Wm. Paul Young
Rozdroża
Przełożyła Maria Gębicka-Frąc
Warszawa 2012
Historia ta dedykowana jest naszym wnukom, niepowtarzalnym
odbiciom swoich rodziców własnym wszechświatom niezbadanym
dawcom radości i zdumienia zarażającym nasze serca głęboko i na
wieki.
Pewnego dnia, kiedy przeczytasz tę historię, może będzie okienkiem,
przez które lepiej zrozumiesz swojego Dziadka, swojego Boga i swój
świat!
1
Zbiera się na burzę
Najbardziej godnym pożałowania jest ten spośród ludzi, kto
swe marzenia zamienia na srebro i złoto.
Chalil Gibran
Czasami zima w Portland w stanie Oregon jest łobuzem,
który pluje deszczem i wali na oślep śniegiem, gwałtem
wydziera dni wiośnie, powołując się na jakieś archaiczne
prawo, żeby pozostać królową pór roku - w ostatecznym
rozrachunku to daremna próba kolejnego pretendenta. Tego
roku było jednak inaczej. Zima po prostu odeszła jak zbita
kobieta, ze spuszczoną głową, w złachmanionym stroju w
kolorze brudnej bieli i brązów, z biadoleniem albo obietnicą
powrotu. Różnica pomiędzy jej obecnością a nieobecnością
była ledwo zauważalna.
Dla Anthony’ego Spencera nie miało to znaczenia. Zima
była utrapieniem, a wiosna niewiele lepsza. Gdyby miał taką
władzę, usunąłby obie pory z kalendarza, wraz z wilgotną i
deszczową częścią jesieni. Pięciomiesięczny rok byłby
odpowiedni, zdecydowanie lepszy od przedłużających się
okresów niepewności. U progu wiosny zawsze się
zastanawiał, dlaczego wciąż tkwi na północnym zachodzie, i
co roku zadawał sobie to samo pytanie. Może niezmienność,
choć niespełniająca oczekiwań, ma swoje dobre strony. Myśl
o rzeczywistej zmianie była zniechęcająca. Im bardziej
zakorzeniał się w swoich nawykach i poczuciu
bezpieczeństwa, tym mniej był skłonny wierzyć, że cokolwiek
innego jest warte wysiłku, jeśli nawet możliwe. Znany,
ustalony porządek, choć czasami nieprzyjemny, przynajmniej
jest przewidywalny.
Rozsiadł się wygodniej w fotelu i spojrzał znad zasłanego
papierami biurka na ekran komputera. Dzięki stuknięciom w
klawisze mógł obserwować obrazy z kamer monitoringu,
przesyłane z jego nieruchomości: z mieszkania w budynku
sąsiadującym z tym, w którym siedział, z głównego biura,
strategicznie usytuowanego w centrum Portland w połowie
wysokości średniego biurowca, z letniego domu na
wybrzeżu, i z rezydencji w West Hills. Patrzył, niespokojnie
postukując palcem wskazującym prawej dłoni w kolano.
Wokół panowała cisza i spokój, jakby świat wstrzymał
oddech. Jest tyle sposobów, żeby być samemu.
Choć ci, którzy spotykali się z nim w interesach albo na
gruncie towarzyskim, mieliby inne zdanie, Tony nie należał
do pogodnych osób. Był zdeterminowany i zawsze
wypatrywał korzystnych okazji. Często wymagało to
otwartości i bycia towarzyskim, szerokich uśmiechów,
kontaktu wzrokowego i mocnych uścisków dłoni, nie z
prawdziwej sympatii, ale dlatego, że każda osoba mogła
posiadać cenne informacje potrzebne do osiągnięcia
sukcesu. Zadawał liczne pytania, rozsiewając aurę
szczerego zainteresowania, inni zaś pozostawali z
przeświadczeniem o własnej ważności, lecz również z
uporczywym wrażeniem pustki. Znany z filantropijnych
gestów, rozumiał wartość współczucia jako środka
uświęcającego znacznie ważniejsze cele. Gdy okazuje się
troskę, o wiele łatwiej można manipulować ludźmi. Po kilku
niezdecydowanych próbach doszedł do wniosku, że przyjaźń
jest złą inwestycją. Przynosi zbyt małe zyski. Rzeczywiste
przejmowanie się losem innych jest kłopotliwym luksusem,
na który nie miał czasu ani energii.
Postanowił za to odnosić sukcesy na polu zarządzania
nieruchomościami i ich rozwoju; podejmował więc różno-
rodne przedsięwzięcia handlowe i powiększał portfel pa-
pierów wartościowych, budził szacunek, a także lęk jako
twardy negocjator i niedościgniony mistrz w zawieraniu
umów. Dla Tony ego szczęście było głupim i przemijającym
sentymentem, ulotną mgiełką, w porównaniu z upajającym
zapachem potencjalnych transakcji i uzależniającym sma-
kiem zwycięstwa. Jak Scrooge z dawnych czasów, rozko-
szował się odzieraniem z resztek godności otaczających go
ludzi, zwłaszcza pracowników, którzy ze strachu, jeśli nie z
szacunku, wypruwali z siebie żyły. Z pewnością tacy jak oni
nie są godni ani miłości, ani współczucia.
Kiedy się uśmiechał, mógł uchodzić za przystojnego fa-
ceta. Geny obdarzyły go wysokim wzrostem, ponad sześć
stóp, i gęstymi włosami, które nawet teraz, po czterdziestce,
trzymały się mocno, choć dystyngowana siwizna przy-
prószyła mu skronie. Wyglądał jak Anglosas, ale szczypta
czegoś ciemniejszego i delikatniejszego zmiękczała mu rysy,
szczególnie wyraźnie w takich nieczęstych chwilach, kiedy
jakaś fantazja czy nieopanowany śmiech wyrywał go z ram
typowego dlań sztywnego zachowania.
Pod wieloma względami uchodził za zamożnego, odno-
szącego sukcesy faceta do wzięcia. Będąc po trosze kobie-
ciarzem, ćwiczył na tyle, żeby nie wypaść z gry, i nosił tylko
lekko obwisły brzuszek, który można było odpowiednio
wciągnąć. Kobiety w jego życiu pojawiały się i znikały, im
mądrzejsze, tym prędzej, i każda miłostka wnosiła coraz
mniej do jego bagażu doświadczeń.
Był dwukrotnie żonaty z tą samą kobietą. Pierwsze mał-
żeństwo, zawarte, gdy oboje mieli po dwadzieścia kilka lat,
zaowocowało synem i córką, która, już dorosła i gniewna,
mieszkała niedaleko matki na drugim końcu kraju. Ich syn to
zupełnie inna historia. Małżeństwo zakończyło się rozwodem
z powodu różnic nie do pogodzenia, podręcznikowego
przykładu wyrachowanej obojętności i bezdusznego braku
uwagi. W ciągu kilku krótkich lat Tony zdołał rozbić godność
Loree i jej poczucie własnej wartości na trudne do
rozpoznania kawałeczki.
Problem polegał na tym, że wycofała się z wdziękiem, dla-
tego nie mógł tego uznać za prawdziwe zwycięstwo. Z tego
powodu przez następne dwa lata zabiegał o jej względy, nie
szczędził kosztów na wspaniałą ceremonię powtórnych
zaślubin, a dwa tygodnie później podsunął jej dokumenty
rozwodowe. Plotka mówiła, że zostały przygotowane jeszcze
przed złożeniem podpisów na ponownym akcie małżeństwa.
Tym razem przyszła do niego z całą furią kobiety
wzgardzonej, on zaś zmiażdżył ją finansowo, prawnie i psy-
chicznie. Z pewnością taki wynik mógł zostać uznany za
wygraną. Była to gra bezlitosna, ale tylko dla niego.
Ceną, jaką w konsekwencji zapłacił, była utrata córki. Gdy
wypił za dużo szkockiej, w jej cieniach unosiło się widmo tej
porażki, prześladujący go duch, który szybko przepadał w
natłoku pracy i w dążeniu do kolejnych zwycięstw. Ich syn był
pierwszym znaczącym powodem nadużywania szkockiej,
dostępnego bez recepty lekarstwa, które wygładzało
poszarpane skraje pamięci i żalu, a także uśmierzało
bolesne migreny, które się stały jego okazjonalnym towa-
rzyszem.
W sferze biznesu Anthony Spencer był szanowany, a także
budził lęk jako twardy negocjator i mistrz manipulacji. Niczym
Scrooge z dawnych czasów, rozkoszował się odzieraniem z
resztek godnos'ciotaczających go ludzi, szczególnie
pracowników, którzy ze strachu, jeśli nie z szacunku,
wypruwali z siebie żyły. Z pewnością ktoś taki jak on nie jest
wart ani miłości, ani współczucia.
Jeśli wolność jest procesem przyrostowym, podobnie jest z
wdzieraniem się zła. Drobne odstępstwa od prawdy i po-
mniejsze usprawiedliwienia z czasem tworzą gmach, którego
zbudowanie nigdy nie było zaplanowane. Ta prawda odnosi
się w takim samym stopniu do każdego Hitlera czy Stalina,
jak do zwykłego człowieka. Wnętrze domu duszy jest
wspaniałe, ale kruche; każda zdrada, każde kłamstwo
zakorzenione w jego murach i fundamentach przesuwa
konstrukcję w niewyobrażalnych kierunkach.
Tajemnica każdej ludzkiej duszy, nawet duszy Anthony ego
Spencera, jest niezgłębiona. Tony narodził się w eksplozji
życia, rozszerzający się wewnętrzny wszechświat łączył
swoje własne układy słoneczne i galaktyki z niewyobrażalną
symetrią i elegancją. Tutaj nawet chaos odegrał swoją rolę i
porządek wyłonił się jako efekt uboczny. Materia weszła do
tańca komponowanego przez rywalizujące siły grawitacyjne,
które obracały tancerzami kosmicznego walca, rozpraszały
ich w bezustannej wymianie brania i dawania przestrzeni,
czasu i muzyki. W pewnym momencie ból z powodu
poniesionej straty naruszył tę delikatną strukturę i
wszechświat jął się zapadać. Deterioracja falowała na
powierzchni, wyrażając się w samoobronnym strachu, ego-
istycznej ambicji i twardnieniu wszystkiego, co delikatne. To,
co było żywą istotą, sercem ciała, przemieniło się w kamień;
mała twarda skała zamieszkała w skorupie cielesnej powłoki.
Kiedyś forma była wyrazem wewnętrznego cudu i
wspaniałości. Teraz musiała szukać drogi bez żadnego
wsparcia, fasada w poszukiwaniu serca, umierająca gwiazda
wygłodniała w swojej własnej pustce.
Zarówno ból, jak i strata, czy wreszcie osamotnienie to
srodzy tyrani, ale wszystko to razem powoduje niewyobra-
żalne spustoszenia. Uzbroiły egzystencję Tony ego, wypo-
sażając go w zdolność do chowania noży w słowach, do
wznoszenia murów chroniących wnętrze przed podejściem z
dowolnej strony, zamykając go w złudnym poczuciu bez-
pieczeństwa, podczas gdy w rzeczywistości był odizolowany
i samotny. W życiu Tony ego istniało teraz niewiele praw-
dziwej muzyki, ledwie słyszalne tony kreatywności. Ścieżkę
dźwiękową jego egzystencji trudno byłoby uznać nawet za
muzykę z puszki - przewidywalne melodyjki odtwarzane w
windach, towarzyszące jego przewidywalnym zachowaniom.
Ludzie, którzy rozpoznawali go na ulicach, kiwali głową na
powitanie, przy czym ci bardziej wnikliwi wypluwali swoją
pogardę na chodnik, gdy tylko ich minął. Ale wielu dawało
się nabrać; łaszący się pochlebcy czekali na jego następne
wytyczne, rozpaczliwie pragnąc strzępka aprobaty albo
dostrzegalnych względów. Rzekomy sukces pociąga za
sobą innych, niesionych potrzebą zapewnienia sobie zna-
czenia, tożsamości i planu. Postrzeganie jest rzeczywistoś-
cią, nawet jeśli to, co się postrzega, jest kłamstwem.
Tony miał duży dom na rozległym terenie w północnej
części West Hills, i o ile nie wydawał przyjęcia dla takich czy
innych korzyści, ogrzewał tylko niewielką jego część. Choć
rzadko tam przebywał, zachował go jako pomnik zwycięstwa
nad żoną. Loree dostała nieruchomość na mocy pierwszej
ugody rozwodowej, ale musiała ją sprzedać, żeby pokryć
rosnące koszty drugiego rozwodu. Tony przez osoby trzecie
za grosze kupił rezydencję, a zaraz potem urządził przyjęcie
niespodziankę: eksmisję z udziałem policji, która
wyprowadziła oszołomioną byłą żonę z terenu posesji w dniu
podpisania aktu sprzedaży.
Pochylił się, włączył komputer, sięgnął po szkocką i obrócił
fotel, żeby spojrzeć na listę nazwisk wypisanych na białej
tablicy. Wstał, zmazał cztery nazwiska, dodał jedno, i z
powrotem padł na fotel, a jego galopujące palce znów
wystukiwały rytm na blacie biurka. Dzisiaj był w paskud-
niejszym nastroju niż zwykle. Zobowiązania biznesowe
zmusiły go do udziału w konferencji w Bostonie, dla niego
mało interesującej, a potem drobny kryzys w dziale kadr
sprawił, że wrócił do Portland dzień wcześniej niż planował.
Choć zirytowany, że musiał się zająć sprawą, którą z łatwoś-
cią powinni załatwić podwładni, był wdzięczny za pretekst,
umożliwiający mu rezygnację z trudnych do wytrzymania
seminariów i powrót do równie trudnej do wytrzymania ru-
tyny, o tyle tylko lepszej, że miał nad nią większą kontrolę.
Ale coś się zmieniło. Coś, co się zaczęło jako sugestia
zarysu niepokoju, nabrało siły świadomego głosu. Od kilku
tygodni prześladowało go dokuczliwe wrażenie, że jest
śledzony. Z początku to bagatelizował, zwalając winę na
stres i przepracowanie. A jednak raz posiana myśl znalazła
żyzną glebę, i nasienie, łatwe do usunięcia po gruntownym
wzięciu pod rozwagę, wypuściło korzenie, które szybko wy-
raziły się nerwową hiperczujnością, wysysając jeszcze
więcej energii z już i tak bezustannie czujnego umysłu.
Zaczął zwracać uwagę na szczegóły w drobnych wyda-
rzeniach. Każdy z nich pojedynczo mógłby wzbudzić co
najwyżej umiarkowane zdziwienie, ale łącznie stały się
ostrzegawczym chórem w jego świadomości. Czarny SUV
czasami jechał za nim do siedziby firmy; pracownik stacji
paliw zapomniał mu zwrócić kartę kredytową i zrobił to
dopiero po kilku minutach; firma ochroniarska powiadomiła
go o trzech przerwach w dostawie prądu - tylko w jego
domu, u sąsiadów światła nie zgasły, a każda przerwa trwała
dokładnie dwadzieścia dwie minuty o tej samej porze przez
trzy dni z rzędu. Tony zaczął zwracać większą uwagę na
drobne incydenty, a nawet na to, jak patrzą na niego inni -
barista w Stumptown Coffee, ochroniarz przy wejściu na
parterze, pracownicy przy biurkach. Zauważył, że gdy
odwraca się w ich stronę, szybko spuszczają wzrok i
zmieniają mowę ciała, żeby pokazać, że są zajęci i nic in-
nego ich nie interesuje.
Reakcje tych zupełnie różnych osób łączyło denerwujące
podobieństwo, jakby działali w zmowie, jakby dzielili sekret,
do którego on nie został dopuszczony. Im bardziej się
przyglądał, tym więcej zauważał, i z tego powodu tym
bardziej się przyglądał. Zawsze miał lekką paranoję, ale te-
raz urosło to do ciągłego doszukiwania się spisków, wskutek
czego był nieustannie wzburzony i zdenerwowany.
Tony urządził sobie prywatne mieszkanko - gabinet z sy-
pialnią, kuchnią i łazienką - i nikt, nawet jego prawnik nie
znał tej lokalizacji. Z owej zacisznej kryjówki nad rzeką,
niedaleko Macadam Avenue, korzystał wtedy, gdy po prostu
chciał zniknąć na kilka godzin albo spędzić noc tam, gdzie
nikt go nie znajdzie.
Był właścicielem całego budynku, w którym mieściła się
jego kryjówka, ale przed laty przeniósł tytuł własności na
firmę fasadową. Potem odnowił część piwnicy, wyposażając
ją w najnowocześniejsze urządzenia służące do obserwacji i
ochrony. Poza bezpośrednimi wykonawcami, wynajętymi
przez pośredników, nikt nie widział tych pomieszczeń.
Nawet plany budynku nie ujawniały ich istnienia, dzięki
łapówkom i dobrze ulokowanym dotacjom dla lokalnych
władz. Po wprowadzeniu właściwego kodu do czegoś, co
wyglądało jak klawiatura zardzewiałej telefonicznej skrzynki
przyłączowej w głębi nieużywanego kantorka dozorcy,
ściana się przesuwała, odsłaniając stalowe drzwi przeciwpo-
żarowe z nowoczesną kamerą i numeryczną klawiaturą.
Lokum było prawie całkowicie samowystarczalne, pod-
łączone do zasilania i Internetu niezależnie od reszty kom-
pleksu. Ponadto, gdyby program monitorujący wykrył jakąś
próbę wytropienia tego miejsca, nastąpiłoby wyłączenie
systemu do czasu zresetowania przez wprowadzenie nowe-
go, automatycznie generowanego kodu. Można było tego
dokonać tylko w dwóch miejscach: w jego biurze w centrum i
wewnątrz samej kryjówki. Z nawyku, zanim wszedł, wyłączał
komórkę, wyjmował kartę SIM i baterię. W razie potrzeby
mógł włączyć telefon stacjonarny z zastrzeżonym numerem.
Nie było to mieszkanie na pokaz. Nie brakowało tam dzieł
sztuki, ale wnętrze cechowała niemal spartańska prostota.
Wiedząc, że nikt inny nigdy nie zobaczy tych pokoi, zapełnił
je rzeczami, które miały dla niego osobiste znaczenie. Pod
ścianami stały regały pełne książek, z których wielu nawet
nie otworzył, aleje zachował, bo należały do jego ojca. Inne,
szczególnie te należące do klasyki, matka czytała jemu i
jego bratu. Najbardziej znanymi wśród nich były dzieła C.S.
Lewisa i George’a MacDonalda, ulubione powieści jego
dzieciństwa. Honorowe miejsce zajmowało wczesne
wydanie „Portretu Doriana Graya” Oscara Wilde’a, które
trzymał tylko dla siebie. Na jednej półce stało mnóstwo
książek biznesowych, wiele razy czytanych i poznaczonych
zakładkami, arsenał mentorów. Tu i ówdzie na ścianach
wisiały grafiki Eschera i akwarele Doolittle, a w kącie stał
stary gramofon. Tony miał kolekcję płyt winylowych, których
zgrzytanie było krzepiącym przypomnieniem dawno
minionych czasów.
Tutaj przechowywał również niezwykle ważne przedmioty i
dokumenty: akty notarialne, tytuły własności, i przede
wszystkim swój oficjalny testament. Przeglądał go często i
zmieniał, dodając albo odejmując spadkobierców - których
ścieżki często przypadkiem przecinały ścieżkę jego życia -
zależnie od tego, czy ich poczynania go rozzłościły, czy
sprawiły mu przyjemność. Wyobrażał sobie wpływ spadku
albo jego braku na tych, którzy będą zainteresowani jego
majątkiem, gdy on dołączy do szeregów „drogich zmarłych”.
Jego osobisty adwokat, nie ten, który był prawnikiem firmy,
miał klucz do skrytki depozytowej w głównym oddziale banku
Wells Fargo w centrum. Mógł uzyskać do niej dostęp tylko z
aktem zgonu Tony’ego w ręku. W środku znajdowały się
informacje dotyczące lokalizacji prywatnego apartamentu, a
także instrukcje, jak tam wejść i gdzie znaleźć kody, żeby
otworzyć ukryty w podłodze sejf. Gdyby ktoś spróbował się
dobrać do skrytki bez poświadczonego aktu zgonu, bank był
zobowiązany natychmiast powiadomić właściciela. Tony
uprzedził prawnika, że gdyby coś takiego wpadło mu do
głowy, ich umowa zostanie rozwiązana ze skutkiem
natychmiastowym, co pociągnie za sobą wstrzymanie
pokaźnych honorariów wypłacanych pierwszego roboczego
dnia każdego miesiąca.
Tony trzymał starszą wersję testamentu w sejfie w głów-
nym biurze, na pokaz. Kilku jego wspólników i kolegów
mogło korzystać z sejfu, i miał skrytą nadzieję, że jeden czy
drugi ulegnie ciekawości. Wyobrażał sobie ich początkowe
zadowolenie z poznania treści jego ostatniej woli, a potem
kubeł zimnej wody, gdy zostanie odczytany prawdziwy te-
stament.
Było powszechnie wiadomo, że Tony jest właścicielem i
zarządcą nieruchomości sąsiadującej z blokiem, w którym
mieściła się jego kryjówka. Była to podobna budowla ze
sklepami na parterze i mieszkaniami na piętrach. Budynki
miały wspólny podziemny parking ze strategicznie rozmiesz-
czonymi kamerami, które, jak mogło się wydawać, pokrywały
cały teren, ale w rzeczywistości omijały korytarz umoż-
liwiający niezauważone przejście. Tony mógł szybko, nie
zwracając niczyjej uwagi, przekraść się do swojej kryjówki.
W celu usprawiedliwienia regularnych wizyt w tej części
miasta, nabył apartament z dwiema sypialniami na pierw-
szym piętrze budynku obok tego z tajnym lokum. Kompletnie
i bogato urządzone mieszkanie stanowiło idealny parawan i
nocował w nim częściej niż w rezydencji w West Hills albo w
domu letniskowym na wybrzeżu, niedaleko Depoe Bay.
Zmierzył, ile czasu potrzeba na przejście przez parking i
wiedział, że w niespełna trzy minuty może się odizolować w
swoim wyjątkowym azylu. Kontakt ze światem zewnętrznym
umożliwiały mu podłączone do cyfrowego rejestratora
kamery wideo, monitorujące jego nieruchomości i biuro w
centrum. Drogi elektroniczny sprzęt służył bardziej sa-
moobronie niż czemukolwiek innemu. Celowo nie umieścił
kamer w sypialnych czy łazienkach, wiedząc, że od czasu do
czasu inni będą z nich korzystać za jego zgodą. Może często
zachowywał się obrzydliwie, ale na pewno nie był
podglądaczem.
Każdy, kto rozpoznawał jego samochód wjeżdżający do
podziemnego garażu, po prostu zakładał, zazwyczaj popraw-
nie, Ce Tony przyjechał spędzić noc w swoim mieszkaniu.
Stał się niejako elementem tutejszego krajobrazu, częścią
szumu tła codziennej aktywności - jego obecność albo
nieobecność nie wysyłała sygnału, nie przyciągała uwagi, i
właśnie na tym mu zależało. A jednak, w obecnym pod-
wyższonym stanie zaniepokojenia, Tony zachowywał więk-
szą ostrożność niż zwykle. Zdecydowany namierzyć tych,
którzy go śledzą, zmienił swoje przyzwyczajenia, jakkolwiek
nie na tyle, żeby wzbudzić czyjeś podejrzenia.
Nie potrafił zrozumieć, dlaczego ktoś w ogóle miałby go
śledzić, albo jakie mógł mieć motywy i zamiary. Spalił za
sobą mosty, prawdę mówiąc większość mostów, i podejrze-
wał, że właśnie w tym się kryje odpowiedź. Przypuszczał, że
z pewnością chodzi o pieniądze. Czyż wszystko nie obraca
się wokół pieniędzy? Może to jego była? Może wspólnicy
przygotowują zamach stanu, żeby odebrać mu stanowisko,
a może konkurencja? Tony przez długie dni i godziny mozolił
się nad finansami wszystkich transakcji, dawnych i
aktualnych, nad każdą fuzją i zakupem, szukając wzoru,
który odbiegałby od normalności, ale niczego nie znalazł.
Następnie przeszedł do analizowania operacji licznych hol-
dingów, szukając... czego? Czegoś niezwykłego, jakiejś su-
gestii czy wskazówki, która pomogłaby zrozumieć, co się
dzieje. Znalazł kilka nieprawidłowości, ale kiedy delikatnie
poruszył ich kwestię ze wspólnikami, zostały albo szybko
poprawione, albo wyjaśnione w sposób zgodny z procedu-
rami, które sam ustanowił.
Nawet w trudnej sytuacji gospodarczej interesy szły dob-
rze. To on przekonał wspólników do zachowania mocnej
bazy środków płynnych, dzięki czemu mogli dokonywać
gruntownie przemyślanych zakupów nieruchomości i in-
westować w przedsiębiorstwa o wartości wyższej niż likwi-
dacyjna, niezależni od banków, które w trosce o własne
interesy niechętnie udzielały kredytów. Został bohaterem
firmy, ale nie zapewniło mu to większego spokoju. Chwile
wytchnienia były krótkotrwałe, a każdy sukces podnosił po-
przeczkę oczekiwań dotyczących wyników działania. Był to
wyczerpujący sposób życia, on jednak odrzucał inne opcje,
uznając je za wyraz braku odpowiedzialności i lenistwa.
Coraz mniej czasu spędzał w głównym biurze firmy, co nie
znaczy, że ktoś tam za nim tęsknił. Nasilenie paranoi
sprawiło, że stał się jeszcze bardziej drażliwy, i najmniejsze
niedociągnięcie wyprowadzało go z równowagi. Nawet
wspólnicy nie kryli zadowolenia, że pracuje poza biurem, a
kiedy gasły światła w jego gabinecie, wszyscy oddychali z
ulgą i naprawdę pracowali ciężej, bardziej kreatywnie, i w
większym skupieniu. Taka jest odwrotność skutków za-
rządzania w skali mikro, gdy personel podlega nadmiernej i
zbyt skrupulatnej kontroli, co było strategią wprawiającą
Tonyego w nadzwyczajną dumę.
Ale to tutaj, podczas tej chwilowej ulgi, ujawniały się jego
obawy, że jest celem, obiektem niechcianej, nieproszonej
uwagi kogoś albo czegoś. Co gorsza, bóle głowy powróciły
ze zdwojoną siłą. Ataki migreny zwykle były poprzedzane
porażeniem wzroku, po czym następowały trudności w mó-
wieniu, gdy usilnie się starał dokończyć rozpoczęte zdanie.
Wszystko to ostrzegało, że nieuchronnie zbliża się chwila,
gdy niewidzialny szpikulec wniknie przez czaszkę w miejsce
gdzieś za prawym okiem. Cierpiąc na światłowstręt i nad-
mierną wrażliwość na dźwięki, najpierw powiadamiał o tym
swojego osobistego asystenta, a potem zaszywał się w
mrocznych zakamarkach mieszkania. Nafaszerowany
środkami przeciwbólowymi, spał spowity przez biały szum do
czasu, aż ból dawał o sobie znać tylko wtedy, gdy się śmiał
albo potrząsał głową. Tony zdołał sobie wmówić, że szkocka
pomaga w rekonwalescencji, ale zawsze szukał każdego
pretekstu, żeby nalać sobie kolejną szklaneczkę.
Dlaczego teraz? Po miesiącach bez jednej migreny, ataki
zdarzały się prawie co tydzień. Zaczął uważać na to, co je;
martwił się, że może ktoś podrzuca mu truciznę do jedzenia
czy picia. Był coraz bardziej straszliwie zmęczony i nawet po
wzmocnionym lekami śnie czuł się wyczerpany. W końcu
umówił się z lekarzem na badania, na które się nie stawił,
ponieważ musiał wziąć udział w niezapowiedzianym spot-
kaniu w sprawie ważnego zakupu. Przesunął termin wizyty u
lekarza o dwa tygodnie.
Kiedy niepewność rzutuje na rutynę, człowiek zaczyna
myśleć o swoim życiu jako o całości; o tym, kto ma znacze-
nie i dlaczego. Ogólnie rzecz biorąc, Tony nie był niezado-
wolony ze swojego życia. Powodziło mu się lepiej niż wielu
innym, co nie jest powszechne wśród tych, którzy spędzili
dzieciństwo w rodzinach zastępczych - był dzieckiem, które
zawiódł system i które przestało nad tym płakać. Popełniał
błędy i krzywdził ludzi, lecz kto tego nie robi? Był sam, ale
przeważnie mu to odpowiadało. Miał dom w West Hills,
domek na plaży nad Depoe Bay, mieszkanie nad Willamette
River, pewne inwestycje i swobodę robienia prawie
wszystkiego, co chciał. Był sam, ale przeważnie to mu
odpowiadało... Osiągnął wszystkie postawione sobie cele,
przynajmniej te realistyczne, i teraz, po czterdziestce,
przetrwał jakoś ze złowieszczym wrażeniem pustki i jątrzą-
cych się żalów. Szybko je upchnął w tym niewidzialnym
skarbcu, który tworzą istoty ludzkie, żeby się chronić przed
samymi sobą. Jasne, był sam, ale przeważnie...
Po przylocie z Bostonu Tony pojechał prosto do siedziby
firmy i wszczął wyjątkowo gwałtowną kłótnię ze swoimi
dwoma wspólnikami. Wtedy wpadł na pomysł stworzenia
listy tych, którym ufa. Nie ludzi, o których mówił, że im ufa,
ale tych, których naprawdę darzył zaufaniem. Tych, z którymi
dzieliłby się sekretami i marzeniami, którym odsłoniłby swoje
słabe punkty. Z tego powodu odizolował się w swoim tajnym
gabinecie, rozwinął tablicę, wyjął szkocką, po czym
rozpoczął proces zapisywania i wymazywania nazwisk.
Lista, nigdy nie długa, początkowo zawierała partnerów w
interesach, a także kilka innych osób, które dla niego
pracowały, z którymi spotykał się poza pracą, które poznał w
prywatnych klubach i podczas podroży. Ale po godzinie
namysłu lista skróciła się do sześciu nazwisk. Usiadł i po-
kręcił głową. Przedsięwzięcie okazało się kompletnie bez-
celowe. Jedyni ludzie, którym naprawdę ufał, już nie żyli,
choć miał pewne wątpliwości co do ostatniego.
Początek listy zajmowali rodzice, a przede wszystkim
matka. Zdawał sobie sprawę, że czas i traumawyidealizo-
wały wspomnienia, że ich negatywne cechy zostały wyparte
przez tęsknotę za nimi. Pieczołowicie przechowywał ich
zdjęcie, ostatnie, zanim nastoletni imprezowicz stracił kon-
trolę nad pojazdem i obrócił chwałę w gruzy.
Otworzył sejf i wyjął fotografię. Chroniła ją laminowana
okładka, ale i tak spróbował wygładzić zagniecenia, jakby
przez tę pieszczotę mógł jakoś dać im znać. Ojciec poprosił
jakiegoś nieznajomego, żeby zrobił im zdjęcie przed już
nieistniejącą lodziarnią Farrell’s. Tony był wówczas tyczko-
watym jedenastolatkiem, a przed nim stał jego siedmioletni
braciszek Jacob. Wszyscy z czegoś się śmiali, rysy matki
rozświetlała radość chwili, wypisana wielkimi literami na jej
pięknej twarzy, ojciec szczerzył zęby w krzywym szerokim
uśmiechu, najlepszym, na jaki mógł się zdobyć. To wystar-
czyło, uśmiech jego ojca. Pamiętał go wyraźnie. Mechanik,
nieskory do wylewnego okazywania emocji, nieczęsto
pozwalał sobie na uśmiech, który z tego powodu jakby na-
bierał większego znaczenia.
Tony próbował sobie przypomnieć, z czego się wtedy
śmiali, i godzinami patrzył na zdjęcie, jakby mogło wyjawić
mu tajemnicę, ale choć bardzo się starał, odpowiedź zawsze
leżała tuż poza jego zasięgiem, kusząc go, i doprowadzając
do szału.
Kolejne miejsce na jego liście zajmowała Matka Teresa, a
zaraz za nią Mahatma Gandhi i Martin Luther King, jr.
Wszyscy wspaniali, wszyscy wyidealizowani, bardzo ludzcy,
wrażliwi, cudowni i martwi. Wyciągnął niewielki notes,
zapisał nazwiska, wydarł kartkę i bawił się nią, trzymając
pomiędzy kciukiem i palcem wskazującym. Dlaczego napisał
nazwiska tych ludzi? Niemal bezmyślnie sporządził tę
ostatnią listę; może stanowiła odbicie źródła, bardzo głę-
bokiego i może nawet prawdziwego, może nawet wyrażała
tęsknotę. Nie cierpiał tego słowa, ale gdzieś w głębi duszy je
kochał. Z pozoru wydawało się synonimem słabości, ale
sugerowało niezłomną wytrwałość, dłuższą niż większość
innych spraw, które się pojawiły i odeszły z jego życia. Te
trzy kultowe osoby reprezentowały, wraz z ostatnim nazwi-
skiem na liście, coś większego niż on sam, aluzję pieśni ni-
gdy nie zaśpiewanej, lecz wciąż przyzywającej, zapowiedź
kogoś, kim mógł być, zaproszenie, poczucie przynależności,
czułą tęsknotę.
Obecność ostatniego imienia była najtrudniejsza, a jednak
najłatwiejsza do zrozumienia: Jezus. Jezus, dar Betlejem dla
świata, cieśla, który jakoby był Bogiem chodzącym wśród
ludzi, który być może nie umarł, jak głoszą religijne pogłoski.
Tony wiedział, dlaczego Jezus jest na liście. Imię wiodło do
najsilniejszych wspomnień o matce. Matka uwielbiała tego
stolarza i wszystko, co się z nim wiązało. Jasne, tata też
kochał Jezusa, ale nie tak jak mama. Ostatni podarunek od
niej leżał w sejfie ukrytym w podłodze w jego tajnym lokum, i
była to najcenniejsza rzecz, jaką posiadał.
Niespełna dwa dni przed tym, jak rodzice zostali siłą skra-
dzeni z jego życia, nie wiadomo dlaczego matka przyszła do
jego pokoju. Wspomnienie wryło się w jego duszę. Miał
jedenaście lat, odrabiał pracę domową, a ona stała oparta
o drzwi, drobna kobieta w kwiaciastym fartuchu, smuga
mąki rozjaśniała jej policzek, gdyż musiała odgarniać kos-
myk, który uparcie umykał spod wstążki podtrzymującej
włosy. Dzięki tej mące wiedział, że płakała, łzy wyrzeźbiły
nierówny szlak na jej twarzy.
- Mamo, dobrze się czujesz? Co się stało? - zapytał, od-
rywając się od książek.
- Zupełnie nic - zawołała, wycierając twarz grzbietami
zaciśniętych dłoni. - Znasz mnie, czasami zaczynam
o czymś myśleć, o różnych sprawach, o wszystkim, za co
jestem taka wdzięczna, jak ty i twój brat, i wtedy ogarnia
mnie wzruszenie. - Umilkła. - Sama nie wiem, dlaczego,
najdroższy, ale myślałam, jaki już jesteś duży, niedługo bę-
dziesz nastolatkiem, zdobędziesz prawo jazdy, potem pój-
dziesz na studia, potem się ożenisz, i gdy myślałam o tym
wszystkim, wiesz, co czułam? — Urwała. — Czułam radość.
Czułam, jak serce wyrywa mi się z piersi. Tony, tak bardzo
jestem wdzięczna Bogu, że was mam. Dlatego
postanowiłam przyrządzić wam ulubiony deser, placek z
jagodami, i parę bułeczek karmelowych. Ale gdy stałam,
patrząc przez okno na wszystko, co zostało nam dane, na
wszystkie te dary, myśląc głównie o tobie i o Jake’u, nagle
zapragnęłam dać ci coś, co jest dla mnie wyjątkowo cenne.
Wtedy Tony zwrócił uwagę na jej zaciśnięte palce; coś
trzymała. Cokolwiek to było, mieściło się w drobnej dłoni
kobiety, która już była niższa niż on. Wyciągnęła rękę i po-
woli ją otworzyła. Na dłoni leżał oprószony mąką naszyjnik
ze złotym krzyżykiem, kruchym i kobiecym.
- Proszę. - Podała mu naszyjnik. - Chcę, żebyś go miał.
Dostałam go od twojej babci, a ona od swojej mamy. My-
ślałam, że pewnego dnia przekażę go córce, ale nie sądzę,
żeby tak się stało, i nie wiem dlaczego, ale gdy myślałam i
modliłam się za ciebie, dzisiejszy dzień wydał się właściwy,
żeby dać go tobie.
Tony nie wiedział, co innego zrobić, otworzył więc dłoń,
pozwalając, by matka opuściła na nią misterny łańcuszek z
delikatnym krzyżykiem.
- Chcę, żebyś pewnego dnia dał go kobiecie, którą bę-
dziesz kochać, i chcę, żebyś jej powiedział, skąd pochodzi. -
Łzy jej spływały po twarzy.
- Ale, mamo, przecież sama możesz to zrobić.
- Nie, Anthony, mam silne przeczucie. Niezupełnie ro-
zumiem, dlaczego, ale to ty masz go dać, nie ja. Nie zrozum
mnie źle, zamierzam tu być, ale tak jak moja matka dała mi
go do przekazania, tak teraz ja daję go tobie, żebyś go
przekazał.
- Ale skąd będę wiedział...
- Będziesz - przerwała mu. - Wierz mi, będziesz! - Objęła
go i tuliła długo, wcale się nie przejmując, że brudzi go
mąką.
On też się tym nie przejmował. Jej decyzja i słowa nie
miały dla niego sensu, lecz wiedział, że są ważne.
- Trzymaj się Jezusa, Anthony. Nigdy nie zbłądzisz, trzy-
mając się Jezusa. I wiedz jedno - powiedziała, gdy się odsu-
nęła i spojrzała mu w oczy. -- On zawsze będzie z tobą.
Dwa dni później odeszła, pochłonięta przez egoistyczną
decyzję osoby niewiele starszej od niego. Naszyjnik wciąż
leżał w jego sejfie. Nigdy nikomu go nie dał. Czy matka
wiedziała? Często się zastanawiał, czy to było przeczucie,
jakieś ostrzeżenie albo znak od Boga, żeby zostawić mu pa-
miątkę. Jej śmierć zniszczyła jego życie, rzucając go na dro-
gę, która uczyniła go takim, jakim był, silnym, twardym,
zdolnym do przetrzymania tego, z czym inni się zmagali. Ale
były chwile, ulotne i nieuchwytne, kiedy czuła tęsknota
wślizgiwała się pomiędzy kamienie jego wizerunku i śpiewała
do niego - a przynajmniej zaczynała śpiewać, gdyż szybko
uciszał taką muzykę.
Czy Jezus wciąż z nim jest? Tony nie wiedział, ale przy-
puszczał, że raczej nie. Już nie był taki jak matka, choć
przez wzgląd na nią przeczytał Biblię wraz z paroma jej
ulubionymi książkami, próbując znaleźć na stronicach
Lewisa, MacDonalda, Williamsa i Tolkiena sugestię jej
obecności. W liceum nawet dołączył, jakkolwiek na krótko,
do grupy Young Life, gdzie próbował się dowiedzieć więcej o
Jezusie, ale system opiekuńczo-wychowawczy, w którego
tryby trafił razem z bratem, przerzucał go z domu do domu, z
jednej szkoły do drugiej, a kiedy każde powitanie jest
oczekiwaniem na słowa pożegnania, przynależność do
klubów towarzyskich staje się bolesna. Czuł, że Jezus się z
nim pożegnał tak jak wszyscy inni.
Dlatego fakt, że umieścił Jezusa na liście, stanowił dlań
niespodziankę. Od lat nie poświęcał mu myśli. Podczas stu-
diów na krótko odświeżył poszukiwania, ale po semestrze
konwersacji i badań, Jezus szybko trafił na listę wielkich
martwych nauczycieli.
Mimo to mógł zrozumieć, dlaczego jego matka tak go
miłowała. Czy miał w sobie coś, czego można nie lubić?
Prawdziwy twardziel, a jednak umiał sobie radzić z dziećmi,
człowiek pełen dobroci dla odtrąconych przez religię i
kulturę, pełen zaraźliwego współczucia, ktoś, kto rzucił
wyzwanie status quo, a jednak kochał tych, których dotyczył.
Czasami Tony chciał być taki sam, choć wiedział, że to
niemożliwe. Może życie Jezusa stanowiło przykład wspa-
niałości i heroizmu, ale było za późno na zmianę. Z każdym
kolejnym rokiem myśl o przemianie wydawała się coraz
bardziej odległa.
Poza tym nie umiał pojąć tych bredni o Bogu, zwłaszcza w
powiązaniu z Jezusem. Tony dawno temu zadecydował, że
jeśli istnieje jakiś Bóg, to on lub ona jest czymś albo kimś
strasznym i złośliwym, kapryśnym i niegodnym zaufania, w
najlepszym razie jakąś formą zimnej ciemnej materii,
Wm. Paul Young Rozdroża Przełożyła Maria Gębicka-Frąc Warszawa 2012
Historia ta dedykowana jest naszym wnukom, niepowtarzalnym odbiciom swoich rodziców własnym wszechświatom niezbadanym dawcom radości i zdumienia zarażającym nasze serca głęboko i na wieki. Pewnego dnia, kiedy przeczytasz tę historię, może będzie okienkiem, przez które lepiej zrozumiesz swojego Dziadka, swojego Boga i swój świat!
1 Zbiera się na burzę Najbardziej godnym pożałowania jest ten spośród ludzi, kto swe marzenia zamienia na srebro i złoto. Chalil Gibran Czasami zima w Portland w stanie Oregon jest łobuzem, który pluje deszczem i wali na oślep śniegiem, gwałtem wydziera dni wiośnie, powołując się na jakieś archaiczne prawo, żeby pozostać królową pór roku - w ostatecznym rozrachunku to daremna próba kolejnego pretendenta. Tego roku było jednak inaczej. Zima po prostu odeszła jak zbita kobieta, ze spuszczoną głową, w złachmanionym stroju w kolorze brudnej bieli i brązów, z biadoleniem albo obietnicą powrotu. Różnica pomiędzy jej obecnością a nieobecnością była ledwo zauważalna. Dla Anthony’ego Spencera nie miało to znaczenia. Zima była utrapieniem, a wiosna niewiele lepsza. Gdyby miał taką władzę, usunąłby obie pory z kalendarza, wraz z wilgotną i deszczową częścią jesieni. Pięciomiesięczny rok byłby odpowiedni, zdecydowanie lepszy od przedłużających się
okresów niepewności. U progu wiosny zawsze się zastanawiał, dlaczego wciąż tkwi na północnym zachodzie, i co roku zadawał sobie to samo pytanie. Może niezmienność, choć niespełniająca oczekiwań, ma swoje dobre strony. Myśl o rzeczywistej zmianie była zniechęcająca. Im bardziej zakorzeniał się w swoich nawykach i poczuciu bezpieczeństwa, tym mniej był skłonny wierzyć, że cokolwiek innego jest warte wysiłku, jeśli nawet możliwe. Znany, ustalony porządek, choć czasami nieprzyjemny, przynajmniej jest przewidywalny. Rozsiadł się wygodniej w fotelu i spojrzał znad zasłanego papierami biurka na ekran komputera. Dzięki stuknięciom w klawisze mógł obserwować obrazy z kamer monitoringu, przesyłane z jego nieruchomości: z mieszkania w budynku sąsiadującym z tym, w którym siedział, z głównego biura, strategicznie usytuowanego w centrum Portland w połowie wysokości średniego biurowca, z letniego domu na wybrzeżu, i z rezydencji w West Hills. Patrzył, niespokojnie postukując palcem wskazującym prawej dłoni w kolano. Wokół panowała cisza i spokój, jakby świat wstrzymał oddech. Jest tyle sposobów, żeby być samemu. Choć ci, którzy spotykali się z nim w interesach albo na gruncie towarzyskim, mieliby inne zdanie, Tony nie należał do pogodnych osób. Był zdeterminowany i zawsze wypatrywał korzystnych okazji. Często wymagało to otwartości i bycia towarzyskim, szerokich uśmiechów, kontaktu wzrokowego i mocnych uścisków dłoni, nie z prawdziwej sympatii, ale dlatego, że każda osoba mogła
posiadać cenne informacje potrzebne do osiągnięcia sukcesu. Zadawał liczne pytania, rozsiewając aurę szczerego zainteresowania, inni zaś pozostawali z przeświadczeniem o własnej ważności, lecz również z uporczywym wrażeniem pustki. Znany z filantropijnych gestów, rozumiał wartość współczucia jako środka uświęcającego znacznie ważniejsze cele. Gdy okazuje się troskę, o wiele łatwiej można manipulować ludźmi. Po kilku niezdecydowanych próbach doszedł do wniosku, że przyjaźń jest złą inwestycją. Przynosi zbyt małe zyski. Rzeczywiste przejmowanie się losem innych jest kłopotliwym luksusem, na który nie miał czasu ani energii. Postanowił za to odnosić sukcesy na polu zarządzania nieruchomościami i ich rozwoju; podejmował więc różno- rodne przedsięwzięcia handlowe i powiększał portfel pa- pierów wartościowych, budził szacunek, a także lęk jako twardy negocjator i niedościgniony mistrz w zawieraniu umów. Dla Tony ego szczęście było głupim i przemijającym sentymentem, ulotną mgiełką, w porównaniu z upajającym zapachem potencjalnych transakcji i uzależniającym sma- kiem zwycięstwa. Jak Scrooge z dawnych czasów, rozko- szował się odzieraniem z resztek godności otaczających go ludzi, zwłaszcza pracowników, którzy ze strachu, jeśli nie z szacunku, wypruwali z siebie żyły. Z pewnością tacy jak oni nie są godni ani miłości, ani współczucia. Kiedy się uśmiechał, mógł uchodzić za przystojnego fa- ceta. Geny obdarzyły go wysokim wzrostem, ponad sześć stóp, i gęstymi włosami, które nawet teraz, po czterdziestce,
trzymały się mocno, choć dystyngowana siwizna przy- prószyła mu skronie. Wyglądał jak Anglosas, ale szczypta czegoś ciemniejszego i delikatniejszego zmiękczała mu rysy, szczególnie wyraźnie w takich nieczęstych chwilach, kiedy jakaś fantazja czy nieopanowany śmiech wyrywał go z ram typowego dlań sztywnego zachowania. Pod wieloma względami uchodził za zamożnego, odno- szącego sukcesy faceta do wzięcia. Będąc po trosze kobie- ciarzem, ćwiczył na tyle, żeby nie wypaść z gry, i nosił tylko lekko obwisły brzuszek, który można było odpowiednio wciągnąć. Kobiety w jego życiu pojawiały się i znikały, im mądrzejsze, tym prędzej, i każda miłostka wnosiła coraz mniej do jego bagażu doświadczeń. Był dwukrotnie żonaty z tą samą kobietą. Pierwsze mał- żeństwo, zawarte, gdy oboje mieli po dwadzieścia kilka lat, zaowocowało synem i córką, która, już dorosła i gniewna, mieszkała niedaleko matki na drugim końcu kraju. Ich syn to zupełnie inna historia. Małżeństwo zakończyło się rozwodem z powodu różnic nie do pogodzenia, podręcznikowego przykładu wyrachowanej obojętności i bezdusznego braku uwagi. W ciągu kilku krótkich lat Tony zdołał rozbić godność Loree i jej poczucie własnej wartości na trudne do rozpoznania kawałeczki. Problem polegał na tym, że wycofała się z wdziękiem, dla- tego nie mógł tego uznać za prawdziwe zwycięstwo. Z tego powodu przez następne dwa lata zabiegał o jej względy, nie szczędził kosztów na wspaniałą ceremonię powtórnych zaślubin, a dwa tygodnie później podsunął jej dokumenty
rozwodowe. Plotka mówiła, że zostały przygotowane jeszcze przed złożeniem podpisów na ponownym akcie małżeństwa. Tym razem przyszła do niego z całą furią kobiety wzgardzonej, on zaś zmiażdżył ją finansowo, prawnie i psy- chicznie. Z pewnością taki wynik mógł zostać uznany za wygraną. Była to gra bezlitosna, ale tylko dla niego. Ceną, jaką w konsekwencji zapłacił, była utrata córki. Gdy wypił za dużo szkockiej, w jej cieniach unosiło się widmo tej porażki, prześladujący go duch, który szybko przepadał w natłoku pracy i w dążeniu do kolejnych zwycięstw. Ich syn był pierwszym znaczącym powodem nadużywania szkockiej, dostępnego bez recepty lekarstwa, które wygładzało poszarpane skraje pamięci i żalu, a także uśmierzało bolesne migreny, które się stały jego okazjonalnym towa- rzyszem. W sferze biznesu Anthony Spencer był szanowany, a także budził lęk jako twardy negocjator i mistrz manipulacji. Niczym Scrooge z dawnych czasów, rozkoszował się odzieraniem z resztek godnos'ciotaczających go ludzi, szczególnie pracowników, którzy ze strachu, jeśli nie z szacunku, wypruwali z siebie żyły. Z pewnością ktoś taki jak on nie jest wart ani miłości, ani współczucia. Jeśli wolność jest procesem przyrostowym, podobnie jest z wdzieraniem się zła. Drobne odstępstwa od prawdy i po- mniejsze usprawiedliwienia z czasem tworzą gmach, którego zbudowanie nigdy nie było zaplanowane. Ta prawda odnosi się w takim samym stopniu do każdego Hitlera czy Stalina, jak do zwykłego człowieka. Wnętrze domu duszy jest
wspaniałe, ale kruche; każda zdrada, każde kłamstwo zakorzenione w jego murach i fundamentach przesuwa konstrukcję w niewyobrażalnych kierunkach. Tajemnica każdej ludzkiej duszy, nawet duszy Anthony ego Spencera, jest niezgłębiona. Tony narodził się w eksplozji życia, rozszerzający się wewnętrzny wszechświat łączył swoje własne układy słoneczne i galaktyki z niewyobrażalną symetrią i elegancją. Tutaj nawet chaos odegrał swoją rolę i porządek wyłonił się jako efekt uboczny. Materia weszła do tańca komponowanego przez rywalizujące siły grawitacyjne, które obracały tancerzami kosmicznego walca, rozpraszały ich w bezustannej wymianie brania i dawania przestrzeni, czasu i muzyki. W pewnym momencie ból z powodu poniesionej straty naruszył tę delikatną strukturę i wszechświat jął się zapadać. Deterioracja falowała na powierzchni, wyrażając się w samoobronnym strachu, ego- istycznej ambicji i twardnieniu wszystkiego, co delikatne. To, co było żywą istotą, sercem ciała, przemieniło się w kamień; mała twarda skała zamieszkała w skorupie cielesnej powłoki. Kiedyś forma była wyrazem wewnętrznego cudu i wspaniałości. Teraz musiała szukać drogi bez żadnego wsparcia, fasada w poszukiwaniu serca, umierająca gwiazda wygłodniała w swojej własnej pustce. Zarówno ból, jak i strata, czy wreszcie osamotnienie to srodzy tyrani, ale wszystko to razem powoduje niewyobra- żalne spustoszenia. Uzbroiły egzystencję Tony ego, wypo- sażając go w zdolność do chowania noży w słowach, do wznoszenia murów chroniących wnętrze przed podejściem z
dowolnej strony, zamykając go w złudnym poczuciu bez- pieczeństwa, podczas gdy w rzeczywistości był odizolowany i samotny. W życiu Tony ego istniało teraz niewiele praw- dziwej muzyki, ledwie słyszalne tony kreatywności. Ścieżkę dźwiękową jego egzystencji trudno byłoby uznać nawet za muzykę z puszki - przewidywalne melodyjki odtwarzane w windach, towarzyszące jego przewidywalnym zachowaniom. Ludzie, którzy rozpoznawali go na ulicach, kiwali głową na powitanie, przy czym ci bardziej wnikliwi wypluwali swoją pogardę na chodnik, gdy tylko ich minął. Ale wielu dawało się nabrać; łaszący się pochlebcy czekali na jego następne wytyczne, rozpaczliwie pragnąc strzępka aprobaty albo dostrzegalnych względów. Rzekomy sukces pociąga za sobą innych, niesionych potrzebą zapewnienia sobie zna- czenia, tożsamości i planu. Postrzeganie jest rzeczywistoś- cią, nawet jeśli to, co się postrzega, jest kłamstwem. Tony miał duży dom na rozległym terenie w północnej części West Hills, i o ile nie wydawał przyjęcia dla takich czy innych korzyści, ogrzewał tylko niewielką jego część. Choć rzadko tam przebywał, zachował go jako pomnik zwycięstwa nad żoną. Loree dostała nieruchomość na mocy pierwszej ugody rozwodowej, ale musiała ją sprzedać, żeby pokryć rosnące koszty drugiego rozwodu. Tony przez osoby trzecie za grosze kupił rezydencję, a zaraz potem urządził przyjęcie niespodziankę: eksmisję z udziałem policji, która wyprowadziła oszołomioną byłą żonę z terenu posesji w dniu podpisania aktu sprzedaży. Pochylił się, włączył komputer, sięgnął po szkocką i obrócił
fotel, żeby spojrzeć na listę nazwisk wypisanych na białej tablicy. Wstał, zmazał cztery nazwiska, dodał jedno, i z powrotem padł na fotel, a jego galopujące palce znów wystukiwały rytm na blacie biurka. Dzisiaj był w paskud- niejszym nastroju niż zwykle. Zobowiązania biznesowe zmusiły go do udziału w konferencji w Bostonie, dla niego mało interesującej, a potem drobny kryzys w dziale kadr sprawił, że wrócił do Portland dzień wcześniej niż planował. Choć zirytowany, że musiał się zająć sprawą, którą z łatwoś- cią powinni załatwić podwładni, był wdzięczny za pretekst, umożliwiający mu rezygnację z trudnych do wytrzymania seminariów i powrót do równie trudnej do wytrzymania ru- tyny, o tyle tylko lepszej, że miał nad nią większą kontrolę. Ale coś się zmieniło. Coś, co się zaczęło jako sugestia zarysu niepokoju, nabrało siły świadomego głosu. Od kilku tygodni prześladowało go dokuczliwe wrażenie, że jest śledzony. Z początku to bagatelizował, zwalając winę na stres i przepracowanie. A jednak raz posiana myśl znalazła żyzną glebę, i nasienie, łatwe do usunięcia po gruntownym wzięciu pod rozwagę, wypuściło korzenie, które szybko wy- raziły się nerwową hiperczujnością, wysysając jeszcze więcej energii z już i tak bezustannie czujnego umysłu. Zaczął zwracać uwagę na szczegóły w drobnych wyda- rzeniach. Każdy z nich pojedynczo mógłby wzbudzić co najwyżej umiarkowane zdziwienie, ale łącznie stały się ostrzegawczym chórem w jego świadomości. Czarny SUV czasami jechał za nim do siedziby firmy; pracownik stacji paliw zapomniał mu zwrócić kartę kredytową i zrobił to
dopiero po kilku minutach; firma ochroniarska powiadomiła go o trzech przerwach w dostawie prądu - tylko w jego domu, u sąsiadów światła nie zgasły, a każda przerwa trwała dokładnie dwadzieścia dwie minuty o tej samej porze przez trzy dni z rzędu. Tony zaczął zwracać większą uwagę na drobne incydenty, a nawet na to, jak patrzą na niego inni - barista w Stumptown Coffee, ochroniarz przy wejściu na parterze, pracownicy przy biurkach. Zauważył, że gdy odwraca się w ich stronę, szybko spuszczają wzrok i zmieniają mowę ciała, żeby pokazać, że są zajęci i nic in- nego ich nie interesuje. Reakcje tych zupełnie różnych osób łączyło denerwujące podobieństwo, jakby działali w zmowie, jakby dzielili sekret, do którego on nie został dopuszczony. Im bardziej się przyglądał, tym więcej zauważał, i z tego powodu tym bardziej się przyglądał. Zawsze miał lekką paranoję, ale te- raz urosło to do ciągłego doszukiwania się spisków, wskutek czego był nieustannie wzburzony i zdenerwowany. Tony urządził sobie prywatne mieszkanko - gabinet z sy- pialnią, kuchnią i łazienką - i nikt, nawet jego prawnik nie znał tej lokalizacji. Z owej zacisznej kryjówki nad rzeką, niedaleko Macadam Avenue, korzystał wtedy, gdy po prostu chciał zniknąć na kilka godzin albo spędzić noc tam, gdzie nikt go nie znajdzie. Był właścicielem całego budynku, w którym mieściła się jego kryjówka, ale przed laty przeniósł tytuł własności na firmę fasadową. Potem odnowił część piwnicy, wyposażając ją w najnowocześniejsze urządzenia służące do obserwacji i
ochrony. Poza bezpośrednimi wykonawcami, wynajętymi przez pośredników, nikt nie widział tych pomieszczeń. Nawet plany budynku nie ujawniały ich istnienia, dzięki łapówkom i dobrze ulokowanym dotacjom dla lokalnych władz. Po wprowadzeniu właściwego kodu do czegoś, co wyglądało jak klawiatura zardzewiałej telefonicznej skrzynki przyłączowej w głębi nieużywanego kantorka dozorcy, ściana się przesuwała, odsłaniając stalowe drzwi przeciwpo- żarowe z nowoczesną kamerą i numeryczną klawiaturą. Lokum było prawie całkowicie samowystarczalne, pod- łączone do zasilania i Internetu niezależnie od reszty kom- pleksu. Ponadto, gdyby program monitorujący wykrył jakąś próbę wytropienia tego miejsca, nastąpiłoby wyłączenie systemu do czasu zresetowania przez wprowadzenie nowe- go, automatycznie generowanego kodu. Można było tego dokonać tylko w dwóch miejscach: w jego biurze w centrum i wewnątrz samej kryjówki. Z nawyku, zanim wszedł, wyłączał komórkę, wyjmował kartę SIM i baterię. W razie potrzeby mógł włączyć telefon stacjonarny z zastrzeżonym numerem. Nie było to mieszkanie na pokaz. Nie brakowało tam dzieł sztuki, ale wnętrze cechowała niemal spartańska prostota. Wiedząc, że nikt inny nigdy nie zobaczy tych pokoi, zapełnił je rzeczami, które miały dla niego osobiste znaczenie. Pod ścianami stały regały pełne książek, z których wielu nawet nie otworzył, aleje zachował, bo należały do jego ojca. Inne, szczególnie te należące do klasyki, matka czytała jemu i jego bratu. Najbardziej znanymi wśród nich były dzieła C.S. Lewisa i George’a MacDonalda, ulubione powieści jego
dzieciństwa. Honorowe miejsce zajmowało wczesne wydanie „Portretu Doriana Graya” Oscara Wilde’a, które trzymał tylko dla siebie. Na jednej półce stało mnóstwo książek biznesowych, wiele razy czytanych i poznaczonych zakładkami, arsenał mentorów. Tu i ówdzie na ścianach wisiały grafiki Eschera i akwarele Doolittle, a w kącie stał stary gramofon. Tony miał kolekcję płyt winylowych, których zgrzytanie było krzepiącym przypomnieniem dawno minionych czasów. Tutaj przechowywał również niezwykle ważne przedmioty i dokumenty: akty notarialne, tytuły własności, i przede wszystkim swój oficjalny testament. Przeglądał go często i zmieniał, dodając albo odejmując spadkobierców - których ścieżki często przypadkiem przecinały ścieżkę jego życia - zależnie od tego, czy ich poczynania go rozzłościły, czy sprawiły mu przyjemność. Wyobrażał sobie wpływ spadku albo jego braku na tych, którzy będą zainteresowani jego majątkiem, gdy on dołączy do szeregów „drogich zmarłych”. Jego osobisty adwokat, nie ten, który był prawnikiem firmy, miał klucz do skrytki depozytowej w głównym oddziale banku Wells Fargo w centrum. Mógł uzyskać do niej dostęp tylko z aktem zgonu Tony’ego w ręku. W środku znajdowały się informacje dotyczące lokalizacji prywatnego apartamentu, a także instrukcje, jak tam wejść i gdzie znaleźć kody, żeby otworzyć ukryty w podłodze sejf. Gdyby ktoś spróbował się dobrać do skrytki bez poświadczonego aktu zgonu, bank był zobowiązany natychmiast powiadomić właściciela. Tony uprzedził prawnika, że gdyby coś takiego wpadło mu do
głowy, ich umowa zostanie rozwiązana ze skutkiem natychmiastowym, co pociągnie za sobą wstrzymanie pokaźnych honorariów wypłacanych pierwszego roboczego dnia każdego miesiąca. Tony trzymał starszą wersję testamentu w sejfie w głów- nym biurze, na pokaz. Kilku jego wspólników i kolegów mogło korzystać z sejfu, i miał skrytą nadzieję, że jeden czy drugi ulegnie ciekawości. Wyobrażał sobie ich początkowe zadowolenie z poznania treści jego ostatniej woli, a potem kubeł zimnej wody, gdy zostanie odczytany prawdziwy te- stament. Było powszechnie wiadomo, że Tony jest właścicielem i zarządcą nieruchomości sąsiadującej z blokiem, w którym mieściła się jego kryjówka. Była to podobna budowla ze sklepami na parterze i mieszkaniami na piętrach. Budynki miały wspólny podziemny parking ze strategicznie rozmiesz- czonymi kamerami, które, jak mogło się wydawać, pokrywały cały teren, ale w rzeczywistości omijały korytarz umoż- liwiający niezauważone przejście. Tony mógł szybko, nie zwracając niczyjej uwagi, przekraść się do swojej kryjówki. W celu usprawiedliwienia regularnych wizyt w tej części miasta, nabył apartament z dwiema sypialniami na pierw- szym piętrze budynku obok tego z tajnym lokum. Kompletnie i bogato urządzone mieszkanie stanowiło idealny parawan i nocował w nim częściej niż w rezydencji w West Hills albo w domu letniskowym na wybrzeżu, niedaleko Depoe Bay. Zmierzył, ile czasu potrzeba na przejście przez parking i wiedział, że w niespełna trzy minuty może się odizolować w
swoim wyjątkowym azylu. Kontakt ze światem zewnętrznym umożliwiały mu podłączone do cyfrowego rejestratora kamery wideo, monitorujące jego nieruchomości i biuro w centrum. Drogi elektroniczny sprzęt służył bardziej sa- moobronie niż czemukolwiek innemu. Celowo nie umieścił kamer w sypialnych czy łazienkach, wiedząc, że od czasu do czasu inni będą z nich korzystać za jego zgodą. Może często zachowywał się obrzydliwie, ale na pewno nie był podglądaczem. Każdy, kto rozpoznawał jego samochód wjeżdżający do podziemnego garażu, po prostu zakładał, zazwyczaj popraw- nie, Ce Tony przyjechał spędzić noc w swoim mieszkaniu. Stał się niejako elementem tutejszego krajobrazu, częścią szumu tła codziennej aktywności - jego obecność albo nieobecność nie wysyłała sygnału, nie przyciągała uwagi, i właśnie na tym mu zależało. A jednak, w obecnym pod- wyższonym stanie zaniepokojenia, Tony zachowywał więk- szą ostrożność niż zwykle. Zdecydowany namierzyć tych, którzy go śledzą, zmienił swoje przyzwyczajenia, jakkolwiek nie na tyle, żeby wzbudzić czyjeś podejrzenia. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego ktoś w ogóle miałby go śledzić, albo jakie mógł mieć motywy i zamiary. Spalił za sobą mosty, prawdę mówiąc większość mostów, i podejrze- wał, że właśnie w tym się kryje odpowiedź. Przypuszczał, że z pewnością chodzi o pieniądze. Czyż wszystko nie obraca się wokół pieniędzy? Może to jego była? Może wspólnicy przygotowują zamach stanu, żeby odebrać mu stanowisko, a może konkurencja? Tony przez długie dni i godziny mozolił
się nad finansami wszystkich transakcji, dawnych i aktualnych, nad każdą fuzją i zakupem, szukając wzoru, który odbiegałby od normalności, ale niczego nie znalazł. Następnie przeszedł do analizowania operacji licznych hol- dingów, szukając... czego? Czegoś niezwykłego, jakiejś su- gestii czy wskazówki, która pomogłaby zrozumieć, co się dzieje. Znalazł kilka nieprawidłowości, ale kiedy delikatnie poruszył ich kwestię ze wspólnikami, zostały albo szybko poprawione, albo wyjaśnione w sposób zgodny z procedu- rami, które sam ustanowił. Nawet w trudnej sytuacji gospodarczej interesy szły dob- rze. To on przekonał wspólników do zachowania mocnej bazy środków płynnych, dzięki czemu mogli dokonywać gruntownie przemyślanych zakupów nieruchomości i in- westować w przedsiębiorstwa o wartości wyższej niż likwi- dacyjna, niezależni od banków, które w trosce o własne interesy niechętnie udzielały kredytów. Został bohaterem firmy, ale nie zapewniło mu to większego spokoju. Chwile wytchnienia były krótkotrwałe, a każdy sukces podnosił po- przeczkę oczekiwań dotyczących wyników działania. Był to wyczerpujący sposób życia, on jednak odrzucał inne opcje, uznając je za wyraz braku odpowiedzialności i lenistwa. Coraz mniej czasu spędzał w głównym biurze firmy, co nie znaczy, że ktoś tam za nim tęsknił. Nasilenie paranoi sprawiło, że stał się jeszcze bardziej drażliwy, i najmniejsze niedociągnięcie wyprowadzało go z równowagi. Nawet wspólnicy nie kryli zadowolenia, że pracuje poza biurem, a kiedy gasły światła w jego gabinecie, wszyscy oddychali z
ulgą i naprawdę pracowali ciężej, bardziej kreatywnie, i w większym skupieniu. Taka jest odwrotność skutków za- rządzania w skali mikro, gdy personel podlega nadmiernej i zbyt skrupulatnej kontroli, co było strategią wprawiającą Tonyego w nadzwyczajną dumę. Ale to tutaj, podczas tej chwilowej ulgi, ujawniały się jego obawy, że jest celem, obiektem niechcianej, nieproszonej uwagi kogoś albo czegoś. Co gorsza, bóle głowy powróciły ze zdwojoną siłą. Ataki migreny zwykle były poprzedzane porażeniem wzroku, po czym następowały trudności w mó- wieniu, gdy usilnie się starał dokończyć rozpoczęte zdanie. Wszystko to ostrzegało, że nieuchronnie zbliża się chwila, gdy niewidzialny szpikulec wniknie przez czaszkę w miejsce gdzieś za prawym okiem. Cierpiąc na światłowstręt i nad- mierną wrażliwość na dźwięki, najpierw powiadamiał o tym swojego osobistego asystenta, a potem zaszywał się w mrocznych zakamarkach mieszkania. Nafaszerowany środkami przeciwbólowymi, spał spowity przez biały szum do czasu, aż ból dawał o sobie znać tylko wtedy, gdy się śmiał albo potrząsał głową. Tony zdołał sobie wmówić, że szkocka pomaga w rekonwalescencji, ale zawsze szukał każdego pretekstu, żeby nalać sobie kolejną szklaneczkę. Dlaczego teraz? Po miesiącach bez jednej migreny, ataki zdarzały się prawie co tydzień. Zaczął uważać na to, co je; martwił się, że może ktoś podrzuca mu truciznę do jedzenia czy picia. Był coraz bardziej straszliwie zmęczony i nawet po wzmocnionym lekami śnie czuł się wyczerpany. W końcu umówił się z lekarzem na badania, na które się nie stawił,
ponieważ musiał wziąć udział w niezapowiedzianym spot- kaniu w sprawie ważnego zakupu. Przesunął termin wizyty u lekarza o dwa tygodnie. Kiedy niepewność rzutuje na rutynę, człowiek zaczyna myśleć o swoim życiu jako o całości; o tym, kto ma znacze- nie i dlaczego. Ogólnie rzecz biorąc, Tony nie był niezado- wolony ze swojego życia. Powodziło mu się lepiej niż wielu innym, co nie jest powszechne wśród tych, którzy spędzili dzieciństwo w rodzinach zastępczych - był dzieckiem, które zawiódł system i które przestało nad tym płakać. Popełniał błędy i krzywdził ludzi, lecz kto tego nie robi? Był sam, ale przeważnie mu to odpowiadało. Miał dom w West Hills, domek na plaży nad Depoe Bay, mieszkanie nad Willamette River, pewne inwestycje i swobodę robienia prawie wszystkiego, co chciał. Był sam, ale przeważnie to mu odpowiadało... Osiągnął wszystkie postawione sobie cele, przynajmniej te realistyczne, i teraz, po czterdziestce, przetrwał jakoś ze złowieszczym wrażeniem pustki i jątrzą- cych się żalów. Szybko je upchnął w tym niewidzialnym skarbcu, który tworzą istoty ludzkie, żeby się chronić przed samymi sobą. Jasne, był sam, ale przeważnie... Po przylocie z Bostonu Tony pojechał prosto do siedziby firmy i wszczął wyjątkowo gwałtowną kłótnię ze swoimi dwoma wspólnikami. Wtedy wpadł na pomysł stworzenia listy tych, którym ufa. Nie ludzi, o których mówił, że im ufa, ale tych, których naprawdę darzył zaufaniem. Tych, z którymi dzieliłby się sekretami i marzeniami, którym odsłoniłby swoje słabe punkty. Z tego powodu odizolował się w swoim tajnym
gabinecie, rozwinął tablicę, wyjął szkocką, po czym rozpoczął proces zapisywania i wymazywania nazwisk. Lista, nigdy nie długa, początkowo zawierała partnerów w interesach, a także kilka innych osób, które dla niego pracowały, z którymi spotykał się poza pracą, które poznał w prywatnych klubach i podczas podroży. Ale po godzinie namysłu lista skróciła się do sześciu nazwisk. Usiadł i po- kręcił głową. Przedsięwzięcie okazało się kompletnie bez- celowe. Jedyni ludzie, którym naprawdę ufał, już nie żyli, choć miał pewne wątpliwości co do ostatniego. Początek listy zajmowali rodzice, a przede wszystkim matka. Zdawał sobie sprawę, że czas i traumawyidealizo- wały wspomnienia, że ich negatywne cechy zostały wyparte przez tęsknotę za nimi. Pieczołowicie przechowywał ich zdjęcie, ostatnie, zanim nastoletni imprezowicz stracił kon- trolę nad pojazdem i obrócił chwałę w gruzy. Otworzył sejf i wyjął fotografię. Chroniła ją laminowana okładka, ale i tak spróbował wygładzić zagniecenia, jakby przez tę pieszczotę mógł jakoś dać im znać. Ojciec poprosił jakiegoś nieznajomego, żeby zrobił im zdjęcie przed już nieistniejącą lodziarnią Farrell’s. Tony był wówczas tyczko- watym jedenastolatkiem, a przed nim stał jego siedmioletni braciszek Jacob. Wszyscy z czegoś się śmiali, rysy matki rozświetlała radość chwili, wypisana wielkimi literami na jej pięknej twarzy, ojciec szczerzył zęby w krzywym szerokim uśmiechu, najlepszym, na jaki mógł się zdobyć. To wystar- czyło, uśmiech jego ojca. Pamiętał go wyraźnie. Mechanik, nieskory do wylewnego okazywania emocji, nieczęsto
pozwalał sobie na uśmiech, który z tego powodu jakby na- bierał większego znaczenia. Tony próbował sobie przypomnieć, z czego się wtedy śmiali, i godzinami patrzył na zdjęcie, jakby mogło wyjawić mu tajemnicę, ale choć bardzo się starał, odpowiedź zawsze leżała tuż poza jego zasięgiem, kusząc go, i doprowadzając do szału. Kolejne miejsce na jego liście zajmowała Matka Teresa, a zaraz za nią Mahatma Gandhi i Martin Luther King, jr. Wszyscy wspaniali, wszyscy wyidealizowani, bardzo ludzcy, wrażliwi, cudowni i martwi. Wyciągnął niewielki notes, zapisał nazwiska, wydarł kartkę i bawił się nią, trzymając pomiędzy kciukiem i palcem wskazującym. Dlaczego napisał nazwiska tych ludzi? Niemal bezmyślnie sporządził tę ostatnią listę; może stanowiła odbicie źródła, bardzo głę- bokiego i może nawet prawdziwego, może nawet wyrażała tęsknotę. Nie cierpiał tego słowa, ale gdzieś w głębi duszy je kochał. Z pozoru wydawało się synonimem słabości, ale sugerowało niezłomną wytrwałość, dłuższą niż większość innych spraw, które się pojawiły i odeszły z jego życia. Te trzy kultowe osoby reprezentowały, wraz z ostatnim nazwi- skiem na liście, coś większego niż on sam, aluzję pieśni ni- gdy nie zaśpiewanej, lecz wciąż przyzywającej, zapowiedź kogoś, kim mógł być, zaproszenie, poczucie przynależności, czułą tęsknotę. Obecność ostatniego imienia była najtrudniejsza, a jednak najłatwiejsza do zrozumienia: Jezus. Jezus, dar Betlejem dla świata, cieśla, który jakoby był Bogiem chodzącym wśród
ludzi, który być może nie umarł, jak głoszą religijne pogłoski. Tony wiedział, dlaczego Jezus jest na liście. Imię wiodło do najsilniejszych wspomnień o matce. Matka uwielbiała tego stolarza i wszystko, co się z nim wiązało. Jasne, tata też kochał Jezusa, ale nie tak jak mama. Ostatni podarunek od niej leżał w sejfie ukrytym w podłodze w jego tajnym lokum, i była to najcenniejsza rzecz, jaką posiadał. Niespełna dwa dni przed tym, jak rodzice zostali siłą skra- dzeni z jego życia, nie wiadomo dlaczego matka przyszła do jego pokoju. Wspomnienie wryło się w jego duszę. Miał jedenaście lat, odrabiał pracę domową, a ona stała oparta o drzwi, drobna kobieta w kwiaciastym fartuchu, smuga mąki rozjaśniała jej policzek, gdyż musiała odgarniać kos- myk, który uparcie umykał spod wstążki podtrzymującej włosy. Dzięki tej mące wiedział, że płakała, łzy wyrzeźbiły nierówny szlak na jej twarzy. - Mamo, dobrze się czujesz? Co się stało? - zapytał, od- rywając się od książek. - Zupełnie nic - zawołała, wycierając twarz grzbietami zaciśniętych dłoni. - Znasz mnie, czasami zaczynam o czymś myśleć, o różnych sprawach, o wszystkim, za co jestem taka wdzięczna, jak ty i twój brat, i wtedy ogarnia mnie wzruszenie. - Umilkła. - Sama nie wiem, dlaczego, najdroższy, ale myślałam, jaki już jesteś duży, niedługo bę- dziesz nastolatkiem, zdobędziesz prawo jazdy, potem pój- dziesz na studia, potem się ożenisz, i gdy myślałam o tym wszystkim, wiesz, co czułam? — Urwała. — Czułam radość. Czułam, jak serce wyrywa mi się z piersi. Tony, tak bardzo
jestem wdzięczna Bogu, że was mam. Dlatego postanowiłam przyrządzić wam ulubiony deser, placek z jagodami, i parę bułeczek karmelowych. Ale gdy stałam, patrząc przez okno na wszystko, co zostało nam dane, na wszystkie te dary, myśląc głównie o tobie i o Jake’u, nagle zapragnęłam dać ci coś, co jest dla mnie wyjątkowo cenne. Wtedy Tony zwrócił uwagę na jej zaciśnięte palce; coś trzymała. Cokolwiek to było, mieściło się w drobnej dłoni kobiety, która już była niższa niż on. Wyciągnęła rękę i po- woli ją otworzyła. Na dłoni leżał oprószony mąką naszyjnik ze złotym krzyżykiem, kruchym i kobiecym. - Proszę. - Podała mu naszyjnik. - Chcę, żebyś go miał. Dostałam go od twojej babci, a ona od swojej mamy. My- ślałam, że pewnego dnia przekażę go córce, ale nie sądzę, żeby tak się stało, i nie wiem dlaczego, ale gdy myślałam i modliłam się za ciebie, dzisiejszy dzień wydał się właściwy, żeby dać go tobie. Tony nie wiedział, co innego zrobić, otworzył więc dłoń, pozwalając, by matka opuściła na nią misterny łańcuszek z delikatnym krzyżykiem. - Chcę, żebyś pewnego dnia dał go kobiecie, którą bę- dziesz kochać, i chcę, żebyś jej powiedział, skąd pochodzi. - Łzy jej spływały po twarzy. - Ale, mamo, przecież sama możesz to zrobić. - Nie, Anthony, mam silne przeczucie. Niezupełnie ro- zumiem, dlaczego, ale to ty masz go dać, nie ja. Nie zrozum mnie źle, zamierzam tu być, ale tak jak moja matka dała mi go do przekazania, tak teraz ja daję go tobie, żebyś go
przekazał. - Ale skąd będę wiedział... - Będziesz - przerwała mu. - Wierz mi, będziesz! - Objęła go i tuliła długo, wcale się nie przejmując, że brudzi go mąką. On też się tym nie przejmował. Jej decyzja i słowa nie miały dla niego sensu, lecz wiedział, że są ważne. - Trzymaj się Jezusa, Anthony. Nigdy nie zbłądzisz, trzy- mając się Jezusa. I wiedz jedno - powiedziała, gdy się odsu- nęła i spojrzała mu w oczy. -- On zawsze będzie z tobą. Dwa dni później odeszła, pochłonięta przez egoistyczną decyzję osoby niewiele starszej od niego. Naszyjnik wciąż leżał w jego sejfie. Nigdy nikomu go nie dał. Czy matka wiedziała? Często się zastanawiał, czy to było przeczucie, jakieś ostrzeżenie albo znak od Boga, żeby zostawić mu pa- miątkę. Jej śmierć zniszczyła jego życie, rzucając go na dro- gę, która uczyniła go takim, jakim był, silnym, twardym, zdolnym do przetrzymania tego, z czym inni się zmagali. Ale były chwile, ulotne i nieuchwytne, kiedy czuła tęsknota wślizgiwała się pomiędzy kamienie jego wizerunku i śpiewała do niego - a przynajmniej zaczynała śpiewać, gdyż szybko uciszał taką muzykę. Czy Jezus wciąż z nim jest? Tony nie wiedział, ale przy- puszczał, że raczej nie. Już nie był taki jak matka, choć przez wzgląd na nią przeczytał Biblię wraz z paroma jej ulubionymi książkami, próbując znaleźć na stronicach Lewisa, MacDonalda, Williamsa i Tolkiena sugestię jej obecności. W liceum nawet dołączył, jakkolwiek na krótko,
do grupy Young Life, gdzie próbował się dowiedzieć więcej o Jezusie, ale system opiekuńczo-wychowawczy, w którego tryby trafił razem z bratem, przerzucał go z domu do domu, z jednej szkoły do drugiej, a kiedy każde powitanie jest oczekiwaniem na słowa pożegnania, przynależność do klubów towarzyskich staje się bolesna. Czuł, że Jezus się z nim pożegnał tak jak wszyscy inni. Dlatego fakt, że umieścił Jezusa na liście, stanowił dlań niespodziankę. Od lat nie poświęcał mu myśli. Podczas stu- diów na krótko odświeżył poszukiwania, ale po semestrze konwersacji i badań, Jezus szybko trafił na listę wielkich martwych nauczycieli. Mimo to mógł zrozumieć, dlaczego jego matka tak go miłowała. Czy miał w sobie coś, czego można nie lubić? Prawdziwy twardziel, a jednak umiał sobie radzić z dziećmi, człowiek pełen dobroci dla odtrąconych przez religię i kulturę, pełen zaraźliwego współczucia, ktoś, kto rzucił wyzwanie status quo, a jednak kochał tych, których dotyczył. Czasami Tony chciał być taki sam, choć wiedział, że to niemożliwe. Może życie Jezusa stanowiło przykład wspa- niałości i heroizmu, ale było za późno na zmianę. Z każdym kolejnym rokiem myśl o przemianie wydawała się coraz bardziej odległa. Poza tym nie umiał pojąć tych bredni o Bogu, zwłaszcza w powiązaniu z Jezusem. Tony dawno temu zadecydował, że jeśli istnieje jakiś Bóg, to on lub ona jest czymś albo kimś strasznym i złośliwym, kapryśnym i niegodnym zaufania, w najlepszym razie jakąś formą zimnej ciemnej materii,