uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 725 001
  • Obserwuję752
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 010 126

Alicia Giménez-Bartlett -Tam, gdzie nikt cię nie znajdzie

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :2.1 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

uzavrano
EBooki
A

Alicia Giménez-Bartlett -Tam, gdzie nikt cię nie znajdzie.pdf

uzavrano EBooki A Alicia Giménez-Bartlett
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 98 osób, 73 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 446 stron)

ALICIA GIMENEZ-BARTLETT TAM, GDZIE NIKT CIĘ NIE ZNAJDZIE Przełożyła Joanna Skórnicka NOIR SUR BLANC

Tytuł oryginału Donde nadie te encuentre Copyright © Alicia Giménez Bartlett, 2011 For the Polish edition Copyright © 2012, Noir sur Blanc, Warszawa ISBN 978-83-7392-399-7 Opracowanie redakcyjne Maja Lipowska Korekta Janina Zgrzembska Elżbieta Jaroszuk Fotografia na okładce © Fosco Maraini/Gabinetto Vieusseux Property © Fratelli Alinari Zamówienia prosimy kierować: - telefonicznie: 800 42 10 40 (linia bezpłatna) - faksem: 12 430 00 96 (czynnym całą dobę) - e-mailem: nsb@wl.net.pl - księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl Printed in Poland Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp, z o.o., 2012 ul. Frascati 18,00-483 Warszawa Skład i łamanie PLUS 2 Witold Kuśmierczyk Druk i oprawa Łódzkie Zakłady Graficzne Sp, z o.o.

Powieść powstała dzięki książce dokumentalnej Josego Calvo La Pastora. Del monte al mito. Autorowi składam wyrazy najgłębszej przyjaźni i wdzięczności.

Część pierwsza

Barcelona, wrzesień 1956 Carlos Infante z zadowoleniem zauważył, że owego poranka niebo było jasne i rozsłonecznione. Każdego innego dnia nie przywiązy- wałby wagi do pogody. Wystarczyłoby wziąć parasol, jeśliby padało, lub włożyć stary prochowiec, gdyby panował ziąb. Jednak ten po- niedziałek był w jakimś sensie szczególny albo przynajmniej mógł się takim okazać. W życiu Carlosa, równie monotonnym jak egzystencja wszystkich Hiszpanów, zwyczajne niespodziewane spotkanie mogło się stać wyjątkowym wydarzeniem. A on o dwunastej miał właśnie odbyć spotkanie tak niecodzienne, że wydawało mu się prawie nie- realne. Rozważał już nawet możliwość idiotycznego żartu jednego ze swoich przyjaciół dziennikarzy, jakiejś pomyłki, nieporozumienia. Ale nie, pieczątka wskazywała wyraźnie, że koperta dotarła z Paryża. Przeczytał list jeszcze raz, popijając poranną kawę w swej ciemnej kuchni. „Szanowny Panie Infante! W zeszłym miesiącu z ogromnym za- interesowaniem przeczytałem Pański artykuł w «Vanguardii». Na- zywam się Lucien Nourissier. Jestem psychiatrą i wykładowcą na Sorbonie. W tym roku poszedłem na urlop bezpłatny, nie mam żad- nych zajęć, nie pobieram też wynagrodzenia i wykorzystuję czas na 9

zredagowanie swojej pracy doktorskiej dotyczącej możliwego zróż- nicowania typologicznego przestępców ze stwierdzonym profilem psychopatologicznym. Postać będąca przedmiotem Pańskiego arty- kułu od razu mnie zafascynowała. Znany mi jest ruch partyzantów maquis w Hiszpanii, nigdy jednak nie ośmieliłbym się przypuszczać, że którykolwiek z jego członków nadal jest poszukiwany przez poli- cję. Cechy owej Pasterki, której poświęcił Pan swą pracę, są dla mnie ogromnie interesujące: okrutna, bezlitosna istota wątpliwej płci, osamotniona, choć zdolna przetrwać w górach i wymykać się niezli- czonym prześladowcom, nadal znajdująca się na wolności, stanowi dla mnie niezwykle ciekawy przedmiot badań. Chciałbym dowiedzieć się więcej o tej kobiecie, jako że nie przypuszczam, by oprócz Pań- skiego artykułu istniała jakakolwiek dokumentacja... „. Następnie prosił go o spotkanie w Barcelonie. Nie co dzień otrzymujemy takie listy. Pasterka ‒ właśnie ten artykuł zainteresował Francuza. W końcu to zrozumiałe, może był jedynym interesującym tekstem, opublikowanym przez Infantego. W swej sporadycznej współpracy z prasą, typowej dla dziennikarza niezatrudnionego na etacie, nigdy nie poruszał szczególnie pasjonujących tematów: hisz- pańscy bokserzy, kolekcjonerzy stylowych samochodów; podjęcie ostrzejszych kwestii byłoby wysoce ryzykowne politycznie. Zarabiał na życie albo, ściślej mówiąc, na przeżycie. Pasterka musnął granice zagrożenia. We wszystkich komisariatach Barcelony wisiała fotogra- fia identyfikacyjna poszukiwanej, jedyna, jaka istniała. Był to dziwny i zapadający w pamięć obraz. Widniała na nim w ujęciu do pasa, ubrana na czarno, z twardym wyrazem twarzy o regularnych rysach i szklistym spojrzeniem. Policjant, który pomagał mu zgromadzić dokumentację, zrobił coś zaskakującego. Kartką papieru zasłonił pionowo połowę twarzy poszukiwanej bandytki; widoczna część 10

należała bez wątpienia do kobiety. Potem przyłożył papier do drugiej połowy; pojawiła się twarz mężczyzny. Naturalnie, żeby artykułu nie zatrzymała cenzura, musiał się trzymać oficjalnej wersji opowieści o Pasterce i wpakować do niego mnóstwo komunałów typu: „kobieta bez serca”, „bezlitosna, gwałtowna istota”, „sprawczyni niezliczo- nych okrutnych zbrodni”, „krwiożercza hiena”... Kiedy skończył pisać, zdał sobie sprawę, że w gruncie rzeczy niewiele o niej wie. Zatem niewiele będzie mógł opowiedzieć temu Nourissierowi ponad to, co, jak się zdaje, zafascynowało go do tej pory. Nieważne, to spotkanie przyniesie jakieś ożywienie jego nędznej egzystencji. Oto ma wielbiciela z zagranicy! Mało kto mógł się czymś takim po- szczycić w kraju odciętym od świata. Mimo niewielkich możliwości wyboru garderoby dołożył wszel- kich starań, by koszula była czysta, a spodnie porządnie wypraso- wane. O jedenastej niespiesznie ruszył z domu. Na placu Katalonii ludzie sprawiali wrażenie zajętych własnymi sprawami. Nie zauważył nikogo spacerującego czy korzystającego z uroków miasta, wszyscy przemieszczali się z obojętną determinacją. Infante obrzucał pogar- dliwym spojrzeniem przechodniów: urzędników, sklepikarzy, woj- skowych, panie domu... powtarzalna do obrzydzenia fauna, sprawia- jąca wrażenie, jakby umarła za życia. Przynajmniej on nie należy do żadnej z rozpoznawalnych grup; samotnie wędruje po świecie i tyle. Umówili się w barze Zurych; w środku, gdyby padało, przy sło- necznej pogodzie ‒ na tarasie. Wybrał stolik trochę na uboczu. Za- maszystym ruchem dłoni przepędził gołębie próbujące dokonać in- wazji na jego przestrzeń. Przezornie zaopatrzył się w gazetę, był bowiem przekonany, że przyjdzie mu czekać; przecież umówił się nie z kimś, kto mieszka w tym samym mieście, tylko z facetem, który tego dnia przybył właśnie z Paryża. Zaledwie jednak zegar pokazał pięć po dwunastej, nabrał pewności, że oto rozpoznał wśród przechodniów 11

Nourissiera. Tylko cudzoziemiec mógł nosić beret w taki sposób jak aktor albo kobieta: przekrzywiony, lekko nasunięty na czoło. Przez chwilę obserwował mężczyznę: wysoki, o przyjemnej powierz- chowności, rudawy, ubrany zbyt ciepło jak na obecną porę roku. Zatrzymał się między stolikami i błądził po nich wzrokiem jak za- hipnotyzowany. Infante wstał i podszedł do niego. ‒ Doktor Nourissier? ‒ A pan to Carlos Infante. Podali sobie ręce bez uśmiechu, prawie na siebie nie patrząc. Jak gdyby, znalazłszy się twarzą w twarz, żaden z nich nie był pewien, że chciał się w tym miejscu znaleźć. Infantego zaskoczył dobry akcent hiszpański Francuza, jego elegancki wygląd kontrastujący z wyrazem oszołomienia. Mężczyzna wyjął okulary przeciwsłoneczne, kryjąc za nimi jasnobłękitne oczy. ‒ Pan wybaczy, jestem trochę oślepiony, straszne słońce. ‒ Jak pan widzi, znalazł się pan w prawdziwie szczęśliwym kraju: mnóstwo ludzi w barach i blask słońca ‒ rzekł ironicznie Infante. ‒ To prawda ‒ mruknął Nourissier, patrząc w ziemię. Zamówili u kelnera dwa kufle piwa. Kiedy je przyniósł, raptownie na siebie spojrzeli. Infante podniósł teatralnie głos: ‒ Za pański udany pobyt w Barcelonie! Wypili po łyku. Hiszpan uczynił to z pośpiechem i gwałtownością skazańca. Nourissier ‒ zwyczajnie, po prostu, dopiero potem delek- tując się smakiem trunku. ‒ Panie Infante... ‒ odezwał się pospiesznie. ‒ Proszę mi mówić Carlos. Przecież chyba jesteśmy w podobnym wieku. Ile ma pan lat? ‒ Czterdzieści trzy. ‒ Ja mam trzydzieści dziewięć, to niewielka różnica. Ale prze- praszam, nie powinienem się rozgadywać, na pewno nie ma pan w Barcelonie ani sekundy wolnej. 12

‒ Nie. Prawdę mówiąc, przyjechałem tu, żeby się spotkać z pa- nem ‒ rzekł Nourissier porywczo. ‒ Chciałem panu pogratulować wspaniałego artykułu. ‒ Jechał pan taki kawał tylko po to, by mi pogratulować? ‒ Czyżby nie przeczytał pan uważnie mojego listu? ‒ Ależ przeczytałem! Kiedy przesłali mi go z redakcji, zdębiałem na wieść, że czytają mnie nawet we Francji. Zaintrygowało mnie też, że znakomitego wykładowcę Sorbony zainteresował tak lokalny temat. ‒ W psychopatologii nie ma tematów lokalnych; okazuje się, że wszyscy, niezależnie od narodowości, jesteśmy koniec końców dość podobni, choć kobieta, którą pan opisuje, ma prawdopodobnie jakieś cechy szczególne. Sądzę, że może się okazać niezwykle istotnym elementem moich badań. Uważam, że pański reportaż jest wspaniały, naprawdę. Infante spojrzał na niego z nic nieznaczącym półuśmiechem. Po- ciągnął kolejny spory łyk ze swego kufla i wreszcie uśmiechnął się otwarcie, każdym mięśniem twarzy. ‒ Mój reportaż to gówno, kochany doktorze, wie pan to tak samo dobrze jak ja. Na wykształconym człowieku nie powinny wywierać wrażenia te wszystkie krwiożercze zdania: kobieta bez serca, bezli- tosna morderczyni, wynaturzony potwór. Nie docenia mnie pan, doprawdy! ‒ Wiem doskonale, że to wszystko jest kwestią... stylu. Zafa- scynowało mnie, jak doskonale zna pan szczegóły historii, orografie terenu, po którym poruszała się owa kobieta, psychikę mieszkańców Maestrazgo. ‒ Nic w tym nie ma tajemniczego. Moja rodzina pochodzi z Cálig, miasteczka położonego w owym regionie. Wielokrotnie od- wiedzałem te góry: el Maestrat, Els Ports... To przepiękne miejsca, dzikie, nieznane większości ludzi. A ta cholerna Pasterka urosła do 13

rangi mitu: morderczyni, której Gwardia Obywatelska, działająca przeciw republikanom, nigdy nie zdołała dopaść. Ale, jeśli mam być szczery, powiem panu, że wątpię, by się udało napisać jakąś pracę naukową na podstawie tego, co ja mam do powiedzenia. ‒ Pańskim zdaniem ta kobieta żyje, ukrywa się gdzieś w górach. ‒ Tak mówią ludzie, potwierdza to także Gwardia Obywatelska, jednak od dwóch lat Pasterka nie popełniła żadnego przestępstwa, nikt jej nie widział, nikt nie wie, gdzie rozpocząć poszukiwania. Najbar- dziej prawdopodobne, że jej trup rozkłada się w jakimś rowie. W każdym razie, choćbym panu spisał szczegółowo wszystkie plotki, jakie o niej krążą, czy posłużyłoby to panu do badań? Obawiam się, że nie. ‒ Nie tego chcę od pana. ‒ A zatem?... ‒ Chcę pomówić z Pasterką, spotkać się z nią osobiście ‒ oznajmił Nourissier uroczyście i namiętnie. Przez ciało Infantego przebiegł widoczny dreszcz; dziennikarz wyprostował się jak struna, oczy prawie wyszły mu z orbit, ujął ramię Francuza i ścisnął z całej siły. ‒ Pan oszalał? Proszę mówić ciszej! Nie wie pan, gdzie jesteśmy, nikt panu nie mówił o reżimie panującym w tym kraju? Tu wszystko ma uszy! ‒ Proszę wybaczyć, nie sądziłem, że... ‒ Umówił się pan dziś z kimś na kolację? ‒ Nie. Pan pozwoli, że go zaproszę. ‒ Proszę na mnie czekać o dziewiątej w Los Caracoles. Naszkicował na serwetce plan, na którym umieścił lokal. Nourissier schował ją do kieszeni pieczołowicie niczym skarb. Potem Infante wstał i zanim się oddalił, powiedział cicho: ‒ Nie mam politycznej przeszłości, ale trzeba być ostrożnym. Chyba pan to rozumie. 14

Carlos Infante zagubił się w tłumie na ulicy Pelayo. Maszerował w stronę uniwersytetu niczym automat. Poruszyło go to, co właśnie usłyszał. Nigdy by nie pomyślał, że ów cudzoziemiec, z którym właśnie się spotkał, jest kompletnym wariatem. Z tonu listu, ale także z wyglądu mężczyzny wnosił, że to poważny, pracowity naukowiec. Ale nie, musi być walnięty. Wskazuje na to jego uporczywe dążenie do spotkania z Pasterką. Chyba że... chyba że jest dziennikarzem ukrywającym się pod fałszywą tożsamością, by odwrócić podejrzenia. Uknuł intrygę. Bez wątpienia hipoteza o dziennikarzu ustawiała wszystko na miejscu. To nie profesor Sorbony, tylko redaktor „Le Monde” zamierzający się nim posłużyć, aby opublikować bezczelny reportaż. We Francji istniało olbrzymie zainteresowanie polityką hiszpańską. Cały ów temat maquis, ostatniego antyfrankistowskiego bastionu, którego mężni członkowie walczyli w górach, doskonale można było ożenić z romantycznym wyobrażeniem, jakie o Hiszpanii mieli Francuzi. Dlatego Nourissier tak dobrze mówi po hiszpańsku, jest po prostu specjalistą od tego położonego na południe od Francji kraju. Sennym spacerem dotarł do Wydziału Literatury. Wszedł na dziedziniec, okrążył go kilka razy, nie przestając się zastanawiać. Był świadom, że w owej nerwowej chwili umówił się z tamtym na kolację, lecz impulsem do działania było pragnienie jak najszybszej ucieczki z baru Zurych. Konieczność kontaktu z człowiekiem niespełna rozumu zawsze stanowi pewną komplikację, szczególnie w warunkach poli- tycznych, w jakich znajdowała się Hiszpania. Nagle poczuł ulgę. Narzucająca się strategia była jasna: nie pojawi się w Los Caracoles. Francuz nie miał jego adresu, bo nie napisał go w liście, w którym mu odpowiadał, proponując spotkanie. Gdyby zaś zdecydował się udać do redakcji i poprosić o adres, powiedzą mu, że Infante nie należy do stałego zespołu, i nie podadzą. Tak oto jest wolny od wszelkich zo- bowiązań. „Au revoir, docteur Nourissier. Może pan wracać z 15

podkulonym ogonem do swego pięknego kraju”. Wyplątał się z tego na dobre! Na szczęście był przezorny; jedynie ciekawość mogłaby go skłonić do udziału w kolacji z Francuzem, była ona jednak luksusem, za który w tamtych czasach zazwyczaj trzeba było słono zapłacić.

Minęło już wpół do dziesiątej, a Hiszpan się jeszcze nie pojawił w Los Caracoles. Spóźnienie Infantego wydało się Nourissierowi nie- pojęte, choć punktualność nie należała do zalet mieszkańców tego kraju. Konał z głodu. Jego burczący żołądek, przyzwyczajony do kolacji o ósmej, najwyraźniej ogłaszał ultimatum. Kiedy Francuz dotarł do restauracji, poczuł się ożywiony i pełen wigoru. Sam lokal, o bardzo szczególnym, nieregularnym, dziwacznym kształcie, pełen nieprawdopodobnych zakamarków, w których również ustawiono stoliki dla klientów, wydał mu się szczytem oryginalności. Dzięki temu, że kuchnia, zajmująca środek restauracji, oddzielona była od miejsca dla gości jedynie lekkimi szklanymi parawanami, mógł być świadkiem pandemonium poleceń i pokrzykiwań, a także obserwo- wać panujący tu nieustannie harmider. Przez moment miał wrażenie, że w Hiszpanii czas się zatrzymał i że owo miejsce mogło być gar- kuchnią, z tych, które Lope de Vega umieszczał w swych komediach. Poprosił kelnera, aby mu znalazł zaciszne miejsce; nie chciał po- nownie wysłuchiwać pretensji Infantego na brak intymności. Zdawały mu się one w gruncie rzeczy nieuzasadnione. Naturalnie, w Hiszpanii reżim Franco dręczył obywateli represjami, jednak Nourissier wątpił, aby w wielkim mieście, jakim była Barcelona, wszyscy byli śledzeni. 17

Chyba że dziennikarz go okłamał i obciążały go dawne starcia z policją o charakterze politycznym; komplikowałoby to bardzo jego plany. Zamówił oliwki, które wydały mu się przepyszne, postanowił jednak zrezygnować z alkoholu; chciał, by jego zmysły były w pełni czujne. Prawdę powiedziawszy, Infante nie wywarł na nim najlep- szego wrażenia. Wyglądał na osobnika niezbyt godnego zaufania, było w nim coś szorstkiego i sceptycznego. Jego uśmiech był pod- szyty cynizmem, a w spojrzeniu czaiła się nieufność. Francuzowi wydawało się też, że dostrzega w twarzy cudzoziemca jakąś po- wściągliwość, świadczącą o braku poczucia bezpieczeństwa. Oczy- wiście mogło też być tak, że dał się ponieść swojemu zawodowemu skrzywieniu, przedwcześnie próbując rozgryźć faceta, o którym nic nie wiedział i z którym rozmawiał zaledwie pół godziny. W każdym razie to on sam czuł się niezbyt pewnie, zadając sobie pytanie, czy poddanie się impulsowi przyjazdu do Hiszpanii nie było idiotyzmem. Zawsze w swej pracy był pełen pasji. Jego nauczyciele ostrzegali go o możliwych zgubnych skutkach owego zapału i podejmowanych po- chopnie decyzji, lecz na próżno. Nadal był przekonany, że namiętność jest motorem wszelkiej pracy badawczej. Dopiero później przychodzi praca, refleksja, wytrwałość, stabilność, które popychają cały projekt do przodu i ostatecznie doprowadzają do mety. Talerz po oliwkach był pusty, a w jego żołądku rozpętała się prawdziwa burza. Po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że czyni wy- siłki, by zamaskować coraz bardziej rzucającą się w oczy rzeczywi- stość: Infante się nie pojawi. Sam plan spotkania z Pasterką przyczynił się do jego ucieczki. Przeliczył się; zainteresowanie mężczyzny tą postacią wygasło po złożeniu przezeń podpisu pod artykułem. Prze- cież nie wszyscy marzą o zagłębieniu się w pracy badawczej. Strasz- liwy smutek owładnął jego duszą; tyle próżnych domysłów, 18

przypuszczeń, tyle straconego czasu, by dotrzeć do miejsca, w którym się teraz znalazł! Powinien wcześniej się zorientować, że jego plan jest nie do zrealizowania. Przywołał kelnera i poprosił o wino oraz kartę dań, by wybrać coś na kolację; nie mógł wyjść, nie wydawszy ani grosza. Kiedy sączył pierwszy kieliszek, ujrzał nadchodzącego Infantego. ‒ Widzę, że się pan doskonale przystosował do tutejszych zwy- czajów ‒ odezwał się z uśmiechem. ‒ A pan? Czy to hiszpański zwyczaj spóźniać się tak bardzo na spotkanie? ‒ Nie, ale musiałem przemyśleć sprawę i zapewniam pana, że niewiele brakowało, a nie przyszedłbym w ogóle. ‒ Ale jest pan tu. ‒ Tak, jestem, mało tego, konam z głodu. Pozwoli pan, że to ja wybiorę dla nas to, co zjemy? Zamówił szynkę, krewetki, grzyby z sosem, kilka gatunków kieł- basy i olbrzymią sałatkę. Podczas gdy potrawy pojawiały się na stole, wiódł kwieciste dywagacje o prawdziwej hiszpańskiej kuchni. Nou- rissier, siłą powstrzymując nieprzepartą chęć, by po chamsku rzucić się na jedzenie, spojrzał nań z niepokojem. ‒ Nie chciałbym wydać się panu źle wychowany, ale to nie fa- scynacja sprawami podniebienia przywiodła nas dziś tutaj. ‒ Spieszno panu, by wejść bezpośrednio w temat, prawda? Zgoda, a zatem ognia! ‒ Proszę mi powiedzieć, jakie są szanse, by spotkać Pasterkę. Infante nie odpowiedział od razu. Potem, schrupawszy z rozkoszą krewetkę, odezwał się bez ceregieli: ‒ Mizerne, doktorze, żeby nie powiedzieć: żadne. Proszę pomy- śleć: jeżeli Gwardia Obywatelska nie była w stanie dopaść tej 19

bandytki przez dwa lata, nie mam pojęcia, jak pan zdoła tego dokonać. ‒ Nie mam najmniejszego wyboru, wiem, ale nigdy nie zamie- rzałem udać się samotnie na jej poszukiwanie. Chciałbym, żeby pan mi towarzyszył; zna pan ludzi i okolicę. Jestem przekonany, że tej kobiecie musi pomagać ktoś z mieszkańców regionu. Jeśli odwie- dzimy wszystkie osady, jeśli pan rozpyta tu i ówdzie... ‒ Pan nie wie, o czym mówi. Chce pan, by mnie postawili przed sądem wojskowym? Ta bandytka została obwołana wrogiem pu- blicznym. Przypisuje się jej dwadzieścia dziewięć morderstw. Słyszał pan dobrze? Dwadzieścia dziewięć zgonów. Jak zacznę rozpytywać tu i ówdzie, następnego dnia zobaczymy przed naszym domem calutką Gwardię Obywatelską. ‒ Już pan będzie umiał zmylić tropy. Infante westchnął, wziął kolejną krewetkę i pogryzł ją z wście- kłością, jakby chciał jej zrobić krzywdę. Spojrzał na swego rozmówcę z powagą. ‒ Nie jest pan rozsądny, Lucien. Ma pan jakiekolwiek pojęcie, co zakłada pański plan? Powinniśmy przemierzyć całą prowincję w czasie bliżej nieokreślonym, zatrzymywać się w oberżach i pensjo- natach, rozmawiać z ludźmi. Jak moglibyśmy uzasadnić nasze dzia- łania? Opowiadając ludziom, że poszukuje pan Pasterki, by ją poddać psychoanalizie? ‒ Możemy wymyślić cokolwiek. Jestem antropologiem, który pragnie badać zwyczaje regionu, geologiem badającym rzeźbę terenu; cokolwiek. A pan zawsze będzie mógł być moim lokalnym pomoc- nikiem, kimś, kto otrzymuje wynagrodzenie za swą pracę. Nie dopa- trzą się w tym niczego podejrzanego. Jest tylko jeden problem, praktyczny: musiałby pan nie pojawiać się przez jakiś czas w „Vanguardii”. 20

‒ Nie należę do zespołu redakcyjnego. Pracuję na własny ra- chunek. Proponuję tematy reportaży, a gazeta je kupuje. Tak zarabiam na życie, więc nie mogę sobie pozwolić na przerwę w pisaniu, i to rzeczywiście jest problem praktyczny. ‒ Ani przez chwilę nie pomyślałem, że miałby mi pan pomagać za darmo. Zawrzemy jakąś umowę, możliwie korzystną dla pana. ‒ Postawmy się w najgorszej z możliwych sytuacji, bez wątpie- nia jednak najbardziej prawdopodobnej: nie znajdujemy ani śladu Pasterki. ‒ Dopuszczam taką możliwość, lecz póki będziemy kontynuo- wać poszukiwania, z pewnością zgromadzimy cenne informacje dla moich badań. ‒ Chciałbym panu zadać jedno pytanie, Lucien: nie jest pan przypadkiem dziennikarzem? Twarz Nourissiera ściągnęła się w wyrazie głębokiej przykrości. Przestał jeść, ułożył sztućce na talerzu, pokręcił kilka razy głową. ‒ Nie ma pan prawa podważać mojej prawdomówności. Nazy- wam się Lucien Nourissier, jestem psychiatrą. Pracuję od lat, badając osobowości psychopatologiczne ze skłonnościami przestępczymi. Od chwili gdy przeczytałem pański artykuł o Pasterce, postać tej kobiety owładnęła mną obsesyjnie. Ma ona wszystko, co może być ważne dla moich badań: wątpliwą tożsamość seksualną; jest mężczyzną, kobie- tą, transseksualistką? Jej antyspołeczne zachowania, zabarwione ideologicznie przystąpienie do antyfrankistowskiej partyzantki, zdolność do przetrwania poza cywilizacją, wreszcie łatwość zabijania. Wiele by dla mnie znaczyło, gdybym się więcej o niej dowiedział. Oto cała i jedyna prawda. Jeśli pan mi nie wierzy, będę musiał wymyślić coś, co lepiej zabrzmi. 21

‒ Bez urazy, musi pan zrozumieć, że są sprawy, które u pana szokują. ‒ Na przykład? ‒ Jakim sposobem egzemplarz „Vanguardii” znalazł się w pań- skich rękach i czemu mówi pan tak dobrze po hiszpańsku? ‒ Moja matka była Hiszpanką. Zakochała się w moim ojcu, psychiatrze, podczas wakacji na Costa Brava. Pobrali się. Nieczęsto tu przyjeżdżała, ale na całe życie zachowała prenumeratę „Vanguardii” jako symboliczną więź z ojczyzną, podobnie czyni wielu Kataloń- czyków. Kiedy umarła, przedłużyłem prenumeratę na swoje nazwi- sko, to coś w rodzaju hołdu. Trudno panu w to uwierzyć? ‒ Nie, naturalnie, że nie. ‒ W każdym razie ma pan tu mój paszport, w nim figuruje zawód. Infante powstrzymał gestem dłoni lekarza wyjmującego doku- ment. Następnie kilkakrotnie wytarł usta serwetką. ‒ Zje pan jakiś deser, doktorze? ‒ Czekam na pańską odpowiedź odnośnie mojej propozycji. ‒ Idea musi dojrzeć. ‒ A ja jutro po południu muszę wrócić do Paryża. ‒ Niech pan wpadnie do mnie na śniadanie. Tak koło jedenastej będzie w sam raz. Oto mój adres. Nourissier po powrocie do hotelu padł na łóżko w ubraniu. Nagle poczuł się ogromnie wyczerpany. Aż do tej chwili ekscytacja podróżą i zaciekawienie osobą dziennikarza, z którym miał się spotkać, utrzymywały jego ciało w napięciu. Jednak gdy tylko znalazł się w pokoju, poczuł, jak mięśnie jeden po drugim rozluźniają się. Bolały go nogi, kark. Zmusił się do wstania, powinien pójść do toalety, włożyć piżamę. Potrzebował snu. Wprowadził w życie pierwszą część swego planu, teraz już trzeba było tylko czekać na decyzję Hiszpana. Dzi- waczny typ, pomyślał, wprawdzie dotarł na kolację, okazując w ten 22

sposób zainteresowanie, jednak nie było wcale pewne, czy zaakcep- tuje zaproponowaną umowę. Carlos Infante zbijał z tropu. Nie sposób było odkryć jego słabej strony, dzięki której udałoby się go przekonać. Jakim racjom hołduje ‒ ideologicznym, naukowym, a może jedynie pieniądze przeważą szalę jego decyzji? Nie wyróżniał się niczym szczególnym, nie wyglądał na kogoś, kto by miał jakieś rozterki lub w coś wierzył, był niczym młoda gałąź: podatna na kołysanie podmu- chami wiatru, lecz utrzymująca się cały czas na miejscu. Nie wyglą- dało też na to, by przygoda stanowiła dlań cel. Lucien pomyślał, że może jego przypuszczenia są błędne, dał się ponieść legendzie męż- nego szlachetnego Hiszpana, Kichota gotowego zaangażować się w utopijne sprawy, w jakieś nieprzeciętne przedsięwzięcia. Nie warto jednak międlić w kółko tego tematu, karty zostały rozdane. Zamknął oczy. Wiedział, w jaki sposób uspokoić umysł, choćby najbardziej wzburzony. Choćby budziła się w nim największa pasja, potrafił zawsze powściągnąć niecierpliwość i przekształcić ją stop- niowo w stan wewnętrznego spokoju. Niestety nie było u jego boku Evelyne. Zatęsknił za żoną, za córeczkami. We trzy stanowiły jądro jego życia, ciepłą i emanującą spokojem strefę, do której nie przeni- kały prawa rządzące chorobami psychicznymi ani straszliwe przy- padki kliniczne, jakim musiał stawiać czoło w swej praktyce zawo- dowej. Otworzył oczy, pomyślał, że zadzwoni do żony, lecz uświa- domił sobie, że jest już bardzo późno; różnica czasu francuskiego była znacząca. Wziął książkę i zaczął czytać, przekonany, że sen wyzwoli go niebawem z niepewności. Następnego ranka obudził się pełen energii i optymizmu. Pamiętał doskonale, gdzie się znajduje i dlaczego. Podczas śniadania przyglą- dał się ludziom w hotelowej restauracji. Nikt nie powiedziałby, że 23

ów kraj wyszedł niedawno z wojny domowej, że jego smutnych obywateli więzi plugawa dyktatura. Ubrane modnie pary, biznesmeni, wreszcie jakiś turysta, wszyscy oni jedli i rozmawiali, nadając owemu porankowi klimat normalności. Przypomniał sobie, jak Infante w barze Zurych poprosił go, przerażony, by mówił ciszej. Może prze- sadzał, ale możliwe też, że pod pozorami spokoju szerzą się represje i przemoc. Nie mógł poddać się przerażeniu, najprawdopodobniej dziennikarz usiłował zwielokrotnić ryzyko, dodać wagi własnej roli, chyba jego jedynym celem nie było poszukiwanie zręcznej wymówki, by nie dać się wciągnąć w projekt. Dalsze spekulacje są bez sensu, niebawem rozstrzygną się wszelkie wątpliwości. Wypił do końca kawę. Wysiadł z taksówki naprzeciw wielopiętrowego budynku przy ulicy Industria; zdawało mu się, że ów przejazd przez miasto trwa nieskończenie długo. Ta dzielnica pozbawiona była blichtru i ele- gancji burżuazyjnej Barcelony, jednak również sprawiała wrażenie ożywionej. Ludzie spoglądali na niego z ciekawością, prawdopodob- nie wyglądał na cudzoziemca. Kiedy wszedł do ciemnej bramy pod wskazany przez Infantego adres, zegarek pokazywał punktualnie jedenastą. Klatka schodowa była odrapana, pełna odprysków tynku, płatów odłażącej farby i napisów wyrytych jakimś ostrym metalowym narzędziem: serca przeszyte strzałą, świadectwa obecności: „Był tutaj Pablo” ‒ albo po prostu świńskie słowa. Nie było windy. Na półpię- trach z małych żaróweczek sączyło się anemiczne światło. Zadzwonił do drzwi Infantego, zniszczonych i czarnych, przywodzących na myśl starą niewolnicę. Pachniało gotowanymi warzywami, słychać było echo muzyki z radia. ‒ Śmiało, mon cher ami! Jest pan miłym gościem w mych skromnych progach. A może lepiej byłoby powiedzieć: w mojej ubogiej jaskini? 24

Carlos Infante miał na sobie młodzieżową, choć podniszczoną koszulę w kratkę, która stanowiła przeciwwagę dla jego nieco przy- sadzistej sylwetki i zaczątków łysiny. Jednak po tym pierwszym pozytywnym wrażeniu wszystko, co Nourissier mógł dojrzeć, można było umieścić na liście upadków. Mieszkanie o pożółkłym suficie i ścianach wystających spod resztek wyliniałej, zwisającej w strzępach tapety, znajdowało się w opłakanym stanie. Stosy książek, gazet i kolorowych magazynów piętrzyły się na podłodze korytarza. W sa- lonie królowały stare meble, rozchwierutana sofa i odbiornik radiowy. W szybie można było dostrzec wyraźną rysę. I kurz, mnóstwo kurzu, białego i delikatnego. Mimo że przywykł powściągać emocje, Nou- rissier z trudem powstrzymywał się przed okazaniem zdumienia: żaden z dziennikarzy francuskich nie musiał żyć w takich warunkach. Infante dostrzegł jego reakcję. ‒ Przysiągłbym, że nie podoba się panu zbytnio styl mojego ży- cia. ‒ Jego ironiczny ton był o wiele wyraźniejszy niż poprzedniego dnia. ‒ Proszę bardzo, niech pan usiądzie tu, na sofie. Ja zajmę ten taboret, to cenny spadek po poprzednim lokatorze. Mogę panu za- proponować coś do picia? Właśnie skończyła mi się kawa, ale przy odrobinie szczęścia może znajdę w kuchni kilka torebek herbaty. ‒ Jestem po śniadaniu, proszę sobie nie robić kłopotu. Najważ- niejsze, żebyśmy mogli porozmawiać. ‒ Doskonale, wobec tego ja zacznę. Rozważyłem wnikliwie sprawę podjęcia pracy, którą mi pan proponuje, bo ta praca jest, i musimy to przyznać zarówno ja, jak i pan... No dobrze, wydaje mi się przedsięwzięciem niezwykle trudnym, jak już powiedziałem. Jed- nak... jednak istnieje możliwość, jeśli nie spotkania Pasterki, to po- szukania więcej informacji o niej, informacji bezpośrednich, które nie będą przefiltrowane przez żadną oficjalną cenzurę. 25

‒ Zatem postanowił pan się zgodzić? ‒ Jeszcze nie skończyłem. Niezbędne będą przynajmniej trzy miesiące, by doprowadzić poszukiwania do końca. Znam okolicę, jestem synem kobiety pochodzącej stamtąd, można więc przypusz- czać, że będzie mi nieco łatwiej zdobyć informacje, ale nawet zwa- żywszy na to wszystko, potrzebuję czasu. Naturalnie będziemy mu- sieli jeździć od miasteczka do miasteczka, zatrzymywać się w ober- żach lub pensjonatach. Wobec tego konieczne wydaje się wynajęcie samochodu, którym moglibyśmy cały czas się przemieszczać, wreszcie trzeba będzie płacić za noclegi i posiłki. Sądzi pan, że pańska uczelnia będzie gotowa zrekompensować panu te koszty czy też będzie pan musiał sam je pokryć? ‒ Proszę nie myśleć o pieniądzach. Dostanie je pan. ‒ Dobrze. Jeżeli po tych trzech miesiącach nie zdołamy dopro- wadzić do pańskiego spotkania z bandytką, także uznamy wyprawę za zakończoną. Dłuższe przebywanie w górach ściągnęłoby na nas uwagę Gwardii Obywatelskiej, a tego ryzyka nie czuję się na siłach podejmować: żyję w tym kraju i chcę tu żyć nadal. Po tym czasie pan z zebranymi informacjami wróci do Francji. Wydaje się to panu sen- sowne? ‒ Zgadzam się z panem we wszystkim. Pomówmy o pańskim wynagrodzeniu. ‒ Na początek powiem, że zaprosiłem pana do siebie właśnie w związku z tym. Chciałem, by pan zobaczył, że nie opływam w luksusy i że naprawdę potrzebuję pieniędzy. Skoro już to powiedziałem, informuję pana, że moje wynagrodzenie to sto pięćdziesiąt tysięcy peset. Wręczy mi pan pięćdziesiąt tysięcy na początku podróży, pięćdziesiąt na końcu, a pozostałe pięćdziesiąt zostanie wypłacone jedynie w przypadku, gdy znajdziemy Pasterkę. Mam nadzieję, że uzna pan to za uczciwe. 26

Nourissier otworzył szeroko oczy, z wahaniem przesunął dłonią po twarzy. ‒ To mnóstwo pieniędzy, zdaje pan sobie sprawę. Według mnie to nieco wygórowana kwota. ‒ Równie wygórowany jest plan, jaki mi pan proponuje. To trzy miesiące, podczas których nie będę mógł wykonywać swojej roboty, trzy miesiące, podczas których wypadam z obiegu, w związku z czym gazety o mnie zapominają. To wszystko mniej więcej tak wygląda, jeśli uznamy, że chodzi o zwykłe zatrudnienie, ale tak nie jest, dok- torze, tę pracę należy opatrzyć etykietką „szczególnie niebezpieczna”. ‒ Nie proszę pana, żebyśmy zagłębili się w nieznany kontynent niczym konkwistadorzy. Mówimy o przebywaniu w cywilizowanych miejscach, o rozmowach z normalnymi ludźmi... ‒ Hiszpania nie jest w tym momencie normalnym krajem, panuje tu krwawa dyktatura, czy muszę panu o tym przypominać? W całej prowincji władzę sprawuje Gwardia Obywatelska. Chce pan, bym panu wyjaśniał, jakie metody stosują? ‒ Wiem, jaką reputacją cieszy się Gwardia Obywatelska. ‒ W pełni zasłużoną, zapewniam pana. Ale na tym nie koniec; regiony Els Ports i el Maestrazgo, po których będziemy musieli się poruszać, są trudne, niegościnne, zacofane, niebezpieczne same przez się. Ludzie są nieufni z natury i jeszcze bardziej podejrzliwi w ostat- nich latach. Ktoś może na nas donieść nawet z powodu wybujałej wyobraźni. A ryzyko na tym się nie kończy. Czy zastanawiał się pan, że szukamy morderczyni? To kobieta zdesperowana, osamotniona w górach, osaczona, uzbrojona i świadoma, że jej życie ma swą cenę. Jeżeli jakiś mieszkaniec jednej z okolicznych wiosek istotnie jej pomaga, tak jak pan sądzi, to bardzo możliwe, że ostrzeże ją, powie, że jej poszukujemy, jeśli się o tym dowie. Jak pan myśli, jak się 27

zachowa Pasterka w takim wypadku, zaprosi nas na herbatkę do swej kryjówki? Psychiatra, oszołomiony diatrybą Infantego, oglądał swe wypie- lęgnowane dłonie, delikatnie masował długie palce. Wreszcie pod- niósł wzrok i odezwał się bardzo cicho: ‒ Zgoda, dostanie pan tę sumę. Trzeba sobie odpuścić ubieganie się o nią na uczelni, ale mam własne środki, które pozwolą mi się z nią zmierzyć. Chce pan, żebyśmy podpisali prywatną umowę? Dziennikarz wybuchnął teatralnym śmiechem i spojrzał na niego rozbawiony. ‒ Nie sądzę, by miał to być dokument jakiejś szczególnej wagi. Obawiam się, że musimy sobie wzajemnie zaufać. Ufa mi pan, dok- torze Nourissier? Lekarz patrzył na niego dłuższą chwilę; wreszcie oznajmił ze spokojem: ‒ Nigdy nie zaufałbym w pełni komuś, kto działa jedynie dla pieniędzy. ‒ Jesteśmy zatem antagonistami. Ja z kolei nie ufam idealistom. ‒ Spróbujemy pokonać te różnice. ‒ Mam nadzieję. ‒ Kiedy zaczynamy? ‒ Za miesiąc. Potrzebuję czasu, by wszystko przygotować, spe- netrować teren, poszukać kontaktów, nakreślić strategię. Nourissier wyjął z kieszeni niewielki kalendarzyk, zajrzał do niego. ‒ Co pan myśli o trzecim października? Przyjadę z Paryża dzień wcześniej. ‒ Umowa stoi. Jest coś, o co chcę pana zapytać: jeżeli odnaj- dziemy Pasterkę, gdy już z nią porozmawiamy, zamierza ją pan za- denuncjować? 28