uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 728 908
  • Obserwuję754
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 012 257

Anna Bojarska - Czego nauczył mnie August

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :1.2 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

uzavrano
EBooki
A

Anna Bojarska - Czego nauczył mnie August.pdf

uzavrano EBooki A Anna Bojarska
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 284 osób, 111 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 388 stron)

ANNA BOJARSKA CZEGO NAUCZYŁ

MNIE AUGUST 2 Tower Press 2000 Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000 CZĘŚĆ PIERWSZA WYKLĘTY POWSTAŃ LUDU ZIEMI

I Miałem osiem lat. Siedziałem w moim pokoju i malowałem kredkami towarzysza Stalina z ratlerkiem. Marzyłem wtedy o ratlerku, bo większych psów się bałem. Ratlerek miał zielony kubraczek w czarne kropki; towarzysz Stalin trzymał go na smyczy. Właśnie, wysuwając ję- zyk z przejęcia i naciskając ze wszystkich sił żółtą kredkę, rysowałem na piersi towarzysza Stalina order w kształcie słońca, kiedy za drzwiami zastukała laska, klamka uniosła się i opadła, a zardzewiałe zawiasy zawyły: to ojciec przyszedł. Natychmiast przykryłem rysunek gazetą. Ojciec zawiesił laskę na poręczy krzesła. Usiadł. Przez chwilę kaszlał. Odchrząknął. Wreszcie spojrzał mi badawczo w oczy. Na ile to było możliwe. – Guciu – powiedział. – Jest coś, o czym ci nigdy nie mówiłem. Masz brata. Zerwałem się. Kredki spadły na podłogę. Żółta aż pękła. Podbiegłem do ojca, chwyciłem go za ramię, bełkotałem. Ojciec jednym ruchem ręki uciszył mnie i odesłał na moją stronę stołu. – Siadaj – powiedział. Usiadłem. – Słuchaj – powiedział. Słuchałem. – Muszę ci wszystko wytłumaczyć. I wytłumaczył. No więc – mam brata. Nigdy o nim nie słyszałem, ale teraz słyszę. Nie wolno mi powiedzieć o tym nikomu, choćby mnie torturowano, choćby mnie przypiekano żywym ogniem, bo tego wymaga Dobro Sprawy. Są, jak wiem, dwie strony barykady, a okrakiem na barykadzie siedzieć się nie da. (Kiwałem głową, choć wszystkie barykady, które widziałem na zdjęciach i obrazkach, nadawały się wprost cudownie do tego, żeby siedzieć na nich okrakiem.) Mam nie

zadawać naiwnych pytań. Nie, nie zobaczę mojego brata i mowy nie ma, żebym się z nim bawił w kucyki: brat ma czterdzieści lat i dzieci starsze ode mnie. Moja mama nie jest jego mamą. Tylko ojciec jest jego ojcem. To się nazywa „brat przyrodni”. Otóż mój brat przyrodni mieszka w Anglii. Czyli po drugiej stronie barykady, zgadza się, miło mu, że tak wszystko rozumiem. Do tej pory utrzymywanie z nim kontaktów było niemożliwe (znów wyglądam, jakbym rozumiał, to dobrze), ale czasy trochę się zmieniły… no, w każdym razie ojciec dostał od niego list, napisał odpowiedź, i ma sposób, żeby ją wysłać. I przyszło mu do głowy, że dobrze by było, gdybym i ja napisał do brata. Mam mu po prostu opowiedzieć o sobie. W końcu jesteśmy rodziną. Ojciec podał mi kartkę, pokasłał trochę, zabrał laskę i wyszedł. Poło- żyłem kartkę przed sobą. Na moim obrazku. Odkręciłem kałamarz i sprawdziłem palcem stalówkę (nikt już nie pisał stalówkami w obsadkach, maczanymi w atramencie, istniały „wieczne pióra”, „pióra kulkowe” i maszyny do pisania, ale w naszych szkołach obowiązywały wciąż kałamarze i stalówki, wyrabiające ponoć Dobry Charakter – i pisma, i człowieka; pod- łoga w naszym domu była upstrzona nie dającymi się usunąć plamami z atramentu, i meble także, i ściany, i wszystko). Długo myślałem, gryząc polakierowany na granatowo koniec obsadki. Wreszcie zacząłem pisać: (Brudnopis tego listu znalazłem po latach w szufladzie ojca: wtedy poprawił tylko błędy ortograficzne i kazał mi wszystko przepisać. Nie wiem, czy wysłał – przez sobie tylko znaną „okazję” – czyściutką, ostateczną wersję. 5 ––––––––––––––––––––- page 6 Sądzę, że tak, niestety. Nie trzeba dodawać, że nigdy nie dostałem odpowiedzi.) List był taki: Drogi Antku! Dowiedziałem się właśnie, że jesteś moim bratem. Bardzo się cieszę. My- ślałem zafsze, że nie mam brata ani siostry. Szkoda, że jesteś dorosły.

Napiszę ci o sobie. Mam 8 lat i jestem komunistą. Będę teraz chodzić do trzeciej klasy. Nie lubię szkoły. Lubię czytać. Moją ulubioną książką jest ,,Soso”, o towarzyszu Stalinie. Przeczytałem ją już mnust-fo razy. Najbardziej mi się podoba, jak tow. Stalin rysował w szkole mapy. Pszykładał je pod szybę i tak pszerysowywał. Były zupełnie takie same jak naprawdę. Tego nie wolno było ro-bić, bo w szkole hcieli żeby rysować mapy z pamięci, ale tow. Stalin wymyślił jak ich nie słuchać, i jego mapy były takie piękne jak w atlasie, i zawsze miał najlepsze stopnie, bo nauczyciele nie wiedzieli o szybie. Dlatego puźniej tak zafsze zwyciężał. A towarzysz Bierut, nasz prezydent, wymyślił sposób, żeby woda nie wylewała się z wiadra. Był bardzo biedny i musiał nosić po piętrach wodę w wiadrze, i zawsze się wylewała, i tow. Bierut nagle wymyślił taki sposób: jak się na wodzie położy na kszysz dwa patyczki, to woda się nie wylewa. Nie wiem, czy to prawda, bo nigdy nie nosiłem wody w wiadrze. Hciałbym to sprawdzić, ale u nas niema wiadra. Bardzo się cieszę, że mam brata, ale szkoda, że nie mieszkasz z nami i nie jesteś młody. Hciałbym się z kimś bawić w kucyki. Jak się jest jedynym kucykiem, to nudne. Z komunistycznym antyfaszystowskim pozdrowieniem twój brat Gustaw August wkroczył w moje życie o tydzień, może dwa tygodnie później. Dzień, kiedy się to stało, był pochmurny i wietrzny; co chwila zrywał się deszcz, mijał i znów zaczynał padać; ludzie, idący ulicą obok naszej szkoły, nawet nie zamykali parasoli. Siedziałem skulony w ostatniej ławce i wyglądałem przez okno tak, żeby nauczyciel tego nie widział. Przychodziło mi to bez trudu: byłem zezowaty. Powiem teraz coś, czego-się-nie-mówi. Ciągle mam ochotę płakać nad tym chłopcem z ostatniej ławki, tak samo, jak on chciał wtedy płakać nad sobą. Bardziej. Miałem odstające uszy, rude włosy i zeza. A kiedy się bardzo bałem – coraz częściej się wtedy bałem – zaczynałem się jąkać. Reszty już nie muszę opowiadać, prawda? Łatwo sobie

wyobrazić, czym była dla mnie szkoła! Nie wysyłano mnie na podwórko. Nie stykałem się z innymi dziećmi. Żyłem w świecie dorosłych – aż do tego strasznego dnia, kiedy poszedłem do szkoły – i ceniłem to sobie, i nie żałuję tego: to był piękny świat. Czerwone chorągwie powiewały na białych, strzelistych wie- żach, wspaniali ludzie o potężnych muskułach budowali głaz po głazie Gmach Sprawiedliwo- ści Społecznej, nad biednymi ludźmi – ach, jak źle było kiedyś, d a wn i ej a lb o je s t i t er a z, gdzie indziej, biednym ludziom! – zlitował się wreszcie ktoś tak wielki, że ta wielkość nie mieściła się w głowie, i mądry jak nikt od początku świata, i dobry, i szlachetny, i wszystko-ale-to-wszystko rozumiejący, zlitował się i zmienił świat, zburzył stary, stworzył nowy, pozwolił biednym ludziom wziąć swój los we własne ręce… Już go nie oddzielę od jakiegokol-wiek wspomnienia z dzieciństwa. Stoi za każdym. Nazywał się Stalin i miał wąsy. I prostą bluzę całą w orderach. Czasem był z nim ten drugi, pradawny i nieważny: mały człowieczek z bródką i chytrym uśmiechem, Lenin, ale on się nie liczył. Był kiedyś, na początku, zaczął walczyć o szczęście ludzkości i zaraz umarł. Stalin sam musiał dokonać wszystkiego. Dokonał. Współczułem każdemu, kto żył przed nim. Mama czytała mi głośno Dawida Copperfielda, a ja skręcałem się cały ze współczucia dla tego nieszczęsnego angielskiego chłopca, samotnego wśród koszmarów. Uwielbiałem jego 6 ––––––––––––––––––––- page 7 słodką, dziecinną, niezaradną matkę, nie umiejącą go obronić przed ojczymem sadystą (do tej pory pamiętam osłupienie, gdy moja matka, kończąc rozdział, w którym ojczym katuje Dawida, a śliczna Klara popłakuje cicho w kącie, powiedziała nagle: „Ależ to była kanalia, ta matka Dawida Copperfielda!”), trząsłem się z wściekłości, kiedy oddanemu do szkoły z inter-natem Dawidowi dyrektor kazał przyczepiać na plecach tabliczkę z obelżywym napisem, tru-chlałem co chwila ze zgrozy podczas jego wędrówki przez Anglię… Biedny Dawid, mój brat,

mój sobowtór, napadany, okradany, oszukiwany, straszony, bezbronny! Gdyby żył w naszych czasach nie mogłoby się to zdarzyć. W świecie, w którym żyje Stalin, znęcanie się nad dzieckiem jest czymś nie do pomyślenia. Tu małym Copperfieldem zainteresowałyby się zaraz odpowiednie CZYNNIKI, i umieściłyby go w cudownym białym pałacu z płomiennymi chorągwiami na wieżach, takim z Makarenki (sam wolałbym taki sierociniec od mojego domu rodzinnego!), i od tej pory byłby szczęśliwy. Biedny Dawid! A potem Stalin umarł. Umarł w marcu. We wrześniu poszedłem do szkoły. Takie to było oczywiste, takie normalne. Przyprowadzono do szkoły zezowatego rudzielca z odstającymi uszami: w jakiej to szkole świata nikt by go nawet nie przezywał? Chłopiec był w domu rozpieszczany, chowany pod kloszem (może chciano go jak najdłużej uchronić przed cierpieniem?), więc doznał wstrząsu. O, podli, podli jego rodzice! Gdyby spotkał się przed- tem z wyzwiskami to jednego, to drugiego szczeniaka, gdyby ojciec nauczył go choć jednego zgrabnego ciosu w odpowiedzi, przystosowałby się po trochu do życia, jakie go czekało: bo-leśnie, ale po trochu… I jakby mało było tej potwornej, ośmieszającej brzydoty, zarazili go jeszcze, biednego kretyna, swoją naiwną, szaleńczą ideologią. Śpiewali mu pieśni rewolucyj- ne (fałszując), czytali wiersze rewolucyjne, wręczali jako bezcenne prezenty komplety zdjęć Stalina w sztywnych kopertach (malec trzymał je w szufladzie i oglądał ukradkiem, drżąc z zachwytu), a w dniu śmierci krwawego tyrana szlochali od świtu do zmierzchu (wszyscy, wszyscy ludzie, których potem spotkałem, mówili mi o tym dniu jako o dniu radości, nadziei i triumfalnego pijaństwa – a my zataczaliśmy się od ściany do ściany, ślepi od łez: ojciec, matka i ja) – i zrobili z niego podwójnego, potrójnego potwora! Nie tylko moje ciało było żywą prośbą o bicie i kopniaki, dusza także.

Niczym przecież nie zawiniłem! A ojciec miał pięćdziesiąt osiem lat, kiedy się urodziłem (matka czterdzieści); gdy podrastałem, ciężko już chorował, chodził o lasce, pokręcony artretyzmem: jakich to ciosów bok-serskich miał mnie uczyć? Jakiej samoobrony? Stary partyjniak, przekazał mi to, w co sam wierzył. Najświętsze Ze Słów: PARTIA. W marcu upadła, runęła opoka, sens mojego życia, sens wszechświata: Stalin. We wrze- śniu zaprowadzono mnie, czystego, w odświętnym ubranku, ostrzyżonego tuż przy skórze (jakże to uwydatniało moje koszmarne uszy!) do szarego budynku z czerwoną tabliczką: Szkoła podstawowa nr… – i popchnięto do przodu. Ruszyłem przed siebie, prosto w wybuch śmiechu. Wielki, powszechny, chóralny. Nigdy nie przestałem go słyszeć. Młoda kobieta, nauczycielka, uspokajała dzieci. Ale pamiętam, że też z trudem powstrzy- mywała śmiech. Musiałem mieć bardzo głupią minę, musiałem być niesłychanie zabawny. Coś do nas mówiono. Długo mówiono. Potem posadzono nas przy stolikach, a przed każdym postawiono kubek kakao i ciastko z kremem. Siedziałem sam, nikt nie chciał usiąść ze mną; pani dosadziła kogoś przemocą, ale gdy tylko się odwróciła, uciekł. I znowu śmiech. Nie mo-głem pić, nie mogłem jeść ciastka, gardło miałem za bardzo ściśnięte. Wreszcie się to skończyło. Wyszedłem przed szkołę, do moich starych, cudacznych, ubranych jak strachy na wróble rodziców. Do mojego siwego ojca opartego na lasce, do mojej ostrzyżonej po męsku, szpakowatej matki w półbutach, czerwonym szaliku i komisarskiej kurtce. Zapytali, jak było. Odpowiedziałem: dobrze. 7 ––––––––––––––––––––- page 8 Odpowiadałem tak latami. Zawsze, ilekroć pytali – o szkołę, o kolegów, o cokolwiek. A oni – kiedy teraz o tym myślę, wydaje mi się, że to właśnie było naprawdę straszne, tylko to – oni mi wierzyli. Długo podejrzewałem, że udawali tak samo jak ja. Nie mogli przecież wierzyć w to „do- brze”: widzieli mnie i znali ludzi, nie mogli w końcu niczego o nich nie wiedzieć, w swoim

wieku! Wreszcie zrozumiałem, że oni mi naprawdę wierzyli. I ręce mi opadły. Chwileczkę. Jeszcze chwileczkę zanim zacznę mówić o Auguście. Nie mogę teraz o nim mówić. Najpierw muszę coś wyjaśnić. Coś bardzo ważnego. Od początku świata byli zwycięzcy i pokonani. Zwycięzcy twierdzili, że to słuszne; pokonani, że nie. Od początku świata byli krzywdziciele i krzywdzeni, potężni i słabi, źli i dobrzy, poniżający i poniżani: pierwsi twierdzili, że to słuszne, drudzy, że nie. Ci drudzy cierpieli, strasznie cierpieli; pierwsi ignorowali ich cierpienie albo upierali się, że wynika ono z praw natury i porządku wszechrzeczy. Że nie można nic na nie poradzić. Ci drudzy upierali się, że można. W czasach niewolnictwa dochodziło wciąż do buntów niewolników. Nawet do wojny niewolników z wolnymi – o wolność niewolników; ale niewolnicy przegrali, Spartakus przegrał. (Tak, tak, książki o Spartakusie to część mojego wychowania; tak, płakałem nad nimi; nie podoba się? To daj mi spokój, wyjdź, nie słuchaj mnie dłużej!) Potem był feudalizm, ka- pitalizm… i ciągle to samo, i ciągle ktoś się buntował, i ciągle przegrywał, i tłumaczono mu, że musiał przegrać, bo buntował się przeciwko czemuś większemu niż jedna, doraźna niesprawiedliwość (toż chytry, silny, bezwzględny i mający szczęście niewolnik zawsze miał szansę stać się wolnym człowiekiem dzięki lasce swego właściciela lub ucieczce; biedny mógł się wzbogacić, iść na wojnę, wziąć łupy, przypodobać się możnym: zawsze tak było). W dziewiętnastym wieku (niewiarygodna epoka, takiego przyspieszenia dobra nie było nigdy, zgadzam się z tym, wierzę w to, żałuję, że mój kraj został przez wiek dziewiętnasty ominięty) znalazł się człowiek, który udowodnił słuszność i niepodważalność wiekuistego porządku świata: Darwin. I drugi człowiek, który mu zaprzeczył: Marks. Było to w Londynie. (Czekoladowe domki, gęsta mgła, niewyraźne światło latarń.) Nie, nie zacznę jeszcze mówić o Auguście, do cholery!

Darwin stworzył teorię, zgodnie z którą zawsze i wszędzie przetrwać mogą tylko najsil- niejsi, i jest to nieuniknione, logiczne, więc słuszne. W każdym razie nie ma co przebijać głową muru! Drugi brodaty wiktorianin, Marks, uznał, że głową można przebić m ur; w ka żdym ra zie czemu nie spróbować? Jeżeli słabi się zjednoczą, będą potęgą. Jeżeli słabość zaciśnie pięści i puści je w ruch, może stać się groźna. I zwycięska. A jeśli zwycięży i urządzi świat po swojemu, świat ten może stać się rajem. Niech tylko zrozumie jedno: najpierw trzeba poznać i zaakceptować prawa obecnego świata, bo one są, bo one istnieją: nie osiągnie się niczego bez walki. Więc stań do walki, biedny, pokonany, słaby i dobry człowieku; stań do walki i wygraj po to, żeby już nie trzeba było walczyć, a potem bądź nadal dobry, tylko nie wypuszczaj z ręki zatrutego sztyletu, na wszelki wypadek. Nic więcej. W następnym stuleciu zwolennicy tego drugiego brodacza spróbowali i zwyciężyli. W Ro- sji. (Moskwa, Sankt Petersburg, kopułki cerkiewne, miasta jak z kolorowego piernika, puste, ogromne przestrzenie…) Chwileczkę. Mówię o sobie. Dopiero potem mogę zacząć mówić o Auguście. Najpierw o sobie. 8 ––––––––––––––––––––- page 9 Próbowali w 1905 i zostali pokonani. Spróbowali w 1917 i wygrali. Bo oni naprawdę wygrali. Mówi się, że nie było żadnej rewolucji, że był tylko zamach stanu opatrzony później tą nazwą, sam to mówiłem, bo tak było wygodnie, bo tak było słusznie – tego nauczył mnie Au- gust – ale to była rewolucja, nie oszukujmy się. Biedni, uciemiężeni ludzie, po całym życiu pełnym poniżeń i wyrzeczeń, po trzech latach wojny, wpadli w furię. Nie wystarczyły im ła-godne zmiany, proponowane przez innych, nie wystarczyło im, że mogli być trochę mniej krzywdzeni, chcieli wszystkiego. Wylegli na ulice. Zabijali. Palili, burzyli. Wypełniali sobą

ogromne place i śpiewali na całe gardło Bój to jest nasz ostatni – w starej pieśni pokonanych, w swym hymnie zmienili słowo „będzie” na „jest” (JEST! JEST! JEST!) – i wygrali. A po- tem, prawie natychmiast, wyjęto im z rąk ich zwycięstwo. Tak gładko, tak zręcznie. Zarea- gowali na to. Natychmiast, w Kronsztadzie. Ale kto, choćby o dziesięć kilometrów dalej, mógł wtedy wiedzieć o Kronsztadzie? Zresztą, co by to zmieniło? I zaraz po rewolucji, po tym zrywie – cudownym, tak – zaczął się ucisk taki sam jak przedtem. Potem coraz większy. Potem tak wielki, że aż śmieszny. Wreszcie po siedemdziesięciu dwóch latach wszystko się zawaliło: ze śmiechu. No, nie tylko. Nie łap mnie za słówka. W końcu byłem jednym z tych, dzięki którym się zawaliło, prawda? Tak, to ja podkładałem miny pod największą twierdzę epoki! To ja za- rżnąłem epokę! To ja wyrywałem z niej i pożerałem surowe, dymiące mięso! Ja i August. August i ja. I jeszcze inni, oczywiście, ale nie było ich wielu. Czy nie mam prawa czuć się dumnym? Nie, jeszcze jedno. Ja nie uważam, że ten bunt pokonanych został wykorzystany przez łajdaków. Został wyko- rzystany przez ludzi takich jak August. Mądrych i mocnych. Takich, którzy zawsze i wszę- dzie by wygrali, ale woleli stanąć na czele pokonanych. Nie małe, samotne zwycięstwo. Wej- ście do historii. Tworzenie historii. Zmienianie losów świata, zmienianie praw natury! Są ludzie, których nie zadowoli nic mniejszego. Ludzie ci – Lenin, Trocki, Stalin, Zinowiew, Kamieniew, Beria e tutti quanti – ludzie ci mieli jak najlepsze intencje. W to nie wątpię. O Boże, czytałem, czytałem idiotyczne powiast-ki w kolorowych, lakierowanych okładkach ze ślicznie odmalowanymi fontannami krwi, czytałem, jak to już w kołyskach wyrywali muchom skrzydełka, jak to już siedmioletni lubili zabijać, jak to sparaliżowani i konający umieli się jeszcze zwlec z mar, żeby udusić świąto-bliwego, białowłosego księdza, czytałem o ich nienawiści do wszystkiego, co żywe i do

wszystkiego, co martwe, sam ich jako takich przedstawiałem (tego nauczył mnie August), przedstawiałem ich jako potwory kalające w gnoju, dla własnej, zboczonej przyjemności, świetlaną ideę, potem zacząłem oskarżać samą ideę (Niech Pokonani, Wyzyskiwani i Krzywdzeni Wezmą Swój Los We Własne Ręce), ją samą nazywać zbrodniczą, to pomniejszając, to powiększając odpowiedzialność ludzi, którzy się nią posłużyli (tego nauczył mnie August) – ale w jedno wciąż nie mogę uwierzyć. W to, że ci ludzie byli urodzonymi zbrodniarzami. Coś się stało. Coś popsuło im pracę, jakiś kamyk wpadł w tryby maszyny, a oni maszyny nie zatrzymali, zmuszając ją do dalszych obrotów, aż w końcu przestała działać i została zniszczo-na, a oni wraz z nią… ale robili to, co uważali za słuszne. Na pewno. Jak zresztą każdy. Ty też. Jak każdy. Ale do nich przyszedł wielki wybuch. Nie; raczej trzęsienie ziemi. Nie, znów nie tak. To było jak ruchome piaski. Poruszyły się powoli, wciągając ofiarę w głąb. Cichutko, spokojnie. To, w czym wziąłem udział, nie było wielkie. Udusiliśmy epokę poduszką. Można by się nigdy nie domyślić, że to było zabójstwo! 9 ––––––––––––––––––––- page 10 Tłumy nie wiwatowały na naszą cześć. Nie śpiewały o boju ostatnim. I wkrótce zaczęły żałować ofiary. A myśmy się spodziewali… Zaśliniona poduszka w rękach, tyle było naszego triumfu! Już kończę. Chcę tylko powiedzieć, że nawet ten, kogo nazywamy zbrodniarzem, robi to, co uważa za słuszne i nieuniknione. Każdy ma czyste intencje. Nigdy nie spotkałem człowieka, który by świadomie wyrządzał zło. Nieświadomie, oczywiście, wyrządza je każdy. Z wyjątkiem Augusta. Jeżeli ON robił coś złego, był pewny, że robi coś złego. Jeżeli ON kogoś krzywdził, nie wątpił, że krzywdzi. Nie miał złudzeń. Był przytomny. Był bystry. Był jednym z tych, którzy tworzą historię.

Tak, dopiero co mówiłem o czystych intencjach i najlepszej woli ludzi przez 72 lata budu- jących ten gmach, który my z Augustem… – I wieloma innymi, zgoda, ale niezbyt to uprzejme, wciąż o tym przypominać… – …który my z Augustem obaliliśmy w proch. Gmach, w którego jasnych, pięknych, zacisz- nych pokojach wyrosłem. Na którego wieżach powiewały chorągwie, w którego oknach odbijało się wschodzące słońce. Tak, mówiłem o dobrych intencjach. Nie wiem, czy TAMCI mieli dobre intencje. Nazwałem ich podobnymi do Augusta. August był jedynym wielkim człowiekiem, jakiego znałem. Jeżeli inni wielcy byli, są, będą tacy jak on, mówiłem i mówię głupstwa. Możliwe, że August był łajdakiem. Możliwe, że był aniołem z ognistym mieczem, aniołem, niepojętym dla maluczkich. Możliwe też – zgadzam się – że wcale nie był wielkim człowiekiem. Że był postacią drugorzędną, kabotynem, megalomanem, marionetką, nadymającą się żabą. Że wcale nie zburzył tamtego gmachu. Że nigdy nawet się do niego nie zbliżył, co dopiero mówić o podkładaniu min! Przechadzał się w pobliżu i dużo gadał, zajadając wafle. Dobrze. Dzień był pochmurny i wietrzny, co chwila zrywał się deszcz, mijał i znów zaczynał pa- dać; ludzie idący ulicą obok naszej szkoły nawet nie zamykali parasoli. Siedziałem skulony w ostatniej ławce i wyglądałem przez okno tak, żeby nauczyciel tego nie widział. Łatwo mi to przychodziło: byłem zezowaty. Na przerwy nie wychodziłem, żeby uniknąć bicia. To było na ostatniej lekcji. Już nie wiem, jak się nazywała, można pójść do biblioteki i sprawdzić: nazwę co chwila zmieniano. Taka godzina czerwonej indoktrynacji. Nauka o spo- łeczeństwie, wiedza o społeczeństwie, nie pamiętam: na pewno nie nazywało się to nauko- wym komunizmem jak w Rosji, na pewno nie marksizmem-leninizmem, nie dla takich dzieci

jak my. Godzina ideologii, o to chodziło. Na początku roku mieliśmy zastępstwo, teraz wreszcie przysłano właściwego nauczyciela: faceta z Komitetu Dzielnicowego. Inni szemrali i kpili sobie z góry z tego, który miał przyjść, słyszałem to, zawsze tak było (i bolało, zawsze bolało: jakbym widział własnych rodziców na torturach); do mnie nikt się nie odzywał i ja nie odzywałem się do nikogo. Nagle drzwi otwarły się z rozmachem… Nie, jeszcze zanim drzwi się otworzą. Zanim August wejdzie do klasy szkolnej i w moje życie. Chwileczkę. Zatrzymajmy te drzwi. 10 ––––––––––––––––––––- page 11 Zapomniałem powiedzieć, co poprzedziło ich otwarcie. O tym, co mnie przygotowało na wejście Augusta w moje życie, w historię, w wieczność. Moi rodzice byli czerwoni, jasne. Ale niczego nie zrozumiesz, jeżeli ci nie powiem, że ta ich czerwoność była tym samym, co wrażliwość na piękno. Żarłoczność na piękno. Pęd do piękna. Gnali na zebrania partyjne tak samo jak malarz – geniusz czy superpartacz – rzucał się do sztalug, żeby jak najprędzej, natychmiast utrwalić i uwiecznić coś niewiarygodnego, porażającego, co go właśnie nawiedziło i opętało: objawienie. Albo jak pisarz, geniusz czy grafoman. Albo muzyk. Oni oboje przez tyle lat widzieli, naprawdę widzieli przed sobą coś niewyobrażalnie pięknego; zasłaniali im to wykrzywieni złośliwie, cuchnący czosnkiem i najtańszą wódką, pryszczaci ludzie, więc ich odtrącali i przewracali; zasłaniały im to przedmioty, z którymi robili to samo; piękno wciąż się oddalało, wciąż uciekało przed nimi, więc biegli, biegli w nadziei, że wreszcie je dogonią i pochwycą. To było jak próba dotarcia do horyzontu. Głupia, tak. Zgadzam się: moi rodzice byli głupi. Ale szli za czymś niewyobrażalnie pięknym, to wiem, o tym mówię jako ekspert. Wiem i już, i daję za to głowę, daję życie. Jak mówił Stalin – oddam za to całą moją krew, kropla po kropli. Wiem też, że piękno często towarzyszy złu, bo i czemu nie miałoby mu towarzyszyć?

Każdego normalnego człowieka wzruszają marsze wojskowe, za każdą orkiestrą wojskową biegną gromady oczarowanych dzieciaków jak za szczurołapem z Hammeln – i tak właśnie każda zbrodnia pozyskuje sobie zwolenników, których nie pokonałaby przemoc, których rozwścieczyłby szantaż. Ale za tym – za rytmem, dźwiękiem, światłem – pójdą na koniec świata. Za to umrą. Tak, wiem. Drzwi za długo pozostają uchylone. Drzwi z roku 1954, ze skomunizowanej przemocą po zbrojnym zajęciu jej przez Rosjan – przypadkowo akurat czerwonych Rosjan, nie innych – Polski. Drzwi do klasy wypełnionej milczącą, wszczepioną przez dorosłych, wrośniętą pod skórę nienawiścią, z jednym, jedynym dzieciakiem potworkiem drżącym z upartej, głupiej miłości. Zaraz pozwolę im otworzyć się do końca. Zaraz. Już nawet nie wspomnę o płytach obracających się na starym gramofonie w pokoju ojca, o tych płytach z marszami (Wsio wysze, wysze i wysze, albo Jesli zawtra wojna, jesli zawtra w pochod), wal-cami (Proszczanije sławianki i Ech, smuglanka małdawanka), z balladami o chłopcu orlątku, o partyzancie Żelezniaku, o zakochanej parze komsomolców rozdzielonej przez wojnę domową (jej kazano iść na wschód, jemu na zachód, ale będą do siebie pisać bez adresów, będą pisać wiedząc, że żaden list nie dojdzie), albo… Nie, ani słowa o piosenkach, ani słowa. Tylko o wierszach. W pokoju ojca, na odrapanej ścianie, wisiało zdjęcie Majakowskiego. Barda rewolucji. Olśniewające. Z bujnymi włosami odgarniętymi z czoła, z oczami pełnymi płomieni… nie śmiałem marzyć, żeby tak kiedyś wyglądać, żeby być kimś takim, ale kiedy słuchałem jego wierszy, byłem taki. Stawałem się taki – na chwilę. Wcielałem się w moją przyszłość. Opromieniwszy świat gromem głosu, szedłem piękny, dwudziestodwuletni… Ojciec recytował te wiersze „jak trzeba”. Jak na akademiach czy wiecach. Głośno. Wyrą- bując każde słowo w powietrzu, rytmicznie wymachując pięścią. Po rosyjsku i w tym nędznym, miejscowym dialekcie, po polsku. Odę do rewolucji mówił po rosyjsku. Tiebie, oswistannaja, osmiejannaja batieriejami, tie-

bie… Chyba zawsze rozumiałem. To była rewolucja. Zwierzęca, dziecinna, małostkowa i wielka, topiąca po pijanemu siwych admirałów, a nazajutrz ratująca z tonącego statku piszczącego kociaka… Mieszczuch przeklina cię po trzykroć, rewolucjo; ja, poeta, po tysiąckroć błogosławię… I jeszcze Brookliński most lubił, pamiętam, pamiętam ten zachwyt bolszewika nad bro- oklińskim mostem: Brookliński most! Tak! To jest coś! (Jakże się w niego później wpatrywałem w Nowym Jorku, kiedy przyjechałem do Ameryki po nagrodę za wyjątkowe zasługi w walce z komunizmem: przewieziono mnie statkiem do-11 ––––––––––––––––––––- page 12 okoła Manhattanu, a ja zadzierałem głowę i gapiłem się jak sroka w gnat, i nie chciałem odpowiadać na czyjeś niedorzeczne pytania – czyż Amerykanie potrafią zrozumieć, czym jest dla kogoś wychowanego w smudze czerwieni Brooklyn Bridge? Ta ażurowa konstrukcja, te harmonijnie wznoszące się i opadające pręty… Tam stał Majakowski, tępaki, tam w górze stał kiedyś Majakowski! A potem napisał jeden ze swych najpiękniejszych wierszy. Brookliński most! Tak! To jest coś!) I wiersz o towarzyszu mauzerze ojciec lubił – nie zadusi Sowietów Ententa, komuny nikt nie zwycięży, lewą marsz! – i wszystkie te najbardziej dobitne, najkrzykliwsze, najczerwień- sze, i te agitki przeciw spekulantom, antysemitom czy chłopakowi, który rzucił gorzej ubraną dziewczynę dla szykowniejszej, takiej w szmuglowanym polskim swetrze… Matka inaczej. Pamiętam, jak siedzi na brzegu mojego łóżka i czyta łagodnym, miękkim głosem, takim na pograniczu łez: Posłuchajcie! Przecież jeśli zapalają gwiazdy – to znaczy, że one komuś potrzebne są nocą? To znaczy: ktoś chce, żeby blask ich świecił?

Jej twarz w świetle nocnej lampki, jej czuły i trwożny głos. Jakby czytała o sobie. O kimś, kto szlocha, całując żylastą rękę Boga i błagając, żeby koniecznie była gwiazda na niebie, przysięgając, że nie przeżyje tej bezgwiezdnej męki. A potem to pocieszenie, to „już dobrze”, już wszystko dobrze, już zapaliła się gwiazda… Nagle wpadł ojciec. Słuchał pod drzwiami. Był wściekły. Krzyczał, waląc laską o krzesło: „To jest poezja re-wo-lu-cyj-na, idiotko, idiotko, idiotko! Jak ty ją mówisz? Co ty z niej robisz? Chcesz wychować chłopca na mięczaka?” Spojrzała na niego. Nic więcej. Spojrzała. Uspokoił się, zagryzł usta, wyszedł. Odtąd czytała mi wiersze tylko pod jego nieobecność. O chłopcu, który się zastrzelił na jakiejś śnieżnej przestrzeni, a wiatr wyrwał z jego kieszeni list pożegnalny i rozkrzyczał go, rozkrzyczał, rozdzwonił: Żegnajcie. Proszę nie oskarżać. Koniec. I o Marii, która miała przyjść o czwartej. Nie przyszła. Mija godzina po godzinie, północ stacza się Jak głowa skazańca z szafotu, człowiek chciałby oprzeć się na własnych żebrach i wyskoczyć z siebie, wyskoczyć, wyskoczyć… Ojciec grzmiał na cały dom: Partia i Lenin – bliźnięta-bracia – kogo bardziej matka-historia ceni? Mówimy – Lenin, a w domyśle – partia, mówimy – partia, a w domyśle – Lenin. Dla ojca – otwieranie tomów Marksa jak okiennic o świcie. Lufy tytułów. Wyostrzone piki rymów. Tym miała być sztuka. Mama czytała mi ukradkiem, w tajemnicy przed nim. Ten ostatni strzępek wiersza, napisa- ny tuż przedtem, zanim Bard Rewolucji palnął sobie w łeb. Jak to się mówi: zawalona sprawa… Często to powtarzała, zbyt często. Jak to się mówi: zawalona sprawa! I o tęsknocie mi 12

––––––––––––––––––––- page 13 czytała, o rozpaczy, o miłości. O Bogu, zacierającym ręce z uciechy, gdy widzi z góry człowieczą mękę. Tak, mama czytała mi o Bogu. Dla niej on istniał. Jako wróg i kat. Ale istniał. Dla ojca nie. Nie było problemu. Ale dla niej… Czytała mi. Bez krzyku. Spokojnie. Miękko. I tak, że nigdy, nigdy tego nie zapomniałem. Jej cichy, łagodny głos. Jeśli jesteś doprawdy, jeżeliś jest, Boże, jeśli na dywan gwiazd klęknę, jeśli tego bólu, co wciąż się mnoży, tyś dla mnie, Panie, wymyślił mękę – sędziowski łańcuch włóż, sam ci wizytę złożę. Będę punktualny, nie spóźnię się już. Słuchaj, Najwyższy Inkwizytorze. Zrozumiałem wtedy – na krótko, później wolałem o tym nie myśleć, nie pamiętać, zapomnieć, żeby móc ją oskarżać – zrozumiałem, że jest nieszczęśliwa. Co ja o niej wiedziałem? Tak łatwo było widzieć tylko siebie i własne cierpienie! Jak się czuła, żona starego, schoro- wanego człowieka, matka zezowatego potworka? Myślę, że nigdy nie zaznała miłości; a to, w co wierzyła i co miało nieuchronnie nastąpić, żeby opromienić świat, runęło. Motyl jej serca. To też wyszukała u barda rewolucji, to też z niego wyciągnęła: motyl me- go serca. A na tego motyla gramolą się w kaloszach i boso mężczyźni z kapustą na wąsach, wymalowane kobiety, tysiącgłowa wesz… Ach, plunąć im w twarz! Strząsnąć ich z siebie! Zniszczyć! Znalazłem kiedyś w jej biurku reprodukcję marnego obrazu marnego malarza: oczywiście, nie pokazała jej ojcu. Oczywiście, nigdy nie ośmieliłaby się zawiesić jej na ścianie. Ładniutka, lalkowata kobietka, pieścidełko bogatego i dobrego mężczyzny, cała w koronkach, z roza-nielonym uśmiechem dotyka ogromnego bukietu róż stojącego w kryształowym wazonie. I wtedy zrozumiałem –

Ależ tak, oczywiście! Mogłem to ująć znacznie krócej: od urodzenia żyłem w kulcie Majakowskiego, od urodzenia każdego dnia widziałem portret Majakowskiego, a przynajmniej co parę dni, czasem codziennie, czytano mi jego wiersze. Majakowskiego, który wkroczył w poezję, sztukę i sławę, który wdarł się w krwawiące mięso epoki słowami: Opromieniwszy świat gromem głosu Idę piękny, dwudziestodwuletni. A teraz drzwi mogą się wreszcie otworzyć. Niech wejdzie August. Piękny i dwudziestodwuletni. Drzwi otwarły się z takim rozmachem, że uderzyły klamką o ścianę i rozchybotały się, przerażone. A ON nie wszedł, ale wtargnął do naszej klasy, dysząc jak buldog, szybki, mocny, wielki. Roztrącił sobą powietrze i odrzucił na boki, już niepotrzebne. Wyrąbał sobą ścież- kę w przestrzeni, we wszechświecie. Piękny i dwudziestodwuletni. W rozpiętej skórzanej kurtce na zielonej zetempowskiej koszuli, w czerwonym krawacie, z ciemną czupryną tak 13 ––––––––––––––––––––- page 14 samo odgarniętą do tyłu, zamaszysty, hałaśliwy, bezwstydny. Spojrzał na nas z góry wąskimi, tatarskimi oczami bez blasku, oczami, w których nigdy nie umiałem się niczego dopatrzeć, z których nigdy nie potrafiłem niczego odgadnąć. Przesunął po nas tym wąskim, skupionym spojrzeniem, działającym tylko w jedną stronę: on nas widział, my jego nie. Nasz wzrok za- trzymywał się na tej białej powierzchni z brązowymi kołami tęczówek, z czarnymi kołami źrenic, nie sięgał głębiej. Poczułem się nagle mały, nędzny i odepchnięty – jeszcze raz ode- pchnięty. Zezowata pokraka z odstającymi uszami. Aż się skuliłem. Żeby jak najmniej było mnie widać nad ławką. A jego spojrzenie omiotło klasę i zatrzymało się na mnie. Coś mówił. Mówił od pierwszej chwili, jeszcze z jedną nogą za progiem, wtargnął między

nas jednocześnie głosem i ciałem, zakrzyczał, uciszył, pokonał. Mówił – tak, na pewno – że nazywa się Stefan Marzec, ale od lat wszyscy mówią na niego „August”. Może dlatego, że urodził się w sierpniu, nie w marcu: zabawne, prawda? Tego samego dnia, co Napoleon, pięt-nastego. Dzień największej aktywności słońca, powiedział mu to pewien astronom. (Nic nie zrozumieliśmy, ale po chwili stał się bardziej przystępny.) Chciałby, żebyśmy i my tak go nazywali, przywykł do tego imienia. Możemy mówić mu „ty”, tak będzie prościej. Nie będzie nas niczego uczył. Będzie nam opowiadał o świecie i spróbuje nam pokazać świat, to wszystko. Oczywiście, każdy ma jakiś świat, zna jakiś świat; jego zadaniem jest wyprowadzić nas poza jego granice. Możemy się nie obawiać: nie będzie nas uczył zgrabnych formułek. Tak, jest dorosły, wiele przeżył i widział, ale nie zamierza twierdzić, że wszystko wie. Spróbuje nam jednak pomóc w czymś bardzo ważnym – przysięga, że to bardzo ważne! – i ma nadzieję, że my pomożemy jemu. Banały, owszem. Ale nikt tak przedtem do nas nie mówił. Nikt tak przedtem nie mówił, rozumiesz?!!! August zapytał, czy ktoś ma jakieś pytania. Chwila chichotów. Czekał cierpliwie. Potem Krzysiek podniósł rękę. – Chciałbym wiedzieć, czy pan jest partyjny. – Tak – odpowiedział August. – I to moje zadanie na ten rok z wami: chcę, żebyście zrozumieli, dlaczego. To jedyne zadanie, jakie sobie stawiam. Będę szczęśliwy, jeśli mi się uda. Zadrżałem po tych słowach, ja, potwór z ostatniej ławki. I wydało mi się, że zauważył to drżenie – drżenie nadziei. Zresztą widział mnie od pierwszej chwili, widział i rozumiał – jak Bóg. (Dopiero po latach zrozumiałem, że dobrze wiedział, kim jestem. Ja tego nie wiedziałem, on tak. Zanim jeszcze wszedł do klasy. Wystarczyło odszukać mnie wzrokiem, to nie było trudne. Trzeźwo ocenił to, co mógł mu dać syn starej partyjnej szychy. Ale ja nie miałem po-jęcia, kim był mój ojciec, i czułem się tylko obdarowany, obdarowany bez zasług, cudem i ponad miarę, a kiedy wreszcie, dorosły, coś zrozumiałem, niczego to już nie mogło

zmienić.) Dobrze. Przez całą lekcję opowiadał. Cudownie. O pierwszym filmie, jaki widział w życiu – krzy- czał wniebogłosy, kiedy coś złego działo się na ekranie (,,Dlatego potem wstąpiłem do partii; wkrótce zrozumiecie, jaki to ma związek”), o ojcu, dziadku, matce, babci, o wojnie, o tym, jak strasznie cierpiał – ZAWSZE, ZAWSZE! – widząc krzywdzonych, jak to nigdy nie mógł znieść widoku cudzego cierpienia, aż wreszcie zrozumiał (dzięki partii), że litość jest tylko plasterkiem przylepionym do skóry człowieka umierającego na gruźlicę, podłą sztuczką ma-jącą zadowolić tego, kto przykleja plasterek, niczym więcej, że plasterek należy spalić, że trzeba inaczej… – Dobro może być czymś głupim i szkodliwym. Kiedy byłem mały, czułem straszną litość na widok każdego kaleki. I – wyobraźcie sobie – kiedy widziałem kulawego, sam zaczynałem kuleć, żeby go pocieszyć, żeby mu pokazać, że nie jest jedynym kulawym, że to się często zdarza. Kiedy widziałem garbatego, sam zaczynałem się garbić. – (Klasa wybuchnęła śmiechem; on też się roześmiał.) – No właśnie. Dopiero potem zrozumiałem… do tej pory dławi 14 ––––––––––––––––––––- page 15 mnie wstyd… co naprawdę mogli o mnie myśleć ci nieszczęśni. Że ich przedrzeźniam. Że zachowuję się gorzej niż ci obojętni. I to była prawda. Człowiek głupio dobry jest bardziej niebezpieczny od złego. To też każdy powinien zrozumieć. Zanim zrobimy coś, co uważamy za dobre, musimy to dokładnie przemyśleć. Żeby nie wyrządzić jeszcze większego zła niż robiąc coś, co uważamy za złe. Mam nadzieję, że wszyscy w tym roku czegoś się o tym na-uczymy. Wiecie, co mówi Pismo Święte: bądźcie łagodni jak gołębie i chytrzy jak węże. To bardzo mądre słowa. Krzysiek znów podniósł dwa palce. August skinął na niego z serdecznym uśmiechem. Krzysiek wstał z ławki.

– Chciałem zapytać, czy pan jest wierzący. – Nie, chłopcze. Jak masz na imię? Krzysztof? Nie, Krzysiu. Kiedy byłem mały, chodzi- łem do kościoła, bo wszyscy chodzili, bo taki był zwyczaj. Ojciec był absolutnie niewierzący, matka wierzyła trochę, zresztą czasy były takie, że wszyscy chodzili do kościoła, więc i ja. Ale zrozumiałem, że to kłamstwo. Kłamstwo, które ma ludzi jednocześnie i pocieszyć, i prze- razić. Widzicie, ludzie pierwotni byli bardzo dzicy. Żyli w puszczy. Kiedy wybuchała burza, bali się piorunów. To było straszne, wyobraźcie sobie tę czarną, gęstą puszczę, i nagły błysk, a po nim huk, ogłuszający huk, i pioruny trafiające w drzewa, i pożary… Tak bardzo bali się piorunów, że wymyślili sobie kogoś, kto je rzuca z góry, kogo można uprosić, żeby nas oszczędził. Tak powstał Bóg, tak powstała modlitwa. Jeżeli mimo wszystko ktoś był poszko-dowany, to znaczyło, że nie modlił się dość szczerze albo że jego winy były za wielkie, i to Coś W Górze musiało wymierzyć mu karę. Ale Benjamin Franklin wynalazł piorunochron, i w tym momencie upadły wszelkie podstawy do wiary w Boga. Mówił o tym, grzmiał o tym jeszcze przez parę minut, a ja oskubywałem pod ławką skórkę z paznokci, nagle nim rozczarowany. O tym, że Boga wymyśliły jakieś pradawne dzikusy ze strachu przed piorunami, słyszałem już nieraz. Tak nas uczono w szkole. Moi rodzice, moi czerwoni rodzice oczywiście nie wierzyli (zapomnij o tym, co mówiłem o mamie, to się nie liczy) w żadnego Boga; oczywiście, nie ochrzcili mnie ani nie prowadzali do kościoła: raz zabrała mnie mama, żebym wiedział, jak tam jest, i było cudownie, strasznie, ale cudownie, kołysały się płomyki świec i pachniało tak, że można było zemdleć z zachwytu (to chyba było Boże Ciało i palono kadzidło), i zawsze marzyłem o tym, żeby tam wrócić, ale miałem dość rozumu, żeby się do tego nie przyznać. Ojciec opowiadał mi o tym, jak to wiara w Boga powstała ze strachu przed burzą, i nagle sam się zawahał. Miałem sceptyczną minę: uwielbiałem

burze. I czemuż to ludzie mieliby się ich bać tylko dlatego, że żyli dawno? Czy musieli być aż tak różni ode mnie? O tyle głupsi? Ojciec zastanowił się i powiedział: – Chociaż prawdę mówiąc, Guciu, to jest wulgarny materializm. To zbytnie uproszczenie. Ludzie zawsze bali się zła, które może w nich niespodziewanie trafić, i starali się je zażegnać. Obłaskawić potęgi przyrody. Nie tylko pioruny. Także choroby, śmierć, krzywdy, które mo-gły ich spotkać od innych ludzi… Dlatego wymyślili Boga. Rozumną i zdolną do litości przyrodę. A przyroda nie jest rozumna, nie jest logiczna, i nie zna litości. Jest rzeczywistością i tyle. Jeżeli spotkasz kogoś, kto wierzy w Boga, będziesz wiedział od razu: to tchórz. Nie umie znieść świata takiego, jaki on jest. Tchórz! To mnie przekonało. A teraz August – AUGUST! – znów opowiadał stare bajeczki o pio- runach. Zrobiło mi się wstyd za niego, spuściłem oczy. Głupszy od mojego ojca! Już wtedy nie mogłem pogodzić się z tym, że August – AUGUST!!! – mógłby być głupszy od mojego ojca. W czymkolwiek. Pod jakimkolwiek względem. Mówił o tym, jak wyobraża sobie nasze lekcje. Chciał zabierać nas na wycieczki. Pokazy- wać nam ciekawe rzeczy, których zapewne nie znamy. A czasem zapraszać do szkoły cieka-wych ludzi. Fantastycznych ludzi, wspaniałych! Pojęcia nie mamy, jakim człowiekiem jest ktoś, kto – nie w czasie wojny, nie, w czasie wojny to co innego – stał przed plutonem egze-kucyjnym! I przeżył! Czy znamy kogoś takiego? 15 ––––––––––––––––––––- page 16 August zawiesił głos tylko na chwilę, tylko żeby nabrać powietrza w płuca i mówić dalej, pytanie było przecież retoryczne. Ale znienacka Kasia z drugiej ławki w środkowym rzędzie podniosła rękę. – Ja znam. Augustowi szczęka opadła. Przez moment, przez cząstkę sekundy był zaskoczony i bez- radny. I oto już zebrał się w sobie, naprężył mięśnie… – To na pewno nie było to, o czym mówię! Ale porozmawiamy o tym… jak się nazywasz?

Kasia? Porozmawiamy o tym, Kasiu. Opowiesz nam kiedyś. Kasia wstała. Z wyrazem uporu, jakiego nigdy przedtem u niej nie widziałem. (Czym dla mnie była ludzkość? Tysiącgłowa wesz wchodząca na motyla mojego serca!) Z wypiekami na policzkach. Z drżącymi ustami. – Ale ja chcę powiedzieć teraz. Mojego tatę rozstrzelali komuniści, tylko że on przeżył. Wycięli mu scyzorykiem swastykę na piersi, a potem strzelali do niego, a potem sobie poszli, bo myśleli, że umarł, ale on żył. Chłopi go znaleźli i wyleczyli. I żyje, tylko ma tę bliznę, tę swastykę, i boi się ją komuś pokazać, boi się iść do lekarza, żeby ją usunąć, bo… Zachłysnęła się, zawahała. Koleżanka z ławki – Marta, ta blondyneczka, która tak mi się od początku podobała – ciągnęła ją za rękaw, cała klasa syczała: nie mów, nie mów, nie mów! Nie wiem, co napadło Kasię. Nagle odezwała się Ewa. Na cały głos. – No, i czego ma się wstydzić? Że ma swastykę? Mnie rodzice opowiadali. Hitlerowcy byli bardzo dobrzy. Rzucali dzieciom cukierki z ciężarówek. Jak ktoś był szybki i blisko podleciał, to mógł zebrać i z dziesięć cukierków. A teraz… kto rzuca dzieciom cukierki? Nikt, nigdy! Moja mama zawsze mówi, że jakby Hitler wygrał, to wszystkim byłoby lepiej. – Głupia! – pisnął Henio. – On nienawidził Polaków! – Ale cukierki im dawał, nie? No dobrze, to kazał dawać! Więc był lepszy niż wszyscy inni, nie? Siedziałem skulony, z pochyloną głową. To była moja klasa. Moi wrogowie. Moi prześla- dowcy. Dobry, szlachetny Hitler, dawca cukierków rzucanych podbitym narodom z wojskowych ciężarówek i wozów pancernych! Gdyby to słyszał mój ojciec, załamałby ręce. Gdyby słyszała matka, rozpłakałaby się chyba. Gdyby słyszał Stalin… August już od dawna nie był speszony. – Kochani! – powiedział serdecznie. – Jestem starszy od was. Widziałem na własne oczy

te rzucane przez hitlerowców cukierki. Raz, na początku okupacji. Jeden, jedyny raz, kiedy tylko wkroczyli. Cała garść padła mi pod nogi. I nie schyliłem się, żeby je podnieść. Klasa zaszumiała: nie wierzyła, kpiła. – Przysięgam! Wierzycie w duszę? I w jej zbawienie? Klasa kiwnęła głowami. Ja ciągle siedziałem pochylony nad podrapanym blatem ławki. – Ja nie wierzę. Ale dopuszczam możliwość, że to prawda. Że to wszystko istnieje. Więc przysięgam wam na zbawienie duszy. Nigdy nie podniosłem takiego cukierka. Nigdy nie stanąłem w kolejce do kotła, z którego ONI, faszyści, rozlewali zupę głodującym… bo i to cza- sem robili, a jakże. Ani ja, ani nikt z moich bliskich. Bo ktoś, kto zamierza cię zabić, a przedtem, na przynętę, rzuca ci, głodnemu, cukierek, żebyś podszedł bliżej, żebyś zaufał… ktoś taki zasługuje na pogardę. Nienawidzi się go. – Jeszcze raz zebrał się cały w sobie i zagrzmiał: – Tak, widziałem te rzucane przez najeźdźców cukierki! I nigdy, nigdy… Staszek podniósł rękę. – Proszę, mów. – Czy pan jest Żydem? Klasa znów syknęła, głośniej niż przedtem, przy Kasi. A na twarzy Augusta, po drgnieniu zdumienia, pojawił się smutek. Prawdziwy smutek. Może wtedy właśnie go pokochałem, na dobre i złe, na całe życie: za to, że poczuł aż taki smutek po tym pytaniu. Aż taki ból. Staszek przyczepiał komu popadło – każdemu, z kim się pokłócił – takie żółte gwiazdki, „gwiazdy 16 ––––––––––––––––––––- page 17 Dawida”, tak je nazywał, to miała być najgorsza zniewaga (mnie też je przyczepiał, ale chyba niewiele częściej niż innym, choć takim byłem potworem: zawsze chowałem się po kątach, żeby mu się nie narażać). A Ewa nieraz mówiła o dobrych hitlerowcach, którzy palili w pie-cach tylko Żydów i Cyganów (słusznie!), Polaków zasypując cukierkami, i w dodatku wytłu- kli dwadzieścia milionów ruskich, za co im cześć i chwała: znałem to. Ale po raz pierwszy