uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 728 908
  • Obserwuję754
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 012 257

Anne McCaffrey - Cykl-Statki (3) Statek który poszukiwał

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :1.1 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

uzavrano
EBooki
A

Anne McCaffrey - Cykl-Statki (3) Statek który poszukiwał.pdf

uzavrano EBooki A Anne McCaffrey
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 62 osób, 54 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 214 stron)

ANNE McCAFFREY MERCEDES LACKEY STATEK KTÓRY POSZUKIWAŁ ( Przełożył: Andrzej Łukaszewicz )

POWRÓT MIĘŚNIOWCA - ŁADOWNIA - ROZBAWIENIE Powodowany czymś, co było mieszaniną natchnienia i szaleństwa, włączył silniki hamujące. Ślizgowiec zatrzymał się w połowie obrotu; siła odśrodkowa cisnęła Alexem w bok, na pasy bezpieczeństwa oraz wyrzuciła szakala na sam koniec pojazdu i w ogóle z sań. Zwierzę poleciało w kierunku sfory, robiąc przy tym co najmniej tuzin koziołków. Pojazd pomknął w stronę Tii; w tym czasie ona otworzyła wnękę ładunkową i włączyła pole siłowe. Miała nadzieję, że Alex zdoła na czas wyhamować, by nie uderzyć w tylną ścianę. Wiedziała, że nierówno lecący ślizgowiec bardzo łatwo mógł otrzeć się o coś, wchodząc z taką szybkością w pole siłowe. Nawet nie zwolnił, gdy zahaczył o drzwi ładowni. Tia zamknęła je tuż za nim. Nie zwracając na to uwagi, Alex zmniejszył moc silników; pojazd wytracał prędkość, sunąc brzuchem po podłożu, co wywołało deszcz iskier. Zboczył z kierunku lądowania i uderzył w tył ładowni. Przytomny manewr Alexa, wspierany działaniem pola siłowego, osłabił jednak impet uderzenia do tego stopnia, że ślizgowiec lekko tylko wgniótł ścianę wychwytującą. Jeszcze raz Alex zawisł na pasach bezpieczeństwa. Na bokach i z tyłu ślizgu widoczne były ślady zębów próbujących go zatrzymać szakali. Alex siedział przez chwilę nieruchomo, ciężko dysząc. Sensory Tii nie sygnalizowały jakichś obrażeń, więc postanowiła poczekać, aż złapie oddech. Kiedy wreszcie podniósł głowę, Tia z uwagą przyjrzała się jego twarzy. Pokrywał ją rozpalony rumieniec, ale nie było na niej widać oznak szoku lub bólu. - Cóż - powiedziała spokojnym i zrównoważonym głosem. - Zdaje się, że wiesz, jak zrobić na kimś wrażenie. Zamrugał oczami - zaraz potem opadł swobodnie na fotel i szczerze się roześmiał.

CZĘŚĆ PIERWSZA Rubinowe światło comu pulsowało, gdy Hypatia Cade oderwała się od lekcji. Przed oczami siedmiolatki wciąż tańczyły równania kwadratowe, zwróciła jednak uwagę, że pulsacja comu nie była taka jak zwykle. Urządzenie zatem nie nagrywało wiadomości ani nie sygnalizowało próby połączenia się z nią rodziców. Błyski były parzyste i powtarzały się w regularnych odstępach czasu. Znaczyło to, że ktoś był na orbicie i czekał, aż Hypatia odpowie na wezwanie. Pojawienie się kogoś na górze oznaczało niespodziewane przybycie jakiegoś statku - Tia na pamięć znała rozkład przylotów. Wszystkie wizyty wahadłowców były bowiem dokładnie zaplanowane, a AI rozpoczynał swój codzienny raport przy śniadaniu właśnie od przypomnienia ewentualnych odwiedzin. Tia poczuła dreszcz emocji i postanowiła jak najszybciej odpowiedzieć. Zdecydowała, że nie będzie traciła czasu na powiadomienie rodziców. Zresztą, to nie mógł być jakiś nagły wypadek, gdyż wtedy AI na pewno przerwałby jej lekcję. Przetarła oczy, by wymazać obraz tańczących zmiennych, i podsunęła swój stołeczek pod tablicę kontrolną comu. Mogła teraz z łatwością dosięgnąć wszystkich przycisków sterujących. Z godną podziwu sprawnością dostroiła com, rozgrzała przekaźniki i włączyła linię. - Grupa poszukiwawcza C - 121 - powiedziała, zwracając uwagę na dykcję, ponieważ mikrofon był stary i często gubił słowa wypowiadane niewyraźnie. - Grupa poszukiwawcza C - 121, powtarzam. Linia wolna. Odbiór. Odliczyła nerwowo cztery sekundy, które musiały upłynąć, by dotarła do niej odpowiedź. Jedna przeciwprostokątna, dwie przeciwprostokątne, trzy przeciwprostokątne, cztery przeciwprostokątne. Kto to może być? Nie zapowiedziane wizyty nieczęsto tu się zdarzały. Tia zdawała sobie sprawę, że mogło to być coś niebezpiecznego. W swoim młodym życiu słyszała wiele opowieści o napaściach na bezbronne stacje archeologiczne. Nie mogła zatem odrzucić takiej możliwości. Chociaż na terenie wykopalisk na Salomon - Kildaire rzadko można było znaleźć przedmioty cenione przez kolekcjonerów zabytków, to czy złodzieje musieli o tym wiedzieć? Gdyby ktoś taki się pojawił, miała natychmiast zanurkować do ukrytego tunelu ewakuacyjnego, który wyprowadziłby ją z kopuły do schronu poza wykopaliskami. Była to pierwsza rzecz, o której dowiedziała się od matki i ojca, gdy tylko kopuła została wzniesiona... - Tutaj kurier TM - 370. Tio, moja droga, czy to ty? Nie bój się, kochana, odbywamy właśnie niezbyt pilną misję, a że było nam po drodze, więc przywieźliśmy wcześniej waszą pocztę. Odbiór.

Mocny, kontraltowy głos był trochę zniekształcony przez nie najnowsze już głośniki, mimo to sprawił Tii wielką radość. Zaczęła lekko podskakiwać na swoim stołeczku, nie mogąc ukryć podniecenia. - Moira! Tak, tak, to ja! Ale... - Jej radość trochę przygasła. Kiedy ostatnio Moira tu zawitała, jej kod wywoławczy brzmiał CM, nie TM. - Moiro, co się stało z Charliem? - Jej głos stał się jakby poważniejszy. - Czyżbyś przestraszyła kolejnego mięśniowca? Wstydź się! Nie pamiętasz już, co ci mówiono, gdy wyrzuciłaś Ariego?! Uh - odbiór. Cztery sekundy; wieczność. - Moja droga, ja go wcale nie przestraszyłam - odpowiedziała Moira, jednak Tia wyczuła w jej głosie nutkę poczucia winy. - Zdecydował się ożenić, wychować potomstwo, osiąść naboje jak szczur lądowy. Nie martw się, ten będzie już ostatni jestem tego pewna. Tomas i ja pasujemy do siebie doskonale. Odbiór. - To samo mówiłaś o Charliem - przypomniała ponuro Tia. - I o Arim, i Lilianie, Julesie, i... Moira przerwała jej tę nie kończącą się wyliczankę. - Zapal, proszę, światła lądowania. Dokończymy naszą dyskusję, gdy wyląduję. - Jej głos stał się bardziej stanowczy. - Poza tym przywiozłam ci prezent urodzinowy. Dlatego nie mogłam tu nie wstąpić. Odbiór. Tak jakby prezent urodzinowy zdołał powstrzymać ją przed wymienianiem kolejnych chybionych prób Moiry z mięśniowcami! Cóż - może troszeczkę. Zapaliła światła lądowiska, po czym, czując lekką dumę, wykonała pozostałe czynności niezbędne do lądowania. Ustawiła reflektory, włączyła monitory pomocnicze, następnie poleciła AI, by nawiązał łączność z systemem nawigacyjnym Moiry. Gdyby Moira przybyła tu parę miesięcy temu, musiałaby wylądować bez niczyjej pomocy. Dzisiaj jednak Tia doskonale wiedziała, co ma robić. Dziewczynka przysunęła się bliżej mikrofonu. - Wszystko sprawdzone i gotowe do rozpoczęcia ostatniej fazy lądowania, Moiro. Ciekawe, co też mi przywiozłaś? Odbiór. - Och, ty mała spryciaro! - wykrzyknęła Moira głosem pełnym zachwytu. - Uruchomiłaś cały system. Sporo się nauczyłaś od naszego ostatniego spotkania! Dziękuję ci, moja droga, a o tym, co ci przywiozłam, dowiesz się, gdy już będę na dole. Bez odbioru. No cóż, próbowała. Zeskoczyła ze swojego stołka, pozwalając, aby AI i zewnętrzne systemy nawigacyjne przejęli kontrolę nad wprowadzeniem statku mózgowego do bazy. Moira nie oddawała nikomu sterów, jeżeli to nie było konieczne. Stanowiło to jedną z przyczyn jej odwiecznych problemów z mięśniowcami. Nie ufała im, gdy mieli prowadzić i do tego zupełnie się z tym nie kryła.

Szczególnie Ariemu było to nie w smak. Za wszelką cenę chciał udowodnić, że równie dobrze czuje się za sterami AM - 370. Doszło nawet do tego, że próbował uniemożliwić jej kontrolę nad statkiem. Teraz trzeba było podjąć następną decyzję: czy powinna się ubrać i pójść zawiadomić rodziców? Złapanie ich przez com nie było takie proste; prawdopodobnie nie mieli przy sobie osobistych nadajników. A jeżeli nawet je mieli, to nie oczekiwali żadnego wezwania. Nie był to nagły wypadek i z pewnością nie byliby zadowoleni, gdyby przerwała im jakąś istotną pracę, na przykład dokumentację znalezisk czy żmudne oznaczanie ich wieku. Nie pomógłby nawet fakt, że statkiem, który przyleciał, była Moira. Poza tym Moira nie wspomniała o niczym, co byłoby dla nich istotne. Z pewnością nie poruszałaby tak błahych tematów, jak zmiana mięśniowców czy prezent urodzinowy, gdyby miała do przekazania coś naprawdę ważnego. Tia zerknęła na zegar; do przerwy na lunch nie zostało więcej niż pół godziny. Wiedziała, że dla jej rodziców, Poty Andropolous - Cade (doktora nauk biosądowniczych, ksenologii, archeologii) i jej męża Braddona Maartensa - Cade'a (doktora nauk geologicznych, fizyki astralnej i licencjonowanego astrologatora), punktualność była sprawą podstawową. Dokładnie o godzinie siódmej każdego ranka, niezależnie od miejsca pobytu, rodzina Cade'ów spożywała śniadanie. Punktualnie o dwunastej rodzice wracali do kopuły, by wspólnie z Tią zjeść lunch. AI miał dopilnować, żeby o szesnastej Tia zjadła coś na przekąskę. Natomiast o dziewiętnastej powracali na wspólną kolację. Zatem za trzydzieści minut Pota i Braddon przybędą do kopuły. Moira nie mogła wylądować później niż za dwadzieścia minut. Gość ze statku powinien zatem zjawić się tu jeszcze przed nimi. Tia krzątała się po pokoju gościnnym kopuły, zbierając swoje książki i łamigłówki, wyrównując poduszki na sofie, zapalając lampy i holoskop, który wyświetlał falujące niebieskie drzewa na tle zielonej laguny na Myconie, gdzie poznali się jej rodzice. Poleciła AI, by zaparzył kawę. Pominęła przy tym program przygotowania lunchu, włączając system V - l, który Braddon zainstalował, by mogła przyjmować gości. Sama wybrała muzykę; żywszą część Suity Arkenstone, która według niej najbardziej pasowała do sytuacji. Ponieważ skończyła przygotowania, a nikt się jeszcze nie pojawił, czekała. Czekanie było czymś, czego nauczyła się bardzo wcześnie. Sądziła, że umie to robić bezbłędnie, gdyż sporo miała takich “pustych" chwil w swoim młodym życiu. Czas dziecka archeologów przepełniony był czekaniem, zazwyczaj samotnym, co czyniło je o wiele bardziej samodzielnym. Tia nie znała innych dzieci, nie miała kolegów w swoim wieku. Rodzice zazwyczaj prowadzili prace wykopaliskowe tylko we dwoje, gdyż specjalizowali się w stanowiskach pierwszej klasy; gdy takich nie było, prowadzili wykopaliska drugiej klasy. Nigdy natomiast nie uczestniczyli w pracach trzeciej klasy. A tam właśnie znajdowały się setki ludzi wraz ze swymi rodzinami.

Nieczęsto się też zdarzało, by inni naukowcy w wieku jej rodziców, pracujący na stanowiskach drugiej klasy, mieli siedmioletnie dzieci. Wiedziała, że to, iż rodzice zabierali ją na każdą wyprawę, było uważane za postępowanie dość ekscentryczne - zwłaszcza że była tak małym dzieckiem. Większość małżeństw pracujących z dala od domu zostawiała swe pociechy u krewnych lub wysyłała je do szkół z internatami. Tia słuchała toczących się wkoło rozmów dorosłych, a oni nie zwracali na nią uwagi, sądząc, że niczego nie rozumie. Sporo się dzięki temu nauczyła; prawdopodobnie dużo więcej niż rodzice mogli przypuszczać. Wielokrotnie podsłyszała twierdzenie, iż była efektem czegoś nie przemyślanego. Kiedy indziej dotarło do jej uszu słowo “wpadka". Bardzo dobrze rozumiała, co znaczyły owe komentarze. Kiedy ostatnim razem ktoś znów się tak wyraził, stwierdziła, że ma już dosyć tego wszystkiego. Zdarzyło się to na przyjęciu, podczas przeglądania pism naukowych. Podeszła prosto do kobiety, która zadała tego rodzaju pytanie, i rzetelnie ją poinformowała, że ona, Tia, była zaplanowana bardzo “uważnie". Braddon i Pota uzgodnili wspólnie, iż dziecko nie będzie kolidowało z ich karierami, jeżeli zdecydują się na nie w odpowiednim momencie. Zatem urodziła się, gdy jej rodzice mieli już ustaloną renomę w świecie nauki. Była zaplanowana od samego początku; od decyzji, że się urodzi, po każdy detal z nią związany; od miniaturowego nadmuchiwanego pojemnika, który służył jej za kołyskę, zanim zaczęła raczkować, przez pneumatyczny namiot, który był jej dziecięcym pokoikiem, po wybór AI, który najlepiej spełniał podwójną funkcję nauczyciela i opiekuna. Nieszczęsna kobieta, która zadała pytanie, zaczerwieniła się po same uszy i nie wiedziała, co powiedzieć. Pozostali próbowali zatrzeć niekorzystne wrażenie, śmiejąc się i tłumacząc jednocześnie, iż dziecko właśnie powtarzało to, co usłyszało w rozmowie dorosłych i z pewnością nie rozumie ani jednego słowa. Jednak chwilę potem Tia, posługując się etnologicznym nazewnictwem czterech różnych gatunków, włączając w to homo sapiens, udowodniła bezpodstawność uwag swego przedmówcy. Następnie, w czasie gdy całe towarzystwo nie było w stanie wykrztusić ani słowa, odwróciła się do oniemiałej kobiety. Poradziła jej, by zamiast zajmować się cudzymi sprawami, pomyślała o swoim potomstwie, bo jak tak dalej pójdzie, może nie zdążyć przed menopauzą. Tia dosłownie zamknęła usta wszystkim w tej części pokoju. Gdy później gospodarz przyjęcia skarżył się na nią, nie żałowała ani jednego słowa. - Ona była niegrzeczna i złośliwa - powiedziała.

Kiedy gospodarz zaprotestował, że uwagi nie były przeznaczone dla niej, Tia odrzekła mu z niezaprzeczalną logiką: - Wiec nie powinna tego mówić tak głośno. Robienie niegrzecznych uwag za czyimiś plecami jest gorsze, niż powiedzenie czegoś niemiłego prosto w oczy. Braddon, zmuszany do rozprawienia się ze swoją córką, niedbale wzruszył ramionami i stwierdził tylko: - Ostrzegałem cię. A ty mi nie wierzyłeś. Tia nigdy nie dowiedziała się, przed czym właściwie tato ostrzegał doktora Juliusa. Od tamtego zdarzenia uwagi o tym, że była “nie zaplanowana" czy też “przypadkowa", przynajmniej w jej obecności, skończyły się. Mimo to, ludzi wciąż niepokoiła jej przedwczesna dojrzałość oraz to, że nie miała wielu okazji do zabawy ze swoimi rówieśnikami. Tak naprawdę jednak Tia nie dbała o to, że nie znała dzieci, z którymi mogłaby się bawić. Pobierała najlepsze lekcje w znanym jej wszechświecie dzięki centrum bazy danych; miała również AI, z którym mogła rozmawiać, mnóstwo rzeczy do zabawy, a także nieograniczoną swobodę w decydowaniu o swoich zajęciach; oczywiście, gdy tylko lekcje były odrobione. A co najważniejsze - miała mamę i tatę, którzy spędzali z nią o wiele więcej czasu, niż większość rodziców poświęca swym dzieciom. Wiedziała o tym z książkowych statystyk dotyczących opieki nad dziećmi, jak i od Sokratesa z AI, który wszędzie z nimi podróżował. Rodzice nigdy nie byli znudzeni jej pytaniami i rozmawiali z nią zawsze, niezależnie od jej wieku. Jeżeli czegoś nie rozumiała, wystarczyło jedno jej słowo, by zaraz tłumaczyli wszystko i powtarzali aż do znudzenia. Gdy praca przy wykopaliskach nie angażowała ich bez reszty, zabierali ją ze sobą. Nigdy nie słyszała, by jakiekolwiek dziecko przebywało z rodzicami w ich miejscu pracy. Jedyne, co mogła im zarzucić, to fakt, że czasem tłumaczyli jej coś zbyt dokładnie. Doskonale pamiętała moment, w którym zaczęła pytać: “dlaczego?" przy każdej okazji. Sokrates powiedział jej, że to pytanie jest etapem, przez który każde dziecko musi przejść - zazwyczaj po to, by zwrócić na siebie uwagę dorosłych. Ale Pota i Braddon brali ją bardzo dosłownie... AI stwierdził niedawno, że jej etap “dlaczego?" był chyba rekordowo krótki. Stało się tak, ponieważ rodzice odpowiadali na każde jej pytanie, wdając się w najdrobniejsze szczegóły. Gdy byli pewni, że wszystko rozumie, nie miała już właściwie o co pytać. Po miesiącu “dlaczego?" przestało ją bawić, więc zajęła się innymi rzeczami. Zupełnie nie tęskniła za innymi dziećmi. Kiedy się z nimi spotykała, traktowała je z przezornością antropologa odkrywającego nowe, potencjalnie groźne gatunki. Uczucie to narastało do tego stopnia, że inne dzieci zaczęły się jej jawić jako nudne kreatury. Ich zainteresowania, ich

światy były bardzo ubogie, ich zasób słownictwa był ledwie cząstką tego, którym posługiwała się Tia. Poza tym większość z nich nie miała najmniejszego pojęcia o grze w szachy. Mama opowiadała w towarzystwie historię, jak to pewnego razu dwuletnia Tia do tego stopnia oszołomiła jedną ze swoich dorosłych rozmówczyń, że ta aż zamilkła. W pomieszczeniu, w którym przebywały, stały na stoliku piękne, zabytkowe szachy. Mała przez pół godziny wpatrywała się w nie błagalnym wzrokiem, zanim kobieta zorientowała się, o co jej chodzi. Tia także doskonale pamiętała to wydarzenie. Kobieta wzięła do ręki pięknie rzeźbionego skoczka i zaczęła poruszać nim przed oczami Tii. - Widzisz konika? - rzekła przymilnie. - Czyż nie jest śliczny? W tym momencie Tia wstała urażona, wyprostowała się dumnie i spojrzała kobiecie prosto w oczy. - To nie jest konik - oznajmiła chłodno i wyraźnie. - To jest skoczek. Porusza się po literze L. I mama mówi, że jest to figura często pośw... pwś... puwś... W tym momencie przyszła jej z pomocą mama. - Poświęcana? - podpowiedziała. - To znaczy “poddawana". Tia skinęła główką, promieniejąc wdzięcznością. - Bardzo często poddawana, zaraz po pionkach. - Następnie spojrzawszy na kobietę dodała: - Które bynajmniej nie są małymi ludzikami! Kobieta skryła się w kącie i nie opuściła go, dopóki Tia i jej rodzice pozostawali w pokoju. Rozbawiony tą sytuacją przełożony mamy zdjął ze stolika szachy i zagrał z Tia partię. Oczywiście wygrał, ale Tia pokazała, że w istocie szachy nie są jej obce. Mężczyzna był pod takim wrażeniem, iż zabrał ją ze sobą na taras, gdzie razem rozpoznawali gatunki żerujących tam ptaków. Wtedy właśnie odkryła, że istnieją dwa sposoby zwracania uwagi dorosłych: albo poprzez wprowadzanie ich w zachwyt, albo poprzez gorszenie. Moira należała do tych oczarowanych, w przeciwieństwie do większości jej mięśniowców. Jedynie Charlie był tu wyjątkiem i dlatego Tia sądziła, że właśnie on pozostanie na statku mózgowym. Poza tym nie miał nic przeciwko temu, by wygrywała z nim w szachy. Westchnęła. Prawdopodobnie nowy mięśniowiec będzie należał do tego drugiego rodzaju ludzi. - Twój gość jest na lądowisku - powiedział AI, wyrywając ją z zamyślenia. - Ma na imię Tomas. Moira prosiła, żebyś włączyła przeze mnie powierzchniową linię radiową, by mogła z tobą porozmawiać, w czasie gdy Tomas pomaszeruje w kierunku kopuły. - Zrób to Sokratesie - rzekła do AI.

Oto cały problem z AI: jeżeli nie dostanie wyraźnego polecenia, to trzeba mu wszystko potwierdzać, zanim cokolwiek zrobi. W podobnej sytuacji człowiek z kapsuły dobrze wiedziałby, jakie czynności należy wykonać. - Tomas ma twój prezent urodzinowy - powiedziała po chwili Moira. - Mam nadzieję, że ci się spodoba. - To znaczy, czy on mi się spodoba? - odpowiedziała sprytnie. - Masz nadzieję, że go nie przestraszę. - Powiedzmy, że użyję cię jako papierka lakmusowego, dobrze? - spytała Moira. - I pamiętaj, kochanie - Charlie naprawdę zakochał się w ziemskim pyle. Odkąd poznał Michiko, loty kosmiczne przestały go bawić. - Westchnęła. - Jakież to było romantyczne. Prawdziwa miłość w stylu Romea i Julii, taka, o jakiej rzadko się już słyszy. Michiko jest czarującą, małą laleczką - naprawdę nie mogę go o nic winić. Właściwie... częściowo to jest też twoja wina. Tak był tobą zafascynowany, że mówił już tylko o tym, jak bardzo chciałby mieć dziecko podobne do ciebie. Cóż, Michiko namówiła Centralę, by znalazła mu pracę na ziemi, a na jego miejsce zaproponowano mi Tomasa, i to bez żadnej grzywny, gdyż tym razem to nie ja byłam sprawczynią całego zamieszania. - Płacenie za odpadających mięśniowców jest chyba twoim odwiecznym problemem - zaczęła Tia, gdy wewnętrzne drzwi dla przylatujących rozsunęły się i ktoś w antyciśnieniowym kombinezonie przeszedł przez próg, trzymając w ręku pudełko i hełm. Tia z dezaprobatą spojrzała na jego hełm; zdjął go w łączniku, gdy tylko ciśnienie zostało wyrównane. To nie był najlepszy pomysł. Łączniki znane były bowiem z nieszczelności, szczególnie te stare, które znajdowały się w eksploratoriach pierwszej klasy. Tak wiec na samym początku musiała postawić mu punkt w kolumnie minusów. Powierzchowność jednak miał miłą, co łagodziło pierwsze wrażenie. Jego okrągła, opalona twarz otoczona była kruczoczarnymi włosami, miał jasnobrązowe, budzące zaufanie oczy i szerokie usta. Tak więc jego wygląd wywarł na dziewczynce korzystne wrażenie. Dość szybko wszedł do środka. - Cześć, Tomas - powiedziała bez emocji. - Nie powinieneś zdejmować hełmu w łączniku, wiesz? Należało poczekać, aż wewnętrzna śluza zostanie zasunięta. - Ona ma rację, Tomas. - Głos Moiry zabrzmiał z tablicy comu. - Te wykopy pierwszej klasy zawsze miały najgorsze wyposażenie. Wszystko tu jest stare, a niektóre urządzenia z pewnością nie są niezawodne. Zabezpieczenia śluz puszczają bez przerwy. - Ostatni raz coś takiego wydarzyło się miesiąc temu, kiedy wchodziłam do środka - potwierdziła słowa Moiry Tia. - Mama przez wiele godzin instalowała nowe zabezpieczenia, a mimo to nie była z nich do końca zadowolona.

Tom zaczął się powoli wycofywać, a w jego oczach można było zauważyć wyraz głębokiego zdziwienia. Prawdopodobnie chciał zapytać, gdzie są jej rodzice. Nie spodziewał się powitania zaczynającego się od wykładu na temat bezpiecznego korzystania z kombinezonu antyciśnieniowego. - Och! - To było wszystko, co zdołał wykrztusić. - Ach, dziękuję, będę o tym pamiętał w przyszłości. - Nie ma za co - odrzekła. - Moi rodzice są na terenie wykopalisk. Wybacz zatem, że nie mogą się w tej chwili z tobą spotkać. - Powinnam was sobie przedstawić. - Usłyszeli głos Moiry z comu. - Tomas, to jest Hypatia Cade. Jej matką jest doktor Pota Andropolous - Cade, natomiast jej ojcem - doktor Braddon Maartens - Cade. Tia, to jest Tomas Delacorte - Ibanez. - Miło mi cię poznać, Tomas - odpowiedziała z wyszukaną grzecznością. - Mama i tata będą tutaj za - spojrzała na swój zegarek - dziesięć minut. Może zanim się zjawią, napijesz się świeżej kawy i coś zjesz? Znów wydawał się cofać w kierunku wyjścia. - Proszę o kawę - powiedział po chwili. - Jeśli będziesz tak dobra. Obserwowała go z kuchni. Tomas w tym czasie zdjął skafander i gdy wróciła z filiżanką kawy oraz z czymś do zjedzenia, musiała w duchu przyznać, że był bardzo przystojny w obcisłym, skórzanym kombinezonie pokładowym. Nie był jednak wyjątkiem, wszyscy mięśniowcy Moiry byli dobrze zbudowani. To była także część problemu; Moira miała skłonności do ich wyboru na podstawie wyglądu, dopiero później zwracała uwagę na ich osobowość. Przyjął kawę i jedzenie z lekkim zakłopotaniem, tak jakby zdecydował się traktować dziewczynkę jako rodzaj nieznanego, nowego doznania. Ona ledwo mogła powstrzymać się od śmiechu. - To bardzo niezwykłe imię - powiedział po niezręcznie długiej przerwie. - Hypatia, czy nie tak? - Tak - odparła. - Dano mi tak na imię na cześć ostatniej opiekunki wielkiej biblioteki aleksandryjskiej na planecie Terra. Tia zauważyła, że nieobce są mu historyczne imiona i fakty. Tak więc, w przeciwieństwie do swojego poprzednika Julia, nie był kompletnym ignorantem, jeżeli chodziło o historię. - Ach, to mogło być wtedy, kiedy spalili ją Rzymianie, za czasów Kleopatry - zaczął. Przerwała mu, kręcąc głową. - Nie, biblioteka nie została wtedy zniszczona. Przetrwała aż do czasów Konstantyna - kontynuowała, rozkoszując się swoją ulubioną opowieścią i przekazując ją dokładnie tak, jak usłyszała ją od Poty i jak zapisana była w historycznym centrum bazy danych. - Działo się to, gdy

sfora brudnych chrześcijańskich fanatyków zdobyła bibliotekę, której opiekunką była Hypatia. Nakłonili ich do tego ludzie zwący siebie prorokami i świętymi, a pragnący, aby spłonęła do cna, gdyż zawierała “pogańskie książki, kłamstwa i herezje". Kiedy Hypatia próbowała ich powstrzymać, została zamordowana - ukamienowana i stratowana na śmierć. - Och - rzekł słabo Tomas zupełnie zaskoczony; wydawał się szukać czegoś odpowiedniego do powiedzenia i wybrał pierwszą myśl, która mu przyszła do głowy. - Uch, dlaczego nazwałaś ich “brudnymi chrześcijanami"? - Bo tacy byli - odpowiedziała zniecierpliwiona. - Byli fanatykami, w większości wyrzutkami lub pustelnikami, którzy przyrzekli się nie kąpać, gdyż kąpiel była domeną Rzymian i pogan. - Tia udała, że wącha. - Przypuszczam, że nie przeszkadzało im to, iż przy tej okazji stwarzali doskonałe warunki do życia pchłom, a ich ciała wprost cuchnęły. Nie wspomnę o chorobach! - Przypuszczam, że byli zaślepieni swoim fanatyzmem - stwierdził nieśmiało Tomas. - Uważam, iż Hypatia była bardzo odważna, lecz trochę za mało sprytna - kończyła Tia. - Nie sądzę, bym na jej miejscu stała bezczynnie i pozwoliła rzucać w siebie kamieniami. Uciekłabym albo pozamykałabym wrota - lub coś w tym rodzaju. - Cóż, może nie miała wyboru - powiedział ostrożnie Tomas. - Myślę, że w takiej chwili nie była w stanie zatrzymać tych ludzi i było zbyt późno, żeby uciec. Tia skinęła powoli głową i pomyślała o ciężkich aleksandryjskich szatach, w których na pewno nie można było swobodnie biegać. - Sądzę, że masz rację - zgodziła się. - Odkąd pamiętam, trudno było mi pogodzić się zmyślą, że Ona była głupia. Tomas roześmiał się. - To znaczy - nie mogłaś pogodzić się z faktem, że kobieta, na której cześć dano ci imię, była głupia? Doskonale cię rozumiem. O wiele przyjemniej jest nosić imię bohatera, który był odważny, bo nie miał innego wyjścia, niż kogoś, kto był za mało przebiegły, by uniknąć kłopotów. Tia roześmiała się szczerze i zrozumiała, że polubi To - masa. Zauważyła, że choć początkowo nie wiedział, jak ją traktować, to jednak szybko zaczął z nią rozmawiać jak z kimś równym sobie, inteligentnym i wrażliwym. Najwyraźniej Moira też to spostrzegła, bo kiedy mówiła, jej głos był o wiele spokojniejszy. - Tomas, czyżbyś o czymś zapomniał? Przecież przywiozłeś Tii jej spóźniony prezent urodzinowy. - Rzeczywiście zapomniałem! - wykrzyknął. - Wybacz mi, Tia! Podał jej pudełko, a ona musiała bardzo uważać, by nie porwać go natychmiast, jak z pewnością zrobiłoby małe dziecko.

- Dziękuję ci, Moira - powiedziała w kierunku tablicy comu. - Nic nie szkodzi, że spóźniony. Wiesz dobrze, iż sprawiłaś mi wielką radość. - Jesteś po prostu zbyt dobrze wychowana, by okazać swoje uczucia - zaśmiała się Moira. - No dalej, otwórz prezent! Tia ostrożnie zdjęła klamry kurierskiej skrzynki, by ujrzeć pod spodem kolorowe opakowanie. W środku znajdowało się coś o nieregularnych kształtach... ...Nie wytrzymała dłużej i dopadła do prezentu jak każde zwyczajne dziecko. - Och! - wykrzyknęła, gdy dotarła do ukrytej zabawki. Schwyciła ją bez słowa i uniosła do góry, przyglądając się jej w jasnym świetle kopuły. - Podoba ci się? - spytała niespokojnie Moira. - To znaczy, wiem, że o to prosiłaś, ale rośniesz tak szybko; bałam się, że dostaniesz go za późno. - Kocham go! - wykrzyknęła Tia, ściskając mocno jasnoniebieskiego misia i tuląc policzek do jego miękkiego futerka. - Och, Moiro, ja go po prostu kocham! - Cóż, niełatwo było go zdobyć; pozwól, że ci o tym opowiemy. - I Moira zaczęła opowiadać z ożywieniem, a szeroki uśmiech na twarzy Tomasa stał się jeszcze szerszy. - Wy, delikatnicy, jesteście w ciągłym ruchu; musiałam znaleźć misia, który odpowiadałby określonym wymaganiom; takiego, który wytrzymałby wszelkie próby. Musisz wiedzieć, że w ogóle niełatwo jest znaleźć pluszowego misia w tej części kosmosu. Chyba po prostu wyszły z mody. Nie przeszkadza ci to, że jest niebieski? - Lubię niebieski kolor - rzekła uszczęśliwiona Tia. - A czy może być taki puszysty? To był pomysł Tomasa. - Dziękuję ci - zwróciła się do mięśniowca. - Jest cudowny w dotyku. - Miałem kudłatego psa, kiedy byłem w twoim wieku - wyjaśnił. - Gdy Moira powiedziała, że chcesz misia podobnego do tego, jakim ona się bawiła, zanim została człowiekiem z kapsuły, pomyślałem sobie, że ten oto kolega będzie lepszy niż jakikolwiek inny miś. Pochylił się nad nią poufale i przez chwilę Tia bała się, iż zaczyna traktować ją protekcjonalnie tylko dlatego, że tak entuzjastycznie zareagowała na zabawkę. - Muszę ci się do czegoś przyznać, Tia. Przekopywanie tych wszystkich sklepów z zabawkami sprawiło mi naprawdę wielką przyjemność - wyszeptał. - Mnóstwo tych rzeczy nigdy nie dotrze do dzieci. Znalazłem na przykład logiczne łamigłówki, o jakich ci się nie śniło, zestaw do robienia magicznych sztuczek, któremu nie mogłem się oprzeć, i obawiam się, że wydałem zbyt dużo pieniędzy na modele statków kosmicznych. Roześmiała się.

- Nikomu o tym nie powiem, jeśli ty nie powiesz - odpowiedziała, zniżając głos do konspiracyjnego szeptu. - Pota i Braddon są w łączniku - przerwał Sokrates. - Czy mam zarządzić, żeby kuchnia przygotowała lunch? - Zatem właściwie dlaczego się tu znaleźliście? - zapytał Tomas, kiedy mieli już za sobą wymianę grzecznościowych zwrotów i rozmowa nieuchronnie poczęła zmierzać ku kwestii pracy Braddona i Poty. Wskazał ruchem ręki na krajobraz rozpościerający się za oknem widokowym. Wokół pięły się w niebo góry o wiele, wiele wyższe niż na planecie Terra, czy też na jakiejkolwiek innej znanej mu planecie. Ta niewielka kula skał, pokryta cienką warstwą pyłu, była bardzo podobna do owych dzikich części Marsa, z czasów gdy jeszcze nie został uformowany na podobieństwo Terry. Niebo nad tą planetą było tak ciemne w środku dnia, że obok słońca doskonale było widać wszystkie gwiazdy. - Nie sądzę, by było tu coś ciekawego dla archeologa. Przecież nie ma tu powietrza w atmosferze, a sama sceneria, choć fascynująca, nie jest chyba warta spędzenia tutaj wielu miesięcy. Braddon zaśmiał się, a jego wydatne usta rozszerzyły się, ukazując mocne zęby. Także Tia skryła uśmiechniętą twarz. Świadomie czy też nie, Tomas pobudził jej ojca do udzielenia wyczerpujących objaśnień. Całe szczęście, że Braddon miał dar ciekawego opowiadania. Zawsze był wykładowcą bardzo chętnie zapraszanym na rozmaite sesje naukowe, oczywiście jeżeli dysponował czasem. - Nikt nie spodziewa się znaleźć czegokolwiek na planetach takich jak ta, Tomas - odpowiedział Braddon, opierając się wygodnie na rozrzuconych na sofie poduszkach. - Dlatego właśnie te wykopaliska są tak intrygujące. James Salomon i Tory Kildaire odkryli pierwsze budowle na czwartym księżycu Bety - Orionie Trzy; a tam z pewnością nie było normalnych warunków. Praktycznie każdego ważnego odkrycia dokonywano na całkowicie lub prawie całkowicie pozbawionych powietrza planetach. Pota i ja pracowaliśmy na ponad dwunastu stanowiskach archeologicznych, wykonując badania pierwszej klasy; wszystkie były podobne do tego. Tomas znów spojrzał przez okno widokowe. - Z tego wynika, że byli oni... - ...kosmicznymi wędrowcami, tak? - dokończyła Pota, potrząsając głową, aż zawirowały jej szarobrązowe włosy. - Myślę, że co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Mimo iż nie znaleźliśmy śladu czegokolwiek, co mogło im służyć do przenoszenia się z kolonii do kolonii - ale to nie jest bynajmniej najistotniejsza kwestia.

Braddon skinął głową. - Prawdziwą zagadką jest to, dlaczego nigdy nie zakładali stałych osad. Nigdy też nie pozostawali w jednym miejscu dłużej niż kilka dekad. Nikt nie wie, dlaczego przybyli akurat tutaj i dlaczego stąd odlecieli. Tomas roześmiał się. - Coś mi się wydaje, że zmieniali planety tak często, jak wy dwoje - powiedział. - Być może robili po prostu to samo co wy - odkrywali dawne cywilizacje i podążali ich śladem wśród gwiazd. Braddon wykrzyknął z udawanym przerażeniem. - Proszę! Nawet nie myśl w ten sposób! Pota tylko się roześmiała. - Gdyby tak było, znaleźlibyśmy ślady ich działalności - stwierdziła, uderzając jednocześnie Braddona w kolano z figlarną przestrogą. - Reasumując: mimo tak niekorzystnych warunków umieli doskonale przechowywać różnorakie przedmioty. Gdyby EsKaysi byli archeologami, z pewnością znaleźlibyśmy podstawowe narzędzia ich pracy. Ciągle zużywamy szczotki i łopaty, które po prostu zostawiamy na bezużytecznych stanowiskach. Oni robiliby prawdopodobnie to samo. - A co z odpadami? - podjęła Tia. - Przecież bez przerwy wyrzucacie nieudane odlewy znalezisk, mamo. Gdyby byli archeologami, musielibyśmy odnaleźć stosy odpadów. - Rzeczywiście, Tia ma rację - przyznał Braddon. - Oto i masz, Tomasie, niezbity dowód. - Przekonaliście mnie - odrzekł dobrodusznie Tomas. - I gdyby ta teoria była prawdziwa, czyż nie powinno tu być śladów wcześniejszych cywilizacji? - wtrąciła Moira. - A wy nigdy nie znaleźliście niczego, co byłoby wytworem innej rasy niż EsKaysów. - W tym właśnie rzecz - potwierdziła Pota i uśmiechnęła się. - Sam widzisz, Tomasie, jak łatwo można obalić archeologiczne teorie. - Powinienem więc być wdzięczny za to, że jestem partnerem Moiry - powiedział Tomas. - I zostawić wszelkie teoretyzowanie lepszym ode mnie. Po chwili rozmowa zeszła na sprawy Instytutu oraz związanych z nim nowinek zawodowych i towarzyskich. Tia znowu zerknęła na zegar; było już dawno po czasie, kiedy jej rodzice powinni wrócić na teren wykopalisk - musieli więc zdecydować, że resztę dnia spędzą w domu. Tematy, które poruszano, nie bardzo ją interesowały, zwłaszcza gdy w rozmowie zaczęła dominować polityka, i to zarówno Instytutu, jak i rządu Organizacji Światów Centralnych. Zabrała misia, uprzejmie wszystkich przeprosiła i poszła z powrotem do swojego pokoju. Od kiedy dostała od Tomasa zabawkę, nie miała jeszcze okazji, żeby się nią nacieszyć. Ostatnio Moira opowiedziała Tii, skąd się biorą ludzie z kapsuł. Sama, w przeciwieństwie do większości, została w

niej umieszczona, gdy miała prawie cztery lata. Aż do tego czasu istniała bowiem nadzieja, że jej postępująca, wrodzona wada rozwojowa cofnie się. Wadą tą było przedwczesne starzenie się. Choroba spowodowała, że w wieku trzech lat Moira miała ciało sześćdziesięcioletniej kobiety. Niestety, nie było na to lekarstwa, dlatego zanim jeszcze skończyła czwarty rok życia, jej rodzina zadecydowała umieścić jaw kapsule. Od tej pory nic złego nie mogło się przytrafić jej nieprzeciętnemu mózgowi. Wkrótce dorównała intelektualnie wielu starszym szkolnym kolegom, a nawet przerosła tych, którzy przebywali w kapsułach od samych narodzin. Jedną z jej ulubionych zabawek w tamtym czasie był szmaciany miś. Moira lubiła wymyślać przygody Iwana Groźnego, który przemierzał w trojce śnieżne stepy Nowej Gagarinady. Tia uwielbiała te opowieści. To one właśnie, jak i książka Kubuś Puchatek, którą otrzymała od Moiry, wzbudziły tęsknotę Tii do nierzeczywistego świata. Marzenia znalazły odbicie w baśniach i w Puchatku - dlatego właśnie pragnęła mieć takiego misia, jakiego miała Moira. Chciała mieć prostą zabawkę, która nie umiała mówić, nauczać lub chodzić, nie posiadała elektronicznej inteligencji; coś, co istniało tylko po to, by to nosić i przytulać; coś, w co można było się wsłuchać, gdy nie chciało się słyszeć niczego innego... Moira obiecała. Moira nie zapomniała. Tia zamknęła drzwi od swojego pokoju i wezwała AI - Sokratesie, czy mógłbyś połączyć mnie z Moira? - spytała. Wiedziała, że Moira doskonale sobie poradzi z prowadzeniem konwersacji w innym pokoju i jednoczesną rozmową z nią tutaj. - Tia, czy rzeczywiście podoba ci się prezent? - zapytała Moira z niepokojem, gdy tylko połączenie zostało zrealizowane. - On jest wspaniały - odparła dziewczynka bez namysłu. - Mam nawet imię dla niego: Teodor Edward Miś. - Czyli Ted E. Miś w skrócie? - zaśmiała się Moira. - Jest świetne, doskonale do niego pasuje. On ma taki poważny wyraz twarzy. Ktoś mógłby pomyśleć, że był kiedyś kierownikiem jakiegoś konsorcjum. Wygląda jak miś, który ma wielkie plany w głowie. Tia obejrzała uważnie Teda. Moira miała rację; był małym, statecznym misiem; wyglądał tak, jakby wsłuchiwał się w każde wypowiedziane tutaj słowo. Jasnoniebieski kolor futerka, a nawet śmieszna, czerwona koszulka z nie - biesko - żółtym znaczkiem fluorescencyjnym, przedstawiającym błyskawicę przecinającą okrąg, nie zakłócały w żaden sposób powagi, jaka malowała się na jego twarzy. - Czy jeszcze o czymś powinnam wiedzieć, Moiro? - zapytała, tuląc swojego nowego przyjaciela.

- Wyniki ostatniego zestawu twoich testów wydają się zadowalać wszystkich psychoanalityków. Jesteś doskonale zrównoważoną i samodzielną dziewczynką - odpowiedziała Moira, dobrze wiedząc, co Tia miała na myśli. - , Tak więc nie będzie już mowy o tym, by namawiać twoich rodziców, żeby wysłali cię do szkoły z internatem. Tia odetchnęła z ulgą; było to jej największe zmartwienie, od czasu gdy Moira odwiedziła ją ostatnim razem. Statek odleciał z wynikami wielu testów i psychoanaliz, których przeprowadzenie zabrało aż dwa dni. - Muszę ci się jeszcze do czegoś przyznać - tajemniczo dodała Moira. - Powiedziałam lekarzom, o jaki prezent urodzinowy mnie poprosiłaś. - I co oni na to? - zapytała zaniepokojona Tia. Czy pomyśleli, że jest słabo rozwinięta lub - jeszcze gorzej - iż jest to oznaka jakiejś nerwicy? - Och, mówię ci Tio, to było bardzo zabawne. Rozmawiali ze mną przy włączonym comie, tak jakbym była jakimś AI, który rozumie tylko to, co się mówi wprost do niego. Dzięki temu słyszałam każde wypowiedziane przez nich słowo. Na początku milczeli, aż wreszcie jeden z nich przemówił: “Dobry Boże, to dziecko jest normalne". Tak jakby się spodziewał, że będą mieli do czynienia z małym potworem - zaśmiała się Moira. - Przypuszczam nawet, kto był owym zaskoczonym lekarzem - powiedziała Tia. - Doktor Phelps - Pittman, czyż nie? - Trafiłaś w samą dziesiątkę! Co za dziewczyna! - rzekła Moira, wciąż nie mogąc powstrzymać śmiechu. - Nie sądzę, by już wybaczył ci to, że rozgromiłaś go w Bitwę Szachów. A właściwie, jak ci się to udało? - Zbyt często poruszał królową - stwierdziła od niechcenia Tia. - Myślę, że on uwielbia obserwować jej kołyszące się podczas chodzenia biodra. Freud miałby więcej do powiedzenia na ten temat. Jej wywodom towarzyszył nieustający śmiech Moiry, który doprowadził ją do utraty tchu. - No, nie - powiedziała, gdy odzyskała mowę. - Ty mała terrorystko. Ktoś mógłby cię posądzić o to, że masz tyle opanowania, co człowiek z kapsuły! Tia przyjęła to jako komplement, nic więcej. - Przyrzekam, że nie powiem mu o twoich słabych punktach. - Głos ze statku zabrzmiał tym razem trochę uszczypliwie. - O jakich słabych punktach? - Tia była zdziwiona, gdyż nie przypuszczała, że ma jakikolwiek słaby punkt. - Nie znosisz poświęcać pionków. Myślę, że jest ci żal tych młodych chłopców.

Tia zastanowiła się nad tym przez chwilę w milczeniu, by niezbyt chętnie przyznać Moirze rację. - Muszę się z tobą zgodzić - powiedziała. - To, że wszyscy mogą ich pobić, nie wydaje się w porządku. - Jednak nie masz takich problemów, gdy grasz na zwykłej planszy - zauważyła zdawkowo Moira. - To dlatego, że na zwykłej szachownicy są tylko małymi figurkami, symbolami - wyjaśniła Tia. - W Bitwie Szachów natomiast są gwardzistami, do tego bardzo ładnymi, wdzięcznymi - zaśmiała się. - Uwielbiam patrzeć, jak pionek atakuje skoczka i uderza go swoją piką prosto w... - I dlatego właśnie stary Phelps - Pittman się ciebie boi - powiedziała ostro Moira, gdyż przypuszczała, że Tia spróbuje temu zaprzeczyć. - Myśli, że możesz zrobić z nim to samo. - Cóż, przynajmniej nie będę musiała oglądać jego starczo skwaszonej miny przez następne półtora roku - rzekła wymijająco. - Może przez ten czas poćwiczę, jak ma zachowywać się normalna dziewczynka. - Możesz spróbować - odparła Moira - ale nie sądzę, by to coś dało. Co powiesz jednak teraz na partyjkę Bitwy Szachów? Miś Ted może sędziować. - Świetnie - zgodziła się. - Możesz skorzystać z pomocy komputera. Dam ci nawet przewagę jednego piona. - Chwileczkę! Chyba nie zrobiłaś aż takich postępów od mojego ostatniego pobytu na Salomon - Kildaire? - Po stronie Tii nastała cisza, więc statek powtórzył pytanie. - Czyżby jednak? Tia wzruszyła ramionami. - Sprawdź mój rekord w grze z Sokratesem - zaproponowała. Znów nastała cisza, tym razem to Moira milczała. - A niech to - odezwała się nagle z udawanym niezadowoleniem. - Irytujesz mnie. Powinnam zażądać dwóch pionów. - Nie ma mowy - odparła Tia, polecając AI umieszczenie gry z polem Bitwy Szachów naprzeciwko niej. - Zatem masz przewagę nad dzieckiem. - Mam przewagę nad dzieckiem? Ha! - powiedziała ironicznie Moira. - Ty nie jesteś dzieckiem. Zaczynam przyznawać rację Phelpsowi - Pittmanowi. Jesteś osiemdziesięciolatka wciśniętą w kostium małej dziewczynki. - Och, no dobrze - uległa Tia. - Nie dam ci drugiego piona, ale pozwolę ci zacząć białymi. - W porządku! - Moira szybko zapamiętała początkową sytuację na planszy. - No dobrze, nadnaturalne dziecko, zaczynajmy!

Moira i Tomas nie mogli zostać długo; po kolacji statek odleciał i lądowisko znów było puste, a rodzina Cade'ów wróciła do swych zwykłych zajęć. Pota i Braddon spędzili wieczór na sprawdzaniu poczty, którą dostarczyła im Moira. Były to informacje od przyjaciół z innych eksploratoriów, plik naukowych pism z rozmaitych dziedzin oraz zalecenia z Instytutu. Ponieważ Tia już wiedziała, że żadne z nich nie dotyczyło jej bezpośrednio, mogła swobodnie oglądać jeden z holosów, które przywiozła jej Moira. Wszystkie były oczywiście sprawdzone przez wykładowców z Instytutu, którzy nadzorowali wychowanie każdego dziecka mieszkającego z rodzicami. Ale nawet oni nie mieli nic przeciwko historycznym hologramom, pod warunkiem, że były właściwe pod względem dydaktycznym. Fakt, że większość z nich była przeznaczona dla dorosłych, bynajmniej ich nie martwił. Gdyby jednak psychoanalitycy dowiedzieli się, jakie rzeczy ogląda Tia, z pewnością popadliby w ciężką histerię. Moira miała niezwykłą zdolność do wybierania holosów opartych na dobrych scenariuszach i takich, w których grali dobrzy aktorzy. Nie mógł się tym, niestety, poszczycić Czasoprzestrzenny Departament Edukacji, który także przysyłał Tii zestawy hologramów. Czteroczęściowy holos o Aleksandrze Wielkim wydawał się Tii szczególnie interesujący, mimo że ukazywał wczesne lata jego życia, zanim jeszcze stał się wielkim wodzem. Dziewczynka czuła więź z każdym, kto napiętnowany był “nieprzeciętnym" dzieciństwem. Chociaż dobrze wiedziała, iż dzieciństwo Aleksandra Wielkiego dalekie było od szczęścia, koniecznie chciała mu się przyjrzeć. Podczas oglądania holosu cały czas trzymała przy sobie Teda, by szeptać mu do uszka gorące komentarze, by było jej raźniej. Gdy skończyła się pierwsza część, mimo że była nią zafascynowana, posłusznie kazała Sokratesowi wszystko wyłączyć i udała się do głównego pomieszczenia, żeby powiedzieć “dobranoc" rodzicom. Termin kolejnego przybycia kuriera nie był jej jeszcze znany i dlatego chciała przeżywać wszystkie nowości możliwie jak najdłużej. To one przecież sprawiały jej największą przyjemność. Rodzice tak bardzo pochłonięci byli lekturą, że musiała potrząsnąć ich za ramiona, by zdali sobie sprawę z jej obecności. Gdy jednak oderwali wzrok od dokumentów, czule się z nią pożegnali. Nie mieli pretensji o to, że im przerwała. - Mam naprawdę wspaniałych rodziców - powiedziała Tedowi przed zaśnięciem. - Naprawdę wspaniałych. Nie tak jak Aleksander...

Następny dzień stał pod znakiem zwykłych czynności. Obudził ją Sokrates, po czym umyła się i ubrała, pozostawiając Teda na starannie pościelonym łóżku. Kiedy weszła do głównego pomieszczenia, zastała tam Potę i Braddona, siedzących nad filiżankami kawy. - Dzień dobry, kochanie - powitała ją Pota, gdy Tia niosła z kuchni swoje mleko i pieczywo. - Czy podobał ci się holos o Aleksandrze? - Cóż..., to było interesujące - powiedziała szczerze Tia. - Podobali mi się aktorzy i sama fabuła. Kostiumy i konie były naprawdę niesamowite! Jednakże jego rodzice byli swoistymi... dziwakami, nie uważacie? Braddon łypnął na nią okiem i krzywo się uśmiechnął. - Jak na nasze realia byli rzeczywiście parą wariatów - odpowiedział. - Ale przecież nikt wtedy nie odważyłby się myśleć kategoriami naszych czasów. - Nie było też żadnego Departamentu Zdrowia Psychicznego, który mógłby ich ubezwłasnowolnić - dodała Pota z łobuzerskim uśmiechem, kontrastującym z jej szczupłą, delikatną twarzą. - Nie wolno ci zapominać, ty mały, dociekliwy kurczaczku, że nie oni mieli największy wpływ na Aleksandra. Pozostawał pod opieką nianiek i swego nauczyciela Arystotelesa, będącego najważniejszą osobą w jego otoczeniu. Myślę, że pomimo takiego dziedzictwa jego osobowość rozwinęła się bez ich udziału. Tia skinęła głową ze zrozumieniem. - Czy będę mogła dziś wam pomóc w pracy? - zapytała z ożywieniem. To, że jej rodzice specjalizowali się w poszukiwaniach śladów EsKaysów, było dla niej jedną z najmilszych okoliczności. Brak atmosfery dawał bowiem pewność, że nie ma tu żadnych obcych form życia, których można by się obawiać. Już w wieku pięciu lat dostała swój antyciśnieniowy kombinezon i Cade'owie nie widzieli powodów, dla których nie mieliby jej zabierać na stanowiska poszukiwawcze. Pozwalali jej także wędrować po okolicy w granicach, które sama sobie wyznaczyła. Braddon nazywał te granice “największą piaskownicą we wszechświecie". Dopóki pozostawała w zasięgu ich wzroku i słuchu, nie mieli nic przeciwko temu, by znajdowała się na zewnątrz kopuły. - Nie dzisiaj, najdroższa - powiedziała Pota przepraszająco. - Właśnie znaleźliśmy dawne wyroby ze szkła i zamierzamy je zarejestrować na holosie. Gdy tylko skończymy, będziemy robić odlewy. Potem możesz przyjść i trochę nam pomóc. W rzadkiej atmosferze i chłodzie niełatwo było zrobić odlew; to był jeden z powodów, dla których Pota często musiała powtarzać swoją pracę. Nie można było ruszyć żadnego przedmiotu przed wykonaniem dobrego odlewu; podobnie jak przed nakręceniem odpowiedniego holosu rejestrującego eksponat we wszystkich możliwych ujęciach. Zbyt często znaleziska rozsypywały się

w proch podczas ich wydobywania, i to pomimo ostrożności, z jaką je wyciągano z podłoża skalnego. Wiedziała, że na to nie ma rady. Nakręcanie holosów i wykonywanie odlewów oznaczało zakaz zbliżania się do stanowiska. Wibracje, jakie wywoływałaby chodząc, mogłyby spowodować wiele szkód. - Rozumiem - zgodziła się. - Czy mogę jednak wyjść na zewnątrz? Nie będę odchodziła daleko od łącznika. - Dobrze, tylko trzymaj się blisko kopuły i nie rozstawaj się ze swoim czujnikiem - powiedziała Pota; po chwili uśmiechnęła się i dodała: - A jak przebiegają twoje prace wykopaliskowe? - Tak naprawdę, czy dla zabawy? - spytała. - Oczywiście, że dla zabawy - odrzekł Braddon. - Zabawa zawsze sprawia więcej przyjemności niż poważna praca. To jedna z przyczyn, dla których zostaliśmy archeologami. Miesiącami możemy doskonale się bawić, zanim zostaniemy zmuszeni do pisania poważnych prac naukowych. Mrugnął do niej konspiracyjnie i Tia roześmiała się. - Có...óż - powiedziała z rysującym się na twarzy udanym frasunkiem. - Znalazłam szczątki osady z ery kamienia łupanego, której mieszkańcy byli wykorzystywani przez EsKaysów do pracy w miejscu waszych wykopalisk. - Naprawdę?! - wykrzyknęła zaskoczona Pota, a Braddon dodał poważnie: - To tłumaczy, dlaczego nie natknęliśmy się na żadne ślady ich działalności. Z pewnością używali niewolników do wszelkich manualnych czynności! - Tak. Poza tym ci prymitywni ludzie traktowali EsKaysów jak bogów przybyłych z niebios - kontynuowała Tia. - Dlatego nigdy się nie buntowali; traktowali swoją niewolniczą pracę jako rodzaj ofiary składanej bogom. Kiedy wracali do swojej wioski, próbowali wykuć z krzemienia narzędzia podobne do tych, jakich używali EsKaysi. Prawdopodobnie umieli także wykonywać wyroby garncarskie, ale nie udało mi się jeszcze znaleźć niczego poza paroma skorupami. - Cóż, gliniane garnki są bardzo wrażliwe na warunki tak ekstremalne, jak tutejsze - zgodziła się z nią Pota. - Duże różnice temperatur powodują ich szybkie rozpadanie się. A co znalazłaś do tej pory? - Kamienny młotek, pięściak, krzemienną lampę i jeszcze parę rzeczy - odparła z powagą. - Nie natknęłam się natomiast na żadne groty strzał, czy też pozostałości po włóczniach. To dlatego, że w okolicy nie było nic do upolowania, a mieszkańcy wioski byli wegetarianami. Żywili się tylko rosnącymi wszędzie porostami.

- Okropne - powiedział zdegustowany Braddon. - To musiało być gorsze od jedzenia w kantynie Instytutu. Nic dziwnego, że wyginęli; taki monotonny pokarm z pewnością zanudził ich na śmierć! Pota wstała i pozbierała naczynia, ustawiając je w zmywarce. - Baw się dobrze podczas swoich lekcji, maleńka. Zobaczymy się w czasie lunchu. Tia uśmiechnęła się, pożegnała się z nimi, zanim włożyli kombinezony - i poszła do sali lekcyjnej. Tego popołudnia, już po lekcjach, zdjęła swój kombinezon z wieszaka stojącego tuż przy wewnętrznych drzwiach łącznika. Jej antyciśnieniowy kombinezon różnił się trochę od strojów rodziców. Na kostkach, kolanach, łokciach i nadgarstkach miał swego rodzaju fałdy, które pozwalały na zwiększanie jego rozmiaru, gdy dziecko rosło. Tia dostała go tuż przed przylotem na to stanowisko, gdy wyrosła ze starego stroju do spacerów w przestrzeni kosmicznej. Nie ukrywała, że nowy kombinezon o wiele bardziej jej się podobał. Zwłaszcza że tamten uszyty był w myśl głupiej zasady, iż dziecięce skafandry powinny być ozdobione śmiesznymi wizerunkami polnych kwiatków. Czuła się w nim jak mały klown i starała się nie pokazywać w nim nikomu, poza, oczywiście, rodzicami. Stary kombinezon pochodził od dziecka, którego rodzice pracowali w wykopaliskach trzeciej klasy. Tą drogą zresztą rodzina Cade'ów zaopatrywała się w większość rzeczy, gdyż ich wykopaliska były zazwyczaj spychane na sam koniec listy niezbędnych wydatków. Gdy jednak zbliżały się jej urodziny, Tia postanowiła poprosić pracodawców rodziców o nowy kombinezon. Kiedy do tego wyszło na jaw, że naśladuje mamę i tatę, robiąc własne wykopaliska, rozbawiła do tego stopnia decydentów z Instytutu, że przysłali jej zupełnie nowy antyciśnieniowy kombinezon. Mógł być noszony przez Tię jeszcze przez co najmniej trzy albo i cztery lata. Poza tym różnił się od kombinezonów dorosłych tylko tym, że posiadał zainstalowane w hełmie dodatkowe światła, a jego łączność z comem nie mogła być przerwana. Umożliwiało to natychmiastowe określenie miejsca pobytu Tii. Do tego na rękawach i nogawkach błyszczały fluorescencyjne szlaczki. Całość nie wyglądała tak źle i Tia nie czuła się już w nim niezręcznie. Ponadto wyposażony był w filtry powietrza lepszej klasy i nie było w nim czuć stęchlizną, jak w starym skafandrze. Strój w kwiatki powędrował z powrotem do Instytutu, by unieszczęśliwić kolejne dziecko. Żeby wyjść na zewnątrz, musiała podporządkować się jeszcze jednemu nakazowi. W łączniku czekał na nią specjalny pojazd podobny do tych, którymi bawiły się dzieci, jednak podobieństwo było tylko zewnętrzne. Miał on własny napęd gąsienicowy, dodatkowe pojemniki tlenowe oraz osobisty sprzęt ratunkowy. Gdyby coś się stało z jej kombinezonem, doskonale

wiedziała, co ma robić. Po pierwsze - wziąć głęboki oddech i odrzucić hełm. Po drugie - założyć maskę i upewnić się, czy jej zabezpieczenia szczelnie przylegają do twarzy. Po trzecie - włączyć dopływ powietrza i po czwarte - podłączyć się do APU, czyli do systemu utrzymywania stałej temperatury ciała. Następnie należało powoli i ostrożnie iść w stronę łącznika, holując za sobą pojazd. Takie zachowanie gwarantowało pełne bezpieczeństwo, a jedyną pamiątką po niefortunnej przygodzie mogło być lekkie przemarznięcie. Do tej pory nic takiego się nie przytrafiło. Nikt nie mógł jednak zapewnić, że się nie przytrafi, a Tia nie zamierzała stać się bohaterką tragicznej historii zamieszczanej w ho - logazetach. Takie sensacje mogły być fascynujące, kiedy działy się gdzieś daleko, w jakimś odległym świecie, ale nie były niczym przyjemnym w realnym życiu. Dlatego właśnie, mimo związanej z tym niewygody, nigdy nie zapominała o pojeździe. Wreszcie, wzbijając tumany kurzu przy każdym kroku, wyszła na nierówną powierzchnię planety. Krajobraz był tutaj niezwykle poszarpany, ale przy tym wyrazisty. Wokół niej rozciągała się żółto - czerwona pustynia, otoczona purpurowymi górami, nad którymi zwisało prawie czarne niebo. Sigma Marinara, słońce tego układu, znajdowało się nad głową Tii. Cienie otaczających ją przedmiotów były maleńkimi punktami. Dziewczynka nie była w swoim “wykopalisku" od kilku tygodni, to jest od czasu, kiedy rodzice zabronili jej wychodzenia na zewnątrz. Zaczęła się tam bawić zaraz po przybyciu na tę planetę, gdy Cade'owie dokonali dostatecznej liczby odkryć, by udowodnić, że maj ą do czynienia z pozostałościami po EsKaysach. Od tamtej pory przetoczyło się tu kilka burz piaskowych i Tia obawiała się, że jej stanowisko zostało zasypane. Nie miała bowiem zainstalowanych żadnych przeciwburzowych zabezpieczeń, jak to było w przypadku prawdziwych wykopalisk. Kiedy jednak dotarła na miejsce, ze zdziwieniem stwierdziła, że wichury jeszcze bardziej odkryły jej wykop. Teren był oczyszczony z piasku i kurzu. Na krańcu wykopu wystawało z ziemi kilka zlepionych ze sobą skalnych brył. Wspaniale! Zapowiadała się dobra zabawa. Będzie mogła ostrożnie wydobywać je z piasku, oczyszczać z wiekowych naleciałości i odgadywać, co też ludzie pierwotni chcieli w ten sposób naśladować... Zdjęła z pojazdu narzędzia, które dostała od rodziców: niepotrzebną już łopatę, startą szczotkę, zużyte sondy - i zabrała się do pracy. Kilka godzin później przykucnęła tuż przy wykopalisku i zaczęła przyglądać się pierwszej z wydobytych próbek. Nie był to z pewnością odłamek krzemienia. Wyglądało to raczej na materię

złożoną z wielu dziwnych pasków, jakby ktoś ułożył warstwę na warstwie. Nigdy przedtem nie widziała takiej skały. Nie przypominała też żadnej ze skał, które znajdowały się w okolicy. Zagryzła wargę i w skupieniu oglądała znalezisko, próbując domyślić się, co to mogło być. Z pewnością nie była to skała osadowa. Tak naprawdę to wcale nie wyglądało na skałę... A jeżeli to nie było skałą ? Zmrużyła oczy i nagle domyśliła się, co jej to przypominało: warstwy cienkiego materiału lub papieru, złożone jedna na drugą i potem porzucone. Niesamowite! Czyżbym... Niezwykle delikatnie wydobyła drugi kawałek skały i oczyściła go z warstwy skamieniałego piasku. Tym razem nie miała już żadnych wątpliwości, że to, co znalazła, było wytworem istot inteligentnych. Pod skorupą stopionej materii i warstwami kurzu można było dostrzec fragment jasnej porcelany. Wyraźne też były na niej ślady pęknięć. Z pewnością dlatego została wyrzucona. A niech to! Znalazłam śmietnisko! Wyglądało to co najmniej na niewielką stertę niepotrzebnych rzeczy. I tym chyba było, bo niczego więcej poza dwoma bryłami nie zauważyła. Jednakże wszystko, co Es - Kaysi pozostawili po sobie, było ważne. Wiedziała, że teraz musi przestać kopać, oznaczyć stanowisko na wypadek, gdyby rozpętała się burza piaskowa - i zabrać ze sobą jakiś dowód odkrycia. Wiedziała, że dopiero rodzice mogli dokładnie określić znaczenie jej znaleziska. Niestety nie miała przy sobie holokamery ani niczego, czym mogłaby je utrwalić. W końcu dała za wygraną i postanowiła zabrać ze sobą do kopuły obie skamieliny. Bryła złożona ze skrawków materiału mogła nie przetrzymać zetknięcia z powietrzem, ale porcelanie z pewnością nic nie groziło. Była ona, w przeciwieństwie do szkła, bardzo odporna na zmiany temperatury i nie zamieniała się w pył w wyniku kontaktu z powietrzem. Tia wróciła do kopuły i przez chwilę szukała czegoś w jej wnętrzu. Po minucie pojawiła się, niosąc plastikowy pojemnik na żywność, do którego zamierzała zapakować znaleziska, plastikową rurę i ogon bezużytecznego latawca. Był to jeden z tych głupich prezentów, jakie otrzymywała od współpracowników swego ojca. Ktoś, kto jej go dał, nie pomyślał, że na planetach podobnych do Marsa nie ma wielu możliwości puszczania latawców... Kiedy tylko oznaczyła stanowisko, jak mogła najlepiej, wróciła wraz ze skamielinami do kopuły i niecierpliwie czekała na pojawienie się rodziców. Miała nadzieję, że pojemnik będzie na tyle szczelny, by nie dopuścić powietrza znajdującego się w pomieszczeniach kopuły do znalezisk. Gdy ciśnienie zaczęło się wyrównywać, zdała sobie sprawę, że jej nadzieje były płonne. Zanim zdążyła zdjąć hełm, usłyszała, jak pojemnik zaczął

zasysać powietrze. Gdy przyjrzała mu się pod światło, zobaczyła, że jedna z brył właśnie się rozpada. Szybko zerwała wieko, by zerknąć do środka i kichnęła, wdychając tumany kurzu. Wiedziała, że niewiele zostanie z tej bryły do przyjścia rodziców. Rozpadnie się, pomyślała z goryczą. To niesprawiedliwe! Ostrożnie postawiła pudełko na podłodze. Wiedziała, że jeżeli nie będzie nim zbyt trzęsła, to może do powrotu mamy i taty zostanie dostatecznie dużo materiału, by określili, co to mogło być. Zdjęła kombinezon i usiadła czekając. Próbowała czytać książkę, ale nie zdołała się skupić. Pota i Braddon będą na pewno bardzo zaskoczeni, nie mówiąc o psychoanalitykach z Instytutu. Nie będą mieli już argumentu, by nie dopuszczać jej do stanowisk drugiej klasy. Dzisiejsze zdarzenie z pewnością jest dowodem na to, że doskonale wie, co należy zrobić, gdy przypadkowo natrafi na znalezisko. Cyfry zegara przesuwały się nieubłaganie wolno. Niebo za oknem widokowym nie mogło stać się ciemniejsze, ale cienie znacznie się wydłużyły, a światło gwiazdy było przyćmione. Niedługo, już niedługo... W końcu usłyszała, jak wchodzą do łącznika i serce zabiło jej mocniej. Nagle nie była już tak pewna, czy zrobiła wszystko poprawnie. A jeżeli będą się gniewać, że naruszyła dwie pierwsze bryły? Jeżeli błędem było przynoszenie ich tutaj? Wątpliwości kłębiły się w jej głowie, gdy czekała, aż usłyszy dźwięk otwieranego zamka łącznika. W końcu drzwi wewnętrzne zasyczały i pojawili się w nich Pota z Braddonem. Żywo dyskutowali na jakiś temat, zdejmując jednocześnie hełmy. Ich rozmowa musiała zacząć się jeszcze w wykopie, bo dotyczyła pracy. - ...ale ten teren jest zupełnie nieprzydatny do produkcji pożywienia... - ...tak, tak - odrzekła Pota niecierpliwie. - Lecz zauważ, jaka tam jest powierzchnia gruntu... - Mamo! - zawołała Tia, podbiegając do rodziców i szarpiąc matkę za ramię. - Ja coś znalazłam! - Witaj, słoneczko, to bardzo ładnie - odpowiedziała mechanicznie Pota, nie przerywając rozmowy z mężem. Wyraz jej twarzy wskazywał na to, że zupełnie nie dotarło do niej to, co mówiła Tia. Wzrok miała utkwiony w twarz Braddona, tak jakby poza nią nic nie istniało. - Mamo! - nalegała Tia. - Znalazłam pozostałości po EsKaysach! - Za chwilę kochanie - odrzekła Pota. - A co powiesz na... - MAMO! - krzyknęła Tia, wbrew wszelkim formom dobrego wychowania. Uczyniła to jednak świadomie, gdyż wiedziała, że w żaden inny sposób nie zwróci na siebie uwagi dyskutujących rodziców. Ich rozmowa mogła bowiem przeciągnąć się w nieskończoność.

- Znalazłam pozostałości po EsKaysach! Rodzice przerwali w pół słowa i spojrzeli na córkę. W pomieszczeniu nastała złowroga cisza. Tia przełknęła nerwowo ślinę. - Tia - odezwał się w końcu Braddon, a w jego głosie dało się wyczuć dezaprobatę. - Przerwałaś mamie i mnie bardzo ważną dyskusję. Nie mamy teraz czasu na zabawę. - Tato, tu nie chodzi o zabawę! - upierała się Tia, wskazując na plastikowy pojemnik. - Ja nie udaję! Odkryłam coś ważnego i jest tam tego więcej... Pota ze zdziwieniem spojrzała na męża. Braddon uniósł dość niedbale pudełko i Tia skrzywiła się, gdy jedna z brył jeszcze bardziej się rozsypała. - Tylko dlatego, że jesteś inteligentna i nigdy nie kłamałaś, przyjrzę się temu, co “niby" znalazłaś - odpowiedział Braddon, unosząc wieko pojemnika. - Ale wiesz bardzo dobrze o tym, że... Zajrzał do środka i zrobił taką minę, jakiej Tia nigdy jeszcze u niego nie widziała. - A nie mówiłam? - Tia nie mogła się powstrzymać przed wypowiedzeniem tych słów. - ...zatem zabrali olbrzymie reflektory i specjalistyczny sprzęt do wykopu - opowiadała Tedowi E. Misiowi, kiedy kładła się do snu. - Nie było ich przez cztery godziny. Tyle czasu musiałam czekać, żeby się dowiedzieć, co tak naprawdę znalazłam. Wreszcie okazało się, że odkryłam wysypisko śmieci! Bardzo duże wysypisko śmieci. Mama specjalnie dzwoniła do Instytutu, ponieważ jest to pierwsze takich rozmiarów odkrycie pozostałości po EsKaysach. Mocniej przytuliła Teda, wciąż czując przyjemny dreszcz, który przeszywał ją od stóp do głów. - Uczyniłaś wszystko, jak należy, zwłaszcza że dysponowałaś takim wyposażeniem - powiedziała do niej Pota. - Miałam studentów, którzy nie potrafiliby tego zrobić tak dobrze jak ty, najdroższa! Pamiętasz, co ci mówiłam, kiedy pytałaś mnie, dlaczego tak bardzo chciałabym znaleźć śmietnisko? - Mówiłaś, że ze starych śmieci możemy więcej się dowiedzieć o przeszłości niż z czegokolwiek innego. Więcej nawet niż z tekstów pisanych - wyrecytowała Tia. - Cóż - powiedziała Pota, siedząc w rogu łóżka i lekko trącając palcem nos Tii. - Mój mały, ciekawski kurczaczek podniósł klasę wykopaliska z pierwszej do trzeciej. I to w ciągu czterech godzin pracy! Czegoś takiego nie dokonałam nigdy w swojej karierze. - Czy to oznacza, że opuścimy to miejsce? - spytała lekko zirytowana. - Prawdopodobnie tak - rzekła Pota, nie kryjąc dziwnego uśmiechu. - Jednak stworzenie zespołu do prowadzenia wykopalisk trzeciej klasy zabierze trochę czasu, więc do tej pory zostaniemy tutaj. Zanim zespół nas zmieni, będziemy z twoim ojcem wykonywać komputerowe opracowanie