martyna-fleszargmail-com

  • Dokumenty1
  • Odsłony58
  • Obserwuję0
  • Rozmiar dokumentów1.1 MB
  • Ilość pobrań9

Martyna Fleszar - Zobaczymy sie wczoraj (Rozdzial 1 2)

Dodano: 8 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 8 lata temu
Rozmiar :1.1 MB
Rozszerzenie:pdf

Martyna Fleszar - Zobaczymy sie wczoraj (Rozdzial 1 2).pdf

martyna-fleszargmail-com EBooki
Użytkownik martyna-fleszargmail-com wgrał ten materiał 8 lata temu.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 102 stron)

2 Prolog Życie. Samo to słowo brzmiało co najmniej dziwnie, obco. Jak długo byłam nieobecna? Skąd wróciłam? Czy miało to jakiekolwiek znaczenie? Próbowałam przypomnieć sobie rytm świata, który mnie kiedyś otaczał. Płynęłam z prądem, byłam cicha i uważna. Zdobyłam się na wysiłek, by spróbować się uśmiechnąć, kiwnąć głową, wstać. Wykonałam milion gestów, z których składa się codzienność. Te, które zapamiętałam, były jak łza w oku nieskończoności. Studiowałam kolejne do momentu aż znów stały się odruchami, lecz prześladowała mnie myśl, że źle siebie do tej pory znałam. Że myliłam się co do wszystkiego. Coś bliżej nieokreślonego, jasnego i kulistego gdzieś w górze przygasło. Nie zastanawiałam się nad zdefiniowaniem tego zjawiska, bo byłam otępiała jak po zażyciu silnego środka znieczulającego, kiedy przestaje działać. Wyciągnęłam przed siebie swoją rękę, ale jej już nie widziałam. Poczułam za to pokrzepiający uścisk małego dziecka, który mimowolnie odwzajemniłam w obawie, że postępujący cierpki mrok zerwie naszą więź. Zawsze instynktownie bałam się ciemności, dodatkowo odżyły przekonania, że światło dzieli wszechświat na dwie części: dzień i noc, widzialne i niewidzialne, dobro i zło, życie i śmierć. Ale ten głęboki mrok dawał ukojenie. Niósł ze sobą nicość, w którą zapadałam, zanim całkowicie zatraciłam się w tym stanie. Nie byłam świadoma niczego prócz siebie samej, swojego umysłu unoszącego się w ciemności tak gęstej, że miała własny zapach, kolor i smak. Ta aksamitna otchłań zrobiła się bezpieczna niczym matczyne łono. W jednej chwili otulająca mnie poświata została przebita trzema strzelistymi arkadami, ze świetlistymi punktami u ich podstawy. Nie unosiłam się już, a raczej mknęłam przez wirujący tunel w ich stronę. Początkowo widziałam tylko plamkę, ale kiedy zbliżałam się ku niej w oszałamiającym pędzie, światło rosło nawet w moich zamkniętych oczach, przybierało kształt luźno skręconej spirali, jakby płynęło z wirującej latarni. Nagle znalazłam się w środku, stałam się jego częścią. Lewitowałam z tak zawrotną prędkością, że jasność wokół znieruchomiała, nie była już jednolitym strumieniem, tylko zbiorem przemykających obok, ginących w ciemności cząsteczek, alabastrowych śnieżynek światła. Przez cały ten czas czułam przy sobie obecność kogoś bliskiego, kto ciągnął mnie za sobą,

3 prowadził przez srebrzystą zamieć ku zwieńczenia spirali, do źródła. Nasza więź była mocna, krzepiąca. Teraz kiedy znowu byliśmy razem, już się nie bałam. Nie czułam bólu, strachu, pożądania. Jakby wszelkie naturalne cechy zanikały. Im mniej miałam ludzkich odczuć, tym więcej wiedziałam o wszystkim. Świadomość tego rozsadzała mi głowę. Nie miałam pojęcia, co z nią zrobić. Biorąc pod uwagę pierwotną naturę życia, jego same początki, to rozwój pierwszej komórki polegał na tym, że podzieliła się na dwie. Jedynym celem życia było przekazywanie wyuczonych reakcji. Nie było wyższego celu. Więc jeśli się zastanowić, co miałabym zrobić z nagromadzoną wiedzą, odpowiedź brzmiała: przekazywać ją. Tak jak pojedyncza komórka, przemierzająca czas. Nagle przeszył mnie ból, nie fizyczny, tylko emocjonalny, duchowy. Potężna siła wciągnęła mnie z powrotem w wir i zaczęła oddalać od światła. Chciałam krzyczeć, kurczowo trzymać się prowadzącej mnie dłoni, podczas gdy uciekające światło na nowo zlało się w jednolitą, odległą całość. Znowu nastąpiła zmiana i wszystko stało się niczym. Rozejrzałam się. Coś mi nie dawało spokoju. Przede mną pojawiła się ściana. Nie miała okien, nie stały przy niej żadne meble, nie było też drzwi. Była zupełnie obca, ale przy tym na swój sposób znajoma. Zaczęłam ją rozpoznawać. To nie żadna ściana, tylko sufit. Unosiłam się pod nim, niemal napotykając z jego strony na łagodny opór przy każdym ruchu. Zupełnie zaskoczona obróciłam się w powietrzu i spojrzałam w dół. W mroku majaczyło jakieś łóżko, nad nim kilka postaci. „Co się ze mną dzieje?” - zaniepokoił się mój głos wewnętrzny. - „I dlaczego ten pacjent tak mocno krwawi?”. Wtedy przyjrzałam się bliżej i doznałam prawdziwego szoku. To byłam ja, zobaczyłam z góry siebie. Leżałam na stole operacyjnym i znałam tę salę. Zalewało ją mocne białe światło. Wszystko wokół wydało się jasne, czyste. Wpatrywałam się porażona widokiem błyszczącej, rozlewającej się kałuży krwi. Gdy uścisnęłam małą rączkę, ukrytą całkowicie w mojej dłoni, poczułam odwzajemnienie. Wystarczyło to prawie, bym uznała, że warto żyć. Prawie. Widziałam też, jak ktoś rozplata moją dłoń, której uścisk czułam przez cały ten czas. Nie wiem skąd, ale znałam tą bladą twarz dziecka z burzą loków na głowie i zadartym noskiem. Spojrzało na mnie uśmiechając się, a wielkie oczy wyrażały powitanie, albo raczej pożegnanie. Zdałam sobie sprawę, że po raz pierwszy w życiu jestem sama. O ile to w dalszym ciągu było jeszcze życie.

4 Otwarłam oczy i zaraz zamknęłam. Po chwili ponownie. Oślepiło mnie ogniste słońce, jakbym była w piekle. Zrzuciłam koc i przesunęłam ręką po nogach. Pod palcami wyczułam delikatny, ale drapiący zarost. Zawstydziłam się, bo rzadko dopuszczam do takich sytuacji. Najdziwniejsze jednak było to, że nie pamiętałam, kiedy ostatnio się depilowałam. Wysiliłam umysł, ale wspomnienia przykrywała biała i puszysta wata, przez którą za nic w świecie nie potrafiłam się przedrzeć. Chciałam wstać i iść, ale coś mnie powstrzymało. Spojrzałam na rękę, była przypięta do kroplówki, która już prawie się kończyła, bo w wiszącej butelce zobaczyłam jedynie smętną, polekową pozostałość, a wesoło ulatujące do góry bańki zwiastowały jej szybkie opróżnienie. „Kto mnie leczył? Dlaczego? Czym?” - zaniepokoił się znowu mój głos wewnętrzny. Te pytania wracały do mnie, bez względu na to, jak bardzo się przed tym broniłam. Nic nie pamiętałam. Błoniaste zapomnienie opanowało mój umysł i choć walczyłam z nim z całych sił, wszystko co wiedziałam mówiło, że jestem słaba, leżę w szpitalnym łóżku i patrzę na stojak od kroplówki. Cała reszta była jedynie mglistym oparem. Echem w mojej głowie rozbrzmiewał głuchy dźwięk wgniatanej blachy oraz brzęk tłuczonego szkła. Coś mnie nieźle poturbowało, stąd amnezja. Odpięłam wężyk od wenflonu i chwiejnym krokiem skierowałam się do drzwi. Uniosłam obolałą dłoń. Z wahaniem, jak gdyby nie była to klamka, lecz śpiąca kobra.

5 Rozdział 1. Styczeń Jest takie miejsce, gdzie nikogo nie ma. Nigdy. Kiedy wracaliśmy tamtędy z imprezy sylwestrowej było już jasno. I ślisko. Jechałam bardzo ostrożnie, bo niedawno odebrałam z salonu samochód i z duszą na ramieniu wchodziłam w każdy zakręt. Przedtem miałam używany, nie to, co teraz. Z okazji ukończenia stażu i otrzymania propozycji stałej pracy, rodzice kupili mi zupełnie nowy wóz. Nie przelewa im się, więc gdyby nie babcia, pewnie w dalszym ciągu jeździłabym swoim wysłużonym, zielonym Matizem. Byłam jej imienniczką. „Tak nie może być” - odezwała się na uroczystym obiedzie rodzinnym. - „Żeby moja wnuczka miała nieść pomoc tym sypiącym się gruchotem. Co, jeśli sama będę w potrzebie?”. Był w wieku, w którym pewne rzeczy nie, że się naprawiają, ale jakby przestają przeszkadzać, bowiem pojawiły się inne, nowe, na pewno bardziej przyciągające uwagę, jak na przykład wycie koła. Sprzedała srebra rodowe, zlikwidowała swój trzeci filar i dołożyła się. Z nieskrywaną dumą rozejrzałam się po przestronnym wnętrzu. Czułam się w nim, jak w eleganckiej sukni. „Dzięki, babuniu”. Wzniosłam oczy ku niebu. Jej śmierć wywarła na mnie ogromny smutek, a powstała w ten sposób pustka na zawsze pozostanie niewypełniona. Stypendium pozwoliło mi na w miarę spokojne poradzenie sobie ze studiami medycznymi. Rodzice ze łzami w oczach odbierali mnie z akademika, gdzie zostawiłam atlas z anatomii oraz najlepsze wspomnienia Marka, mojej pierwszej, dojrzałej miłości. Karierowicz, odsysający bogatym lafiryndom tłuszcz z pośladków oraz zawartość ich portfeli, nie umiejący sobie samodzielnie koszuli żadnej wyprasować. - Wiem, że nie miałabyś nic przeciwko byciu biednej i szczęśliwej - tłumaczył. - Ale może jednak zniesiesz jakoś fakt, że będę zarabiał dużo pieniędzy, które będziemy wydawali na nas i nasze dzieci? Nawet nie przyszedł na ukończenie mojej specjalizacji, żeby pogratulować, bo akurat uczestniczył w sympozjum chirurgii estetycznej, miał odczyt. Potem też dałam mu coś do przeczytania, list pożegnalny ode mnie.

6 A mogłam to rozegrać zupełnie inaczej. Oczami wyobraźni już widziałam tę sytuację, jak podchodzę od tyłu i zasłaniam mu oczy. - Co teraz widzisz? - pytam. - Nic nie widzę - odpowiada zgodnie z prawdą. - No właśnie, to nasza przyszłość. Zrywam z tobą. Wtedy uważałam się za szczęściarę, bo uwolniłam się od niego. Ból i gniew zastąpiła apatia, biorąca się ze smutnej prawdy, że w ogóle go nie znałam. Potem uniósł się i nie dzwonił do mnie, ani nie pisał, również się nie odzywałam. Straciłam kontakt z jego rodziną i przyjaciółmi, podobnie jak on nie przejawiał zainteresowania moimi najbliższymi. Pod wieloma względami wyglądało to tak, jak gdybyśmy nigdy nie byli narzeczeństwem. Przynajmniej tak sobie wmówiłam. Nie kontaktował się ze mną od dłuższego czasu ani razu. Być może oboje obawialiśmy się odezwać. Chyba żadne z nas nie chciało usłyszeć, że druga strona nie chce rozmawiać. Podejrzewam, że każde z nas było zbyt dumne i nie chciało wyjść na tego, który desperacko szuka dialogu. Może po prostu przestało nam zależeć? Tak to już bywa. Minął tydzień bez jakiejkolwiek widomości od niego, potem miesiąc i nagle przerwa zrobiła się tak długa, że głupio było chwycić za słuchawkę, więc nie zadzwonił. Po tym czasie próbowałam dalej żyć normalnie i pozornie mi się to udawało. Ludzie z mojego otoczenia zauważyli, że wyglądam lepiej, że znowu jestem sobą. Jakaś cząstka mnie wierzyła, że jest tak rzeczywiście. Skoro przestałam odczuwać wewnętrzny przymus, mój nocny koszmar się skończył. Nie chodzi o to, co zrobiłam, lecz o obsesyjne poczucie winy, z którym przyszło mi żyć. Nie zdawałam sobie wtedy sprawy, że wyrzuty i cierpienie nigdy naprawdę mnie nie opuszczą. Pozostały po prostu w stanie uśpienia, niczym wiewiórka, która zapadła w sen zimowy, odżywiająca się własnymi zapasami i czekająca na nadejście wiosny. Od tamtej pory zaczęłam godzić się ze swoją nową rzeczywistością, tłumacząc sobie, że widać tak musiało być, że moje decyzje są czymś absolutnie normalnym i wiedziałam, że wszyscy się ze mną zgodzą. Nikt przecież nie oczekiwał, że resztę życia spędzę sama. W ciągu ostatnich kilku tygodni

7 przyjaciele proponowali mi nawet, że umówią mnie na randkę. Tylko babcia uważała, że za szybko go sobie odpuściłam. Z upływem czasu myśli o znalezieniu sobie drugiej pasującej połówki zaczęły pojawiać się coraz częściej i z coraz większą intensywnością. Marek jednak wciąż na swój sposób ze mną był, zawsze będzie. Nie rekompensowało mi to braku kogoś, z kim mogłabym dzielić życie. Lampka wina przed snem była jedynym sposobem na odpędzenie nocnych koszmarów, te myśli nawiedzały mnie ze zdwojoną siłą i zawsze szły tym samym, samotnym torem. Choć zdawałam sobie sprawę, że alkohol mi nie pomoże, wiedziałam, że mimo to naleję sobie kolejny kieliszek i kolejny. Nigdy nie piłam zbyt dużo, ale to była właśnie tego rodzaju ucieczka w zapomnienie. Wtedy miałam ochotę po prostu uciec od wszystkiego. Przyczyna takiego stanu rzeczy tkwiła w mojej sypialni. Na półce w dalszym ciągu stało zdjęcie, z najlepszego okresu naszego związku. Trzymałam je chyba tylko po to, żeby nie pozwoliło mi zapomnieć, co się wtedy stało, żeby przypominało mi o naszej wspólnej klęsce. Teraz, przemierzając zaśnieżone ulice, starałam się żyć chwilą obecną, nie myśleć o przeszłości. Czasami bywało to nader trudne, ale i tak nieporównywalnie łatwiejsze niż kiedyś. Rodzice wspierali mnie jak tylko mogli, ojciec wstrzymał się od jakichkolwiek komentarzy na temat rozpadu naszego związku, matka wycinała z czasopism artykuły traktujące o najnowszych osiągnięciach medycyny, ale prawdziwym zbawcą okazał się mój szwagier Olek. Choć bywał czasami sztywny i zamknięty w sobie to naprawdę potrafił słuchać, wczuwając się w moją sytuację. Gdy chciałam się wygadać, zawsze mogłam na niego liczyć i teraz bardzo mi go brakowało. Od dziecka byliśmy sobie bardzo bliscy. Te myśli nadeszły mimowolnie i zrobiło mi się dzięki temu jakoś ciepło na sercu. Byłam nimi tak zaabsorbowana, że straciłam poczucie czasu, nie miałam pojęcia, jak długo jechałam w tym stanie, najwyraźniej jednak wystarczająco, by mój instynkt kierowcy wpadł w popłoch. Mróz wrzynał się do środka, rysując na szybach charakterystyczne spękania. Już miałam zamiar odruchowo sprawdzić ręką z której strony daje swój malowniczy popis, taki nawyk jeszcze z poprzedniego auta, ale zadzwonił telefon. Właściwie to tylko odezwała się jego wibracja, bo dźwięk był ściszony. Miałam już serdecznie dość SMS-ów z przesiąkniętymi alkoholem postanowieniami

8 noworocznymi mojego byłego, w których tym razem obiecywał odtąd przekazanie mi odgrywania kluczowej roli na scenie naszego związku. Kilka razy zignorowałam długi i natarczywy sygnał dzwonka, ale obawiałam się, że jak czegoś szybko z tym nie zrobię, to rozładuje mi się bateria. Nie spuszczając wzroku z drogi sięgnęłam ręką do torebki, leżącej na przednim siedzeniu. W międzyczasie spojrzałam do lusterka, czy moi towarzysze podróży z tyłu śpią nieporuszeni. Ktoś musiał zrezygnować ze spożywania procentów i nas rozwieźć. Jednogłośnie wypadło na mnie tym bardziej, że zaraz zaczynam dyżur. Szybki prysznic i muszę stawić się w szpitalu. Jest, już go wyczuwam pod palcami, dobywam. Niestety wypadł z ręki i potoczył się pod siedzenie, dzwoniąc nieprzerwanie. „Czyżby w tym pierwszym dniu nowego roku oprócz mnie ktoś jeszcze miał zakaz wysypiania się? A może to z pracy?” - zatrwożył się mój głos wewnętrzny. Niemożliwe, przecież to mój prywatny numer, dopiero niedawno aktywowany. Gwiazdkowy prezent od mamy, bo rzadko potrafiła się do mnie dodzwonić. Zaraz po świętach pojechali z ojcem do mojej siostry, do leśniczówki w Bieszczadach. Tam nie ma zasięgu. Nikt oprócz niej nie znał tego numeru, więc pierwszą myślą, jaka mi przyszła do głowy, to mój były. Na samo wspomnienie o nim śmieję się do siebie, albo raczej z siebie. Zawsze go lubiła i mieli zadziwiająco udane relacje. „Mareczek to, Mareczek tamto”, a on „Gdybym nie wiedział, że jest pani matką Zuzy, pomyślałbym, że to jej siostra. Młodsza”. Aż mnie normalnie zemdliło. Odruchowo otarłam usta z nadmiaru lukru. Pewnie do niej zadzwonił i wziął na litość. Nie mógł się ze mną skontaktować na numer służbowy to podała mu ten nowy, prywatny. A może specjalnie podarowała mi taki, a nie inny prezent, żeby mógł próbować namówić mnie do zejścia się znowu razem? Co ja najlepszego wyrabiam, skup się. Wiozę nieprzytomne towarzystwo, jest ślisko, dzwoni telefon. Może to jednak mama? Coś się mogło stać, serce taty przecież źle znosi wzruszenia. Paula miała zakomunikować, że po raz drugi zostaną dziadkami. Podczas, kiedy moja prawa dłoń błądziła pod siedzeniem owiniętego jeszcze od nowości folią dywanika, druga starała się utrzymać kierownicę w niezmienionej pozycji. Nie dam rady, muszę się zatrzymać. Tuż przede mną była zatoczka autobusowa z kilkoma bladoszarymi postaciami, naiwnie oczekującymi na okazję. Jedna z ich podbiegła w moim kierunku, ale widząc panujący wewnątrz samochodu tłok, bez słowa odeszła zrezygnowana. Poczułam, jak piekący ból rozchodzi się w poprzek mojego przedramienia. Dobra, mam. Cały czas wibruje. Patrzę na wyświetlacz i oczom nie

9 wierzę. Co? Dzwoni mój własny numer służbowy, ale jak? Pewnie tamten telefon zostawiłam na imprezie, a Monia, moja najlepsza kumpela, jak tylko go namierzyła, chciała mnie powiadomić i upomnieć się o znaleźne. Ostatnio, na andrzejkach, zrobiła tak z moim kolczykiem. Siostra oddziałowa wielokrotnie przełożona. Nawet tam musiałam ją nakryć w toalecie, jak... zresztą nieważne, ale mogli się chociaż zamknąć, a nie zostawiać uchylone drzwi. - Smakował ci przyrządzony przeze mnie drink? Utopiłam w nim Viagrę, którą utarłam na proszek i wymieszałam - mówiła, a Wiesiek pobladł. - Coś ty najlepszego zrobiła? - zapiszczał, gdyż tylko taki dźwięk wydało jego skurczone paniką gardło. Podeszła i zdjęła mu z szyi zwisający smętnie stetoskop. Klęknęła, rozpięła mu rozporek i włożyła słuchawkę do środka, mówiąc: - Doktorze, wyczuwam puls - przesunęła rękę nieco w dół, mieszając tu i ówdzie. - Muszę natychmiast operować, zanim pacjent jeszcze mocniej zesztywnieje. - Oszalałaś? - wyszarpał słuchawkę z własnych spodni. - Ja tym będę ludzi badał i to nie dalej jak na porannym dyżurze. Chciałabyś, żeby ktoś dotykał cię potem takim stetoskopem? Monia, nawet twoja rozpusta powinna mieć jakieś granice. - Zdecyduj się wreszcie, chcesz uwolnić batutę miłości z dżinsowej celi, czy nie? Zamiast odpowiedzieć pokiwał entuzjastycznie głową. Straciła kompas moralny. Nie miała zasad, a wszelkie normy, zakazy i nakazy lekceważyła i układała tak, jak jej w danej chwili pasowało. Była oportunistką, przetrwałaby nawet wybuch, bo potrafiłaby mu wmówić, że po tym jak eksploduje, ona może się jeszcze na coś przydać. - Jesteście obrzydliwi - nie wytrzymałam. - Idźcie stąd gdzieś indziej. - Ewakuacja - padła komenda z ust Moni, oczywiście musiała je najpierw oswobodzić. - Nie myśl tylko, że tego chciałem - Wiesiek zaczął się nieudolnie tłumaczyć. - Spodnie same mi się rozpięły.

10 - No więc? - zatrzymałam ją w drzwiach. - Co, no więc? - obruszyła się. - Może wreszcie łaskawie mi powiesz, co w końcu ustaliliście? Przecież on ma żonę. Poza tym coś mi obiecałaś. Choć mówiłam prawdę, nie to chciała usłyszeć. I myśl nie została przekazana we właściwy sposób. Odwróciłam się, nie chcąc na nią patrzeć. - Nie zdążyliśmy jeszcze tego omówić. Miałam zajęte usta. - Jak jego żona się dowie urwie mu jaja. Będziesz mogła tak dalej żyć? - Bez niego, czy bez jaj? Zadowolona z siebie, że nie jestem taka, jak ona, wyprostowałam się, aby kontynuować jazdę. Już miałam zamiar ruszyć i zrobiłabym to, gdyby nie mężczyzna, stojący na wprost. Wyrósł jak spod ziemi. Nie miał na sobie munduru, ale zachowywał się jak służbista. Wyjął i zapalił papierosa. Znieruchomiałam, a na jego gest, że chce być dobrze usłyszany, czym prędzej uchyliłam okno. Gdy dym wdarł się do środka, w mojej pamięci odżyły krótkie migawkowe wspomnienia życia, jakie wiodłam z Markiem i jak zwykle doprowadziły one nieuchronnie do naszego ostatniego wspólnego dnia. Jak na ironię, w tamtą niedzielę spędził prawie cały czas poza domem. Pojechał na konferencję. Wyszedł wcześnie rano i choć wrócił z doskonałymi wieściami, nie ugłaskało to mnie. Z twarzą w smugach wyrzutów, podparłam się pod boki i spiorunowałam go spojrzeniem, gdy stanął w progu. Stracił rachubę czasu. Może odniosłoby to inny skutek, gdyby powiadomił mnie o swoich planach, zanim wyślizgnął się z łóżka tamtego ranka. Ale nie zrobił tego i odwaliłam prawie całą pracę za niego. Toteż stwierdzenie, że byłam zła, w najmniejszym stopniu nie oddawało stanu mojego ducha. Nawet słowo „wściekła” było niewystarczające. Nie odezwałam się do niego słowem, ale nie było to potrzebne. Z mojej miny oraz pożegnalnego listu mógł sobie wyczytać wszystko. Marek był na tyle rozsądny, że też nic nie odpowiedział. Po raz pierwszy w życiu otarłam się o nienawiść. Dosłownie przyprawiała mnie o mdłości, nie byłoby tak przy braku związku emocjonalnego. Nie nienawidziłabym Marka tak bardzo,

11 gdybym go przedtem nie kochała. Co ja sobie wyobrażałam? To naiwne, ale że na zawsze będziemy ze sobą razem. Oświadczył mi się i przyrzekliśmy kochać się do końca świata. Pochodziłam z rodziny, w której od pokoleń tak właśnie było. Moi rodzice przeżyli wspólnie blisko trzydzieści pięć lat, dziadkowie prawie sześćdziesiąt. Nawet gdy w naszym związku pojawiały się problemy, wierzyłam, że z Markiem pójdziemy w ich ślady. Zdawałam sobie sprawę, że nie będzie to łatwe, gdy jednak przedłożył swoją karierę nad związek ze mną, poczułam się tak mało ważna, jak nigdy w życiu. Teraz jednak nie powinnam być przygnębiona, skoro naprawdę już z nim skończyłam. - Coś się stało? - zapytałam wrzucając niepostrzeżenie do torebki telefon, który na szczęście zamilkł, zimne powietrze wdarło się do samochodu. - Nic, z czym nie potrafiłbym sobie poradzić. Porucznik Woronicz - przedstawił się i błysnął jakąś legitymacją. - Musi pani zawrócić. Tutaj - wskazał w najbliższą podporządkowaną. - Przed chwilą zdarzył się wypadek. - Może mogłabym jakoś pomóc? - pociągnęłam za klamkę. - Jestem lekarzem. - Nie trzeba - powstrzymał drzwi i spojrzał na tylne siedzenie. - Widzę, że ich nie powinno zostawiać się bez opieki. Poza tym już jedzie ambulans. Swoją drogą - zawiesił głos i jakoś dziwnie zaczął się przyglądać. - Miała pani niesamowite szczęście. - Tak pan sądzi? - musiałam emanować pytającą miną, wyrażającą niemałe zdziwienie. Zupełnie nie miałam pojęcia o co mu chodzi. Zrobił krok w tył, odwrócił głowę w stronę kłębów dymu i spojrzał na mój samochód. Przez chwilę był milczący, choć w nieco dziwny sposób. Przyglądał mi się badawczo, jak gdyby wyraz jego twarzy mógł powiedzieć o nim znacznie więcej niż słowa, które wypowiedział, gdy krótko się przedstawiał. Można by pomyśleć, że wyćwiczył to spojrzenie, wiedząc, że większość ludzi odwróci wzrok. Udałam, że nie tego zauważyłam. Ta atmosfera jednak szybko minęła. - Gdyby się pani nie zatrzymała, to prawie pewne, że znaleźlibyście się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Zamiast zderzenia dwóch pojazdów, byłoby trzech. Powinna pani koniecznie

12 skreślić dzisiaj kupon totka - rzucił okiem na różaniec okręcony wokół lusterka wstecznego. - Albo przynajmniej dać na mszę w intencji czuwającej nad panią duszy lub anioła stróża. - Mógłby pan powtórzyć? O aniele stróżu... - natychmiast pomyślałam o babci, to przecież jej dewocjonalia. W swojej starej, wielkiej szafie nie trzymała zbyt wielu rzeczy, a jej dno wypełniały listy, zdjęcia oraz śliczna szkatułka z pozytywką na biżuterię i inne drobiazgi, która właśnie wraz z różańcem stanowiła dla mnie, oprócz samych wspomnień, jedyne pamiątki po niej. Listy przyciągały mnie nie dlatego, żebym szukała pociechy, lecz chciałam lepiej zrozumieć, co zabrałam. W ich słowach, w fotografiach było życie. W pokoju, tamtego ranka, gdy wybuchł pożar, była jedynie śmierć. - O czym? Nic takiego nie powiedziałem. To po prostu niemożliwe, bo nie wierzę w takie rzeczy - zastygł w miejscu z zaskoczoną i pełną niedowierzania miną. Usłyszeliśmy modulowany dźwięk karetki. Zatrzymała się gwałtownie, lecz z wyczuciem. Syrena ucichła, ale niebieskie światła nadal drgały nerwowo na tle pochmurnego nieba. Spojrzałam na zegarek, za pół godziny rozpoczynam dyżur, szlag z prysznicem. To chyba nawet nie był policjant, tylko ktoś ze służb specjalnych. I mimo że przekazał tę informację z odpowiednią dozą współczucia i niedowierzania, nie potrafiłam oprzeć się wrażeniu, że kiedy tylko odjadę natychmiast do kogoś zadzwoni i złoży sprawozdanie z tego, jak zareagowałam. Na szczęście, udało mi się zachować zimną krew. Odszedł. Dobrze, że nie potraktował mnie alkomatem, bo w płucach miałam ich wydychane powietrze. „Co ja wymyślam? - skarcił mnie głos wewnętrzny. - To niedorzeczność”. Nie zważając na chłód, siedziałam przy uchylonym oknie, wodząc w zamyśleniu dłońmi po kierownicy. Gdy uświadomiłam sobie, co muszę zrobić, podkręciłam szybę i włączyłam silnik, po czym odwróciłam się do tyłu. Samochód ledwie zaczynał się nagrzewać. - Pobudka, wstać - zaintonowałam. - Ej, no ruszcie się. Stąd macie już niedaleko. - O co chodzi? - pierwszy oprzytomniał Daniel.

13 - Czujesz się wygodnie? - Jakbym jechał na kanapie. Odchyliłam się i otworzyłam tylnie drzwi. Nie zauważyłam, że stanowiły punkt podparcia Stefana, naszego sanitariusza. Wypadł wprost w kupkę świeżego śniegu, nawet się nie obudził. Korzystając z tego, że pomimo znacznej ilości spożytych trunków Daniel całkiem nieźle kontaktuje, zakomunikowałam. - Zdarzył się wypadek, tu niedaleko, na pewno będą mnie potrzebowali na izbie przyjęć. Musisz mi wyświadczyć przysługę, zaopiekuj się nimi. - Po to żyję. - Sarkazm to oręż zwycięstwa - puściłam do niego oko. - Stefan - klepnął moszczącego się na zewnątrz kompana. - Anka - pociągnął za rękaw swoją dziewczynę. - Koniec jazdy, zbieramy się. - Co, już? - ziewnęła, rozglądając się. - Gdzie my właściwie jesteśmy? Zwieracz tak mi się zacisnął, że mogłabym robić za obcinarkę do cygar. - To jakiś koszmar - jęknął Stefan. - Źle się bawiłeś na imprezie? - Anka nie dawała za wygraną. - Dobrze i to właśnie jest koszmarne - przeciągnął się. - Ale miałem sen. Siedzę pod liśćmi palmy, podchodzą laski jak marzenie, opalone na złoto, w takich spódniczkach z trawy. I nic innego na sobie. Przychodzą jedna po drugiej, znoszą mi koktajle. I przez cały czas mnie masują. Na ciziach jednak raj się skończył, potem był tylko Sajgon. Pojawił się jakiś gość z giwerą. Jak nacisnął spust to nawet liście nie ocalały. Mówię wam, masakra - zwrócił się w moją stronę. - Tobie pewnie nic się nie śniło? Zazdroszczę ci. - Twój Matiz kopcił bardziej od Boba Marleya. Teraz to zupełnie co innego - zauważył Daniel.

14 Podjęłam skazaną na niepowodzenie próbę zebrania myśli, ponieważ jednak ich dyskusje i tak uniemożliwiały mi skupienie, wzięłam jedynie głęboki wdech. - Zuza, dzięki - Daniel poklepał mnie po ramieniu. - Odprowadzę ich gdzie trzeba, a Ty jedź. Zbierzesz punkty u starego. Potem zadzwonię i wszystko mi opowiesz. Zostałam sama i tylko resztki konfetti na siedzeniu przypominały o ich obecności przed chwilą. Podjechała druga karetka, czyli coś poważniejszego. Jej tylne drzwi otworzyły się i dwóch ratowników medycznych w pomarańczowych kurtkach zaczęło wyciągać nosze. Zauważyłam, że poszkodowany chwycił jednego z nich za rękaw, widocznie chciał w ten sposób spróbować się podnieść. Wstał i z pewnością upadłby, gdyby nie zareagowali w porę, chwytając go pod ramiona. Sytuacja tak naprawdę była podejrzana z innych powodów. Wszystko wyglądało bowiem na precyzyjnie zrealizowany plan porwania. Kiedy odjechali dostrzegłam kompletnie roztrzaskaną, ponurą bryłę, która jeszcze niedawno musiała być samochodem. Wytężyłam wzrok. To był Matiz, w dodatku zielony. Zupełnie jak mój. Była tam olbrzymia cysterna, która prawie wcale nie ucierpiała. Naczepa stała co prawda nienaturalnie przekrzywiona, ale z otwartej szoferki wystawała postać gestykulującego kierowcy. Aż ciarki przeszły mi po plecach. Spojrzałam w lusterko. Różaniec, pamiątka z ostatniej pielgrzymki babci do Częstochowy, rozkołysał się. Oceniłam swoje sińce pod oczami. Zapudruję i po sprawie. Zawróciłam nie tak, jak uczono na kursie nauki jazdy, ale jak pokazywał mi tato i skierowałam się do szpitala. Zamiast śpiącej na tylnym siedzeniu ferajny teraz dla odmiany towarzyszył mi jakiś trudny do wytłumaczenia niepokój. Jestem lekarzem. Była to decyzja, której nigdy nie żałowałam. Kochałam leczyć, kochałam przynosić ulgę cierpiącym. Za każdym razem, gdy wchodziłam do sali chorych i widziałam twarze pacjentów, spoglądających na mnie wyczekująco, utwierdzałam się w przekonaniu, że wybrałam właściwe zajęcie. Z początku, podobnie jak większość młodych lekarzy, byłam idealistką. Zakładałam, że osiągnę współpracę u każdego pacjenta, jeśli tylko będę się o to dość mocno starała. Niestety, później zrozumiałam, że nie jest to możliwe. Niektórzy, jakakolwiek była tego przyczyna, nie reagowali na to, co robiłam, niezależnie od tego, ile wysiłku wkładałam. Było to najgorsze w moim powołaniu i spędzało czasami sen z powiek, nigdy jednak nie dawałam za wygraną.

15 - Do siego roku! - przywitał mnie pan Jan, nasz portier. Szpakowaty, dusza człowiek w podeszłym wieku. Był powiernikiem nie tylko naszych wierzchnich okryć, ale i zwierzeń. Skierowałam się w głąb wąskiego holu. Za każdym razem, gdy go przemierzałam, wydawał mi się coraz dłuższy. Zazwyczaj panuje w tym miejscu zgiełk, bo co kilka metrów umiejscowione są sklepiki oraz bar szybkiej obsługi. Dziś jednak jest święto, więc był pusty, jak mój portfel i wokół panowała złowieszcza cisza, jak makiem zasiał. Prawie. Spowity cieniem, w niedomkniętych drzwiach jednego z przejść, stał ktoś wysoki o surowej, podłużnej twarzy. Z ciemnego otoczenia wyraźnie odcinała się jego blada skóra. Na oko mógł mieć około siedemdziesięciu lat, siwe zaczesane włosy, spękaną twarz, jakby miał nałożoną maseczkę hialuronową, a dłonie splecione, gotowe do modlitwy. Uśmiechnął się bezczelnie i utkwił we mnie mroczny wzrok. Spojrzał na mnie jakoś tak dziwnie, jakby z wyrzutem, że mu w czymś przeszkodziłam. Uświadomiłam sobie, że ma nienaturalnie szkliste oczy. Nie wyglądały jak prawdziwe, przypominały raczej oczy manekina na wystawie domu towarowego. To właśnie ich absolutna nieruchomość sprawiła, że sama znieruchomiałam. Przez cały czas, gdy tak stałam, nie mrugnął ani razu. A może tylko tak mi się zdawało. Na nisko zawieszonym suficie co kilka metrów rozmieszczone są świetlówki. Ich żółte światło pada półkolami na surowe ściany. Ostatnia jarzeniówka zawsze miga szaleńczo w nierównym tempie i to od kiedy zaczęłam tutaj pracować. Zauważyłam, że tkwił tak nieporuszony w kałuży wody, która dodatkowo odbijała nieregularne pobłyskiwania, że całą przestrzeń wokół niego zalewał zimny, migoczący blask. Lodowaty niepokój złapał mnie za serce. Przechodząc tamtędy wyobraźnia potrafi fundować szereg obrazów budzących grozę i wyłącza się, ale przedtem szyderczo przedstawia widok kogoś w worku na zwłoki lub przywiązanego liną do krzesła w piwnicy, w której jest jakiś mrugający neon. W głowie zaczęły mi rozbrzmiewać przytłumione dźwięki, typowe dla pałacu strachów w wesołym miasteczku: przerażone okrzyki, skrzypienie drzwi, dziwne łomoty, rechotliwy śmiech. Naoglądałam się chyba zbyt dużo filmów grozy, na ich wspomnienie aż mnie otrzepało. - Zuza? Dobrze, że już jesteś - ktoś podał mi fartuch i stetoskop, a ja doznałam obezwładniającej ulgi. - Zajrzyj na trójkę, mamy małolata z poparzeniami po petardzie, a ja skoczę na izbę. Właśnie przywieźli ofiarę po wypadku.

16 - Tylko jedną? - Tak, a dlaczego pytasz? - zaciekawiła się Nina, nasza druga oddziałowa. - Bo przejeżdżałam nieopodal i widziałam dwie karetki, a nie mamy pełnego obłożenia. - A, tak. Była jeszcze kobieta, ale stwierdzono zgon na miejscu. Nie miała szans - przyjrzała mi się tak jakoś badawczo. - Zajrzysz na trójkę? - Co? Tak, jasne. Już idę. W drodze na piętro minęłam się na schodach z Terleckim, naszym personalnym. Gdy zostaliśmy sami, obrzucił mnie zaciekawionym spojrzeniem. - Zuza, jesteś? - pochylił się do przodu, a w jego oczach rozbłysły figlarne ogniki. - Wyglądasz fatalnie, ale nie dostaniesz wolnego, mowy nie ma. - To jak mam operować po nieprzespanej nocy? - Powiem ci jak: tak samo jak pozostali, czyli bezbłędnie. - oblizał się obleśnie. - Zajrzyj potem do mnie, musimy dopełnić formalności, czegoś brakuje w papierach w związku z twoim etatem. - Dobrze, panie dyrektorze - zgodziłam się bez mrugnięcia okiem, robiąc minę, która świadczyła, że święcie wierzę w to, iż się nie spóźniłam. Nie miałam złudzeń. Dotarcie do szpitala zajęło mi więcej czasu, niż zakładałam. Nie było szans, pozostawała tylko nadzieja, że nie spóźniłam się za bardzo. - Panie dyrektorze? - pochylił się do mojego ucha. - Dlaczego zaraz aż tak oficjalnie? Zdążyłam zrobić skuteczny unik. - Przepraszam, śpieszę się do pacjenta. Dobrze, że na schodach pojawił się ktoś jeszcze, znowu Nina. W ogóle, była bardzo atrakcyjną kobietą. Szkoda tylko, że zbyt rzadko się uśmiechała. Odkąd tutaj pracuję, jeszcze ani

17 razu. Podobno przed zerwaniem z Terleckim była bardziej żywiołowa i zadowolona z życia. Nie to, co teraz. - Zuza, chodź - wyciągnęła z góry rękę, jakby to miało mnie przyspieszyć. Albo podała pomocną dłoń, wyrywającą mnie ze szponów starego. Pokazała mi kartę. - Spójrz, to jeszcze dziecko. Petarda wystrzeliła mu prosto w rękach, z Siemianowic będą po niego jutro. - Sami nie możemy go zawieźć? - Zabezpieczamy przecież tę imprezę noworoczną, zapomniałaś? Zostały tylko dwie karetki - wypunktowała z całym okrucieństwem. - Stary tak zadecydował. Od kiedy został szefem musimy się śmiać z jego żartów. - Wszystko słyszałem. Płacą mi jak woźnemu, ale za rok będę tu najważniejszy, napisałem podręczniki na temat przeszczepów - zanim zniknął za zakrętem, jego twarz wykrzywił grymas szyderczego uśmiechu. - Naprawdę? To świetnie. Zuza, czytałeś je? Wytatuuję sobie jego twarz w specjalnym miejscu. Jeśli zapuści brodę, będzie idealnie - szepnęła Nina z porozumiewawczym mrugnięciem. Był znany jako skończona świnia, więc najrozsądniej było go unikać. W szpitalu krążyły plotki, że przeprowadzał nawet kontrolę prywatnej korespondencji pracowników. Odprowadziłam go spojrzeniem jednak dosyć serdecznie. „Cokolwiek powiesz, może zostać użyte przeciwko tobie” - podsunął mi głos wewnętrzny i uśmiechnął się pod nosem. Świadomość początku roku i tym samym nowego etapu w moim życiu wpływały korzystnie na moje samopoczucie i stosunek do ludzi. Nawet takich, jak Terlecki. Nasz mały pacjent był dzielny. Jego oczy wyrażały ból i wdzięczność. Niewiele więcej było widać, bo większość pokrywały bandaże. Zrobiłam, co mogłam i wyszłam. Od kiedy poroniłam źle wnoszę widok dzieci, które cierpią. Sama nie wiem dlaczego właściwie leżał u nas, a nie na pediatrii. Otworzyły się drzwi windy. Wyjechało łóżko z... nie do końca widziałam z kim. Był mocno oszpecony, twarz przypominająca zupełnie nikogo, zwęglone ubranie, osmalone ciało. - To ten mężczyzna, z wypadku - poinformowała mnie Nina.

18 Zapadła cisza przerywana jedynie dźwiękiem przesuwającego się długopisu, coś notowała. Usłyszałam wyraźne stuknięcie i dwa szurnięcia, jak przypuszczałam, oznaczające podkreślenie słowa „wypadku”. Krótki zawijas i kropka, rozlegające się na koniec, miały być chyba wpisaniem znaku zapytania. Podała mi plik kartek. - Nieprzytomny. - On jest w moim typie - Monia zmaterializowała się tak samo nagle, jak się odezwała, czyli zanim pomyślała. - Preferujesz nieprzytomnych facetów? - szepnęłam. - Ciszej, obudzisz go - skarciła mnie. - Może nałykał się tabletek? - Pomijając, że dopiero został przywieziony prosto z kraksy, załóżmy, że nałykał się tabletek. Wiedziałabyś co robić? - Owszem. Moja koleżanka trzy razy przedawkowała i dwa razy ją odratowałam. - Dwa razy? - Tak, bo raz się nie udał. Gestem przeganiania natrętnej muchy, pokazałam dobitnie, że powinna znaleźć się po drugiej stronie drzwi. - Zaintubowany, uraz kończyn, liczne rany na twarzy, krwotok wewnętrzny. Tu masz wszystko, co udało nam się ustalić. Nie miał dokumentów, spłonęły w samochodzie. Jak i jego pasażerka. Przypisuję go do ciebie. Wiesz zresztą sama w jak niepełnym składzie dziś jesteśmy, więc rozumiesz - Justyna spojrzała, doszukując się przyzwolenia, chociaż właściwie nie musiała, polegałam na jej decyzjach. - Źle z nim, nawet bardzo - teraz dopiero spostrzegłam, że jednym z sanitariuszy był Maciek, przyjaciel Stefana. Nie krył tego, co zastanę. Zawsze go ceniłam za bezpośrednią szczerość. Ładnie pachniał, coś cudownego, zwłaszcza w porównaniu z chemiczną wonią szpitala. Dodatkowo, gdy się uśmiechnął,

19 poczułam to samo dziwne mrowienie, co za pierwszym razem. Uświadomiłam sobie, że nie doceniłam wtedy w pełni, jaki jest naprawdę. Owszem, zauważyłam, że był pociągający i te same walory natychmiast zwróciły moją uwagę. Jedwabiste włosy, twarz o delikatnych rysach, turkusowe oczy. Nic wymyślnego, teraz jednak wyglądał jakoś łagodniej, ciepło, niemal jak gdyby znał mnie lepiej, niż ja sama. Nie odznaczał się urodą gwiazdora filmowego, ale był wąski w pasie, miał płaski brzuch i kojąco szerokie ramiona. Chodziło jednak nie tylko o to. Miał w oczach, w wyrazie twarzy coś, co świadczyło o ciężkiej próbie, jaką ostatnio przeszedł, coś, co rozpoznawałam, patrząc na swoje odbicie w lustrze. Aż dziwne, że nam nie wyszło. Przystawiał się do mnie już na pierwszym roku, dopóki nie pojawił się Marek, Mareczek... - Wiesz, że ta cysterna, która uczestniczyła w wypadku przewoziła jakieś świństwo? - ściszył głos. - W dodatku nielegalnie. Normalnie afera. Pół komendy tam przyjechało. Dobrze, że pozostała szczelna, bo mogła nam grozić gorzej niż katastrofa ekologiczna. - Przestań. - Co? - Obściskujesz mnie wzrokiem. - Zrobiłbym znacznie więcej. Atrakcyjni ludzie się przyciągają. Jestem tylko narzędziem w rękach ewolucji. Tym samym ludzkość pięknieje. Masz promień słońca we włosach. - Dziękuję - zmieszałam się. - To nie był komplement, tylko obserwacja. A jak udała się impreza? - zapytał, zmieniając temat na drażliwy. - Podobnie, jak gdybym spędziła ją na księżycu. - Nie rozumiem. - Bo niby wszystko w porządku, ale atmosfery brak. - Wszystko w porządku? - usłyszałam troskę w jego głosie. - Czułam się lepiej zeznając przeciwko mojej rodzinie.

20 - A tak poważnie? - Dobrze. Zamierzasz mnie pocieszać? - Chcę tego. - Spadaj, nie jesteś nawet w moim typie. Co miałam mu powiedzieć? Wszyscy się spili, a o północy czułam, jak kolejny rozdział dwunastu miesięcy z mojego życia spięła elegancka klamra i nic ponadto. - Rozejść się - Monia weszła między nas, rozpychając się łokciami. - Buchacie pożądaniem. Jak rzadko ucieszyła mnie jej nagła obecność. Czekały na mnie obowiązki, w dodatku gdzieś zapodziałam swój służbowy telefon. Właśnie, oddzwonię. Dziwne. Wyłączony. - Jest reakcja, otwarte złamanie nogi, krwotok - zawyrokowała Justyna. Swoim wieloletnim doświadczeniem i oddaniem wzbudzała respekt, a od kilku godzin powinna już zejść z dyżuru. Jak tutaj zaczynała obwołano by ją przodownikiem, a teraz była naszym tytanem pracy. Kiedy zaproponowano jej udział w konkursie na dyrektora, spojrzała tylko z politowaniem, jak na beznadziejny przypadek nowotworu z przerzutami. Była legendą, która właśnie prosi mnie o pomoc. Przypomniała mi się nasza rozmowa na ten temat. - Nasz szpital ma wiekopomną tradycję. Zbudowano go nie tylko na legendach. - Legendach? - zdziwiłam się. - Tak. Opowieściach pomagających zrozumieć rzeczy nas przerastające. Siły, które kształtują nasze życie i wydarzenia, których nie można wyjaśnić. Istoty, pnące się ku niebiosom, albo spadające na ziemię. Tak rodzą się legendy. - To co mówisz jest takie niewyjęte. - Jakie? - zaśmiała się. - To powiedzenie mojej babci na wszystko, co jest inne.

21 - Inne od czego? - Od wszystkiego. Przyspieszyłam, trącając Maćka. - Przepraszam - rzuciłam na odchodne, odwracając się za nim. Tylko na tyle było mnie w tej chwili stać, ale drzwi windy zdążyły się już za nim zamknąć. - Zleć wykonanie TK głowy i brzucha. Na wczoraj. Musimy przygotować się do serii zabiegów - spojrzała na zegarek. - Zadzwoń też na ortopedię po wsparcie do Sanderskiego i na blok operacyjny, aby przygotowali salę. Jak miałam to zrobić, skoro mój telefon przepadł, a wraz z nim wszystkie kontakty. - Przecież on wyjechał. Narty, Alpy - uderzyłam w żałobny ton. - Masz rację - jej twarz pobladła. - Zupełnie o tym zapomniałam. Trudno - wróciła do swoich charyzmatycznych decybeli, dokładnie takich, kiedy pierwszego dnia wprowadzała mnie na oddział. - Same damy sobie radę. - przyjrzała mi się spod okularów, o których po całym szpitalu krążyły legendy. - Bo jesteś na siłach, prawda? Spodobało mi się to. Tak samo jak spojrzenie, jakim mnie obdarzyła, mówiąc te słowa. - Ależ pani doktor... - wyprostowałam się, prężąc z zamiarem potwierdzenia gotowości. - Skończmy z tymi konwenansami, mów mi Justyna - złapała mnie za rękę. - Przy najbliższej okazji to przypieczętujemy jak nakazuje tradycja, ale teraz daj z siebie wszystko. Popatrzyła na mnie przez moment swoimi dużymi, czekoladowymi oczami. Poczułam się wyjątkowa. Chyba właśnie tego mi w tej chwili brakowało, takiego uskrzydlenia, które dodaje wiary we własne siły. Potrzebowała mnie i doskonale o tym wiedziała. Może w innych okolicznościach, w dalszym ciągu byłabym traktowana przez nią z góry, ale nie teraz. Z jakiegoś powodu zasłużyłam na nieformalny awans do szczebla równego z równym. - Dziwne - odwróciła się jakiś czas później w stronę okna, pod światło i wzięła głęboki wdech. - Na tym RTG, o tu, mamy odłamek. Przesunięty do tego, co było wcześniej.

22 - To krew? - Rdzeń jest niebezpiecznie uciśnięty i niedokrwiony, stąd objawy. Grozi szok rdzeniowy, jeśli nie zoperujemy. - To znaczy, że w płynie mózgowo rdzeniowym jest krew, tak? - Niestety. Neurochirurg będzie lada chwila. - Kto w asyście? - Ty, jeśli się zgodzisz. Ale spójrz na drugie zdjęcie. Nie widać żadnych złamań, jakby to w ogóle nie był on. Pochyliła się nad nim świecąc latareczką diagnostyczną. Sprawdzała reakcję źrenic. - Słyszy mnie pan? - pytała retorycznie. - Jednak jest z nim gorzej niż myślałam. Bierzemy na operacyjną - nagle pobladła. - Zuza, tracimy go! Podeszłam do łóżka, pochyliłam się. Był młodym mężczyzną, o potarganych ciemnych włosach, obsypanej siniakami twarzy i blizną na wardze. Justyna, jeszcze przed chwilą obrócona tyłem podkręcała kroplówkę i już miała sięgnąć po respirator, kiedy aparatura podtrzymująca funkcje życiowe ponownie z sygnału ciągłego przeszła w jednostajnie przerywany. - Co zrobiłaś? - zapytała zdziwiona. - Nic, ja tylko pani dok... Justyna, nie zdążyłam jeszcze. Chciałam tylko... - Jako lekarzowi zdarzało mi się widywać różne dziwne rzeczy, ale powiem ci szczerze: to, co zrobiłaś, przeraziło mnie. Mam się bać? - Nie. - To dobrze. - Zobacz - teraz obie się pochyliłyśmy nad nim. - Jego oczy.

23 Faktycznie nie mógł ode mnie oderwać wzroku, zaczął dziwnie się zachowywać. Otworzył usta, jakby chciał nam coś niezwykle ważnego powiedzieć, chociaż właściwie mi. Wtedy monitory czynności życiowych wybuchły szaleńczą kakofonią sygnałów alarmowych. - Szok pourazowy - podsumowała tonem znawcy tematu. - Zabieramy go stąd. Nie czekałyśmy na sanitariuszy, wzięłyśmy sprawy w swoje ręce. Odblokowałam kółka i zaparłam się, żeby wymanewrować łóżkiem w kierunku wyjścia z sali, Justyna zaś sięgnęła po telefon z zamiarem skompletowania ekipy na blok operacyjny. Wtedy poczułam jego dłoń na nadgarstku i szarpnięcie. Chwilowy ucisk w moim żołądku ustąpił, robiąc miejsce czemuś w rodzaju przerażenia. Chciałam zaprotestować, ale spojrzał na mnie w taki sposób, że aż krew zamarzła mi w żyłach, oprócz głowy, którą szybko musiałam odchylić pod dziwnym kątem, bo zorientowałam się, że z nosa cieknie mi cieniutka stróżka. Miałam wrażenie, że zaczęłam cała nią przesiąkać. Nagle dokoła zrobiło się mokro i cuchnąco. Coś niewielkiego, o bliżej nieokreślonym kształcie, wyłoniło się spod łóżka i pomknęło w róg skąpanej w mroku sali, roztrzaskując taflę kałuż. W pojawiającej się znikąd wodzie odbijało się światło jednej, feralnej świetlówki, migającej bez ustanku. Z przeciwległego narożnika zaczęła spływać gęsta, brunatna ciecz. Wyglądała trochę jak wulkaniczna magma, bo żarzyła się nawet po zanurzeniu w wodzie, gdzie powstawał wir i do tego punktu zmierzała istota spod łóżka. Poruszała się będąc zawieszona w powietrzu, zostawiając jednak za sobą lej, którego zawartość momentalnie odrywała się od podłoża i lecąc do góry zastygała, przywierając do sufitu. Właściwie, jak się dobrze przyjrzeć, to były dwa ślady, bo zjawa miała do siebie przytwierdzone coś pulsującego odmiennym rytmem. W końcu odrzuciła to i zaczęła histerycznie łkać. Gdyby ktoś chciał przekonać się na własne uszy, jak brzmi paranoiczny szloch, wystarczyłoby posłuchać właśnie tych spazmów. Justyna odgarnęła dłonią brudne włosy, pozostawiając szkarłatną smugę na swojej twarzy. Gdzieś rozległy się głosy. Blisko. Chciałam iść w ich kierunku, ale moje nogi zostały oplecione jakimiś dziwnymi wodorostami. Nie dość, że mnie zatrzymywały, to jeszcze zaczęły wciągać coraz głębiej pod powierzchnię. - Zuza? Dlaczego tak kurczowo trzymasz się jego ręki? - zapytała Justyna, a wszystko, co jeszcze przed chwilą widziałam, zniknęło. - Jak to trzymam? Przecież to on mnie złapał.

24 Spojrzałam i faktycznie wyglądało tak, jak mówiła. Zupełnie jakbym ściskała amulet, który wyprowadził mnie z tego koszmaru i przywrócił wiarę w percepcję własnych zmysłów. Co oni popalali na tej imprezie? Nigdy przedtem nie miałam żadnych halucynacji. Chociaż nie, jak sięgam pamięcią to raz zdarzyło mi się przywidzenie, podobno. Korzystając z przerwy między zajęciami umówiłam się ze swoją promotorką w porze lunchu na mieście przedyskutować wnioski, wypływające z mojej pracy dyplomowej. Wtedy spotkałam Marka z jego byłą, patrzyli sobie głęboko w oczy i gruchali jak gołąbeczki. Gdy tego samego dnia wieczorem zagadnęłam o to zarzekał się, że musiało mi się przywidzieć, ponieważ to była jego siostra. Rzekomo przyrodnia. - Jesteś zła tylko po to, żebyś mogła się na mnie wyżyć i szukasz dziury w całym, czy też masz może jakiś inny powód? - jego reakcja okazała się być podręcznikowym przykładem na to, że najlepszą obroną jest atak. - Prawdę mówiąc, mam. Musiałam jednak wprawić cię w odpowiedni nastrój, żebyś nie eksplodował ze złości. - O czym ty mówisz? - Wkurzyłabym się, gdybym spotkała gdzieś ciebie z inną dziewczyną. - Tak? Dzięki. - Za co? - zapytałam nie kryjąc zmieszania takim obrotem rozmowy. - Za wkurzenie, czyli ci na mnie zależy, ale przede wszystkim za to, że w ogóle wierzysz w możliwość, żebym był widziany z inną dziewczyną. Asekuracyjnie zastrzegł, żeby przypadkiem nie przyszło mi do głowy wspominać na jej temat w obecności jego ojca, który rzekomo chciał odciąć się od przeszłości, wydziedziczając spadkobierców z nie prawego łoża. Okazało się, że łgał. Mało tego, zaczął obwiniać mnie o przedwczesny zgon seniora rodu, kiedy na łożu śmierci mimo wszystko zapytałam się o innych potomków. To spowodowało, że na jego czole i nad górną wargą pojawiły się krople potu. Słodkawy amoniak. Otworzył ze zdumienia szeroko oczy, zaprzeczył, po czym wyzionął ducha.

25 Należało mu się, w zbyt wielu kwestiach był tak samo zakłamany jak jego jedynak, ordynat spuścizny dynastii znamienitych kardiochirurgów. - Coś niewyraźnie mi wyglądasz. Dobrze się czujesz? Zresztą wiem, co odpowiesz. Idź do dyżurki, ogarnij się. To polecenie, a nie prośba. Nina mi pomoże. - Na pewno? - zmieszałam się. - Tak. Potem zajmij się Sebastianem, to nasz poparzony od petardy. Jest synem sąsiada z bloku obok. Nie pamiętam już kiedy wyczerpała mi się cierpliwość do dzieci. Irytują mnie. Może dlatego, że nie mam własnych. Jeszcze raz zerknęłam na Justynę. Określenie miejsca, do którego zmierzałam, mianem „dyżurki” było zdecydowaną przesadą, gdyż przedsionek oddziału miał nie więcej niż dziesięć metrów kwadratowych, a w dodatku na wprost drzwi wejściowych stał goły betonowy mur, ścianę po prawej zdobił szereg oprawionych w ramki zdjęć najwybitniejszych prekursorów współczesnego lecznictwa z zajmującym centralne miejsce wielkim portretem Hipokratesa, obdarzonego przydomkiem „ojca medycyny”. Na wprost tej osobliwej galerii, za wysokim kontuarem o blacie krytym beżowym laminatem, było usytuowane ulubione miejsce Justyny, które od sali ogólnej separowały piętrzące się segregatory. Nie należała do kobiet szczególnie niskiej postury, lecz niespełna pięćdziesięcioletni wiek wygiął jej sylwetkę w niemal idealny kształt znaku zapytania. Do tego zawsze miała okulary do czytania zsunięte na czubek nosa, jakby za moment miały spaść. Sprawiała wrażenie, że chce je poprawić, ledwie mogła się powstrzymać przed tym odruchem. Oczywiście nigdy by się na to nie zdobyła. Wiedziała absolutnie wszystko o pracownikach szpitala, a nawet o ich psach, czy kotach, sama zaś niewiele mówiła o sobie. Była bezdzietną wdową, jej mąż zginął podczas misji pokojowej na dalekim wschodzie. Mieszkała w pobliżu, mniej więcej kilka ulic od szpitala. Codziennie więc w tych samych porach można było ją spotkać jak przemierza dobrze znaną sobie drogę do pracy i z powrotem. Kiedyś, jak zepsuł mi się samochód, miałam okazję iść razem z nią. Wąskim krętym chodnikiem, który biegł jednocześnie wzdłuż płynącej powoli rzeki i połyskującej smoliście ulicy, od