anfas

  • Dokumenty60
  • Odsłony71 214
  • Obserwuję29
  • Rozmiar dokumentów91.4 MB
  • Ilość pobrań34 040

Joy Fielding - W pajeczej sieci

Dodano: 8 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 8 lata temu
Rozmiar :1.1 MB
Rozszerzenie:pdf

Joy Fielding - W pajeczej sieci.pdf

anfas EBooki Joy Fielding
Użytkownik anfas wgrał ten materiał 8 lata temu.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 529 stron)

JOY FIELDING w PAJĘCZEJ sieci Z angielskiego przełożyła Anna Zielińska Świat Książki Tytuł oryginału CHARLEY'S WEB Redaktor prowadzący Elżbieta Kobusińska Redakcja merytoryczna Ewa Borowiecka Redakcja techniczna Małgorzata Juźwik Korekta Irena Kulczycka Jolanta Spodar Copyright © 2008 by Joy Fielding, Inc. All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Świat Książki Sp. z Warszawa 2010 Świat Książki Warszawa 2010 Świat Książki Sp. z o.o. ul. Rosoła 10, 02-786 Warszawa Skład i łamanie Joanna Duchnowska Druk i oprawa DRUK-INTRO SA, Inowrocław ISBN 978-83-247-1289-2 Nr 6584 1 Od: Oburzony czytelnik Do: Charley@Charley'sWeb.com Temat: JESTEŚ NAJGORSZĄ FELIETONISTKĄ, JAKĄ KIEDYKOLWIEK NOSIŁA ZIEMIA!!!

Data: Poniedziałek, 22 stycznia 2007, 07:59 - 0500 Witaj, Charley. Powiem krótko: nie dość, że jesteś NAJGORSZĄ FELIETONISTKĄ, JAKĄ KIEDYKOLWIEK NOSIŁA ZIEMIA, to najprawdopodobniej jesteś również NAJBARDZIEJ ZADUFANĄ KOBIETĄ NA CAŁEJ PLANECIE!!! Wystarczy spojrzeć na zdjęcie (długie, wijące się blond włosy, duże oczy z tym wszystko-widzącym spojrzeniem spod rzęs, usta lekko wygięte w ironicznym uśmieszku i niewątpliwie powiększone zastrzykiem z restylane) i nie ma już wątpliwości, że według ciebie słońce wschodzi i zachodzi na twych ślicznych ramionkach. Twoje nijakie felietony o kupowaniu idealnych czółenek, dobieraniu błyszczyku i radzeniu sobie z wymaganiami nowego osobistego instruktora fitness jedynie utwierdziły mnie w tym przekonaniu. Co, u licha, każe ci sądzić, że kogokolwiek interesuje twoja niedawna eksploracja świata pustoty - mam na myśli depilację bi-kini!!! Przed ukazaniem się obrazowego i niepotrzebnie szokującego opisu ogołacania dolnych rejonów własnego ciała w niedzielnym wydaniu (WEBB SITE, niedziela, 21 stycznia) nie miałem nawet pojęcia, że istnieje coś takiego jak „brazylijski wosk", nie mówiąc już o tym, iż jakakolwiek dojrzała kobieta - 7 wiem z poprzedniego felietonu, że w marcu ubiegłego roku obchodziłaś trzydzieste urodziny - dobrowolnie podda się takim barbarzyńskim zabiegom. Ciekawe, co pomyślał twój biedny ojciec, gdy przeczytał, że jego wykształcona w Harvardzie córka infantylizuje swe ciało w taki poniżający sposób. Zastanawiam się, jak twoja matka może patrzeć w oczy znajomym, gdy ty bez przerwy ogłaszasz intymne - ośmielę się

powiedzieć, łonowe -rewelacje. (Dobrze, że pozostałe dwie córki pozwalają jej chodzić z podniesioną głową!!! Przy okazji - chwała Anne za oszałamiający sukces najnowszej powieści Pamiętaj miłość, dziewiąte miejsce na liście bestsellerów „New York Timesa" i cały czas pnie się w górę!!! A Emily z wielkim powodzeniem zastąpiła Dianę Sawyer w „Dzień dobry, Ameryko" w zeszłym miesiącu!!!). Z takich córek rodzice mieliby prawo być dumni. A skoro mowa o córkach, to jak się czuje twoja ośmiolatka, gdy widzi cię paradującą nago po domu, co niewątpliwie robisz, sądząc z twej skłonności do obnażania się na łamach!!! Nie mówiąc już o pięcioletnim synku narażonym na kpiny przedszkolnych kolegów, których rodzice także są niewątpliwie zdegustowani twymi niedzielnymi felietonami! Artykuł z ubiegłego tygodnia o gadżetach erotycznych był obrzydliwy!! Spójrz dalej niż na czubek swego zgrabnego, zadartego nosa - niewątpliwie dzieło najlepszego chirurga plastycznego, jakiego można nająć za odpowiednie pieniądze - i zastanów się nad konsekwencjami takiej pustej paplaniny dla tych dwóch małych, niewinnych istot! (Czego jednak można spodziewać się po kobiecie, która jest dumna z tego, że nie poślubiła ojca żadnego z dwójki swych dzieci?!!!). Mam dość czczego ględzenia o wszystkich sprawach Char-ley. (Dziękuję, że nie używasz imienia Charlotte. Przynajmniej nie obrzydziłaś nam jednej z najwspanialszych książek dla dzieci!). Po trzech latach czytania tych dyrdymałów i kręcenia z niedowierzaniem głową moja cierpliwość się wyczerpała!!! Wolałbym powiesić się na nietkniętym włosie łonowym niż przeczytać choćby jeszcze jedno słowo tej twojej infantylnej pisaniny, i nie widzę sensu w dalszym wspieraniu gazety, która

8 chce ją publikować. Dlatego od dziś rezygnuję z prenumeraty „Palm Beach Post". Jestem pewien, że wyrażam życzenie wielu zdegustowanych i oburzonych czytelników, mówiąc: MOŻE SIĘ WRESZCIE ZAMKNIESZ I ZNIKNIESZ?!!! Charley Webb siedziała wpatrzona w gniewny list na ekranie monitora, nie bardzo wiedząc, czy się roześmiać, czy rozpłakać. Nie wytrąciły jej z równowagi inwektywy; dostała mnóstwo gorszych listów w ciągu tych wszystkich lat, włączając nawet niektóre z dzisiejszego poranka. Nie wzburzył jej również niemal histeryczny ton. Zdążyła przywyknąć do gniewnych reakcji czytelników. Nie zbulwersowały jej też zdecydowanie nadużywane znaki interpunkcyjne. Autorzy gniewnych e-maili przeważnie uważali wszystkie zdania za bardzo istotne, a więc godne wielkich liter, kursywy i wielokrotnych wykrzykników. Nie dotknął jej nawet osobisty charakter ataku. Każda kobieta, która poświęca tysiąc słów na opis depilacji włosów łonowych, musi się z tym liczyć. Niektóre osoby (w tym kilkoro współpracowników z redakcji) zapewne uznałyby, że ona sama zachęca do osobistych wycieczek, skoro szczyci się tym, że lubi prowokować. Ma, na co zasłużyła, powiedzieliby. I może nawet mieliby rację. Charley wzruszyła ramionami. Nawykła do kontrowersji i krytyki. Pogodziła się z tym, że postrzegano ją jako osobę płytką oraz niekompetentną, i określano mnóstwem niepochlebnych epitetów. Przyzwyczaiła się do kwestionowania motywów, którymi się kierowała, podawania własnej uczciwości w wątpliwość oraz do omawiania i

oceniania wyglądu. Nawet uwagi, że przede wszystkim właśnie dzięki urodzie zdobyła rubrykę w gazecie, nie robiły na niej wrażenia. Ani też spekulacje, iż któraś z jej sławnych sióstr musiała pociągnąć za sznurki, lub że ojciec, poważany profesor literatury angielskiej w Yale, używając swych wpływów, załatwił jej tę pracę. 9 Wiedziała, że ma opinię złej córki i jeszcze gorszej matki. Takie opinie zazwyczaj spływały po jej „ślicznych ramionkach" jak woda po kaczce. Dlaczego więc akurat ten e-mail uwięził ją pomiędzy śmiechem i łzami? Co ją w nim tak cholernie zraniło? Może nadal przeżywa następstwa poprzedniego felietonu? Sąsiadka, Lynn Moore, która mieszkała kilka domów dalej przy niegdyś zapuszczonej, a obecnie modnej ulicy w centrum West Palm, zaprosiła ją przed Bożym Narodzeniem na tak zwane Passion Party. Impreza okazała się niczym innym jak tylko pewną odmianą dawniejszych sąsiedzkich spotkań połączonych z pokazem naczyń Tupperware, tyle że zamiast wytrzymałych plastikowych pojemników demonstrowano wibratory i sztuczne penisy. Charley świetnie się bawiła, przepuszczając przez ręce najróżniejsze akcesoria i słuchając kwiecistej przemowy akwizytorki („A te niewinnie wyglądające koraliki, hmm... drogie panie, uwierzcie mi, to prawdziwy cud. Pomyślcie tylko o wielokrotnych orgazmach! Najlepszy prezent pod choinkę, radość na cały rok!"), po czym w następnym miesiącu zgrabnie odtworzyła przebieg spotkania w swoim felietonie. - Jak mogłaś zrobić coś takiego?! - napadła ją Lynn już w dniu ukazania się pisma. Stała na stopniu przed frontowymi drzwiami małego, parterowego domu Charley z dwiema sypialniami. Trzymała w garści

zgniecioną kartkę z felietonem, zaciskając palce na papierowym gardle Charley. - Myślałam, że jesteśmy przyjaciółkami. - Jesteśmy - rzekła Charley, chociaż szczerze mówiąc, uważała Lynn raczej za znajomą niż za przyjaciółkę. Nie miała przyjaciółek. - Więc jak mogłaś mi to zrobić? - Nie rozumiem. Co takiego zrobiłam? - Nie rozumiesz? - powtórzyła Lynn z niedowierzaniem. -Nie wiesz, co zrobiłaś? Poniżyłaś mnie! Oto, co zrobiłaś. Przez 10 ciebie wyszłam na nimfomankę. Mąż się wścieka. Teściowa tonie we łzach. Córka umiera ze wstydu. Telefon urywa się od rana. - Przecież nie napisałam, że ten wieczorek odbył się u ciebie. - Nie musiałaś. Moja gospodyni - Lynn recytowała z pamięci - brunetka około czterdziestki (obcisłe rybaczki, trzy-centymetrowe paznokcie ozdobione kryształkami i czteroipół-centymetrowe obcasy) mieszka w uroczym domu z białym sidingiem, pełnym świeżo ściętych kwiatów ze wspaniałego ogrodu. Amerykańska flaga sporych rozmiarów powiewa dumnie na małym, zadbanym trawniku przed domem. No ciekawe, kto to może być?! - Ktokolwiek. Uważam, że jesteś przewrażliwiona. - Naprawdę? Przewrażliwiona? Zapraszam cię na imprezę, przedstawiam moim znajomym, częstuję cię nie jednym, ale kilkoma kieliszkami szampana... - Lynn, na miłość boską! Czego się spodziewałaś? -przerwała jej Charley, zła, że musi się tłumaczyć. - Jestem reporterką. Dobrze o tym wiesz. Takie historie to moja działka. Było oczywiste, że to opiszę.

Wiedziałaś o tym, zapraszając mnie. - Nie zaprosiłam cię jako reporterki. - To moje życie - przypomniała Charley. - Jestem reporterką. - Mój błąd - ucięła Lynn. - Myślałam, że jesteś kimś więcej. W chwili niezręcznej ciszy, jaka zawisła między nimi, Charley starała się nie traktować słów Lynn zbyt poważnie. - Przykro mi, że cię rozczarowałam - powiedziała. Lynn zbyła przeprosiny machnięciem dłoni z trzycenty- metrowymi paznokciami. - Ale wcale nie jest ci przykro, że napisałaś ten felieton. Prawda? - Ruszyła ścieżką w stronę chodnika. 11 - Lynn... - Och, zamknij się! MOŻE SIĘ WRESZCIE ZAMKNIESZ I ZNIKNIESZ?!!! Charley wpatrywała się w ekran komputera. Czy możliwe, że oburzony czytelnik to Lynn Moore? Czujnym wzrokiem prześliznęła się po słowach wybranych przez oburzonego czytelnika, szukając w nich echa delikatnego południowego zaśpiewu Lynn, ale go nie znalazła. Tak naprawdę każdy mógł być oburzonym czytelnikiem. W ciągu trzydziestu lat spędzonych na tej planecie i trzech przy tym biurku Charley Webb nadepnęła na strasznie dużo odcisków. Mnóstwo ludzi życzyłoby sobie, żeby się zamknęła i znikła. „Myślałam, że jesteś kimś więcej" - powtórzyła pod nosem. Ile osób popełniło ten sam błąd? Od: Charley Webb Do: Oburzony czytelnik Temat: Logiczna odpowiedź Data: Poniedziałek, 22 stycznia 2007, 10:17:24 - 0800

Witam. Ha!!! To ci dopiero list!!! (Jak widzisz, oburzony czytelniku, ja też mam wykrzyknik na klawiaturze!!!). Dzięki za odzew. Zawsze mnie ciekawi reakcja czytelników na moje felietony, nawet jeśli niekoniecznie jest pozytywna. Może zwariowałam, lecz coś mi się wydaje, że te ostatnie niezbyt przypadły Ci do gustu. Bardzo mi przykro, ale co mogę na to poradzić? Przecież nie da się wszystkim dogodzić. Cóż, dawno się nauczyłam, że nie ma nawet sensu tego próbować. Czytanie jest bardzo subiektywnym doświadczeniem i to, co jednym wydaje się niebiańskie, innym jawi się jako piekielne. Najwyraźniej według ciebie jestem wcieleniem szatana!!! , A teraz, mimo że zdecydowanie szanuję Twoje prawo do wyrażania własnych, choćby mylnych sądów, muszę się odnieść do niektórych wierutnych bredni. (Zauważ, że Twoją 12 beznadziejną paplaninę awansowałam do określenia „wierutne brednie"!!!). Po pierwsze, nie powiększam i nie powiększałam warg za pomocą restylane. Z takimi ustami się urodziłam i chociaż są całkiem udane, nigdy nie uważałam ich za szczególnie godne uwagi, bo gdyby było inaczej, prawdopodobnie nie omieszkałabym napisać o nich felietonu. Po drugie, kiedy miałam siedem lat, złamałam nos w zderzeniu z ceglanym murem, uciekając przed młodszym bratem, który gonił mnie z zaskrońcem znalezionym na naszym podwórku. W rezultacie od dziecka boję się wszelkich gadów, a mój nos jest odrobinę - niektórzy powiedzieliby, że uroczo - skrzywiony w lewo. Nigdy ani przez chwilę nie czułam potrzeby, żeby go skorygować, chociaż teraz, gdy nazwałeś go

zadartym, być może przemyślę sprawę. Jestem zdumiona, że dowiedziałeś się o depilacji włosów łonowych dopiero z mego felietonu, ponieważ zapewniam Cię, że ten kosmetyczny zabieg, o nazwie „brazylijski wosk", od dawna cieszy się popularnością. Skoro jednak zorientowałeś się, o czym jest felieton, a temat ranił Twoją niewątpliwą wrażliwość - ostatnio to bardzo powszechne zjawisko - czemu, u licha, kontynuowałeś czytanie?!!! (Widzisz, w końcu ja też użyłam: „?!!!". Duża frajda!!!). Jeśli chodzi o to, co myśli mój ojciec na temat infantylizo-wania się (ciekawe słowo!) w taki sposób córki wykształconej w Harvardzie, to podejrzewam, że zamknięty w swej wieży z kości słoniowej w Yale, nic o tym nie wie, a jeśli wie, wcale go to nie obchodzi, bo od lat nie rozmawiamy ze sobą. (Wierni czytelnicy WEBB SITE powinni o tym wiedzieć!!!). Co do matki: nie musi się przejmować patrzeniem w oczy znajomym, bo, podobnie jak ja, nie ma ich. (Prawdopodobnie temat ten to pożywka dla felietonu na zbliżający się Dzień Matki, ale Ty go, niestety, już nie przeczytasz). Natomiast moje dzieci mają mnóstwo kolegów i koleżanek szczęśliwie nieświadomych pustej paplaniny ich matki, a ponieważ (niespodzianka!) nie mam zwyczaju paradować nago po domu, nie spotkała ich konieczność oceny estetycznych efektów ogołacania 13 moich dolnych rejonów. Ha, brzmi mocno, nawet na piśmie!!! A co do braku ślubu z ojcem któregoś z dwojga dzieci czy wspólnego zamieszkania... Cóż, mogę jedynie powiedzieć, że oszczędziłam latoroślom przykrości związanych z rozwodem, w przeciwieństwie do moich bardziej udanych sióstr, które w sumie mają za sobą cztery i pół

rozwodu: Emily trzy, Anne jeden i ostatnio separację. (Przy okazji, ceduję na Ciebie złożenie im obu gratulacji za niedawne szczerze zasłużone sukcesy). Teraz w sprawie felietonów: powinieneś zdać sobie sprawę, że robię to, do czego mnie zatrudniono. Kiedy przed trzema laty podjęłam pracę w „Palm Beach Post", redaktor naczelny, Michael Duff, oznajmił mi, że zależy mu na przyciągnięciu młodszych czytelników, a przede wszystkim na zorientowaniu się, co ludzie w moim wieku myślą i robią. Krótko mówiąc, w przeciwieństwie do Ciebie, bardzo go ciekawiły wszystkie sprawy Charley. Nie był natomiast absolutnie zainteresowany obiektywnym dziennikarstwem. Wręcz przeciwnie, chciał, żeby to, co piszę, było w pełni subiektywne, uczciwe, na czasie i najlepiej również kontrowersyjne. Sądząc z e-maili, jakie przyszły dziś rano, osiągnęłam cel. Szkoda, że uważasz moje felietony za infantylne i że rezygnujesz z prenumeraty naszej wspaniałej gazety, ale takie jest Twoje prawo. Będę dalej robić to, co robię, komentować nowe zjawiska społeczne, odnotowywać zachowania i zwyczaje młodych Amerykanów oraz zajmować się takimi palącymi problemami jak przemoc w rodzinie czy rozpowszechnianie pornografii, a także eksplorować beznadziejnie płytki świat. Przykro mi, że nie będziesz mi towarzyszyć. Z poważaniem, Charlotte Webb (Przepraszam, nie potrafiłam się oprzeć). Palce Charley na kilka sekund zawisły nad klawiszem WYŚLIJ, zanim przesunęły się nad USUŃ i opadły na klawiaturę. Patrzyła, jak słowa momentalnie znikają z ekranu, słysząc wokół siebie potęgujące się odgłosy pracowitego poniedziałkowego poranka: dzwoniły telefony, klikały

klawiatury, 14 deszcz dudnił o sięgające sufitu okna na trzecim piętrze przestronnego, czteropoziomowego budynku. Zza przepierzenia ciasnego boksu dochodziły rozmowy współpracowników; przyjaźnie wypytywali się wzajemnie o miniony weekend. Przez chwilę wsłuchiwała się w sympatyczną paplaninę, pełną śmiechu i niewinnych ploteczek, zadając sobie pytanie, czemu nikt nie zatrzymuje się przy jej biurku, żeby zapytać o weekend czy pogratulować najnowszego felietonu. Nikt tego nigdy nie robił. Najłatwiej byłoby złożyć takie zachowanie na karb zawodowej zawiści - wiedziała, że większość kolegów uważa jej felietony (a przy okazji i ją) za banalne i płytkie, jak też ma jej za złe ich popularność, lecz szczerze mówiąc, w dużej mierze sama przyczyniła się do ochłodzenia stosunków z ludźmi z redakcji. Celowo ucięła wszelkie próby zbliżenia po rozpoczęciu pracy w „Palm Beach Post", uważając, że będzie lepiej, bezpieczniej zachować czysto zawodowe relacje. (Podobnie jak nigdy nie uważała za dobry pomysł bratania się z sąsiadami. I, kurczę, miała rację). Nie okazywała niechęci, była po prostu powściągliwa. Jej komunikat dość szybko dotarł do współpracowników. Nikt nie lubi braku akceptacji, szczególnie ludzie pióra, którzy aż nadto dobrze znają to uczucie. Wkrótce urwały się spontaniczne zaproszenia na kolacje, a wraz z nimi propozycje wypadu na drinka po pracy. Nawet uprzejme „Cześć" czy „Co słychać?" przestano kierować w jej stronę. Tak było do dzisiejszego ranka i teraz aż ją zatrzęsło na wspomnienie lubieżnego spojrzenia starszego redaktora, Mitchella Johnsona, gdy mijała

jego przeszklone biuro. Mitch, którego trudno byłoby nazwać subtelnym, gapiąc się w krok jej dżinsów Rock&Republic, zapytał: - I jak tam depilacja? Rekreacja - poprawił się, jakby przejęzyczył się niechcący. - Znaczy, czy odpoczęłaś w weekend? 15 Wydaje mu się, że mnie zna, pomyślała teraz Charley, odchylając się w fotelu z brązowej skóry i kierując wzrok ponad przepierzenie oddzielające jej skromną przestrzeń od dziesiątków podobnych boksów w centrum dużego działu redakcyjnego. To rozległe pomieszczenie dzieliło się na trzy główne sektory, chociaż podział był bardziej symboliczny niż rzeczywisty. Największą część zajmowali dziennikarze skupieni na aktualnych problemach, piszący relacje z codziennych wydarzeń; drugi sektor był zarezerwowany dla redaktorów specjalistycznych rubryk w tygodniowych wydaniach, takich właśnie jak kącik Charley, a trzecia część przypadła weryfikatorom faktów oraz personelowi biurowemu. Ludzie godzinami tkwili przed ekranami monitorów, powarkiwali do mikrofonów umocowanych na słuchawkach lub dociskali ramieniem do ucha czarne słuchawki staromodnych telefonów. Śledzili gorące materiały, dopinali terminy, uzgadniali punkty widzenia, potwierdzali oświadczenia. Zawsze ktoś tam wpadał, prosząc o radę, opinię czy pomoc. Nikt jednak nigdy nie prosił o nic Charley. Wydaje im się, że mnie znają, że wszystko o mnie wiedzą, pomyślała. Biorą mnie za słodką idiotkę, bo piszę o Passion Party i brazylijskim wosku. Nic nie wiedzą. MOŻE SIĘ WRESZCIE ZAMKNIESZ I ZNIKNIESZ?!!!

Od: Charley Webb Do: Oburzony czytelnik Temat: Logiczna odpowiedź Data: Poniedziałek, 22 stycznia 2007, 10:37:06 - 0800 Drogi oburzony: Jesteś podły. Z poważaniem Charley Webb Tym razem bez namysłu nacisnęła klawisz WYŚLIJ i odczekała, aż komputer potwierdzi, że wiadomość rzeczywiście 16 została wysłana. Pewnie należało dać sobie spokój, pomyślała w kilka sekund później. Celowe urażanie czytelników to kiepski pomysł. Jest mnóstwo beczułek z prochem, które tylko czekają, żeby wybuchnąć. Powinnam była odpuścić, pomyślała, kiedy zadzwonił telefon. Sięgnęła po słuchawkę. - Charley Webb - powiedziała zamiast „Dzień dobry". - Jesteś zwykłą dziwką - warknął męski głos. - Ktoś powinien cię wypatroszyć jak rybę. - Mamo, to ty? - spytała i zaraz ugryzła się w język. Czemu nie sprawdziła tożsamości rozmówcy? Do jakich wniosków doszła przed chwilą co do celowego antagonizowania ludzi? Powinnam była odłożyć słuchawkę, skarciła się, kiedy rozmówca się rozłączył. Telefon natychmiast ponownie zadzwonił. Odebrała go, podobnie jak wcześniej, nie sprawdzając numeru. - Mama? - zapytała, nie potrafiąc się powstrzymać. - Skąd wiedziałaś? - usłyszała w odpowiedzi. Charley zachichotała, oczyma duszy widząc zdumienie na pociągłej, szczupłej twarzy matki. Elizabeth Webb miała pięćdziesiąt pięć lat i sięgające ramion kruczoczarne włosy, które podkreślały nieziemską wręcz bladość cery. Mierzyła ponad sto siedemdziesiąt centymetrów i nosiła

długie, zwiewne spódnice, które optycznie skracały nogi, oraz głęboko wycięte bluzki, pozornie powiększające biust. Była kobietą piękną tak samo jak wtedy, gdy będąc w wieku Charley, miała czwórkę małych dzieci. Charley zostało niewiele wspomnień z tamtego okresu i jeszcze mniej zdjęć, bo matka znikła z jej życia, kiedy ona miała zaledwie osiem lat. Pojawiła się niespodziewanie przed dwoma laty, bardzo chętna do odnowienia kontaktów ze swymi latoroślami, które porzuciła dwadzieścia lat wcześniej. Siostry Charley, postanawiając trwać lojalnie przy ojcu, nie wybaczyły matce, że uciekła do Australii, nie z innym mężczyzną, bo to jeszcze dałoby się pojąć, lecz z kobietą, co było niewybaczalne. Jedy- 17 nie Charley okazała się na tyle ciekawa (złośliwa, jak niewątpliwie ująłby to ojciec), że zgodziła się spotkać z matką. Brat, oczywiście, odciął się od obojga rodziców. - Chciałam ci tylko powiedzieć, że bardzo mi się spodobał twój wczorajszy felieton - mówiła matka z ąuasi-austra-lijskim zaśpiewem na każdym słowie. - Zawsze mnie ciekawiły takie sprawy. Charley pokiwała głową. Niedaleko pada jabłko od jabłoni, przemknęła jej przez głowę nieuchronna refleksja. - Dziękuję. - Wczoraj kilkakrotnie do ciebie dzwoniłam, ale gdzieś wyszłaś. - Nie zostawiłaś wiadomości. - Wiesz, że tego nie cierpię - przypomniała matka. Charley uśmiechnęła się. Matka, osiadając tak niedawno w Palm Beach po dwudziestu latach życia na odludziu, czuła lęk przed

wszystkimi rzeczami, które miały w sobie choć odrobinę techniki, i nie korzystała ani z komputera, ani z telefonu komórkowego. Poczta głosowa nadal wprawiała ją w zdumienie i frustrację, a Internet był nie do pojęcia. - Pojechałam do Miami zobaczyć się z Bramem - wyjaśniła Charley. Cisza, a po niej: - Co słychać u twojego brata? - Nie wiem. Nie zastałam go. Czekałam kilka godzin. - Wiedział, że przyjedziesz? - Tak. Kolejna cisza, dłuższa od poprzedniej. - Myślisz, że on...? - Matkę zawiódł głos. - ...Pije i bierze narkotyki? - Tak sądzisz? - Może. Nie wiem. - Bardzo się o niego martwię. - Trochę za późno, nie uważasz? - Słowa wymknęły się 18 nie Charley okazała się na tyle ciekawa (złośliwa, jak niewątpliwie ująłby to ojciec), że zgodziła się spotkać z matką. Brat, oczywiście, odciął się od obojga rodziców. - Chciałam ci tylko powiedzieć, że bardzo mi się spodobał twój wczorajszy felieton - mówiła matka z ąuasi-austra-lijskim zaśpiewem na każdym słowie. - Zawsze mnie ciekawiły takie sprawy. Charley pokiwała głową. Niedaleko pada jabłko od jabłoni, przemknęła jej przez głowę nieuchronna refleksja. - Dziękuję.

- Wczoraj kilkakrotnie do ciebie dzwoniłam, ale gdzieś wyszłaś. - Nie zostawiłaś wiadomości. - Wiesz, że tego nie cierpię - przypomniała matka. Charley uśmiechnęła się. Matka, osiadając tak niedawno w Palm Beach po dwudziestu latach życia na odludziu, czuła lęk przed wszystkimi rzeczami, które miały w sobie choć odrobinę techniki, i nie korzystała ani z komputera, ani z telefonu komórkowego. Poczta głosowa nadal wprawiała ją w zdumienie i frustrację, a Internet był nie do pojęcia. - Pojechałam do Miami zobaczyć się z Bramem - wyjaśniła Charley. Cisza, a po niej: - Co słychać u twojego brata? - Nie wiem. Nie zastałam go. Czekałam kilka godzin. - Wiedział, że przyjedziesz? - Tak. Kolejna cisza, dłuższa od poprzedniej. - Myślisz, że on...? - Matkę zawiódł głos. - ...Pije i bierze narkotyki? - Tak sądzisz? - Może. Nie wiem. - Bardzo się o niego martwię. - Trochę za późno, nie uważasz? - Słowa wymknęły się 18 __ z ust Charley, zanim zdążyła ugryźć się w język. - Przepraszam - zreflektowała się natychmiast. - Nie szkodzi. Pewnie na to zasłużyłam.

- Nie chciałam być złośliwa. - Właśnie, że chciałaś - powiedziała matka bez urazy. -I dlatego tak dobrze piszesz. Natomiast twoja siostra jest mierną pisarką - dodała, nie potrafiąc się powstrzymać. - Mamo... - Przepraszam, kochanie. Nie chciałam być złośliwa - zacytowała córkę. - Właśnie, że chciałaś. - Charley uśmiechnęła się, czując, że matka też się uśmiecha. - Słuchaj, muszę kończyć. - Pomyślałam, że mogłabym później wpaść do ciebie, zobaczyć się z dziećmi... - Dobry pomysł - odparła Charley z roztargnieniem, otwierając kolejny e-mail. Od: Osoba o dobrym smaku Do: Charley@Charley'sWeb.com Temat: Zboczeńcy Data: Poniedziałek, 22 stycznia 2007, 10:40:05 - 0400 Droga Charley, chociaż należę do ludzi, którzy wyznają zasadę: ŻYJ I DAJ ŻYĆ INNYM, twój najnowszy felieton zmusił mnie do zmiany zdania. Już poprzedni, o gadżetach erotycznych, był wystarczająco obrzydliwy, lecz ten ostatni stanowi obrazę dla wszystkich porządnych chrześcijan. Jesteś nikczemna, obrzydliwa i zboczona. Powinnaś smażyć się w piekle. Więc ZDECHNIJ, DZIWKO, ZDECHNIJ, i zabierz ze sobą swoje bękarty! PS: Lepiej ich dobrze pilnuj. Nie wyobrażasz sobie, do jakich potworności ludzie bywają zdolni. Charley poczuła, że oddech zamiera jej w płucach. 19

r - Mamo, muszę kończyć. Rzuciła słuchawkę, zerwała się od biurka, wywracając fotel, i wybiegła z boksu. 2 - No już, Charley, uspokój się. - Jak mogę się uspokoić? Jakiś świr grozi moim dzieciom. - Rozumiem. Weź kilka głębokich oddechów i opowiedz mi jeszcze raz... Charley dwukrotnie zaczerpnęła powietrza, a Michael Duff podniósł się zza masywnego dębowego biurka i podszedł do drzwi dużego przeszklonego gabinetu, który zajmował południowo-zachodni narożnik piętra. Przed biurem zdążyła już się zgromadzić grupka reporterów, ściągnięta zamieszaniem. - Jakieś problemy? - zainteresował się ktoś. - Wszystko w porządku - zbył go Michael. - Wszystko Charley! - mruknęła lekceważąco jakaś kobieta, kiedy Michael zamykał drzwi. - No dobrze, powiedz, co dokładnie było w tym e-mailu -poprosił Charley, dając znak, by usiadła. Ona jednak wolała krążyć po dywanie w piaskowym kolorze, ignorując dwa fotele z zielonej skóry, stojące przed biurkiem Michaela. Deszcz siekł o szyby, a szum wody konkurował z odgłosami dobiegającymi z pobliskiej autostrady 1-95. - Tam było, że powinnam smażyć się w piekle, i jeszcze „zdechnij,

dziwko, zdechnij", no i żebym zabrała ze sobą swoje bękarty. - No tak, najwyraźniej nie mamy do czynienia z twoim fanem... 20 - A dalej, że powinnam starannie pilnować dzieci, bo nie wiadomo, do czego ludzie potrafią być zdolni. Brwi Michaela ściągnęły się, kiedy przysiadał na skraju biurka. - A poza tym coś więcej? - Zmrużył piwne oczy. - Nie, to wszystko. Wystarczy. Michael potarł dużą dłonią mocno zarysowaną szczękę, odgarnął z czoła kosmyk siwych włosów i skrzyżował muskularne ramiona na potężnej piersi. Charley, obserwującą każdy jego ruch, uderzyło, że wszystko w tym starszym mężczyźnie wydaje się za duże i to, co normalnie uznałaby za krzepiące, w tej chwili jedynie wzmacniało w niej poczucie bezradności. Słuchając jego z natury tubalnego głosu, dostrzegając bezwiedną władczość w każdym geście, czuła się mała i słaba. Patrząc na niego, wreszcie zrozumiała, co ludzie mają na myśli, mówiąc, że ktoś przejął kontrolę. Nie wyszarpał. Nie przechwycił. Mężczyzna pokroju Michaela Duffa nigdy nie musiał o to walczyć, jak zazwyczaj bywało w jej wypadku. Władza stanowiła jego naturalny atrybut. Coś, co uważał za oczywiste, coś, co zwyczajnie przejmował. - Nie powinnam była wparować do ciebie w taki sposób -usprawiedliwiała się, przypominając sobie, jak wpadła do gabinetu bez pukania. Zerknęła na reporterów, siedzących przy biurkach za szklaną ścianą. Wiedziała, że chociaż już nie patrzą w tę stronę, nie przestali jej obserwować, oceniać. - Miałaś prawo się zdenerwować.

- Zdarzało mi się wcześniej dostawać złośliwe e-maile. Nawet grożono mi śmiercią. Popularnym reporterom często zdarzały się takie przykre incydenty, lecz w większości wypadków były bez znaczenia, podobnie jak propozycje matrymonialne, które również się trafiały. Oprócz obraźliwych listów przychodziły i gratulacje, a także całkiem sporo wyznań miłosnych. Niektórzy czytelnicy sugerowali tematy do następnych felietonów, inni przy- 21 syłali swe roznegliżowane zdjęcia, a zdumiewająco liczna grupa szukała kogoś, kto spisałby historię ich życia. W ostatnich tygodniach Charley dostała dwie takie propozycje. Odrzucała wszelkie oferty najtaktowniej, jak potrafiła (mam inne zobowiązania, nie jestem odpowiednią osobą do podjęcia się takiej pracy, proszę samemu spróbować), a mimo wszystko niektóre osoby traktowały odmowę bardzo osobiście. - Nikt dotąd nie groził moim dzieciom - dodała ze łzami w oczach. - Ale według ciebie przesadnie zareagowałam, prawda? - Wcale nie. Bardzo poważnie traktujemy groźby. Powiedz mi tylko, czy zachowałaś ten list. - Oczywiście. - To dobrze. Zawiadomię policję, prześlę im kopię tego maila i zobaczymy, czy dotrą do autora. - Ten, kto to napisał, prawdopodobnie korzystał z kafejki internetowej. - Nie byłbym pewien - powiedział Michael. - Większość tych świrusów nie jest zbyt bystra. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby ten zbok użył własnego komputera.

- Zbok? Myślisz, że to facet? - Według mnie styl wygląda na męski. - No to co mam teraz zrobić? - Niewiele możesz zrobić, pozostaje ci jedynie wzmóc czujność - odparł, wzruszając ramionami. - Nie otwieraj drzwi nieznajomym; staraj się nikomu nie narażać; miej dzieci na oku i pozwól się sprawą zająć policji. Nie sądzę, aby ten facet ponownie cię niepokoił. Tacy z reguły są tchórzami. Ulżył sobie, wysyłając ten e-mail. Charley uśmiechnęła się, już czując się bezpieczniej. - Podejrzewam, że wczorajszy felieton wielu ludzi wyprowadził z równowagi. - Znaczy, robisz dobrą robotę. - Dzięki. 22 - Postaraj się tego tak nie przeżywać - poradził Michael, otwierając drzwi gabinetu. - Wszystko gra? - spytała jedna z sekretarek, gdy Charley mijała jej biurko. - Gra i buczy - przytaknęła, nie zatrzymując się ani nie oglądając, ze strachu, że jeśli to zrobi, uderzy w płacz. - Bezwłose cudo - szepnął ktoś na tyle głośno, żeby usłyszała. - Musi świerzbić jak cholera. Stłumione chichoty odprowadziły Charley do boksu. Ile bym dała, żeby móc zatrzasnąć za sobą drzwi, pomyślała, wchodząc do środka i podnosząc fotel. E-mail z pogróżkami zniknął z ekranu, zastąpiony tapetą - zeszłorocznym zdjęciem jej dzieci. Charley zapatrzyła

się na rozkoszne twarzyczki, podsumowując zmiany, jakie zaszły na nich w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy - uśmiech bezzębnej Franny był bardziej nieśmiały niż obecnie, gdy wreszcie urosły jej dwa przednie zęby, a brązowe włosy krótsze i cieńsze niż teraz, natomiast w bystrych zielonych oczach tliły się te same iskierki. Piegowatym ramieniem obejmowała brata, a ten gest, który można byłoby wziąć za przejaw siostrzanej miłości, prawdopodobnie stanowił próbę utrzymania go w miejscu. Czteroletni James był kulką nerwowej energii, nawet kiedy się nie ruszał. Obecnie pucki mu zmalały i wyciągnął się o kilka centymetrów, ale nadal kipiał energią. Wygląda jak cherubinek z tą złotą czuprynką i chabrowymi oczkami, pomyślała, dotykając palcami dołka w policzku, lecz w sumie to mały diabełek. Uwielbiała go. Popatrując na niego i jego siostrę, nie mogła uwierzyć, że wydała na świat coś tak perfekcyjnego. Czasami miłość do dzieci sprawiała jej wręcz fizyczny ból. Dlaczego nikt jej na to nie przygotował? Nie uprzedził, że można kochać aż tak mocno? Prawdopodobnie nie miał kto jej tego powiedzieć. Zagłębiła się w fotelu i sięgnęła do górnej szuflady biurka. 23 Wyciągnęła ostatnią powieść Anne, Pamiętaj miłość, którą siostra przysłała przed dwoma tygodniami, a ona dotąd jej nie przeczytała. Gdyby nie zniechęciła jej okładka (panna młoda o oczach zasnutych łzami, częściowo przesłoniętych welonem), to niewątpliwie dokonałaby tego dedykacja: Memu cudownemu ojcu, Robertowi Webbowi. O co tu chodzi? To ten sam ojciec? Charley stanął w pamięci zimny, zgorzkniały człowiek, w którego domu dorastała, w domu pełnym gniewnej ciszy przerywanej surowymi napomnieniami. Czy ojciec choć raz powiedział coś miłego?

Komukolwiek? Otworzyła książkę na stronie tytułowej. Charlotcie, wykaligrafowała Anne ozdobnym pismem z brzuszkami i zawijasami, które pewnie musiała ćwiczyć ze dwa tygodnie. Z najlepszymi życzeniami, Anne. Jakby łączyła je zaledwie znajomość. Tak chyba zresztą było. Dotarła do pierwszego rozdziału, przeczytała zdanie: Gdy Tiffany Lang po raz pierwszy ujrzała Blake'a Castle, wiedziała, że jej życie już na zawsze się zmieni. - O matko! Nie dlatego, że był najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego dotąd spotkała, chociaż niewątpliwe tak było. I nie z powodu intensywnie niebieskich oczu czy sposobu, w jaki zdawały się ją przenikać, jakby patrzyły prosto w jej duszę, odczytując najskrytsze myśli. Ani dlatego, że anektując środek pokoju, stal w wyzywającej pozie, z biodrami nieco wychylonymi do przodu i z kciukami prowokacyjnie zatkniętymi za kieszenie obcisłych dżinsów, a jego odęte, pełne wargi, szepcząc nieme zaproszenie, rzucały wyzwanie. Zbliżasz się na własne ryzyko, ostrzegały bezgłośnie. - Dobry Boże... - Co czytasz? - odezwał się ktoś za jej plecami. Charley szybko zamknęła książkę. - W czym mogę ci pomóc, Mitch? - zapytała, nie odwracając się. 24 - Słyszałem, że grożono ci śmiercią. Charley wykonała półobrót wraz z fotelem. Mitch Johnson był w średnim wieku, miał brzuch piwosza, włosy przerzedzone nad czołem i z powodów

dla niej niezrozumiałych uważał, że kobiety nie potrafią mu się oprzeć. Stał oparty o ściankę boksu w wystudiowanej pozie, która, jak się domyślała, wydawała mu się seksowna, i marszcząc czoło, usiłował nadać poważny wyraz nalanej twarzy. - Powinnaś była przyjść z tym do mnie - wytknął. - Jestem starszym redaktorem, twoim bezpośrednim zwierzchnikiem - zaznaczył, bo takt nie był jego mocną stroną. - Nie powinnaś biegać do Michaela z byle błahostką. - Nie uważam tego za błahostkę. - Niemniej najpierw należało przyjść do mnie - pouczył ją, zgodnie ze swym denerwującym zwyczajem stosując bezosobową formę. - Przepraszam, nie zastanawiałam się nad tym, co robię. - Następnym razem się zastanów. - Mam nadzieję, że nie będzie następnego razu. - W związku z powyższym może lepiej będzie wybrać jakiś mniej prowokujący temat na przyszły tydzień - zasugerował, błądząc spojrzeniem w okolicach jej krocza. Charley, żeby zasłonić mu widok, skrzyżowała dłonie na książce leżącej na kolanach. - Nie powiem, mnie się podobały te prywatne wynurzenia. Próbowałem nawet namówić żonę na brazylijski wosk. - Puścił oko. - Chyba jednak, w przeciwieństwie do ciebie, brakuje jej fantazji. Charley odwróciła się do komputera. - Prześlę ci ten e-mail - powiedziała, uderzając w odpowiednie klawisze. - Zrób to. A następnym razem... - Dowiesz się pierwszy.

- Dobrze. Zawsze lubiłem być pierwszy. Nawet siedząc tyłem do niego, czuła, że znowu puścił 25 oko. Co jest z niektórymi facetami, zastanawiała się. Czyżby nie słyszeli o takiej drobnostce jak molestowanie? Nie czuli, że to ich dotyczy? Jednocześnie nie przypuszczała, by wiele osób na tym piętrze było gotowych wziąć jej stronę. Już słyszała, jak koledzy z redakcji pytają, czy przypadkiem swymi felietonami nie prowokuje zaczepek z podtekstem seksualnym. „Niech nie liczy na nasze współczucie". Nie ma sprawy, pomyślała, przerzucając kartki książki leżącej na jej kolanach. Dawno przestała liczyć na kogokolwiek. Zorientowała się, że patrzy na efektowne zdjęcie siostry, zamieszczone na tylnej okładce. Anne siedziała na różowej pluszowej kanapie, otoczona ozdobnymi poduszkami w białych koronkowych powłoczkach. Z długich kasztanowych włosów, luźno zebranych na czubku głowy, wymknęło się kilka pasm, malowniczo okalając twarz w kształcie serca. Trudno odmówić jej urody pomimo grubej warstwy makijażu, jaki zwykła nakładać. Jednak żaden tusz czy cienie nie były w stanie zamaskować smutku w jej oczach. Charley czytała w ta-bloidach o niedawnej separacji Anne z nic niewartym mężem numer dwa. Krążyły pogłoski, że domagał się alimentów i groził, iż sądownie załatwi sobie opiekę nad małymi córeczkami, jeśli Anne mu nie zechce wypłacać alimentów. O ile Charley dobrze pamiętała, Darcy miała dwa lata, a Tess zaledwie osiem miesięcy. Ale draka, pomyślała, sięgając po telefon. Wydobyła numer siostry z zakamarków pamięci i wybrała Nowy Jork, zanim zdążyła się rozmyślić. - Rezydencja pani Webb - zaanonsowała oficjalnie gosposia,