wraz ze swoją siostrą Vanessa stanowiły centralne postacie tzw. grupy Bloomsbury, a przy- jaźnie łączące ten krąg zawarte zostały na długo przedtem, zanim zaczął po- wstawać dziennik. Wielka wojna przyczyniła się do rozproszenia grupy i zmian w jej obrębie, niemniej starzy znajomi — tacy jak Maynard Keynes, Desmond MacCarthy, Lytton Strachey, E.M. Forster i Roger Fry — dostarczają materiału do licznych cennych portretów; do wyżej wymienionych dołączyć można nieco później wprowadzonych, młodszych kolegów po piórze: Katherine Mansfield i Thomasa Stearnsa Eliota. Od czasu do czasu zyskujemy także wgląd w ko- rytarze władzy: mamy oto opis popołudnia, kiedy to kuzyn Virginii, Herbert Fisher, minister w gabinecie premiera, wprosił się na herbatę i powiedział jej, że wojna skończyła się zwycięstwem; albo pamiętną wizytę, którą w domu Wo-

olfów w Sussex złożyli Sidney i Beatrice Webbowie, kiedy to planowano so- cjalistyczną przyszłość dla Wielkiej Brytanii. Spotkania tego rodzaju pozwalały Virginii na chwilę zbliżyć się do świata działań militarnych i politycznych, choć w żadnym wypadku nie wzbudziły w niej zachwytu dla ich głównych aktorów. W okresie drugim widzimy czterdziestoletnią już pisarkę, wchodzącą od- ważnie w wytworny świat, jeśli tak określić można Lady Colefax i Lady Cunard oraz o wiele dla Virginii ważniejszą znajomość z pałacem Knole i rodziną Sack- ville'ów. Na drugim krańcu społecznego spektrum dostrzec można, a właściwie nie można nie dostrzec długiej tragikomicznej sagi Nelly Boxali, stałej służącej Woolfów, która, jak się wydaje, nie była w stanie żyć ani pod jednym dachem z Virginia, ani też bez niej, co sprawiało, że nieustannie składała jej wypowie- dzenia i nieustannie je wycofywała, doprowadzając do rozpaczy swoją panią, która tak była do niej przywiązana, iż pełna poczucia winy, znosiła zmienne nastroje służącej. Miarą sukcesu Virginii był fakt, że zapraszano ją na spotkania z największy- mi ówczesnymi pisarzami. T.S. Eliot od dawna już był jej przyjacielem, teraz jednak poznała sławy starszego pokolenia, takie jak Arnold Bennett, H.G. Wells, G.B. Shaw, W.B, Yeats, Max Beerbohm i George Moore; temu okresowi jej kariery zawdzięczamy również parniętny portret Thomasa Hardy'ego, a także — jako że ciekawość pisarki nie znała granic — opis całkowitego zaćmienia słońca w roku 1926. W ostatniej fazie znów przybyło jej znajomych; szczególnie warta wspo- mnienia jest Ethel Smyth, jedna z najciekawszych, a zarazem najbardziej uciąż- liwych admiratorek pisarki. Virginia chemie obracała się także w towarzystwie młodszych poetów i pisarzy — Williama Plomera, Christophera Isherwooda, Stephena Spenderà i innych. Lata trzydzieste były wszakże również okresem żałoby: pierwszy umarł Lytton Strachey, po nim odeszli Dora Carrington, Roger Fry, Ottoline Morrei!, Ka Arnold-Forster, a także młodsi: Francis Birrell, Stephen Tomlin i siostrzeniec Virginii, Julian Bell. Do owych list postaci, które, mam nadzieję, dają czytelnikowi pojęcie o typach ludzi, jakich napotkać można na kartach dziennika, dodać trzeba jesz- cze całe mnóstwo innych spraw: ptaki i pogodę, krajobrazy i londyńskie uli- ce, przyjemność spacerowania, rozmów, słuchania muzyki; osobliwości życia akademickiego, rozczarowania ceremoniałami... Spis nie ma końca, bez sensu zresztą byłoby go tworzyć; warto może jednak zaznaczyć, że Virginia należy do nielicznych kobiet, które jako pierwsze pozostawiły nam bezpośredni opis działań wojennych: stała się świadkiem jednej z kluczowych potyczek w bitwie 0 Anglię i zrelacjonowała ją, nawet jeśli nie zdawała sobie sprawy z wagi wyda- rzenia, które opisuje. Powiada się, że Bloomsbury stanowiło środowisko ekskluzywne, niechęt- ne wszelkim potencjalnym przybyszom z zewnątrz i odstraszające ich za po- mocą lodowatego szyderstwa. W pewnym stopniu jest to prawda w przypadku siostry Virginii, jednak nie w odniesieniu do innych członków grupy, szcze- gólnie do samej Virginii. Oczywiście istniały takie relacje międzyludzkie, jakie ją irytowały, na przykład stosunki z teściową, panią Woolf, jednak niewątpli- wie nudne rozmowy z niechętnie przyjmowanymi gośćmi, nawet jeśli trudne do wytrzymania, nabierają w dziennikowych zapiskach wielkiej wartości ko- micznej. Z punktu widzenia Leonarda czy prowadzącego Virginie lekarza ta- kie spotkania były potencjalnie niebezpieczne: mogły spowodować ból głowy 1 zamienić pisarkę w skazaną na samomość inwalidkę, Ictóra nie ma do zapisania niczego poza stanem v^dasnych myśli (nie żeby te obserwage nie były cieka- we!), lub wręcz w o^le przestaje prowadzić dzienniki. Jednak kiedy tylko ma siłę pisać i dawać wyraz swej ciekawości, sympatiom, złośliwości i poczuciu humoru, dzienniki Virginii stają się wspaniałą lekturą. Tb oczywiste, że w po- 4 spiesznie tworzonym rękopisie autorki, docierającej zwykle do zamierzonych znaczeń poprzez serie kolejnych szkiców, w nieunikniony sposób pojawić się musiały elementy zbędne, które zostałyby przez nią wykreślone. W obecnej, skróconej wersji podejmuję próbę przydania tekstowi dodatkowego rozmachu i jasności poprzez taktownie dokonane skróty. Mam nadzieję, że bystry czytel- nik dostrzeże wymierne korzyści takiej operacji. Jasne jest jednak, że próbując

uniknąć jednej trudności, popaść można w inną: przyjemność płynąca z lektury tych stron może w czytelniku wzbudzić żal, że książka jest tak krótka. Quentin Bell, 1989 CHWILE WOLNOŚCI DZIENNIK 1915-1941 1915Adeline Virginia (ur. w i882 r.) była trzecim z czworga dzieci z drugiego małżeństwa Lesliego Stephena* — wybitnego literata okresu wiktoriańskiej, redaktora Dictionary of National Bibliography i jego żonyJulii, wdou/y po Herbercie Duckworcie. Cała rodzina, łącznie z dziećmi każdego z rodziców z poprzednich małżeństw, żyła w wielkim domu przy Hyde Park Gate, w londyńskiej dzielnicy Kensington, wraz z zastępem służby, na którego czele stała kucharka Sophie. Każdego lata na kilka miesięcy wszyscy przenosili się do St Ives w Kornwalii. Julia Stephen umarła w roku 1895, a Sir Leslie w 1904. Jesienią tego samego roku rodzeństwo Stephenów pod wodzą najstarszej siostry, Vanessy, przeniosło się do domu przy Gordon Square 46, w niemodnej wtedy dziełnicy Bloomsbury, dzięki czemu mieli poczucie, że mogą wyzwolić się z kajdan konwenansów obowiązujących w Kensington. Kiedy Thoby Stephen ukończył Trinity College w Cambridge, gdzie wkrótce mial podjąć studia także młodszy brat, Adrian, w domu przy Gordon Square pojawili się jego przyjaciele, dzięki czemu siostry Stephen mogły najpierw przysłuchiwać się swobodnym dyskusjom na wszelkie tematy, jakie ci inteligentni i błyskotliwi młodzi ludzie wiedli już wcześniej na uniwersytecie, a potem także brać w nich udział, choć w tamtych czasach dobrze wychowane panny nie miały zwykle dostępu do podobnych rozmów. Spośród uczestników tych rozmów kilku pozostało przyjaciółmi rodziny na długie łata: Lytton Strachey, Saxon Sidney-Turner, Desmond MacCarthy. Dwóch z nich — Clive Bell i Leonard Woolf— miało zostać mężami Vanessy i Virginii Stephen. Jeszcze w pokoju dziecinnym siostry Stephen zdecydowały, że Vanessa zostanie malarką, a Virginia pisarką, i żadna z nich nigdy nie zmieniła tych Noty o najważniejszych postaciach pojawiających się w dzienniku Virginii Woolf znajdują się na końcu książki — przyp. red. 5 5 postanowień. Od roku 1904 Virginia zaczęła publikować recenzje i artykuły, głównie w „Times Literary Supplement"*. Jej pierwsza powieść, The Voyage Out („Podróż w świat"), została przyjęta do druku przez jej przyrodniego brata, wydawcę Geralda Duckwortha w roku 1913, chociaż z powodu załamania nerwowego, jakie przechodziła Virginia, publikacja przeciągnęła się do marca 1915 roku, kiedy już pracowała nad kolejną książką. Night and Day („Noc i dzień"). Leonard Woolf, który dla małżeństwa z Virginia zrezygnował ze służby państwowej w kołoniach, opublikował dwie powieści: The Village in Jungle („Wioska w dżungli") w roku 1913 oraz The Wise Virgins („Panny roztropne") rok później. Virginia otrzymała w spadku skromny stały dochód, nie wystarczający jednak dła utrzymania dwóch osób, szczególnie wobec znacznych wydatków na opiekę lekarską i pielęgniarską dla niej, Leonard zajął się więc zawodowo publicystyką i wciągnęły gó mocno sprawy polityczne. W Richmond, w domu przy The Green 17, Virginia Woolf robiła zapiski w dzienniku codziennie od 1 stycznia do 2 lutego 1915; kolejne wpisy w tym roku pojawiają się dziesięć dni później, obejmują trzy dni — i na tym koniec. „Times Literary Supplement" —jeden z najważniejszych opiniotwórczych tygodników literackich świata; powstał w 1902 roku jako dodatek do londyńskiego „Timesa", od 1914 funkcjonuje jako osobny tytuł. Współpracowali z nim m.in.: T.S. Eliot, H. James, V Woolf, M. Amis czy P.Larkin. The Green 17, Richmond PIĄTEK, 1 STYCZNIA

Zeszłej nocy nie dawały nam spać noworoczne dzwony. W pierwszej chwi- li myślałam, że obwieszczają zwycięstwo. SOBOTA,2 STYCZNIA Oto dzień, który bym wskazała, gdyby dało się wybrać absolutnie przecięt- ną próbkę naszego życia. Jemy śniadanie; rozmawiam z panią Le Grys. Na- rzeka na straszliwe belgijskie apetyty i zamiłowanie do jedzenia smażonego na maśle. „Skoro tak jadają na wygnaniu, to jak muszą jadać u siebie?" — zastanawia się. Potem L. i ja, oboje, zabieramy się do swojej pisaniny. Jemy lunch, czytamy gazety, zgadzamy się, że nie ma w nich nic ciekawego. Dwadzieścia minut czytam na górze Guya Manneringa, a potem idziemy z Maksem na spacer. W połowie drogi do Bridge okazuje się, że jesteśmy odcięci przez rzekę — wyraźnie podniósł się poziom wody, która odbija się od brzegu i pulsuje niczym serce. Dziwna rzecz z tymi przedmieścia- mi: najohydniejsze czerwone wille zawsze są wynajęte, a w żadnej z nich nie ma ani jednego otwartego czy odsłoniętego okna. W jednym z domów były zasłony z żółtego jedwabiu z koronkowymi wstawkami. Pokoje we- wnątrz wypełnia pewnie półmrok i odór mięsa, i ludzkich ciał. Wydaje mi się, że zasłonięte okna to znak, iż się jest osobą szacowną — Sophie zawsze upierała się przy zasłanianiu. Potem zakupy. Sobotni wieczór to pora wiel- kiego kupowania, a niektóre stoiska oblężone są przez trzy rzędy kobiet. Ja zawsze wybieram puste sklepy, gdzie pewnie płaci się o pół pensa więcej za funt. A potem herbata, z miodem i śmietanką; teraz L. przepisuje na ma- szynie swój artykuł; potem przez cały wieczór czytanie, i do łóżka. 6 1915 NIEDZIELA, 3 STYCZNIA Dziwne, jak stare, od dawna, wydawałoby się, pogrzebane tradycje nagle odżywają. Przy Hyde Park Gate zawsze rezerwowaliśmy sobie niedzielne poranki na czyszczenie sreber stołowych. No i okazuje się, że teraz sama zostawiam sobie niedzielne poranki na różne dziwne zajęcia — dziś było to przepisywanie na maszynie — i porządki w pokoju — i rachunki, które w tym tygodniu są bardzo zawiłe. Mam trzy woreczki miedziaków, z któ- rych każdy jest coś winien pozostałym. Po południu poszHśmy na koncert do Queen's Hall. Biorąc pod uwagę, że od paru tygodni moich uszu nie tknęła muzyka, uważam patriotyzm za uczucie niskie. Chcę przez to po- wiedzieć, że grano hymn narodowy i jakąś pieśń, a ja czułam jedynie całko- wity brak uniesienia i w sobie, i w innych. Gdyby Brytyjczycy rozmawiali otwarcie o klozetach i kopulacji, mogliby odczuwać poruszenie emocjami uniwersalnymi. Skoro jest jak jest, wezwanie do wspólnego odczuwania zostaje w beznadziejny sposób rozmazane przez stojące na przeszkodzie płaszcze i futra. Zaczynam nienawidzić bliźnich, szczególnie kiedy oglą- dam ich twarze w metrze. Naprawdę, więcej mam przyjemności z ogląda- nia surowej wołowiny i srebrnych śledzi. Ale potem musiałam czterdzieści minut czekać na stacji Charing Cross, późno dotarłam do domu i nie za- stałam już Duncana [Granta], który do nas przyjechał. Poza tym Londyn w niedzielny wieczór, kiedy wszystkie żarówki są do połowy umazane nie- bieską farbą, jest miejscem odrażającym. Tylko długie ulice w kolorze bło- ta, a światła dziennego i niedostatecznego oświetlenia jest akurat tyle, żeby widać było nagie niebo, niewypowiedzianie zimne i płaskie. PONIEDZIAŁEK, 4 STYCZNIA Po lunchu Z}zvń\ się Philip [Woolf], jako że ma cztery dtii przepustki. Jest śmiertelnie wykończony służbą w armii — opowiada takie rzeczy o woj- skowej głupocie, że aż trudno uwierzyć. Pułkownik stwierdza: „Lubię ele- ganckich młodych ludzi, panowie", i pozbywa się rekrutów, którzy plasują się poniżej jego standardów. Na dodatek na froncie nie ma już zapotrzebo- wania na kawalerię, więc przypuszczalnie będą bez końca siedzieć w Col- chester. Kolejny ciemny, deszczowy dzień. Samolot przeleciał nam nad głowami. 6 WTOREK, 5 STYCZNIA Pracowaliśmy jak zwykle i jak zwykle padało. Po lunchu zażywaliśmy po- wietrza w Old Deer Park i według linii łodyg mogliśmy ocenić, jak wy- soko dochodziła woda; widzieliśmy wielkie drzewo, które zwaliło się na

ścieżkę holowniczą, miażdżąc metalowe ogrodzenie. Wczoraj widziano trzy ciała, bystro płynące z nurtem w Teddington. Czy to pogoda skłania do samobójstw? W „Timesie" jest przedziwny artykuł na temat katastrofy kolejowej, mówiący o tym, że wojna nauczyła nas zachowywać proporcje, jeśli chodzi o ludzkie życie. Ja zawsze miałam wrażenie, że jest ono cenio- ne absurdalnie wysoko; ale nigdy bym nie przypuszczała, że „Times" może twierdzić to samo. L. pojechał do Hampstead na pierwszy z serii swoich wykładów dla Gildii Kobiecej*. Nie sprawiał wrażenia zdenerwowanego; w tej chwili już przemawia. Belgowie na dołe grają w karty z jakimiś zna- jomymi i gadają — gadają — gadają — a w tym czasie ich kraj ulega de- strukcji. W końcu nie mają przecież nic lepszego do roboty. ŚRODA, 6 STYCZNIA L. wyjechał o dziesiątej na swój kolejny wykład. Pierwszy okazał się wiel- kim sukcesem, tak jak przewidywałam. L. mówi, że kobiety są dużo inte- ligentniejsze od mężczyzn; w niektórych przypadkach zbyt inteligentne, i z tego powodu czasami nie dostrzegają, o co naprawdę chodzi. Jedynie bardzo skromna osoba jest w stanie traktować te pracujące kobiety w taki sposób, w jaki on je traktuje. Clive [Bell], tak samo jak każdy inny błyskot- liwy, młody mężczyzna przybrałby pozę i bez względu na to, jak bardzo by je podziwiał, udawałby, że ich nie podziwia. Pisałam przez cały ranek z nieskończoną przyjemnością, co jest prze- dziwne, ponieważ jestem bezustannie świadoma, że w tym, co piszę, nie ma nic przyjemnego i że za jakieś sześć tygodni, a może nawet dni, wzbu- dzi to we mnie odrazę. Potem wybrałam się do Londynu, żeby spytać Kobieca Gildia Spółdzielcza (Women's Co-operative Guild) — organizacja powstała w 1883 roku w Oksfordzie. Początkowo stawiała sobie za cel propagowanie idei ruchu spółdzielczego, szybko jednak zaangażowała się także w działalność polityczną na rzecz kobiet, walcząc m.in. o ustanowienie płac minimalnych i urlopy macierzyńskie, oraz w działalność antywojenną, szczególnie w trakcie I wojny światowej i po jej zakończeniu. 7 191: 1915 o pokoje w Gray's Inn. Mieli wolny apartament i od razu zaczęłam wy- obrażać sobie nie wiadomo jakie wspaniałości, więc weszłam tam z dresz- czem podniecenia. Ale okazało się, że pokoje są idealne dla jednej osoby, ale nie do przyjęcia dla dwóch. Następnie oglądałam mieszkanie na Bed- ford Row, które wydawało się cudowne, ale od agenta dowiedziałam się, że dostali polecenie wynajęcia go wyłącznie z umeblowaniem — no i teraz oczywiście jestem przekonana, że, w całym Londynie nie ma nic równie świetnego. Mogłabym całymi godzinami chodzić po pogrążających się w zmierzchu ulicach Holborn i Bloomsbury. Ach, ileż się widzi — ileż odgaduje — i tumult, i wrzawa, i ruchliwość tego wszystkiego. A teraz muszę zdecydować, czy wybiorę się jeszcze raz na przyjęcie na Gordon Square. Z jednej strony, wolałabym uniknąć ubierania się i podró- ży; z drugiej — wiem, że już pierwszy błysk świateł w holu i rozgwar gło- sów całkiem mnie oszołomi i będę miała wrażenie, iż w życiu nie ma nic cudowniejszego niż przyjęcia. Zobaczę pięknych ludzi, poczuję się, jak- bym była na szczycie najwyższej fali — w samym środku głównego nurtu spraw. Z trzeciej i ostatniej strony, wieczorne czytanie przy kominku — palenie i rozmowa z L., a ubrani jesteśmy w to, co służy nam za szlafroki i kapcie — też są cudowne. A ponieważ on nie będzie mnie namawiał do pójścia, wiem, że nie pójdę. Poza tym jest jeszcze próżność: nie mam się w co ubrać. CZWARTEK, 7 STYCZNIA Nie — nie wybraliśmy się na przyjęcie na Gordon Square. Leonard wrócił za późno i padało; i tak naprawdę, to nie mieliśmy ochoty je-

chać. Wyszłam dzisiaj zaraz po lunchu, najpierw do Foundling Hos- pital, żeby zapytać, czy dadzą nam Brunswick Square — albo pół tego domu, potem do warsztatów Omega*, żeby kupić szał dla Janet * warsztaty Omega — inicjatywa grupy artystów i krytyków ze środowiska Bloomsbury, zafascynowanych francuskim malarstwem postimpresjonistycznym. Warsztaty, którymi kierowali V Bell, D. Grant i R. Fry, miały być miejscem, gdzie młodzi plastycy mogą zarobić na życie, wprowadzając równocześnie powiew nowości w konserwatywną sferę sztuki użytkowej. Styl Omega — od ceramiki, poprzez stroje, do scenografii teatralnych — to mieszanka postimpresjonizmu, cyganeryjności i ludowości z elementami egzotyki, odznaczająca się żywymi barwami i prostotą form. 8 [Case*], a potem na herbatę do niej. Brunswick Square został już właś- ciwie wynajęty emerytowanemu urzędnikowi państwowemu z Cejlonu o nazwisku Spence, który jednakże będzie może zainteresowany odnaję- ciem dwóch górnych pięter, co nam by bardzo odpowiadało. Ogarnęła mnie oczywiście namiętna chęć posiadania Brunswick Square. Kiedy wy- szłam, padało. Poszłam jednak do Omegi i załatwiłam swoje sprawunki u głupawej młodej kobiety w postimpresjonistycznej tunice. Pojechałam do Hampstead i wpuszczono nmie do Janet. Leży w łóżku i spędzi w nim jeszcze wiele tygodni. Ale jest wyćwiczona w dzielności i tak niesamolub- na, że inni ludzie naprawdę ją interesują. Rozmawiałyśmy o Leonardzie, o życiu w Londynie i o wierszach Hardy'ego, których nie jest w stanie przeczytać ponownie — zbyt są melancholijne i ponure, a tematyka nie dość ciekawa. Nie zgadzam się z nią. Zrobiło się późno i Janet zasugero- wała, żebym zjadła u niej obiad i wybrała się z L. na dyskusję na temat po- koju w Gildii Kobiecej. Nie byłam w stanie zmierzyć się z obiadem, więc umknęłam do biblioteki publicznej. Po drodze przeżyłam chyba najstrasz- niejszą ulewę w swoim życiu. Kiedy wchodziłam do biblioteki, buty tak mi skrzypiały od wody, że aż mi było wstyd. Potem zjadłam obiad w barze dorożkarskim — jedynym tu miejscu na posiłek, i to bardzo dobrym. Zgrzebnie, ale czysto i miło. O ósmej spotkałam się z L. przy Church Row 28. Pomieszczenia tam to stare pokoje z boazerią malowaną na biało. Jedna sala wypełniona pracującymi kobietami. Radosny to widok, gdy wybucha- ją śmiechem, niby uczennice w szkole. Było bardzo dobrze. Kobiety jak zwykle robią wrażenie — bo wydaje się, że one czują i mają niesamowite poczucie odpowiedzialności. PIĄTEK, 8 STYCZNIA Poszłam do Chancellors [agent mieszkaniowy w Richmond], żeby się do- wiedzieć, czy są jakieś wieści w sprawie Hogarth [House]. Najpierw po- Kolekcja Omegi bardzo ucierpiała w czasie nalotów na Londyn, tak że nie zachowało się zbyt wiele obiektów. * Janet Case (1862-1937) — filolog klasyczny W roku 1902 uczyła Virginie greki i od tego czasu datowała się ich bliska przyjaźń. C. studiowała w Girton College w Cambridge wraz z Margaret Llewelyn-Davies i podobnie jak ona była zaangażowana w działalność na rzecz kobiet i ruch pokojowy. 8 wiedziano mi, że nie. Ale kiedy oświadczyłam, że, być może, wynajmie- my dom w Londynie, przyznali się od razu, iż już dwukrotnie rozmawiali z obecną najemczynią, której ten dom nie odpowiada. Czy to wymysł, a jeśli nie, to czy istnieje jakiś powód, żeby ten dom jej nie odpowiadał? Nie jest wykluczone, że będziemy musieli wybierać pomiędzy Brunswick a Hogarth — chyba że z żadnego z nich nic nie wyjdzie. NIEDZIELA, 10 STYCZNIA Siedziałam dziś rano i stukałam w maszynę, kiedy rozległo się pukanie i wszedł ktoś, kogo w pierwszej chwili wzięłam za Adriana; był to wszakże Walter Lamb, wprost ód Króla*. Kiedy tylko bywa u Króla, przychodzi nam o tym opowiedzieć. Nalegał, żebyśmy poszli z nim na spacer do Rich- mond Park. O czym rozmawialiśmy? Król poszedł w zapomnienie i Wal- ter opowiedział nam długą i niewyobrażalnie ponurą historię o niesku- teczności żołnierzy francuskich. Cokolwiek by Walter mówił, wszystko to jest zawsze takie płaskie, gładkie i szare, a już sam jego głos zamieniłby w nudę najżarliwszą poezję tego świata. Walter pędzi teraz życie pomiędzy szanowanymi, bogatymi półinteligentami, którymi na poły pogardza, więc

wszystko, co opowiada, jest przesiąknięte lekkim poczuciem wyższości. Jedyną pasją jego życia jest budownictwo osiemnastego wieku. Kew, Royal Academy i Rodzina Królewska odpowiadają mu doskonale. Odmówił zje- dzenia z nami lunchu, ponieważ, jak powiada, przez cały tydzień żywił się przepiórkami, a rabarbaru mu nie wolno ze względu na nadkwasotę. Wczoraj wieczorem dowiedziałam się, że ten stary Spence nie odnaj- mie ani kawałka Brunswick Square. PONIEDZIAŁEK, 11 STYCZNIA Rano Leonard brał kąpiel, a ja leżałam jeszcze w łóżku, kiedy doszły do mnie odgłosy zamieszania u sąsiadów, a potem ktoś pędem zbiegł ze scho- dów, krzycząc dziwnym, nienaturalnym głosem: „Pożar! Pożar!". Jako że było oczywiste, iż nie ma pożaru, a w każdym razie nie na jakąś większą skalę, to zanim wyjrzałam przez okno, włożyłam na siebie płaszcz prze- ciwdeszczowy i kapcie. Potem poczułam zapach palonego papieru. Wy- szłam na korytarz i zobaczyłam, jak dym wydobywa się z otwartych drzwi * wprost od Króla — mowa o królu Jerzym V. 9 sąsiedniego pokoju. Było oczywiście dosyć czasu na ucieczkę, więc się wy- cofałam; słyszałam potem, jak Lizzy idzie tam z lokatorem i mówi: „Da- łam tylko troszkę papieru, żeby rozniecić ogień...". Później powiedziano mi, że zajął się papier, następnie draperie na kominku, parawan i boa- zeria. Ponieważ liażdy z tutejszych pokoi jest wyłożony starym, suchym drewnem, niestarannie pokrytym tapetą, to po upływie ledwie dziesięciu minut do opanowania ognia nie wystarczyłyby już, jak sądzę, tylko dzbanki z wodą... To, żeśmy do dziś przetrwali, jest, biorąc pod uwagę możliwości Lizzy, cudem. Wczoraj zbiła nam dwie sztuld bardzo delikatnej porcelany. Po południu wybraliśmy się do Londynu: L. miał spotkanie z redakto- rem „The New Statesman"* na temat swojego artykułu o dyplomacji, a ja oglądałam mieszkanie przy Mecklenburgh Square. Potem ja poszłam do biblioteki Daya, a L. do Biblioteki Londyńskiej. Musi do środy w południe napisać artykuł na tysiąc dwieście słów. WTOREK, 12 STYCZNIA Cecil [Woolf] był na obiedzie, w cywilu, jak zauważyłam. Oni obaj są wła- ściwie zniesmaczeni armią i nie widzą szansy wyjazdu na front. Niemniej Cecil myśli o tym, żeby zostać zawodowym żołnierzem, bo takie życie jest lepsze niż życie obrońcy sądowego. Z drugiej jednak strony, mogą obaj z Philipem wyjechać do kolonii. Rodzinę Woolfów charakteryzuje, w moim odczuciu, dziwny spokój. W mojej rodzinie dyskusje i podekscy- towanie związane z najmniejszą zmianą w czyimś życiu nie miały końca. A u Woolfów, jak się zdaje, nie ma większego znaczenia, czy ktoś zosta- nie rolnikiem, ucieknie z czyjąś żoną czy ożeni się z córką żydowskiego krawca polskiego pochodzenia. Todaje jakieś poczucie wolności. Przy tym wszystkim, ja oczywiście nie mam nic do powiedzenia. „The New Statesman" — lewicowy tygodnik poświęcony sprawom politycznym, wydawany w Londynie od 1913 roku. Powstał z inicjatywy S. i B. Webbów, przy wsparciu G.B. Shawa i innych wybitnych postaci z kręgu Towarzystwa Fabiańskiego. Od 1930 roku przez trzydzieści lat na czele pisma stał K. Martin. W tym czasie pismo połączyło się z liberalnym magazynem „Nation" i do 1964 roku wydawane było pt. „New Statesman and Nation". Charakter pisma był wyraźnie lewicowy, antyfaszystowski i opozycyjny wobec rządu Wielkiej Brytanii; prezentowało ono za to apologetyczną postawę wobec Rosji Sowieckiej. \ 9 ŚRODA, 13 STYCZNIA L. pojechał dziś rano do redalscji „The New Statesman" ze swoim artyłcu- łem. Zjadłam łunch tutaj, a potem pojechałam do Daya po Icolejną por- cję Icsiążek. Londyńsłd West End napawa mnie odrazą; zaglądam do sa- mochodów i widzę w nich tłustych prominentów, niczym tęgie klejnoty w satynowych kasetkach. Popołudnia są teraz wydłużone i blade, jakby to była ni to zima, ni to wiosna. Wróciłam do domu na herbatę. Wrócił też L. — widział Gordon Square i Maynarda [Keynesa] (który powiada, że

niemieckie finanse się sypią) i Saxona [Sydney-Turnera], który wychodzi właśnie z grypy. CZWARTEK, 14 STYCZNIA Dziś rano obudził nas (czuję, że to się stanie utartym zwrotem, jak ja- kieś „Dawno, dawno temu..." w baśniach) ciężki, dudniący odgłos, jakby omnibus próbował na dachu zapalić silnik. Doświadczenie podpowiedzia- ło nam jednak, że to Lizzy zapaliła ogień pod kuchnią, kiedy w rurach nie było wody. L. odkręcił kurek, a wtedy z kranu wydobyła się para jak z py- ska smoka Zygfryda w Covent Garden, następnie wypłynęły kawałki rury, a woda miała rdzawy kolor. Pisaliśmy całe rano. Po lunchu wybraliśmy się do Kingston kupić czarujące filiżanki, które można tam dostać po pensie za sztukę. Jeśli Lizzy nie odejdzie i nadal będzie się zachowywać tak, jakby każdy dzień był jej dniem ostatnim, musimy dostarczyć jej coś taniego, na czym mogłaby wyładowywać swoją wściekłość. Wróciliśmy do domu na górnej platformie autobusu. Leonard wybiera się do Londynu na wykład w Towarzystwie Fabiańskim*, aja myślę, że zafunduję sobie kinematograf Towarzystwo Fabiańskie (The Fabian Society) — lewicowy brytyjski ruch intelektualny, którego celem było stworzenie społeczeństwa socjalistycznego drogą ewolucji, a nie rewolucji. Powstało w 1884 roku jako Fellowship of the New Life (Stowarzyszenie Nowego Życia) — miało dawać przykład życia prostego i zgodnego z zasadami moralnymi, szybko jednak rozwinęło także działalność polityczną, by stać się jednym z najważniejszych środowisk opiniotwórczych epoki edwardiańskjej w Anglii. Na przełomie XDC i XX wieku odegrało istotną rolę w przekształceniu mentalności społecznej Brytyjczyków, kładąc podwaliny pod powstanie Partii Pracy i pod generalną zmianę świadomości społecznej. Członkami T.F. byli m.in.: G.B. Shaw, H.G. Wells, E. Nesbit, B. Russell, J.M. Keynes; swoistą duszę organizacji stanowiło małżeństwo S. i B. Webbów (zob. Noty). 10 PIĄTEK, 15 STYCZNIA I9I Poszłam do kinematografu, a L. na swój wykład do Fabianów; ostatecz- nie stwierdził jednak, że jego umysł, dusza i ciało więcej hy skorzystały z filmów niż z państwa Webbów i doktorów, którzy rozprawiali o swojej etykiecie. Były trzy lub cztery świetne filmy; ale jak zwykle dramat jest nudny. O, chciałabym lubić to, co lubią inni. Sala była pełna, wybuchy śmiechu, oklaski etc. Dzisiaj po południu poszliśmy spacerem do Hogarth, żeby przekonać się, czy hałas dzieci szkolnych rzeczywiście przeszkadza. Cóż — zastana- wiam się, co w końcu zrobimy. Dużo bym dała, żeby móc odwrócić tak ze trzydzieści kartek i przeczytać, co z nami będzie. Obiad jemy wcześnie i idziemy na koncert — niesłychana rozpusta — chociaż były takie czasy, kiedy chodziłam do opery albo na koncerty przynajmniej ze trzy razy w ty- godniu. A wiem, że kiedy się skończy, oboje będziemy mieli poczucie, że „tak naprawdę dobra książka byłaby dużo lepsza". SOBOTA, 16 STYCZNIA Uważam, że wczorajszy wieczór w Coliseum był wart zachodu — pomi- mo różnych niedogodności. W Halach bardzo mi się podobają „sztukmi- strze" — śpiewacy komiczni, mężczyźni udający primadonny czy żongle- rzy. Nie lubię jednoaktówek. Potrzeba mi całego aktu, żeby wciągnąć się w sztukę, więc jednoaktówki to na ogół czysta nuda. Czułam się zatem zawiedziona, że dają właśnie trzy jednoaktówki. Był jednakże człowiek śpiewający jak primadonna oraz program patriotyczny. Wyszliśmy w mo- mencie, w którym na samym środku sceny wybuchła wschodnia wrzawa w zieleniach i fioletach. Pisaliśmy dziś cały ranek. Wzięłam Maksa na spacer nad rzekę, ale naty- kaliśmy się na liczne przeszkody: w postaci kości, którą skradł, moich opa- dających podwiązek oraz psiej bitwy, w której wyniku ucho Maksa zostało naderwane i strasznie krwawiło. Myślałam sobie, jak bardzo jestem szczęś- liwa, nie doświadczając już tych wzruszeń, które, jak mi się kiedyś wydawa- ło, składają się na szczęście. L. i ja spieraliśmy się na ten temat przez dłuższą chwilę. Także na temat bezsensu wszelkiej ludzkiej pracy, chyba że uznać ją za sposób na uszczęśliwianie wykonujących ją ludzi. Pisanie jest dla mnie obecnie rozkoszą tylko dlatego, że uwielbiam pisać i, zupełnie szczerze, nie dbam o to, co powiedzą inni, bardziej niż o zeszłoroczny śnieg.

11 1915 PONIEDZIAŁEK, l8 STYCZNIA Przeszliśmy dzisiaj domy przy Mecklenburgh Square, co stało się okazją do długiej dyskusji na temat naszej przyszłości oraz do przeliczenia na nowo naszych dochodów. Przyszłość maluje się ciemno, co ostatecznie, jak uważam, jest na tę przyszłość perspektywą najlepszą. WTOREK, 19 STYCZNIA Spacerowaliśmy dziś po południu w Richmond Park; drzewa ciemne, a nie- bo nad Londynem ciężkie; ale dość jest kolorów, żeby dzień był wręcz ład- niejszy, niż kiedy jest słonecznie, tak mi się zdaje. Sarny idealnie dopasowa- ne do paproci. Ale L. był w nastroju melancholijnym. Kiedy zastanawiam się nad jego nastrojem, dużą rolę przypisuję zwykłemu brakowi pewności siebie wjego woli pisania; jak gdybyjednak nie potrafił być pisarzem. A po- nieważ jest człowiekiem praktycznym, melancholia zapada w niego o wiele głębiej niż ta na wpół zakładana melancholia ludzi samoświadomych, ta- kich jak Lytton, sir Leshe czyja. Nie ma się co z nim spierać. ŚRODA, 20 STYCZNIA Skończywszy rozdział, wyszłam z domu i przez część poranka kupowa- łam po odrobinie tego i owego — na przykład na stoisku rybnym zoba- czyłam masę czegoś różowawego, więc to kupiłam — ikrę dorsza. Na obiad zjawił się Maynard Keynes. Daliśmy mu ostrygi. Maynard jest jak rtęć na pochylni — troszkę nieludzki, ale bardzo miły, jak to osoby nie- ludzkie. Plotkowaliśmy na całego. Potem rozmawialiśmy o wojnie. Teraz nie walczymy, powiada Maynard, tylko czekamy na wiosnę. W między- czasie przepuszczamy pieniądze na skalę, która wprawia Francuzów, znaj- dujących się w przerażająco marnej sytuacji finansowej, w niemy podziw. Jesteśmy skazani na zwycięstwo — i to w wielkim stylu, skoro w ostatniej chwili zaangażowaliśmy w tę sprawę wszystkie nasze umysły i całe nasze bogactwo. PIĄTEK, 22 STYCZNIA Kiedy dzisiaj rano L. rozsunął story, do środka praktycznie nie wpadło ani trochę światła. Na zewnątrz trwało jakieś szare zamieszanie — nieusta- jący, miękki, wirujący śnieg. Padał tak cały dzień, czasami przechodząc w deszcz. The Green samo w sobie jest bardzo ładne, rozświetla pokój ' 1 1 swoim czystym, białym blaslciem. Ale ulice od razu zrobiły się brązowe. Oczywiście w tym Domu pod Kłopotami rury pękają albo się zatykają, albo dach się rozpada. W każdym razie jakoś przed południem zza boaze- rii dotarł do mnie dźwięk stałego przepływu wody, a pani Le Grys, Lizzy i różni inni ludzie od tej chwili bezustannie łazili po dachu. Woda nadal skapuje z sufitu do ustawionych rzędem wiaderek. Wybieramy się posłu- chać Fabianów w Essex Hall. SOBOTA, 23 STYCZNIA Warto było posłuchać Fabianów, a jeszcze bardziej zobaczyć. Najciekawsze było oglądanie pani Webb, siedzącej za stołem niczym jakaś pracowita pa- jęczyca i nieustannie wysnuwającej z siebie nić*. Sala była pełna gorliwie słuchających burych kobiet oraz szerokonosych, ziemistocerych, kudła- tych młodych mężczyzn w brązowych tweedowych marynarkach. Wszyscy wyglądali na niezdrowych, nadzwyczajnych i bezsilnych. Całość bardzo nudna i rozsądna, a sam pomysł, że oto ci delikatni wytwórcy pajęczych nici mogą mieć jakikolwiek wpływ na losy narodów, wydal mi się abso- lutnie niedorzeczny. Ale warto było się wybrać — sama jestem już teraz zdeklarowaną fabianistką. Olivier i Ray [Strachey] byli u nas na obiedzie. Olivier jak zwykle bardzo szybki, niecierpliwy i dość drażliwy. Ray spokoj- na, rzeczowa i łagodząca. Rozmawialiśmy o wojnie. PONIEDZIAŁEK, 25 STYCZNIA Moje urodziny — niech no wyliczę wszystko, co dziś dostałam. L. przy- siągł, że nic mi nie ofiaruje, aja,jako dobra żona, uwierzyłam mu bez za- strzeżeń. Tymczasem podkradł się do mojego łóżka z niewielką paczuszką, w której była prześliczna zielona portmonetka. I przyniósł mi śniadanie i gazetę z wiadomością o zwycięstwie na morzu (zatopiliśmy niemiec- ki okręt wojenny), i prostokątną paczkę owiniętą w szary papier, w któ-

rej znajdował się Opat — śliczne pierwsze wydanie. Miałam więc bardzo wesoły i przyjemny poranek — który jednakże nie dorównał przyjemno- nieustannie wysnuwającej z siebie nić, w oryginale: „spinning her webs (a pun!) incessantly" — Virginia Woolf zaznacza w nawiasie nieprzetłumaczalną grę między słowem „web", oznaczającym sieć pajęczą, a nazwiskiem B. Webb. 12 1915 ściom popołudnia. Zabrano mnie do miasta, zupełnie za darmo, i zafun- dowano mi najpierw łdnematograf, a następnie podwieczorek: w herbaciar- ni u Buszarda. Chyba od dziesięciu lat nikt nie świętował moich urodzin. A to naprawdę był urodzinowy dzień :—ładny, mroźny, wszystko świe- że i wesołe, tak jak powinno być, a nigdy nie bywa. Zdążyliśmy idealnie na bezpośredni pociąg, aja byłam bardzo szczęśliwa i czytałam szkic ojca o Popie — rzecz dowcipną i błyskotliwą, w której nie ma ani jednego mar- twego zdania. Naprawdę nie wiem, kiedy miałam tak cudowne urodziny — na pewno nigdy od czasów dzieciństwa. Siedząc nad herbatą, podję- liśmy trzy postanowienia: po pierwsze, żeby wziąć, jeśli to tylko możli- we, Hogarth House; po drugie, kupić prasę drukarską; po trzecie, kupić buldoga, który będzie się prawdopodobnie nazywał John. Jestem bardzo przejęta wszystkimi trzema projektami — a szczególnie prasą drukarską. Dostałam także paczuszkę słodyczy na drogę do domu. ŚRODA, 27 STYCZNIA Pani Woolf i Clara przyjechały na obiad. Pani Woolf ma umysł dziecka. Wszystko ją bawi, a niczego nie rozumie — mówi, cokolwiek jej przycho- dzi do głowy — paple nieustająco, czy jest w dobrym, czy w złym nastroju. Opowiadała nam, jak to miała zwyczaj chodzić do łóżka z koszykiem skar- petek, żeby skoro tylko się rano obudzi, od razu zacząć cerować. CZWARTEK, 28 STYCZNIA Leonard znów pojechał na lunch z Webbami. Ja postanowiłam wybrać się do Londynu, po to żeby posłuchać gwaru na Strandzie, za którym — po dniu czy dwóch w Richmond ^—zaczyna się bardzo tęsknić. Jakoś nie da się traktować Richmond poważnie. Przyjeżdżało się tu zawsze na spacer, tak sobie wyobrażam, i na tym polega urok tego miejsca. Ale czasem tę- skni się za życiem serio. Przybyła dzisiaj nowa służąca. Lizzy się wyniosła, targając pod pachą paczkę owiniętą w szary papier i pogwizdując głośno — ciekawa jestem, dokąd pójdzie? SOBOTA, 30 STYCZNIA L. wybrał się dziś rano do Chancellors w sprawie Hogarth House. W po- niedziałek dadzą nam ostateczną odpowiedź. 12 NIEDZIELA, 31 STYCZNIA 0 Boże! Kłóciliśmy się prawie całe przedpołudnie, a było to bardzo ład- ne przedpołudnie, które już na zawsze odeszło do Hadesu, napiętnowa- ne znakami naszego złego humoru. Które z nas zaczęło kłótnię? Które ją podtrzymało? Jeden Pan Bóg raczy wiedzieć. Powiem tyle: ja wybucham, a w L. się tli. Ale w pewnym momencie daliśmy sobie spokój (choć ra- nek był już zmarnowany) i po lunchu wybraliśmy się na spacer do parku, a wracając, przeszliśmy przez Hogarth House i próbowaliśmy powiedzieć sobie, że nie będziemy bardzo rozczarowani, jeśli nic z tego nie wyjdzie. Po podwieczorku zaczęłam Panny roztropne i czytałam do samego wieczo- ru, aż skończyłam. Moim zdaniem jest to książka niezwykła: momentami bardzo słaba, momentami pierwszorzędna. Książka dla pisarza, bo zdaje mi się, że tylko pisarz może dostrzec, dlaczego dobre fragment/ są tak świet- ne, a słabe nie są tak całkiem beznadziejne. Poczułam się bardzo szczęśli- wa, że ją przeczytałam; bardzo lubię poetycką stronę Leonarda, tłumioną przez te wszystkie księgi rejestrowe i organizacje. PONIEDZIAŁEK, 1 LUTEGO Pojechaliśmy do Londynu — L. do Biblioteki Londyńskiej, ja do Daya. Odprowadziłam go przez Green Park. Na St James Street był przerażający wybuch. Ludzie wybiegli z klubów, stali bez ruchu i rozglądali się wokoło. Nie był to jednak ani zeppelin, ani samolot — chyba po prostu pękła jakaś wielka opona. Ale we mnie jest już, zdaje mi się, taki instynkt — podobnie

jak w innych ludziach — żeby każdy nagły huk czy każdy ciemny obiekt na niebie odczytywać od razu jako wybuch lub jako niemiecki samolot. 1 zawsze wydaje się człowiekowi absolutnie niemożliwe, żeby sam mógł doznać obrażeń. Zadzwonili do nas dopiero co z Chancellors — chcieliby, żebyśmy ju- tro spotkali się z właścicielami Hogarth House. Właściwie w tej chwili jest dość prawdopodobne, że dostaniemy ten dom. Chciałabym, żeby już było jutro. Jestem przekonana, że ten dom jest najlepszy. WTOREK, 2 LUTEGO Cóż, jest już jutro i z pewnością bliżej nam do Hogarth House niż wczo- raj. Przez cały dzień nie robiliśmy prawie nic innego i o niczym innym nie myśleliśmy. 13 1915 SOBOTA, 13 LUTEGO Dziś rano była straszna ulewa. Jestem przekonana, że choćbym nie wiem ile lat prowadziła ten dziennik, to nie znajdzie się zima, która by przebiła tegoroczną. Wydaje się, jakby całkowicie straciła nad sobą kontrolę. Pisaliś- my, a po lunchu L. pojechał do biblioteki, ja zaś na koncert do Queen's Hall. Szczęśliwym trafem dostałam dobre miejsce, a sala była prawie peł- na — koncert po prostu boski. Jeden z wniosków, do których doszłam, słuchając (trudno jest nie myśleć o innych sprawach), brzmi, że wszelkie opisy muzyki są w zasadzie bezwartościowe, a nawet nieprzyjemne. Jest w nich skłonność do histerii i do stwierdzeń, których wygłaszania autorzy mogliby się później wstydzić. Grano Haydna, VIII [koncert lub symfonię] Mozarta, Koncert brandenburski [Bacha] i Niedokończoną [symfonię Schu- berta]. Wykonanie, powiedziałabym, nie było najlepsze, ale strumień mu- zyki po prostu boski. Uderzyło mnie, jaka to dziwna rzecz takie pudełko ;. czystego piękna, znajdujące się pośrodku londyńskich ulic, a ludzie, wy- glądający tak zwyczajnie, tłoczą się, żeby słuchać, jakby ostatecznie wcale nie byli tacy zwyczajni albo mieli większe ambicje. Irytowała mnie para siedząca obok — wykorzystywali muzykę, żeby się ściskać za ręce. A inni ludzie jedli czekoladki i zwijali srebrne papierki w kulki. NIEDZIELA, 14 LUTEGO Dziś znów deszcz. Czyściłam srebra, co jest zajęciem łatwym i pożytecz- nym. Szybko odzyskują blask. Przyjechał Philip i poszli z L. na spacer. Zjadł z nami lunch i został do pół do czwartej, żeby porozmawiać; zdaje się, chciał mówić o sobie, a potem musiał wracać do Colchester, gdzie je- dyną strawną rzeczą są, zdaje się, ostrygi. PONIEDZIAŁEK, I5 LUTEGO Oboje pojechaliśmy dziś po południu do Londynu. L. do biblioteki, aja, żeby powłóczyć się po West Endzie i pooglądać stroje. Naprawdę chodzę w łachmanach. Tobardzo zabawne. Z wiekiem człowiek zaczyna się mniej bać tych wspaniałych sprzedawczyń. Wielkie sklepy są teraz jak bajkowe pałace. Przeszłam się po Debenham's i MarchalFs i tak dalej, kupując, jak mi się wydawało, z wielką dyskrecją. Sprzedawczynie są czasami bardzo miłe, pomimo serpentynowych zwojów czarnych włosów. Potem napiłam 13 się herbaty i po ciemku powędrowałam w stronę stacji Charing Cross, 1915 wymyślając zdania i wydarzenia, które bym mogła opisać. W ten właśnie sposób, jak mi się zdaje, można się dać zabić. Za dziesięć szylingów i jede- naście pensów kupiłam niebieską suknię, w której właśnie teraz siedzę. 1917Zapiski Virginii Woolf z pierwszych miesięcy 1915 roku, dotyczące życia przy The Green w Richmond, zostały przerwane przez początki bardzo poważnego załamania nerwowego, jakie wówczas przechodziła. Wkrótce po tym, jak Virginia zachorowała — czy, według jej własnych słów, „zwariowała" — Leonard wziął w dzierżawę Hogarth House przy Paradise Road w Richmond i właśnie tam oraz w -wynajmowanym przez Woolfów letnim domu wAsheham w Sussex Virginia z wolna wracała do sił pod opieką zawodou/ych pielęgniarek, z których ostatnia opuściła dom Woolfów pod koniec roku, kiedy to pacjentka była już

w stanie w miarę normalnie — choć ostrożnie — egzystować. W lutym 1916 roku gospodarstwo domowe Virginii wzbogaciło się o dwie stale służące, kucharkę Nelly Boxall i jej impulsywną koleżankę Lottie Hope. Miały one pracować dla Virginii, ale niestety —jak się okazało — przez wiele kolejnych lat doprowadzały ją do rozpaczy. Podczas gdy Leonard byl coraz bardziej zaangażowany w sprawy polityczne, Virginia odnowiła współpracę z „Times Literary Supplement" i od 1916 roku regularnie publikowała recenzje książkowe w tym i w innych czasopismach. Z początkiem 1917 roku Woolfowie zrealizowali (opisany przez Virginie w notatce z dnia jej urodzin w 1915 roku) pomysł kupna prasy drukarskiej i w tym samym roku wydali swoją pierwszą, ręcznie drukowaną książkę pod tytułem Two Stories. Written and Printed by Virginia and L.S. Woolf [„Dwa opowiadania. Napisane i wydrukowane przez Virginie i L.S. Woolfów"], a następnie zaczęli składać Prelude [„Preludium"], długie opowiadanie pióra Katherine Mansfield, którą poznali nieco wcześniej. Od tego momentu zajęcia i radości związane z Hogarth Press będą elementem stale obecnym w ich życiu. Richmond jest położone w pewnej odległości od centrum Londynu, mimo to Woolfowie biorą czynny udział w życiu towarzyskim. Chętnie odwiedzają ich przyjaciele, którzy przyjeżdżają na posiłki i spacery w okolicznych parkach czy 14 na noc. Oni sami także często jeżdżą pociągiem do Londynu — na spotkania, koncerty, do bibliotek czy na przyjęcia. W kręgu ich znajomych znajdują się osoby podzielające polityczne zainteresowania Leonarda — szczególnie mężna Margaret Llewelyn Davies, pełniąca funkcję sekretarza generalnego Kobiecej Gildii Spółdzielczej, krewni z obu rodzin oraz starzy przyjaciele, tacy jak Desmond MacCarthy i Roger Fry, do których dołączyli także przedstawiciele młodszego pokolenia: absołwenci Cambridge — Ka Cox, Karin Costelloe (która w 1914 roku wyszła za Adriana Stephena), Alix Sargant-Florence oraz muza Saxona Sydneya-Turnera — Barbara Hiles, a także oddana Lyttonowi Stracheyowi Dora Carrington ze Slade School of Fine Art. Wojna w sposób nieunikniony stanowiła tło ich życia. Czterech spośród braci Leonarda było w armii, jeden z nich zginął, a sam Leonard został powołany w maju 1916 roku, ale z uwagi nie tyle na swoje zdrowie, ile na stan Virginii uzyskał od lekarzy zaświadczenie o niezdolności do odbywania służby wojskowej (cierpiał na niekontrolowane, nerwowe drżenie rąk). Wiele osób z kręgu ich znajomych uryrażało moralny sprzeciw wobec wojny, w tym brat Virginii Adrian i jej szwagier Clive Bell, który był oficjalnie zatrudniony jako pracownik rolny w Garsington* koto Oksfordu, posiadłości posła partii liberalnej, Philipa Morrella, i jego żony arystokratki, lady Ottoline. Garsington stalo się miejscem schronienia dla artystów, intelektualistów i obdżektorów. Clive i Vanessa, których synowie, Julian i Quentin, urodzili się w latach 1908-1910, w tym czasie byli już w separacji, zachowywali jednak przyjacielskie stosunki i zatrzymali sobie pokoje we wspólnym kiedyś domu przy Gordon Square, wynajmowanym w tym okresie przez Maynarda Keynesa. Clive zaangażowany byl w długotrwały romans z Mary Hutchinson, a Vanessa związała się z miłością swojego życia, malarzem Duncanem Grantem (oboje byli kuzynami Lyttona Stracheya). W celu zapewnienia Duncanowi i jego przyjacielowi Davidowi (Bunny'emu) Garnettowi możliwości Garsington Manor — położony w okolicy Oksfordu pałacyk z epoki Tudorów, zbudowany na gruntach należących niegdyś do syna G. Chaucera; od 1914 roku posiadłość Lady O. Moreli i jej męża, którzy kupili go jako ruinę i zamienili w rezydencję otoczoną ogrodem' w stylu włoskim, gdzie gościli swoich licznych przyjaciół, także z kręgu Bloomsbury. W czasie I wojny światowej G.M. stal się schronieniem kilku obdżektorów, m.in. C. Bella i L. Stracheya. Obecnie latem odbywają się tam koncerty operowe. 14 1917 zatrudnienia w rolnictwie (byt to warunek ich zwolnienia ze służby wojskowej) Vanessa wraz z dziećmi przeniosła się do Charleston, by zamieszkać na samotnej farmie, którą Leonard znalazł w okolicach Asheham, a która miała pozostać letnim domem Vanessy, Duncana i Clive'a aż do ich śmierci, czyli przez prawie pięćdziesiąt lat. Hogarth House, Paradise Road, Richmond PONIEDZIAŁEK, 8 PAŹDZIERNIKA Impuls do podjęcia obecnej próby pisania dziennika stanowiło odkrycie w drewnianym pudełku w kredensie starego zeszytu z zapiskami z 1915

roku — opis Waltera Lamba wciąż jeszcze nas rozśmieszał. Teraz dziennik będzie powstawał według następującego planu: zawsze po herbacie, zawsze niedyskretnie, a L. obiecał, że także dopisze stroniczkę czy dwie, jeśli bę- dzie mial coś ciekawego do powiedzenia. Dziś postanowiliśmy, że wypo- sażymy L. w zestaw nowych ubrań na jesień, ja natomiast otrzymam do- stawę papieru i piór. Todla mnie najszczęśliwszy dzień. Oczywiście padało bez ustanku. Londyn z wyglądu wcale się nie zmienił. Przeszliśmy przez Gordon Square; dom doktora Johnsona jest ładnym, dobrze utrzymanym budynkiem, wcale nie tak nędznym, jak się spodziewałam. Mały plac, scho- wany na tyłach Chancery Lane, oddany we władanie pras drukarskich. To najlepsza część Londynu do oglądania — ale, myślę teraz, nie do życia. WTOREK, 9 PAŹDZIERNIKA Przeżyliśmy straszny szok. L. wszedł tak bezsensownie pogodny, że domy- śliłam się katastrofy. Został powołany. Cóż to był za żałosny widok: trząsł się, fizycznie się trząsł, więc zapaliliśmy piecyk gazowy w jego pokoju i stopniowo powracaliśmy do względnej równowagi. A jednak gdybyśmy mogli obudzić się i stwierdzić, że to nieprawda, cóż by to była za łaska. Przyjrzeliśmy się pierwszej stronie korekty opowiadania K[atherine] M[ansfield] „Preludium". Wygląda bardzo ładnie, porządnie złożona tą no- wą czcionką. Zrobiliśmy sobie krótki spacer nad rzeką. Jako że jest przy- jemny, raczej spokojny wieczór, być może jutro będę miała nalot do opi- 15 1917 sania. Zapominam, ile osób dzwoniło do nas dzisiaj rano, choćby Alix [Sargant-Florence], która wyraźnie chce zacząć pracować; i mamy na oku rudobrązowego clumbera [spaniela], należącego do kogoś, kogo wzięto do wojska. ŚRODA, IG PAŹDZIERNIKA Nie było nalotu ani, jak na nasz wiejski gust, żadnych innych niepokojów. Przeszliśmy się wzdłuż rzeki, przez park i z powrotem na wczesną herbatę. W tej właśnie chwili L. powołuje do istnienia Klub 1917*. Ja siedzę przed kominkiem, a w perspektywie mamy wizytę Katherine Mansfield na obie- dzie, podczas którego będzie można omówić wiele delikatnych kwestii. Zauważamy, jak bardzo tutejsze liście są spóźnione z opadaniem i żółk- nięciem w stosunku do Asheham. Mógłby tu nadal być sierpień, gdyby nie żołędzie rozrzucone pó ścieżce — sugestia tajemnego ładu rzeczy, każące- go im sczeznąć, inaczej zostalibyśmy otoczeni lasem dębowym. CZWARTEK, 11 PAŹDZIERNIKA Wczorajszy obiad minął, delikatne kwestie zostały omówione. Oboje z pew- nością wolelibyśmy, żeby pierwsze wrażenie, jakie odnosi się ze spotkania z K.M., nie było takie, że ona ma zapach — cóż — cywety, która się pro- stytuuje. Szczerze mówiąc, jestem dość zaskoczona pospolitością, jaką ma w sobie na pierwszy rzut oka; rysy tak twarde i tandetne. Jednak kiedy to wrażenie mija, okazuje się tak inteligentna i enigmatyczna, że opłaca się z nią zaprzyjaźnić. Rozmawialiśmy o Henrym Jamesie i K.M. wygłaszała, jak uważam, olśniewające uwagi. Dzisiaj biedny L. musi zrobić rundkę po doktorach i komisjach. Powtarzają mu badania. Waży tylko 132 fijnty NIEDZIELA, 14 PAŹDZIERNIKA Odebraliśmy telefon z zaproszeniem na obiad z Bellami w Soho i dopro- wadziło to, muszę z przykrością stwierdzić, do sporej kłótni: wieczór był deszczowy i L. nie miał ochoty wyjść — krótko mówiąc, poszły w ruch * Klub 1917 ^ nazwany tak na cześć rewolucji październikowej w Rosji, powstał z myślą o środowisku lewicowych intelektualistów przejętych ideami demokracji. Jednym z jego założycieli był L. Woolf. Mieścił się w Soho przy Gerrard Street. Szybko stał się miejscemspotkań radykalnych polityków. ' 15 dawne argumenty, i to na całego. Pojeclialiśmy tam więc w nastrójacli I 1917 dość ponurycłi, znaleźliśmy to miejsce, tuż za Palace [Théâtre], i zjedliśmy obiad z Rogerem [Fry], Niną Hamnett, Saxonem i Barbarą [Hiles] oraz towarzystwem, które mogłoby pojawić się w powieści Wellsa. Mimo to ja się dobrze bawiłam, a L. był żywym wzorem panowania nad sobą. Uwagi

wygłaszane przez Clive'a świadczą o tym, że znajduje się w samym cen- trum wszystkiego, ale nie jest tak agresywny jak dawniej. Potem w sobotę — co się wydarzyło? Sobota w całości została poświę- cona sprawom militarnym. Znów jesteśmy bezpieczni, i to, jak powiadają, na zawsze. Nasz wygląd niweczył wszelkie przeszkody. Czekałam na wiel- kim placu, otoczona budynkami koszar, i przypominałam sobie college w Cambridge — żołnierze przechodzili przez dziedziniec, wyłaifiali się z jednych klatek schodowych i znikali w innych. Ale nie było żwirowych alejek i trawników. Nieznośne poczucie kontroli i bezsensownej determi- nacji. Olbrzymi pies, jak sądzę, emblemat żołnierskiej godności, przecha- dzał się luzem. L. został wielokrotnie obrażony: lekarze, ukryci za parawa- nem, mówili o nim: „Tenfacet ze starczym drżeniem". Szczęśliwie wra- żenie to powoli zaczęło niknąć, kiedyśmy wracali do Richmond. Herbert [Woolf] przyjechał na podwieczorek i przywiózł ze sobą psa wabiącego się Tinker, mocnego, ruchliwego, pewnego siebie zwierzaka brązowo-białej maści, o dużych błyszczących oczach. Wzięliśmy go na spacer, ale natych- miast, kiedy się go spuściło ze smyczy, przeskakiwał przez ogrodzenia, wpadał w otwarte bramy i zachowywał się jak duch poszukujący czegoś, czego odnaleźć się nie da. Mamy wątpliwości, czy sobie z nim poradzimy. Na obiad przyjechały Alix i Lilian [Harris]. PONIEDZIAŁEK, 15 PAŹDZIERNIKA Alix i Liban wczoraj były takie jak zwykle. Alix nadal sprawia wrażenie po- grążonej w tej otępiającej rozpaczy, twardej, ogromnej, a brzmi głucho, jak echo w piwnicy na węgiel. Okazało się jednak, że jest chętna do podjęcia pracy u nas i jutro przychodzi się uczyć. WTOREK, 16 PAŹDZIERNIKA Po lunchu zabraliśmy się gorliwie do drukowania, a Alix zjawiła się punk- tualnie. Otrzymała instruktaż i pozostawiliśmy ją na wysokim stołku przy pracy, a sami poszliśmy się przewietrzyć z Tinkerem, który zeskoczył z ba- 16 1917 lustrady wprost na łódkę pokrytą brezentem, przebił go, wpadł do środka i wyskoczył z powrotem: nic mu się nie stało, ale był zdziwiony. Kiedy wróciliśmy, Alix bardzo poważnie i powoli wyjaśniała nam, że jest znu- dzona, jak również zmartwiona dwiema godzinami składania i że chciała- by zrezygnować. Jakaś chorobliwa analiza wartości i motywów, połączona z bezdennym lenistwem, doprowadziła ją do tej decyzji; i jak podejrze- wam, do niejednej ją jeszcze doprowadzi. Umysł ma niezły, ale zbyt mało witalności, żeby zmusić go do stałej pracy. ŚRODA, 17 PAŹDZIERNIKA Dziś po południu wybrałam się na wystawę obrazów do galerii Heala. Ottoline [Morrell] była jakaś niespokojna: wciśnięta w czarny aksamit, kapelusz miała niby parasol, satynowy kołnierzyk, perłowo pomalowa- ne powieki i rudozłote włosy. Nie trzeba dodawać, że obrazów nie dało się w ogóle dojrzeć. Był Aldous Huxley — nieskończenie długi i smukły, z jednym okiem mętnym i białym. Herbatę wypiliśmy z Rogerem. Wyra- ziście czułam napięcie — Ott wycieńczona i chroniąca się w swoim wiel- kopaństwie, co zawsze jest przygnębiające. Szłam razem z nią w ulewie do Oxford Street, kupiła mi po drodze goździki, bez serdeczności. PIĄTEK, 19 PAŹDZIERNIKA Słodycz natury Ka [Cox], tak uznaliśmy, przezwycięża biurokrację, któ- ra zagraża usztywnieniem całego jej wdzięku. Ale nie żeby trzeba było ją asekurować w życiu biurowym. Po spędzonej u nas nocy zeszła na dół ze swoją skórzaną walizeczką w ręku, żeby zdążyć na poranny pociąg. Do- stałam od Nessy list dotyczący służących, więc udałam się dzisiaj po po- łudniu do pani Hunt [agencja pracy]. Nie można znaleźć pokojówek. Za pomocą sprytnych kombinacji pociągów dotarłam do Aeolian Hall, zapła- ciłam szylinga i wysłuchałam bardzo długiego i uroczego Oktetu Schuber- ta. Wychodząc, zauważyłam jakąś postać: szarą, rozczochraną i bez kapelu- sza — Alix; wypiłyśmy razem herbatę u Spikihgsa. Ona ma w sobie pewną niezależność i brak przejęcia własnym wyglądem, które podziwiam. Ale kiedy przechadzałyśmy się tam i z powrotem Dover Street, wydawało się, że już, już roztoczy wokół swój zwykły welon śmiechu i plotek i ujaw-

ni swoją grobową rozpacz — biedna kobieta. „Dokąd teraz idziesz, Alix?" „Właściwie nie wiem". „Wiesz, to brzmi okropnie. Czy nie czekasz z rado- 17 ścią na, powiedzmy, jedenastą jutro rano?" „Chciałabym po prostu nie ist- nieć i to wszystlco". I talcją zostawiłam, bez łcapelusza, bez celu, bez związ- ku z czymkolwiek, błąkającą się po Piccadilly. SOBOTA, 20 PAŹDZIERNIKA Szczęśliwie — choć może ona sama by powiedziała, że nieszczęśliwie — Albc nie błąkała się po Piccadilly przez całą noc, bo inaczej spora bomba, która rozryła chodnik naprzeciwko Swana & Edgara, wykopałaby jej grób. Okazuje się, że nadleciał zeppelin, nie zauważony krążył przez godzinę czy dwie i odleciał. NIEDZIELA, 21 PAŹDZIERNIKA Lytton [Strachey] przyjechał na lunch, a Goldie [Goldsworthy Lowes Dickinson] na obiad, więc musieliśmy rozmawiać przez jakieś sześć czy siedem godzin bez przerwy. Poszliśmy na spacer wzdłuż rzeki i do par- ku; Lytton w dobrym nastroju, bo skończył właśnie pisać książkę liczącą sto tysięcy słów „Wielcy wiktorianie", chociaż teraz udaje, że tego się nie da opublikować. Zamierza opuścić Londyn i osiąść na wsi „na zawsze". Wydaje się, że to dobrze, kiedy nasi przyjaciele podejmują takie ekspery- menty. Biedny stary Goldie tę fazę ma już ewidentnie za sobą. Tawojna chyba całkiem nim owładnęła, tak że nie pozostało z niego zbyt wiele. Wy- glądał, jakby się skurczył i postarzał; nieskończenie dobry, uroczy, oddany, każda uncja jego witalności jest spożytkowana jak trzeba — nie ma czasu na eksperymenty, może i brak mu ciekawości, ale jest w nim ogromna ła- godność i współczucie, co w przypadku młodych mężczyzn jest uwodzi- cielskie. PONIEDZIAŁEK, 22 PAŹDZIERNIKA Księżyc idzie ku pełni, a wieczorne pociągi są szczelnie wypełnione ludź- mi opuszczającymi Londyn. Oglądaliśmy dzisiaj tę dziurę na Piccadilly. Zatrzymano ruch uliczny, a przechodnie niespiesznie mijają to miejsce. U Swana & Edgara wszystkie okna są zasłonięte deskami i jutowymi wor- kami, zza nich wyglądają sprzedawczynie: „Działamy jak zawsze", mówią. Nasza Biblioteka Londyńska stoi jednakże na miejscu, dostaliśmy książki i wracaliśmy do siebie metrem, na stojąco aż do Hammersmith, i dopiero co weszliśmy do domu. 17 1917 WTOREK, 23 PAŹDZIERNIKA Kolejna luka pamięciowa w tym zeszycie, nie da się ukryć. Ale jeżeli będę robić w nim zapiski wbrew własnym chęciom, to zacznę go nienawidzić. Zatem jego jedyną szansą na przetrwanie jest bez narzekania przyjąć do wiadomości konieczność istoienia luk. Pamiętam jednak tyle, że byliśmy na spacerze, drukowaliśmy, a na podwieczorku była Margaret [Llewelyn Davies]. Jakżeż bledną te starsze panie! Szorstka, blada skóra ropuchy, nie- stety — uroda Margaret szczególnie łatwo traci blask! Tymrazem zagłę- bialiśmy się w rewolucję ruchu spółdzielczego. Dostaję od czasu do czasu uderzenie ogonem, co mi przypomina, jak strasznie podrzędne miejsce zajmuję w tym bardzo pierwszorzędnym świecie. Ogarnia mnie lekka de- presja, lekka ochota, żeby się doszukiwać wad — to dlatego że nie jestem w odpowiednim nastroju. Wyobrażam sobie, że L. czuje to samo, jeśli cho- dzi o Gordon Square. CZWARTEK, 25 PAŹDZIERNIKA Saxon i Barbara jedH z nami obiad; Saxon, jak zwykle, kiedy jest z nią — łagodny i wydający z siebie odgłosy wrzącego, ale nie kipiącego czajnika, oczywiście bez słowa. A ponieważ wszystko, co ona ma do powiedzenia, to rzeczy proste i oczywiste, L. i ja byliśmy nieco senni; ustaliliśmy jed- nak, że zacznie się zajmować drukowaniem: W poniedziałek wybieram się z Saxonem do Asheham. NIEDZIELA, 28 PAŹDZIERNIKA Nadal nie ma nalotów, przypuszczalnie powstrzymująje wieczorne mgieł- ki, choć jest bezwietrznie, a księżyc absolutnie czysty. Terzesze, które opu- ściły w tym tygodniu Londyn, muszą się czuć dość głupio.

PIĄTEK, 2 LISTOPADA Dokładnie w tym momencie L. ma wykład w Birkenhead, a potem będzie pewnie przez całą noc jechał przez Anglię, zanim dotrze do mnie. Mam poczucie, że dużo się ostatnio kręcę, ruszam się wciąż, żeby się rozgrze- wać. Oczywiście Asheham i Charleston to była raczej rozrywka, ot, żeby nie pamiętać, jak dziwnie i samotnie się czuję. Nie samotnie w dosłow- nym znaczeniu, rzecz jasna. Wczoraj w Charleston padało przez cały dzień, więc siedziałam w domu; rano pisałam, popołudnie spędziłam w pracow- 18 ni. Duncan namalował obraz, a Nessa zrobiła kopię Giotta. Podzieliłam się z nimi wszystkimi plotkami. Malarze są w gruncie rzeczy strasznie nie- zdyscyplinowani, mają bardzo mało samoświadomości, ich umysły są zu- pełnie gładkie i płaskie tam, gdzie ja mam same kolce i wypustki. Takczy inaczej niewiele jest, moim zdaniem, osób o równie żywym pojęciu i bez- pośrednim uchwytywaniu rzeczy, co Nessa. Ci dwaj mali chłopcy o jakże aktywnych umysłach dostarczają jej pewnie dość ćwiczeń. Podoba mi się w niej to poczucie, że wykorzystuje całą swoją naturę. Toznaczy w sensie pracy, życia praktycznego, nie amatorskości, co do pewnego stopnia po- wiedzieć można o Duncanie i Bunnym [Garnetcie]. Przypuszczam, że to jest wpływ dzieci i odpowiedzialności, ale ja zawsze to u niej pamiętam. Silnejest w niej upodobanie do konkretów. Ale cieszę się, że jestem znowu w domu, czuję, że wraca moje praw- dziwe życie — to znaczy życie tutaj z L. Kiedy go tu nie ma, by ogarnąć wszystkie moje wibracje, moja własna osobowość wraca do mnie, jakby odbita echem w przestrzeni. Tonie jest napisane zbyt czytelnie, ale i samo uczucie jest dziwne —jakby małżeństwo było dopełnieniem brzmienia instrumentu, który sam szuka czegoś, niczym pozbawiony orkiestry czy fortepianu głos skrzypiec. Nudny, deszczowy wieczór, więc idę spać. SOBOTA, 3 LISTOPADA Obudziłam się pięć minut przed siódmą i leżałam, nasłuchując, ale nic do mnie nie dotarło, więc około ósmej miałam już zamiar pozbyć się wszel- kich oczekiwań, kiedy posłyszałam L. przy drzwiach, i oto już był! Wszedł do domu cichutko jak myszka i zjadł śniadanie. Rozmawialiśmy tak długo, jak tylko się dało; cudowne uczucie, że znówjesteśmy w harmonii. WTOREK, 6 LISTOPADA Smutne jest to, że w chwili obecnej, o 5.30, Tinker się zgubił. Został wypuszczony do ogrodu i przypuszczalnie uciekł. Pojechaliśmy autobu- sem do Kingston, do biura komisji poborowej, miejmy nadzieję, że po raz ostatni w życiu, i po chwili czekania w znajomym pokoju z dwiema drewnianymi ławkami, z wiszącym na haczyku ręcznikiem oraz płaszczem w kolorze khaki L. został wezwany i wręczono mu pismo stwierdzające, że jest „trwale i całkowicie niezdolny". Przypuszczamy, że na wolnym rynku 18 1917 ten papier mógłby mieć wartość jaldchś pięciuset funtów. Mimo to byli- śmy wciąż przybici stratą spaniela, którego już polubiliśmy. SOBOTA, lO LISTOPADA Kolejna smutna rzecz jest taka, że pozwoliłam minąć paru dniom — dwóm, ponieważ zbyt późno wróciłam, i trzeciemu, piątkowi, ponieważ miałam zbyt ponury nastrój, a oboje byliśmy zbyt kłótliwi i pisanie okazało się niemożliwe. Najpierw wszakże zajmijmy się rozrywkami. Nessa wróci- ła, więc spędziłam popołudnie w Bloomsbury. Wybrałam się do warsz- tatów Omega, gdzie Roger oprowadzał po ekspozycji trzy rozćwierkane Francuzki i jak zawsze sprawiał wrażenie, że francuskie maniery i język dostarczają mu szczególnej rozkoszy. Obrazy lśniły w półmroku. Wraże- nie zrobiły na mnie przede wszystkim rzeczy Gertlera; Vanessa też bardzo dobra; Duncan — wydawało mi się, że troszkę skłaniający się w stronę ładności. Przyszła Nessa i wyszłyśmy razem, ja po drodze kupiłam sobie płaszcz w kolorze moreli. Wypiłam herbatę na Gordon Square, gdzie za- wsze zaskakuje mnie ta nowa aranżacja, bez salonu. Wszystko to stanowiło preludium do czwartkowego przyjęcia, na które brnęłam poprzez deszcz i błoto — dość duża ekspedycja, jak na dwie godziny życia — ale bawiłam się dobrze. Zawsze towarzyszy mi tam poczucie, że otacza mnie atmosfera

domowa, ale stymulująca, a wszyscy, o których zwykle myślę, są realnie obecni. Ogromna liczba rozczochranych kobiet siedzących na podłodze. Większość czasu spędziłam w towarzystwie Oliviera, a kiedy zegar wy- bił dziesiątą, podniosłam się i wyszłam —jeśli kiedykolwiek istniał wzór wszelkich cnót, to ja nim jestem. A teraz widzimy, jak nadciągnął smutek. L. był zirytowany, zgaszony i bez ducha. Poszliśmy spać. Obudziłam się z poczuciem klęski i ciężkiego losu. I to poczucie trwało, wzmagając się fa- lami przez cały dzień. Spacerowaliśmy brzegiem rzeki w zimnym wietrze, pod szarym niebem. Oboje zgodziUśmy się, że życie pozbawione iluzji jest rzeczą ponurą. Iluzje już nie powrócą. Ajednak powróciły wieczorem, około 8.30, przed kominkiem i byliśmy w radosnych nastrojach aż do pój- ścia do łóżek, a dzień zakończyliśmy porcją żartów. PONIEDZIAŁEK, 12 LISTOPADA Byliśmy dzisiaj w Londynie, jak to zwykle w poniedziałki. Poszliśmy do Omegi i zaraz zjawił się Roger, co wprawiło mnie w lekkie zażenowanie. 19 częściowo z uwagi na jego obrazy a częściowo dlatego, że nie lubię przy nim rozmawiać o sztuce. Był jednak akurat w trakcie malowania, więc zniknął. Potem poszliśmy na Gordon Square i kto otwarł nam drzwi? Clive we własnej osobie. Zaprosił nas do środka, gdzie w jednym z wiel- kich foteli siedziała Mary Hutchinson, moim zdaniem żałosny półksiężyc, a nie kobieta. Ona zawsze sprawia wrażenie załamanej i zrezygnowanej. WTOREK, 13 LISTOPADA Dzisiaj po południu rozpoczęliśmy drukowanie i zrobiliśmy trzysta egzem- plarzy pierwszej strony [„Preludium"], ale choć efekty są w większości bardzo dobre, przydałaby się nam druga prasa. L. przygotowuje wykład, który ma wygłosić w Hammersmith; ja mam przewodniczyć obradom Kobiecej Gildii Spółdzielczej. ŚRODA, 14 LISTOPADA L. miał wykład, ja prowadziłam swoje obrady. Zawsze mnie zastanawia, dlaczego te kobiety przychodzą, poza tym że może lubią siedzieć w gronie innych kobiet, w cudzym pomieszczeniu, gdzie ogrzewanie i światło jest za darmo. Wydaje się, że są niezbyt zainteresowane. CZWARTEK, 15 LISTOPADA Wydrukowaliśmy z sukcesem kolejną stronę, co zajęło nam czas do pod- wieczorku, a potem, o zmierzchu, poszliśmy do warsztatu drukarza [właś- ciciela The Prompt Press], który ma przyjść niebawem obejrzeć pomiesz- czenie na prasę. PONIEDZIAŁEK, I9 LISTOPADA Drukarz przyszedł pod koniec poprzedniej strony i był jakąś godzinę. Za- inwestowaliśmy dziesięć funtów, za które nabyliśmy maszynę tnącą, ob- liczywszy, że prasa drukarska powinna dotrzeć do nas przed czternastym stycznia. W piątek wybraliśmy się na koncert, ale wyszliśmy, kiedy zaczęły się utwory angielskie. Herbata u Spikingsa z przedstawicielami wyższych sfer, wyglądającymi jak domowe pieski potraktowane zimną kąpielą. Roz- mawiali o braku automobili. Kupiłam sobie parę pończoch i do domu. Pończochy w ramach przygotowań do Garsington. Z tej wyprawy powró- ciliśmyjakieś dwie godziny temu. Trudno mi tu oddać pełnię wrażeń, poza 19 1917 tym że całość nie przekroczyła zbytnio moich wyobrażeń. Ludzie rozpro- szeni po pokoju w kolorze laku pocztowego: Aldous Huxley zabawiający się wspaniałymi dyskami z kości słoniowej i marmuru — tamtejszymi war- cabami; [Dorothy] Brett w spodniach; Philip [Morrell] w niesamowitym stroju ze skóry najwyższego gatunku; Ottoline, jak zwykle, w aksamicie i perłach; dwa mopsy. Lytton na wpół leżący w wielkim fotelu. Zbyt wiele bibelotów, żeby było naprawdę pięknie, a jeszcze dużo zapachów i jedwa- biów, i ciepłego powietrza, które było nieco ciężkawe. Przez całą niedzielę z pokoju do pokoju przeciągały sznury ludzi. Po podwieczorku spędziłam w towarzystwie Ottoline może jakąś godzinkę przed kominkiem. Ogól- nie spodobała mi się bardziej, niż się spodziewałam po sposobie, w jaki jej przyjaciele przygotowywali mnie na to, by ją polubić. Żywotność wydała mi się przemawiać na jej korzyść, a w osobistej rozmowie nadęcie ustę- puje miejsca zupełnie jawnym wybuchom złośliwości. Sytuacja w Gar-

sington jest rzeczywiście przejmująco koszmarna, ale patrząc z zewnątrz, odnosi się oczywiste wrażenie, że Ottoline i Philip, i dom w Garsington dają tak wiele, a spotykają się z tak niewdzięcznym przyjęciem. W takich warunkach uważam, że powinno się oddać Ott sprawiedliwość za to, że utrzymuje tę swoją nawę pod pełnymi żaglami, bo z pewnością tak jest. Zadbano o wszelkie nasze wygody; mnóstwo jedzenia; w rozmowach zda- rzały się dziury, ale też byl to materiał mocno wyświechtany. W poważnej dyskusji L. skłonił Philipa, żeby wybrał się dzisiaj do parlamentu. Philip to słaby, miły, od dawna cierpiący człowiek, który, jak się wydaje, robi, co się da najlepszego, i widuje się, z kim tylko się da najlepszym, czego z natury nie lubi. CZWARTEK, 22 LISTOPADA W środę przyszła po raz pierwszy Barbara i w tym momencie maszyna natychmiast odmówiła pracy, a do tego wyczerpał się nam zapas „k", więc była w stanie złożyć tylko cztery linijki. Zrobiła to jednak — szybko i bez pomyłek, tak że dobrze rokuje. Przyjechała z Wimbledonu na rowerze, ma niewielką, krótko ostrzyżoną głowę, rumiane policzki i jaskrawy żakiet, co sprawia, że upodabnia się do wesołego, kolorowego ptaka; nie jestem jednak pewna, czy ten zwracający na siebie uwagę wygląd odbieram jako szczególnie pociągający. 20 Byłam na obiedzie z Rogerem i spotlcałam Clive'a. Siedzieliśmy przy niskim, kwadratowym stole przykrytym bawełnianą chustą i jedliśmy z półmisków — na każdym znajdował się inny rodzaj fasoli lub sałaty; pyszne jedzenie dla odmiany. Piliśmy wino, a na wety mieliśmy miękki biały ser, który się jadło z cukrem. Następnie, wzniósłszy się cudownie ponad sprawy personalne, rozmawialiśmy o literaturze i estetyce. Roger zapytał, czy opieram swoją twórczość na teksturze czy strukturze; skoja- rzyłam strukturę z fabułą, więc odpowiedziałam: „Na teksturze". Potem dyskutowaliśmy o znaczeniu tekstury i struktury w malarstwie i w literatu- rze. Potem rozmawialiśmy o Szekspirze, a Roger powiedział, że Giotto po- rusza go równie silnie. Trwało to dokładnie do dziesiątej, kiedy zmusiłam się do wyjścia. Rozmawialiśmy także o poezji chińskiej; Clive powiedział, że to jest rzecz zbyt odległa, by dało sieją zrozumieć. Roger porównywał poezję i malarstwo. Bardzo mi się to podobało (mam na myśli rozmowę). W odpowiedniej atmosferze przychodzą człowiekowi do głowy różne po- mysły można je od razu wypowiedzieć i znaleźć zrozumienie — a nawet spotkać się ze sprzeciwem. Stary Roger ma ponurą wizję, nie naszego ży- cia, ale przyszłości świata. PONIEDZIAŁEK, 26 LISTOPADA Dzisiaj wybrałam się do Londynu z maszynopisem; a Leonard — w tym miejscu coś tę notatkę przerwało — ale mam wrażenie, że L. spotkał w Bibliotece Londyńskiej Desmonda [MacCarthy'ego] ; sprawdzali razem słowo pier..... w słowniku slangu i byli w przykry sposób zaskoczeni, jak bardzo ta strona jest poznaczona odciskami palców czytelników. W porów- naniu z tym mnie popołudnie minęło w sposób czysty, chociaż trudno się chwalić, że szukając Printing House Square, kompletnie się zgubiłam. Jakiś uprzejmy pan w uniformie zaprowadził mnie w końcu do redakcji „Timesa". PONIEDZIAŁEK, 3 GRUDNIA W sobotę L. miał wykład w Hampstead. Ale musieliśmy pędzić metrem na obiad z Barbarą, Saxonem i jakąś młodą kobietą, a potem na Figara do Old Vic. Przedstawienie jest absolutnie urocze; każda kolejna scena piękna i wszystko takie romantyczne, a zarazem dowcipne — doskonałość muzy- ki i potwierdzenie wartości opery. 20 1917 W niedzielę dowiedzieliśmy się o śmierci Cecila [Woolfa] i o tym, że Philip jest ranny. ŚRODA, 5 GRUDNIA Ciąży nam nasza praktykantka. Jej obecność z jakiegoś powodu zakłóca poczucie komfortu. Być może to jej młodość; coś takiego bardzo gład-

kiego, w czym wszystko odbija się bez głębi... Z drugiej strony jest miła i uważna; można być przy niej otwartym. Ale prawdziwym problemem jest jej praca. L. stracił dziś cały dzień, całkowicie bezskutecznie próbując wydrukować jedną ze złożonych przez nią stron, która za nic nie chciała się dać zamknąć. A ponieważ drugą złożoną przez nią stronę trzeba było rozsypać i złożyć na nowo, efekt jej pracy wynosi zero, a nawet mniej niż zero, biorąc pod uwagę stracony przez L. czas. Do tego jeszcze dzień jest zimny i nieprzyjemny. CZWARTEK, 6 GRUDNIA Od niczego nie byliśmy dalsi niż od myśli o nalotach bombowych; nie- przyjemna noc, do jedenastej ani śladu księżyca. Jednak o piątej L. zbudził mnie i od razu wyczułam karabiny: jakby zmysły skoczyły na równe nogi. Wzięliśmy ciuchy, kołdry, zegarek i latarkę — kiedyśmy schodzili po scho- dach, karabiny słychać było coraz bliżej ■— żeby siedzieć w kuchennym korytarzu z owiniętymi w koce służącymi. Odgłosy z wolna się oddalały, aż całkiem ucichły; rozwinęliśmy się z kołder i wróciliśmy do łóżek. Po dziesięciu minutach okazało się, że nie ma mowy, żeby w nich zostać: ka- rabiny chyba w Kew. Wyskoczyliśmy, tym razem z większym pośpiechem. Służące jednak raczej spokojne, a nawet w nastroju do żartów. W pewnej chwili strzały tak blisko, że po dźwięku wybuchu słychać było świst spa- dającej łuski. Potem cisza. Ugotowano nam kakao i poszliśmy z powrotem na górę. Kiedy się przyzwyczai uszy do nasłuchiwania, dość trudno je po- tem przestawić, a ponieważ było już po szóstej, wozy wyjeżdżały ze stajni, warczały motory samochodów i rozbrzmiewał długi, upiorny gwizd, wzy- wający, jak sądzę, belgijskich robotników do fabryki amunicji. W końcu usłyszałam w oddali trąbki; Leonardowi w tym czasie udało się już zasnąć, ale gorliwi skauci, którzy przeszli naszą ulicą, postarali się o to, żeby go całkiem obudzić. 21 Dzisiaj drukowaliśmy, omawialiśmy też nalot, który według kupio- nej przeze mnie „Star" był robotą dwudziesm pięciu Gotów atakujących w pięciu szwadronach, dwie maszyny strącono. Cudowny, spokojny i czy- sty zimowy dzień, więc być może jutro rano, około 5.30... PIĄTEK, 7 GRUDNIA Ale nalotu nie było, a ponieważ księżyc idzie do nowiu, na miesiąc mamy spokój. Dziś szczęśliwie nasza praktykantka nie przychodzi, więc mamy wrażenie, że jest święto. Nessa przyjechała do Londynu w poszukiwaniu guwernantki, więc mogłam zakończyć popołudnie w jednym z wielkich foteli przy Gordon Square. Siedziałam sama przez dwadzieścia minut i czytałam książkę na temat dzieci i płci. Kiedy zjawiła się Nessa, wypiły- śmy herbatę i okazało się, że w domu są Clive i Mary, a więc stały zestaw. Jak zwykle było bardzo miło, takie ożywienie, tyle ostatnich wiadomości, prawdziwe zainteresowanie wszelkimi rodzajami sztuki, a i ludźmi. Spo- dziewam się, że L. nie bardzo by do tego wszystkiego pasował. Oceniam po rozmiarze poruszenia, jakie to wszystko tworzy w moim umyśle. Nie żeby Mary Hutchinson w ogóle się odzywała, ale jest w niej jakaś niema sympatia. Nessa musiała się wybrać do Rogera, więc ją odprowadziłam, a po drodze kupiłam kiełbaski i ser na kolację. Roger odnosi właśnie suk- cesy jako malarz absolutnie dosłownych i bardzo nieprzyjemnych por- tretów. NIEDZIELA, 9 GRUDNIA Lytton przyjechał na podwieczorek. Byłam sama, bo L. pojechał do Mar- garet. Było bardzo przyjemnie. Spośród naszych przyjaciół Lytton jest naj- bardziej giętki; nie chcę powiedzieć o nim: namiętny, mistrzowski czy ory- ginalny, ale jego umysł jest chyba najpodatniejszy na wrażenia, najmniej usztywniony przez jakieś formuły czy nakazy. Ma też oczywiście wielki dar ekspresji, który nigdy (moim zdaniem) nie ujawnia się do końca w tym, co pisze, ale dzięki któremu pod pewnymi względami okazuje się w roz- mowie najbardziej współodczuwającym i rozumiejącym z przyjaciół. Poza tym zrobił się — albo pełniej to teraz okazuje — przedziwnie dehkatny, ła- godny i uważny; a jeśli dodać do tego jeszcze szczególny smak jego myśli,

dowcip i nieskończoną inteligencję, okazuje się, że jest postacią, której nie da się zastąpić jakąkolwiek inną kombinacją. Jak mało z kim, potrafię być 22 1917 z nim w bliskiej zażyłości; łączą nas wspólne gusta, poza tym jeszcze lubię i chyba rozumiem jego uczucia — nawet ich co kapryśniejsze odmiany, na przykład w sprawie Carrington. Mówił o niej zresztą ze szczerością nie- zbyt pochlebną, ale bynajmniej nie złośliwą. „Takobieta mnie zaszczuje" — stwierdził. „Przeczuwam, że nie pozwoli mi pisać". „Ottoline twier- dzi, że skończy się na tym, że się z nią ożenisz". „Boże! Sam pomysł już wystarczy. —Jedna rzecz, którą wiem na pewno — nigdy się z nikim nie ożenię". „Ale jeśli ona jest w tobie zakochana?" „Cóż, musi się zdać na łut szczęścia". ,;Wydaje mi się, że czasem jestem zazdrosna...". „O nią? To niewyobrażalne...". „Lubisz mnie bardziej, prawda?" Powiedział, że tak, oboje się roześmialiśmy. Przywiózł nam swojego „Gordona"*. Następnego dnia miał zawieźć książkę do Chatto & Windus. WTOREK, 11 GRUDNIA Udręka z powodu praktykantki. Przyznaję, że dotarłam z Barbarą do sa- mego dna nudy. Ona przytacza fakty dokładnie tak, jak je przyswoiła — drobne fakty dotyczące guwernantek i domów. I nawet cień wątpliwości co do własnych kompetencji nie pojawia się w jej umyśle; wszyscy tacy mili, porządni, uczciwi, skądże by miała się wziąć jakakolwiek skaza. A czas mijał; i nie zdążyła na pociąg, i czekała na następny — czekała do 6.10 — aja miałam wieczór kompletnie zmarudzony; bez żadnych od- czuć, poza wrażeniem, że stoję pod kapiącą rynną. ŚRODA, 12 GRUDNIA Poranek zmarnowany przez łzy i narzekania Lottie [Hope], która uważa, że pracuje zbyt ciężko, a w związku z tym zażądała w końcu wyższej pen- sji, którą bez trudu może dostać gdzie indziej, tak samo zresztą jak Nelly [Boxall]. Straciłam cierpliwość i krzyknęłam, żeby w takim razie poszły i dostały. Zaraz przyszła Nelly w nastroju pojednawczym, przepraszając za wybuch Lottie, niemniej podkreślając, jak im ciężko z naszą drukarnią, bo tam wciąż taki nieporządek i ciągłe sprzątanie; zamierzała poprosić o pod- wyżkę już w lutym — bo wtedy wszystkie zarobki wzrosły. Rozmawiały- The End of General Gordon („Koniec generała Gordona") — ostatnie z czterecli studiów biograficznych L. Stracheya, które złożyły się na jego książkę .Wybitni wiktorianie" (1918). 22 śmy bardzo przyjaźnie, ale tony Lottie zdają mi się naprawdę nieprzyjem- ne. W końcu sobie poszła. CZWARTEK, 13 GRUDNIA Dzięki precyzyjnym wyliczeniom ograniczyłam scenę godzenia się z Lottie do piętnastu minut o punkt jedenastej. Łkała, żałowała, wycofała wszystko, co przedtem mówiła; co do przepracowania, to czyste wymysły, a im wię- cej mamy gości i im więcej robimy bałaganu, tym bardziej jej się podoba. Pocałowała mnie i poszła sobie niczym skarcone dziecko, pozostawiając mnie z mieszaniną litości i (jak sądzę) samozadowolenia. Biedni nie mają szans; brak im manier i samokontroli, za pomocą których mogliby się bro- nić; bieda poniża, jak powiedział Gissing. PONIEDZIAŁEK, I7 GRUDNIA Poniedziałek, jak już chyba zaznaczałam, to u nas dzień zakupów — ale wypadła mi z pamięci wczorajsza wieczorna wizyta Molly MacCarthy i Waltera Lamba... Zapomniałam już, kto wszedł w tym właśnie momencie, ale mam wytłumaczenie, albowiem jest obecnie czwartek, 3 stycznia 19i8, a my właś- nie wróciliśmy z Asheham. Pamiętam natomiast, że ostatnie dni były wy- pełnione ludźmi. Walter i Molly, o czym zaczęłam opowiadać. Następnie pamiętam, że była Ka, która zastanawiała się nad złożeniem rezygnacji, a potem, kolejnego wieczoru. Bob [Trevelyan], z kieszeniami wypchanymi poezją georgiańską, mówiący wyłącznie o książkach, cenach, jakich żąda się za druk, i ilości sprzedanych egzemplarzy. W środku tego wszystkiego wparowała Nelly, żeby powiedzieć, że ogłoszono alarm przeciwlotniczy. Jedliśmy zatem obiad w piwnicy, a Bob gadał w takim tempie, że trzeba było nasłuchiwać przy oknie, żeby w ogóle usłyszeć karabiny, choć dość

głośno się odzywały. Po tym — zaraz następnego wieczoru — byliśmy na wspólnej kolacji w Klubie 1917; ogromna ilość jedzenia dla jakichś dwustu osób siedzących przy długich stołach. Następnego dnia pojechaliśmy do Asheham i była to najgorsza podróż, jaką pamiętamy— pięć godzin, któ- re spędziliśmy głównie tuż za krzyżówką w Clapman, mgła, przenikliwe zimno, ruch ustawał co dwde, trzy minuty. Wyjeżdżaliśmy samochodem, jak sobie przypominam, ale okazało się, że drogi są zasypane śniegiem, i bardzo przyjemnie było wrócić do salonu, tyle tylko że nie mieliśmy 23 1917 mleka. Jedne z najzimniejszych i najpiękniejszych świąt Bożego Narodze- nia. Spędziliśmy je, ku swojej wielkiej uldze, całkiem sami. Była zwykła wizyta Maynarda i Clive'a. Ale dła mnie w Asheham najmilsze jest to, że tam czytam książki; jakie to cudowne, wrócić ze spaceru, napić się herbaty przy kominku, a potem czytać, czytać — powiedzmy Otella — powiedzmy cokolwiek. Wydaje się, że tak naprawdę nie ma znaczenia co. No i drzewa, surowe i bezlistne, brązowa zaorana ziemia, a wczoraj wzgórza zza mgły, ogromniejące jak góry. Samotny myśliwy strzela kaczki i bekasy na ba- gnach. Okna rano były niemal zamarznięte, wszystkie szyby szorstkie od szronu. Przychodzą kuropatwy i siedzą na polach jak małe nieżywe bryłki, na poły zesztywniałe, może od mrozu. Clive zresztą Ożywił nam Boże Narodzenie niewielkim tomikiem wier- szy — i jeśli jego proza jest fantastycznie fircykowata, to wiersze są moim zdaniem bardzo ładne i lekkie (przez co chcę powiedzieć, że zdaniem L. nie całkiem). Dotarliśmy zatem do końca roku, a jakiekolwiek jego podsumowanie przekracza moje siły, podobnie jak choćby rzut oka na wiadomości z Rosji w popołudniowej gazecie, która właśnie przyszła i skłoniła L. do uwagi: „Bardzo ciekawa sytuacja...". „No i co będzie?" „Tegożaden człowiek nie jest w stanie przewidzieć". KONIEC 1918Chociaż w dzienniku nie znajduje się zbyt wiek uwag na ten temat, to równocześnie ze zwyczajnymi zajęciami towarzyskimi, domourymi i żurnalistycznymi Virginie zajmowała też praca nad drugą powieścią, zatytułowaną Night and Day („Noc i dzień"), o której w listopadzie tego roku napisała, że jest „ukończona", jednakże oddalają do druku swojemu przyrodniemu bratu, wydawq/ Geraldowi Duckworthowi, dopiero około sześciu miesięcy później. Najistotniejsze poszerzenie jej dotychczasowego kręgu znajomych stanowiły częste wizyty w Klubie 1917 w Soho, miejscu spotkań socjalistów i intelektualistów, do którego powstania przyczynił się Leonard Woolf. W trakcie wypadów do Londynu — być może po spotkaniu z Bruce'em Richmondem*, któremu przywoziła maszynopisy artykułów (lata 1918 i 1919 były okresem jej najobfitszej twórczości publicystycznej), lub po odebraniu książek zamówionych w Bibliotece Londyńskiej — często wstępowała tam z mysią o v/ypiciu popołudniowej herbaty i poplotkowaniu w sympatycznym towarzystwie. Leonard tymczasem angażował się coraz bardziej w ruch łaburzystowski, pisząc, prowadząc działalność naukową i wykładając; we wrześniu został redaktorem „International Review". Wkładem Virginii w lepszą przyszłość społeczeństwa było przyjęcie funkcji przewodniczącej miejscowego koła Kobiecej Gildii Spółdzielczej, którego spotkania odbywały się w Hogarth House; Virginia poszukiwała wykładowców, nierzadko rekrutując ich spośród lułasnych przyjaciół. Możliwości drzemiące w raczkującej Hogarth Press nadal pociągały zarówno Leonarda, jak Virginie, pomimo że byli tylko drukarzami amatorami; co więcej, pizyciągały one także autorów. Jeszcze w trakcie pracy nad Prelude („Preludium") Bruce Richmond — w latach 1903—1937 redaktor „Times Literary Supplement"; dzięki niemu pismo ustaliło swoją wysoką pozycję w świecie literackim. Patron wielu wybitnych pisarzy. 23 1918 Katherine Mansfield Woolfowie dostali propozycję druku Ulissesa Jamesa Joyce'a, którego produkcji odmówiły komercyjne drukarnie, w obawie przed karą

za złamanie przepisów o ochronie moralności publicznej. Virginia przeczytała maszynopis z odrazą, ale i podziwem, Leonard byłby się bardzo chętnie podjął tego zlecenia, ale niestety znacznie przeu/yższato ono możiiwości ich urydawnictwa. W listopadzie byl w Hogarth House na obiedzie T.S. Eliot, co zapoczątkowało długą i cenioną przyjaźń; Seven Poertis („Siedem poematów") Eliota stanowiło czwartą publikację Hogarth Press, a cztery lata później wydana tu miała zostać również Ziemia jałowa — obie książki były osobiście składane przez Woolfów. W tle wojna wciąż ujdawała groźne pomruki, ale wreszcie, po wzlotach i upadkach nadziei, dobiegła końca; Virginia notowała wyrzeczenia i strach, jakich przysparzała. Pomimo że podróże były trudne i niebezpieczne, kilkakrotnie odwiedzali razem z Leonardem swoich przyjaciół w różnych częściach kraju, między innymi Morrellów w Garsington, Lyttona Stracheya, który rezydował teraz w Tidmarsh w Berkshire pod opieką oddanej mu Carrington, jeździli także do swojego Asheham. I właśnie kiedy spędzali tam Boże Narodzenie, siostra Virginii, Vanessa, urodziła w Charleston Angelice, córkę Duncana Granta, a Julian i Quentin, jej synowie z małżeństwa z Clive'em Bellem, zostali na jakiś czas przywiezieni do Asheham, do cioci Virginii. Hogarth House, Richmond PIĄTEK, 4 STYCZNIA Nie ma żadnego powodu, dla którego należałoby się spodziewać jakichś szczególnych wydarzeń na pierwszą stronę nowego zeszytu, a jednak człowiek się spodziewa, mogę zatem wyliczyć trzy fakty o różnym stop- niu ważności: nasza pierwsza wizyta w Klubie 1917, zapowiedzi pokoju, rozbicie moich szylkretowych okularów. Tezapowiedzi pokoju (ostatecz- nie rzecz najważniejsza z wymienionych) pojawiają się, budząc kruchą nadzieję, mniej więcej raz na trzy miesiące, następnie nikną, a potem wy- pływają znowu. Nawet nie próbujemy odgadywać, jaka jest w tej chwili sytuacja, niemniej trudno uniknąć wrażenia, że coś się ruszyło. Klub 1917 jest czymś bardzo udanym, po jednej herbacie sądząc. Spotkaliśmy tam Alix, już w charakterze stałej bywalczyni, przy kominku, obok grupki bardzo młodych rewolucjonistów, jednego oficera i dwóch szaroburych demokratycznych urzędników. Pomieszczenia są jasne, naznaczone sty- lem Omegi i mniej, niż to zwykle bywa, formalne. Przedtem odbyłam zwykłą rundkę; a L. spędził popołudnie na zebraniach swoich komi- tetów. SOBOTA, 5 STYCZNIA Wybraliśmy się do Hampton Court. Przeszliśmy się przez Bushy Park i wysokim brzegiem pod drzewami, aż do rzeki. Było chłodno, ale bez- wietrznie. Potem tramwajem do Kingston i na herbatę u Atkinsona, gdzie dają tylko po jednej bułeczce. Teraz wszystkiego jest skąpo. Większość rzeźników zamknięta; jedyny otwarty był oblężony. Nie da się kupić cze- kolady czy karmelu; kwiaty są tak drogie, że zamiast nich zbieram bukiety 24 1918 liści. Większość towarów jest na kartki. Bogate wystawy są jedynie w skle- pach z tekstyliami. W innych wystawione są puszki lub kartonowe pudeł- ka, niewątpliwie puste. (Próbuję pisać w skrótowym, historycznym stylu). Sądzę, że gdzieś muszą istnieć jakieś niezakłócone nisze spokoju, ajednak ogólnie stół jest raczej pustawy, ftymczasem gazety mają się dobrze i wyda- jąc jedną sześciopensówkę, otrzymujemy dosyć, by móc przez cały tydzień rozniecać ogień na kominku. [_ NIEDZIELA, 6 STYCZNIA Alix i Fredegond [Shove]* na kolacji. Rozmowa, pokręciwszy się wokół Clive'a, Barbary, Garsingtonu i tak dalej, skupiła się na świadomości, obo- wiązkach społecznych i Tołstoju. Gerald [Shove] przeczytał jakiś czas temu Tołstoja i postanowił zrezygnować z tytoniu, ale obecnie twierdzi już, że przykazania Tołstoja tyczą się ludzi o luźniejszym niż jego trybie życia, a zatem że jemu wolno palić papierosy. Myśli poważnie o założeniu po wojnie żłobka i grozi, że pozbędzie się ich wspólnego kapitału. „Jaki jest tego cel?", zapytał L. „Tojest najgorsza rzecz, jaką tylko można zrobić. Nie chcemy, żeby ludzie żyli za trzydzieści szylingów tygodniowo". „Tomoże być konieczne z psychologicznego punktu widzenia, jeśli chce się obalić kapitalizm", zauważyłam. „Nie zgadzam się", powiedziała Alix. „A poza

tym, komu mianowicie odda ten kapitał?" „Wpaństwie idealnym każdy będzie miał trzysta funtów rocznie", mówił dalej L. „Bardzo was proszę, dajcie mi jakieś argumenty żebym je mogła przekazać Geraldowi", błagała Fredegond. Nie pamiętam juz, jaki był ten argument. „On ma okropne sumienie", mówiła dalej. „Zjadł wielki obiad świąteczny, potem razem ze swoim bratem posłali po owoce kandyzowane, a kiedy je zjedli, byli naprawdę biedni. Jęczeli: «Zachowalismy się jak swinie». Naprawdę byli bardzo biedni". L. przedstawił nam masę przyczyn, dla których powin- niśmy zachować to, co posiadamy, a dobro czynić za darmo. Ja jednak wciąż mam poczucie, że mojego ognia za dużo dla jednej osoby. Należę Fredegond Shove (1889-1949) — z d. Maitland, córka kuzynki Virginii Woolf, Florence Fisher, i historyka F.W Maidanda. W1915 roku wyszła . za Geralda Franka Shove'a (1887-1947), ekonomistę, wykładowcę w King's College w Cambridge. 25 do osób, które czują się ograniczone psychologicznymi pętami posiadania kapitału. WTOREK, 8 STYCZNIA Dziś — do drukarza, żeby usłyszeć, jak spokojnym tonem stwierdza, że jednak nie jest w stanie dostarczyć nam prasy na czternastego. Nie może znaleźć nikogo, kto by ją przetransportował. Bardzo pięknie, zważywszy, że wziął od nas dziesięć funtów, zapewniając, że prasa dotrze bez opóźnie- nia. - ŚRODA, 9 STYCZNIA Klub 17 jest pokusą; z pewnością oferuje lepsze warunki do wypicia her- baty niż herbaciarnie. Zatem, skoro wybrałam się po okulaiy, wstąpiłam na Gerrard Street. Zastałam tam Fredegond i Faith [Henderson], a także kół- ko młodzieży z Cambrigde i dwie albo trzy inne osoby. Rozbawiło mnie wrażenie powtórki pewnych scen z mojej własnej przeszłości — oczywi- ste podniecenie i poczucie, że jest się ostatnim i najlepszym (choć w sen- sie wyglądu zewnętrznego niekoniecznie najbardziej uroczym) z Bożych stworzeń, że ma się do powiedzenia rzeczy, których jeszcze nikt i nigdy nie powiedział; tu było to wszystko; i ci młodzieńcy, tak wspaniali w oczach tych młodych dziewcząt, i te młode dziewczęta, tak kuszące w oczach tych młodzieńców, choć ja, siedząc niczym starsza pani na kanapie, tego nie do- strzegłam. Potem zawołano mnie na herbatę, na drugą stronę pokoju; no i przyszedł Lytton. Staraliśmy się jednak nadal podsłuchiwać Cambridge i w końcu Lytton, poduszczony przeze mnie, poszedł, by się do nich przy- łączyć. Potem rozmawiałam chwilę z Faith. Według niej Nick [Bagenal, jej brat] bardzo cierpi z powodu układu Saxon-Barbara-Nick. Jego prośby są lekceważone; Barbara woli Saxona i wydaje się zawstydzona tym, że Nick nie jest intelektualistą. Nigdy go nie przedstawia swoim przyjacio- łom z Bloomsbury. Sądzę, iż Bloomsbury będzie miało na sumieniu jesz- cze jednego trupa, jako że osiągnięcia biednej Barbary nie są aż takiej mia- ry,żeby zapewnić jej tu bezpieczną pozycję; a moim zdaniem małżeństwo z Nickiem oferuje więcej wymiernej wartości niż zimnokrwisty i na wpół tylko rzeczywisty związek z Saxonem. 25 1918 PIĄTEK, 11 STYCZNIA Kolejny nieruchawy dzień, który musi jednak zostać odnotowany ze wzglę- du na fakt, że Izba Lordów uchwaliła ustawę o prawie wyborczym*. Nie czuję się z tego powodu ważniejsza — no, może odrobinę. Totrochę jak tytuł książęcy — służy wyłącznie do robienia wrażenia na ludziach, który- mi się gardzi. SOBOTA, 12 STYCZNIA Nadzieje na pokój znów legły w gruzach; a z tego, co widać, w polityce wciąż niespodziewane zwroty we wszystkich możliwych kierunkach, jeże- li w ogóle można się w tym zorientować. PONIEDZIAŁEK, I4 STYCZNIA f W sobotę był na obiedzie Saxon. Jest w absolutnym dołku. Znużenie wi- dać nawet w gestach. Nigdzie nie bywa, z nikim się nie widuje. Zagrał z L.