klaudiaziutka

  • Dokumenty76
  • Odsłony132 373
  • Obserwuję78
  • Rozmiar dokumentów306.7 MB
  • Ilość pobrań83 884

Kalanithi Paul - Jeszcze jeden oddech

Dodano: 4 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 4 lata temu
Rozmiar :1.4 MB
Rozszerzenie:pdf

Kalanithi Paul - Jeszcze jeden oddech.pdf

klaudiaziutka EBooki
Użytkownik klaudiaziutka wgrał ten materiał 4 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 6,770 osób, 2913 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (1)

klaudiaziutka• 4 lata temu

Książka Kalanithi Paul - Jeszcze jeden oddech

Poruszająca historia genialnego neurochirurga, który pewnego dnia stał się pacjentem.

Opowieść o odchodzeniu w zgodzie z sobą i ze światem.

Międzynarodowy fenomen wydawniczy

Numer 1 na liście bestsellerów „New York Timesa”

Transkrypt ( 25 z dostępnych 94 stron)

Spis tre​ści Kar​ta re​dak​cyj​na De​dy​ka​cja Mot​to Przed​mo​wa – Abra​ham Ver​ghe​se Pro​log CZĘŚĆ I: W do​brym zdro​wiu za​czy​nam CZĘŚĆ II: Nie usta​nę aż po grób Epi​log – Lucy Ka​la​ni​thi Po​dzię​ko​wa​nia Przy​pi​sy

Ty​tuł ory​gi​na​łu: WHEN BRE​ATH BE​CO​MES AIR Opie​ka re​dak​cyj​na: PA​WEŁ CIEM​NIEW​SKI Kon​sul​ta​cja: MA​TE​USZ ŻU​ROW​SKI Re​dak​cja: ANNA RUD​NIC​KA Ko​rek​ta: ANE​TA TKA​CZYK, EWE​LI​NA KO​RO​STYŃ​SKA Pro​jekt okład​ki: © Su​zan​ne Dean Zdję​cia wy​ko​rzy​sta​ne na okład​ce: © Lot​tie Da​vis Opra​co​wa​nie okład​ki na pod​sta​wie ory​gi​na​łu: RO​BERT KLE​EMANN Re​dak​cja tech​nicz​na: RO​BERT GĘ​BUŚ Skład i ła​ma​nie: In​fo​mar​ket Co​py​ri​ght © 2016 by Cor​co​va​do, Inc. Fo​re​word co​py​ri​ght © 2016 by Abra​ham Ver​ghe​se All ri​ghts re​se​rved © Co​py​ri​ght for the Po​lish trans​la​tion by Wy​daw​nic​two Li​te​rac​kie, 2016 Wy​da​nie pierw​sze ISBN 978-83-08-05883-1 Wy​daw​nic​two Li​te​rac​kie Sp. z o.o. ul. Dłu​ga 1, 31-147 Kra​ków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bez​płat​na li​nia te​le​fo​nicz​na: 800 42 10 40 e-mail: ksie​gar​nia@wy​daw​nic​two​li​te​rac​kie.pl Księ​gar​nia in​ter​ne​to​wa: www.wy​daw​nic​two​li​te​rac​kie.pl Kon​wer​sja: eLi​te​ra s.c.

Treść ni​niej​szej książ​ki opar​ta jest na wspo​mnie​niach praw​dzi​wych zda​rzeń. Jed​nak imio​na i na​zwi​- ska pa​cjen​tów dok​to​ra Ka​la​ni​thie​go – wszę​dzie tam, gdzie się po​ja​wia​ją – są zmy​ślo​ne. Po​nad​to w każ​- dym z opi​sa​nych przy​pad​ków me​dycz​nych zmie​nio​no szcze​gó​ły, któ​re mo​gły​by uła​twić roz​po​zna​nie pa​cjen​tów, ta​kie jak wiek, płeć, po​cho​dze​nie et​nicz​ne, za​wo​dy, związ​ki ro​dzin​ne, miej​sca za​miesz​ka​- nia, hi​sto​rie me​dycz​ne i/lub dia​gno​zy. Z jed​nym wy​jąt​kiem zmie​nio​ne zo​sta​ły rów​nież per​so​na​lia współ​pra​cow​ni​ków, przy​ja​ciół i le​ka​rzy dok​to​ra Ka​la​ni​thie​go. Wszel​kie po​do​bień​stwa do osób ży​ją​- cych lub zmar​łych, któ​re mogą wy​ni​kać z wpro​wa​dzo​nych mo​dy​fi​ka​cji, są przy​pad​ko​we i nie​za​mie​- rzo​ne.

. Dla Cady

Ty, któ​ra py​tasz, ile jest w śmier​ci ist​nie​nia, Wi​dzisz, jak od​dech w po​wie​trze się zmie​nia. Nowe imio​na nie​zna​ne, pa​mięć sta​rych gi​nie, Póki czas cia​ła mo​rzy, lecz du​sza nie mi​nie. Czy​tel​ni​ku! niech​że czas two​jej tu byt​no​ści Bę​dzie jeno kro​ka​mi ku wiecz​no​ści. SIR FUL​KE GRE​VIL​LE, LORD BRO​OKE, CA​ELI​CA: 83

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym PRZED​MO​WA ABRA​HAM VER​GHE​SE W chwi​li gdy to pi​szę, do​cho​dzę do wnio​sku, że o ni​niej​szej przed​mo​wie le​piej my​śleć jak o po​sło​wiu. W przy​pad​ku Pau​la Ka​la​ni​thie​go czas zda​wał się bo​wiem stać na gło​wie. Za​cznę od tego – choć może na tym po​wi​nie​nem skoń​czyć? – że po​zna​łem go do​pie​ro po jego śmier​ci. To zna​czy, do​wie​dzia​łem się, ja​kim na​praw​dę był czło​wie​kiem, kie​dy już od nas od​szedł. Po raz pierw​szy spo​tka​li​śmy się pew​ne​go pa​mięt​ne​go po​po​łu​dnia na Uni​wer​sy​te​cie Stan​for​da na po​cząt​ku lu​te​go 2014 roku. Paul wła​śnie opu​bli​ko​wał ar​ty​kuł w dzia​le ko​men​ta​rzy „New York Ti​me​sa” za​ty​tu​ło​wa​ny How Long Have I Got Left? (Ile zo​sta​ło mi cza​su?) – tekst, któ​ry spo​tkał się z wiel​kim od​ze​- wem ze stro​ny czy​tel​ni​ków. W cią​gu kil​ku dni ich licz​ba ro​sła w tem​pie la​wi​no​wym. W związ​ku z tym, Paul umó​wił się ze mną na spo​tka​nie, aby po​ra​dzić się w kwe​stii agen​tów li​te​rac​kich, re​dak​to​rów i pro​ce​su wy​daw​ni​cze​go. Chciał na​pi​sać książ​kę – wła​śnie tę, któ​rą trzy​masz te​raz w rę​kach, dro​gi Czy​tel​ni​ku. Sno​py słoń​ca prze​dzie​ra​ły się przez ko​ro​nę ma​gno​lii ro​sną​cej przed biu​rem, roz​świe​tla​jąc moje oto​cze​nie: sie​dzą​ce​go przede mną Pau​la, jego pięk​ne, zu​peł​nie nie​ru​cho​me dło​nie, gę​stą bro​dę pro​ro​- ka i ciem​ne oczy, któ​re ob​ser​wo​wa​ły mnie ba​daw​czo. W mo​ich wspo​mnie​niach ta wi​zja ma w so​bie swo​istą ja​kość dzieł Ver​me​era, ostrość zdję​cia wy​ko​na​ne​go za po​mo​cą ca​me​ra ob​scu​ra. Po​my​śla​łem wów​czas: Ni​g​dy nie wol​no ci o tym za​po​mnieć, bo wie​dzia​łem, że na siat​ków​kach mo​ich oczu two​rzy się ob​raz wy​jąt​ko​wy. Ale był jesz​cze je​den po​wód: w kon​tek​ście dia​gno​zy Pau​la sta​łem się świa​dom nie tyl​ko jego śmier​tel​no​ści, lecz tak​że mo​jej wła​snej. Tam​te​go po​po​łu​dnia po​ru​szy​li​śmy wie​le kwe​stii. Paul peł​nił funk​cję głów​ne​go re​zy​den​ta od​dzia​łu neu​ro​chi​rur​gii. Praw​do​po​dob​nie w prze​szło​ści na​sze dro​gi się prze​cię​ły, ale nie przy​po​mi​na​li​śmy so​- bie żad​ne​go wspól​ne​go pa​cjen​ta. Po​wie​dział mi, że zro​bił w Stan​ford li​cen​cjat z an​giel​skie​go i bio​lo​- gii, a po​tem kon​ty​nu​ował stu​dia ma​gi​ster​skie z li​te​ra​tu​ry an​giel​skiej. Roz​ma​wia​li​śmy o jego od​wiecz​- nej mi​ło​ści do pi​sa​nia i czy​ta​nia. Z za​sko​cze​niem stwier​dzi​łem, że bez tru​du mógł​by się sta​rać o sta​- no​wi​sko wy​kła​dow​cy fi​lo​lo​gii an​giel​skiej. Wy​da​wa​ło się, że na pew​nym eta​pie swo​je​go ży​cia roz​wa​żał taki po​mysł. Wte​dy jed​nak obu​dzi​ło się w nim po​wo​ła​nie, jak w jego imien​ni​ku, świę​tym Paw​le w dro​- dze do Da​masz​ku. Po​sta​no​wił zo​stać le​ka​rzem, choć za​wsze ma​rzył, że pew​ne​go dnia wró​ci do li​te​ra​- tu​ry w taki czy inny spo​sób. Może na​pi​sze książ​kę? Uwa​żał, że ma na to mnó​stwo cza​su; bo i dla​cze​go miał​by go nie mieć? Ko​niec koń​ców oka​za​ło się, że wła​śnie cza​su bra​ku​je mu naj​bar​dziej. Pa​mię​tam jego de​li​kat​ny, drwią​cy uśmie​szek – tro​chę szel​mow​ski, choć twarz miał ko​ści​stą i wy​- mi​ze​ro​wa​ną. Prze​szedł ist​ną ka​tor​gę, wal​cząc z ra​kiem, ale nowa te​ra​pia bio​lo​gicz​na dała po​zy​tyw​ne re​zul​ta​ty, dzię​ki cze​mu mógł wy​biec my​śla​mi w przy​szłość. Jak mi wy​znał, pod​czas stu​diów me​dycz​- nych są​dził, że zo​sta​nie psy​chia​trą, a tym​cza​sem za​ko​chał się w neu​ro​chi​rur​gii. Cho​dzi​ło jed​nak o coś wię​cej niż o fa​scy​na​cję za​wi​ło​ścia​mi or​ga​nu, ja​kim jest mózg, o dużo wię​cej niż ćwi​cze​nie dło​ni, aby w przy​szło​ści mo​gły do​ko​ny​wać rze​czy nie​sa​mo​wi​tych; kie​ro​wa​ły nim mi​łość i zro​zu​mie​nie dla lu​dzi cier​pią​cych i ich trud​nej sy​tu​acji, a tak​że świa​do​mość, jak może im ulżyć. Nie są​dzę, żeby sam mi

o tym opo​wie​dział – o tych ce​chach oso​bo​wo​ści dok​to​ra Ka​la​ni​thie​go do​wie​dzia​łem się od mo​ich stu​- den​tów, któ​rzy go bar​dzo ce​ni​li. Paul świę​cie wie​rzył w mo​ral​ny aspekt swo​jej pra​cy. Na ko​niec prze​- szli​śmy do de​li​kat​ne​go te​ma​tu jego umie​ra​nia. Po tam​tej roz​mo​wie utrzy​my​wa​li​śmy kon​takt ma​ilo​wy, choć już ni​g​dy nie spo​tka​li​śmy się bez​po​- śred​nio. Wcią​gnął mnie wir pra​cy i ter​mi​nów, ale jed​no​cze​śnie to​wa​rzy​szy​ło mi sil​ne prze​ko​na​nie, że po​wi​nie​nem usza​no​wać czas Pau​la. Tyl​ko od nie​go za​le​ża​ło, czy zo​ba​czy​my się po​now​nie; uwa​ża​łem, że ostat​nie, cze​go mu te​raz trze​ba, to ko​lej​ne obo​wiąz​ki wy​ni​ka​ją​ce z no​wej zna​jo​mo​ści. Mimo to kor​- ci​ło mnie, by za​py​tać, czy pi​sze swo​ją książ​kę. Ja, jako za​pra​co​wa​ny le​karz, przez dłu​gie lata ni​g​dy nie mo​głem pod​jąć ta​kiej de​cy​zji. Chcia​łem po​wtó​rzyć mu sło​wa pew​ne​go zna​ne​go pi​sa​rza, któ​ry tak​że bo​ry​kał się z tym od​wiecz​nym pro​ble​mem: „Gdy​bym był neu​ro​chi​rur​giem i oznaj​mił go​ściom w sa​lo​- nie, że ich opusz​czam, bo mu​szę prze​pro​wa​dzić za​bieg kra​nio​to​mii, nikt by na​wet nie mru​gnął. Gdy​- bym jed​nak stwier​dził, że idę na górę p i s a ć...”. Za​sta​na​wia​łem się, czy Paul też uznał​by to za za​baw​- ne. W koń​cu on mógł​by się wy​mó​wić nie​spo​dzie​wa​ną kra​nio​to​mią! I za​miast tego po​świę​cić się pi​sa​- niu. Pra​cu​jąc nad swo​ją książ​ką, Paul opu​bli​ko​wał krót​ki, ale nie​zwy​kły ar​ty​kuł w „Stan​ford Me​di​ci​ne”, w wy​da​niu po​świę​co​nym idei cza​su. Tak się skła​da, że w tym sa​mym nu​me​rze zna​lazł się tak​że mój tekst – wy​dru​ko​wa​no go tuż obok ar​ty​ku​łu Pau​la, choć do​wie​dzia​łem się o tym do​pie​ro w chwi​li, gdy ma​ga​zyn tra​fił w moje ręce. Czy​ta​jąc tekst Pau​la, za​uwa​ży​łem po raz dru​gi – tym ra​zem znacz​nie wy​- raź​niej – coś, co zwró​ci​ło moją uwa​gę już wcze​śniej, pod​czas lek​tu​ry ar​ty​ku​łu z „New York Ti​me​sa”. Otóż Paul pi​sał wprost nie​wia​ry​god​nie! Mógł​by wziąć na warsz​tat pierw​szy lep​szy te​mat, a i tak nic nie stra​cił​by ze swo​jej siły prze​ka​zu. Tyl​ko że on nie pi​sał o przy​pad​ko​wej spra​wie. Tekst wy​jąt​ko​wo przej​mu​ją​co mó​wił o tym, jak Paul ro​zu​miał czas w kon​tek​ście wła​snej cho​ro​by. Pod​kre​ślę to raz jesz​cze: styl Pau​la był je​dy​ny w swo​im ro​dza​ju. Spod jego pió​ra zda​wa​ły się wy​cho​- dzić sło​wa ze szcze​re​go zło​ta. Czy​ta​łem tam​ten tekst raz po raz, sta​ra​jąc się zro​zu​mieć, w jaki spo​sób Paul osią​gnął taki efekt. Przede wszyst​kim wy​ra​zy mia​ły wła​sną me​lo​dię. Po​brzmie​wa​ły w nich echa Gal​waya Kin​nel​la, pro​zy przy​po​mi​na​ją​cej po​ezję (Je​śli zda​rzy się kie​dyś / że znaj​dziesz się z uko​cha​ną oso​bą / w ka​fej​ce na koń​cu mo​stu / Pont Mi​ra​be​au, przy ocyn​ko​wa​nym ba​rze / gdzie wino stoi w kie​lisz​kach otwie​ra​ją​cych się ku gó​rze...[1] – ten frag​ment usły​sza​łem w księ​gar​ni w Iowa City – wy​re​cy​to​wał go sam au​tor, ani razu nie spo​glą​da​jąc na kart​kę). Ar​ty​kuł miał jed​nak po​smak cze​goś jesz​cze; cze​goś in​ne​go, po​cho​dzą​ce​go z za​mierz​chłych cza​sów i kra​in, znacz​nie wy​prze​dza​ją​cych ocyn​ko​wa​ne bary. Zro​zu​mia​łem to w koń​cu kil​ka dni póź​- niej, gdy po raz ko​lej​ny się​gną​łem po ma​ga​zyn – styl Pau​la przy​wo​dził mi na myśl Tho​ma​sa Brow​- ne’a. W 1642 roku Brow​ne na​pi​sał Re​li​gio Me​di​ci, dzie​ło peł​ne ar​cha​izmów i nie​dzi​siej​szej or​to​gra​fii. Jako mło​dy le​karz fa​scy​no​wa​łem się tą książ​ką – wczy​ty​wa​łem się w nią ni​czym far​mer za​mie​rza​ją​cy za wszel​ką cenę od​wod​nić mo​kra​dła, któ​rych nie zdo​łał osu​szyć jego oj​ciec. Było to przed​się​wzię​cie ska​za​ne na po​raż​kę, a mimo to roz​pacz​li​wie pra​gną​łem po​znać naj​głęb​sze se​kre​ty książ​ki. Od​rzu​ca​- łem ją we fru​stra​cji tyl​ko po to, by po chwi​li znów po nią się​gnąć, nie bę​dąc pew​nym, czy ma mi co​kol​- wiek do za​ofe​ro​wa​nia – choć brzmie​nie słów zda​wa​ło się su​ge​ro​wać, że tak. Nie​ste​ty, jak bar​dzo bym się sta​rał, zna​cze​nie książ​ki po​zo​sta​wa​ło dla mnie ukry​te. Za​py​ta​cie pew​nie: dla​cze​go tak mi za​le​ża​ło? Skąd ten upór? Kogo ob​cho​dzi Re​li​gio Me​di​ci? Otóż ob​cho​dzi​ło mo​je​go oso​bi​ste​go bo​ha​te​ra, Wil​lia​ma Osle​ra. Osler, oj​ciec współ​cze​snej me​dy​cy​- ny, zmarł w 1919 roku i ko​chał tę książ​kę tak bar​dzo, że trzy​mał ją na szaf​ce noc​nej. Ba, po​pro​sił, żeby po​cho​wa​no go z nią! Tym​cza​sem ja nie by​łem w sta​nie po​jąć, co ta​kie​go w niej wi​dział. Uda​ło mi się to po wie​lu pró​bach i kil​ku de​ka​dach – do​pie​ro wte​dy Re​li​gio Me​di​ci po​sta​no​wi​ło do mnie prze​mó​wić.

(Nie​wąt​pli​wie po​mo​gło w tym nowe wy​da​nie z uwspół​cze​śnio​ną pi​sow​nią). Od​kry​łem, że sztucz​ka po​le​ga na tym, by czy​tać zda​nia na głos – wów​czas nie dało się nie usły​szeć ich ryt​mu: „No​si​my w so​- bie cuda, a poza sobą ich wy​glą​da​my: Jest w nas cała Afry​ka i wszy​tek jej wspa​nia​ło​ści; my​śmy tą od​- waż​ną i zu​chwa​łą cząst​ką na​tu​ry, ten zaś, któ​ry ją po​zna​je, mą​drze czer​pie z ca​ło​ści, cze​go inni znoj​- nie po​szu​ku​ją w czę​ściach po​dzie​lo​nych i w licz​bie ich nie​skoń​czo​nej”. Czy​tel​ni​ku, gdy do​trzesz do ostat​nie​go aka​pi​tu książ​ki Pau​la, prze​czy​taj go na głos, a usły​szysz tę samą dłu​gą fra​zę i cha​rak​te​ry​stycz​ny rytm. Bę​dzie Ci się wy​da​wać, że mógł​byś przy​tu​py​wać do nie​- go... lecz tak jak w przy​pad​ku Brow​ne’a, ko​niec koń​ców ten rytm gdzieś umy​ka. Paul, jak od​kry​łem, był no​wym wcie​le​niem Tho​ma​sa Brow​ne’a. (Lub, je​że​li przy​jąć, że li​nio​we po​strze​ga​nie cza​su sta​no​wi tyl​- ko ilu​zję, to Tho​mas Brow​ne był no​wym wcie​le​niem Pau​la Ka​la​ni​thie​go. Tak, wiem – po​dob​ne teo​rie mogą przy​pra​wić o za​wrót gło​wy). Paul umarł. Uczest​ni​czy​łem w mszy ża​łob​nej ku jego pa​mię​ci, od​pra​wio​nej w Stan​ford Me​mo​rial Church. Lu​bię od​wie​dzać to wspa​nia​łe miej​sce, kie​dy jest w nim pu​sto, żeby po​dzi​wiać świa​tło i ci​- szę – za​wsze od​naj​du​ję tam spo​kój, któ​ry po​ma​ga mi w od​no​wie du​cho​wej. Pod​czas mszy ko​ściół pę​- kał w szwach. Usia​dłem z boku i słu​cha​łem wzru​sza​ją​cych, a cza​sa​mi bu​dzą​cych śmiech opo​wie​ści jego przy​ja​ciół, bra​ta i pa​sto​ra. To praw​da, Paul od​szedł, ale ja czu​łem, że za​czy​nam go po​zna​wać – le​- piej niż pod​czas na​sze​go je​dy​ne​go spo​tka​nia w biu​rze i po​przez kil​ka ar​ty​ku​łów. Jego po​stać na​bra​ła for​my w sło​wach roz​brzmie​wa​ją​cych w mu​rach Stan​ford Me​mo​rial Church. Strze​li​sta ko​pu​ła ko​ścio​ła wy​da​wa​ła się ide​al​nym miej​scem, by wspo​mi​nać czło​wie​ka, któ​re​go cia​ło tra​fi​ło do gro​bu, ale któ​ry był nie​mal wśród nas. Paul Ka​la​ni​thi ma​te​ria​li​zo​wał się w syl​wet​kach wspa​nia​łej żony i có​recz​ki, opła​- ku​ją​cych go ro​dzi​ców i ro​dzeń​stwa, w twa​rzach licz​nych przy​ja​ciół, współ​pra​cow​ni​ków i daw​nych pa​- cjen​tów, któ​rzy wy​peł​nia​li całą prze​strzeń. Był z nami tak​że póź​niej, na sty​pie zor​ga​ni​zo​wa​nej pod go​- łym nie​bem, gdzie spo​tka​ło się tak wie​lu. Wi​dzia​łem ob​li​cza spo​koj​ne i uśmiech​nię​te, jak​by pod​czas mszy ża​łob​ni​cy sta​li się świad​ka​mi cze​goś wznio​słe​go i pięk​ne​go. Nie wy​klu​czam, że moja twarz wy​- glą​da​ła tak samo; wszy​scy bo​wiem od​na​leź​li​śmy sens w ry​tu​ale na​bo​żeń​stwa i mowy po​grze​bo​wej, we wspól​nych łzach. Do​dat​ko​we zna​cze​nie niósł w so​bie po​czę​stu​nek po po​grze​bie, kie​dy ga​si​li​śmy pra​- gnie​nie, sy​ci​li​śmy głód i roz​ma​wia​li​śmy z cał​ko​wi​cie ob​cy​mi ludź​mi, z któ​ry​mi, po​przez Pau​la, czu​li​- śmy się bli​sko zwią​za​ni. Jed​nak​że do​pie​ro dwa mie​sią​ce po śmier​ci Pau​la, gdy otrzy​ma​łem i prze​czy​ta​łem ma​szy​no​pis, mo​- głem stwier​dzić, że znam go na​praw​dę do​brze – le​piej na​wet, niż gdy​bym uwa​żał się za jego przy​ja​cie​- la. Mu​szę wy​znać, że po lek​tu​rze ogar​nę​ło mnie po​czu​cie wła​snej nie​do​sko​na​ło​ści. Od​na​la​złem w tej książ​ce szcze​rość i praw​dę, któ​re za​par​ły mi dech w pier​si. Dro​gi Czy​tel​ni​ku, roz​siądź się i przy​go​tuj. Prze​ko​naj się, czym jest od​wa​ga i jak wie​le trze​ba jej mieć, aby ob​na​żyć się w taki spo​sób. Nade wszyst​ko jed​nak do​świadcz, co zna​czy żyć i wpły​wać na ży​- cie in​nych po śmier​ci, za po​mo​cą słów, ja​kie po so​bie zo​sta​wia​my. W świe​cie nie​do​sko​na​łej ko​mu​ni​- ka​cji, za​pa​trze​ni w wy​świe​tla​cze urzą​dzeń elek​tro​nicz​nych i pro​sto​kąt​ne przed​mio​ty brzę​czą​ce nam w dło​niach, czę​sto da​je​my się po​chło​nąć temu, co ulot​ne. Zwol​nij na chwi​lę i wdaj się w dia​log z moim ko​le​gą, któ​ry od​szedł zbyt mło​do – dziś już nie​śmier​tel​nym w na​szej pa​mię​ci. Po​słu​chaj Pau​la, a w ci​- szy mię​dzy sło​wa​mi za​sta​nów się, co sam masz mu do po​wie​dze​nia. Tam cze​ka prze​sła​nie. Ja je od​na​- la​złem i li​czę, że Ty też je znaj​dziesz. Ono jest da​rem. Po​zwól jed​nak, że nie będę dłu​żej stać Wam na dro​dze.

PRO​LOG We​bster był owład​nię​ty śmier​cią, Pod skó​rą wi​dział bia​ły cze​rep; Tru​py pod zie​mią uśmiech​nię​te Bez warg, bez pier​si scho​dzą w Ereb[2]. T.S. ELIOT, SZEP​TY NIE​ŚMIER​TEL​NO​ŚCI Prze​glą​da​łem ska​ny z to​mo​gra​fii kom​pu​te​ro​wej. Płu​ca na​zna​czo​ne licz​ny​mi guz​ka​mi, krę​go​słup zde​- for​mo​wa​ny, a je​den z pła​tów wą​tro​by w opła​ka​nym sta​nie. Dia​gno​za mo​gła być tyl​ko jed​na: roz​sia​ny pro​ces no​wo​two​ro​wy. Pra​co​wa​łem jako re​zy​dent na od​dzia​le neu​ro​chi​rur​gii i wła​śnie roz​po​czy​nał się ostat​ni rok mo​je​go szko​le​nia. Przez sześć lat mia​łem oka​zję ana​li​zo​wać wie​le ta​kich zdjęć, za każ​dym ra​zem kie​ru​jąc się na​dzie​ją, że znaj​dzie się me​to​da le​cze​nia zdol​na po​móc pa​cjen​to​wi. Jed​nak​że ten skan był zu​peł​nie inny – był to bo​wiem skan m o j e g o cia​ła. Nie znaj​do​wa​łem się w pra​cow​ni ra​dio​lo​gicz​nej, ubra​ny w strój chi​rur​gicz​ny i bia​ły far​tuch, ale mia​łem na so​bie ko​szu​lę szpi​tal​ną, by​łem pod​łą​czo​ny do kro​plów​ki i ko​rzy​sta​łem z kom​pu​te​ra, któ​ry zo​sta​wi​ła w po​ko​ju pie​lę​gniar​ka. Wspie​ra​ła mnie żona Lucy, in​ter​nist​ka. Jesz​cze raz po​wtó​rzy​łem całą pro​ce​du​rę: okno płuc​ne, okno kost​ne i w koń​cu okno wą​tro​bo​we. Prze​su​wa​łem ob​raz z góry na dół, z le​wej do pra​wej i od przo​du do tyłu, tak jak mnie szko​lo​no, jak​bym wciąż li​czył, że znaj​dę coś, co po​- zwo​li zmie​nić dia​gno​zę. Le​że​li​śmy ra​zem w szpi​tal​nym łóż​ku. Lucy za​py​ta​ła ci​cho, jak​by czy​ta​ła wy​ry​wek ze sce​na​riu​sza: – Jest ja​kaś szan​sa, że to coś in​ne​go? – Nie – od​po​wie​dzia​łem. Przy​war​li​śmy do sie​bie z ca​łych sił ni​czym mło​dzi ko​chan​ko​wie. Przez ostat​ni rok obo​je po​dej​rze​- wa​li​śmy – choć nie chcie​li​śmy w to wie​rzyć ani na​wet o tym roz​ma​wiać – że w moim cie​le roz​wi​ja się rak. Mniej wię​cej sześć mie​się​cy wcze​śniej za​czą​łem gwał​tow​nie tra​cić na wa​dze i od​czu​wać po​twor​ne bóle ple​ców. Kie​dy ubie​ra​łem się o po​ran​ku, mu​sia​łem za​pi​nać pa​sek o dziur​kę da​lej, a ja​kiś czas póź​- niej o dwie. Umó​wi​łem się na wi​zy​tę do le​kar​ki pierw​sze​go kon​tak​tu, sta​rej ko​le​żan​ki z cza​sów stu​- diów na Uni​wer​sy​te​cie Stan​for​da. Jej brat – tak​że re​zy​dent neu​ro​chi​rur​gii – zmarł nie​spo​dzie​wa​nie, po​nie​waż zi​gno​ro​wał ob​ja​wy zja​dli​we​go za​ka​że​nia, dla​te​go od po​cząt​ku na​szej zna​jo​mo​ści ota​cza​ła mnie nie​mal mat​czy​ną opie​ką. Gdy jed​nak do​tar​łem na miej​sce, w ga​bi​ne​cie za​sta​łem inną le​kar​kę. Zna​jo​ma wzię​ła urlop ma​cie​rzyń​ski. Ubra​ny w błę​kit​ną ko​szu​lę szpi​tal​ną, le​ża​łem na zim​nej ko​zet​ce, opi​su​jąc symp​to​my. – Gdy​by to było za​gad​nie​nie na te​ście kwa​li​fi​ka​cyj​nym: trzy​dzie​sto​pię​cio​la​tek z na​głą utra​tą wagi cia​ła i na​pa​da​mi bólu ple​ców, za​zna​czył​bym naj​bar​dziej oczy​wi​stą od​po​wiedź, czy​li raka. Ale może się tyl​ko prze​pra​co​wu​ję? Sam nie wiem... Wolę zro​bić re​zo​nans, żeby to spraw​dzić.

– My​ślę, że na po​czą​tek wy​star​czy prze​świe​tle​nie – od​par​ła le​kar​ka. Re​zo​nans z po​wo​du bólu ple​ców to kosz​tow​na za​ba​wa, a nie​uza​sad​nio​ne ob​ra​zo​wa​nie sta​ło się w owym cza​sie jed​nym z głów​nych ar​gu​men​tów w na​ro​do​wej dys​ku​sji o cię​ciu kosz​tów. Z dru​giej stro​ny, war​tość ba​da​nia za​le​ży od tego, cze​go się szu​ka, a w przy​pad​ku raka rent​gen jest czę​sto nie​- mal bez​u​ży​tecz​ny. Mimo to wie​lu le​ka​rzy uwa​ża, że re​zo​nans ma​gne​tycz​ny na wcze​snym eta​pie le​cze​- nia ocie​ra się nie​mal o apo​sta​zję. – Rent​gen nie jest naj​czul​szy, ale wy​da​je się roz​sąd​nym roz​wią​za​niem, żeby za​cząć wła​śnie od nie​- go. – W ta​kim ra​zie może po​ku​si​my się o zdję​cia w zgię​ciu i wy​pro​ście? Krę​go​zmyk to chy​ba bar​dziej re​ali​stycz​na dia​gno​za. W od​bi​ciu lu​stra wi​szą​ce​go na ścia​nie za​uwa​ży​łem, że le​kar​ka wy​szu​ku​je za​gad​nie​nie w In​ter​ne​cie. – To uby​tek w tyl​nym frag​men​cie łuku krę​go​we​go, do​ty​ka​ją​cy oko​ło pię​ciu pro​cent po​pu​la​cji, któ​ry jest czę​stą przy​czy​ną bólu ple​ców u mło​dych lu​dzi – wy​tłu​ma​czy​łem. – W po​rząd​ku, w ta​kim ra​zie zle​cę i to. – Dzię​ki. Dla​cze​go w far​tu​chu chi​rur​ga po​tra​fi​łem być tak zde​cy​do​wa​ny, a po za​ło​że​niu ko​szu​li pa​cjen​ta sta​- wa​łem się po​tul​ny jak ba​ra​nek? Szcze​rze po​wie​dziaw​szy, wie​dzia​łem o bó​lach ple​ców wię​cej niż ta le​- kar​ka – w koń​cu po​ło​wa mo​jej edu​ka​cji neu​ro​chi​rur​gicz​nej do​ty​czy​ła scho​rzeń krę​go​słu​pa. Ale może krę​go​zmyk na​praw​dę był bar​dziej praw​do​po​dob​ną dia​gno​zą? W koń​cu bo​ry​kał się z nim cał​kiem spo​- ry od​se​tek mło​dych lu​dzi – a ilu trzy​dzie​sto​lat​ków cho​ro​wa​ło na no​wo​twór krę​go​słu​pa? Je​den na dzie​- sięć ty​się​cy? Na pew​no nie wię​cej. Gdy​by po​mno​żyć tę licz​bę przez sto, wciąż by​ło​by to scho​rze​nie rzad​sze od krę​go​zmy​ku. Może nie​po​trzeb​nie naja​dłem się stra​chu? Zdję​cia rent​ge​now​skie wy​glą​da​ły w po​rząd​ku. Przy​pi​saw​szy moje ob​ja​wy prze​pra​co​wa​niu i sta​rze​- niu się cia​ła, za​pla​no​wa​li​śmy ko​lej​ną wi​zy​tę, a ja za​ją​łem się moim ostat​nim przy​pad​kiem tego dnia. Tem​po utra​ty wagi spa​dło, bóle ple​ców sta​ły się zno​śniej​sze. Dzień po​ma​ga​ła mi zwy​kle prze​trwać spo​ra daw​ka ibu​pro​fe​nu, a poza tym co​raz rza​dziej zda​rza​ły mi się te wy​kań​cza​ją​ce, czter​na​sto​go​- dzin​ne ma​ra​to​ny w szpi​ta​lu. Moja po​dróż od stu​den​ta me​dy​cy​ny do ad​iunk​ta neu​ro​chi​rur​gii po​wo​li do​bie​ga​ła koń​ca. Po dzie​się​ciu la​tach trud​ne​go szko​le​nia czu​łem de​ter​mi​na​cję, by prze​trwać ostat​nie pięt​na​ście mie​się​cy do za​koń​cze​nia re​zy​den​tu​ry. Za​skar​bi​łem so​bie sza​cu​nek prze​ło​żo​nych, mia​łem na kon​cie kil​ka pre​sti​żo​wych kra​jo​wych na​gród i do​sta​wa​łem pro​po​zy​cje pra​cy od po​wa​ża​nych uczel​- ni. Mój opie​kun sta​żu na Uni​wer​sy​te​cie Stan​for​da usiadł ze mną nie​daw​no i po​wie​dział: – Paul, uwa​żam, że do​sta​niesz każ​de sta​no​wi​sko, na ja​kie się zgło​sisz. Dla two​jej wia​do​mo​ści, bę​- dzie​my szu​kać do ka​dry ko​goś ta​kie​go jak ty. Rzecz ja​sna ni​cze​go nie mogę obie​cać, ale my​ślę, że po​- wi​nie​neś to roz​wa​żyć. W wie​ku trzy​dzie​stu sze​ściu lat do​tar​łem na szczyt, skąd było już wi​dać zie​mię obie​ca​ną, od Gi​le​ad po Je​ry​cho i Mo​rze Śród​ziem​ne. Wy​obra​ża​łem so​bie, jak na jego wo​dach ko​ły​sze się ślicz​ny ka​ta​ma​- ran, któ​rym pły​wał​bym w week​en​dy z Lucy i na​szy​mi hi​po​te​tycz​ny​mi dzieć​mi. Czu​łem, że ból w ple​- cach ustą​pi, gdy tyl​ko upo​ram się z na​tło​kiem za​jęć za​wo​do​wych i za​pa​nu​ję nad swo​im ży​ciem. W koń​cu będę mógł stać się ta​kim mę​żem, ja​kim przy​się​ga​łem być. Nie​ste​ty, po paru ty​go​dniach za​czę​ły się na​pa​dy ostre​go bólu w pier​si. Może ude​rzy​łem o coś pod​- czas pra​cy i stłu​kłem so​bie że​bro? Nocą bu​dzi​łem się w wil​got​nej po​ście​li, mo​kry od potu. Znów za​- czą​łem chud​nąć, tym ra​zem szyb​ciej – moja waga z osiem​dzie​się​ciu ki​lo​gra​mów spa​dła do sześć​dzie​- się​ciu pię​ciu. Nie prze​sta​wa​łem kasz​leć. Kon​klu​zja wy​da​wa​ła się oczy​wi​sta. Któ​re​goś so​bot​nie​go po​-

po​łu​dnia wy​grze​wa​li​śmy się z Lucy w słoń​cu w Do​lo​res Park w San Fran​ci​sco, cze​ka​jąc na jej sio​strę. Lucy zer​k​nę​ła na wy​świe​tlacz mo​jej ko​mór​ki – wid​nia​ły na nim re​zul​ta​ty wy​szu​ki​wa​nia fra​zy „czę​sto​- tli​wość wy​stę​po​wa​nia raka u osób mię​dzy trzy​dzie​stym a czter​dzie​stym ro​kiem ży​cia” w me​dycz​nej ba​zie da​nych. – Co to? – za​py​ta​ła. – My​śla​łam, że już się tym nie mar​twisz. Mil​cza​łem, bo nie po​tra​fi​łem zna​leźć wła​ści​wych słów. – Chcesz mi o czymś po​wie​dzieć? – drą​ży​ła. De​ner​wo​wa​ła się, po​nie​waż ona tak​że się mar​twi​ła. I dla​te​go, że nic jej nie mó​wi​łem. De​ner​wo​wa​ła się, bo obie​ca​łem jej inne ży​cie. – Czy mogę wie​dzieć, dla​cze​go nie chcesz mi za​ufać? – za​py​ta​ła. Wy​łą​czy​łem te​le​fon. – Może sko​czy​my na lody? – za​pro​po​no​wa​łem. Od na​stęp​ne​go week​en​du za​pla​no​wa​li​śmy krót​ki urlop, żeby spo​tkać się w No​wym Jor​ku ze sta​ry​- mi zna​jo​my​mi ze stu​diów. Może po​rząd​nie prze​spa​na noc i kil​ka drin​ków po​zwo​lą nam od​na​leźć po​- ro​zu​mie​nie i roz​ła​do​wać emo​cje, od ja​kich wręcz ki​pia​ło w na​szym związ​ku? Oka​za​ło się jed​nak, że Lucy ma inne pla​ny. – Nie lecę z tobą do No​we​go Jor​ku – oznaj​mi​ła na kil​ka dni przed po​dró​żą. Za​miast tego za​mie​rza​ła wy​pro​wa​dzić się na ty​dzień z domu. Po​trze​bo​wa​ła cza​su, żeby prze​my​śleć, w ja​kim punk​cie zna​lazł się nasz zwią​zek. Na do​da​tek po​wie​dzia​ła to bez​na​mięt​nym gło​sem, co jesz​cze bar​dziej mnie przy​gnę​- bi​ło. – Słu​cham? – Nie wie​rzy​łem wła​snym uszom. – Chy​ba żar​tu​jesz. – Bar​dzo cię ko​cham i wła​śnie dla​te​go czu​ję się zdez​o​rien​to​wa​na – od​po​wie​dzia​ła. – Ale oba​wiam się, że mamy zu​peł​nie róż​ne ocze​ki​wa​nia wo​bec na​sze​go mał​żeń​stwa. Od​no​szę wra​że​nie, jak​by​śmy pa​so​wa​li do sie​bie tyl​ko w po​ło​wie. Nie chcę do​wia​dy​wać się o two​ich zmar​twie​niach przez przy​pa​- dek. Na do​da​tek kie​dy tłu​ma​czę, że czu​ję się wy​ob​co​wa​na, ty nie wi​dzisz pro​ble​mu. Mu​szę zro​bić coś in​ne​go. – Zo​ba​czysz, wszyst​ko się uło​ży – obie​cy​wa​łem. – To przez tę re​zy​den​tu​rę. Tyl​ko czy na​praw​dę ukła​da​ło nam się aż tak źle? Nie​wąt​pli​wie moje szko​le​nie neu​ro​chi​rur​gicz​ne – mowa tu o jed​nej z naj​bar​dziej wy​ma​ga​ją​cych i ry​go​ry​stycz​nych spe​cja​li​za​cji – nad​wy​rę​ży​ło nasz zwią​- zek. Z jed​nej stro​ny zbyt czę​sto wra​ca​łem do domu w środ​ku nocy i pa​da​łem na pod​ło​gę w sa​lo​nie, gdy Lucy już spa​ła; zbyt wie​le razy wy​cho​dzi​łem z pierw​szym brza​skiem, za​nim zdą​ży​ła się obu​dzić. Z dru​giej stro​ny na​sze ka​rie​ry roz​kwi​ta​ły – więk​szość uni​wer​sy​te​tów otwie​ra​ła przed nami drzwi, chcąc mnie w swo​ich sze​re​gach jako neu​ro​chi​rur​ga, a Lucy jako in​ter​nist​kę. Prze​trwa​li​śmy naj​trud​- niej​szą część po​dró​ży. Zresz​tą, czy nie po​ru​sza​li​śmy tej kwe​stii dzie​siąt​ki razy? Czy Lucy nie zda​wa​ła so​bie spra​wy, że to naj​gor​szy mo​ment, żeby wszyst​ko psuć? Czy na​praw​dę nie ro​zu​mia​ła, że zo​stał mi już tyl​ko rok re​zy​den​tu​ry, że ją ko​cham i wkrót​ce cze​ka nas do​kład​nie ta​kie ży​cie, ja​kie​go wspól​nie pra​gnę​li​śmy? – Gdy​by cho​dzi​ło tyl​ko o szpi​tal, da​ła​bym so​bie radę – od​po​wie​dzia​ła. – Tak dużo ra​zem znie​śli​śmy. Ale boję się, że cho​dzi o coś wię​cej. Na​praw​dę uwa​żasz, że wszyst​ko się zmie​ni, kie​dy zo​sta​niesz sa​- mo​dziel​nym neu​ro​chi​rur​giem? Obie​ca​łem, że będę bar​dziej otwar​ty i umó​wi​my się na te​ra​pię mał​żeń​ską, o któ​rej Lucy wspo​mnia​-

ła kil​ka mie​się​cy wcze​śniej, ale ona upie​ra​ła się, że po​trze​bu​je cza​su – w sa​mot​no​ści. W tam​tej chwi​li otrzą​sną​łem się już z szo​ku, a za​sko​cze​nie za​stą​pi​ła ura​za. Świet​nie, stwier​dzi​łem. Sko​ro Lucy chce odejść, może pora uznać, że to ko​niec na​sze​go związ​ku. Je​że​li się oka​że, że mam raka, nic jej nie po​- wiem. Niech so​bie żyje tak, jak ma na to ocho​tę. Przed po​dró​żą do No​we​go Jor​ku uda​ło mi się wci​snąć do pla​nu za​jęć kil​ka wi​zyt le​kar​skich, żeby wy​klu​czyć naj​częst​sze no​wo​two​ry do​ty​ka​ją​ce męż​czyzn w moim wie​ku. (Rak ją​der? Nie. Czer​niak? Pu​dło. Bia​łacz​ka? Też nie). Na od​dzia​le neu​ro​chi​rur​gicz​nym jak zwy​kle mie​li​śmy urwa​nie gło​wy. Czwart​ko​wa noc nie​zau​wa​że​nie prze​szła w piąt​ko​wy po​ra​nek – tkwi​łem na sali ope​ra​cyj​nej od trzy​- dzie​stu sze​ściu go​dzin, za​an​ga​żo​wa​ny w kil​ka wy​jąt​ko​wo trud​nych przy​pad​ków: ol​brzy​mie tęt​nia​ki, po​mo​sto​wa​nie tęt​nic i na​czy​nia​ków tęt​ni​czo-żyl​nych. Wy​mam​ro​ta​łem pod no​sem krót​kie: „Dzię​ki”, kie​dy zja​wił się le​karz pro​wa​dzą​cy i mo​głem od​sap​nąć, wspar​ty ple​ca​mi o ścia​nę. Prze​świe​tle​nie mu​- siał​bym zro​bić tuż po wyj​ściu ze szpi​ta​la, w dro​dze do domu, przed wy​jaz​dem na lot​ni​sko. Do​sze​dłem do wnio​sku, że moż​li​wo​ści są dwie: albo mam raka i to może być ostat​nia szan​sa na spo​tka​nie z przy​- ja​ciół​mi, albo go nie mam, a wów​czas od​wo​ły​wa​nie spo​tka​nia mija się z ce​lem. Po​gna​łem do domu, żeby za​brać ba​ga​że. Lucy za​wio​zła mnie na lot​ni​sko i przy oka​zji wspo​mnia​ła, że za​pla​no​wa​ła dla nas spo​tka​nie z te​ra​peu​tą. Sto​jąc na lot​ni​sku przed bram​ką, wy​sła​łem jej wia​do​mość: „Ża​łu​ję, że nie ma Cię tu ze mną”. Kil​ka mi​nut póź​niej na​de​szła od​po​wiedź: „Ko​cham Cię i będę na Cie​bie cze​kać”. Pod​czas lotu okrop​nie ze​sztyw​nia​ły mi ple​cy i kie​dy do​tar​łem na dwo​rzec Grand Cen​tral, żeby zła​- pać po​ciąg do zna​jo​me​go z pół​noc​nej czę​ści sta​nu, moim cia​łem wstrzą​sa​ły już spa​zmy bólu. Przez ostat​nie mie​sią​ce zda​rza​ły mi się one wie​lo​krot​nie i mia​ły róż​ne na​tę​że​nie, od bólu, któ​ry moż​na ła​- two zi​gno​ro​wać, aż po taki, któ​ry od​bie​rał mi zdol​ność mowy (tak moc​no mu​sia​łem za​ci​skać zęby), czy wręcz taki, że zwi​ja​łem się z krzy​kiem na pod​ło​dze. Ten umiej​sco​wił​bym na gor​szym krań​cu ska​li. Po​ło​ży​łem się na ław​ce w po​cze​kal​ni, czu​jąc, jak wy​krę​ca​ją się mię​śnie mo​ich ple​ców. Pró​bo​wa​łem kon​tro​lo​wać ból od​de​chem – ibu​pro​fen już daw​no prze​stał dzia​łać – i na​zy​wa​łem każ​dy z mię​śni, gdy do​pa​dał go skurcz, żeby po​wstrzy​mać łzy: pro​stow​nik, mię​sień czwo​ro​bocz​ny, naj​szer​szy grzbie​tu, grusz​ko​wa​ty... Pod​szedł do mnie straż​nik. – Pro​szę pana, tu nie wol​no się kłaść. – Prze... pra​szam – wy​sa​pa​łem. – Okrop​nie... bolą... mnie ple​cy. – Tak czy ina​czej na ław​kach nie wol​no le​żeć. Prze​pra​szam, ale umie​ram na raka, chcia​łem od​po​wie​dzieć. Mia​łem te sło​wa na koń​cu ję​zy​ka. A co je​śli jed​nak nie umie​ra​łem? Może do​świad​cza​łem tego sa​me​- go, co wszy​scy lu​dzie, któ​rzy cier​pią na bóle ple​ców? Wie​dzia​łem o nich cał​kiem spo​ro – o ich ana​to​- mii i fi​zjo​lo​gii, o róż​nych sło​wach, ja​kich pa​cjen​ci uży​wa​ją na ich opi​sa​nie... Aż do​tąd nie wie​dzia​łem tyl​ko, jak to jest je m i e ć. Cóż, może tyl​ko bo​la​ły mnie ple​cy. A może nie chcia​łem wy​po​wie​dzieć gło​- śno sło​wa „rak”, ze stra​chu, że sam spro​wa​dzę na sie​bie cho​ro​bę. Pod​nio​słem się z ław​ki i po​wlo​kłem chwiej​nym kro​kiem na pe​ron. Było już póź​ne po​po​łu​dnie, kie​dy do​tar​łem do domu w Cold Spring przy rze​ce Hud​son, osiem​dzie​- siąt ki​lo​me​trów na pół​noc od Man​hat​ta​nu. Po​wi​ta​ła mnie gru​pa kil​ku​na​stu naj​bliż​szych przy​ja​ciół z daw​nych lat, a ich ra​do​sne okrzy​ki mie​sza​ły się z ka​ko​fo​nią gło​sów do​ka​zu​ją​cych dzie​ci. Za​czę​li​śmy się obej​mo​wać i nim się zo​rien​to​wa​łem, w mo​jej ręce zna​lazł się zim​ny jak lód drink – piwo im​bi​ro​we z ru​mem.

– A gdzie się po​dzia​ła Lucy? – Coś jej wy​pa​dło w pra​cy – skła​ma​łem. – W ostat​niej chwi​li. – A niech to, co za pech! – Nie po​gnie​wa​cie się, je​śli za​nio​sę rze​czy do po​ko​ju i zła​pię od​dech? Mia​łem na​dzie​ję, że dzię​ki paru dniom z dala od sali ope​ra​cyj​nej, wy​peł​nio​nych od​po​wied​nią ilo​- ścią snu, wy​po​czyn​ku i za​ba​wy – krót​ko mó​wiąc, dzię​ki na​mia​st​ce nor​mal​ne​go ży​cia – moje symp​to​- my ogra​ni​czą się do zno​śne​go bólu i zmę​cze​nia. Jed​nak​że szyb​ko sta​ło się ja​sne, że nie mogę li​czyć na ta​ry​fę ulgo​wą. Każ​de​go dnia prze​sy​pia​łem śnia​da​nie i scho​dzi​łem nie​przy​tom​ny na lunch, a po​tem ga​pi​łem się na ta​le​rze peł​ne fry​ka​sów ta​kich jak cas​so​ulet czy kra​bie nóż​ki, któ​rych nie by​łem w sta​nie wziąć do ust. W po​rze obia​du czu​łem się wy​koń​czo​ny i ma​rzy​łem tyl​ko o tym, by wró​cić do łóż​ka. Cza​sa​mi czy​ta​- łem dzie​ciom, ale przez więk​szość cza​su sza​la​ły wo​kół mnie albo na mnie, pod​ska​ku​jąc i krzy​cząc. („Dzie​ci, wu​jek Paul musi chy​ba od​po​cząć. Może po​ba​wi​cie się gdzieś in​dziej?”). Przy​po​mnia​ło mi się, jak pięt​na​ście lat wcze​śniej do​sta​łem wol​ne na obo​zie let​nim, gdzie pra​co​wa​łem jako wy​cho​waw​ca. Sie​dzia​łem na brze​gu je​zio​ra w Ka​ro​li​nie Pół​noc​nej i czy​ta​łem książ​kę za​ty​tu​ło​wa​ną De​ath and Phi​lo​so​- phy, pod​czas gdy grup​ka szczę​śli​wych dzie​cia​ków uży​wa​ła mnie jako prze​szko​dy w wy​jąt​ko​wo po​- gma​twa​nej grze w cho​rą​gwie. Lu​bi​łem się śmiać z nie​do​rzecz​no​ści tam​tej sy​tu​acji: oto dwu​dzie​sto​la​- tek z no​sem w ma​łej czar​nej książ​ce po​śród ma​je​sta​tu drzew, je​zior i gór, a w po​wie​trzu nio​są się śpie​- wy pta​ków wy​mie​sza​ne z ra​do​sny​mi okrzy​ka​mi czte​ro​lat​ków. Aż na​gle, w domu przy​ja​ciół, do​strze​- głem ana​lo​gię: za​miast je​zio​ra Ta​hoe mia​łem przed sobą rze​kę Hud​son; ro​ze​śmia​ne urwi​sy nie były dzieć​mi ob​cych lu​dzi, lecz mo​ich przy​ja​ciół; i to nie książ​ka o śmier​ci od​gra​dza​ła mnie od świa​ta, tyl​- ko moje wła​sne, umie​ra​ją​ce cia​ło. Trze​cie​go wie​czo​ru po​wie​dzia​łem Mike’owi, go​spo​da​rzo​wi, że mu​szę skró​cić urlop i na​stęp​ne​go dnia wra​cam do domu. – Nie wy​glą​dasz za do​brze – za​uwa​żył. – Wszyst​ko w po​rząd​ku? – Może usią​dzie​my i na​pi​je​my się whi​skey? Kie​dy usa​do​wi​li​śmy się przed ko​min​kiem, wy​zna​łem szcze​rze: – Mike, chy​ba mam raka. I to ta​kie​go pa​skud​ne​go. Po raz pierw​szy od​wa​ży​łem się wy​po​wie​dzieć te sło​wa. – Ro​zu​miem – od​parł. – Za​kła​dam, że to nie jest ża​den wy​myśl​ny dow​cip? – Nie. Na chwi​lę za​pa​dła ci​sza. – Na​wet nie mam po​ję​cia, o co po​wi​nie​nem cię za​py​tać – rzu​cił. – Cóż, po pierw​sze, nie wiem jesz​cze na sto pro​cent, czy to no​wo​twór zło​śli​wy, ale je​stem tego nie​- mal pe​wien, wska​zu​je na to wie​le symp​to​mów. Ju​tro lecę do domu, żeby to wy​ja​śnić. Miej​my na​dzie​ję, że się mylę. Mike za​ofe​ro​wał, że ode​śle mi ba​ga​że pocz​tą, że​bym nie mu​siał ich ze sobą dźwi​gać. Na​stęp​ne​go ran​ka od​wiózł mnie na lot​ni​sko, a sześć go​dzin póź​niej wy​lą​do​wa​łem w San Fran​ci​sco. Kie​dy wy​cho​- dzi​łem z sa​mo​lo​tu, roz​dzwo​nił się mój te​le​fon. Le​kar​ka pierw​sze​go kon​tak​tu chcia​ła mi prze​ka​zać wy​- ni​ki prze​świe​tle​nia klat​ki pier​sio​wej: ob​raz mo​ich płuc był nie​wy​raź​ny i roz​my​ty, jak​by prze​sło​na apa​- ra​tu RTG nie za​mknę​ła się wy​star​cza​ją​co szyb​ko. Le​kar​ka stwier​dzi​ła, że nie jest pew​na, co to ozna​cza. Praw​do​po​dob​nie się do​my​śla​ła.

Ja nie mia​łem wąt​pli​wo​ści. Z lot​ni​ska ode​bra​ła mnie Lucy, ale do​pie​ro w domu wy​zna​łem jej praw​dę. Sie​dzie​li​śmy na ka​na​pie i kie​dy za​czą​łem mó​wić, ona już wie​dzia​ła. Opar​ła gło​wę na moim ra​mie​niu. Na​tych​miast znik​nął cały dzie​lą​cy nas dy​stans. – Po​trze​bu​ję cię – wy​szep​ta​łem. – Ni​g​dy cię nie opusz​czę – od​po​wie​dzia​ła. Za​dzwo​ni​li​śmy do bli​skie​go zna​jo​me​go, jed​ne​go z neu​ro​chi​rur​gów w szpi​ta​lu, i za​py​ta​li​śmy, czy mnie przyj​mie. Otrzy​ma​łem pla​sti​ko​wą opa​skę iden​ty​fi​ka​cyj​ną, taką samą jak wszy​scy pa​cjen​ci, prze​bra​łem się w błę​kit​ną ko​szu​lę szpi​tal​ną, mi​ną​łem pie​lę​gniar​ki, któ​re zna​łem z imie​nia, i wsze​dłem do ga​bi​ne​tu, gdzie przez lata przy​ją​łem set​ki cho​rych. To wła​śnie tam tłu​ma​czy​łem im, że cier​pią na śmier​tel​ne cho​ro​by, a po​tem przed​sta​wia​łem za​wi​ło​ści skom​pli​ko​wa​nych ope​ra​cji; to tam gra​tu​lo​wa​łem im wy​- zdro​wie​nia i do​świad​cza​łem ich ra​do​ści, że wró​ci​li do świa​ta ży​wych; to tak​że tam stwier​dza​łem ich zgon. Sie​dzia​łem na tych sa​mych krze​słach, my​łem ręce pod tym sa​mym kra​nem, gry​zmo​li​łem po​le​- ce​nia na ta​bli​cy i wy​ry​wa​łem kart​ki z ka​len​da​rza. W chwi​lach cał​ko​wi​te​go wy​czer​pa​nia ma​rzy​łem, żeby po​ło​żyć się na ko​zet​ce i chwi​lę zdrzem​nąć. A te​raz le​ża​łem na niej, cał​ko​wi​cie roz​bu​dzo​ny. Przez szpa​rę w drzwiach wsu​nę​ła gło​wę mło​da pie​lę​gniar​ka, któ​rej nie mia​łem oka​zji po​znać. – Pan dok​tor za chwi​lę przyj​dzie. Po​czu​łem, jak​by tymi sło​wa​mi po​grze​ba​ła przy​szłość, któ​rą so​bie wy​obra​ża​łem; przy​szłość jak​że bli​ską re​ali​za​cji, sta​no​wią​cą kul​mi​na​cję wie​lu lat cięż​kiej pra​cy.

. JESZ​CZE JE​DEN OD​DECH

CZĘŚĆ I W DO​BRYM ZDRO​WIU ZA​CZY​NAM

. Po​tem spo​czę​ła na mnie ręka Pana, i wy​pro​wa​dził mnie On w du​chu na ze​wnątrz, i po​sta​wił mnie po​śród do​li​ny. Była ona peł​na ko​ści. I po​le​cił mi, abym prze​szedł do​ko​ła nich, i oto było ich na ob​sza​rze do​li​ny bar​dzo wie​le. Były one zu​peł​nie wy​schłe. I rzekł do mnie: „Synu czło​wie​czy, czy ko​ści te po​wró​cą zno​wu do ży​cia?”[3] . W mło​do​ści by​łem pe​wien, że ni​g​dy nie zo​sta​nę le​ka​rzem. Wy​grze​wa​łem się w słoń​cu, od​po​czy​wa​jąc na piasz​czy​stym pła​sko​wy​żu nie​da​le​ko na​sze​go domu. Wcze​śniej tego dnia wu​jek – je​den z wie​lu mo​- ich krew​nych le​ka​rzy – za​py​tał, czy mam już ja​kieś pla​ny za​wo​do​we, sko​ro wy​bie​ram się na stu​dia. Le​- d​wie za​re​je​stro​wa​łem jego sło​wa. Gdy​by zmu​szo​no mnie do od​po​wie​dzi, stwier​dził​bym pew​nie, że zo​sta​nę pi​sa​rzem, ale, szcze​rze mó​wiąc, roz​my​śla​nie o przy​szło​ści wy​da​wa​ło mi się w owym cza​sie czy​stym sza​leń​stwem. Za kil​ka ty​go​dni opusz​cza​łem to małe ari​zoń​skie mia​stecz​ko i nie mia​łem wra​- że​nia, że cze​ka mnie wspi​nacz​ka po szcze​blach ka​rie​ry – by​łem ra​czej jak na​bu​zo​wa​ny elek​tron, któ​ry już za chwi​lę osią​gnie pręd​kość uciecz​ki i zo​sta​nie wy​strze​lo​ny w ta​jem​ni​czy, nie​zna​ny i roz​iskrzo​ny wszech​świat. Le​ża​łem na zie​mi i po​grą​żo​ny we wspo​mnie​niach czu​łem, jak kur​czy się pode mną to małe mia​- stecz​ko o po​pu​la​cji pięt​na​stu ty​się​cy miesz​kań​ców, od​da​lo​ne o ty​siąc ki​lo​me​trów od aka​de​mi​ka Uni​- wer​sy​te​tu Stan​for​da i wszel​kich atrak​cji, ja​kie obie​cy​wał. Me​dy​cy​nę zna​łem głów​nie z nie​obec​no​ści – czy też, ści​śle rzecz bio​rąc, z wiecz​nej nie​obec​no​ści ojca w cza​sach mo​je​go do​ra​sta​nia. Wy​cho​dził do pra​cy o świ​cie i wra​cał po zmro​ku, żeby zjeść od​grza​ny obiad. Gdy mia​łem dzie​sięć lat, prze​pro​wa​dził się – z trój​ką swo​ich sy​nów: czter​na​sto-, dzie​się​cio- i ośmio​lat​kiem – z Bro​nxvil​le w sta​nie Nowy Jork, nie​du​żej, ale funk​cjo​nal​nej i za​moż​nej pod​miej​skiej dziel​ni​cy nie​co na pół​noc od Man​hat​ta​nu, do King​man w Ari​zo​nie, mia​stecz​ka w pu​styn​nej do​li​nie oto​czo​nej dwo​ma łań​cu​cha​mi gór​ski​mi. Naj​więk​szą atrak​cją King​man była sta​cja ben​zy​no​wa, gdzie lu​dzie tan​ko​wa​li w dro​dze do praw​dzi​we​go celu po​dró​ży. Tatę sku​si​ły słoń​ce, ni​skie kosz​ty utrzy​ma​- nia – jak ina​czej opła​cił​by edu​ka​cję sy​nów, z któ​rych wszy​scy aspi​ro​wa​li do pój​ścia na stu​dia? – i moż​- li​wość za​ło​że​nia pry​wat​nej prak​ty​ki kar​dio​lo​gicz​nej. Po​nie​waż za​wsze był od​da​ny pa​cjen​tom, szyb​ko stał się po​wa​ża​nym człon​kiem miej​sco​wej spo​łecz​no​ści. Kie​dy go wi​dy​wa​li​śmy – póź​ny​mi wie​czo​ra​mi albo w week​en​dy – ja​wił nam się jako dziw​ne po​łą​cze​nie czu​łej mi​ło​ści i su​ro​wych dyk​ta​tów, uści​sków i ca​łu​sów prze​pla​ta​nych wy​po​wia​da​ny​mi z ka​mien​ną twa​rzą po​ucze​nia​mi: „Ła​two być nu​me​rem je​- den, wy​star​czy się zo​rien​to​wać, kto jest naj​lep​szy, i zdo​być je​den punkt wię​cej”. Naj​wy​raź​niej do​szedł do wnio​sku, że oj​co​stwo moż​na wy​de​sty​lo​wać; że krót​kie i skon​cen​tro​wa​ne (choć szcze​re) wy​bu​chy uczuć rów​na​ją się... temu wszyst​kie​mu, co dają swo​im dzie​ciom inni oj​co​wie. Oso​bi​ście uwa​ża​łem, że je​śli taka ma być cena za me​dy​cy​nę, to jest ona zbyt wy​so​ka. Z piasz​czy​ste​go pła​sko​wy​żu wi​dać było nasz dom, sto​ją​cy tuż za gra​ni​ca​mi mia​stecz​ka u pod​nó​ża gór Cer​bat – na czer​wo​nej, ka​mie​ni​stej pu​sty​ni usia​nej szar​ła​ta​mi, ja​dło​szy​na​mi i kak​tu​sa​mi o li​ściach w kształ​cie płetw. Bu​rze py​ło​we po​wsta​wa​ły tu z ni​cze​go, mą​cąc wzrok, by po chwi​li znik​nąć rów​nie nie​spo​dzie​wa​nie. Pu​sty, pła​ski te​ren cią​gnął się w dal i na​gle opa​dał gwał​tow​nie. Na​sze psy, Max i Nip, ni​g​dy nie mia​ły dość wol​no​ści, jaką ofe​ro​wa​ła ta kra​ina. Każ​de​go dnia wę​dro​wa​ły po bez​dro​- żach i zno​si​ły nowe pu​styn​ne skar​by: nogę je​le​nia, reszt​ki za​ją​ca, któ​re po​sta​no​wi​ły za​cho​wać na póź​- niej, wy​bie​la​łą w słoń​cu czasz​kę ko​nia czy żu​chwę ko​jo​ta. Ja i moi ko​le​dzy tak​że ce​ni​li​śmy tę wol​ność. Ca​ły​mi po​po​łu​dnia​mi wa​łę​sa​li​śmy się po nie​zna​nych

oko​li​cach, szu​ka​jąc ko​ści i rzad​kich pu​styn​nych stru​my​ków. Spę​dziw​szy po​przed​nie lata ży​cia na lek​- ko za​le​sio​nych przed​mie​ściach Pół​noc​ne​go Wscho​du, z głów​ną uli​cą ob​sa​dzo​ną szpa​le​rem drzew i znaj​du​ją​cym się nie​da​le​ko skle​pi​kiem ze sło​dy​cza​mi, uwa​ża​łem tę dzi​ką, wietrz​ną pu​sty​nię za obcą i po​cią​ga​ją​cą. Pod​czas mo​jej pierw​szej sa​mot​nej wy​pra​wy, gdy mia​łem dzie​sięć lat, na​tra​fi​łem na sta​rą krat​kę od​pły​wo​wą. Pod​wa​ży​łem ją pal​ca​mi i unio​słem, a wów​czas, do​słow​nie kil​ka​na​ście cen​ty​me​- trów od mo​jej twa​rzy, uka​za​ły mi się trzy bia​łe, je​dwa​bi​ste pa​ję​czy​ny. Po każ​dej z nich ma​sze​ro​wał na dłu​gich no​gach pa​jąk o czar​nym, pę​ka​tym od​wło​ku, na któ​rym lśni​ła bu​dzą​ca po​strach czer​wo​na klep​sy​dra. Na do​da​tek obok pa​ją​ków do​strze​głem po​ru​sza​ją​ce się ko​ko​ny ja​jo​we, co ozna​cza​ło, że w każ​dej chwi​li na świat mo​gły przyjść ty​sią​ce ko​lej​nych czar​nych wdów. Prze​ra​żo​ny, upu​ści​łem krat​- kę i za​to​czy​łem się w tył. Za moim stra​chem sta​ło kil​ka za​sły​sza​nych lu​do​wych mą​dro​ści („nie ma nic groź​niej​sze​go od uką​sze​nia czar​nej wdo​wy”), ale też wi​dok lśnią​cych od​wło​ków z czer​wo​ny​mi klep​sy​- dra​mi; przez lata na​wie​dzał mnie póź​niej w kosz​ma​rach. Pu​sty​nia mia​ła do za​ofe​ro​wa​nia cały pan​te​on stra​szy​deł: ta​ran​tu​le, po​goń​co​wa​te, pu​stel​ni​ki, skor​- pio​ny, pa​recz​ni​ki czy grze​chot​ni​ki dia​men​to​we, ro​ga​te i pu​styn​ne. Po ja​kimś cza​sie przy​zwy​cza​ili​- śmy się do nich – ba, moż​na po​wie​dzieć, że się z nimi oswo​ili​śmy. Kie​dy ra​zem z przy​ja​cie​lem zda​rza​- ło nam się od​na​leźć gniaz​do pa​ją​ka po​goń​co​wa​te​go, dla za​ba​wy wrzu​ca​li​śmy w pa​ję​czy​ny mrów​kę, a po​tem pa​trzy​li​śmy, jak jej roz​pacz​li​we pró​by uciecz​ki wpra​wia​ją w ruch je​dwa​bi​ste nici. W pod​eks​- cy​to​wa​niu ocze​ki​wa​li​śmy na chwi​lę, gdy pa​jąk wy​ska​ki​wał z ciem​nej nory i chwy​tał szczę​ka​mi ska​za​- ną na po​żar​cie ofia​rę. Zwro​tu „lu​do​we mą​dro​ści” uży​wa​łem na okre​śle​nie wiej​skie​go od​po​wied​ni​ka miej​skich le​gend. Z po​cząt​ku nada​wa​ły nie​mal​że baj​ko​wej mocy pu​styn​nym isto​tom, przez co he​lo​- der​ma ari​zoń​ska wy​da​wa​ła mi się nie mniej po​twor​na niż gor​go​na. Do​pie​ro po pew​nym cza​sie zro​zu​- mie​li​śmy, że nie​któ​re z tych mą​dro​ści – jak choć​by ist​nie​nie ro​ga​te​go za​ją​ca – były zmy​śla​ne tyl​ko po to, żeby mie​szać w gło​wach miesz​czu​chom i ba​wić miej​sco​wych. Któ​re​goś razu spę​dzi​łem bitą go​dzi​- nę, prze​ko​nu​jąc gru​pę ber​liń​skich uczniów z wy​mia​ny, że na​praw​dę ist​nie​je pe​wien ga​tu​nek ko​jo​ta, któ​ry miesz​ka w kak​tu​sach i po​tra​fi po​ko​ny​wać sko​kiem dzie​sięć me​trów, kie​dy rzu​ca się na ofia​rę (na przy​kład na Bogu du​cha win​ne​go Niem​ca). W rze​czy​wi​sto​ści jed​nak nikt nie wie​dział, gdzie po​- śród wi​ru​ją​cych pia​sków leży praw​da – na każ​dą zu​peł​nie nie​do​rzecz​ną lu​do​wą mą​drość przy​pa​da​ła bo​wiem taka, któ​ra brzmia​ła sen​sow​nie. Na przy​kład rada, żeby przed za​ło​że​niem bu​tów zaj​rzeć, czy nie ma w nich skor​pio​na, była ra​czej prze​ja​wem zdro​we​go roz​sąd​ku. Jako szes​na​sto​la​tek mu​sia​łem od​wo​zić do szko​ły Je​eva​na, mo​je​go młod​sze​go bra​ta. Któ​re​goś ran​ka, jak zwy​kle spóź​nio​ny, usły​sza​łem jego krzy​ki – cze​kał nie​cier​pli​wie w ko​ry​ta​rzu i zło​ścił się, że prze​ze mnie znów bę​dzie mu​siał zo​stać za karę po lek​cjach, więc czy mógł​bym się tro​chę po​śpie​szyć... Zbie​- głem po scho​dach, otwo​rzy​łem ener​gicz​nie drzwi wyj​ścio​we... i pra​wie na​dep​ną​łem na drze​mią​ce​go, dwu​me​tro​we​go grze​chot​ni​ka. Inna lu​do​wa mą​drość mó​wi​ła, że je​śli czło​wiek za​bi​je grze​chot​ni​ka na pro​gu wła​sne​go domu, jego part​ner i dzie​ci uwi​ją w nim gniaz​do, ni​czym mat​ka Gren​de​la szu​ka​ją​ca ze​msty. Dla​te​go po​cią​gnę​li​śmy z Je​eva​nem za​pał​ki – szczę​śli​wiec zła​pał za ło​pa​tę, a pe​cho​wiec za​ło​żył parę gru​bych rę​ka​wic ogrod​ni​czych i wziął po​dusz​kę. Krą​żąc wo​kół węża w po​waż​nym, lecz jak​że ko​- micz​nie wy​glą​da​ją​cym tań​cu, w koń​cu umie​ści​li​śmy go na po​dusz​ce, a ja, ni​czym olim​pij​ski mło​ciarz, ci​sną​łem wszyst​ko to ra​zem na pu​sty​nię. Po​dusz​kę pla​no​wa​łem od​zy​skać po po​łu​dniu, żeby nie na​ra​- zić się ma​mie. Ze wszyst​kich ta​jem​nic mo​je​go dzie​ciń​stwa naj​więk​sza była nie ta, dla​cze​go tato po​sta​no​wił za​brać całą ro​dzi​nę do mia​stecz​ka King​man po​środ​ku ari​zoń​skiej pu​sty​ni, ale jak spra​wił, że mama po​je​cha​ła z nami. Za​ko​cha​ni po uszy, ucie​ka​li przez pół świa​ta – naj​pierw z po​łu​dnio​wych In​dii do No​we​go Jor​-

ku (po​nie​waż on był chrze​ści​ja​ni​nem, a ona hin​du​ist​ką i ro​dzi​ny obu stron po​tę​pia​ły to mał​żeń​stwo, co do​pro​wa​dzi​ło do kil​ku kon​flik​tów – bab​cia ze stro​ny mamy ni​g​dy nie za​ak​cep​to​wa​ła mo​je​go pierw​- sze​go imie​nia i z upo​rem god​nym lep​szej spra​wy uży​wa​ła dru​gie​go, Su​dhir), a w koń​cu do Ari​zo​ny, gdzie mama mu​sia​ła się zmie​rzyć z nie​ule​czal​nym stra​chem przed wę​ża​mi. Na​wet na wi​dok ma​łe​go, słod​kie​go i zu​peł​nie nie​szko​dli​we​go po​ło​za ucie​ka​ła z krzy​kiem do domu, gdzie za​my​ka​ła się na czte​- ry spu​sty i chwy​ta​ła naj​bliż​sze duże, ostre na​rzę​dzie – gra​bie, ta​sak albo sie​kie​rę. Węże sta​no​wi​ły nie​ustan​ne źró​dło jej utra​pie​nia, ale to o przy​szłość dzie​ci bała się naj​bar​dziej. Jesz​- cze przed prze​pro​wadz​ką mój star​szy brat, Su​man, był bli​ski ukoń​cze​nia li​ceum w hrab​stwie Wes​t​- che​ster, gdzie dal​szą edu​ka​cję na naj​lep​szych uni​wer​sy​te​tach uwa​ża​no wła​ści​wie za stan​dard. Nie​dłu​- go po na​szym przy​jeź​dzie do King​man Su​man zo​stał przy​ję​ty na Uni​wer​sy​tet Stan​for​da, a ja​kiś czas póź​niej wy​je​chał stu​dio​wać. Jed​nak​że King​man, jak szyb​ko się prze​ko​na​li​śmy, nie mia​ło wie​le wspól​- ne​go z Wes​t​che​ster. Po​zna​jąc sys​tem szkol​nic​twa hrab​stwa Mo​ha​ve, mama co​raz bar​dziej się nie​po​- ko​iła. We​dług na​ro​do​we​go spi​su po​wszech​ne​go King​man na​le​ża​ło do naj​go​rzej wy​edu​ko​wa​nych okrę​- gów w kra​ju – dość po​wie​dzieć, że gru​bo po​nad trzy​dzie​ści pro​cent uczniów nie koń​czy​ło szko​ły śred​- niej. Nie​wie​lu kon​ty​nu​owa​ło na​ukę na uni​wer​sy​te​tach, a już na pew​no nie na Ha​rvar​dzie, któ​ry tato uwa​żał za wy​znacz​nik do​sko​na​ło​ści. By za​się​gnąć opi​nii, mama wy​dzwa​nia​ła do przy​ja​ciół i krew​nych z bo​ga​tych ośrod​ków Wschod​nie​go Wy​brze​ża. Nie​któ​rzy prze​ka​zy​wa​li wy​ra​zy współ​czu​cia, pod​czas gdy inni wy​raź​nie się cie​szy​li, że ich dzie​ci nie mu​szą już kon​ku​ro​wać z po​zba​wio​ny​mi do​stę​pu do so​lid​nej edu​ka​cji przed​sta​wi​cie​la​mi ro​dzi​ny Ka​la​ni​thi. Po zmro​ku mama za​le​wa​ła się łza​mi – sły​sza​łem, jak szlo​cha sa​mot​nie w po​dusz​kę. Oba​wia​jąc się, że pod​upa​dła oświa​ta re​gio​nu ogra​ni​czy moż​li​wo​ści jej po​ciech, wy​na​la​zła gdzieś li​stę ksią​żek dla kan​dy​da​tów na stu​dia. Po​nie​waż kształ​ci​ła się w In​diach na psy​cho​lo​ga, w wie​ku dwu​dzie​stu trzech lat wy​szła za mąż, a póź​niej była za​ję​ta wy​cho​wy​wa​niem trój​ki dzie​ci w ob​cym kra​ju, nie zna​ła wie​lu z nich. Za​mie​rza​ła jed​nak za​dbać, żeby jej sy​no​wie prze​czy​ta​li je wszyst​kie. Kie​dy mia​łem dzie​sięć lat, zmu​si​ła mnie do lek​tu​ry Roku 1984 – i mimo że zgor​szy​ły mnie sce​ny sek​su, Or​well za​szcze​pił we mnie głę​bo​ką mi​łość do ję​zy​ka, a tak​że dba​łość o nie​go. Pra​co​wa​li​śmy me​to​dycz​nie nad li​stą. Hra​bia Mon​te Chri​sto, Ed​gar Al​lan Poe, Przy​pad​ki Ro​bin​so​na Cru​- soe, Ivan​hoe, Go​gol, Ostat​ni Mo​hi​ka​nin, Dic​kens, Twa​in, Au​sten, Bil​ly Budd... stru​mień no​wych ksią​żek i au​to​rów ni​g​dy nie miał koń​ca. W wie​ku dwu​na​stu lat sam się​ga​łem po lek​tu​ry, a Su​man przy​sy​łał mi książ​ki, któ​re czy​tał na uni​wer​sy​te​cie: Księ​cia, Don Ki​cho​ta, Kan​dy​da, Śmierć Ar​tu​ra, Be​owul​fa, Tho​re​au, Sar​tre’a, Ca​mu​sa. Nie​któ​re z nich po​zo​sta​wi​ły we mnie trwal​szy ślad niż inne. Nowy wspa​nia​ły świat legł u pod​staw mo​jej fi​lo​zo​fii mo​ral​nej – sta​ra​jąc się o przy​ję​cie na stu​dia, wy​bra​łem go na te​mat ese​ju, w któ​rym ar​gu​men​to​wa​łem, że szczę​ście nie jest ce​lem ży​cia. Ham​let ty​sią​ce razy po​ma​gał mi prze​- trwać ty​po​we kry​zy​sy wie​ku do​ra​sta​nia, a czy​ta​nie Do cno​tli​wej damy i in​nych ro​man​tycz​nych wier​szy sta​ło się przy​czy​ną prze​róż​nych przy​gód w szko​le śred​niej. Ra​zem z przy​ja​cie​lem czę​sto wy​my​ka​li​- śmy się nocą z do​mów, żeby, dla przy​kła​du, śpie​wać Ame​ri​can Pie pod oknem ka​pi​tan dru​ży​ny che​er​le​- ade​rek. (Jej oj​ciec był miej​sco​wym pa​sto​rem, za​ło​ży​li​śmy więc, że nie bę​dzie do nas strze​lać). Kie​dy wra​ca​jąc z jed​nej z ta​kich noc​nych eska​pad, zo​sta​łem przy​ła​pa​ny, zmar​twio​na mat​ka prze​ma​glo​wa​ła mnie w kwe​stii wszel​kich nar​ko​ty​ków przyj​mo​wa​nych w tam​tych cza​sach przez mło​dzież. Na​wet nie zda​wa​ła so​bie spra​wy, że naj​bar​dziej odu​rza​ją​cą rze​czą, ja​kiej kie​dy​kol​wiek pró​bo​wa​łem, był to​mik po​ezji ro​man​tycz​nej, któ​ry dała mi ty​dzień wcze​śniej. Książ​ki sta​ły się mo​imi po​wier​ni​ka​mi, a jed​no​- cze​śnie pie​czo​ło​wi​cie wy​szli​fo​wa​ny​mi so​czew​ka​mi, przez któ​re pa​trzy​łem na świat w nowy spo​sób. Nie usta​jąc w dą​że​niach, by jak naj​le​piej wy​edu​ko​wać dzie​ci, mama wo​zi​ła nas po​nad sto sześć​dzie​- siąt ki​lo​me​trów na pół​noc, do naj​bliż​sze​go du​że​go mia​sta, czy​li Las Ve​gas, gdzie roz​wią​zy​wa​li​śmy

prze​róż​ne te​sty i spraw​dza​li​śmy na​szą wie​dzę. Do​łą​czy​ła do rady szkol​nej, zwo​ła​ła ze​bra​nie na​uczy​- cie​li i za​żą​da​ła, by do pro​gra​mu na​ucza​nia włą​czo​no do​dat​ko​we za​ję​cia na po​zio​mie za​awan​so​wa​- nym. Była nie​sa​mo​wi​ta – w po​je​dyn​kę wzię​ła na swo​je bar​ki cię​żar prze​kształ​ce​nia sys​te​mu szkol​nic​- twa w King​man i do​pię​ła swe​go. Na​gle wśród uczniów szko​ły śred​niej obu​dzi​ło się prze​ko​na​nie, że na​sze​go ho​ry​zon​tu nie wy​zna​cza​ją już dwa łań​cu​chy gór​skie ota​cza​ją​ce mia​sto, lecz ra​czej to, co leży za nimi. Na ostat​nim roku mój przy​ja​ciel, Leo – naj​bied​niej​szy dzie​ciak, ja​kie​go zna​łem, któ​re​mu po​wie​rzo​- no za​da​nie otwar​cia uro​czy​sto​ści wrę​cze​nia dy​plo​mów – do​stał wska​zów​kę od szkol​ne​go do​rad​cy za​- wo​do​we​go: – Je​steś mą​drym chło​pa​kiem. Po​wi​nie​neś wstą​pić do ar​mii. Leo opo​wia​dał mi póź​niej o tej roz​mo​wie. – Pie​przyć to – stwier​dził. – Sko​ro ty wy​bie​rasz się na Ha​rvard, Yale albo Stan​ford, to ja też tam idę. Nie je​stem pe​wien, co ucie​szy​ło mnie bar​dziej – że ja do​sta​łem się na Stan​ford, czy że jego przy​ję​li na Yale. Skoń​czy​ły się let​nie wa​ka​cje, a po​nie​waż na Uni​wer​sy​te​cie Stan​for​da za​ję​cia roz​po​czy​na​ły się mie​- siąc póź​niej niż na in​nych uczel​niach, zna​jo​mi wy​je​cha​li, zo​sta​wia​jąc mnie w King​man. Zwy​kle wę​- dro​wa​łem po​po​łu​dnia​mi po pu​sty​ni i drze​ma​łem pod go​łym nie​bem, cze​ka​jąc, aż moja dziew​czy​na, Abi​ga​il, skoń​czy pra​cę w je​dy​nej ka​wia​ren​ce w mia​stecz​ku. Przez pu​sty​nię pro​wa​dził mię​dzy gó​ra​mi skrót do mia​sta, a pie​sze wę​drów​ki za​wsze spra​wia​ły mi więk​szą fraj​dę niż jaz​da sa​mo​cho​dem. Abi​ga​- il, dziew​czy​na po dwu​dzie​st​ce, uczy​ła się w Scripps Col​le​ge, a po​nie​waż chcia​ła unik​nąć za​cią​ga​nia po​ży​czek, zro​bi​ła so​bie se​mestr wol​ne​go, żeby odło​żyć na cze​sne. Im​po​no​wa​ła mi jej świa​to​wość, to, że zna​ła se​kre​ty do​stęp​ne wy​łącz​nie człon​kom bra​ci stu​denc​kiej – stu​dio​wa​ła psy​cho​lo​gię. Czę​sto spo​ty​ka​li​śmy się wie​czo​ra​mi po za​mknię​ciu ka​wiar​ni. Abi​ga​il była dla mnie zwia​stu​nem tego, co nie​- zna​ne; no​we​go świa​ta, do któ​re​go już za kil​ka ty​go​dni mia​łem uzy​skać wstęp. Pew​ne​go po​po​łu​dnia, ock​nąw​szy się z drzem​ki, zo​ba​czy​łem, że krą​żą nade mną sępy, któ​re naj​wy​raź​niej wzię​ły mnie za pa​- dli​nę. Spoj​rza​łem na ze​ga​rek – pra​wie trze​cia, spóź​nię się. Otrze​pa​łem dżin​sy z ku​rzu i po​bie​głem truch​tem, aż pia​sek ustą​pił miej​sca chod​ni​ko​wi, a moim oczom uka​za​ły się pierw​sze za​bu​do​wa​nia. Skrę​ci​łem za róg. Abi​ga​il za​mia​ta​ła ta​ras ka​wiar​ni. – Wy​czy​ści​łam już eks​pres do kawy – oznaj​mi​ła – więc nie licz na mro​żo​ne lat​te. Gdy tyl​ko skoń​czy​ła sprzą​tać, we​szli​śmy do środ​ka. Obok kasy le​ża​ła książ​ka w mięk​kiej opra​wie – Abi​ga​il pod​nio​sła ją i rzu​ci​ła w moją stro​nę. – Trzy​maj, coś dla cie​bie. Cią​gle tyl​ko czy​tasz tę wiel​ką li​te​ra​tu​rę. Mógł​byś dla od​mia​ny spró​bo​wać cze​goś nie​wy​szu​ka​ne​go. Była to pięć​set​stro​ni​co​wa po​wieść za​ty​tu​ło​wa​na Sa​tan: His Psy​cho​the​ra​py and Cure by the Unfor​tu​na​te Dr. Kas​sler, J.S.P.S. (Sza​tan: jego psy​cho​te​ra​pia i ule​cze​nie przez nie​szczę​sne​go dr. Kas​sle​ra, P.L.C.), pió​ra Je​re​my’ego Le​ve​na. Za​bra​łem ją do domu i prze​czy​ta​łem w je​den dzień. Istot​nie, nie mia​ła nic wspól​ne​go z li​te​ra​tu​rą wy​so​ką. Nie śmie​szy​ła mnie też, choć taki był chy​ba za​mysł au​to​ra. Spra​wi​ła jed​nak, że rzu​co​na mi​mo​cho​dem hi​po​te​za, iż umysł jest efek​tem funk​cjo​no​wa​nia mó​zgu, ude​rzy​ła we mnie z nie​zwy​kłą mocą i wstrzą​snę​ła moim na​iw​nym po​strze​ga​niem świa​ta. Tak, to mu​sia​ła być praw​da, ina​czej czym zaj​mo​wał​by się mózg? Choć po​sia​da​my wol​ną wolę, je​ste​śmy też or​ga​ni​zma​mi bio​lo​gicz​ny​mi, a mózg to or​gan i jako taki pod​le​ga wszel​kim pra​wom fi​zy​ki! Li​te​ra​tu​ra do​star​cza nam ob​szer​nych opi​sów od​no​śnie zna​czeń, ja​kie wszyst​kie​mu na​da​je​my, mózg zaś sta​no​wi ma​szy​ne​rię, któ​ra w ja​kiś spo​sób to umoż​li​wia. Brzmia​ło to jak ma​gia. Tam​tej nocy, w moim po​ko​ju, otwo​rzy​łem

ka​ta​log kur​sów Uni​wer​sy​te​tu Stan​for​da, któ​ry czy​ta​łem dzie​siąt​ki razy, i chwy​ci​łem za mar​ker. Oprócz kur​su z li​te​ra​tu​ry, za​zna​czo​ne​go już wcze​śniej, pod​kre​śli​łem tak​że za​ję​cia z bio​lo​gii i neu​ro​- nau​ki. Kil​ka lat póź​niej wciąż nie my​śla​łem zbyt dużo o ka​rie​rze, mimo że by​łem bli​ski ukoń​cze​nia stu​- diów z li​te​ra​tu​ry an​giel​skiej i bio​lo​gii czło​wie​ka. Nie kie​ro​wa​ła mną am​bi​cja, a ra​czej pró​ba od​po​wie​- dzi na py​ta​nie: co na​da​je zna​cze​nie ży​ciu ludz​kie​mu? Czu​łem, że li​te​ra​tu​ra w naj​lep​szy spo​sób opi​su​je ak​tyw​ność umy​słu, pod​czas gdy neu​ro​nau​ki za​pew​nia​ją ze​staw na​je​le​gant​szych za​sad rzą​dzą​cych dzia​ła​niem mó​zgu. Zna​cze​nie – choć była to kon​cep​cja ulot​na – wy​da​wa​ło się nie​ro​ze​rwal​nie zwią​za​ne z re​la​cja​mi mię​dzy​ludz​ki​mi i war​to​ścia​mi mo​ral​ny​mi. Sil​nie prze​mó​wi​ła do mnie Ja​ło​wa zie​mia T.S. Elio​ta, opi​su​ją​ca bez​sen​sow​ność i izo​la​cję, a tak​że roz​pacz​li​we po​szu​ki​wa​nie przez czło​wie​ka po​- wią​zań. Od​kry​wa​łem wręcz, że me​ta​fo​ry Elio​ta prze​ni​ka​ją do mo​je​go ję​zy​ka. Inni au​to​rzy tak​że po​zo​- sta​wi​li swój ślad: Na​bo​kov, za świa​do​mość, że na​sze cier​pie​nie czę​sto po​tra​fi uczy​nić nas śle​py​mi na ból in​nych jed​no​stek, czy Con​rad, za nad​zwy​czaj​ne wy​czu​cie, jak bar​dzo trud​no​ści w ko​mu​ni​ka​cji wpły​wa​ją na na​sze ży​cie. Li​te​ra​tu​ra nie tyl​ko na​świe​tla​ła do​świad​cze​nia dru​giej jed​nost​ki, za​pew​nia​ła też, jak są​dzi​łem, naj​bo​gat​szy ma​te​riał dla re​flek​sji mo​ral​nej. Moje krót​ko​trwa​łe wy​pa​dy na te​ren ety​ki for​mal​nej fi​lo​zo​fii ana​li​tycz​nej oka​za​ły się kom​plet​nie chy​bio​ne. Z mo​je​go punk​tu wi​dze​nia bra​ko​wa​- ło w niej ba​ła​ga​nu i cię​ża​ru praw​dzi​we​go ludz​kie​go ży​cia. Te aka​de​mic​kie, nie​mal​że klasz​tor​ne w swo​im cha​rak​te​rze ba​da​nia zna​cze​nia ludz​kiej eg​zy​sten​cji po​zo​sta​wa​ły w sprzecz​no​ści z po​trze​bą two​rze​nia i wzmac​nia​nia związ​ków, któ​re owe​mu zna​cze​niu nada​ły​by sens. Je​śli ży​cie nie​zba​da​ne nie jest war​te prze​ży​cia, to czy nie​prze​ży​te ży​cie war​te jest ba​da​- nia? Pod​czas let​nich wa​ka​cji po dru​gim roku stu​diów zło​ży​łem po​da​nia o dwie pra​ce: sta​ży​sty w ści​- śle na​uko​wym ośrod​ku Yer​kes Na​tio​nal Pri​ma​te Re​se​arch Cen​ter w Atlan​cie i po​moc​ni​ka ku​cha​rza w Sier​ra Camp, ro​dzin​nym ośrod​ku wa​ka​cyj​nym wy​cho​wan​ków Uni​wer​sy​te​tu Stan​for​da nad brze​- giem kry​sta​licz​nie czy​ste​go je​zio​ra Fal​len Leaf, przy​le​ga​ją​cym do osza​ła​mia​ją​co pięk​ne​go, dzi​kie​go ob​sza​ru lasu pań​stwo​we​go El​do​ra​do. Ulot​ki obie​cy​wa​ły naj​lep​sze wa​ka​cje ży​cia. Z za​sko​cze​niem i dumą przy​ją​łem fakt, że obie moje kan​dy​da​tu​ry roz​pa​trzo​no po​zy​tyw​nie. Mu​sia​łem za​tem wy​bie​rać mię​dzy ba​da​niem sen​su ży​cia a prze​ży​wa​niem go. Zwle​ka​łem do ostat​niej chwi​li i osta​tecz​nie wy​bra​łem obóz wa​ka​cyj​ny. Pod​jąw​szy de​cy​zję, skie​ro​wa​- łem kro​ki do biu​ra do​rad​cy stu​denc​kie​go na kie​run​ku bio​lo​gicz​nym, by po​in​for​mo​wać go o mo​ich za​- mia​rach. Gdy wsze​dłem do środ​ka, sie​dział przy biur​ku, jak zwy​kle za​głę​bio​ny w lek​tu​rze cza​so​pi​sma na​uko​we​go. Był to ci​chy, sym​pa​tycz​ny czło​wiek o opa​da​ją​cych po​wie​kach; gdy jed​nak opo​wie​dzia​łem mu o swo​ich pla​nach wa​ka​cyj​nych, zmie​nił się nie do po​zna​nia. Wy​ba​łu​szył oczy i po​czer​wie​niał na twa​rzy. – Słu​cham?! – nie do​wie​rzał wła​snym uszom. – To kim w koń​cu chcesz zo​stać po stu​diach, na​ukow​- cem czy... sze​fem kuch​ni? Se​mestr do​biegł koń​ca, a ja zna​la​złem się na wietrz​nej gór​skiej dro​dze pro​wa​dzą​cej do obo​zu – wciąż odro​bi​nę za​nie​po​ko​jo​ny, że tym ra​zem po​dą​ży​łem nie​wła​ści​wą ścież​ką ży​cio​wą. Na szczę​ście moje wąt​pli​wo​ści trwa​ły krót​ko. Obóz speł​nił wszel​kie na​dzie​je, ja​kie w nim po​kła​da​łem: pięk​no ma​ni​- fe​stu​ją​ce się w je​zio​rach, gó​rach i lu​dziach; bo​gac​two do​świad​czeń, roz​mów i przy​jaź​ni. Pod​czas peł​ni księ​ży​ca świa​tło za​le​wa​ło dzi​kie ostę​py, dzię​ki cze​mu moż​na było wę​dro​wać bez la​ta​rek. Wy​cho​dzi​li​- śmy na szlak o dru​giej w nocy i sta​wa​li​śmy na naj​bliż​szym szczy​cie, Mo​unt Tal​lac, tuż przed świ​ta​- niem. Czy​ste, roz​gwież​dżo​ne nie​bo od​bi​ja​ło się w pła​skich, nie​ru​cho​mych wo​dach je​zior w dole. Przy​- tu​le​ni w śpi​wo​rach na wy​so​ko​ści bli​sko trzech ty​się​cy me​trów, opie​ra​li​śmy się mroź​nym po​dmu​-

chom wia​tru, po​pi​ja​jąc go​rą​cą kawę – co za szczę​ście, że ktoś ją za​brał! Póź​niej sia​da​li​śmy, żeby pa​- trzeć, jak brzask bar​wi wschod​ni ho​ry​zont pierw​szą za​po​wie​dzią błę​ki​tu dnia, któ​ry wy​ma​zy​wał gwiaz​dy z nie​ba. Po​ran​ne nie​bo się​ga​ło co​raz wy​żej i wy​żej, aż w koń​cu po​ja​wiał się pro​mień słoń​ca. Sa​mo​cho​dy pra​cow​ni​ków po​ran​nej zmia​ny oży​wia​ły od​le​głe dro​gi So​uth Lake Ta​hoe. Kie​dy jed​nak czło​wiek spo​glą​dał w górę, wi​dział miej​sce po​środ​ku nie​ba, gdzie błę​kit prze​cho​dził w gra​nat, a na za​- cho​dzie noc wciąż zda​wa​ła się nie​pod​bi​ta – czar​na jak atra​ment i roz​gwież​dżo​na, z księ​ży​cem w peł​ni ucze​pio​nym fir​ma​men​tu. Ze wscho​du świa​tło bu​dzą​ce​go się dnia ogrze​wa​ło twa​rze; na za​cho​dzie noc pa​no​wa​ła nie​po​dziel​nie, jak​by nie za​mie​rza​ła ska​pi​tu​lo​wać. Ża​den fi​lo​zof nie zdo​ła ująć wspa​nia​ło​ści le​piej niż tam​ta chwi​la, jak​by to wła​śnie wte​dy Bóg wy​rzekł sło​wa: „Nie​chaj się sta​nie świa​tłość!”. Na tle po​tę​gi gór, Zie​mi, wszech​świa​ta czło​wiek ma​lał do roz​mia​rów nic nie​zna​czą​ce​go pył​ku, a mimo to wciąż czuł pod sto​pa​mi twar​dy grunt – po​twier​dze​nie obec​no​ści po​śród ma​je​sta​tu. Lato w Sier​ra Camp – nie​róż​nią​ce się być może zbyt​nio od wa​ka​cji na in​nych obo​zach – ob​fi​to​wa​ło w dni peł​ne ży​cia i wię​zi, któ​re na​da​ją mu sens. W nie​któ​re noce zbie​ra​li​śmy się całą gru​pą na ta​ra​sie ja​dal​ni, gdzie po​pi​ja​li​śmy whi​skey z za​stęp​cą dy​rek​to​ra obo​zu o imie​niu Mo, ab​sol​wen​tem Uni​wer​sy​- te​tu Stan​for​da, któ​ry zro​bił so​bie prze​rwę od stu​diów dok​to​ranc​kich z fi​lo​lo​gii an​giel​skiej, by dys​ku​- to​wać o li​te​ra​tu​rze i do​nio​słych kwe​stiach do​ro​słe​go ży​cia. Rok póź​niej wzno​wił stu​dia, a po ja​kimś cza​sie przy​słał mi opu​bli​ko​wa​ne opo​wia​da​nie, któ​re opi​sy​wa​ło nasz wspól​nie spę​dzo​ny czas: Rap​tem zda​ję so​bie spra​wę, cze​go pra​gnę. Chcę, żeby opie​ku​no​wie zbu​do​wa​li stos po​grze​bo​wy... i po​zwo​li​li moim po​pio​łom zmie​szać się z pia​skiem. Niech moje ko​ści zgi​ną wśród dry​fu​ją​ce​go drew​na, a zęby w pia​chu... Nie wie​rzę w dzie​cię​- ce mą​dro​ści ani w mą​drość wie​ku. W ży​ciu nad​cho​dzi chwi​la, mo​ment kul​mi​na​cyj​- ny, gdy suma zgro​ma​dzo​ne​go do​świad​cze​nia ugi​na się pod cię​ża​rem szcze​gó​łów eg​- zy​sten​cji. Naj​mą​drzej​si je​ste​śmy wła​śnie wte​dy, gdy trwa​my w tej chwi​li. Po po​wro​cie na uni​wer​sy​tet nie tę​sk​ni​łem za mał​pa​mi, po​nie​waż ży​cie wy​da​wa​ło mi się bo​ga​te i peł​ne. Przez na​stęp​ne dwa lata trzy​ma​łem się go kur​czo​wo, po​szu​ku​jąc głęb​sze​go sen​su funk​cjo​no​- wa​nia umy​słu. Się​ga​łem po li​te​ra​tu​rę i dzie​ła fi​lo​zo​fów, by zro​zu​mieć, co na​da​je ży​ciu war​tość; stu​- dio​wa​łem neu​ro​fi​zjo​lo​gię i prze​sia​dy​wa​łem w pra​cow​ni fMRI[4], sta​ra​jąc się po​jąć, w jaki spo​sób mózg dał po​czą​tek or​ga​ni​zmo​wi zdol​ne​mu po​szu​ki​wać w świe​cie sen​su; za​cie​śnia​łem przy​jaź​nie w krę​gu naj​bliż​szych zna​jo​mych, or​ga​ni​zu​jąc prze​róż​ne eska​pa​dy. Na​je​cha​li​śmy na uni​wer​sy​tec​ką ka​wiar​nię, prze​bra​ni za Mon​go​łów, stwo​rzy​li​śmy fał​szy​we brac​two stu​denc​kie, łącz​nie z prze​róż​ny​mi kon​ku​ren​- cja​mi na ty​dzień re​kru​ta​cji, po​zo​wa​li​śmy przed bra​ma​mi pa​ła​cu Buc​kin​gham w stro​ju go​ry​la, wła​ma​- li​śmy się o pół​no​cy do ko​ścio​ła Stan​ford Me​mo​rial, żeby le​żeć na po​sadz​ce i wsłu​chi​wać się w echo na​szych gło​sów, roz​brzmie​wa​ją​ce w ab​sy​dzie i tak da​lej. (Kie​dy póź​niej do​wie​dzia​łem się, że Vir​gi​nia Wo​olf we​szła raz na po​kład okrę​tu wo​jen​ne​go prze​bra​na za człon​ki​nię abi​syń​skie​go rodu kró​lew​skie​- go, prze​sta​łem chwa​lić się na​szy​mi try​wial​ny​mi żar​ta​mi). Na ostat​nim roku stu​diów, pod​czas za​jęć z neu​ro​fi​zjo​lo​gii i ety​ki przed za​koń​cze​niem se​me​stru, od​wie​dzi​li​śmy ho​spi​cjum dla osób, któ​re do​zna​ły cięż​kich uszko​dzeń mó​zgu. Gdy wkro​czy​li​śmy do re​cep​cji, po​wi​ta​ło nas upior​ne za​wo​dze​nie. Trzy​dzie​sto​kil​ku​let​nia prze​wod​nicz​ka przed​sta​wi​ła się gru​pie, ale ja szu​ka​łem wzro​kiem źró​dła ha​ła​su. Za kon​tu​arem re​cep​cji wi​siał duży te​le​wi​zor, chwi​lo​- wo wy​ci​szo​ny, na któ​rym wy​świe​tla​no ja​kąś ope​rę my​dla​ną. Ekran wy​peł​nia​ła nie​bie​sko​oka, ele​ganc​ko ucze​sa​na bru​net​ka z gło​wą trzę​są​cą się odro​bi​nę od emo​cji, któ​ra zwra​ca​ła się z bła​gal​nym wy​ra​zem twa​rzy do ko​goś poza ka​drem. Po chwi​li ka​me​ra cof​nę​ła się, uka​zu​jąc jej ko​chan​ka o moc​nej szczę​ce i bez wąt​pie​nia szorst​kim, za​chryp​nię​tym gło​sie. Ob​ję​li się na​mięt​nie, a za​wo​dze​nie przy​bra​ło na sile.

Pod​sze​dłem bli​żej, aby zer​k​nąć za kon​tu​ar – na nie​bie​skiej ma​cie przed te​le​wi​zo​rem sie​dzia​ła mło​da ko​bie​ta, może po dwu​dzie​st​ce, ubra​na w pro​stą su​kien​kę z ma​te​ria​łu w kwia​ty. Przy​ci​ska​ła do oczu za​ci​śnię​te pię​ści, ki​wa​jąc się w przód i w tył, oczy​wi​ście ani na chwi​lę nie prze​sta​jąc wyć. Kie​dy tak się po​ru​sza​ła, za​uwa​ży​łem, że z tyłu gło​wy ma duży, bla​dy pla​cek skó​ry, gdzie od​pa​dły jej wło​sy. Wró​ci​łem do gru​py, ru​sza​ją​cej wła​śnie na ob​chód po ho​spi​cjum. Roz​ma​wia​jąc z prze​wod​nicz​ką, do​- wie​dzia​łem się, że wie​lu pa​cjen​tów od​nio​sło uszko​dze​nia mó​zgu w dzie​ciń​stwie, na sku​tek pod​to​pie​- nia. W trak​cie ob​cho​du do​strze​głem też, że je​ste​śmy je​dy​ny​mi od​wie​dza​ją​cy​mi. – Czy to nor​mal​ne? – za​py​ta​łem. Prze​wod​nicz​ka wy​tłu​ma​czy​ła, że z po​cząt​ku ro​dzi​ny od​wie​dza​ją bli​skich czę​sto, każ​de​go dnia, a na​wet dwa razy dzien​nie. Po​tem przy​cho​dzą co​raz rza​dziej – co dwa dni, tyl​ko w week​en​dy... Po mie​- sią​cach, a cza​sem la​tach wi​zy​ty ogra​ni​cza​ją się do uro​dzin i świąt. Ko​niec koń​ców więk​szość ro​dzin od​su​wa się od cho​re​go tak bar​dzo, jak to tyl​ko moż​li​we. – Nie mam im tego za złe – stwier​dzi​ła ko​bie​ta. – Trud​no opie​ko​wać się tymi dzieć​mi. Czu​łem, jak na​ra​sta we mnie złość. Trud​no? Ja​sne, że trud​no, ale jacy ro​dzi​ce po​rzu​ca​ją wła​sne dziec​ko? We​szli​śmy do sali, gdzie pa​cjen​ci le​że​li nie​ru​cho​mo na łóż​kach po​lo​wych, je​den obok dru​- gie​go, ni​czym żoł​nie​rze w ko​sza​rach. Sze​dłem wzdłuż tego rzę​du, aż w pew​nej chwi​li na​wią​za​łem kon​takt wzro​ko​wy z ja​kąś dziew​czy​ną – na​sto​lat​ką o ciem​nych, splą​ta​nych wło​sach. Przy​sta​ną​łem i roz​cią​gną​łem usta w uśmie​chu, żeby dać jej do zro​zu​mie​nia, że przej​mu​ję się jej lo​sem. Chwy​ci​łem ją za rękę – była bez​wład​na. Mimo to dziew​czy​na za​char​cza​ła i, pa​trząc wprost na mnie, od​wza​jem​ni​ła uśmiech. – Ona chy​ba się uśmie​cha – zwró​ci​łem uwa​gę pra​cow​ni​cy. – Moż​li​we – od​par​ła. – Cza​sem trud​no to stwier​dzić. Ale ja by​łem pe​wien swe​go. Na​sto​lat​ka uśmie​cha​ła się do mnie. Wró​ci​li​śmy na uni​wer​sy​tet, a po za​ję​ciach zo​sta​łem na sali sam na sam z wy​kła​dow​cą. – I co o tym my​ślisz? – za​py​tał, ma​jąc na my​śli ho​spi​cjum. Otwar​cie da​łem upust swo​jej zło​ści, że ro​dzi​ce po​rzu​ca​ją te bied​ne dzie​ci, a po​tem opo​wie​dzia​łem o sy​tu​acji, gdy jed​no z nich się do mnie uśmiech​nę​ło. Mój pro​fe​sor był dla stu​den​tów men​to​rem, oso​bą, któ​ra wie​le uwa​gi po​świę​ca​ła temu, w jaki spo​sób na​uka spla​ta się z mo​ral​no​ścią. Ocze​ki​wa​łem, że się ze mną zgo​dzi. – No tak – od​parł. – Ale to do​brze, do​brze dla cie​bie. Choć mu​sisz wie​dzieć, że cza​sa​mi by​ło​by le​piej, gdy​by te dzie​ci umie​ra​ły. Chwy​ci​łem tor​bę i wy​sze​dłem. Ale ta dziew​czy​na uśmie​cha​ła się do mnie, praw​da? Do​pie​ro ja​kiś czas póź​niej zda​łem so​bie spra​wę, że dzię​ki tam​tej wi​zy​cie w ho​spi​cjum le​piej zro​zu​- mia​łem, że mó​zgi ob​da​rza​ją nas zdol​no​ścią two​rze​nia wię​zi i na​da​ją ży​ciu sens. Ale cza​sa​mi mó​zgi się psu​ją. * * * Choć wiel​ki​mi kro​ka​mi zbli​żał się ko​niec stu​diów, drę​czy​ło mnie prze​czu​cie, że zbyt wie​le py​tań po​- zo​sta​ło bez od​po​wie​dzi i to nie ko​niec mo​jej na​uki. Zło​ży​łem pa​pie​ry na stu​dia ma​gi​ster​skie z li​te​ra​- tu​ry an​giel​skiej i zo​sta​łem przy​ję​ty. Z bie​giem cza​su utwier​dzi​łem się w prze​ko​na​niu, że ję​zyk ma nie​-