ROZDZIAŁ 1
Trzy pary przenikliwych oczu wpatrywały się w Alicję. Czekali na
odpowiedź. Wiedziała, że jeśli powie „nie”, narazi się na społeczny
ostracyzm – potępią ją najbliżsi przyjaciele. Buntowała się wewnętrznie,
najchętniej stanęłaby na środku baru i wykrzyczała, jak bardzo nie lubi,
gdy ktoś narzuca jej swoje zdanie. Oni jednak tak na nią liczyli, że nie
umiała się przeciwstawić. Wzdychała, kręciła się na krześle, miała już
nawet w głowie kilka kontrargumentów, ale nie potrafiła odmówić. Nie
chciała po raz kolejny ich zawieść. Zacisnęła powieki i próbowała się
skupić, ale werble, które uderzeniami w stolik wygrywała siedząca
naprzeciw niej trójka, rozpraszały ją niemiłosiernie.
– No dobra, ale tylko sylwester i Nowy Rok – powiedziała w końcu
na jednym wydechu, mając nadzieję, że zabrzmiało to wystarczająco
stanowczo, by nie podlegać kolejnym pertraktacjom.
Konrad i Przemek stuknęli się kuflami na znak tryumfu, Ania zaś
opuściła ręce w poddańczym geście.
– Pakiet obejmuje pięć dni, nie dwa! – zaprotestowała.
– Nie dostanę dłuższego urlopu. – Alicja szła w zaparte.
– Ty? Osoba, która nie opuściła w ciągu roku ani jednego dyżuru,
która brała każdą zmianę, gdy trzeba było kogoś zastąpić?! Nie żartuj
sobie!
– Nie zapominaj, że święta i sylwester to czas, kiedy w izbie
przyjęć dużo się dzieje.
– Lilka! Kiedy ostatni raz byłaś na jakichś wczasach? Kiedy
wyjechałaś na urlop dłuższy niż dwa dni? Ciągle tylko praca i praca,
nawet na głupie piwo ciężko cię wyciągnąć! Nie mówię już o świętach,
bo dla mnie to przegięcie, by rok w rok Wigilię spędzać w szpitalnej
dyżurce. Zrób w końcu coś dla siebie, oderwij się od pracy, zacznij żyć!
– Ania miała nadzieję, że tymi niepodważalnymi argumentami zdoła
wpłynąć na decyzję Alicji. Nie znalazł się jednak dotąd nikt, kto
mówiłby w języku przemawiającym tej kobiecie do rozsądku.
– Anka, daj jej spokój. Grunt, że zgodziła się chociaż na dwa dni.
Może gdy zobaczy, jak dobrze się bawimy, zostanie na dłużej – wtrącił
Przemek i uśmiechnął się porozumiewawczo do Alicji.
Ta odwzajemniła uśmiech, lecz zrobiła to bardziej z poczucia
obowiązku – wiedziała, że nie zostanie w górach dłużej.
– Zobaczymy, co powie na to Monika. – Ania splotła ręce na piersi
i obrażona wyprostowała się na krześle, strącając jednocześnie ze swoich
ramion rękę Konrada. Była wyraźnie niepocieszona, że jej argumenty
okazały się nie mieć wystarczającej siły perswazji.
Alicja spojrzała na nią wzrokiem zbitego psa. Nie chciała dalej
prowadzić tej męczącej rozmowy. Uwielbiała swoich przyjaciół, czas
z nimi spędzany zawsze nastrajał ją pozytywnie, dawał dobrą energię,
ale pomysł, na który tym razem wpadli, przerósł ją tak bardzo, że była
gotowa uciec się do każdej, nawet najmarniejszej wymówki. Sylwester
w górach, a dokładnie w centrum huczącego Zakopanego, szampańska
zabawa, głośna muzyka i tłumy ludzi za bardzo ją przerażały. Pięć dni
nieustającej imprezy, całkowity brak prywatności i zero odpoczynku to
zdecydowanie nie był jej wymarzony sposób na urlop. Nie przepadała za
takimi rozrywkami. Wolałaby spędzić wolny czas w głuszy, odcięta od
świata, gdzie mogłaby skupić się tylko na sobie. I mimo że jej znajomi
gorąco przekonywali, że będzie to niezapomniany wyjazd, nie dała się
namówić na więcej niż na dwa dni i bal sylwestrowy. To było wszystko,
co mogła dla nich zrobić.
Alicja reprezentowała bowiem typ samotnika-pracoholika. Nic
poza pracą tak naprawdę się dla niej nie liczyło. Od czasu do czasu –
zazwyczaj wówczas, gdy miała przymusową przerwę pomiędzy
dyżurami – spotykała się z grupką przyjaciół, których poznała jeszcze
z liceum. I właśnie do spotkań z tymi kilkoma osobami ograniczały się
jej kontakty towarzyskie. Nie nawiązywała nowych znajomości,
wiedząc, że nawet dla osób, które już były w jej życiu, ma zbyt mało
czasu i nawet je potrafi mocno zaniedbać. Bynajmniej nie stroniła od
ludzi – z pacjentami bardzo szybko nawiązywała kontakt i świetnie sobie
z nimi radziła, ale był to inny rodzaj relacji, służbowy, nie osobisty. Jej
odcięcie od świata polegało raczej na tym, że nie potrafiła się otwierać
nawet przed najbliższymi osobami. Wszystko, co przeżywała,
pozostawało w niej ukryte, wszelkie problemy, rozterki rozważała sama,
bez – w jej mniemaniu – zawracania nimi głowy innym. Nie zawsze była
tak powściągliwa, ale nie stała się też taka znienacka, z dnia na dzień. To
życie zmusiło ją do zamknięcia się we własnej intymnej skorupce, której
nikt w żaden, nawet najpodstępniejszy sposób, nie mógł rozbić.
Dlatego też nigdy nie świętowała. Urlopy, zwykle najwyżej
kilkudniowe, spędzała zaszyta w łóżku z książką lub – gdy już naprawdę
potrzebowała odmiany – w wiejskiej chacie za miastem, o której nikt
poza nią nie wiedział. Urodzin nie obchodziła, chyba że jej przyjaciele
urządzali je za nią i siłą ściągali na imprezę – stroniła nawet od
najbardziej kameralnych uroczystości. Na prawdziwych wakacjach była
po raz ostatni jeszcze w liceum, na obozie organizowanym przez szkołę.
Pojechała tam tylko po to, by być jak najdalej od rodzinnego domu.
Święta też od lat spędzała na dyżurach w szpitalu, z chęcią zastępując
kolegów czy koleżanki z pracy. Wielkanocne śniadanie w jej wydaniu
polegało na wypiciu żurku z torebki, przygotowanie święconki natomiast
na umieszczeniu w kaplicy szpitalnej czekoladowego baranka i kilku
pisanek. Wigilie mijały jej w towarzystwie pacjentów i personelu
szpitala albo w samotności, kiedy to w ogóle pomijała związane z tym
świętem rytuały. Wszystko zależało od tego, co akurat działo się na
oddziale. Jeśli pierwszy dzień świąt miała wolny, odsypiała nocny dyżur,
jeśli pracowała, nie myślała o tym, jak szczególny jest to dzień, jego
atmosferę przeczuwała jedynie dzięki sztucznym choinkom na stolikach
pacjentów i kolędom sporadycznie puszczanym w szpitalnym
radiowęźle. I choć bardzo pragnęła doświadczyć tej prawdziwej,
rodzinnej magii świąt, choć tęskniła za zapachem czerwonego barszczu
i bożonarodzeniowego drzewka, tłumiła te uczucia każdego roku.
Dopóki jej życie będzie wyglądało tak jak teraz, dopóty nie będzie jej
dane zaznać świątecznego ciepła.
Nadchodzące Boże Narodzenie miało wyglądać podobnie. Alicja
zaplanowała sobie dyżury już w październiku. Koleżanka, której zmianę
wzięła, nie posiadała się z radości.
*
Choć był dopiero listopad, bożonarodzeniowy szał już paraliżował
umysły. Wszyscy z wyprzedzeniem zaczynali planować, jak spędzą
święta: u kogo zjedzą wigilijną kolację; co komu kupić pod choinkę;
w co się ubrać; co przygotować na świąteczny obiad; ile nakryć powinno
być na stole. Alicji to wszystko nie dotyczyło – i cieszyła ją ta myśl.
Pławiła się w swym błogim spokoju do momentu, gdy przypominała
sobie o planach na sylwestra. Narzuconych jej po raz pierwszy od bardzo
dawna. Wtedy pojawiało się to uczucie – ogromna, przeogromna chęć
ucieczki, znalezienia wymówki idealnej, nie do podważenia!
– Mówiłam już, jak bardzo jestem ci wdzięczna za to, że wzięłaś
mój dyżur? – Z zamyślenia wyrwała ją Dorota, lekarka z powołania,
której mąż zagroził, że jeśli kolejne święta spędzi w szpitalu, to się z nią
rozwiedzie.
– Mówiłaś chyba z trzy razy – odparła Alicja pogodnie i oddała
pielęgniarce podpisaną kartę, po czym uśmiechnęła się do koleżanki.
– To mówię kolejny. Adam oszalał. Planuje te święta chyba od
września, zupełnie go nie poznaję! Myślałam, że to kobieca domena,
zajmowanie się takimi przyziemnymi sprawami…
– Święta to chyba nie do końca przyziemna sprawa, nie uważasz?
– Niby masz rację. Ale wiesz, o co mi chodzi… Świąteczne menu,
Wigilia, pierwszy i drugi dzień świąt zaplanowane co do godziny,
prezenty… On nawet wystrój domu już zaplanował! Mam wrażenie, że
całkowicie zamieniliśmy się rolami w tym roku! Gdyby jeszcze chciał
ponosić za mnie tego malucha… – Dorota pogładziła się po
siedmiomiesięcznym brzuchu.
– Nie podoba ci się jego zapał?
– Podoba mi się! Zakochuję się w nim na nowo, gdy na to
wszystko patrzę! Po prostu ciężko mi uwierzyć w to, że z kanapowca
zrobił się z niego taki home planner!
– Dziecko wiele zmienia. W szczególności tak wyczekiwane jak
wasze. Ja się w ogóle nie dziwię. Dużo przeszliście, więc Adam chce, by
w końcu było normalnie. Rodzinnie i ciepło. A jeśli dodatkowo to
wszystko sprawia mu radość… Nic, tylko się cieszyć!
Alicja była zadowolona, że zastępując Dorotę na dyżurze, może
przyczynić się do umacniania ich więzi, którą – dzięki Bogu – cudem
udało się ocalić.
Dorota się zamyśliła. Alicja miała rację. Dwa lata separacji, widmo
rozwodu wiszące nad nią i jej mężem jeszcze siedem miesięcy temu,
ciągłe kłótnie, zupełny brak porozumienia… A wszystko to
spowodowane upartym robieniem kariery – trudno w takim życiu było
znaleźć czas na wspólny obiad, rozmowę, nie mówiąc już o miłości czy
upragnionym dziecku.
– A ty?
– Co ja?
– Nie pojawił się na horyzoncie nikt, kto odciągnąłby cię trochę od
tego szpitala?
– A kto wtedy brałby twoje dyżury, co? – Alicja zaśmiała się
krótko i nastawiła wodę na herbatę.
Śmiała się tylko do Doroty, w sercu poczuła miażdżący ból.
– Dobrze, że chociaż w sylwestra oderwiesz się od stetoskopu, bo
niedługo przyrośnie ci do szyi.
– Hej, jeszcze jedno słowo, a zmienię zdanie co do wigilijnego
dyżuru! Grafik jeszcze nie jest wpisany do systemu!
Dorota uniosła ręce w geście poddania i nie chcąc narażać się na
niełaskę Alicji, odpuściła drążenie tego tematu i rozsiadła wygodnie na
sterylnej, białej sofie pokoju lekarskiego.
– Swoją drogą, ten sylwester jest mi bardzo nie na rękę… – Alicja
westchnęła.
– Inne plany?
– Nie, po prostu nie lubię takich spędów. Huk, wrzask, tłum ludzi,
ścisk… – Wzdrygnęła się. – Jadę tam tylko po to, by mieć spokój
z imprezami na cały kolejny rok.
– „No przecież byłam z wami ostatnio na sylwestrze”?
– Otóż to.
– Kochana, z moich doświadczeń wynika jedno – praca jest dobra
na wszystko… do czasu. Później nawet ona cię wkurza, szczególnie gdy
nie masz żadnej odskoczni. Może więc pomyśl o jakiejś alternatywie,
póki masz na to czas i póki jesteś młoda, byś za kilka lat nie obudziła się
z myślą, że poza kitlem, stetoskopem i białymi drewniakami nie masz
nic. I nie mówię tu o szukaniu męża na siłę, bo – znów wiem z autopsji –
z czasem nawet i on zacznie cię denerwować, lecz o znalezieniu czegoś,
co poza pracą będzie cię uszczęśliwiać. Wiem, że teraz wydaje ci się to
śmieszne, bo przecież kochasz to, co robisz, a jak można nienawidzić
coś, co się pokochało… Ale tylko dzieci kocha się bezwarunkowo, od
pozostałych rzeczy w życiu po jakimś czasie zaczynasz czegoś
oczekiwać. Czegoś znacznie większego niż sama satysfakcja.
Alicja zaparzyła im obu herbatę. Podała Dorocie kubek. Siadając
obok, uśmiechnęła się i pociągnęła spory łyk. Rację koleżance przyznała
tylko w myślach. Rzeczywiście, praca była dla niej wszystkim. Cieszyła
się z najpospolitszego przypadku – zapalenia wyrostka czy szycia kolana
u rozbrykanego dziecka – ale ostatnio zaczęła się zastanawiać, czy
naprawdę satysfakcja zawodowa jest wszystkim, o czym marzyła.
Uwielbiała pomagać ludziom, kochała swoją pracę, lecz zdała sobie
sprawę, że miała tylko ją – gdyby nie praca, jej życie byłoby ponure
i pozbawione sensu. Bała się przyznać nawet sama przed sobą, że Dorota
zasiała w niej ziarno niepewności.
*
– Alicja! – Z zamyślenia wyrwał ją dyrektor szpitala, którego
spotkała na korytarzu, gdy szła do jednego z pacjentów. Odwróciła się
gwałtownie.
– Piotr. – Uśmiechnęła się uprzejmie i odruchowo chwyciła dłońmi
stetoskop zawieszony na szyi.
– Kończy się rok, a ty masz sporo niewykorzystanego urlopu…
– Przecież biorę wolne w sylwestra – weszła mu w słowo.
– To jeden dzień, a do wykorzystania masz przynajmniej tydzień.
Nie chcesz spędzić trochę czasu z rodziną? Rok w rok Boże Narodzenie
obchodzisz z pacjentami. Rozumiem, że to twoje powołanie, że
uwielbiasz swoją pracę, ale czy twoi bliscy nie mają ci za złe, że tak ich
zaniedbujesz?
No tak, skąd Piotr miał wiedzieć, jakie relacje łączyły ją z rodziną,
skoro nikomu się z tego nie zwierzała. Doceniała jego troskę, więc nie
miała mu za złe, że chciał się nieco wtrącić w jej plany. W odpowiedzi
wzruszyła ramionami i ponownie się uśmiechnęła.
– To już dla nich norma. Ale dziękuję, że trzymasz rękę na pulsie.
– Poklepała go po ramieniu, obróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie.
– Nie zgadzam się! Dlaczego nie możesz przerobić swojego
gabinetu na pokój dla niej?!
– Alicjo, rozmawialiśmy już o tym. Michalina bardzo chce dzielić
pokój ze swoją starszą siostrą, dlatego też postanowiliśmy z Wandą, że
wstawimy do twojego drugie łóżko, byście mogły pobyć razem. –
Słuchała, jak ojciec recytuje zdanie powtarzane Alicji w podobnym tonie
co drugi dzień.
Michalina stała w kącie pokoju, za plecami ojca, i uśmiechała się
złośliwie.
– To jakiś żart?! Czy ty siebie, tato, słyszysz?!
– Alicja, nie będziemy dyskutować, decyzja już została podjęta.
– Przez kogo?! Bo na pewno nie przeze mnie, a w tej sprawie to ja
powinnam mieć najwięcej do powiedzenia!
– Jesteśmy rodziną, w rodzinie zaś trzeba się dzielić – odparł ojciec
wciąż spokojnym tonem. – Proszę, zrób miejsce w swoich szafkach, by
Michalina mogła poukładać tam swoje rzeczy. Jutro pojedziemy kupić
łóżko i biurko. I proszę, nie bądź już złośliwa. Miałem nadzieję, że się
pogodziłyście…
Alicja kipiała ze złości. Nie mogła patrzeć ani na naiwnego,
bezmyślnego ojca, ani tym bardziej na chichoczącą w kącie Michalinę,
która wreszcie dopięła swego, odgrywając niewiniątko, czyli stosując
metodę, której nigdy nie tolerowała jej przyrodnia siostra.
– Ona nie jest moją rodziną i nigdy nią nie będzie! – wysyczała
Alicja przez zaciśnięte zęby.
Ojciec zgromił ją wzrokiem, po chwili twardo powiedział:
– Będzie tak, jak postanowiliśmy. – I zniknął w gabinecie,
zamknąwszy za sobą drzwi.
Michalina powoli podeszła do Alicji, z zadowoleniem bujając się
na boki, a uśmiech nie schodził z jej przebiegłych ust ani na chwilę.
Stanęła z nią twarzą w twarz, po czym wyszeptała jej do ucha głosem
pełnym satysfakcji:
– Mam nadzieję, że nie jesteś zła za Bartka? Nim też się troszkę
podzieliłam, bo wiesz, w rodzinie trzeba się dzielić, prawda? – Zaśmiała
się i weszła do ich wspólnego już teraz pokoju, wymownie trzasnąwszy
drzwiami.
Uśmiech zniknął z twarzy Alicji, a niechciane łzy wezbrały
w oczach. Zamrugała szybko, by nie popłynęły po policzkach, i weszła
do sali, ponownie przywołując nienaganny, choć nieco wymuszony,
służbowy uśmiech. Pacjenci nie lubili smutnych min, zawsze
zwiastowały złe wiadomości albo co najmniej brak tych
pokrzepiających, dlatego też często się do nich uśmiechała, nawet przez
łzy.
*
Od skromnie zastawionego stołu w szpitalnym bufecie oderwał
Alicję dźwięk telefonu. Siedziała przy nim sama i zobaczywszy
wyświetlający się na ekranie numer, poczuła się jeszcze bardziej
przytłoczona tą chwilą. Pomieszczenie oświetlała jedynie jedna świeca
i stojąca w kącie choinka, bo agresywne, szpitalne świetlówki zupełnie
nie wpisałyby się w klimat tego wieczoru. Alicja odłożyła serwetkę na
pusty talerzyk, z telefonem w ręku podeszła do okna, za którym śnieg
prószył gęsto, pokrywając chodniki, drzewa i kilka stojących na
parkingu samochodów. W końcu odebrała połączenie.
– Dobry wieczór, tato – powiedziała niepewnie, obejmując się
w pasie.
– Dobry wieczór, Alicjo. – Zawiesił na chwilę głos, po czym dodał:
– Dzwonię, by złożyć ci życzenia.
– Och… – Westchnęła i odruchowo spojrzała w dół.
– Wesołych świąt, córeczko…
– Dziękuję… i wzajemnie, tato.
Zapadła między nimi długa cisza, w słuchawce słyszała jedynie
jego miarowy oddech.
– Jesteś w szpitalu?
– Tak, wzięłam dyżur za koleżankę.
Znów oboje zamilkli, a po chwili ojciec, nabierając głośno
powietrza, powiedział:
– Ala, może przyjechałabyś do nas jutro?
– Jutro też jestem w pracy…
– A w drugi dzień świąt?
– Tato… Pracuję aż do Nowego Roku. – Skłamała, zaciskając
powieki. Po chwili dodała: – Przepraszam…
– Nic się nie stało… – odparł. Nie naciskał, choć w jego głosie
słychać było wyraźne rozczarowanie.
Zabolało ją serce, a łzy bezpardonowo spłynęły po policzkach.
Zacisnęła mocno usta, by nie szlochać na głos.
– Dziecko, uważaj na siebie – powiedział po dłuższej chwili.
– Zawsze uważam – odparła łamiącym się głosem. – Tato, muszę
kończyć, bo wołają mnie do pacjenta. Wszystkiego dobrego – rzuciła
szybko i się rozłączyła, nie czekając na odpowiedź.
Osunęła się po ścianie, zwinęła w kłębek i pogrążyła w rozpaczy.
Nie mogła dłużej rozmawiać z ojcem. Sprawiało jej to zbyt duży ból.
Szlochała na głos, skrywszy twarz w ramionach, którymi wstrząsały
spazmy płaczu. Nie potrafiła się opanować. Pusto było nie tylko
w bufecie – pustka panowała przede wszystkim w jej wnętrzu.
W dodatku czuła, że zaczyna się w niej gubić.
Wybiegła z kuchni i trzasnęła drzwiami swojego pokoju. Usiadła
przy łóżku i schowawszy głowę między kolanami, zaczęła głośno płakać.
Na interwencję nie musiała długo czekać.
– Wróć i przeproś Wandę.
Spojrzała na ojca pełnym nienawiści wzrokiem.
– Wolę umrzeć niż korzyć się przed tą jędzą – wysyczała.
– Alicja, albo to zrobisz, albo…
– Albo co?! – Wstała gwałtownie. – Wyślesz mnie do szkoły
z internatem?! Ona i tak to zrobi prędzej czy później! Ale wiesz co?
Ułatwię wam to zadanie. Wyprowadzam się!
– Proszę po raz ostatni…
– I nie proś więcej! Nienawidzę jej! Nienawidzę Michaliny i tego,
co z tobą zrobiły! I nienawidzę ciebie za to, że jesteś taki zaślepiony! Jak
możesz nie zauważać, że ona chce nas rozdzielić!? Tato, jak możesz być
taki głupi!?
– Alicja!
Rzadko krzyczał, ale gdy już to robił, trzęsły się mury. Alicja miała
wrażenie, że szyby w oknach zaraz popękają.
– Nie życzę sobie, byś w moim domu mówiła takie rzeczy o mojej
żonie i jej córce! Nie wiem, skąd w tobie tyle jadu, ale jeśli tego nie
zmienisz…
– To co?!
– Skończ z tą zazdrością! Ile ty masz lat?!
– Myślisz, że jestem zazdrosna?! O kogo? O nie?! Chyba sobie
kpisz!
– Spuść z tonu! Mam już dość! Mam dość ciągłych wezwań do
szkoły, mam dość przyłapywania cię na paleniu za sklepem, mam dość
wysłuchiwania skarg sąsiadów, że wracasz po nocach pijana! Nie mam
już siły codziennie prawić ci kazań! Wszyscy mają cię powyżej uszu, tych
twoich ciągłych ekscesów, którymi najwyraźniej chcesz zwrócić na siebie
uwagę! – wykrzyczał. – Jeśli w tej chwili nie przeprosisz Wandy
i w najbliższym czasie nie zmienisz swojego zachowania, możesz…
Możesz wyjść i nigdy więcej nie wracać – rzucił z kamienną twarzą.
Alicja wpatrywała się w niego i nie wiedziała, co powiedzieć.
Miała wrażenie, że się dusi, jakby na gardle zaciskała się jej
niewidzialna obręcz. Łzy na nowo wzbierały w jej oczach. Stali tak kilka
minut, gdy w końcu ruszył w stronę drzwi.
– Mama nigdy by… – zaczęła.
– Nie waż się wspominać matkę! Chociaż jej daj spokój! – Ojciec
odwrócił się gwałtownie i wyszedł z pokoju.
To była ich ostatnia rozmowa. Ostatnia taka rozmowa. Dwie
godziny później, z wypakowanym po brzegi plecakiem, Alicja ponownie
trzasnęła, tym razem wyjściowymi drzwiami, i bez słowa pożegnania
opuściła rodzinny dom.
Te wspomnienia zawsze wracały jak zły sen – w najmniej
odpowiednich momentach.
– Pani doktor? – Usłyszała, po czym dostrzegła głowę pielęgniarki
nieśmiało wychylającą się zza drzwi. – Wszystko w porządku?
– Tak. – Gwałtownie wstała, ocierając mokrą od łez twarz. – Coś
się stało? Jestem potrzebna na oddziale? – Pociągnęła nosem.
– Nie, nie. Jak na razie jest całkiem spokojnie. Przyszłam podzielić
się z panią opłatkiem. Wiem, że nasza prowizoryczna wigilia i sztuczna
choinka nie zastąpią rodzinnych świąt, ale niech przynajmniej życzenia
będą prawdziwe i szczere. – Podeszła do Alicji, wyciągając w jej
kierunku rękę.
Alicja chwyciła dłoń pielęgniarki i odwzajemniła serdeczny,
mocny uścisk.
ROZDZIAŁ 2
Stała przed okazałym drewnianym pensjonatem położonym
zaledwie kilka minut drogi od Krupówek. Pogoda była przepiękna –
skrzący się wokół śnieg i szczypiący w policzki mróz idealnie
wpisywały się w zakopiański klimat.
Cała okolica wyglądała jak obrazek z bajki, a zadowoleni turyści
zdawali się być najszczęśliwszymi ludźmi na ziemi. Tatry zdecydowanie
miały to „coś”. Pozwalały zapomnieć o życiowej gonitwie, zwolnić,
odnaleźć siebie. Zarówno niedzielni turyści odwiedzający tylko
Gubałówkę, Krupówki i Wielką Krokiew, jak i ci, dla których góry były
wspinaczkowym wyzwaniem, zdawali się przenosić tu w inną
rzeczywistość. Nawet tatrzańskie powietrze było całkiem inne – co
prawda o tej porze roku mroźne i drażniące drogi oddechowe, ale też
czyste, przyjemne i uspokajające.
Tatrzańska magia unosiła się wokół niej, wśród stukotu kopyt
i dźwięków góralskich melodii. Alicja wzięła głęboki wdech i omal nie
rozpłynęła się w tej przyjemności. Musiała zamknąć oczy, by świat
przestał przyjemnie wirować. Poczuła sielski zapach żywicy,
wyłapywała dobiegającą z oddali skoczną muzykę skrzypiec, zachodzące
słońce natomiast lekko pogładziło ją swoimi promieniami. Uśmiech
mimowolnie zagościł na jej twarzy, a uczucie ulgi i beztroski ogarnęło
zarówno jej ciało, jak i duszę. Była w raju.
I prawdopodobnie zostałaby w nim na dłużej, gdyby nie jej
przyjaciele, którzy jak na zawołanie wybiegli z budynku niczym orszak
powitalny. Ania przywitała się z nią pierwsza, po chwili Monika zrobiła
to samo, choć nieco mniej wylewnie, Konrad uściskał ją po
przyjacielsku, Artur rzucił jakimś kiepskim żartem, a Przemek…
Przemek po prostu przytulił ją serdecznie i ucałował w policzek.
– Lilka! – zapiszczała rozentuzjazmowana Ania, używając
zdrobnienia, którym posługiwali się tylko jej przyjaciele. Przylgnęło ono
do Alicji jeszcze w liceum, gdy dziewczyna, buntując się przeciwko
wszystkiemu i wszystkim, znienawidziła pewnego dnia imię wybrane jej
przez ojca i zakazała swoim przyjaciołom jego używania. Wymyślili
wtedy Lilkę. Teraz już nie zwracała na to większej uwagi, za każdym
razem jednak, gdy ktoś odezwał się do niej w ten sposób, to
wspomnienie przemykało przez jej głowę. – Do końca nie byliśmy
pewni, czy przyjedziesz! – dodała, gdy ruszyli w stronę ich pensjonatu –
Willi Bukowej – którego nazwa wydała się Alicji najmniej góralska ze
wszystkiego, co przez ostatnie minuty widziała.
Poprawiła czapkę i schyliła się po swoją walizkę. Nie zdążyła
jednak nawet złapać za uchwyt, bo Przemek zwinnym ruchem ubiegł ją
i z bagażem w ręku pewnie ruszył przed siebie.
– Skoro wam obiecałam i zapłaciłam niemałe pieniądze za tę
wątpliwą przyjemność przebywania z wami w jednym budynku przed
całe trzy dni, musiałabym być głupia, żeby tu nie przyjechać. Nie
dalibyście mi spokoju przez rok – odparła, uśmiechając się przelotnie do
rozbawionego Przemka.
– Już narzekasz? Zobaczymy, czy tak samo będziesz marudzić, gdy
wejdziesz do swojego pokoju i zobaczysz, jaki masz widok z okna! –
rzuciła Monika i wzięła pod ramię Artura, by pomógł jej podczas
wchodzenia po schodach.
Dla nikogo nie było tajemnicą, że Artur i Monika mają się ku
sobie, a sylwestrowy wyjazd w góry będzie oficjalnym potwierdzeniem
ich rodzącego się uczucia. Alicja westchnęła ciężko, wycelowała pilotem
w auto, by je zamknąć, i ruszyła za resztą.
Pokój rzeczywiście wyglądał oszałamiająco. Całe wyposażenie
było utrzymane w iście góralskim stylu. Meble z drewna i urocze
regionalne dodatki tworzyły cudowną podhalańską atmosferę. Ale to
widok był największym atutem tego apartamentu. Wyszła na balkon.
Krajobraz zapierał dech w piersiach! Giewont widoczny jak na dłoni
zachwycał i jednocześnie onieśmielał swą dostojnością. Budził uczucie
szacunku, jak ojciec – dobry strażnik domu, jak potężny rycerz pilnujący
swego królestwa. Pokryty śniegiem, wyglądał tak, jakby odpoczywał
pod miękką pierzyną, pogrążony w spokojnym zimowym śnie.
Nieoczekiwanie fala szczęścia ogarnęła Alicję. Westchnęła
z zachwytu. Nagle jednak zaniepokoiło ją, że poczuła coś jeszcze.
Niewidzialna siła zarzuciła kotwicę, siła, która zadecydowała, że od
teraz jest to jej miejsce na Ziemi… Poczuła się jak w domu! Po raz
pierwszy od bardzo wielu lat!
– I jak? – Usłyszała za plecami głos Przemka, po czym poczuła, jak
otula ją ciepłym kocem.
– Jest… fantastycznie… – szepnęła wzruszona i spojrzała na niego
roziskrzonymi oczami.
– Nadal żałujesz, że tu z nami przyjechałaś?
– Nie – powiedziała stanowczo. – Absolutnie. – Spojrzała na
szarzejące nad Giewontem niebo i po chwili szybko dodała: – Tylko
przypadkiem nie powtarzaj tego Ance i Monice, bo zamęczą mnie
swoimi „a nie mówiłam”.
– Bez obaw, ze mną nic ci nie grozi. Nawet uszczypliwości twoich
przyjaciółek.
– Wiem, Przemuś… – odparła ciepło i wtuliła się w jego ramiona.
Stali teraz wpatrzeni w ten sam obraz, a świat dookoła jakby
przestawał istnieć. Liczyło się tylko tu i teraz. I oczywiście ten
nieziemski, jakże polski widok.
Chwila zadumy nie trwała jednak długo, bo w pewnym momencie
jak jeden mąż do pokoju wparowała czwórka ich przyjaciół. Rozgościli
się, nie pytając nawet, czy przeszkadzają. Alicji i Przemka to jednak nie
zdziwiło – traktowali się wszyscy jak niemający przed sobą tajemnic
członkowie jednej wielkiej rodziny, która wspólnie cieszy się
z sukcesów każdego z osobna i zwierza ze wszelkich bolączek. Była to
jednocześnie jedna z niewielu, o ile nie jedyna, cecha, która w tej
sześcioosobowej paczce najbardziej krępowała Alicję.
– Przyszliśmy do was, bo zanim wy byście się ruszyli, by przyjść
do nas, zastałby nas wszystkich Nowy Rok – powiedziała hardo Monika
i już nastawiała wodę na herbatę.
– Chyba niczego nie przerwaliśmy? – zapytał zaczepnie Konrad.
Alicja pokręciła głową i spuściła wzrok, po czym szybko dołączyła
do Moniki, by pomóc jej z herbatą.
– To co, góralska herbatka na rozgrzewkę i idziemy w miasto? –
Artur postawił na stole wodę ognistą, co było wyraźnym i niepokojącym
Alicję znakiem, że cały wyjazd będzie jedną wielką imprezą.
– Mogłam przyjechać jutro, tak jak planowałam od początku… –
mruknęła pod nosem, kręcąc z dezaprobatą głową.
– Oho, już się zaczyna… Kobieto, kiedy mamy szaleć, jeśli nie
teraz?! Musimy korzystać z życia, póki jesteśmy młodzi!
– Ty już nie jesteś taki znowu młody… – dogryzła mu Ania. Artur
był najstarszy w ich małej grupie. – Zejdź z niej – dodała.
– No tak, teraz będziemy przez cały pobyt bić pokłony przed Alicją
za to, że łaskawie zgodziła się z nami tu przyjechać… – Westchnął
wystarczająco głośno, by wszyscy słyszeli, co wyraźnie nie spodobało
się Przemkowi.
– Ty już coś dzisiaj piłeś? Bo zaczynasz być wredny i nie bardzo
mi się to podoba… – rzucił nieprzyjemnym tonem.
– Stary, wyluzuj. Wiesz, że nie mówię tego poważnie, ale chyba
nie przyjechaliśmy tu, żeby gnić w pensjonacie! Jest piękna pogoda,
świetny klimat i doborowe towarzystwo, a te trzy elementy ostatnimi
czasy bardzo rzadko występują razem…
– Artur ma rację, nie ma co siedzieć w miejscu, musimy
wykorzystać ten wyjazd w stu procentach, szczególnie ty, Ala, skoro już
w Nowy Rok wracasz do Krakowa. Znając ciebie, na kolejny taki urlop
zdecydujesz się za parę lat, więc ja nie mam zamiaru pozwolić ci go
zmarnować – wtrąciła Monika i postawiła na stole kubki ze świeżo
zaparzoną herbatą.
– Dobra, moja propozycja jest taka: za piętnaście minut spotykamy
się na parkingu, jedziemy do Palenicy, tam zostawiamy samochody
i idziemy nad Morskie Oko. Jeszcze nie jest bardzo późno, więc
spokojnie zdążymy przed zmrokiem. Po prostu musicie zobaczyć Dolinę
Rybiego Potoku zimą! – powiedział Konrad, który był najbardziej
doświadczony w chodzeniu po górach, a Tatry znał tak dobrze jak
własną kieszeń.
*
Szlak prowadzący nad Morskie Oko był przepiękny o każdej porze
roku, ale zimą widoki przechodziły najśmielsze oczekiwania turystów.
Ośnieżona droga, pokryte białą pierzyną drzewa, szczypiący mróz, który
nie przeszkadza, a dodaje uroku wędrówce, tylko częściowo
zamarznięte, szumiące potoki z krystalicznie czystą wodą, przemykające
gdzieniegdzie leśne zwierzęta… Krajobraz jak z bajki o Królowej
Śniegu.
Chyba tylko Alicja w pełni doceniała te widoki. Konrad i Ania
ciągle fotografowali (głównie siebie), Artur, choć bardzo chciał wejść
w rolę pełnokrwistego taternika i przewodnika, był skutecznie
rozpraszany przez Monikę, której nie spuszczał z oka nawet na chwilę.
Przemek zaś wydawał się błądzić myślami gdzie indziej, z pewnością
z dala od doliny. Jedynie Alicja cieszyła się otaczającą ich przyrodą
i piękną pogodą. Po raz pierwszy od bardzo dawna jej głowy nie
zaprzątało nic poza tym, co właśnie miała przed oczami.
– Co się tak uśmiechasz? – Przemek wyrwał ją z zamyślenia, gdy
stała oparta o barierkę nad Wodogrzmotami Mickiewicza i wpatrywała
się we wzburzoną wodę.
– Tak tu… przyjemnie. – Westchnęła i dopiero po dłuższej chwili
zwróciła uśmiechniętą twarz w jego stronę.
– Pięknie, spokojnie i beztrosko, co?
– Właśnie.
– Żałujesz, że nie przyjechałaś na dłużej?
– Nie podpuszczaj mnie.
– Nie podpuszczam, tylko pytam, bez żadnych podtekstów.
Alicja uśmiechnęła się łagodnie i znów spojrzała w stronę
strumienia. Rzeczywiście zaczynała powoli tego żałować. Wcale nie
chodziło jednak o czas spędzany ze znajomymi, lecz o samo
przebywanie w tym miejscu. Odczuwała zresztą z tego powodu małe
wyrzuty sumienia. Tatry miały w sobie jakiś magnetyzm, który zaczął na
nią oddziaływać – od momentu, gdy wjechała do Zakopanego, wiedziała,
że chciałaby tu zostać na dłużej.
– No, wycieczko, pora iść dalej! – zakomenderował Artur
i zarzuciwszy plecak na ramiona, ruszył przed siebie.
Pozostała piątka, trochę się ociągając, poszła w jego ślady. Mieli
do przejścia jeszcze spory kawałek trasy, więc nie było czasu na dłuższe
postoje. Choć droga była męcząca – głównie z powodu narastającego
mrozu – żadne z nich nie narzekało.
Do Morskiego Oka dotarli kilka godzin później. Ośnieżone szczyty
okalające skuty lodem staw, przyprószone białym puchem, prężące się
dumnie choiny i skrzący pod stopami śnieg. Całe zmęczenie gdzieś
uleciało, gdy ujrzeli ten zapierający dech w piersiach widok.
– Warto było pokonać taki kawał drogi. – Artur westchnął
i odruchowo objął Monikę.
Konrad z Anią minęli ich i podeszli bliżej brzegu, by mieć lepszy
widok na otaczające jezioro szczyty. Przemek podążył za nimi, Alicja
natomiast z niedowierzaniem patrzyła na piękno, które stworzyła natura,
i nie mogła wyjść z podziwu dla jej talentu. Co prawda nie wszyscy
turyści w ciszy zachwycali się widokami czy wdychali rześkie, górskie
powietrze, niektórzy robili więcej hałasu niż leśna zwierzyna w okresie
godowym, starała się jednak nie zwracać uwagi na to, co działo się
wokół niej.
– Macie ochotę na spacer dookoła jeziora? – Nagle usłyszała
z oddali pytanie Konrada.
– Stary, ja ledwo doczołgałem się tutaj, a ty chcesz mnie jeszcze
gdzieś ciągać?! – zaprotestował wyraźnie niezadowolony z pomysłu
Artur.
– Ale to nie jest trudna trasa. Monia? – wtrąciła się Ania.
– Z chęcią bym poszła, ale chyba zostanę z Arturem…
– Przemek? – Konrad nie dawał za wygraną.
– Ja się piszę!
– Ala?
– Idę.
– No i pięknie! To gołąbki niech zostaną w schronisku i ogrzeją się
przy kominku, a my ruszamy. To jakaś godzina marszu. Nie ma co
zwlekać, jeśli chcemy wrócić do samochodów przed zmrokiem.
Szlak był ośnieżony, ale nie zniechęciło to większości turystów –
na trasie co chwilę mijali spore grupy. Ich obecność nie była niczym
nadzwyczajnym w tej bodaj najpopularniejszej części Tatr. Poza
głośnymi wyrazami zachwytu wędrowców nic nie zakłócało spokoju
tego miejsca. Nagle jednak, po kilkunastu minutach marszu, dobiegł ich
niesiony echem krzyk, po chwili zaś chrzęst i zgrzyt. Wszyscy się
zatrzymali i zaczęli nerwowo rozglądać wokół siebie, by dociec, skąd ów
hałas dochodził. W tym momencie rozległo się histeryczne wołanie
o pomoc. Alicja poczuła ucisk w mostku, ten sam, który nieustannie
towarzyszył jej podczas dyżurów w izbie przyjęć, kiedy dostawała
powiadomienie, że wiozą pacjenta w ciężkim stanie. Teraz też wiedziała,
że stało się coś bardzo złego. Nerwowo rozglądała się wokół. Kilka osób
wciąż stało w bezruchu, inni zdecydowali się zawrócić, jeszcze inni
mimo wszystko nieśmiało ruszali naprzód. Spojrzała niepewnie na
Przemka. Ania i Konrad też wydawali się nieco skołowani. Było pewne,
że zdarzył się jakiś wypadek.
– Może jednak zawrócimy? – zapytała nieśmiało Ania. – Warunki
chyba nie sprzyjają…
– A może powinniśmy zobaczyć, co się stało? Może to niedaleko?
Może trzeba pomóc? – zaoponowała Alicja.
– Alicja, to nie jest szpital, a ty nie jesteś na dyżurze… – Konrad
westchnął, widząc jednak nietęgą minę Ani, dodał: – Faktycznie warunki
są trudne, robi się coraz później… Odpuśćmy, jeszcze będzie okazja.
– Spróbujmy przynajmniej wezwać TOPR – powiedział Przemek,
widząc malujące się na twarzy Alicji niezadowolenie.
Wszyscy jak na zawołanie wyciągnęli telefony. Każda próba
nawiązania połączenia kończyła się jednak niepowodzeniem.
– Albo nie ma zasięgu, albo zajęte, nie ma co próbować – wtrącił
się mijający ich turysta, zmierzający w stronę schroniska.
– Ktoś już na pewno wezwał pomoc, nie tylko my słyszeliśmy ten
krzyk. Tutaj nic nie zdziałamy, a ze schroniska łatwiej będzie się
skontaktować z pogotowiem w razie czego. Im szybciej tam dotrzemy,
tym lepiej. Wracajmy – powiedział Konrad i spojrzał kolejno na Anię,
Przemka i w końcu na Alicję.
Żadne z nich nie zaprotestowało, tym bardziej że po raz kolejny
usłyszeli wołanie o pomoc. Zawrócili, Alicja jednak jeszcze kilka razy
oglądała się za siebie, próbując zlokalizować miejsce, z którego
dochodził krzyk.
– Myślicie, że ktoś faktycznie powiadomił już TOPR? – spytał
Przemek, gdy dochodzili do schroniska.
– Myślę, że ratownicy, którzy mają dyżur w schronisku,
z pewnością słyszeli to, co my – odparł Konrad i mocniej objął
przestraszoną Anię.
Weszli na plac przed budynkiem i nim zdążyli odetchnąć, ze
schodów zbiegła rozgorączkowana Monika.
– Słyszeliście?! – zapytała przejęta i odruchowo uściskała obie
przyjaciółki.
– Dlatego zawróciliśmy – odparła Ania, wciąż wtulając się
w Konrada.
– Boże, już się bałam, że coś wam się stało! Całe szczęście, że
zrezygnowaliście z dalszego marszu!
– Wiecie może, co się stało? – zapytał Przemek, kiedy dołączył do
nich Artur.
– Podobno ktoś zawisł na Mnichu.
– Jak to zawisł?! – Ania przeraziła się nie na żarty.
– Podczas wspinaczki albo zjazdu, nie wiem dokładnie, jakiś
turysta zawisł na linie, musiał się ześlizgnąć…
Konrad, widząc przerażenie swojej dziewczyny, ciężko westchnął
i wytłumaczył:
– Na Mnicha można w zasadzie wejść dosyć łatwą trasą, nawet
początkującym nie sprawia ona trudności. Zejście natomiast wymaga
więcej wprawy, schodzi się po płycie, czyli tak naprawdę zjeżdża
odcinkami po linie, aż do półek skalnych. I podczas zjazdu, w tak
kiepskich warunkach jak teraz, jest dość niebezpiecznie…
Monika się wzdrygnęła, mrucząc pod nosem, jak bardzo się cieszy,
że nie przepada za wspinaczkami, bo dzięki temu nigdy nie wpadnie na
pomysł, by wybrać się na taką ekstremalną wyprawę. Artur zaśmiał się
tylko i rzucił coś o prawidłowym wyposażeniu wspinaczkowym. Ania
szepnęła do Konrada, że nigdy w życiu nie pozwoli mu na takie
eskapady. Nie zauważyli nawet, kiedy minęli ich ratownicy biegnący
w kierunku szlaku prowadzącego na szczyt. Kilkanaście minut później
usłyszeli warkot śmigłowca ratunkowego, który zawisł nad górami.
Alicja wydawała się nieobecna i ukradkiem spoglądała w stronę
Mnicha. Jej rozkojarzenie zauważył Przemek. Troskliwie zapytał, czy
wszystko z nią w porządku, a otrzymawszy w odpowiedzi jedynie
niepewne skinięcie głową, potarł jej ramiona, by dodać przyjaciółce
otuchy. Weszli do schroniska, wciąż nerwowo oglądając się za siebie.
W środku nie rozmawiano o niczym innym. Turyści, przejęci tym,
co się stało, z ubolewaniem komentowali nieszczęśliwy wypadek, nie
zapominając oczywiście o wygłaszaniu złotych rad, do których zapewne
nie zastosował się wiszący na Mnichu nieszczęśnik.
Gorąca herbata co prawda rozgrzewała, ale tylko ciało. Każde
z nich czuło się jakoś nieswojo. Sposępnieli, ich dobry humor nagle się
ulotnił, wywiany przez porywisty, halny wiatr. Nie wiedzieli, czy
spowodował to fakt, że byli niemal świadkami nieszczęścia, czy może
to, że nie mieli pewności, co tak naprawdę się stało.
– Wracamy? – zapytał Konrad.
Nikt się nie sprzeciwił. Jak jeden mąż podnieśli się z krzeseł
i ruszyli w stronę wyjścia. Na zewnątrz było jakby ciszej, ucichł
turystyczny gwar, nawet wiatr się uspokoił. Wracali w całkowitej ciszy,
nie wiedząc, co powiedzieć. Każdy komentarz wydawał się
nieodpowiedni.
Gdy dotarli do pensjonatu, każdy zniknął za drzwiami swojego
pokoju. Atmosfera nie należała do najprzyjemniejszych, więc nikt nawet
nie proponował wspólnego spędzania wieczoru. Alicja była najmniej
rozmowna ze wszystkich. Nawet gdy została sam na sam z Przemkiem,
nie wykazywała większych chęci do dyskusji. Zaparzyła gorącą herbatę,
ubrała się w kurtkę, otuliła kocem i wyszła na balkon, nie zwracając
uwagi na obserwującego ją przyjaciela. Dopiero po kilku minutach
westchnęła ciężko i odwróciła głowę w stronę stojącego w drzwiach
Przemka.
– No co? – zapytała obojętnie.
– To ja pytam, co. Od momentu, w którym usłyszeliśmy ten krzyk,
milczysz bardziej niż te góry. O co chodzi? O to, że nie poszliśmy
pomóc temu człowiekowi? Ala, ratownicy z pewnością zrobili to lepiej
niż my.
– Nie o to chodzi, Przemuś… Wiem, że niewiele mogliśmy pomóc,
po prostu… Coś mi się przypomniało.
– Mama?
Alicja spuściła wzrok i niepewnie skinęła głową.
– No tak, mogliśmy o tym pomyśleć i wybrać jakieś inne
miejsce…
– Nie, nie o to chodzi. Przecież od tamtego czasu nie raz już byłam
w górach, naprawdę się z tym uporałam. Po prostu mi się przypomniało
to wszystko… – Uśmiechnęła się blado i wskazała mu miejsce obok
siebie, rozchylając lekko koc na znak, by do niej dołączył.
Nie zwlekał długo. Ponieważ fotel, na którym siedziała, był
stosunkowo wąski, wziął ją na kolana i usadził tak, by mogła wygodnie
się w niego wtulić. Siedzieli w ciszy, obserwując migające światła latarni
i skąpany w blasku księżyca Giewont.
Wiatr muskał Alicję po twarzy i rozwiewał lekko kosmyki jej
włosów, które wysunęły się z cienkiego kucyka. Ciepłe słońce wnikało
w jeszcze bladą po zimie skórę, przyjemnie rozgrzewając ją od środka
i obsypując nowymi piegami.
ROZDZIAŁ 1 Trzy pary przenikliwych oczu wpatrywały się w Alicję. Czekali na odpowiedź. Wiedziała, że jeśli powie „nie”, narazi się na społeczny ostracyzm – potępią ją najbliżsi przyjaciele. Buntowała się wewnętrznie, najchętniej stanęłaby na środku baru i wykrzyczała, jak bardzo nie lubi, gdy ktoś narzuca jej swoje zdanie. Oni jednak tak na nią liczyli, że nie umiała się przeciwstawić. Wzdychała, kręciła się na krześle, miała już nawet w głowie kilka kontrargumentów, ale nie potrafiła odmówić. Nie chciała po raz kolejny ich zawieść. Zacisnęła powieki i próbowała się skupić, ale werble, które uderzeniami w stolik wygrywała siedząca naprzeciw niej trójka, rozpraszały ją niemiłosiernie. – No dobra, ale tylko sylwester i Nowy Rok – powiedziała w końcu na jednym wydechu, mając nadzieję, że zabrzmiało to wystarczająco
stanowczo, by nie podlegać kolejnym pertraktacjom. Konrad i Przemek stuknęli się kuflami na znak tryumfu, Ania zaś opuściła ręce w poddańczym geście. – Pakiet obejmuje pięć dni, nie dwa! – zaprotestowała. – Nie dostanę dłuższego urlopu. – Alicja szła w zaparte. – Ty? Osoba, która nie opuściła w ciągu roku ani jednego dyżuru, która brała każdą zmianę, gdy trzeba było kogoś zastąpić?! Nie żartuj sobie! – Nie zapominaj, że święta i sylwester to czas, kiedy w izbie przyjęć dużo się dzieje. – Lilka! Kiedy ostatni raz byłaś na jakichś wczasach? Kiedy wyjechałaś na urlop dłuższy niż dwa dni? Ciągle tylko praca i praca, nawet na głupie piwo ciężko cię wyciągnąć! Nie mówię już o świętach, bo dla mnie to przegięcie, by rok w rok Wigilię spędzać w szpitalnej dyżurce. Zrób w końcu coś dla siebie, oderwij się od pracy, zacznij żyć! – Ania miała nadzieję, że tymi niepodważalnymi argumentami zdoła wpłynąć na decyzję Alicji. Nie znalazł się jednak dotąd nikt, kto mówiłby w języku przemawiającym tej kobiecie do rozsądku. – Anka, daj jej spokój. Grunt, że zgodziła się chociaż na dwa dni. Może gdy zobaczy, jak dobrze się bawimy, zostanie na dłużej – wtrącił Przemek i uśmiechnął się porozumiewawczo do Alicji. Ta odwzajemniła uśmiech, lecz zrobiła to bardziej z poczucia obowiązku – wiedziała, że nie zostanie w górach dłużej. – Zobaczymy, co powie na to Monika. – Ania splotła ręce na piersi i obrażona wyprostowała się na krześle, strącając jednocześnie ze swoich ramion rękę Konrada. Była wyraźnie niepocieszona, że jej argumenty okazały się nie mieć wystarczającej siły perswazji. Alicja spojrzała na nią wzrokiem zbitego psa. Nie chciała dalej prowadzić tej męczącej rozmowy. Uwielbiała swoich przyjaciół, czas z nimi spędzany zawsze nastrajał ją pozytywnie, dawał dobrą energię, ale pomysł, na który tym razem wpadli, przerósł ją tak bardzo, że była gotowa uciec się do każdej, nawet najmarniejszej wymówki. Sylwester w górach, a dokładnie w centrum huczącego Zakopanego, szampańska zabawa, głośna muzyka i tłumy ludzi za bardzo ją przerażały. Pięć dni nieustającej imprezy, całkowity brak prywatności i zero odpoczynku to
zdecydowanie nie był jej wymarzony sposób na urlop. Nie przepadała za takimi rozrywkami. Wolałaby spędzić wolny czas w głuszy, odcięta od świata, gdzie mogłaby skupić się tylko na sobie. I mimo że jej znajomi gorąco przekonywali, że będzie to niezapomniany wyjazd, nie dała się namówić na więcej niż na dwa dni i bal sylwestrowy. To było wszystko, co mogła dla nich zrobić. Alicja reprezentowała bowiem typ samotnika-pracoholika. Nic poza pracą tak naprawdę się dla niej nie liczyło. Od czasu do czasu – zazwyczaj wówczas, gdy miała przymusową przerwę pomiędzy dyżurami – spotykała się z grupką przyjaciół, których poznała jeszcze z liceum. I właśnie do spotkań z tymi kilkoma osobami ograniczały się jej kontakty towarzyskie. Nie nawiązywała nowych znajomości, wiedząc, że nawet dla osób, które już były w jej życiu, ma zbyt mało czasu i nawet je potrafi mocno zaniedbać. Bynajmniej nie stroniła od ludzi – z pacjentami bardzo szybko nawiązywała kontakt i świetnie sobie z nimi radziła, ale był to inny rodzaj relacji, służbowy, nie osobisty. Jej odcięcie od świata polegało raczej na tym, że nie potrafiła się otwierać nawet przed najbliższymi osobami. Wszystko, co przeżywała, pozostawało w niej ukryte, wszelkie problemy, rozterki rozważała sama, bez – w jej mniemaniu – zawracania nimi głowy innym. Nie zawsze była tak powściągliwa, ale nie stała się też taka znienacka, z dnia na dzień. To życie zmusiło ją do zamknięcia się we własnej intymnej skorupce, której nikt w żaden, nawet najpodstępniejszy sposób, nie mógł rozbić. Dlatego też nigdy nie świętowała. Urlopy, zwykle najwyżej kilkudniowe, spędzała zaszyta w łóżku z książką lub – gdy już naprawdę potrzebowała odmiany – w wiejskiej chacie za miastem, o której nikt poza nią nie wiedział. Urodzin nie obchodziła, chyba że jej przyjaciele urządzali je za nią i siłą ściągali na imprezę – stroniła nawet od najbardziej kameralnych uroczystości. Na prawdziwych wakacjach była po raz ostatni jeszcze w liceum, na obozie organizowanym przez szkołę. Pojechała tam tylko po to, by być jak najdalej od rodzinnego domu. Święta też od lat spędzała na dyżurach w szpitalu, z chęcią zastępując kolegów czy koleżanki z pracy. Wielkanocne śniadanie w jej wydaniu polegało na wypiciu żurku z torebki, przygotowanie święconki natomiast na umieszczeniu w kaplicy szpitalnej czekoladowego baranka i kilku
pisanek. Wigilie mijały jej w towarzystwie pacjentów i personelu szpitala albo w samotności, kiedy to w ogóle pomijała związane z tym świętem rytuały. Wszystko zależało od tego, co akurat działo się na oddziale. Jeśli pierwszy dzień świąt miała wolny, odsypiała nocny dyżur, jeśli pracowała, nie myślała o tym, jak szczególny jest to dzień, jego atmosferę przeczuwała jedynie dzięki sztucznym choinkom na stolikach pacjentów i kolędom sporadycznie puszczanym w szpitalnym radiowęźle. I choć bardzo pragnęła doświadczyć tej prawdziwej, rodzinnej magii świąt, choć tęskniła za zapachem czerwonego barszczu i bożonarodzeniowego drzewka, tłumiła te uczucia każdego roku. Dopóki jej życie będzie wyglądało tak jak teraz, dopóty nie będzie jej dane zaznać świątecznego ciepła. Nadchodzące Boże Narodzenie miało wyglądać podobnie. Alicja zaplanowała sobie dyżury już w październiku. Koleżanka, której zmianę wzięła, nie posiadała się z radości. * Choć był dopiero listopad, bożonarodzeniowy szał już paraliżował umysły. Wszyscy z wyprzedzeniem zaczynali planować, jak spędzą święta: u kogo zjedzą wigilijną kolację; co komu kupić pod choinkę; w co się ubrać; co przygotować na świąteczny obiad; ile nakryć powinno być na stole. Alicji to wszystko nie dotyczyło – i cieszyła ją ta myśl. Pławiła się w swym błogim spokoju do momentu, gdy przypominała sobie o planach na sylwestra. Narzuconych jej po raz pierwszy od bardzo dawna. Wtedy pojawiało się to uczucie – ogromna, przeogromna chęć ucieczki, znalezienia wymówki idealnej, nie do podważenia! – Mówiłam już, jak bardzo jestem ci wdzięczna za to, że wzięłaś
mój dyżur? – Z zamyślenia wyrwała ją Dorota, lekarka z powołania, której mąż zagroził, że jeśli kolejne święta spędzi w szpitalu, to się z nią rozwiedzie. – Mówiłaś chyba z trzy razy – odparła Alicja pogodnie i oddała pielęgniarce podpisaną kartę, po czym uśmiechnęła się do koleżanki. – To mówię kolejny. Adam oszalał. Planuje te święta chyba od września, zupełnie go nie poznaję! Myślałam, że to kobieca domena, zajmowanie się takimi przyziemnymi sprawami… – Święta to chyba nie do końca przyziemna sprawa, nie uważasz? – Niby masz rację. Ale wiesz, o co mi chodzi… Świąteczne menu, Wigilia, pierwszy i drugi dzień świąt zaplanowane co do godziny, prezenty… On nawet wystrój domu już zaplanował! Mam wrażenie, że całkowicie zamieniliśmy się rolami w tym roku! Gdyby jeszcze chciał ponosić za mnie tego malucha… – Dorota pogładziła się po siedmiomiesięcznym brzuchu. – Nie podoba ci się jego zapał? – Podoba mi się! Zakochuję się w nim na nowo, gdy na to wszystko patrzę! Po prostu ciężko mi uwierzyć w to, że z kanapowca zrobił się z niego taki home planner! – Dziecko wiele zmienia. W szczególności tak wyczekiwane jak wasze. Ja się w ogóle nie dziwię. Dużo przeszliście, więc Adam chce, by w końcu było normalnie. Rodzinnie i ciepło. A jeśli dodatkowo to wszystko sprawia mu radość… Nic, tylko się cieszyć! Alicja była zadowolona, że zastępując Dorotę na dyżurze, może przyczynić się do umacniania ich więzi, którą – dzięki Bogu – cudem udało się ocalić. Dorota się zamyśliła. Alicja miała rację. Dwa lata separacji, widmo rozwodu wiszące nad nią i jej mężem jeszcze siedem miesięcy temu, ciągłe kłótnie, zupełny brak porozumienia… A wszystko to spowodowane upartym robieniem kariery – trudno w takim życiu było znaleźć czas na wspólny obiad, rozmowę, nie mówiąc już o miłości czy upragnionym dziecku. – A ty? – Co ja? – Nie pojawił się na horyzoncie nikt, kto odciągnąłby cię trochę od
tego szpitala? – A kto wtedy brałby twoje dyżury, co? – Alicja zaśmiała się krótko i nastawiła wodę na herbatę. Śmiała się tylko do Doroty, w sercu poczuła miażdżący ból. – Dobrze, że chociaż w sylwestra oderwiesz się od stetoskopu, bo niedługo przyrośnie ci do szyi. – Hej, jeszcze jedno słowo, a zmienię zdanie co do wigilijnego dyżuru! Grafik jeszcze nie jest wpisany do systemu! Dorota uniosła ręce w geście poddania i nie chcąc narażać się na niełaskę Alicji, odpuściła drążenie tego tematu i rozsiadła wygodnie na sterylnej, białej sofie pokoju lekarskiego. – Swoją drogą, ten sylwester jest mi bardzo nie na rękę… – Alicja westchnęła. – Inne plany? – Nie, po prostu nie lubię takich spędów. Huk, wrzask, tłum ludzi, ścisk… – Wzdrygnęła się. – Jadę tam tylko po to, by mieć spokój z imprezami na cały kolejny rok. – „No przecież byłam z wami ostatnio na sylwestrze”? – Otóż to. – Kochana, z moich doświadczeń wynika jedno – praca jest dobra na wszystko… do czasu. Później nawet ona cię wkurza, szczególnie gdy nie masz żadnej odskoczni. Może więc pomyśl o jakiejś alternatywie, póki masz na to czas i póki jesteś młoda, byś za kilka lat nie obudziła się z myślą, że poza kitlem, stetoskopem i białymi drewniakami nie masz nic. I nie mówię tu o szukaniu męża na siłę, bo – znów wiem z autopsji – z czasem nawet i on zacznie cię denerwować, lecz o znalezieniu czegoś, co poza pracą będzie cię uszczęśliwiać. Wiem, że teraz wydaje ci się to śmieszne, bo przecież kochasz to, co robisz, a jak można nienawidzić coś, co się pokochało… Ale tylko dzieci kocha się bezwarunkowo, od pozostałych rzeczy w życiu po jakimś czasie zaczynasz czegoś oczekiwać. Czegoś znacznie większego niż sama satysfakcja. Alicja zaparzyła im obu herbatę. Podała Dorocie kubek. Siadając obok, uśmiechnęła się i pociągnęła spory łyk. Rację koleżance przyznała tylko w myślach. Rzeczywiście, praca była dla niej wszystkim. Cieszyła się z najpospolitszego przypadku – zapalenia wyrostka czy szycia kolana
u rozbrykanego dziecka – ale ostatnio zaczęła się zastanawiać, czy naprawdę satysfakcja zawodowa jest wszystkim, o czym marzyła. Uwielbiała pomagać ludziom, kochała swoją pracę, lecz zdała sobie sprawę, że miała tylko ją – gdyby nie praca, jej życie byłoby ponure i pozbawione sensu. Bała się przyznać nawet sama przed sobą, że Dorota zasiała w niej ziarno niepewności. * – Alicja! – Z zamyślenia wyrwał ją dyrektor szpitala, którego spotkała na korytarzu, gdy szła do jednego z pacjentów. Odwróciła się gwałtownie. – Piotr. – Uśmiechnęła się uprzejmie i odruchowo chwyciła dłońmi stetoskop zawieszony na szyi. – Kończy się rok, a ty masz sporo niewykorzystanego urlopu… – Przecież biorę wolne w sylwestra – weszła mu w słowo. – To jeden dzień, a do wykorzystania masz przynajmniej tydzień. Nie chcesz spędzić trochę czasu z rodziną? Rok w rok Boże Narodzenie obchodzisz z pacjentami. Rozumiem, że to twoje powołanie, że uwielbiasz swoją pracę, ale czy twoi bliscy nie mają ci za złe, że tak ich zaniedbujesz? No tak, skąd Piotr miał wiedzieć, jakie relacje łączyły ją z rodziną, skoro nikomu się z tego nie zwierzała. Doceniała jego troskę, więc nie miała mu za złe, że chciał się nieco wtrącić w jej plany. W odpowiedzi wzruszyła ramionami i ponownie się uśmiechnęła. – To już dla nich norma. Ale dziękuję, że trzymasz rękę na pulsie. – Poklepała go po ramieniu, obróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie.
– Nie zgadzam się! Dlaczego nie możesz przerobić swojego gabinetu na pokój dla niej?! – Alicjo, rozmawialiśmy już o tym. Michalina bardzo chce dzielić pokój ze swoją starszą siostrą, dlatego też postanowiliśmy z Wandą, że wstawimy do twojego drugie łóżko, byście mogły pobyć razem. – Słuchała, jak ojciec recytuje zdanie powtarzane Alicji w podobnym tonie co drugi dzień. Michalina stała w kącie pokoju, za plecami ojca, i uśmiechała się złośliwie. – To jakiś żart?! Czy ty siebie, tato, słyszysz?! – Alicja, nie będziemy dyskutować, decyzja już została podjęta. – Przez kogo?! Bo na pewno nie przeze mnie, a w tej sprawie to ja powinnam mieć najwięcej do powiedzenia! – Jesteśmy rodziną, w rodzinie zaś trzeba się dzielić – odparł ojciec wciąż spokojnym tonem. – Proszę, zrób miejsce w swoich szafkach, by Michalina mogła poukładać tam swoje rzeczy. Jutro pojedziemy kupić łóżko i biurko. I proszę, nie bądź już złośliwa. Miałem nadzieję, że się pogodziłyście… Alicja kipiała ze złości. Nie mogła patrzeć ani na naiwnego, bezmyślnego ojca, ani tym bardziej na chichoczącą w kącie Michalinę, która wreszcie dopięła swego, odgrywając niewiniątko, czyli stosując metodę, której nigdy nie tolerowała jej przyrodnia siostra. – Ona nie jest moją rodziną i nigdy nią nie będzie! – wysyczała Alicja przez zaciśnięte zęby. Ojciec zgromił ją wzrokiem, po chwili twardo powiedział: – Będzie tak, jak postanowiliśmy. – I zniknął w gabinecie, zamknąwszy za sobą drzwi. Michalina powoli podeszła do Alicji, z zadowoleniem bujając się na boki, a uśmiech nie schodził z jej przebiegłych ust ani na chwilę. Stanęła z nią twarzą w twarz, po czym wyszeptała jej do ucha głosem pełnym satysfakcji: – Mam nadzieję, że nie jesteś zła za Bartka? Nim też się troszkę podzieliłam, bo wiesz, w rodzinie trzeba się dzielić, prawda? – Zaśmiała się i weszła do ich wspólnego już teraz pokoju, wymownie trzasnąwszy drzwiami.
Uśmiech zniknął z twarzy Alicji, a niechciane łzy wezbrały w oczach. Zamrugała szybko, by nie popłynęły po policzkach, i weszła do sali, ponownie przywołując nienaganny, choć nieco wymuszony, służbowy uśmiech. Pacjenci nie lubili smutnych min, zawsze zwiastowały złe wiadomości albo co najmniej brak tych pokrzepiających, dlatego też często się do nich uśmiechała, nawet przez łzy. * Od skromnie zastawionego stołu w szpitalnym bufecie oderwał Alicję dźwięk telefonu. Siedziała przy nim sama i zobaczywszy wyświetlający się na ekranie numer, poczuła się jeszcze bardziej przytłoczona tą chwilą. Pomieszczenie oświetlała jedynie jedna świeca i stojąca w kącie choinka, bo agresywne, szpitalne świetlówki zupełnie nie wpisałyby się w klimat tego wieczoru. Alicja odłożyła serwetkę na pusty talerzyk, z telefonem w ręku podeszła do okna, za którym śnieg prószył gęsto, pokrywając chodniki, drzewa i kilka stojących na parkingu samochodów. W końcu odebrała połączenie. – Dobry wieczór, tato – powiedziała niepewnie, obejmując się w pasie. – Dobry wieczór, Alicjo. – Zawiesił na chwilę głos, po czym dodał: – Dzwonię, by złożyć ci życzenia. – Och… – Westchnęła i odruchowo spojrzała w dół. – Wesołych świąt, córeczko… – Dziękuję… i wzajemnie, tato. Zapadła między nimi długa cisza, w słuchawce słyszała jedynie
jego miarowy oddech. – Jesteś w szpitalu? – Tak, wzięłam dyżur za koleżankę. Znów oboje zamilkli, a po chwili ojciec, nabierając głośno powietrza, powiedział: – Ala, może przyjechałabyś do nas jutro? – Jutro też jestem w pracy… – A w drugi dzień świąt? – Tato… Pracuję aż do Nowego Roku. – Skłamała, zaciskając powieki. Po chwili dodała: – Przepraszam… – Nic się nie stało… – odparł. Nie naciskał, choć w jego głosie słychać było wyraźne rozczarowanie. Zabolało ją serce, a łzy bezpardonowo spłynęły po policzkach. Zacisnęła mocno usta, by nie szlochać na głos. – Dziecko, uważaj na siebie – powiedział po dłuższej chwili. – Zawsze uważam – odparła łamiącym się głosem. – Tato, muszę kończyć, bo wołają mnie do pacjenta. Wszystkiego dobrego – rzuciła szybko i się rozłączyła, nie czekając na odpowiedź. Osunęła się po ścianie, zwinęła w kłębek i pogrążyła w rozpaczy. Nie mogła dłużej rozmawiać z ojcem. Sprawiało jej to zbyt duży ból. Szlochała na głos, skrywszy twarz w ramionach, którymi wstrząsały spazmy płaczu. Nie potrafiła się opanować. Pusto było nie tylko w bufecie – pustka panowała przede wszystkim w jej wnętrzu. W dodatku czuła, że zaczyna się w niej gubić. Wybiegła z kuchni i trzasnęła drzwiami swojego pokoju. Usiadła przy łóżku i schowawszy głowę między kolanami, zaczęła głośno płakać. Na interwencję nie musiała długo czekać. – Wróć i przeproś Wandę. Spojrzała na ojca pełnym nienawiści wzrokiem. – Wolę umrzeć niż korzyć się przed tą jędzą – wysyczała. – Alicja, albo to zrobisz, albo… – Albo co?! – Wstała gwałtownie. – Wyślesz mnie do szkoły z internatem?! Ona i tak to zrobi prędzej czy później! Ale wiesz co? Ułatwię wam to zadanie. Wyprowadzam się!
– Proszę po raz ostatni… – I nie proś więcej! Nienawidzę jej! Nienawidzę Michaliny i tego, co z tobą zrobiły! I nienawidzę ciebie za to, że jesteś taki zaślepiony! Jak możesz nie zauważać, że ona chce nas rozdzielić!? Tato, jak możesz być taki głupi!? – Alicja! Rzadko krzyczał, ale gdy już to robił, trzęsły się mury. Alicja miała wrażenie, że szyby w oknach zaraz popękają. – Nie życzę sobie, byś w moim domu mówiła takie rzeczy o mojej żonie i jej córce! Nie wiem, skąd w tobie tyle jadu, ale jeśli tego nie zmienisz… – To co?! – Skończ z tą zazdrością! Ile ty masz lat?! – Myślisz, że jestem zazdrosna?! O kogo? O nie?! Chyba sobie kpisz! – Spuść z tonu! Mam już dość! Mam dość ciągłych wezwań do szkoły, mam dość przyłapywania cię na paleniu za sklepem, mam dość wysłuchiwania skarg sąsiadów, że wracasz po nocach pijana! Nie mam już siły codziennie prawić ci kazań! Wszyscy mają cię powyżej uszu, tych twoich ciągłych ekscesów, którymi najwyraźniej chcesz zwrócić na siebie uwagę! – wykrzyczał. – Jeśli w tej chwili nie przeprosisz Wandy i w najbliższym czasie nie zmienisz swojego zachowania, możesz… Możesz wyjść i nigdy więcej nie wracać – rzucił z kamienną twarzą. Alicja wpatrywała się w niego i nie wiedziała, co powiedzieć. Miała wrażenie, że się dusi, jakby na gardle zaciskała się jej niewidzialna obręcz. Łzy na nowo wzbierały w jej oczach. Stali tak kilka minut, gdy w końcu ruszył w stronę drzwi. – Mama nigdy by… – zaczęła. – Nie waż się wspominać matkę! Chociaż jej daj spokój! – Ojciec odwrócił się gwałtownie i wyszedł z pokoju. To była ich ostatnia rozmowa. Ostatnia taka rozmowa. Dwie godziny później, z wypakowanym po brzegi plecakiem, Alicja ponownie trzasnęła, tym razem wyjściowymi drzwiami, i bez słowa pożegnania opuściła rodzinny dom.
Te wspomnienia zawsze wracały jak zły sen – w najmniej odpowiednich momentach. – Pani doktor? – Usłyszała, po czym dostrzegła głowę pielęgniarki nieśmiało wychylającą się zza drzwi. – Wszystko w porządku? – Tak. – Gwałtownie wstała, ocierając mokrą od łez twarz. – Coś się stało? Jestem potrzebna na oddziale? – Pociągnęła nosem. – Nie, nie. Jak na razie jest całkiem spokojnie. Przyszłam podzielić się z panią opłatkiem. Wiem, że nasza prowizoryczna wigilia i sztuczna choinka nie zastąpią rodzinnych świąt, ale niech przynajmniej życzenia będą prawdziwe i szczere. – Podeszła do Alicji, wyciągając w jej kierunku rękę. Alicja chwyciła dłoń pielęgniarki i odwzajemniła serdeczny, mocny uścisk.
ROZDZIAŁ 2 Stała przed okazałym drewnianym pensjonatem położonym zaledwie kilka minut drogi od Krupówek. Pogoda była przepiękna – skrzący się wokół śnieg i szczypiący w policzki mróz idealnie wpisywały się w zakopiański klimat. Cała okolica wyglądała jak obrazek z bajki, a zadowoleni turyści zdawali się być najszczęśliwszymi ludźmi na ziemi. Tatry zdecydowanie miały to „coś”. Pozwalały zapomnieć o życiowej gonitwie, zwolnić, odnaleźć siebie. Zarówno niedzielni turyści odwiedzający tylko Gubałówkę, Krupówki i Wielką Krokiew, jak i ci, dla których góry były wspinaczkowym wyzwaniem, zdawali się przenosić tu w inną rzeczywistość. Nawet tatrzańskie powietrze było całkiem inne – co prawda o tej porze roku mroźne i drażniące drogi oddechowe, ale też czyste, przyjemne i uspokajające. Tatrzańska magia unosiła się wokół niej, wśród stukotu kopyt i dźwięków góralskich melodii. Alicja wzięła głęboki wdech i omal nie
rozpłynęła się w tej przyjemności. Musiała zamknąć oczy, by świat przestał przyjemnie wirować. Poczuła sielski zapach żywicy, wyłapywała dobiegającą z oddali skoczną muzykę skrzypiec, zachodzące słońce natomiast lekko pogładziło ją swoimi promieniami. Uśmiech mimowolnie zagościł na jej twarzy, a uczucie ulgi i beztroski ogarnęło zarówno jej ciało, jak i duszę. Była w raju. I prawdopodobnie zostałaby w nim na dłużej, gdyby nie jej przyjaciele, którzy jak na zawołanie wybiegli z budynku niczym orszak powitalny. Ania przywitała się z nią pierwsza, po chwili Monika zrobiła to samo, choć nieco mniej wylewnie, Konrad uściskał ją po przyjacielsku, Artur rzucił jakimś kiepskim żartem, a Przemek… Przemek po prostu przytulił ją serdecznie i ucałował w policzek. – Lilka! – zapiszczała rozentuzjazmowana Ania, używając zdrobnienia, którym posługiwali się tylko jej przyjaciele. Przylgnęło ono do Alicji jeszcze w liceum, gdy dziewczyna, buntując się przeciwko wszystkiemu i wszystkim, znienawidziła pewnego dnia imię wybrane jej przez ojca i zakazała swoim przyjaciołom jego używania. Wymyślili wtedy Lilkę. Teraz już nie zwracała na to większej uwagi, za każdym razem jednak, gdy ktoś odezwał się do niej w ten sposób, to wspomnienie przemykało przez jej głowę. – Do końca nie byliśmy pewni, czy przyjedziesz! – dodała, gdy ruszyli w stronę ich pensjonatu – Willi Bukowej – którego nazwa wydała się Alicji najmniej góralska ze wszystkiego, co przez ostatnie minuty widziała. Poprawiła czapkę i schyliła się po swoją walizkę. Nie zdążyła jednak nawet złapać za uchwyt, bo Przemek zwinnym ruchem ubiegł ją i z bagażem w ręku pewnie ruszył przed siebie. – Skoro wam obiecałam i zapłaciłam niemałe pieniądze za tę wątpliwą przyjemność przebywania z wami w jednym budynku przed całe trzy dni, musiałabym być głupia, żeby tu nie przyjechać. Nie dalibyście mi spokoju przez rok – odparła, uśmiechając się przelotnie do rozbawionego Przemka. – Już narzekasz? Zobaczymy, czy tak samo będziesz marudzić, gdy wejdziesz do swojego pokoju i zobaczysz, jaki masz widok z okna! – rzuciła Monika i wzięła pod ramię Artura, by pomógł jej podczas wchodzenia po schodach.
Dla nikogo nie było tajemnicą, że Artur i Monika mają się ku sobie, a sylwestrowy wyjazd w góry będzie oficjalnym potwierdzeniem ich rodzącego się uczucia. Alicja westchnęła ciężko, wycelowała pilotem w auto, by je zamknąć, i ruszyła za resztą. Pokój rzeczywiście wyglądał oszałamiająco. Całe wyposażenie było utrzymane w iście góralskim stylu. Meble z drewna i urocze regionalne dodatki tworzyły cudowną podhalańską atmosferę. Ale to widok był największym atutem tego apartamentu. Wyszła na balkon. Krajobraz zapierał dech w piersiach! Giewont widoczny jak na dłoni zachwycał i jednocześnie onieśmielał swą dostojnością. Budził uczucie szacunku, jak ojciec – dobry strażnik domu, jak potężny rycerz pilnujący swego królestwa. Pokryty śniegiem, wyglądał tak, jakby odpoczywał pod miękką pierzyną, pogrążony w spokojnym zimowym śnie. Nieoczekiwanie fala szczęścia ogarnęła Alicję. Westchnęła z zachwytu. Nagle jednak zaniepokoiło ją, że poczuła coś jeszcze. Niewidzialna siła zarzuciła kotwicę, siła, która zadecydowała, że od teraz jest to jej miejsce na Ziemi… Poczuła się jak w domu! Po raz pierwszy od bardzo wielu lat! – I jak? – Usłyszała za plecami głos Przemka, po czym poczuła, jak otula ją ciepłym kocem. – Jest… fantastycznie… – szepnęła wzruszona i spojrzała na niego roziskrzonymi oczami. – Nadal żałujesz, że tu z nami przyjechałaś? – Nie – powiedziała stanowczo. – Absolutnie. – Spojrzała na szarzejące nad Giewontem niebo i po chwili szybko dodała: – Tylko przypadkiem nie powtarzaj tego Ance i Monice, bo zamęczą mnie swoimi „a nie mówiłam”. – Bez obaw, ze mną nic ci nie grozi. Nawet uszczypliwości twoich przyjaciółek. – Wiem, Przemuś… – odparła ciepło i wtuliła się w jego ramiona. Stali teraz wpatrzeni w ten sam obraz, a świat dookoła jakby przestawał istnieć. Liczyło się tylko tu i teraz. I oczywiście ten nieziemski, jakże polski widok. Chwila zadumy nie trwała jednak długo, bo w pewnym momencie jak jeden mąż do pokoju wparowała czwórka ich przyjaciół. Rozgościli
się, nie pytając nawet, czy przeszkadzają. Alicji i Przemka to jednak nie zdziwiło – traktowali się wszyscy jak niemający przed sobą tajemnic członkowie jednej wielkiej rodziny, która wspólnie cieszy się z sukcesów każdego z osobna i zwierza ze wszelkich bolączek. Była to jednocześnie jedna z niewielu, o ile nie jedyna, cecha, która w tej sześcioosobowej paczce najbardziej krępowała Alicję. – Przyszliśmy do was, bo zanim wy byście się ruszyli, by przyjść do nas, zastałby nas wszystkich Nowy Rok – powiedziała hardo Monika i już nastawiała wodę na herbatę. – Chyba niczego nie przerwaliśmy? – zapytał zaczepnie Konrad. Alicja pokręciła głową i spuściła wzrok, po czym szybko dołączyła do Moniki, by pomóc jej z herbatą. – To co, góralska herbatka na rozgrzewkę i idziemy w miasto? – Artur postawił na stole wodę ognistą, co było wyraźnym i niepokojącym Alicję znakiem, że cały wyjazd będzie jedną wielką imprezą. – Mogłam przyjechać jutro, tak jak planowałam od początku… – mruknęła pod nosem, kręcąc z dezaprobatą głową. – Oho, już się zaczyna… Kobieto, kiedy mamy szaleć, jeśli nie teraz?! Musimy korzystać z życia, póki jesteśmy młodzi! – Ty już nie jesteś taki znowu młody… – dogryzła mu Ania. Artur był najstarszy w ich małej grupie. – Zejdź z niej – dodała. – No tak, teraz będziemy przez cały pobyt bić pokłony przed Alicją za to, że łaskawie zgodziła się z nami tu przyjechać… – Westchnął wystarczająco głośno, by wszyscy słyszeli, co wyraźnie nie spodobało się Przemkowi. – Ty już coś dzisiaj piłeś? Bo zaczynasz być wredny i nie bardzo mi się to podoba… – rzucił nieprzyjemnym tonem. – Stary, wyluzuj. Wiesz, że nie mówię tego poważnie, ale chyba nie przyjechaliśmy tu, żeby gnić w pensjonacie! Jest piękna pogoda, świetny klimat i doborowe towarzystwo, a te trzy elementy ostatnimi czasy bardzo rzadko występują razem… – Artur ma rację, nie ma co siedzieć w miejscu, musimy wykorzystać ten wyjazd w stu procentach, szczególnie ty, Ala, skoro już w Nowy Rok wracasz do Krakowa. Znając ciebie, na kolejny taki urlop zdecydujesz się za parę lat, więc ja nie mam zamiaru pozwolić ci go
zmarnować – wtrąciła Monika i postawiła na stole kubki ze świeżo zaparzoną herbatą. – Dobra, moja propozycja jest taka: za piętnaście minut spotykamy się na parkingu, jedziemy do Palenicy, tam zostawiamy samochody i idziemy nad Morskie Oko. Jeszcze nie jest bardzo późno, więc spokojnie zdążymy przed zmrokiem. Po prostu musicie zobaczyć Dolinę Rybiego Potoku zimą! – powiedział Konrad, który był najbardziej doświadczony w chodzeniu po górach, a Tatry znał tak dobrze jak własną kieszeń. * Szlak prowadzący nad Morskie Oko był przepiękny o każdej porze roku, ale zimą widoki przechodziły najśmielsze oczekiwania turystów. Ośnieżona droga, pokryte białą pierzyną drzewa, szczypiący mróz, który nie przeszkadza, a dodaje uroku wędrówce, tylko częściowo zamarznięte, szumiące potoki z krystalicznie czystą wodą, przemykające gdzieniegdzie leśne zwierzęta… Krajobraz jak z bajki o Królowej Śniegu. Chyba tylko Alicja w pełni doceniała te widoki. Konrad i Ania ciągle fotografowali (głównie siebie), Artur, choć bardzo chciał wejść w rolę pełnokrwistego taternika i przewodnika, był skutecznie rozpraszany przez Monikę, której nie spuszczał z oka nawet na chwilę. Przemek zaś wydawał się błądzić myślami gdzie indziej, z pewnością z dala od doliny. Jedynie Alicja cieszyła się otaczającą ich przyrodą i piękną pogodą. Po raz pierwszy od bardzo dawna jej głowy nie zaprzątało nic poza tym, co właśnie miała przed oczami. – Co się tak uśmiechasz? – Przemek wyrwał ją z zamyślenia, gdy
stała oparta o barierkę nad Wodogrzmotami Mickiewicza i wpatrywała się we wzburzoną wodę. – Tak tu… przyjemnie. – Westchnęła i dopiero po dłuższej chwili zwróciła uśmiechniętą twarz w jego stronę. – Pięknie, spokojnie i beztrosko, co? – Właśnie. – Żałujesz, że nie przyjechałaś na dłużej? – Nie podpuszczaj mnie. – Nie podpuszczam, tylko pytam, bez żadnych podtekstów. Alicja uśmiechnęła się łagodnie i znów spojrzała w stronę strumienia. Rzeczywiście zaczynała powoli tego żałować. Wcale nie chodziło jednak o czas spędzany ze znajomymi, lecz o samo przebywanie w tym miejscu. Odczuwała zresztą z tego powodu małe wyrzuty sumienia. Tatry miały w sobie jakiś magnetyzm, który zaczął na nią oddziaływać – od momentu, gdy wjechała do Zakopanego, wiedziała, że chciałaby tu zostać na dłużej. – No, wycieczko, pora iść dalej! – zakomenderował Artur i zarzuciwszy plecak na ramiona, ruszył przed siebie. Pozostała piątka, trochę się ociągając, poszła w jego ślady. Mieli do przejścia jeszcze spory kawałek trasy, więc nie było czasu na dłuższe postoje. Choć droga była męcząca – głównie z powodu narastającego mrozu – żadne z nich nie narzekało. Do Morskiego Oka dotarli kilka godzin później. Ośnieżone szczyty okalające skuty lodem staw, przyprószone białym puchem, prężące się dumnie choiny i skrzący pod stopami śnieg. Całe zmęczenie gdzieś uleciało, gdy ujrzeli ten zapierający dech w piersiach widok. – Warto było pokonać taki kawał drogi. – Artur westchnął i odruchowo objął Monikę. Konrad z Anią minęli ich i podeszli bliżej brzegu, by mieć lepszy widok na otaczające jezioro szczyty. Przemek podążył za nimi, Alicja natomiast z niedowierzaniem patrzyła na piękno, które stworzyła natura, i nie mogła wyjść z podziwu dla jej talentu. Co prawda nie wszyscy turyści w ciszy zachwycali się widokami czy wdychali rześkie, górskie powietrze, niektórzy robili więcej hałasu niż leśna zwierzyna w okresie godowym, starała się jednak nie zwracać uwagi na to, co działo się
wokół niej. – Macie ochotę na spacer dookoła jeziora? – Nagle usłyszała z oddali pytanie Konrada. – Stary, ja ledwo doczołgałem się tutaj, a ty chcesz mnie jeszcze gdzieś ciągać?! – zaprotestował wyraźnie niezadowolony z pomysłu Artur. – Ale to nie jest trudna trasa. Monia? – wtrąciła się Ania. – Z chęcią bym poszła, ale chyba zostanę z Arturem… – Przemek? – Konrad nie dawał za wygraną. – Ja się piszę! – Ala? – Idę. – No i pięknie! To gołąbki niech zostaną w schronisku i ogrzeją się przy kominku, a my ruszamy. To jakaś godzina marszu. Nie ma co zwlekać, jeśli chcemy wrócić do samochodów przed zmrokiem. Szlak był ośnieżony, ale nie zniechęciło to większości turystów – na trasie co chwilę mijali spore grupy. Ich obecność nie była niczym nadzwyczajnym w tej bodaj najpopularniejszej części Tatr. Poza głośnymi wyrazami zachwytu wędrowców nic nie zakłócało spokoju tego miejsca. Nagle jednak, po kilkunastu minutach marszu, dobiegł ich niesiony echem krzyk, po chwili zaś chrzęst i zgrzyt. Wszyscy się zatrzymali i zaczęli nerwowo rozglądać wokół siebie, by dociec, skąd ów hałas dochodził. W tym momencie rozległo się histeryczne wołanie o pomoc. Alicja poczuła ucisk w mostku, ten sam, który nieustannie towarzyszył jej podczas dyżurów w izbie przyjęć, kiedy dostawała powiadomienie, że wiozą pacjenta w ciężkim stanie. Teraz też wiedziała, że stało się coś bardzo złego. Nerwowo rozglądała się wokół. Kilka osób wciąż stało w bezruchu, inni zdecydowali się zawrócić, jeszcze inni mimo wszystko nieśmiało ruszali naprzód. Spojrzała niepewnie na Przemka. Ania i Konrad też wydawali się nieco skołowani. Było pewne, że zdarzył się jakiś wypadek. – Może jednak zawrócimy? – zapytała nieśmiało Ania. – Warunki chyba nie sprzyjają… – A może powinniśmy zobaczyć, co się stało? Może to niedaleko? Może trzeba pomóc? – zaoponowała Alicja.
– Alicja, to nie jest szpital, a ty nie jesteś na dyżurze… – Konrad westchnął, widząc jednak nietęgą minę Ani, dodał: – Faktycznie warunki są trudne, robi się coraz później… Odpuśćmy, jeszcze będzie okazja. – Spróbujmy przynajmniej wezwać TOPR – powiedział Przemek, widząc malujące się na twarzy Alicji niezadowolenie. Wszyscy jak na zawołanie wyciągnęli telefony. Każda próba nawiązania połączenia kończyła się jednak niepowodzeniem. – Albo nie ma zasięgu, albo zajęte, nie ma co próbować – wtrącił się mijający ich turysta, zmierzający w stronę schroniska. – Ktoś już na pewno wezwał pomoc, nie tylko my słyszeliśmy ten krzyk. Tutaj nic nie zdziałamy, a ze schroniska łatwiej będzie się skontaktować z pogotowiem w razie czego. Im szybciej tam dotrzemy, tym lepiej. Wracajmy – powiedział Konrad i spojrzał kolejno na Anię, Przemka i w końcu na Alicję. Żadne z nich nie zaprotestowało, tym bardziej że po raz kolejny usłyszeli wołanie o pomoc. Zawrócili, Alicja jednak jeszcze kilka razy oglądała się za siebie, próbując zlokalizować miejsce, z którego dochodził krzyk. – Myślicie, że ktoś faktycznie powiadomił już TOPR? – spytał Przemek, gdy dochodzili do schroniska. – Myślę, że ratownicy, którzy mają dyżur w schronisku, z pewnością słyszeli to, co my – odparł Konrad i mocniej objął przestraszoną Anię. Weszli na plac przed budynkiem i nim zdążyli odetchnąć, ze schodów zbiegła rozgorączkowana Monika. – Słyszeliście?! – zapytała przejęta i odruchowo uściskała obie przyjaciółki. – Dlatego zawróciliśmy – odparła Ania, wciąż wtulając się w Konrada. – Boże, już się bałam, że coś wam się stało! Całe szczęście, że zrezygnowaliście z dalszego marszu! – Wiecie może, co się stało? – zapytał Przemek, kiedy dołączył do nich Artur. – Podobno ktoś zawisł na Mnichu. – Jak to zawisł?! – Ania przeraziła się nie na żarty.
– Podczas wspinaczki albo zjazdu, nie wiem dokładnie, jakiś turysta zawisł na linie, musiał się ześlizgnąć… Konrad, widząc przerażenie swojej dziewczyny, ciężko westchnął i wytłumaczył: – Na Mnicha można w zasadzie wejść dosyć łatwą trasą, nawet początkującym nie sprawia ona trudności. Zejście natomiast wymaga więcej wprawy, schodzi się po płycie, czyli tak naprawdę zjeżdża odcinkami po linie, aż do półek skalnych. I podczas zjazdu, w tak kiepskich warunkach jak teraz, jest dość niebezpiecznie… Monika się wzdrygnęła, mrucząc pod nosem, jak bardzo się cieszy, że nie przepada za wspinaczkami, bo dzięki temu nigdy nie wpadnie na pomysł, by wybrać się na taką ekstremalną wyprawę. Artur zaśmiał się tylko i rzucił coś o prawidłowym wyposażeniu wspinaczkowym. Ania szepnęła do Konrada, że nigdy w życiu nie pozwoli mu na takie eskapady. Nie zauważyli nawet, kiedy minęli ich ratownicy biegnący w kierunku szlaku prowadzącego na szczyt. Kilkanaście minut później usłyszeli warkot śmigłowca ratunkowego, który zawisł nad górami. Alicja wydawała się nieobecna i ukradkiem spoglądała w stronę Mnicha. Jej rozkojarzenie zauważył Przemek. Troskliwie zapytał, czy wszystko z nią w porządku, a otrzymawszy w odpowiedzi jedynie niepewne skinięcie głową, potarł jej ramiona, by dodać przyjaciółce otuchy. Weszli do schroniska, wciąż nerwowo oglądając się za siebie. W środku nie rozmawiano o niczym innym. Turyści, przejęci tym, co się stało, z ubolewaniem komentowali nieszczęśliwy wypadek, nie zapominając oczywiście o wygłaszaniu złotych rad, do których zapewne nie zastosował się wiszący na Mnichu nieszczęśnik. Gorąca herbata co prawda rozgrzewała, ale tylko ciało. Każde z nich czuło się jakoś nieswojo. Sposępnieli, ich dobry humor nagle się ulotnił, wywiany przez porywisty, halny wiatr. Nie wiedzieli, czy spowodował to fakt, że byli niemal świadkami nieszczęścia, czy może to, że nie mieli pewności, co tak naprawdę się stało. – Wracamy? – zapytał Konrad. Nikt się nie sprzeciwił. Jak jeden mąż podnieśli się z krzeseł i ruszyli w stronę wyjścia. Na zewnątrz było jakby ciszej, ucichł turystyczny gwar, nawet wiatr się uspokoił. Wracali w całkowitej ciszy,
nie wiedząc, co powiedzieć. Każdy komentarz wydawał się nieodpowiedni. Gdy dotarli do pensjonatu, każdy zniknął za drzwiami swojego pokoju. Atmosfera nie należała do najprzyjemniejszych, więc nikt nawet nie proponował wspólnego spędzania wieczoru. Alicja była najmniej rozmowna ze wszystkich. Nawet gdy została sam na sam z Przemkiem, nie wykazywała większych chęci do dyskusji. Zaparzyła gorącą herbatę, ubrała się w kurtkę, otuliła kocem i wyszła na balkon, nie zwracając uwagi na obserwującego ją przyjaciela. Dopiero po kilku minutach westchnęła ciężko i odwróciła głowę w stronę stojącego w drzwiach Przemka. – No co? – zapytała obojętnie. – To ja pytam, co. Od momentu, w którym usłyszeliśmy ten krzyk, milczysz bardziej niż te góry. O co chodzi? O to, że nie poszliśmy pomóc temu człowiekowi? Ala, ratownicy z pewnością zrobili to lepiej niż my. – Nie o to chodzi, Przemuś… Wiem, że niewiele mogliśmy pomóc, po prostu… Coś mi się przypomniało. – Mama? Alicja spuściła wzrok i niepewnie skinęła głową. – No tak, mogliśmy o tym pomyśleć i wybrać jakieś inne miejsce… – Nie, nie o to chodzi. Przecież od tamtego czasu nie raz już byłam w górach, naprawdę się z tym uporałam. Po prostu mi się przypomniało to wszystko… – Uśmiechnęła się blado i wskazała mu miejsce obok siebie, rozchylając lekko koc na znak, by do niej dołączył. Nie zwlekał długo. Ponieważ fotel, na którym siedziała, był stosunkowo wąski, wziął ją na kolana i usadził tak, by mogła wygodnie się w niego wtulić. Siedzieli w ciszy, obserwując migające światła latarni i skąpany w blasku księżyca Giewont. Wiatr muskał Alicję po twarzy i rozwiewał lekko kosmyki jej włosów, które wysunęły się z cienkiego kucyka. Ciepłe słońce wnikało w jeszcze bladą po zimie skórę, przyjemnie rozgrzewając ją od środka i obsypując nowymi piegami.