uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 728 908
  • Obserwuję754
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 012 257

Anne McCaffrey - Cykl-Planeta piratów (3) Pokolenie wojowników

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :1.4 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

uzavrano
EBooki
A

Anne McCaffrey - Cykl-Planeta piratów (3) Pokolenie wojowników.pdf

uzavrano EBooki A Anne McCaffrey
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 38 osób, 41 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 200 stron)

ANNE MCCAFFREY JODY LYNN NYE POKOLENIE WOJOWNIKÓW (TŁUMACZ: MARCIN ŁAKOMSKI)

ROZDZIAŁ PIERWSZY Nie znają wszystkich naszych możliwości - stwierdziła Sassinak, nie pierwszy zresztą raz. Jednak ani trochę nic poprawiło to jej samopoczucia. Radosny nastrój, w jakim Sassinak i Lunzie snuły pierwsze plany zjednoczenia sił przeciwko piratom planetarnym, dawno już wyparował. Początkowo dały się ponieść entuzjazmowi, gdy katedra Theków wymierzyła kapitanowi Crussowi karę za to, że wylądował pełnym nielegalnych grawitanckich osadników transportowcem na Irecie, tuż pod nosem ścigającego go dowodzonego przez Sassinak krążownika. Przy okazji udało się uzyskać od kapitana sporo interesujących informacji o jego chlebodawcach. Thekowie rozstrzygnęli co prawda kwestię prawa do zasiedlenia Irety, ale potem odlecieli, nie fatygując się nawet, by wymierzyć sprawiedliwość mocodawcom piratów planetarnych. Sassinak i Lunzie zrozumiały, że nie mają raczej szans na poparcie ze strony tej długowiecznej, najstarszej i najmądrzejszej ze wszystkich ras zamieszkujących Wszechświat. Thekowie rzadko mieszali się w sprawy jakże krótko żyjących przedstawicieli innych ras. Interweniowali tylko wówczas, gdy coś zagrażało ich własnym interesom - jak na frecie — a poza tym pozwalali wszystkim niższym istotom, poczynając od jaszczuropodobnych Setich, przez kształtozmiennych Weftów i zamieszkujących morza Ssli, kończąc zaś na ludziach, by same “prały własne brudy". Również teraz, gdy tylko załatwili sprawę Irety, natychmiast odlecieli, a Sassinak i Lunzie stanęły przed nie lada wyzwaniem.Musiały i chciały - odszukać i zniszczyć tych, którzy stosowali najohydniejszą formę piractwa, napadając i łupiąc całe planety oraz biorąc w niewolę zamieszkujących je ludzi. Przed paniami piętrzyły się niezliczone problemy. Sassinak była zbyt doświadczonym komandorem, by zignorować potencjalne zagrożenie. Lunzie również nie raz już przekonała się, że najwspanialszy nawet plan potrafi spalić na panewce. Teraz rozsiadła się wygodnie na białej skórzanej kanapie w biurze pani komandor i przyglądała się swej prapraprawnuczce z lekkim rozbawieniem. Sassinak była jednocześnie tak młoda i tak stara! - Tak samo jak ty - odcięła się Sass. Lunzie oblała się rumieńcem. - Telepatia nie istnieje - zawołała szybko. - Nigdy nie udowodniono jej działania w warunkach eksperymentalnych. - Jednak bliźniakom jakoś się udaje - zaoponowała Sassinak. - Gdzieś o tym czytałam. Zdarza się również niekiedy między bliskimi krewnymi. A jeśli chodzi o nas, cóż, kto wie, jak podziałała na ciebie długotrwała hibernacja i do czego doprowadziła moja własna biografia. Myślałaś o tym, że jestem jednocześnie młoda i stara, a ja myślałam dokładnie to samo o tobie. Zresztą jesteś młodsza ode mnie... - Ale to nie daje ci żadnego prawa do zgrywania ważniaka - przerwała jej Lunzie i natychmiast ugryzła się w język. Twarz Sass zastygła w nieprzyjemnym grymasie. Oczywiście miała najświętsze prawo do tego, by się mądrzyć. Pełniła funkcję kapitana okrętu i była bogatsza o całe dziesięć lat doświadczeń. - Przepraszam - powiedziała szybko Lunzie. - Rzeczywiście jesteś starsza i to ty wydajesz rozkazy. A mnie wciąż trudno się do tego wszystkiego przyzwyczaić. Uśmiech, rozjaśniający natychmiast twarz Sassinak, podniósł ją nieco na duchu. - Mnie też. Mimo to muszę zachowywać się jak na dowódcę okrętu przystało. A ty, jako moja dostojna prapraprababka, nie wiesz przecież, co płynie w każdej z tych pokładowych rur. - Dobrze już, zrozumiałam aluzję. Postaram się zachowywać jak potulny cywil. - I spróbuję, dodała już w myślach, zaakceptować fakt, że mam potomka, od którego jestem nie tylko młodsza, ale też słabsza. Pochyliła się i odstawiła kubek. - Co zamierzasz teraz zrobić?

- Potrzebujemy więcej danych - odparła Sass, marszcząc brwi. - Dowodów, które mogłybyśmy przedstawić na przykład na forum Rady. Weźmy sprawę Diplo. Kto się z kim kontaktował i czyje pieniądze poszły na ten piracki statek? Które grupy grawitantów zamieszane są w piractwo? Czy pozostali zdają sobie sprawę z tego, co czynią ich pobratymcy? No i zostaje jeszcze rodzina Paraden. Mam powody, by sądzić, że wszyscy jej członkowie biorą udział w perfidnym spisku, lecz jak to udowodnić? Gdyby udało się znaleźć kogoś spośród nich samych, jakiegoś sprzymierzeńca... Lunzie wzięła kubek i wychyliła go do dna, nie zwracając najmniejszej uwagi na burczenie w brzuchu. Czyżby miała zamiar zaproponować coś głupiego? Albo niezwykle odważnego? Lub jedno i drugie równocześnie? - Być może potrafiłabym ci pomóc w sprawie Diplo. - Ty? Ale jak? Sassinak myślała już o swych przyjaciołach-grawitantach, lecz stwierdziła, że nie powinna wykorzystywać ich w podobny sposób. Byłoby to dla nich zbyt ryzykowne, gdyby przyłapał ich jakiś agent Floty. - Miejscowi nie zgadzają się na to, by na Diplo przyjeżdżało wielu lekkich, lecz ze względu na problemy zdrowotne związane z genetyką i trudnościami adaptacyjnymi, naukowców i doradców medycznych przyjmują dosyć chętnie. Niewiele sympatyczniej niż pozostałych lekkich, ale zawsze. Przydałby mi się jakiś kurs u boku Mistrza, dla odświeżenia wiadomości z mojej dziedziny... Sassinak zamyśliła się. - Hm... To brzmi dość rozsądnie. Nawet gdyby cię ktoś obserwował, taka decyzja nie powinna budzić podejrzeń. Spadłaś prawdopodobnie o jeden szczebel w hierarchii naukowej. Wy, naukowcy, macie swoje ambicje... Zawiesiła głos na wypadek, gdyby Lunzie zechciała się wytłumaczyć, lecz bez zdziwienia przyjęła jedynie skinienie głowy. Lunzie wróciła do tematu Diplo. - Lekarze zadają zwykle wiele pytań. Gdybym została członkiem grupy badawczej, zajmującej się na przykład dziedziną patologii ciąży, miałabym okazję, by w ramach takiej pracy porozmawiać z wieloma osobami. Sassinak przekrzywiła głowę na bok. Lunzie w ostatniej chwili powstrzymała się przed identycznym ruchem. - Czy przypadkiem nie próbujesz w ten sposób pozbyć się jakiegoś grawitanckiego demona? Z tego, co mówiłaś... Lunzie nie chciała jednak powracać do tego tematu. - Wiem, wiem. Mam dość powodów, by bać się grawitantów, a nawet ich nienawidzić. Przynajmniej niektórych z nich. Ale poznałam także szlachetnych przedstawicieli tej rasy. Mówiłam ci o Zebarze. - Sass skinęła głową, lecz nie wyglądała na przekonaną. Lunzie mówiła dalej. - Poza tym będę mogła porozmawiać z Mistrzem i wznowić trening. Znasz Dyscyplinę na tyle, aby wiedzieć, iż jest równie skuteczna, jak inne formy obrony. Jeśli Mistrz stwierdzi, że nie jestem wystarczająco odporna, żeby jechać, dam ci znać. - Opowiesz mu o wszystkim? Sądząc po tonie jej głosu, Sass nie wydawała się zachwycona tym pomysłem. Lunzie westchnęła w głębi ducha. - Nie o wszystkim, ale o tym, że lecę na Diplo, na pewno. Istnieją pewne umiejętności, które mogą ułatwić pobyt na ciężkiej planecie. - Postaraj się spełnić wszystkie wymagania Mistrza. To zbyt ważne, by ryzykować jakieś emocjonalne rozchwianie. Pamiętaj o tym, jakie miałaś kłopoty... - Poradzę sobie - ucięła Lunzie, nadając brzmieniu swego głosu moc Dyscypliny. Sassinak zamilkła. Stanowczość Lunzie nie podziałała na nią tak, jak na innych w podobnych okolicznościach, lecz wyglądała na przekonaną.

- To załatwia problem Diplo - mruknęła wreszcie, wzruszając nieznacznie ramionami i zajęła się kolejną sprawą. - Wyjeżdżasz zatem, nie wiedząc, ile czasu zajmą ci przygotowania. Bierzesz udział w kursie i wybierasz się na Diplo, zostawiając mi prowadzenie śledztwa wśród podejrzanych korporacji handlowych, Setich oraz w wewnętrznych strukturach EEC, Floty i Rady. Przydałaby się nam jakaś własna sieć kontrwywiadu, ale... Lunzie weszła jej w słowo, pusząc się jak paw.. - Znasz admirała Coromella? Szczęka Sass lekko opadła. Najwyraźniej była zaskoczona. - A ty go znasz? - Owszem, dość dobrze. Patrząc na Sassinak, która prowadziła jakąś wewnętrzną walkę, Lunzie postanowiła o nic więcej nie pytać. Może zresztą dla Sass konsekwencje tego faktu nie przedstawiały się nazbyt jasno. Teraz Coromell był już tak wiekowy, jak jego ojciec w chwili poznania Lunzie. W oczach Sass musiał sprawiać wrażenie starca. Lunzie pokonała kolejną falę smutku i wkupiła się na chwili obecnej. - Pracowałam przez krótki czas pod jego rozkazami, jeszcze przed aferą z Ambrozją. - Pod jego rozkazami! Czy ten okrzyk wyrażał aprobatę, czy niesmak? Lunzie nie spytała o to, streszczając w zamian w kilku słowach okoliczności owej współpracy i jej następstwa. Sassinak nie przerywała, słuchając ze wzrokiem utkwionym w jakimś dalekim punkcie. Gdy opowiadanie Lunzie dobiegło końca, lekko potrząsnęła głową. - Kochana, mam wrażenie, że mogłybyśmy rozmawiać tygodniami, a ty wciąż miałabyś w zanadrzu nowe niespodzianki. - Nic w jej głosie nie sugerowało, czy to zaskoczenie jest miłe, czy raczej nie. Lunzie pomyślała, że brak komentarza dałoby się wytłumaczyć szacunkiem Sassinak dla gwiazdek admiralskich Coromella. Nagle Sass otrząsnęła się z zamyślenia i odsunęła od biurka. - Mam ochotę rozprostować trochę nogi. Właściwie nie zdążyłam nawet obejrzeć okrętu. Przejdziesz się ze mną? - Oczywiście. Lunzie zadowolona była z przerwy w tak męczącej naradzie. Ruszyła za Sass korytarzem prowadzącym wzdłuż całego pokładu głównego. - Wszystko się tu zmieniło - stwierdziła, schodząc po drabince na pokład żołnierski. - Ciekawe, dlaczego tu ściany są zielone, skoro na górze miały szary kolor. - Zmieniło? - Nie zdążyłam ci o tym powiedzieć, ale kiedy opuszczaliśmy wówczas Ambrozję, przybył po nas właśnie ten krążownik, Zaid-Dayan. Nie spotkałam jego kapitana, lecz wiem, że to była kobieta. Dlatego właśnie użyłam tej nazwy na Irecie. Ty i ten okręt... To było istne deja vu. Sassinak odchrząknęła. - To nie mógł być ten sam okręt. Przecież ewakuacja z Ambrozji nastąpiła przed misją na Irecie, przed twoją hibernacją, jakieś czterdzieści lat temu. Mówisz chyba o wersji z czterdziestego trzeciego roku. Tamten statek został zniszczony w bitwie dokładnie wtedy, gdy kończyłam Akademię. Skinęła głową oddziałowi żołnierzy. Przycisnęli się do ściany korytarza, żeby mogła ich minąć. Lunzie pospieszyła za Sass. Było jej niezwykle zimno. Ponosiła konsekwencje tego, że nie starzała się w sposób naturalny, lecz przeskakiwała całe dziesięciolecia. - Jesteś pewna? Gdy usłyszałam o przylocie Zaid-Dayana z kapitanem-kobietą, pomyślałam sobie, że może Sass potrząsnęła głową. - Jestem niewiele straszą od ciebie. Nic, nie... Ewakuacja z Ambrozji... Uczyłam się o

bitwie na TacSim II. Okrętem dowodziła Graciela Yinish-Martinez. To było jej pierwsze dowództwo, na nowiuteńkim statku. Z początku nieźle jej się oberwało od Komisji Dochodzeniowej za tak rozległe zniszczenia, ale potem ktoś z Ambrozji, jakiś dowódca wyprawy zwiadowczej, czy ktoś taki... - Zebara - wtrąciła Lunzie, wstrzymując oddech. - Być może. W każdym razie ten dowódca napisał raport, dzięki któremu Komisja odczepiła się od niej. Przypomniałam sobie o, tym, kiedy sama musiałam stanąć przed Komisją. A nawet ją widziałam. - Sass miała dziwny, jakby nieprzytomny wyraz twarzy. Wcisnęła jakiś guzik w ścianie i otworzył się właz windy. Weszły do środka. Sassinak wcisnęła następny guzik i dopiero wtedy dokończyła. - Zapowiedziano wykład dla kadetów-kobiet na temat odpowiedniego wyglądu dowódcy. Stwierdziłyśmy, że to idiotyczny temat. Krytykowałyśmy go półgłosem, wchodząc do sali wykładowej. Było zupełnie pusto, tylko jedna drobna, starsza kobieta siedziała gdzieś w kącie. Wyglądała jak wszyscy starzy oficerowie na emeryturze. Łazili tacy po Akademii i nikt właściwie nie wiedział, po co tu przychodzą. Miała staroświecki zeszyt i flamaster. Ominęłam ją wzrokiem. Usiadłyśmy na miejscach, zastanawiając się, jak bardzo spóźni się admirał Yinish-Martinez. Wystarczyło nam rozsądku, żeby nie gadać na głos, ale tu i ówdzie zaczęły się rozlegać szepty. Po chwili i mnie usta się nie zamykały. - Sassinak uśmiechnęła się do siebie. - I nagle ta staruszka wstała. Nadal nikt się niczego nie domyślał, sądziłyśmy, że wychodzi. A ona ruszyła prosto do katedry. Pomyślałyśmy, że może chce oznajmić, iż pani admirał się spóźni albo odwołuje wykład, i nagle... Przysięgam ci, Lunzie, żadna z nas nie zauważyła gwiazdek na jej naramiennikach, aż do chwili, kiedy nam na to pozwoliła. Zmieniła się na naszych oczach, choć nie drgnął jej żaden mięsień, nie rzekła ani jednego słowa. Zresztą nie musiała. Skoczyłyśmy na równe nogi i salutowałyśmy przed nią, nim zdążyłyśmy pojąć co się naprawdę stało. - A potem? - Lunzie nie mogła opanować ciekawości. Urzekła ją ta historia. - A potem uśmiechnęła się do nas i powiedziała: “To był, drogie panie, pokaz odpowiedniego wyglądu dowódcy". I wyszła, zanim którakolwiek z nas zdążyła złapać oddech. - To ci dopiero! - Właśnie. Wykład ograniczył się do tego jednego pokazu. I powiem ci jeszcze, że zapamiętałyśmy go sobie na zawsze. Przez wiele godzin ćwiczyłyśmy to, próbując, czy już się czegoś nauczyłyśmy. Pani admirał przekazała nam wszystko, co najważniejsze. Nie ma znaczenia, jakiego jesteś wzrostu, czy jesteś piękna lub silna, jak głośno potrafisz krzyczeć. Tu chodzi o coś zupełnie innego, o jakąś nieuchwytną cechę wewnętrzną. Jeśli ci jej brak, to nic nie da największa siła, uroda, wzrost czy wrzask. Drzwi windy rozsunęły się. Za nimi znajdowało się malutkie pomieszczenie, niemal całkowicie wypełnione kłębowiskiem różnokolorowych rur, w których coś syczało i bulgotało. Na ścianie umieszczono tabliczkę z napisem: “Pierwszy poziom środowiskowy". - Chodzi ci o pewien rodzaj Dyscypliny? - spytała Lunzie. - Może. Wiesz, we Flocie, uczą podstaw Dyscypliny. Ale pewien potencjał powinien już tkwić, w człowieku, albo też później musi się wydarzyć coś specjalnego. Element skupienia jest z pewnością ten sam... - Sass zawiesiła głos, zmarszczyła czoło. - Ty masz ten potencjał - stwierdziła Lunzie. Widziała, jak załoga okrętu patrzy na swą panią kapitan, a i sama czuła przed nią zdumiewająco głęboki respekt. - Och... No tak, w pewnym stopniu. Potrafię nauczyć młodych, oficerów szacunku dla okrutnej rzeczywistości. Ale nie tak, jak ona..- Uśmiechnęła się jeszcze raz do swych wspomnień. - Przez całe lata chciałam się tego nauczyć być właśnie taka... - A wiec była idolem twego dzieciństwa? Marzyłaś o Flocie jeszcze zanim cię pojmano? I czy to marzenie utrzymywało ją wówczas przy zdrowych zmysłach ? - Nie, nie. Chciałam być Carin Coldae - widząc minę Lunzie, dodała szybko.-

Przepraszam, zapomniałam. Nie była jeszcze gwiazdą video czterdzieści trzy lata temu, kiedy ty ostatnio... To znaczy... - Nie przejmuj się. - Otrzymała kolejny dowód na to, jak wiele straciła. Nigdy nie interesowała się specjalnie, która gwiazda video jest aktualnie najpopularniejsza, lecz sądząc po tym, jak Sass wymówiła nazwisko Coldae, znało ją chyba każde dziecko. - To bohaterka filmów przygodowych - wyjaśniła Sassinak. - Miała mnóstwo fanklubów, wszędzie pełno było jej plakatów. Razem z przyjaciółką marzyłyśmy o tym, żeby przeżywać podobne przygody w całej galaktyce, by mężczyźni tak samo padali nam do stóp... - No cóż, to chyba ci się udało - wtrąciła oschłym tonem Lunzie.- Tak przynajmniej twierdzi twoja załoga. Sassinak oblała się rumieńcem. Te słowa bardzo jej pochlebiły. - No, może niezupełnie tak, jak w naszych fantazjach. Carin nigdy włos z głowy nie spadł, z każdej opresji wychodziła cało, w najgorszym razie na jej kombinezonie widniało kilka artystycznie rozmieszczonych plamek brudu. Czasami zresztą miewała na sobie wyłącznie te brudne plamki, ale najczęściej paradowała w szykownych kombinezonach, srebrnych albo złotych, z zamkiem rozsuniętym niemal do jej doskonałego pępka. Jedną ręką powalała na ziemię tuzin piratów, drugą potrafiła jednocześnie zastrzelić kolejny tuzin, a do tego nuciła pod nosem swoją ulubioną piosenkę, nie wypadając nawet z rytmu. Kiedy byłam mała, do głowy mi nie przyszło, że ktoś głodzony i bity, wypruwający sobie żyły w kopalni toru, nie powinien mieć tak wypielęgnowanego ciała. Ani też to, że przechadzając się nago po kraterze wulkanu, można sobie uszkodzić długie purpurowe paznokcie. - Hm... Ciągle jeszcze cieszy się niesłabnącą popularnością? - Raczej nie. Co prawda wciąż puszczają powtórki, zwłaszcza takich klasycznych “arcydzieła jak “Ciemna strona księżyca" czy “Żelazne łańcuchy". Ale teraz Coldae gra wyłącznie w dramatach i zajmuje się polityką. - Sassinak skrzywiła się, przypominając sobie ujawnione przez Dupaynila sensacyjne informacje na temat swej dawnej idolki. - Mówiono mi, że od lat popiera pewne organizacje wywrotowe. - Westchnęła i zmieniła temat. - Przeciągnęłam cię przez cały pokład żołnierski i nic ci właściwie nie pokazałam. No cóż, to jest sektor środowiskowy, który utrzymuje nas przy życiu. - Widziałam napis - potwierdziła Lunzie. Sassinak z niezwykłą czułością poklepała jakąś opasłą brązowawą rurę. - Kiedy skończyłam Akademię, moim pierwszym zadaniem było doglądanie nowego systemu środowiskowego na krążowniku. - Sądziłam, że od tego macie specjalistów... - Owszem, ale oficerowie dowodzący muszą znać się na wszystkim. Teoretycznie dowódca powinien obejrzeć każdą rurę, każdy kabel, każdy opornik w komputerze, wiedzieć wszystko o wyposażeniu i rezerwach: gdzie się znajdują, jak działają, kto ma się nimi zająć. Dlatego każdy z nas zaczyna od jakiejś specjalizacji i podczas dwóch pierwszych misji kolejno zapoznaje się z pozostałymi dziedzinami. - A ty znasz tu wszystko? Zdaniem Lunzie było to niemożliwe. Czy jednak Sass zdawała sobie sprawę z tego, że nie może znać całego okrętu, czy też uważała, iż jest wręcz przeciwnie? - Nie wszystko i nie do końca. Ale dużo więcej niż dawniej. Na przykład to - znów poklepała rurę - doprowadza dwutlenek węgla do zbiorników buforowych. Rury z tlenem, jak wszystko, co łatwopalne, są czerwone. Nie zobaczysz ich w tym pomieszczeniu, bo gdyby jakiś idiota wyszedł z windy z otwartym ogniem, albo zaiskrzyłaby sama winda... Ponieważ jesteś lekarzem, pomyślałam, że to cię zainteresuje. - Owszem, to bardzo ciekawe. Na szczęście miała wystarczający zasób wiedzy ogólnej, by nie czuć się jak zupełny laik. Sass poprowadziła ją niskimi tunelami, pomiędzy bulgoczącymi i syczącymi rurami,

pokazując luki umożliwiające dostęp do tych umieszczonych w dalszych rzędach, do przysadzistych cylindrycznych filtrów, zaworów, liczników i lampek kontrolnych sygnalizujących ewentualne awarie. - Nowiutkie - podsumowała Sassinak, ruszając w stronę sektora hydroponicznego. - Podczas ostatniej wyprawy mieliśmy kłopoty. I nie były to zwykłe awarie, lecz wyraźny sabotaż. W konsekwencji śmierdzące glony zarosły wszystkie rury i nie mogliśmy się ich pozbyć, bo bakterie siarkowe wżarły się w wewnętrzne ścianki przewodów. Sektor hydroponiczny na krążowniku Floty przypominał Lunzie widziane już wcześniej kultury wodne. Rozpoznała podstawową konfigurację zbiorników, rur odpływowych, zaworów i spustów. Nic szczególnego. Wreszcie Sass zaprowadziła ją do windy i zjechały z powrotem na pokład główny. - Kiedy nowy członek załogi zaczyna się w tym wszystkim orientować? Sassinak zamyśliła się. - Cóż... Jeśli chodzi o członków załogi i oficerów, to zwykle już po tygodniu mają pewne rozeznanie. Przydzielamy im najróżniejsze zadania we wszystkich sektorach, pozwalamy im zgubić się na pokładzie, więc szybko uczą się korzystać z terminali komputerowych przy odnajdywaniu drogi. Zauważyłaś pewnie, że każdy pokład pomalowany jest na inny kolor, a szerokość pasów na ścianie służy do oznaczenia rufy i dziobu. Jeżeli się tego nauczysz, nie powinnaś się zgubić. - Weszła do swego biura. Na tablicy rozdzielczej migało jakieś światełko. - Muszę biec na mostek. Chcesz tu zostać czy pójdziesz do swojej kabiny? Lunzie spodziewała się, że zostanie zaproszona na mostek, ale niewzruszona twarz Sassinak odebrała jej tę nadzieję. - Zostanę, jeśli mogę. - Oczywiście. Żebyś się nie nudziła, zajmij się tym. - Dotknęła przycisku terminalu. - Proszę, lista kodów dostępu. Niedługo wracam. Zastanawiając się, co naprawdę miało znaczyć owo “niedługo", Lunzie usadowiła się przed ekranem. Nie zdążyła jeszcze zdecydować się, jaki kod wystukać, gdy usłyszała odgłos czyichś ciężkich kroków. W drzwiach pojawił się niezadowolony Aygar. - Gdzie Sassinak? - Na mostku. - Ciekawe, co go tym razem zdenerwowało. Stojący za jego plecami kapral, Weft, wyglądał raczej na rozbawionego niż zatroskanego. - Poczekasz tu na nią? - Nie chcę czekać. - Jednak wszedł do pokoju i usiadł na białej kanapie, jakby nie zamierzał już się stąd ruszać. - Chciałbym wiedzieć, jak długo to jeszcze potrwa. - Lunzie przyglądała mu się beznamiętnie, więc dokończył. - Kiedy wreszcie dotrzemy do centralnego układu Federacji, gdziekolwiek to jest. Kiedy odbędzie się sąd nad Taneglim. I kiedy będę mógł przemówić w imieniu moich... kolegów. - Zawahał się na chwilę, jakby używał nowego słowa. Dlaczego się nim posłużył? - Nie wiem - odparła spokojnie Lunzie. - Mnie też nic nie mówi. Może sama nie wie. - Zerknęła w stronę drzwi. Weft opierał się o futrynę, pozornie niedbale, choć najwyraźniej gotów do działania. - Przeszkadza ci, że za tobą chodzą? Aygar skinął głową i pochylił się ku Lunzie. - Nie rozumiem tych Weftów. Jak mogą być jednocześnie ludźmi i czymś zupełnie innym? Skąd wiadomo, kto jest człowiekiem, a kto nie? Słyszałem też co nieco o innych obcych. Nie tylko o Weftach i Thekach, bo tych już widziałem na własne oczy. Podobno są jeszcze Ryxi o wyglądzie ptaków i Bronthini, i jeszcze... - Na Irecie też spotykałeś wiele dziwnych stworzeń. - No tak, ale... - Zmarszczył brwi. - Dorastałem wśród nich. Ale żeby w przestrzeni kosmicznej było tyle ras... - “Wiele jest cudów świata" - zacytowała Lunzie - “lecz żaden z nich nie jest

wspanialszy niż człowiek..." A przynajmniej tak się wydaje nam, ludziom. Z miny Aygara wyczytała, że nigdy wcześniej nie słyszał podobnych słów. No cóż, ciężkoświatowi partyzanci nie studiowali starożytnej literatury. Przypomniała sobie kolejny wierszyk Kiplinga i zastanowiła się, czy wschodni odłam cywilizacji, z którego pochodził Aygar, spotka się kiedykolwiek z jej zachodnią częścią, czy też na zawsze pozostaną sobie wrogie? Teraz należało jednak skupić się na chwili obecnej. Koniec z cytatami, pomyślała. Zauważyła też, że Aygar przypatruje się jej z dziwnym wyrazem twarzy. - Jesteś od niej młodsza - odezwał się, nie pozostawiając żadnych wątpliwości co do tego, o kim mówi. - A jednak ona nazywa cię swoją prapraprababką. Dlaczego? - Przypomnij sobie, co ci mówiłam o hibernacji, dzięki której przetrwali lekkoświatowcy uczestniczący w wyprawie. Ja byłam hibernowana wiele razy. Urodziłam się dawniej, niż mógłbyś przypuszczać. - Nie miała ochoty tłumaczyć mu dokładnie, co się wydarzyło. - W rzeczywistości komandor Sassinak jest ode mnie młodsza o kilka pokoleń. A ty jesteś potomkiem ludzi, którzy, gdy hibernowano mnie na Irecie, byli młodzi, dziś zaś są starcami. Minę miał zaciekawioną, pozbył się też chyba dawnego lęku. - A w hibernacji człowiek się nie starzeje? - Nie, o to właśnie chodzi. - Można się wtedy czegoś nauczyć? Czytałem coś o metodach nauki w trakcie snu. Czy tak samo jest podczas hibernacji? - Czy możną zbudzić się pięknym i młodym, a jednocześnie bogatym w wiedzę? - Lunzie potrząsnęła głową. - Niestety, nic z tego, choć pomysł jest wyborny. Gdyby chociaż istniał sposób na zdobycie informacji o tym, co przegapiło się w czasie hibernacji, przyjemniej byłoby obudzić się po czterdziestu czy pięćdziesięciu latach. - Czujesz się stara? Pytanie Aygara dotyczyło zagadnienia, o którym Lunzie mówiła najmniej chętnie. Z pewnością Sassinak również nie mogła poradzić sobie z własnymi emocjami w obliczu kogoś, kto powinien był odejść całe pokolenia temu. Jakiego znaczenia nabierało w tej sytuacji słowo “wiek"? Znów nadała swemu głosowi moc Dyscypliny. - Nie czuje się stara ani słaba. Jestem na tyle dojrzała, by znać siebie, i na tyle młoda, by... - Jak właściwie powinna dokończyć swą sentencję? - Aby... czynić to, co powinnam - powiedziała wreszcie bez większego przekonania. Aygar nie zadawał jednak więcej pytań na ten drażliwy temat. Spytał natomiast o coś, na co Lunzie z przyjemnością udzieliła odpowiedzi: o procedurę testów psychologicznych, które polecił mu dowódca żołnierzy, major Currald. - To niezły pomysł - stwierdziła Lunzie. - Kiedyś specjalizowałam się w rehabilitacji zawodowej. Uważano, że dzięki własnym doświadczeniom lepiej zrozumiem kosmonautów z problemami psychicznymi. Najczęściej zresztą okazywało się, że sednem problemu jest to, iż przydzielono komuś pracę, do której w ogóle się nie nadaje. Ludzie czują się wówczas osaczeni, a ograniczona przestrzeń statku kosmicznego potęguje wrażenie znalezienia się w pułapce. Kiedy coś zaczyna iść nie tak, jak powinno, pojawiają się prawdziwe kłopoty. Aygar w zamyśleniu marszczył czoło. - Ale przecież uczono nas, że nie powinniśmy się zamykać, ograniczać, że musimy nauczyć się wielu rzeczy, posiąść liczne umiejętności. Mówiono nam, iż większość problemów dotyczących relacji między różnymi rasami bierze się z nadmiernej specjalizacji. - Owszem, to prawda. Ludzie na ogół czują się lepiej zajmując się różnorodnymi czynnościami. Ale powinni wykorzystywać przy tym wrodzone zdolności, a nie zmuszać się do wykonywania budzących niechęć lub zbyt trudnych zadań. Niektórzy w naturalny sposób lepiej sprawdzają się w pracy papierkowej, kiedy muszą przestrzegać ściśle określonych

procedur. Inni z przyjemnością uczą się nowych rzeczy, a rutyna szybko ich nudzi. Takiej osobie nie powierzyłbyś chyba nadzoru nad systemem hydroponicznym, gdzie na każdej zmianie trzeba wykonywać dokładnie te same czynności. - A co ze mną? - Aygar uderzył się w piersi. - Dopasuję się kiedyś, czy zawsze będę odstawał od innych? Jestem duży i silny, ale słabszy od Curralda. Mówiłaś, że jestem dość inteligentny, ale niewykształcony. Nie mam pojęcia, od czego zacząć. Lunzie zapewniła go uspokajającym tonem: - Aygar, ty, ze swoimi genami i doświadczeniem, z pewnością znajdziesz dla siebie właściwe miejsce. Albo je sobie wymyślisz. Kiedy dotrzemy do układu centralnego, będziesz miał nieograniczony dostęp do różnych bibliotecznych baz danych, spotkasz specjalistów Federacji zajmujących się testami i poradnictwem. Ja sama z przyjemnością posłużę ci radą, jeśli tylko zechcesz... - zawiesiła głos, uważnie obserwując jego reakcję. Uśmiechnął się tak szeroko, że Lunzie zastanowiła się, czy celowo nie naprowadził jej na ten temat. - Pewnie że chciałbym. I mam nadzieję, że się nie pomylisz. Wstał, wciąż uśmiechając się do niej. - Wychodzisz? Myślałam, że chcesz porozmawiać z panią kapitan. - Może później. Dopóki jesteś po mojej stronie, nie muszę się o nic martwić. I wyszedł. Lunzie wpatrzyła się w otwarte drzwi. Po jego stronie? Wcale nie była pewna, czy chciała być po jego stronie, cokolwiek miałoby to oznaczać. To mogło tylko nastręczyć jej nowych kłopotów. Niedługo potem Sassinak wróciła z mostka. Wysłuchała relacji Lunzie o wizycie Aygara i pokiwała głową. - Powiedziałaś mu dokładnie to, czego bym sobie życzyła. Dziękuję. - Ale on mówił, że mam być po jego stronie... - To nawet lepiej. Dla nas i tego, co chcemy osiągnąć. Przecież on ma wystarczająco dużo powodów, by szperać w bazach danych. Jego ciekawość będzie absolutnie uzasadniona. Świetnie się składa. - Włączyła mikrofon i zamówiła w kuchni coś na ząb. Chciała jeszcze coś powiedzieć, gdy nagle zadźwięczał dzwonek. Odwróciła się do ekranu. - Tu Sassinak. - Mówi Ford. Mogę wejść? Mam pewien pomysł. - Proszę. Sass wcisnęła guzik otwierający drzwi. Rozsunęły się, przepuszczając Forda. Jak zwykle czarująco uśmiechnął się do Lunzie, lecz jednocześnie uniósł brew. - Wiesz przecież, że możesz swobodnie mówić w jej obecności - przypomniała mu Sassinak. - To moja krewna, no i działa razem z nami. - Opowiadałem ci kiedyś o ciotce Q? Sass zmarszczyła czoło. - Nie pamiętam. Czy to ta, która maluje ptaki na szkle? - Nie, to ciocia Louise, siostra mojej matki. Chodzi mi o ciocię Quesadę. Właściwie jej pełne nazwisko brzmi Quesada Maria Louisa Darrell Santon-Paraden. - Paraden! - wykrzyknęły jednocześnie Sassinak i Lunzie. Sass rzuciła swemu zastępcy spojrzenie, od którego powinny mu przebiec ciarki po plecach. - Nie chwaliłeś się, że jesteś spokrewniony z Paradenami - rzekła cierpkim głosem. - Bo nie jestem. Ciocia Q to siostra żony wuja mego ojca. Wyszła powtórnie za mąż, za Paradena, bo jej pierwszy mąż umarł na... Hm, moja matka twierdzi, że z przedawkowania cioci Q, aplikowanej mu codziennie w dużych ilościach. A mój ojciec utrzymuje, iż przyczyną były długi karciane. Powtarzam, karciane - dodał, akcentując ostatnie słowo. - Mów dalej - powiedziała Sassinak. W kącikach jej ust drgał słaby uśmieszek. Ford oparł dłoń na biurku.

- Ciocię Q uważano za świetną partię, nawet dla Paradena, gdyż starszym bratem jej pierwszego męża był Felix Ibarra-Jimenez Santon. Tak, z tych Santonów. I ciocia Q odziedziczyła niemal pół planety z polami przypraw oraz kopalnię złota. Dosłownie. Kopalnię złota z fabryką części elektronicznych. Poza tym sama należy do rodziny Darrellów z Westwitch, którzy swoje źródło dochodów określają słowami “wytwarzanie produktów sanitarnych". Chodzi o mydło. Tak więc ciotka nie umarłaby z głodu, nawet gdyby uciekła z tancerzem mishi. - A co z tym Paradenem? - Pochodzi z mniej ważnej gałęzi rodu. Kazano mu znaleźć sobie odpowiednią połowicę. Podobno spotkał ciotkę na przyjęciu dyplomatycznym, sprawdził jej dane w komputerze i rodzina wyraziła zgodę. Ciocia Q zaś miała dość odgrywania wesołej wdówki i otaczania się ochroniarzami, połączyli się zatem węzłem małżeńskim. Zgodnie z umową przedmałżeńską, ciotka dała mu dziecko, lecz jej mężowi brakowało chyba rozrywek, czy też może poczucia wolności, więc uciekł ze swą krawcową. Wobec tego ciocia oskarżyła go o złamanie umowy, oddała dziecko Paradenom na wychowanie, zatrzymała nazwisko i połowę majątku i zaczęła oddawać się życiu towarzyskiemu. I nawiązywaniu kontaktów z rodziną. - Aha - wtrąciła Sassinak. - Dochodzimy do sedna sprawy. Kontaktowała się z tobą? - Nie, ostatnio nie. Ale bez przerwy pisze listy, skarżąc się na zły stan zdrowia i błagając, by ktoś ją odwiedził. Ojciec zawsze ostrzegał mnie, żebym trzymał się od niej z daleka. Ciocia ponoć działa jak czarna dziura, wsysa cię do środka i tyle cię widziano. Kiedyś zabrano go do niej na przyjęcie. Podobno gruchała do niego, gładziła po głowie, przytulała do swej obfitej piersi i wyjadła wszystkie cukierki, które miał w kieszeni. Zajęło jej to jakieś dwadzieścia sekund. Ale pomyślałem sobie, że mógłbym ją odwiedzić. Zna wszystkie plotki towarzyskie, a przy tym nie jest na tyle groźna, by warto ją było obserwować. Sassinak zamyśliła się. Czy tak potężny przeciwnik może nie wiedzieć o tym, że jej własny zastępca spokrewniony jest z pozornie niegroźną, bogatą starszą panią? Lecz z drugiej strony, do tej pory sama nic nie wiedziała. Oni też nie zdołają wiedzieć wszystkiego. - Chciałam, żebyś poszperał w bazach danych w układzie centralnym - powiedziała powoli. - Jesteś w tym dobry i nie będziesz rzucał się w oczy jak ja... Ford potrząsnął głową. - Po tym wszystkim na pewno będę rzucał się w oczy. Ale wiem, kto mógłby to zrobić. Albo ty, Lunzie, albo ten młody Aygar. - Aygar? Ford zaczął wyliczać, zaginając palce. - Po pierwsze, ma świetny powód, by zajrzeć do baz danych. Nie zna naszej kultury i musi nauczyć się jak najwięcej i jak najszybciej. Po drugie, nikt nigdy go nie obserwował, więc żadne jego pytania nie będą brzmieć dziwnie. Właściwie nawet lepiej się do tego nadaje niż Lunzie. Ktoś mógłby zauważyć, że Lunzie poszukuje informacji spoza swej dziedziny wiedzy i nie dotyczących wydarzeń z jej własnego życia. Po trzecie, nawet gdyby go obserwowano, to jego zainteresowania będą doskonale zbieżne z zagadnieniami, na których nam zależy. - Ale czy można mu zaufać? - spytała Lunzie. To samo pytanie chciała wcześniej zadać swej krewnej. Ford wzruszył ramionami. - Czy to ważne? Potrzebuje nas, chcąc uzyskać dostęp do informacji. Jest inteligentny, ale niedoświadczony. Pamiętacie chyba, ile czasu trzeba poświęcić, żeby zorientować się w dużej bazie danych. Poza tym możemy go obserwować. To będzie nawet konieczne. Przecież oficjalnie nie powinniśmy mu ufać. Sassinak zaśmiała się. - Lubię, kiedy mój zastępca myśli tak samo jak ja. Widzisz, Lunzie? Dwa do jednego. Oboje rozumiemy, dlaczego Aygar doskonale nadaje się do tego zadania.

- Ale on oczekuje od nas, a przynajmniej ode mnie, czegoś więcej. Jeśli mu tego nie damy... - Lunzie! - Zabrzmiało to jak rozkaz. A głos nie należał już do dalekiej krewnej, lecz do dowódcy krążownika Floty, na którym Lunzie była tylko pasażerką. Po chwili głos ten nabrał nieco łagodności, lecz nadal wyczuwało się w nim twardość stali. - Nie zrobimy nic, co mogłoby mu zaszkodzić. Wiemy, że nie został wplątany w żaden spisek. On akurat należy do grona tych niewielu obywateli Federacji, którzy nie mogą być w nic wplątani. Nie jest więc naszym wrogiem z żadnego punktu widzenia. Powstrzymanie fali piractwa leży w interesie nas wszystkich, w tym również przyjaciół i krewnych Aygara na Irecie. Również samego Aygara. W ten sposób pozostajemy po jego stronie, moim zdaniem zaś - a muszę ci przypomnieć, że moje doświadczenie jest bogatsze od twojego o całe dziesięć lat - więc moim zdaniem to wystarczy. Poradzimy sobie z Aygarem. Wszyscy musimy zmierzyć się ze wspólnym, bardzo potężnym wrogiem. Lunzie odwróciła wzrok od jej twarzy i zerknęła na Forda. Miał podobną minę, emanującą spokojem, pewnością siebie, kompetencją. Nieważne, co by powiedziała, i tak nie zamierzał zmieniać zdania.

ROZDZIAŁ DRUGI Lunzie zniosła swój niewielki bagaż z pokładu Zaid-Dayana, skinęła głową salutującemu jej oficerowi stojącemu na straży przy luku w lewej burcie i nie obejrzała się więcej, przekroczywszy linię oddzielającą terytorium okrętu od terenu stacji. Ciężko jej było znów rozstawać się z rodziną, nawet tak odległą. Polubiła Sassinak i ten okręt, i... nie chciała się oglądać za siebie. Nie widziała przed sobą barierek, przez które musiałaby przejść, schodząc z cywilnego statku. Miała osobiste zezwolenie Sassinak, informujące o nadaniu jej tymczasowej rangi i uprawnień majora Floty, tak więc by wejść na teren stacji, wystarczyło machnąć strażnikowi przepustką. Nie musiała odpowiadać na żadne pytania, udzielać wywiadów wścibskim dziennikarzom. Sass zarezerwowała jej miejsce na promie lecącym na Liakę. Lunzie zastosowała się do otrzymanych wskazówek i po krótkim marszu stanęła przed okienkiem kasowym linii Nilokis InLine. Gdy podała swoje nazwisko i numer rezerwacji, obsłużono ją natychmiast. Nim zdążyła się zorientować, siedziała już w wygodnym fotelu. Przed sobą miała ekrany wyświetlające obraz stacji widzianej z przestrzeni kosmicznej, a na stoliku obok stał kubek gorącego napoju o przyjemnym zapachu. Kilka metrów dalej siedział jeszcze jeden uprzywilejowany pasażer. Zerknął na nią znad ekranu przenośnego komputera i zaraz wrócił do pracy. Lunzie usadowiła się wygodniej w miękkim fotelu i wyciągnęła nogi na puszystym dywanie. Spróbowała się zrelaksować. Powtarzała sobie, że nie straciła przecież Sassinak na zawsze. Sass nie będzie przeżywać katastrof podczas każdej następnej wyprawy, a jeśli nawet, to i tak sobie poradzi. Wzrok Lunzie spoczął na parującym kubku. Przypomniała sobie, że z karty napojów wybrała erit. Pierwszy łyk i każdy kolejny uspokajały jej stargane nerwy i rozlewały się miłym ciepłem w żołądku. Do odlotu cztery godziny i nic do roboty. Mogłaby przespacerować się po stacji, lecz wolała siedzieć tu i odpoczywać. Dlatego właśnie zamówiła erit. Przymknęła oczy i czekała, aż ożywczy napój oczyści jej umysł. Nawet gdyby miało jej się teraz coś przydarzyć, wiedziała, kto błyskawicznie pospieszy na ratunek. Sassinak nigdy nie pozwoli, by ktoś zrobił krzywdę jej rodzinie. Lunzie rozchyliła wargi w lekkim uśmiechu. Co za dziewczyna z tej Sass! I to w jej wieku... Wspomniała też dni spędzone na nauce u Mayerd. Dzięki poparciu Sassinak zdołała nadrobić większość zaległości. Wiedziała już, które pisma specjalistyczne są najlepsze, co przeczytać najpierw, jakie zagadnienia wymagać będą formalnych instrukcji. Nie miała najmniejszego zamiaru samodzielnie wypróbowywać najnowszych metod wpływania na procesy chemiczne w mózgu tak, jak przygotowania nowej potrawy, posługując się książką kucharską. Najpierw powinna przyjrzeć się kilku demonstracjom. Zastanowiła się, ile właściwie czasu poświęciła zbieraniu informacji. Wyjęła kalkulator, zamierzając przeliczyć czas spędzony na pokładzie na standardowy. Jeśli Sassinak nie myli się co do daty procesu, mającego toczyć się przed Sądem Zimowym (to dopiero archaiczna nazwa, pomyślała), to w ciągu zaledwie ośmiu miesięcy musi odbyć kurs przypominający zasady i praktykę Dyscypliny, przejść wszystkie uzupełniające kursy z medycyny niezbędne dla nostryfikacji dyplomu, polecieć na Diplo i przekazać Sassinak zdobyte informacje. Do poczekalni wszedł następny pasażer, a po nim jeszcze jakaś zajęta sobą para. Lunzie dopiła swój napój i przyjrzała się całemu towarzystwu z lekkim pobłażaniem. Wyglądali najzwyczajniej w świecie, jak ludzie podróżujący służbowo, może poza tą parą, która sprawiała wrażenie dwojga młodych oficerów na wakacjach. Prom kursował między trzema stacjami: najpierw leciał na Liakę, następnie na Bearnaise i w końcu wracał tutaj. Lunzie próbowała

zgadnąć, kto dokąd leci i ilu jeszcze mniej uprzywilejowanych pasażerów czeka w hallu głównym, pełnym pomarańczowych plastikowych ławek otaczających fontannę z wodą pitną. Choć Lunzie wypiła erit i przypomniała sobie podstawy Dyscypliny, krótki przelot na Liakę wprawił ją w pożałowania godny nastrój. Każdy nowy dźwięk, każde drobna zmiana pola grawitacyjnego wewnątrz statku, każdy obcy zapach niepokoił ją i rozstrajał. Nękana irracjonalnym przeczuciem zagrożenia spała źle i budziła się wyczerpana. Podczas tak krótkich podróży, trwających ledwie parę dni, pasażerowie nie mają zazwyczaj chęci zawierać nowych znajomości, więc okoliczności oszczędziły jej przymusu okazywania nadmiernej życzliwości. Jadła standardowe posiłki, uprzejmie kiwała głową na powitanie i spędzała większość czasu w swej malutkiej, przyprawiającej o klaustrofobię kajucie. Mimo wszystko było tu znacznie przyjemniej niż w świetlicy, gdzie znajoma para (niewątpliwie młodzi oficerowie, raczej bez szans na promocję, chyba że jeszcze dorosną emocjonalnie) okazywała sobie uczucie tak demonstracyjnie, jakby brała udział w jakimś konkursie z nagrodami i to z udziałem wszystkich współpasażerów. Na długo przedtem, zanim prom usiadł na lądowisku, Lunzie gotowa była do wyjścia. Zajęła miejsce w kolejce schodzących z pokładu pasażerów, sprawdzając trafność swych uprzednich domysłów (kochankowie oczywiście lecieli aż na Bearnaise) i aż przebierając nogami z niecierpliwości. Ponad głowami sporego tłumu wypatrzyła sklepienie głównego hallu. W jaki sposób mogłaby najszybciej dostać się na Górę? - Ach, Lunzie Mespil.- Celniczka zerknęła na ekran, na którym widniało zdjęcie Lunzie, odcisk jej dłoni i wzór siatkówki. - Mam dla pani wiadomość. Czekają na panią ludzie z działu medycznego. Proszę udać się do korytarza błękitnego. Czy będzie pani potrzebny przewodnik? - Na razie nie - uśmiechnęła się Lunzie, zarzucając torbę na ramię. Wydział medyczny przysłał wiadomość? Ciekawe, jak dawno temu. W hallu głównym przybysze rozchodzili się do kilku korytarzy. Niebieski, czwarty od prawej, znajdował się za dwoma zupełnie ciemnymi i jednym fiołkowym. W tych ciemnych zainstalowano ultrafioletowe lampy, w świetle których doskonale orientowali się członkowie kilku obcych ras i trafiali dzięki temu do odpowiednich sektorów. Korytarz błękitny prowadził poza teren budynku głównego, do sektora treningowego służb medycznych. W samym środku kompleksu znajdował się właśnie wydział medyczny. - Oj, proszę pani. - Celniczka odkryła coś jeszcze i oznajmiała to właśnie zaskoczonym głosem. Lunzie oparła się o kontuar i pytająco spojrzała na dziewczynę o połyskliwych włosach. - Jeszcze jedna wiadomość. Woli pani wydruk czy nagranie? Dziewczyna zerknęła na nią swymi piwnymi, pełnymi życzliwości oczami. Lunzie zastanowiła się. Jeśli jest jakieś nagranie, to znaczy, że wiadomość przyszła w formie dźwiękowej lub wizualnej. - Poproszę o nagranie - odparła. Dziewczyna wskazała ręką na rząd cylindrycznych kabin o półprzeźroczystych drzwiach, ustawionych wzdłuż jednej ze ścian. Lunzie zamknęła się w pierwszej z brzegu, włączyła system izolujący dźwięk i wstukała swój kod identyfikacyjny. Ekran zamrugał, rozświetlił się i ukazała się na nim znajoma twarz, której nie widziała od ponad czterdziestu lat. - Witaj ponownie. Adepcie Lunzie. Jego głos był jak niegdyś niski, silny i pełen rezerwy. Ciemne oczy zdawały się mrugać do niej. Twarz, wcześniej już naznaczona starością, wcale się nie zmieniła. Czy to nagranie z przeszłości, czy też on jeszcze żyje i jest tutaj, niedaleko? - Czcigodny Mistrzu... Wciągnęła głęboko powietrze i pochyliła głowę w oficjalnym geście powitania. - Dobrze wyglądasz - powiedział. Iskierki w jego oczach zamigotały teraz jeszcze wyraźniej, kąciki ust lekko drgnęły. Rzadko bywał w tak świetnym humorze, dlatego jego

dobry nastrój należało cenić nie mniej niż tysiącletnią porcelanę, z której pijał herbatę. A więc to nie nagranie! To nie mogło być nagranie, skoro zauważył, że nie postarzała się ani trochę. Ponownie wciągnęła powietrze, próbując uspokoić rozkołatane serce, i zastanowiła się, co o niej słyszał, czego się dowiedział. - Czcigodny Mistrzu, muszę... - Wznowić trening - dokończył za nią. Mistrz wpadał swym rozmówcom w słowo równie rzadko, jak się uśmiechał. Dyscyplina nakazywała grzeczność, wymagała, by cierpliwie wysłuchać innych, nie przerywając im, nie poganiając nikogo. Czy to również się zmieniło, tak jak odmienił się cały świat? Nigdy się nie spiesz, nigdy nie czekaj - to jedna z pierwszych przekazanych jej przez Mistrza maksym. Ta zasada zawsze wydawała jej się dziwna, gdyż lekarze tak często muszą w pośpiechu ratować ludzkie życie lub czekać na to, co się wydarzy. Twarz Mistrza też zawsze była poważna, niewzruszona jak głaz, który ani nie czeka, ani się nie spieszy, po prostu istnieje. Teraz Mistrz również spoważniał. - Nadeszła ta chwila - przemówił, nawiązując do kolejnego przysłowia, którego nie miała czasu zacytować, gdyż Mistrz ciągnął dalej. - Poziom czwarty, zacznij od czyszczenia kamienia. Ekran pociemniał. Lunzie czuła się nieco zdezorientowana, lecz jednocześnie odzyskiwała pewność siebie. Wróciła teraz do recepcji, żeby sprawdzić, czy w ciągu tych lat zmienił się rozkład korytarzy w kompleksie medycznym. I rzeczywiście, zmienił się. Dostała płytkę-przewodniczkę, która popiskując cicho, gdy zbliżała się do skrzyżowań czy zakrętów, prowadziła ją do kolejnych wind. To i owo wyglądało znajomo: zimne zielone drzwi prowadzące do sektora chirurgów, czerwony pas oznaczający sektor kwarantanny. Lekarze w białych kitlach lub zielonych tunikach nadal przechadzali się grupkami po korytarzach, rozmawiając o swej pracy. Patrzyła na nich, zastanawiając się w głębi ducha, czy kiedykolwiek poczuje się w tym gronie jak u siebie w domu. W każdej ścianie kryły się we wnękach czekające wręcz na nią terminale dostępu do medycznych baz danych. Chciała zatrzymać się przy najbliższym stanowisku i sprawdzić, czy wykasowano wszystkie informacje na temat kolonii klonów, lecz powstrzymała się. Lepiej zostawić to na później, gdy już się tu zadomowi. Poziom czwarty. Z ostatniej windy wyszła jak zwykle nieco zadyszana i stanęła przed prostymi drzwiami z szerokich desek barwy brzoskwini łączonych jaśniejszym drewnem. Cała powierzchnia drzwi połyskiwała lekko, wydawały się tak autentyczne, jak biurko Sassinak. Lunzie wzięła głęboki wdech, uspokoiła rozbiegane myśli i narzuciła sobie wewnętrzną równowagę. Skłoniła się przed drzwiami, a one otworzyły się szeroko na kamiennej posadzce białej jak śnieg. Odziany w brązową szatę nowicjusz ukłonił się, ustąpił na bok, przepuszczając ją, i zamknął drzwi. Znów się ukłonił, wziął z jej rąk torbę i bezszelestnie ruszył po ścieżce prowadzącej do chatek-sypialni. Znajdowała się w miejscu krańcowo odmiennym od wszystkich pozostałych na stacji, a właściwie na każdej stacji. Po lewej stronie sięgający jej do pasa głaz wyrastał z ziemi jak miniaturowa góra, kierując wzrok przybysza ku pawilonowi. Lunzie stała nieruchomo, patrząc na kamień i znajdujący się za nim mały staw o nieregularnym kształcie. “Czyszczenie kamienia" stanowiło podstawowe ćwiczenie, a zarazem fundament, na którym budowano bardziej skomplikowane osiągnięcia. Należało opróżnić umysł ze wszelkich trosk i ujrzeć kamień takim, jakim był, pozbawiony jakichkolwiek skojarzeń, życzeń, marzeń, fantazji, obaw i lęków. W pamięci powinno jej pozostać jedno jedyne słowo: “kamień". Ono stawało się wszystkim, co ją kiedykolwiek zraniło. Zmieniało się w tajemniczych Theków, którzy wymykali się ludzkiemu poznaniu. Stała spokojnie, rozluźniona, i pozwalała myślom płynąć, by wreszcie mogła je od siebie odrzucić. Przychodziły kolejne wspomnienia, było ich wciąż więcej i więcej, a ona zgarniała je z powierzchni kamienia. Kryło się w nim pewne

piękno, przeszłość, przyszłość i teraźniejszość. Prześliznęła się wzrokiem po nieregularnym kształcie, nie zastanawiając się nawet, czy pamięta ten połysk miki, blask kwarcu. Nie musiała sobie niczego przypominać, kamień istniał tu i teraz, tak samo trwały jak ona i równie wart poznania. . Znów spojrzała na głaz, wyciągając dłoń, by dotknąć go, ostrożnie, delikatnie. Od nowa poznawała (a nie “przypominała sobie") ten nieregularny, wybrzuszony kształt. Pochyliła się, by go powąchać. Dziwny, trudny do opisania zapach kamienia, w którym kryła się woń wody i innych głazów. Marszcząc nos, poczuła, że w powietrzu rozchodzi się jeszcze inny, słodszy zapach, lecz skupiła się na woni kamienia Gdy tak trwała nieruchomo, nigdzie się nie spiesząc, nieświadoma nawet tego, że czeka, poczuła, iż on jest w pawilonie: Czcigodny Mistrz, którego imienia nikt nie odważyłby się tu wymówić, gdyż imiona nic tu nie znaczyły, a istota rzeczy była wszystkim. Kiedy zdała sobie sprawę z jego obecności, pojęła również, że stał tam już od pewnego czasu, nie wiadomo jak długo - zresztą nie to było istotne. Najważniejsza okazała się świadomość, że jej umysł mógł sprawować nad sobą pełną kontrolę, działać lub popadać w bezruch na jej życzenie. Będzie gotów, gdy ona będzie gotowa; będzie gotowa, gdy on będzie gotów. Usłyszała szum wody i przypomniała sobie, że w pobliżu tryska fontanna. Skłoniła się kamieniowi, czując, iż jej umysł odpoczął po raz pierwszy od wielu, wielu lat (gdyż nawet podczas hibernacji w podświadomości miała skłonność do tego, by się zamartwiać, choć fizycznie nie była do tego zdolna). Powoli ruszyła po ścieżce. Myśli pływały w jej głowie jak karpie w stawie. Niech płyną, niech kilka z nich wynurzy się do samej powierzchni w lśniącym pięknie swych łusek, a inne kryją się, nieruchome, niby cienie głęboko pod powierzchnią. Oto był środek świata, jej świata, świata każdego adepta, choć jednocześnie miejsce to w ścisłym znaczeniu tego słowa nie stanowiło środka niczego. W obecności Czcigodnego Mistrza Lunzie nie czuła się ani trochę skrępowana. Uklękła naprzeciw niego, po drugiej stronie niskiego stolika, zapominając o tym, że jej wytarte ubranie robocze z Irety, choć wyprane i pocerowane na pokładzie okrętu, wyraźnie kontrastuje z nieskalaną bielą jego szaty. Zdobiąca strój Mistrza szarfa mieniła się odcieniami zieleni, błękitu i szkarłatu, wśród tych barw wiła się pojedyncza nić gryzącej żółci. Lunzie prześledziła wzrokiem tę nić i spojrzała na jego dłonie, muskające filiżanki i spodeczki z porcelany cienkiej jak płatki kwiatów. Podał jej filiżankę z napojem. W półmroku pawilonu naczynie zdawało się jarzyć wewnętrznym światłem. Przez ścianki wyczuwała ciepło płynu. Z wnętrza unosił się kojący aromat. Po chwili Mistrz uniósł swoją filiżankę i pociągnął z niej łyk. Lunzie poszła w jego ślady. Milczeli, gdyż w tym momencie nie należało wręcz korzystać ze słów. Dzielili się tą ciszą, herbatą, widokiem małego stawu, lśniących kropelek spadających do niego z fontanny i karpi trącających pyszczkami powierzchnię wody. Lunzie mogłaby teraz zastanawiać się, jak bardzo miejsce to różni się od świata, z którego przybyła, lecz to również nie było potrzebne. Powinna raczej zrozumieć i docenić roztaczające się przed nią piękno. Gdy patrzyła na ryby i popijała małymi tyczkami herbatę, do stawu bezszelestnie podszedł jakiś nowicjusz i wrzucił do wody garść okruchów. Karpie zawirowały, bijąc płetwami. Cichy plusk zagłuszył na chwilę melodyjną pieśń fontanny. Nowicjusz zniknął. Mistrz odezwał się głosem niemal tak cichym jak plusk płetw. - Adepcie Lunzie, każda myśl o stracie sprowadza na nas troski. Gdy wiem, że nie posiadam nic, niczego nie mogę utracie, niczego nie będę opłakiwać. Zlękła się tych słów, jakby dotknęła rozgrzanego metalu, i odrzuciła je od siebie. On nigdy nie miał dziecka. Zresztą rozmawiali już o tym. - Nie mówię o twoim dziecku - powiedział. - Instynkt macierzyński jest silniejszy od naszego treningu. Tak już musi być. Lecz te lata, które straciłaś, a nazywasz swoimi... Nikt nie jest właścicielem czasu, nikt nie powinien rościć praw nawet do jednej chwili.

Jej serce uspokoiło się nieco. Poczuła gorąco na policzkach - to ono ją zdradziło. Zawstydziła się i znów oblała się rumieńcem. - Czcigodny Mistrzu... Ja czuję się... zagubiona. Zdecydowanie wolała mówić o uczuciach niż o przemyśleniach. Dyscyplina łączyła w sobie wiele różnych tradycji. Czcigodny Mistrz miał iście sokratyczną umiejętność tropienia niemądrej myśli aż do jej źródeł, by tam ją zdemaskować. Zebrała się na odwagę i spojrzała na niego. Przyglądał jej się bystrymi ciemnymi oczami, w których teraz nie tliły się już iskierki rozbawienia. - Zagubiona? A może uważasz, iż możesz uznać czas za swoją własność? - Nie, Mistrzu, ale... Próbowała zebrać myśli. Nie widziała się z nim od tak dawna. Co może wiedzieć, a czego nie o tym, co ją spotkało? Czy będzie w stanie pomóc jej, jeśli mu wszystkiego nie Wyjaśni? Część wstępnego treningu nowicjusza polegała na porządkowaniu i wiązaniu ze sobą wspomnień i wydarzeń. Wezwała teraz na pomoc wypracowaną niegdyś umiejętność i zaczęła gładko, spokojnie opowiadać o przygodach, które przeżyła przez te wszystkie lata tak, jakby to ktoś inny spisywał jej życie. Mistrz słuchał, nie przerywając jej nawet drobnym gestem, który mógłby zaburzyć wspomnienia. Dopiero gdy skończyła, skinął lekko głową. - Tak. Rozumiem twe zagubienie. Adepcie Lunzie. Wystawiono cię na próbę trudniejszą, niż pozwala znieść nasz trening. A jednak byłaś jak giętka trzcina i nie złamałaś się. Jego słowa oznaczały akceptację, a nawet pochwałę. Tym razem ciepło, które poczuła, niosło ukojenie zesztywniałym kończynom i tym zakamarkom umysłu, które pomimo “czysz- czenia kamienia" wciąż ją bolały. Była przecież pewna, że Mistrz powie, iż zawiodła pokładane w niej nadzieje, że nie nadaje się na Adepta. - Nasz trening - ciągnął Mistrz - nie brał pod uwagę napięć przeżywanych przez osoby poddawane powtarzającemu się przesunięciu temporalnemu, choć przecież sygnalizowałaś nam ten problem. Powinniśmy przewidzieć taką potrzebę, ale... - Wzruszył ramionami. - Nie jesteśmy bogami, by wiedzieć wszystko, łącznie z tym, co jeszcze nie nastąpiło. Możemy się od ciebie wiele nauczyć, gdy będziemy pomagać ci w odzyskaniu wewnętrznej równowagi. - Żyję, by się uczyć. Czcigodny Mistrzu - rzekła Lunzie, pochylając nisko głowę. - Uczymy się żyjąc,, żyjemy ucząc się. Dotknął lekko czubka jej głowy w geście aprobaty i uznania. Gdy podniosła wzrok, była sama w pawilonie. Sama ze swymi myślami. Ponowny trening okazał się jednocześnie bardziej i mniej stresujący niż się obawiała. Siennik w chatce sypialni uznała za wystarczająco wygodny po tym, co przeżyła na Irecie, nigdy też nie grymasiła na widok prostego jedzenia. Alę od bardzo dawna nie ćwiczyła swego ciała, więc przez kilka pierwszych dni czuła się bez przerwy obolała i zmęczona. Wszyscy instruktorzy byli perfekcjonistami i wciąż napominali ją, że istnieje tylko jeden właściwy sposób wykonania każdego ciosu, uniku, blokady, jedyny prawidłowy sposób siadania, klękania, utrzymywania wewnętrznej równowagi. Nigdy nie osiągnęła zbyt wiele w sztuce wojennej związanej z Dyscypliną, gdyż uważała ją za zbędną dla lekarza. Ale nigdy też nie była równie słaba. W końcu jakaś nauczycielka kazała jej odpocząć i przysiadła przy niej. - Wyczuwam w tobie brak dobrej woli albo silny opór materii. Czy możesz to wyjaśnić, Lunzie? - Winne jest pewnie jedno i drugie - odparła powoli, uspokajając oddech. - Będąc lekarzem, moim głównym zadaniem jest ochrona zdrowia. Tę część Dyscypliny zawsze odbierałam jako porażkę - oto postąpiliśmy niewłaściwie i w świecie pojawił się pewien konflikt. A potem jakiś lekarz, może ja, a może ktoś inny, będzie musiał naprawić to, co my zniszczymy. - Stąd Wynika brak dobrej woli - wtrąciła instruktorka. - A skąd bierze się trudność dla

ciała? - Tego nie wiem. - Lunzie poczuła, że się garbi i nakazała sobie wyprostować plecy. - Chciałabym wierzyć, że przyczyną jest wielokrotna hibernacja, kiedy to przez całe lata spoczywałam w jednej pozycji. Podobno nie zachodzą wówczas procesy starzenia, a jednak po przebudzeniu odczuwa się dziwną sztywność w kościach. Może więc występują przy okazji pewne efekty uboczne i traci się poprzednią giętkość ciała. Nauczycielka milczała przez dłuższą chwilę, mrużąc oczy. Lunzie odprężyła się, leniwie wyciągając obolałe członki. - O swej niechęci musisz porozmawiać z Mistrzem - powiedziała wreszcie instruktorka. - Jeśli zaś chodzi o opór twego ciała, może istotnie sprawiła to wielokrotna hibernacja. Przez kilka dni spróbujemy innego podejścia i zobaczymy, jaki będzie efekt. Inne podejście oznaczało pływanie pod wytworzony sztucznie prąd w gorących i zimnych basenach. Lunzie czuła, że jej ciało, podobnie jak złamana kość, najpierw rozluźnia się, odpoczywa, a potem zbiera się w sobie, przyjmując poprzedni, pełen siły kształt. Uprawiała również inne formy rehabilitacji: gimnastykę, biegi, wspinaczkę i wreszcie, po kilku długich rozmowach z Czcigodnym Mistrzem, ponownie ćwiczenia wojenne. Mistrz powiedział, że ona wprawdzie nigdy nie zostanie Wojownikiem, lecz każdy Adept musi poznać wszystkie elementy Dyscypliny, a więc również zaakceptować konieczność zadawania bólu czy nawet śmierci, jeśli może to zapobiec śmierci wielu innych. Rozmawiali nie tylko o tym, jak obcy jej naturze jest jakikolwiek konflikt. Mistrz przeżył świadomie wszystkie te lata, które ona spędziła we śnie, zahibernowana. Pamiętał i dawną Lunzie. i wszystko, co straciła, zapadając w długi sen. Ona zaś opowiadała o niepokoju, jakim napawało ją oziębienie stosunków w jej rodzinie, o winie, odczuwanej z powodu niechęci do części swych potomków, o tym, jak bardzo irytują ją ich postawy. O bolesnej stracie ukochanego i obawie, że nigdy już nie będzie jej stać na trwały związek. Powiedziała mu też o Sassinak i o napiętych stosunkach między nimi. - Ona jest naprawdę starsza ode mnie, sama zresztą tak mówi... - Głos jej się załamał, lecz Mistrz nalegał, by przytoczyła ową rozmowę w najdrobniejszych szczegółach, - Ubodło cię to - skomentował głosem pozbawionym wszelkich emocji. - Czujesz, że to ty jesteś starsza, i domagasz się szacunku należnego starszym... - Zawiesił głos. - Ależ nie czuję się starsza - zaprotestowała Lunzie, rozluźniając dłonie, które nieświadomie zacisnęła w pięści. - Czuję się... Właściwie nie wiem, co czuję. Chyba nie mogę już być ani młoda, ani stara. Trwam zawieszona w czasie tak samo, jak podczas hibernacji. Nie pamiętam nawet, jak ona wyglądała jako dziecko. Nie wiem, czy ją kiedyś widziałam, a potem zapomniałam, czy też nigdy mi o niej nie mówiono? - Liść zerwany z gałęzi podmuchem wiatru - odezwał się cicho z łagodnym uśmiechem. - Właśnie tak. - Musisz przekonać samą siebie, że ta gałąź nie stanowiła twojej własności, tak jak i wiatr. Musisz zrozumieć, że każdy z nas w każdej chwili znajduje się w odpowiednim miejscu - w miejscu, z którego pochodzą wszystkie działania i myśli, i do którego one dążą. - Przechylił głowę jak ptak. - Co zrobisz, jeśli znów będziesz musiała poddać się hibernacji? Nie dopuszczała do siebie tej myśli, odsuwała od siebie związany z nią lęk, uciekając się do Dyscypliny. Skąd Mistrz wiedział, że w nocy budzi się zlana zimnym potem, strwożona, iż przerażająca sztywność powraca w jej członki? - Nie... Nie mogę. Wstrzymała oddech, napięła wszystkie mięśnie, spojrzała daleko w przestrzeń. - Nie wiesz przecież, czy nie zostaniesz do tego zmuszona. - Mówił znów głosem pozbawionym emocji. - Już nigdy więcej,.. - Było to zarazem błaganie i obietnica złożona sobie samej. Nawet długi trening nie potrafił powstrzymać tego nagłego wybuchu emocji.

- Miałem nadzieję, że ta rana sama się zagoi - rzekł Mistrz z namysłem. - Skoro tak się nie stało, musimy stawić czoło sytuacji. - Milczał bardzo długo i już miała podnieść na niego wzrok, gdy nagle warknął: - Adepcie Lunzie! - Natychmiast spojrzała mu w oczy. - To nie jest zadanie leżące poza granicami twoich możliwości. Poradzisz sobie z nim. Nie możemy cię stąd wypuścić, dopóki żywić będziesz podobne obawy. Chciała zaprotestować, ale wiedziała, że protesty na nic by się nie zdały. Przez następnych kilka dni ćwiczono zarówno siłę jej woli, jak i ciała. Odbywała długie rozmowy z psychologiem, spędziła wiele godzin w rozmaitych pojemnikach przypominających różne rodzaje hibernatorów, przetrwała nawet parę symulacji hipnozy za pomocą środków pozbawiających ją na krótko przytomności. Z początku myślała, że postrada zmysły, lecz Mistrz miał rację: mogła to wszystko znieść i nie zwariować. Zdobyła cenną wiedzę na wypadek, gdyby kiedykolwiek musiała zrobić z niej użytek. Na razie wolała wierzyć, że może okaże się zbędna. Wkrótce kolejni instruktorzy zaczęli chwalić jej osiągnięcia, a ona sama odzyskała wewnętrzną równowagę. Potrafiła obiektywnie spojrzeć na swe dawne obawy, napady lęku, szarpaninę pomiędzy zazdrością i poczuciem winy, wysiłek towarzyszący przeistaczaniu się z jednej osoby w inną. Większość ludzi po trzydziestce przechodzi takie okresy emocjonalnego rozchwiania, więc część jej wewnętrznej walki można było z pewnością przypisać dojrzewaniu kończącemu kolejny etap życia. Dotychczas była jedną osobą, teraz zmieniała się w inną, która nie zazdrościła już władzy Sassinak czy siły fizycznej Aygarowi. Życie znów zaczęło nabierać sensu, nie było już tragicznym rejestrem ponoszonych strat, lecz jawiło się jako seria wyzwań, którym potrafi sprostać, które umie znieść, którymi nawet nauczyła się cieszyć. Nie nękały jej już myśli o zarozumiałych potomkach. Biedactwa, nawet nie wiedzą, co tracą, uznała. Z kolei skłonność Sassinak do stosowania przemocy wydawała się skutecznie równoważyć jej własne bardziej pokojowe nastawienie do świata. Mogła teraz myśleć o Sass z czułością, jako o swej prapraprawnuczce, a jednocześnie poważać ją jako osobę starszą. Niezwykłe okoliczności, które doprowadziły do tak przedziwnej sytuacji, zaczęły ją nawet bawić. Wreszcie po raz ostatni spojrzała na Górę i zobaczyła ten sam staw, ten sam głaz i te same drzwi, otwierane teraz ręką kolejnego nowicjusza. Wiedziała, że na jej twarzy widnieje obecnie wyłącznie spokój. W głębi duszy czuła ukojenie, a zarazem podniecenie na myśl o jeszcze jednej szansie na nowe życie, pełne zakrętów i niespodzianek. Teraz na personel medyczny przewijający się przez korytarze stacji mogła już patrzeć jak na potencjalnych kolegów po fachu, a nie na obcych szczęśliwców, którzy nigdy nie zechcą jej zaakceptować. Korzystając z najbliższego wolnego terminalu, zameldowała się w hotelu dla lekarzy i wystukała kod, przekazany jej przez Czcigodnego Mistrza. Ekran zamrugał i wyświetlił poziomą linię. - Lunzie? Mam dobre wiadomości. Poziom siódmy, hala B, jutro o trzynastej zero zero - Tylko tyle. Ruszyła przed siebie. Gdy dotarła do hotelu, otrzymała kartę do swego pokoju. Stał tu czytnik kostek i terminal bazy danych. Rzuciła torbę na łóżko i dotknęła klawiatury. Na ściennym ekranie pojawiła się lista dostępnych usług. Nie wychodząc z pokoju, mogła znaleźć sobie partnera do gry w szachy lub do łóżka, kupić jedzenie i informacje (opłata z marżą włączona zostanie do rachunku hotelowego), a także przejrzeć medyczne bazy danych. Odczuwała pokusę, żeby wysłać do Sassinak informację przez Fleetcom, publiczny system pocztowy dostępny dla wszystkich pracowników Floty. Mogłaby jednak zwrócić na siebie czyjąś uwagę, a tego wolała uniknąć. Lepiej nieco zaczekać. Miała przed sobą niemal cały dzień czasu standardowego, gdyż spotkanie (Czcigodny Mistrz nie wyjawił, z kim) zaplanowano dopiero następnego dnia o trzynastej. Wykorzysta ten czas, wyszukując takie informacje, które nie wydadzą się podejrzane nikomu, kto by ją śledził.

Zamówiła dobry obiad w restauracji zajmującej obecnie lokal, w którym wiele lat temu mieścił się bar. Muzyka brzmiała teraz nieco inaczej niż dawniej. Dźwięczały w niej dzwonki, popiskiwały flety, dając podkład żeńskiemu trio. Po posiłku wróciła do pokoju, z łatwością zapadła w sen i zbudziła się wypoczęta. Poziom siódmy hali B wciąż pysznił się ścianami w brzoskwiniowe paski, wśród których Lunzie czuła się jak w przekładanym kremem torcie. Sektorowi próbowano nadać rozmaite nazwy, od “Epidemiologii chorób egzotycznych" do “Niestandardowej kolonialnej pomocy medycznej". Żadna z nich się nie przyjęła, gdyż wszyscy i tak nazywali go (zarówno dawniej, jak i dziś) jajowatym korpusem". Obecnie jego oficjalna nazwa brzmiała: “Wydział analiz wariantowych zagadnień medycznych". Oczywiście nikt jej nie używał. Lunzie podała swe nazwisko w recepcji. Oczekiwała, że ktoś wskaże jej drogę, lecz zamiast tego w korytarzu rozległ się radosny okrzyk: - Lunzie! To ta słynna Lunzie! Wielki brodaty mężczyzna spieszył ku niej z uśmiechem na ustach i z rozpostartymi ramionami. Sięgnęła do najdalszych zakamarków pamięci, lecz nie mogła sobie przypomnieć, kto to taki. Mężczyzna nadal krzyczał: - Mówili nam, że pani przyjedzie! Ostatnie czterdzieści trzy lata w hibernacji? To ile to wyniesie razem? Będziemy mogli przebadać panią na wszystkie strony! - Mina zmieniła mu się nieco, spojrzał jej głęboko w oczy. - Chyba mnie pani pamięta? Już miała zaprzeczyć, gdy pamięć podsunęła jej obraz rozentuzjazmowanego nastolatka zwiedzającego szpital ze swoją klasą. Gdzie i kiedy? Tego nie mogła sobie przypomnieć, pamiętała jednak, że był najbardziej ciekawski i dociekliwy z całej grupy i nie przestawał zadawać pytań nawet Wtedy, gdy jego koledzy (oraz oprowadzający) nudzili się już jak mopsy. Wyciągnęli go dopiero po piątej zapowiedzi, że ich pojazd odlatuje. Jak on się mógł nazywać? - Byłeś wtedy młodszy - odezwała się, cedząc słowa, żeby zyskać czas do namysłu. - Brody sobie nie przypominam. Podniósł ręce. - No tak, z brodą wyglądam chyba inaczej. Zresztą minęło ponad czterdzieści lat, nawet jeśli dla pani większość tego okresu to nie był prawdziwy czas. To znaczy, przeżyty świadomie... Tak się ucieszyłem, gdy zobaczyłem na tablicy pani nazwisko! Pewnie nie wiedziała pani, że to dzięki tej wycieczce do szpitala zająłem się medycyną, no i trafiłem do “jaja".,. - Cieszę się - odparła. Jakże on się nazywał? Wtedy miał na piersiach wielką plakietkę z imieniem: zielone tło, czarne litery... Ale jakie to było imię? - Jerik - przedstawił się wreszcie, sprawiając jej tym wielką ulgę. - Teraz już doktor Jerik, lecz dla pani oczywiście nadal. Jerik. Jestem epidemiologiem, chwilowo zaś utknąłem w administracji, bo szef jest na urlopie. Nosił znaczek absolwenta, nadawany tylko najlepszym studentom, a do tego jeszcze drobny odłamek diamentu, przysługujący Adeptom. Nie poruszali tego tematu w rozmowie, lecz Lunzie mogła przypuszczać, że nie przybiegł tu po to tylko, by wyrzucić z siebie stek głupstw. Ten wybuch infantylnego entuzjazmu i jałowej gadaniny był więc tylko pozą. - Pewnie zastanawia się pani, dlaczego ściągnięto panią do Jaja", skoro zasługiwałaby pani raczej na długi wypoczynek i możliwość uzupełnienia swej wiedzy. - No właśnie - przyznała. Ten sektor z pewnością znajdował się pod obserwacją. Tylko Góra pozostawała poza jakąkolwiek kontrolą czy penetracją. - Dzieje się tu sporo ciekawych rzeczy, a pani, ze swym doświadczeniem w hibernacji, może okazać się osobą, której brakuje naszemu zespołowi. Oczywiście będzie pani musiała nostryfikować swój dyplom... Lunzie skrzywiła się. - Nie cierpię tych taśm do nauki. Uśmiechnął się ze zrozumieniem. - Ja również. To tak, jakby zjeść trzy posiłki w pięć minut. Umysł ma się wypchany

informacjami po brzegi. Ale to jedyny sposób, chyba że chce pani strawić dwa, trzy lata... - Oczywiście, że nie. Czego powinnam się nauczyć? Po czterdziestu trzech latach snu musiała przyswoić sobie znacznie więcej wiedzy, niż mogła jej przekazać Mayerd na okręcie Sassinak. Zresztą wówczas odmówiła korzystania z taśm. A skoro miała poznać nowe metody operacyjne, oswoić się z nowym sprzętem, to należałoby nie tylko uczyć się z taśm, lecz również popracować na “brejach", czyli przerażająco realistycznych androidach wykorzystywanych do ćwiczeń chirurgicznych. Poza tym powinna poznać nowe lekarstwa i informacje na temat ich dawkowania, efektów ubocznych i przeciwwskazań, nowe teorie poznania związane z doświadczeniami hibernacji... Podczas szkolenia uzupełniającego Lunzie zdała sobie sprawę, że dobrą stroną jej doświadczeń związanych z przeskakiwaniem z jednego roku w inny jest to, iż w ten sposób zyskuje niezwykły wgląd w postęp w dziedzinie medycyny. Postęp, ale i zacofanie. Czwartego dnia szkolenia rozwiązała pewien problem diagnostyczny, zauważając, iż zaledwie czterdzieści pięć lat temu, w pewnym niedalekim sektorze, ten sam kompleks symptomów określono mianem choroby Gallesa. Udało się go wówczas zupełnie wyeliminować dzięki sprytnej manipulacji genetycznej, lecz obecnie pojawił się na nowo, podczas gdy wszyscy zdążyli już o nim zapomnieć. “To zapewne przypadkowa mutacja" - westchnął pewien doświadczony badacz i dodał: “Powinienem był sam na to wpaść". Różnice pomiędzy poszczególnymi sektorami, a nawet różnymi społecznościami w obrębie jednego sektora sprawiały, że to, czego się uczyła, mogło być doskonale znane w jednym miejscu wszechświata i zapoznane w dwudziestu innych. Dostęp do najlepszej technologii medycznej był równie trudny, jak na Starej Ziemi. Lunzie spędzała długie godziny, przyswajając w kabinie wiedzę z taśm, ćwicząc i zdając wstępne egzaminy nostryfikacyjne. Podstawowe i zaawansowane kursy na temat podtrzymywania życia, leczenia urazów, chorób zakaźnych... Czuła, że kręci się jej od tego wszystkiego w głowie. Kiedy miała trochę wolnego czasu, próbowała nadgonić zaległości we własnej dziedzinie, przeglądając streszczenia publikacji komputerowych. - Potrzebny nam jeszcze jeden członek ekspedycji na Diplo. Ktoś w kącie sali wydał jęk rozpaczy. Jego towarzysz natychmiast zaczął go uciszać. - Słuchajcie - ciągnął mówca. - To krótka wyprawa, najwyżej miesiąc. - To i tak absolutny limit dla lekarzy - odpowiedział mu niezadowolony pomruk. - Co roku powtarza się to samo. Zawarliśmy z nimi umowę i ciążą na nas pewne zobowiązania. I przyjmijcie łaskawie do wiadomości, że ci ciężkoświatowcy z Diplo mają poważne problemy zdrowotne, których nikt do końca nie zbadał. - Nigdzie nie jadę, dopóki nie zagwarantujecie mi dodatku za pracę w dużej grawitacji. Te wściekłe pomruki wydawał chyba ktoś siedzący o kilka stolików od Lunzie. - Płaca i dodatki dostosowane zostały do warunków lokalnych - odparł mówca, wczytując się w swoje notatki. - W tym roku tematem wyprawy są skutki wywierane przez długą hibernację na biochemię ciężkoświatowców, a w szczególności problem gromadzenia się wapnia zaburzającego pracę serca. - Przerwał na chwilę. Lunzie zastanawiała się, kto wyznaczył taki temat. Na podstawie kwalifikacji wymienionych w jej danych osobowych każdy mógł stwierdzić, że posiada specjalistyczną wiedzę odpowiadającą zakresowi tych badań. Wolała jednak nie wykazywać się nadmierną gorliwością. Mówca znów się odezwał. - Mamy już biologa molekularnego, fizjologa od układu krążenia... Nazwiska pojawiły się na głównym ekranie wraz z listą najnowszych publikacji wymienianych naukowców. Była dość imponująca - zarówno Bias, biolog, jak i Tailler, fizjolog, opublikowali sporo artykułów w najlepszych pismach. - Rehabilitacja? - spytał kobiecy głos z końca sali. Mówca skinął głową. - Jeśli masz również specjalizację w rehabilitacji ciężkoświatowców, to chętnie. Będzie

możliwie najbardziej zbliżona do tegorocznego tematu. Na ekranie pojawiło się kolejne nazwisko, pewnie specjalistki od rehabilitacji, która odezwała się przed chwilą. Conigan, czterdziestodwuletnia kobieta, opublikowała podręcznik na temat rehabilitacji ciężkoświatowców po długim okresie pracy pod wodą. Lunzie stwierdzała, że odczekała już dość długo. Co będzie, jeśli ktoś inny zgłosi się na jej miejsce? - Mam doświadczenie w dziedzinie długotrwałej hibernacji, jak i pewną wiedzę o grawitantach. Wszystkie twarze zwróciły się ku niej. Dzięki Dyscyplinie powstrzymała rumieniec wywołany wzrokiem tylu osób. Mówca przejrzał na małym ekranie informacje na jej temat. - Ach, Lunzie. Tak. Widzę, że nie zdawałaś jeszcze końcowego egzaminu nostryfikacyjnego? - Zdaję go za trzy dni. - Egzaminy zaplanowano dopiero za sześć miesięcy, lecz Jerik postarał się, żeby mogła zdać je wcześniej. - Wyniki testów wstępnych są w dokumentacji. - Tak, faktycznie. To niesłychane, że udało ci się nadrobić zaległości tak szybko. Cóż, twoje umiejętności przydałyby się podczas tej misji. Pod warunkiem zaliczenia egzaminu końcowego zostajesz przydzielona do tego zadania. - Podniósł wzrok, rozglądając się za kolejnym chętnym. Kobieta siedząca obok Lunzie trąciła ją w ramię. - Naprawdę chce pani lecieć na Diplo? Słyszałam, że ostatnio musiała się pani poddać hibernacji, bo ciężkoświatowcy dostali kręćka, Lunzie powstrzymała się, by nie rzucić jej wściekłego spojrzenia. Sama nie słyszała jeszcze podobnych plotek, lecz była pewna, że w środowisku lekarzy i naukowców aż się od nich roi. - Nie wolno mi o tym rozmawiać - odparła niezupełnie zgodnie z prawdą.- Proces odbędzie się dopiero za kilka miesięcy, więc do tej pory... - Och. rozumiem. Nie chciałam, żeby to wyglądało na wścibstwo, pani doktor, po prostu dziwię się, bo jeśli to rzeczywiście była wina ciężkoświatowców, a pani z własnej woli zgłasza się na Diplo... Lunzie zachichotała. - Cóż, w dokumentacji dotyczącej mojej pensji pojawił się drobny błąd... Kobieta odchrząknęła. - Oczywiście, już rozumiem Zapewne ktoś sądził, iż pieniądze są dla pani najmniej ważne. No cóż, urzędnicy federacyjni cierpią na ostrą sklerozę. - Owszem, to beznadziejny przypadek - przytaknęła Lunzie. Podobnie jak pozostali wyciągnęła szyję, by zobaczyć ostatniego chętnego; śniadego mężczyznę specjalizującego się w genetyce ciężkoświatowców. Patrząc na jego szerokie bary, można było przypuszczać, że sam odziedziczył nieco ich genów. Przypuszczenie to potwierdziło się, gdy cała załoga spotkała się na odprawie. Jarl był mniejszym (i niedostosowanym do wysokiej grawitacji) z bliźniąt pewnej ciężkoświatowej pary. Fascynowały go niezwykłe dziedziczne wzorce adaptacyjne i równie dziwne dziedziczone wzorce tolerowania i nietolerowania hibernacji. Nie licząc ciężkoświatowych genów, zdawał się być najzupełniej normalny, a przynajmniej Lunzie nie wyczuwała z jego strony żadnego zagrożenia. Bias, zarozumiały biolog molekularny, okazał się o wiele bardziej irytujący. Sprawiał wrażenie, jakby w każdej chwili mógł eksplodować. Ciekawe, jak zniesie wysokie ciążenie, nie wyglądał bowiem na siłacza. Tailler, fizjolog układu krążenia, wywarł na Lunzie duże wrażenie jako kompetentny dowódca wyprawy. Był spokojny, a zarazem energiczny. Łatwo powinno się z nim współpracować. Lunzie wyczytała w krótkiej notce biograficznej umieszczonej pod jednym z jego artykułów, że w ramach rekreacji uprawia wspinaczkę wysokogórską. Wysiłek fizyczny nie będzie więc dla niego żadnym novum. Conigan,

specjalizująca się w rehabilitacji szczupła, rudowłosa kobieta, wyglądała jak nieco starsza, lecz równie pełna entuzjazmu wersja Varian. Lunzie zdawała sobie sprawę, że sama podlega podobnej obserwacji i ocenie. Pozostali wiedzieli o niej pewnie tyle, ile wyczytali z dokumentacji. Lunzie nią miała przyjaciół czy bliskich współpracowników, których mogliby o wszystko wypytać. Ciekawe, co też wyczytali z jej twarzy, czego się po niej spodziewają, czego obawiają, jakie robią sobie nadzieje. Przynajmniej udało jej się zdać egzamin, nawet, jak twierdził Jerik, z całkiem niezłym wynikiem. W jaki sposób dotarł do dokładnej punktacji, w którą podobno nikt nie ma wglądu? Tymczasem Bias opisywał ich wyprawę w okrągłych, pełnych emfazy zdaniach, unosząc wysoko wskazówkę, by upewnić się, ze pojęli kolejne zadania. Lunzie skupiła się na jego słowach. Czy zdobędzie dla Sassinak cenne informacje, czy też nie, jej nowi koledzy zasługują na solidną współpracę. Nim jeszcze statek dotarł na stację orbitalną obsługującą Diplo, uczestnicy wyprawy pracowali jak zgrana ekipa. Lunzie z radością zagłębiła się w pracy, otoczona przyjazną atmosferą stworzoną przez kolegów po fachu. Cóż, pani kapitan krążownika, choćby darzyła ją największą czułością, nigdy nie zwierzałaby się podobnie jak im, nie żartowałaby z nią jak z nimi, nie rozmawiała z podobną swobodą, jak w ich przemiłym towarzystwie.

ROZDZIAŁ TRZECI Jeszcze mi tego brakowało. - Sassinak machnęła w stronę Dupaynila i Forda plikiem wydruków odkodowanych wiadomości. - Mam pilniejsze zadania. Wszyscy mamy ważniejsze zadania. Nie powinniśmy tracić czasu, zabawiając się w niańkę jakiegoś stetryczałego spiskowca. Odkąd odesłała Lunzie, wszystko szło podejrzanie gładko. Należało już spodziewać się jakichś przeszkód. Dupaynil zrobił niezwykle uprzejmą minę; którą doprowadzał ją do wściekłości. - Przepraszam, pani komandor, ale chyba nie rozumiem. Za tą wystudiowaną uprzejmością musiała się kryć znajomość zawartości wydruków. Ford, który najwyraźniej ich nie czytał, miał bardziej zaniepokojoną minę. - To rozkazy - wyjaśniła cierpkim głosem. - Nowe rozkazy, najściślej zakodowane i przesłane nam łączami IFTL. Mamy przewieźć niejakiego Taneglego, skazanego za spiskowanie, oraz Aygara, urodzonego na Irecie, do... - przerwała, spoglądając na swych oficerów. Dupaynil nawet nie drgnął, za to Ford odezwał się: - Sektora kwatery głównej? Kwatery Floty na Regg? - Nie. Do układu centralnego Federacji, na proces przed Wysoką Radą. Jesteśmy odpowiedzialni za... - zerknęła na wiadomość, żeby zacytować dokładnie - za transport i bezpieczne dostarczenie wyżej wymienionego więźnia, który zostanie przekazany pod wyłączny nadzór służb bezpieczeństwa Rady. Ustalono już datę procesu. Odbędzie się za jakieś osiem miesięcy czasu standardowego, podczas Sądu Zimowego. Na obrońców wyznaczono Klepsina, Vigala i Tollwina. Wiecie, co to oznacza. - Mały Vigal, obrońca uciśnionych - wtrącił Dupaynil z gryzącą ironią. - To będzie ekscytujący proces. Na pewno zrobi z pani stuprocentowego pirata planetarnego, złoczyńcę kryjącego się pod maską oficera Floty. Hm... Powie, że skradła pani Taneglemu mundur i przekupiła wszystkich, żeby obciążyli go fałszywymi zeznaniami. - Bardzo śmieszne - rozzłościła się Sassinak. Nie rozróżniała zbyt dobrze nazwisk wszystkich popularnych prawników, ale każdy w tym wszechświecie słyszał coś o Małym Vigalu. Jedną z pułapek w prawie obowiązującym cywili była zasada, iż ktoś, o kim dokładnie wiadomo, że dokonał przestępstwa, nie może zostać skazany, jeśli tylko jakiś obślizgły obrońca zdoła przekonać przynajmniej jednego członka ławy przysięgłych, że popełniono choćby drobny błąd proceduralny. Flota posługiwała się pewniejszymi metodami. - Cóż - Ford postanowił chyba zmienić temat. - Dopóki nie dotrzemy do centralnego układu Federacji, jesteśmy odpowiedzialni za Taneglego. A co z Aygarem? On też jest więźniem? - Raczej świadkiem oskarżenia i obrony - odparł Dupaynil, z gracją machając dłonią. - Dla jednych przyjacielem, dla drugich wrogiem, ale dla obu stron jest równie niezbędny. - Do tego mamy dołączyć poświadczone kopie pełnych zeznań i oświadczeń wszystkich oficerów i członków załogi, którzy kontaktowali się z Taneglim i Aygarem - czytała dalej Sassinak. - Niech to Kipling trzaśnie! To dotyczy niemal całej załogi, bo Aygar pałętał się wszędzie. Gdybym tylko wiedziała... Spojrzenie Forda poinformowało ją, że nie potrafiła ukryć wściekłości. Cała się gotowała - przejście w obie strony przez punkty tranzytowe układu centralnego Federacji zajmie im dobre kilka tygodni, do tego trzeba doliczyć kolejne tygodnie przesłuchań... A raczej “składania zeznań", jak mówiły rozkazy. W dodatku siły bezpieczeństwa Floty bez wątpienia podeślą im całą bandę swoich urzędników śledczych. Przez cały ten długi okres Zaid-Dayan tkwić będzie bezczynnie w porcie, ona zaś utonie w setkach tysięcy formularzy do wypełnienia

i podpisania, w licznych kopiach, które z przyczyn bezpieczeństwa przepisywać należy pojedynczo, a nie zbiorczo na komputerze. Tymczasem wróg zapewne nie będzie zasypiać gruszek w popiele. Spostrzegła, że Dupaynil przygląda się jej z dużą uwagą. A więc rzeczywiście przeczytał rozkazy, zanim je dostarczył, czyli ma dostęp do łącza IFTL. Albo nakłonił któregoś z oficerów telekomunikacyjnych, żeby podrzucił mu kopię wiadomości. Co jeszcze wiedział? Co mu przekazano? Postanowiła nie zadawać żadnych pytań. I tak nie odpowie, czym ją tylko bardziej rozzłości. - Dupaynil. - Zaskoczyła go zmiana w tonie jej głosu, zrzucił maskę uprzejmości. - Chciałabym, żeby pan zaczął sprawdzać, którzy członkowie załogi mogli mieć kontakt z Aygarem. Niech pan sprawdzi żołnierzy, Weftów, oficerów, kadetów, absolutnie wszystkich. Mogę przydzielić panu asystenta. - Nie, dziękuję, poradzę sobie... - W jego głosie zabrzmiała nuta zadumy. Sass poczuła, że chyba naprowadziła go na jakiś trop. - Prawdopodobnie już za późno, żeby ograniczać jego swobodę. Zresztą chcemy przecież, by nie żywił wrogości wobec polityki Federacji. Ale jeśli ktoś uświadomi członkom załogi, że rozmawiając z nim, narażają się na wypełnianie raportów i składanie oświadczeń, to sami mogą go odizolować. - Niezły pomysł... Lepiej wezmę się od razu do pracy. - Dupaynil lekko zasalutował, chyba nie tylko z szacunku dla jej rangi, i wyszedł. Przez chwilę milczała, włączając swój tajny (i chyba nikomu więcej nie znany) system antypodsłuchowy. Wreszcie obdarzyła Forda uśmiechem. - Co za żmija. Wszystko wiedział. - Tak mi się zdawało. Ale skąd? - Jest z wywiadu Floty, choć wobec takich typów nigdy nie mam pewności, czy nie szpiegują również dla kogoś innego. Sam fakt, że ma swoje sposoby, a do tego tak sprytne, iż nigdy nie jestem pewna jego ostatecznych celów, stanowi wystarczający powód do niepokoju. Ciągle nie mogę ustalić, dlaczego robi to, co robi. Mnie - z uśmiechem położyła dłoń na piersi - wolno wykazywać się przebiegłością, lecz moim podwładnym nie. Ale teraz znacznie ważniejsze jest to, w jaki sposób mógłbyś wymknąć się na poszukiwanie swej drogiej ciotki, czy kim tam ona dla ciebie jest. Nie chcę, żebyś tkwił bezczynnie przez długie tygodnie. Musimy zdobyć niezbędne informacje jeszcze przed procesem. - Pchnęła po stole wydruk rozkazu, a Ford wystukał na klawiaturze podręcznego komputera datę procesu w standardowym zapisie Floty. - Jeśli do tej pory nie uda ci się niczego dowiedzieć, to postaraj się poinformować mnie o tym. - Ale jak mogę wyruszyć, skoro wszystkie... Sassinak uciszyła go ruchem dłoni. - Znam więcej sztuczek z całym tym systemem telekomunikacyjnym, niż Dupaynil mógłby sobie wyobrazić. Na razie jest jedyną osobą, która ma świadomość, że byłeś na statku, kiedy otrzymaliśmy nowe rozkazy. A on również dostanie pilne polecenia, o których jeszcze nic nie wie. Niebawem o nich usłyszy. Chodź ze mną. Na widok Sass oficerowie na mostku unieśli się z miejsc, lecz pani kapitan poleciła Fordowi objąć dowodzenie, a sama zniknęła w kabinie telekomunikacyjnej. - Chodzi o rozkazy dla kapitana - rzekła oschłym głosem. - To ty przyjąłeś ostatnią wiadomość IFTL? - Tak jest, na nazwisko kapitana, ze standardowymi kodami. Ciekawe, czy oficerowi podskoczyło nagle ciśnienie? - Ze względu na treść tej przesyłki przez najbliższe dwie godziny muszę osobiście pełnić służbę telekomunikacyjną. - Było to dość niezwykłe, lecz nie niemożliwe; czasami ściśle tajne informacje przesyłano właśnie w ten sposób. - Spodziewam się zakodowanej wiadomości IFTL, a według rozkazów - uniosła wydruk - przyjąć ją może wyłącznie kapitan.

- Tak jest, pani kapitan. Czy potrzebna będzie pani pomoc? Sassinak rzuciła mu mordercze spojrzenie. Oficera wymiotło wprost z kabiny. To, co zamierzała zrobić, było zarówno niezgodne z prawem, jak i niebezpieczne, nie bardziej jednak od tego, czego dopuścił się Dupaynil i co uczynił nieprzyjaciel. Wystukała na klawiaturze kod i zaktywizowała swe prywatne łącze ze Ssli. Jak dotąd postępowała zgodnie ze standardową procedurą, lecz teraz... Jej palce zatańczyły na klawiaturze, wywołując plik z osobliwie zakodowaną przesyłką. Jest! Powtórzony czterokrotnie kod wstępny. Pamiętała go doskonale, mimo upływu lat. Idioci, pomyślała. Już dawno powinni go zmienić, tak jak ona zmieniła się z naiwnego kadeta obsługującego sprzęt telekomunikacyjny w doświadczoną i władczą kapitan okrętu. Mając odpowiedni kod wstępny, bez problemu sfabrykuje wiadomość, która w oczach Dupaynila nosić będzie wszelkie znamiona autentyczności. Druga przesyłka “nadejdzie" zwykłymi łączami Floty, dostarczając zwolnienie Forda na urlop okolicznościowy. Pojawi się jednak dopiero wtedy, gdy Dupaynil już ich opuści. Ale dokąd wysłać Dupaynila? Gdzie będzie najmniej zawadzał, a przy tym we własnym mniemaniu robił coś rozsądnego? Najchętniej wysłałaby go do Theków, możliwie ogromnych, wiekowych i powolnych... lecz to nie zdałoby egzaminu. Siły bezpieczeństwa nie zajmowały się również pokojowo nastawionymi Bronthinami czy Mrouxtami. Nagle w głowie zaświtał jej pewien pomysł. Z trudem opanowała szeroki uśmiech, który ktoś mógłby zauważyć zerkając na kabinę. - Z jakiego powodu pani kapitan mogłaby uśmiechać się do siebie, ślęcząc nad sprzętem telekomunikacyjnym? Tak, Ford pogrzebie w brudnych interesach rodziny Paradenów, Lunzie poszpera na planecie Diplo... a biorąc pod uwagę to, co odkryto na Irecie, Seti pozostają bez nadzoru. Oto będzie zadanie godne Dupaynila. Twierdzi przecież, że działał już jako dyplomata. Kiedyś podczas obiadu przechwalał się swoją umiejętnością dogadywania się ze wszystkimi obcymi rasami Federacji, a nawet dowodził, że Seti nie są tak straszni, jak ich malują. Możliwie szybko i równie ostrożnie Sassinak wypisała stosowne rozkazy. Ssli od dawna już wyświadczali jej rozmaite specjalne usługi, wykraczające daleko poza ich pokładowe obowiązki. Zawdzięczała nawet życie pewnemu Ssli o imieniu Hssrho, oficerowi telekomunikacyjnemu, który zlokalizował ją w przestrzeni kosmicznej, kiedy podczas pierwszej misji przytrafił się jej “wypadek" w kapsule ewakuacyjnej. Z wdzięczności zawsze starała się utrzymywać jak najlepsze kontakty ze wszystkimi Ssli służącymi pod jej rozkazami. Teraz więc skontaktowała się z pokładowym Ssli. Nie mogła na własną rękę sprokurować przychodzącej przesyłki IFTL, gdyż komputer wykazałby fałsz, a Dupaynil z pewnością zainstalował własne systemy bezpieczeństwa. Brakowało mu jednak jeszcze doświadczenia pokładowego, Sass zaś była przekonana, że nawet nie zadał sobie fatygi, by przedstawić się Dhrosshowi. Zaprzyjaźnieni z nią Weftowie, na przykład Gelory, wspominali nie raz, iż Dupaynil nie jest przesadnie towarzyski. Cokolwiek by to miało znaczyć... Ssli uznał jej pomysł za “czarujący" - dziwne, że użył takiego właśnie określenia... Czy aby syntezator mowy działa bez zarzutu? Dotychczas nigdy nie podejrzewała Ssli o przejawianie choćby śladu ludzkich uczuć. Składnia ich języka, nacechowana zwykle matematyczną ścisłością, charakteryzowała się brakiem jakichkolwiek emocji. Sass wprowadziła zakodowaną wiadomość, Ssli zaś skomunikował się za pomocą łącza IFTL ze swym pobratymcem na innym okręcie Floty. Sass nigdy zapewne nie dowie się, na którym. Po chwili Dhrossh poinformował ją, że jego przyjaciel o niczym nie poinformuje załogi swego okrętu i nie odczuwa z powodu tej konspiracji najmniejszych nawet skrupułów. Przesył- ka niebawem powróciła i pojawiła się na ekranie komputera jako prawdziwa wiadomość przychodząca. Sass skierowała ją do odkodowania, podrzuciła kopię Dupaynilowi i wychyliła się z kabiny, żeby wezwać oficera telekomunikacyjnego, który wypoczywał w fotelu na