uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 725 001
  • Obserwuję752
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 010 126

Arthur C.Clarke - Cykl-Rama (6) Świetlani posłańcy

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :1.1 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

uzavrano
EBooki
A

Arthur C.Clarke - Cykl-Rama (6) Świetlani posłańcy.pdf

uzavrano EBooki A Arthur C.Clarke
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 80 osób, 59 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 275 stron)

GENTRY LEE Œwietlani Posłańcy 5 tom Ramy (Przełożył; Andrzej Syrzycki) PODZIĘKOWANIA Chciałbym podziękować wszystkim ludziom, którzy podczas pisania tej powieœci wspierali mnie i zachęcali, a w szczególnoœci mojej żonie Stacey i mojej redaktorce Jennifer Hershey, które cierpliwie wysłuchiwały mnie setki razy. Chciałbym również podziękować moim siedmiu synom: Cooperowi, Austinowi, Robertowi, Patrickowi, Michaelowi, Travisowi i Hunterowi - za wypełnienie mojego życia miłoœciš, radoœciš i pełniš szczęœcia, dzięki czemu było mi łatwiej skupić się i poœwięcić œwiatu, jaki stworzyła moja wyobraœnia. Dużš rolę w nadaniu ostatecznego kształtu tej powieœci odegrała Jennifer Hershey. Jej niezwykła wnikliwoœć niewštpliwie przyczyniła się do poprawy jakoœci tej ksišżki. Również jej niezachwiana wiara w sukces œwietlanych posłańców pomogła mi pokonać niejednš trudnš przeszkodę. Dziękuję również Janis Dworkis, entuzjastycznie nastawionej koleżance, której uwagi na temat planów tej ksišżki ceniłem sobie bardzo wysoko, a także Arlene Jacobs, z którš omawiałem niektóre zagadnienia medyczne zwišzane z przyjœciem na œwiat Marii. Na końcu chciałbym podziękować swojemu nauczycielowi i przyjacielowi Arthurowi C. Clarke'owi, którego hojnoœć umożliwiła mi rozpoczęcie kariery pisarskiej na doœć póŸnym etapie mojego życia. Wstęp Kiedy skończyłem czytać œwietlanych posłańców, poczułem się jak instruktor lotnictwa, który właœnie wysłał swojego ucznia na samodzielny lot w bezchmurne niebo i z otwartymi ustami patrzył, jak ten wykonuje zapierajšce dech akrobacje. Gratuluję Ci, Gentry: Naprawdę trudno mi

uwierzyć, że prawie dziesięć lat temu zaczęliœmy się zajmować tš kosmicznš przygodš. Czy naprawdę minęło dopiero osiem lat od czasu, kiedy mój nieżyjšcy już agent, Scott Meredith, nalegał, bym spotkał się z Gentrym Lee? Majšc wiele innych projektów na swojej liœcie, nie paliłem się do spotkania z jeszcze jednym potencjalnym współpracownikiem. Wówczas jednak Scott zaczšł wyliczać korzyœci: Gentry pracował w Jet Propulsion Laboratory i był głównym inżynierem projektu Galileo. Przedtem zaœ był kierownikiem wydziału analiz naukowych i planowania eksperymentów z marsjańskimi ładownikami typu Viking. Ponieważ tak bardzo zależało mu na uœwiadomieniu ludziom, co dzieje się w kosmosie, do spółki z Carlem Saganem utworzył telewizyjne przedsiębiorstwo produkcyjne; tak narodził się Cosmos. Takiego człowieka miałem poznać osobiœcie. Gentry znalazł się na pokładzie samolotu lecšcego do Sri Lanki, a reszta jest historiš. Owocami naszej współpracy były trzy kolejne po Spotkaniu z Ramš ksišżki: Rama II, Ogród Ramy oraz Tajemnica Ramy. W trakcie pisania ostatniego tomu, Tajemnicy Ramy, wydanego w 1994 roku, Gentry stworzył tyle tak fascynujšcych postaci i sytuacji, że stało się jasne, iż mamy w rękach cały nowy, domagajšcy się opisania wszechœwiat. Ja jednak nie miałem ani czasu, ani energii na to, by pomóc Gentry'emu. Tak wiec byłem wielce szczęœliwy, mogšc mu powiedzieć: "Jest twój". W rezultacie powstała niniejsza powieœć, którš, mogę zapewnić, w 99,999 procentach napisał Gentry (udało mi się wyłapać parę błędów). Œwietlani posłańcy sprawiš radoœć nawet tym, którzy nie zapoznali się z czteroksięgiem Ramy, chociaż przeczytanie wczeœniej napisanych tomów z pewnoœciš pozwoli lepiej zrozumieć treœć tej ksišżki. Jest możliwe, że największym sukcesem Gentry'ego było

dokonanie czegoœ, co Somerset Maugham okreœlił kiedyœ mianemnajtrudniejszej sztuki w literaturze: stworzenie postaci, która jest niemal nieskazitelnie dobra. Sprawił, że taki zagorzały agnostyk jak ja stał się trochę bardziej tolerancyjny wobec tak nieposzlakowanej œwiętoœci. Mam nadzieję, że i wy, podobnie jak ja, będziecie czekali z takš samš niecierpliwoœciš na to, co zdarzy się w następnym tomie, zatytułowanym: Double Fuli Moon Night. Arthur C. Clarke Colombo, Sri Lanka 20 paŸdziernika 1994 roku Księga I WIELKI CHAOS 1. Ledwo słyszalny kurant zegarka momentalnie obudził Beatrice. W półmroku poprzedzajšcym nadejœcie œwitu wyœlizgnęła się ze œpiwora leżšcego na drewnianej pryczy w najdalszym kšcie dużego namiotu. Głęboko odetchnęła i poczuła lekki dreszcz, gdy ujrzała, jak w zetknięciu z chłodnym powietrzem jej oddech zamienia się w obłoczek pary. Potarła dłonie i przycisnęła je do miękkiej bawełnianej tkaniny długiej koszuli, która w nocy pełniła funkcję piżamy. Spod pryczy wyjęła niebieski habit zakonny i takiż kornet z cienkim białym pasem. W œrodku złożonego habitu znalazła szczotkę do włosów i zapinkę. Przecišgnšwszy kilka razy szczotkš po długich jasnych włosach, skręciła je w ciasny kok i upięła starannie na czubku głowy. Dokończyła ubierać się w cišgu niespełna minuty i na palcach przeszła obok prycz œpišcych koleżanek. Kiedy znalazła się na dworze, natychmiast ruszyła do odległej o czterdzieœci metrów kaplicy, wzniesionej na przeciwległym krańcu niewielkiej wyspy. Na drugim brzegu zobaczyła Hyde Park i dziesištki dużych namiotów tworzšcych prawdziwe miasteczko, którym opiekowała

się ona razem z innymi michalitami - kobietami i mężczyznami z zakonu Œwiętego Michała. Maleńka sztuczna wysepka na stawie Serpentine była ich prywatnym rajem. Beatrice uklękła, by pomodlić się przed krzyżem i stojšcš obok nieco mniejszš drewnianš figurš przedstawiajšcš młodego mężczyznę pochłanianego przez wielki płomień. - Dobry BOŻE - powiedziała, tak jak każdego ranka. - Pomóż mi także dzisiaj wykonywać Twojš pracę i dzielić się z innymi ludœmi Twojš bezgranicznš i nieustajšcš miłoœciš. W imię œwiętego Michała, który pozwolił nam zrozumieć Twoje plany. Przeżegnała się, wstała i przeszła parę metrów; znalazła się po prawej stronie kaplicy. Tam, na mocno wydeptanej trawie, usiadła w pozycji lotosu. W oddali widziała œwiatła odbijajšce się od dachów domów miasta, które nazywano Londynem. Jej oddech stał się głęboki i miarowy. Zamknęła oczy, zaczynajšc medytację. Po chwili nawiedziła jš ulotna wizja zasp œniegu piętrzšcych się wysoko przed drzwiami jej rodzinnego domu w Minnesocie. O czwartej czterdzieœci odezwał się kolejny kurant małego zegarka siostry Beatrice, przypominajšc jej, że czas kończyć medytacje. Zakonnica wstała, przecišgnęła się, a potem nacisnęła jeden z przycisków na krawędzi swojego skomputeryzowanego czasomierza. Na tarczy zegarka pojawił się rozkład zajęć przewidziany dla niej na ten dzień, 22 lutego 2141 roku. Rocznica kšpieli George'a Birthingtone'a - pomyœlała z uœmiechem, przypomniawszy sobie zabawny incydent z czasów, kiedy była uczennicš jednej z młodszych klas szkoły œredniej. Przyjrzała się zajęciom, jakie zaplanowano dla niej na najbliższe siedemnaœcie godzin. O ósmej trzydzieœci miała się spotkać w Kensington Gardens z przedstawicielami władz miejskich Londynu. O czternastej powinna wzišć udział w zebraniu w Esher poœwięconym zdobyciu

funduszy na działalnoœć, a wieczorem przed kolacjš musiała wygłosić przemówienie na centralnym korcie tenisowym w Wimbledonie. Zwróciła uwagę na œwiatełko migajšce w dolnym prawym rogu tarczy zegarka. Wskazywało, że tej nocy otrzymała wiadomoœć zaliczanš do kategorii oznaczonej priorytetem B. Dobrze chociaż, że nie priorytetem A - powiedziała do siebie, przypominajšc sobie sytuację sprzed dwóch tygodni. Obudzono jš wówczas o północy i proszono, by zajęła się sprawš jednej z mieszkajšcych w miasteczku kobiet, która usiłowała zabić swojego męża. Beatrice włšczyła wyœwietlacz na tarczy zegarka. Wiadomoœć, której nadano priorytet B, była bardzo zwięzła: "Fizyczne starcie między dwoma młodymi mężczyznami: Pakistańczykiem i Irlandczykiem. Sektor Dell, dwudziesta druga dwadzieœcia pięć poprzedniego wieczoru. Obaj ranni, w tym jeden dosyć ciężko. Termin rozprawy wyznaczono na godzinę jedenastš. Przewodniczy siostra Beatrice". Mam nadzieję, że to nie był jeszcze jeden incydent o podłożu rasowym - westchnšwszy, pomyœlała Beatrice. Przeszła przez most pontonowy, jaki łšczył Serpentine z resztš parku. Zastanawiała się, dlaczego cierpienie nie powiększało granic ludzkiej tolerancji w taki sposób, w jaki jej zdaniem powinno. Przypomniała sobie jedno z kazań œwiętego Michała; to o strachu i tolerancji. "Strach wyzwala najgorsze instynkty ludzi - mówił œwięty. - Nie powinniœmy zatem zapominać, że jesteœmy tylko niewiele lepsi od małp, a nie trochę gorsi od aniołów". Każdego poranka, po skończonych medytacjach, siostra Beatrice miała zwyczaj okršżać szybkim krokiem otoczonš płotem częœć Hyde Parku, w której obrębie mieszkało w tej chwili siedem tysięcy bezdomnych ludzi. Miasteczko namiotów powstało w centrum Londynu przed niespełna dwoma laty i poczštkowo zajmowało tylko niewielki fragment parku. Wyrażenie zgody,

by tš społecznoœciš opiekował się zakon, było ze strony władz miasta wyrazem najwyższej desperacji. Póœnš zimš 2139 roku Londyn, podobnie jak wiele innych wielkich miast całego œwiata, został niemal całkowicie sparaliżowany przez konsekwencje ogólnoœwiatowej recesji gospodarczej powszechnie zwanej Wielkim Chaosem. Tysišce bezdomnych i bezrobotnych ludzi włóczyły się po ulicach, stwarzajšc zagrożenie dla porzšdku w mieœcie, szerzšc choroby zakaŸne i niweczšc to wszystko, co jeszcze pozostało z gospodarczego lšdu. Koszty zaopatrzenia tych wszystkich ludzi w żywnoœć, odzież i dach nad głowš przekraczały możliwoœci finansowe władz miasta, którego wpływy z tytułu podatków zostały poważnie zmniejszone przez kryzys gospodarczy. W tym czasie zakon œwiętego Michała z Sieny, luœno zwišzana z Koœciołem w Rzymie samodzielna sekta katolików, której wyznawcy głosili doktryny młodego proroka zmarłego męczeńskš œmierciš w końcu marca 2138 roku, zwrócił się do władz Londynu z propozycjš zajęcia się społecznoœciš bezdomnych. Zamierzano to zrobić tak, aby władzom miejskim nie przysporzyć żadnych kosztów. Zakonnicy prosili tylko o zapewnienie właœciwego miejsca i ochrony przed biurokratycznš inercjš lokalnego rzšdu. Przedstawiciele władz miejskich w pierwszej chwili rozeœmiali się, usłyszawszy o tym planie. Póœniej jednak, pod naciskiem ze strony wybitnych ekonomistów, władze miasta, chociaż z oporami, zezwoliły michalitom na utworzenie niewielkiego miasteczka namiotów w samym œrodku Hyde Parku. W ten sposób zmalała liczba włóczęgów. To, co poczštkowo władze postrzegały jako niebezpieczny, choć odważny eksperyment, okazało się sukcesem przekraczajšcym najœmielsze oczekiwania. Członkowie sekty składajšc œluby zakonne, przysięgali poœwiecić życie służbie bliœnim. Gdy nadszedł właœciwy moment, wykazali

się zarówno niespożytš energiš, jak i niepospolitym, nadludzkim wręcz poœwięceniem. Po poczštkowych trudnoœciach społecznoœć nieszczęœnikówzostała zorganizowana w sposób, który zadowolił wszystkich. Wielu bezdomnych otrzymało dach nad głowš, odzienie i żywnoœć. Co więcej, michalici, którzy nie pobierali wynagrodzenia za pracę, swš postawš obudzili nadzieję w dotkniętych przez los podopiecznych, co z kolei pomogło rozproszyć szerzšcš się desperację. W cišgu paru miesięcy michalici stworzyli na terenie parku agencję zajmujšcš się wyszukiwaniem pracy dla mieszkańców miasteczka. Mimo że większoœć oferowanych z poczštku zajęć miała charakter manualny i dorywczy, wielu ludziom żyjšcym w Hyde Parku przywróciło to wiarę we własne siły. W krótkim czasie agencja zdwoiła wysiłki, chcšc zachęcić pobliskich przedsiębiorców do składania propozycji stałego zatrudnienia tym mieszkańcom, którzy w dotychczasowej, dorywczej pracy wykazali się najlepszymi wynikami. Siostra Beatrice była właœnie jednš z kilku gotowych do poœwięceń michalitek, które dwa lata wczeœniej odważyły się złożyć władzom Londynu tę niezwykłš propozycję. Kiedy w końcu uzyskała zgodę, poœwięciła się bez reszty organizacji i zarzšdzaniu. To właœnie Beatrice zaproponowała utworzenie Sektora Dziecięcego i wielu innych nowoœci, które walnie przyczyniły się do sukcesu całego przedsięwzięcia. Kiedy potrzebowała pieniędzy na rozwój czy utrzymanie miasteczka, nie szczędziła starań, by je zebrać. Jej akcję popierało wiele kobiet mieszkajšcych w Londynie. Teraz zaœ, w chłodnym półmroku lutowego poranka, kiedy jak co dzień przemierzała trasę wokół miasteczka namiotów, dwudziestoczteroletnia, błękitnooka Beatrice dobrze znała

niebezpieczeństwa wcišż grożšce jej przedsięwzięciu. Zatrzymała się na pagórku na Buck Hill Walk, rozdzielajšcym Sektor Dziecięcy na dwie częœci, i spojrzała na dziesištki dużych namiotów, ustawionych na rozległej trawiastej przestrzeni graniczšcej z wodš. Na liœcie oczekujšcych dzieci mamy ponad tysišc nazwisk - przypomniała sobie - a brakuje już miejsca. Większoœć z nich tuła się po ulicach, œpi w zaułkach na kartonach i drży z zimna. Popatrzyła na Kensington Gardens. Bez trudnoœci wyobraziła sobie zmiany, jakich trzeba byłoby dokonać, żeby zmienić tę częœć miasta w nowš Wioskę Dzieci. Potrzeba nam tylko więcej miejsca - pomyœlała. Gdy w pobliżu Marble Arch dotarła do północno-wschodniej częœci Hyde Parku, zeszła drugimi schodami i znalazła się w oœwietlonych podziemiach. Zanim przekazano tę częœć parku michalitom, znajdował się tu parking. Teraz miejsce to zamieniono w szpital. - Dzień dobry, siostro Beatrice - odezwał się jeden z lekarzy, kiedy weszła do izby przyjęć. Popatrzył na zegarek. - Jak zawsze punktualnie - dodał, lekko się uœmiechajšc. - Co słychać, bracie Bryanie? - zapytała Beatrice. - Nie najgorzej. Po tamtej awanturze noc upłynęła nam spokojnie. Wręczył jej dwa arkusze wydruków komputerowych. - Stan tego chłopaka z Pakistanu nie uległ żadnym zmianom - powiedział. - Ostrze noża dotarło doœć głęboko i rozcięło mu jelita. Przetransportowaliœmy go do szpitala miejskiego zaraz po tym, jak udało się nam zatrzymać krwotok. - A ten drugi? - zapytała Beatrice. - Nic poważnego - odparł brat Bryan. - Zwykłe w takich wypadkach otarcia naskórka i kontuzje. - Rozeœmiał się słyszšc swój medyczny żargon. - Skaleczenia i siniaki. Zatrzymaliœmy go na noc na obserwację. Siostra Beatrice przeczytała szybko oba wydruki, a potem znów spojrzała na lekarza. - Żadnych nowych przypadków gruŸlicy? - zainteresowała się.

- Nie - odrzekł brat Bryan. - To już dziewišty dzień z rzędu... Cały czas trzymamy kciuki. Wyglšda na to, że w końcu akcja przeœwietleń, które zarzšdziłaœ, zaczyna przynosić oczekiwane rezultaty. Za cenę usunięcia z miasteczka ponad stu pięćdziesięciu mieszkańców - pomyœlała ponuro Beatrice. - Większoœć z nich nawet nie miała wyraœnych objawów. - Epidemia w samym mieœcie nie ustępuje - powiedziała. - Przed dwoma dniami odbyliœmy kolejnš rozmowę z radš lekarzy Londynu. Normalne leki nie zwalczš tej odmiany wirusa. Sytuację pogarszajš jeszcze wilgoć i zimno. Trzeba będzie w dalszym cišgu poddawać kwarantannie wszystkich nowych mieszkańców, do czasu aż potwierdzš się wyniki ich dokładnych badań. Beatrice pożegnała się z lekarzem i poszła długim korytarzem do oddziału dziecięcego. Otworzyła cicho drzwi. W wielkiej sali panowała ciemnoœć. Po obu stronach wiodšcego œrodkiem sali przejœcia stały dziesištki dziecinnych łóżek. Uœmiechnęła się, kiedy usłyszała w ciemnoœciach głos dziewczynki wymawiajšcej szeptem jej imię. - Dzisiaj znów obudziłaœ się za wczeœnie, Elise- powiedziała ujmujšc dziewięciolatkę za rękę. Dziewczynka także się uœmiechnęła. - Czekałam na ciebie, siostro Beatrice - odparła. - Chcę, żebyœ mi coœ powiedziała. - Co takiego? - Jesteœ pewna, że po ustšpieniu ospy wietrznej moja twarz będzie taka sama jak poprzednio? - Oczywiœcie, Elise - odpowiedziała zakonnica. - Ja też, kiedy miałam pięć lat, byłam ciężko chora na ospę wietrznš. Całš twarz miałam w krostach... Popatrz teraz. Skierowała œwiatło kieszonkowej latarki na swojš twarz. - W porzšdku. Chyba mogę ci wierzyć - odezwała się dziewczynka, a potem uniosła się na łóżku i jš uœciskała. - Jeszcze jedna sprawa - powiedziała po chwili, kiedy zakonnica odwracała się, żeby odejœć. - Czy będziesz dziœ wieczorem œpiewała na nieszporach? - Tak - odparła Beatrice po krótkiej chwili zastanowienia. - Do licha - stwierdziła Elise, kręcšc głowš - znów nie będę mogła cię usłyszeć.

Zamierzajš wypuœcić mnie stšd dopiero jutro. Po wyjœciu ze szpitala siostra Beatrice ruszyła na południowy wschód wzdłuż ogrodzenia obok Broad Walk. Po drugiej stronie płotu, w częœci parku najbliższej Mayfair, kilkoro ludzi gimnastykowało się na œcieżce zwanej Lover's Walk. Przebywali na terenie jednej z tych częœci Hyde Parku, która była wcišż dostępna dla mieszkańców Londynu. Gdy znalazła się na Serpentine Road, popatrzyła na zegarek i przyspieszyła kroku. Po chwili wkroczyła w obłok mgły wiszšcej nad ziemiš. Beatrice lubiła patrzeć, w jaki sposób tajemnicza cicha biel porannej mgły przemieniała Hyde Park w obce miejsce, w którym drzewa i posšgi pojawiały się i znikały jak duchy, kiedy przechodziła obok nich. Nieco po prawej stronie, tuż przy dolnych gałęziach dużego drzewa, zamajaczył dziwny geometryczny kształt. Wyglšdał jak œwiecšcy pierœcień i z tej odległoœci przypominał gigantyczny obwarzanek. Znajdujšcy się poœrodku twór miał rozmiary dorosłego człowieka. Zaciekawiona Beatrice zwolniła, nie spuszczała wzroku z dziwacznego obiektu. Kiedy podeszła trochę bliżej i gdy jednš z parkowych latarń przysłoniło duże drzewo, oba koncentrycznie umieszczone grube pierœcienie jarzšcego się obwarzanka mogła widzieć jak na dłoni. W œrodku ujrzała tysišce nadzwyczaj drobnych, białych, podobnych do kropelek wody czšstek, z których każda wydawała się emitować własne œwiatło, powoli tańczšc w przestrzeni ograniczonej przez oba pierœcienie. Co to może być? - pomyœlała zaintrygowana. Niezwykle jasno œwiecšcy torus zaczšł powoli płynšć w powietrzu w jej stronę. Beatrice zboczyła ze œcieżki i przeszła dwa kroki, kierujšc się ku drobinkom tańczšcym i œwiecšcym w porannej mgle. Ujrzała, że jarzšcy się pierœcień nagle zawisł nieruchomo o kilka metrów przed niš. Beatrice, zahipnotyzowana na chwilę przez czšsteczki

tańczšce w œrodku obwarzanka, zebrała całš odwagę i chciała podejœć bliżej. Niemal w tej samej chwili zobaczyła oœlepiajšco jasny błysk, na ułamek sekundy musiała zamknšć oczy. Kiedy je znów otworzyła, otaczajšca jš ze wszystkich stron mgła wyglšdała tak jak zawsze. Beatrice nigdy nie widziała niczego podobnego do obwarzanka pełnego œwiecšcych i tańczšcych kulek. W jej umyœle na zawsze pozostał jednak obraz, jaki widziała na chwilę przed zamknięciem oczu. Wydawało się jej, że tysišce pojedynczych czšstek zawartych w dziwacznym torusie eksplodowało nagle jasnym œwiatłem. Siostra Beatrice rozejrzała się uważnie po parku. Nie dostrzegła niczego, co wydałoby się jej niezwykłe. Po kilku sekundach ruszyła szybko w stronę mostu pontonowego wiodšcego do kwater zajmowanych przez michalitów. Znacznie wczeœniej jednak, nim dotarła do dużej łaŸni stojšcej niedaleko namiotu, w którym spała, zaczęła rozmyœlać, czy przypadkiem œwiecšcego obwarzanka nie wyczarowała jej nadzwyczaj bujna wyobraŸnia. 2. - Każdego wieczoru na chwilę przed zaœnięciem mówię sobie, że nastawię alarm zegarka i wybiorę się z tobš na poranny spacer - powiedziała stojšca pod sšsiednim prysznicem Vivien. - Wiem, że to byłoby korzystne dla mojego zdrowia. Ale zawsze dzieje się jedno i to samo. Chowam się głębiej do ciepłego œpiwora i rozmyœlam, jak zimno i ciemno jest o czwartej czterdzieœci rano... - Nie martw się tym - odezwała się Beatrice, starajšc się, aby Vivien usłyszała jš mimo szumu wody. - Od czasu kiedy zaczęłyœmy pracować razem, mówiłam ci wiele razy, że nie musisz być na nogach przed szóstš rano. A i to, znajšc twojš naturę, jest dla ciebie niemałym poœwięceniem.

- A niech to diabli, pewnie że jest - odparła Vivien, wychodzšc spod prysznica i sięgajšc po dwa ręczniki z leżšcego obok stosu. Zaczęła energicznie wycierać krótkie włosy. Obie kobiety były chwilowo same. - Wiesz - odezwała się po kilku sekundach - w moim dotychczasowym życiu zdarzało się często tak, że nawet nie kładłam się do łóżka przed szóstš rano... a przynajmniej nie po to, żeby zasnšć. - Nie przypominaj mi o tym - rzekła siostra Beatrice, kiwnięciem głowy dziękujšc Vivien za wycišgnięty w jej stronę drugi ręcznik. Uœmiechnęła się ciepło do swojej asystentki. - Czasami nie potrafię zrozumieć, dlaczego przyłšczyłaœ się do naszego zakonu. Siostra Vivien się rozeœmiała. - Dla mnie nadal jest to całkowicie niepojęte. Każdego poranka, kiedy wkładam niebieski habit i ten œmieszny mały kornet, zadaję sobie pytanie, czy to naprawdę ja? Czy może jakaœ inna osoba, w żaden sposób nie zwišzana z Victoriš Edgeworth, wychowanš w Woodrich Manor w hrabstwie Essex? Vivien podeszła do jedynego lustra w łaœni, umieszczonego tuż obok kabin z prysznicami. Beatrice wcišż jeszcze wycierała włosy, kiedy jej odbicie pojawiło się obok Vivien w lustrze. Blada skóra ciała Beatrice kontrastowała ostro z ciemno-miedzianš skórš jej asystentki. - Hej, wyglšdasz doskonale - odezwała się żartobliwie Vivien. - Gdyby kiedyœ znudziły ci się te wszystkie religijne bzdury, poradziłabyœ sobie w życiu bez problemu. Siostra Beatrice lekko się zaczerwieniła i odeszła od lustra. Miała właœnie opowiedzieć asystentce o œwiecšcym pierœcieniu, kiedy drzwi do łaœni się otworzyły i do œrodka weszły dwie inne michalitki. Postanowiła zaczekać na innš okazję. Tymczasem Vivien wyjęła czystš sztukę długiej bielizny z kosza z napisem ROZMIAR

ŒREDNI oraz czysty niebieski habit ze stojšcego tuż obok drugiego kosza. - Mam nadzieję, B, że cię nie uraziłam - odezwała się, kiedy dołšczyła do Beatrice. - Czasem nie mogę œcierpieć, że muszę zachowywać się przez cały czas jak œwięta. - Nikt nie mówi, że musisz być doskonała - odrzekła Beatrice, wkładajšc przez głowę czysty habit. Odwróciła się i spojrzała poważnie na Vivien. - Musisz jednak pamiętać, kim jesteœ i czym jesteœ... i dawać dobry przykład innym. - Oho - odparła siostra Vivien, próbujšc humorem stępić ostrze wymówki Beatrice. - Domyœlam się, że bycie mniszkš zakonu œwiętego Michała oznacza, że już nigdy nie będę mogła podziwiać naturalnego piękna tego, co Bóg stworzył. Wbrew samej sobie Beatrice uœmiechnęła się i pokręciła głowš. - Czasami, moja droga, jesteœ naprawdę niepoprawna. - A zatem mi wybaczasz? - zapytała jš Vivien. Nie czekajšc na odpowiedŸ, podskoczyła z powrotem do lustra, by poprawić kornet. - Ciekawa jestem, w jaki sposób włożyłaby ten kapelusz moja jamajska matka - powiedziała. - Ostatnio, kiedy jš widziałam, w Boże Narodzenie, stwierdziła, że habit się jej podoba, ale że w tym kornecie zupełnie mi nie do twarzy... Obie kobiety przeszły razem przez most pontonowy i znalazły się w głównej częœci parku. Podšżyły w stronę budynku kierownictwa miasteczka namiotów. Miejsce to, zanim przekazano park michalitom, było posterunkiem policji. - Ostatniej nocy doszło w Dell do awantury - zaczęła Beatrice, starajšc się całkowicie skupić na czekajšcych jš tego dnia obowišzkach. - Zostałam wybrana przewodniczšcš rozprawy wyznaczonej na dzisiaj na jedenastš rano. Chciałabym odwiedzić teraz laboratorium obróbki obrazów z kamer, a ty mogłabyœ wpaœć do brata Timothy'ego i upewnić się, czy właœciwie przygotował moje wystšpienie w sprawie rozbudowy miasteczka na terenie Kensington Gardens... Za kwadrans spotkamy się na œniadaniu. Siostra Beatrice podeszła do szarego budynku znajdujšcego się nieco w bok od œcieżki. Z kieszonki w spodniej częœci komputerowego zegarka wycišgnęła kartę

identyfikacyjnš i wsunęła jš do czytnika umieszczonego tuż nad klamkš. Kiedy drzwi się otworzyły, skierowała się do dużego pokoju pełnego komputerów, monitorów i innych elektronicznych urzšdzeń. Powitała jš siostra Melissa, która zaprowadziła Beatrice do niewielkiej kabiny projekcyjnej. - Niektóre fragmenty incydentu zostały zarejestrowane przez kamerę czterysta siódmš i czterysta ósmš - oznajmiła Melissa. - Częœć z nich przygotowałam w kolejnoœci chronologicznej... Brat Thomas, z sekcji bezpieczeństwa, przestudiował je starannie i teraz będzie nam służył swoim komentarzem. Starszawy mężczyzna mówišcy ze szkockim akcentem usiadł w kabinie projekcyjnej obok Beatrice. - Pierwsze ujęcia - powiedział pokazujšc na ekran monitora - zostały dokonane o dwudziestej drugiej pięć. O tej porze pan Bhutto siedział na ławce w parku obok wodospadu i zajęty był rozmowš z pannš Macmillan. Na ekranie widać oboje. Bhutto ma dwadzieœcia trzy lata i mieszka w namiocie rodzinnym B-19 usytuowanym na południe od Reservoir. W cišgu ostatnich szeœciu miesięcy był wzorowym mieszkańcem zgłaszajšcym się na ochotnika do każdej pracy, którš wykonywał nienagannie. Macmillan, dwadzieœcia jeden lat, zajmuje pryczę w namiocie F-6 przeznaczonym dla panien i stojšcym na północ od Bandstand. Przybyła do nas niedawno. Chociaż obrazom nie towarzyszyły dœwięki, siostra Beatrice mogła z ruchów ciała i gestów młodych ludzi wywnioskować, że ich rozmowa miała charakter przyjacielski. Na poczštku żadne z nich nie dotykało drugiego, chociaż kilka gestów i ruchów głowš panny Macmillan œwiadczyło, że próbuje kokietować pana Bhutto. - Przez pierwszych dziesięć minut w ich zachowaniu nie było żadnej zmiany - oznajmił brat Thomas. - Póœniej zaczęli się całować.

Zarejestrowany obraz póœniejszych scen był nieostry i zbyt ciemny. Mimo to, kiedy siostra Beatrice przywykła do gorszej jakoœci obrazu, bez trudu mogła zobaczyć, co się działo. Kiedy pan Bhutto nachylił się i przelotnie musnšł wargami usta panny Macmillan, młoda kobieta uniosła rękę, położyła dłoń z tyłu głowy mężczyzny i przycišgnęła go do siebie. Taœma z nagraniem się skończyła, gdy oboje oddawali się namiętnym pocałunkom. - Jeden z elementów przetwarzajšcych sygnał uległ uszkodzeniu - wyjaœniła siostra Melissa. - Zanim jednak rozpocznie się następny fragment, jego funkcję automatycznie przejmie sprawny element rezerwowy. Rzeczywiœcie, obrazy, które teraz pojawiły się na ekranie, były o wiele wyraŸniejsze. Ten fragment, który zaczšł się trzy minuty po skończeniu poprzedniego, ukazywał parę młodych ludzi stojšcych obok ławki i nadal się całujšcych, a potem udajšcych się w ustronne miejsce nie opodal wodospadu. Kiedy się zakończył, na ekranie monitora pozostała nieruchoma ostatnia klatka. - To będš nasze ostatnie dobre zdjęcia pana Bhutto i panny Macmillan - odezwał się brat Thomas. - W chwili gdy kamera ponownie obejmie swoim zasięgiem miejsce akcji, oboje będš ledwo widoczni, skryci za tamtš grupš drzew... Czy jest może coœ, co siostra chciałaby obejrzeć po raz drugi? - Nie, na razie nie - odparła Beatrice. - Poproszę o cišg dalszy. - Kolejne obrazy zostały sfilmowane przez drugš kamerę. Zobaczymy pana Malone'a z kolegami, jak idš tamtš alejš nieco na północ od Dell. Będzie to się działo szeœć minut póœniej... Przy okazji, poszukujšc numeru identyfikacyjnego pana Malone'a, siostra Melissa przeszukała bazy danych kamer wideo i znalazła dwa inne zarejestrowane obrazy, oba z poprzedniego tygodnia, na których pan Malone próbuje w kawiarni nawišzać rozmowę z pannš Macmillan. Ze względu na

brak czasu nie pokazujemy tamtych obrazów razem z fragmentami zarejestrowanymi wczoraj wieczorem. Na monitorze ukazał się obraz krzepkiego młodego Irlandczyka, ubranego w marynarkę tak czerwonš jak jego policzki. œcieżkš miedzy drzewami zbliżał się do zbiornika wodnego pod wodospadem. Malone i jego dwaj koledzy wybuchali raz po raz głoœnym œmiechem. - Œwiatło w tej częœci parku nie jest dobre - odezwał się brat Thomas. - Musieliœmy więc znacznie rozjaœnić te fragmenty... Proszę zwrócić uwagę na ten ciemny przedmiot wystajšcy z kieszeni spodni pana Malone'a. To rękojeœć noża, który póŸniej zostanie użyty jako broń podczas walki między nim a panem Bhutto. Ekran monitora na chwilę œciemniał. - Allan Malone ma dwadzieœcia jeden lat i pochodzi z Londonderry - cišgnšł brat Thomas. - Już raz, kiedy miał kilkanaœcie lat, został aresztowany za udział w napadzie. On, jego matka i dwie młodsze siostry mieszkajš w jednym z namiotów dla niedawno przybyłych rodzin przy Rotten Row, tuż na pomoc od boiska piłkarskiego. Beatrice usłyszała obok siebie kaszlnięcie. Odwróciła się i spojrzała na brata Thomasa. Zobaczywszy jego zaczerwienione oczy, domyœliła się, że przez całš noc przygotowywał dla niej tę relację. - Proszę teraz zwrócić uwagę, co się stanie, gdy Malone ujrzy pana Bhutto i pannę Macmillan - powiedział. Kiedy trzej młodzi mężczyœni pokonali zakręt œcieżki, ich uwagę przycišgnęła scena rozgrywajšca się na lewo od nich. Zawadiacki uœmieszek na twarzy Malone'a szybko zniknšł. W chwilę póœniej rysy jego twarzy stężały, a oczy zamieniły się w dwie szparki. Potem ekran po raz kolejny œciemniał. - Niestety, nie dysponujemy cišgłym obrazem - odezwał się brat Thomas. - Następne

fragmenty zostały sfilmowane w minutę i dwadzieœcia sekund póŸniej. Ze względu na to, że dzieje się na nich tak wiele, siostra Melissa przygotowała cały ostatni fragment w zwolnionym tempie. W lewej częœci ekranu monitora Bhutto i Malone okładali się zawzięcie pięœciami. Obok nich stało dwóch kolegów Irlandczyka, zachęcajšc go okrzykami do walki. W prawej częœci panna Macmillan, z rozwichrzonymi włosami oraz przekrzywionš spódnicš i bluzkš, w poœpiechu zapinała guziki płaszcza. Kiedy trochę bardziej uporzšdkowała ubranie, niemal biegiem opuœciła miejsce akcji. Walka trwała tymczasem przez następne trzydzieœci sekund. Obaj mężczyœni zadawali ciosy na oœlep, tylko z rzadka trafiajšc się wzajemnie. Żaden z nich nie uzyskiwał wyraŸnej przewagi. W pewnej chwili jednak, kiedy Bhutto ulokował silny cios na lewej skroni Malone'a, młody Irlandczyk wycišgnšł z kieszeni nóż i zamachnšł się nim, rozcinajšc brzuch Pakistańczyka. Kamera zarejestrowała tryskajšcy z rany strumień krwi. Pan Bhutto schwycił się za brzuch i zalany krwiš, zwalił się na ziemię. Allan Malone i jego dwaj towarzysze po chwili wahania odwrócili się i uciekli. Kiedy obraz wideo zniknšł z ekranu, siostra Beatrice przez kilka sekund siedziała bez ruchu w kabinie projekcyjnej. - Czy jest coœ, czego jeszcze potrzebujesz? - zapytała jš siostra Melissa. - Nie, nie sšdzę - odparła Beatrice, sięgajšc po wideo-szeœcian, który tamta wycišgnęła w jej stronę. - Bardzo ci dziękuję. Z ciężkim sercem wstała i wyszła. Rozważajšc w myœlach wszystko, co musi jeszcze zrobić przed rozprawš, zaczęła się zastanawiać, czy ludzie kiedykolwiek będš umieli żyć ze sobš w zgodzie. Ani przez chwilę nie pomyœlała o dziwnym zjawisku, które widziała tego ranka podczas

spaceru po parku. Chociaż nie było jeszcze szóstej trzydzieœci, w stołówce zdšżyła ustawić się kolejka. Z powodu zimna na dworze mieszkańcy stłoczyli się w œrodku, stali w długiej i krętej kolejce podobnej do tych, jakie kiedyœ widywało się w wesołych miasteczkach. Odziani w niebieskie habity michalici czekali w osobnej, znacznie krótszej kolejce, ale grupy oczekujšcych łšczyły się tuż przy wejœciu do dużego pomieszczenia, w którym wydawano posiłki. Gdy obydwie zakonnice znalazły się blisko lady, Vivien podała Beatrice tacę. Tuż za niš stała rosła Murzynka. Ona i jej dwaj kilkunastoletni synowie żartowali, kiedy wybierali sobie soki. - Widzisz - odezwała się po kilku sekundach kobieta do starszego syna, a w jej głosie było słychać œpiewny akcent z Indii Zachodnich. - Możesz być Murzynem i należeć do zakonu michalitów. Popatrz tylko na tę paniš. Siostra Vivien odwróciła się, słyszšc tę uwagę, a jej twarz rozjaœniła się w uœmiechu. Starszy chłopiec spojrzał na niš, wyraŸnie zdumiony. - Jesteœ nawet całkiem ładna - powiedział. - Dlaczego postanowiłaœ zostać mniszkš? Kobieta lekko szturchnęła swojego syna. Oczy Vivien rozbłysły, kiedy w charakterystyczny dla siebie sposób przekrzywiła głowę. - Młody człowieku - powiedziała, robišc zamaszysty gest. - Wielki to dla mnie honor, móc służyć Bogu i wszystkim ludziom. Chłopiec zaczai sprawiać wrażenie zakłopotanego. - Hmm, hmm - chrzšknęła Murzynka, wyraœnie chcšc skierować rozmowę na inny temat. - Popatrz tylko, ile tu różnych rodzajów chleba! Na tacach na stojšcym przed nimi prostokštnym stole leżało osiem odmian chleba, z których każdy był starannie oznaczony i opisany. Chleb był w miasteczku namiotów głównym składnikiem wszystkich posiłków. Wypiekano go z pszenicy uzyskiwanej przez inżynierów

biologów z hrabstwa Kent, w cieplarniach, także zarzšdzanych przez michalitów. Każdy rodzaj pszenicy wyhodowano specjalnie z myœlš o dostarczeniu ludziom właœciwych iloœci potrzebnych im witamin i protein. Po drugiej stronie stołu stało dwoje młodych michalitów, mężczyzna i kobieta, kroili bochenki chleba i pomagali obsługiwać ludzi. Murzynka i jej dwaj synowie zawahali się na widok takiej obfitoœci pieczywa. - Zapewne jesteœcie tutaj nowi? - odezwała się do niej Vivien, kiedy kobieta i jej dzieci nałożyli sobie po kilka kromek na talerze. - Tak - odparła Murzynka. - Mieszkaliœmy dotychczas w nieczynnym domu towarowym, nad rzekš, kiedy ktoœ powiedział nam o tym ogłoszeniu... że możemy zamieszkać tutaj... Byliœmy na liœcie oczekujšcych prawie przez dwa miesišce i nawet chcieliœmy zrezygnować. Jaka szkoda, że nie było można przyjšć tych wszystkich chorych ludzi, ale cóż, dzięki temu w końcu uœmiechnęło się do nas szczęœcie. Siostra Beatrice wychyliła się z kolejki i spojrzała na kobietę. - Ile czasu zajęła wam rejestracja? - zapytała. - Niemal całe trzy dni - odrzekła Murzynka. - Chłopcy narzekali i zrzędzili, że muszš się tłoczyć w jednym z tamtych dwóch namiotów nad rzekš, ale przez cały czas mówiłam im, że warto poczekać... I aż krzyknęłam z radoœci, kiedy ci doktorzy oœwiadczyli nam, że nie ma żadnych przeszkód. Na końcu sali, w której wydawano posiłki, soki, chleb i tylko kilka gatunków owoców i warzyw, znajdowały się wyroby zbożowe i kasze. Na długich stołach, przy których wszyscy jedli, ustawiono dzbanki z kawš lub herbatš. Beatrice sięgnęła po talerz gotowanego ryżu, do którego dodała póœniej mieszaninę kilku egzotycznych przypraw. Vivien zdecydowała się w końcu na owsiankę.

- To, na co miałabym ochotę dzisiaj rano - odezwała się po cichu do Beatrice - to kilka gotowanych jajek i pęto dobrej kiełbasy. - Mięso nie jest pokarmem koniecznym dla twojego zdrowia - zganiła jš siostra Beatrice. - A co więcej, nie stanowi optymalnego wykorzystania zasobów żywnoœciowych œwiata. Czy wiesz, że iloœciš zboża potrzebnš do utuczenia jednej œwini, którš zdoła się wyżywić sto osób, można by nakarmić tysišc dwustu ludzi? - Ale kiełbasa jest taka smaczna... - zaczęła Vivien i urwała, kiedy napotkała surowe spojrzenie koleżanki. Beatrice usiadła i zaczęła wielkimi kęsami pochłaniać œniadanie. W tym czasie Vivien nalała sobie filiżankę kawy i spojrzała na swojš towarzyszkę. - Co się stało, B? - zapytała. - Wydajesz się taka spięta i zatroskana... - Wystšpienie musi zostać przygotowane jeszcze przed spotkaniem - odrzekła gderliwie Beatrice. - Mamy na to nie więcej niż godzinę. Póœniej jest to przeklęte posiedzenie o jedenastej, a więc znów twoje osobiste szkolenie zostanie zakłócone. Brat Hugo wyznaczył mnie przewodniczšcš tylko dlatego, że sam nie znosi podejmować niepopularnych decyzji... Po południu muszę jeszcze podlizywać się tym wszystkim bogatym damom w Esher... Nigdy nie ma doœć czasu, by ze wszystkim zdšżyć... Dotyk ręki Vivien powstrzymał ten potok słów. - Hej - odezwała się Vivien. - Głowa do góry. Czy nie ty właœnie mówiłaœ mi kiedyœ, że nie można pełnić służby bożej, póki nie jest się wolnš od wszelkich stresów? Beatrice na chwilę przestała jeœć i spojrzała na koleżankę. - Przypuszczam, że wymagam nazbyt wiele - powiedziała. - Tego ranka, kiedy kończyłam obchód, miałam halucynację. Przez chwilę wydawało mi się... Siostra Beatrice przerwała, głęboko odetchnęła i powoli policzyła do dziesięciu. - Dziękuję ci, Vivien - rzekła i œcisnęła jej dłoń. 3. Pół godziny po œniadaniu siostra Vivien umieœciła swojš kartę identyfikacyjnš w czytniku, a

po chwili wyjęła jš i dołšczyła do Beatrice siedzšcej w małym kiosku obok bramy wejœciowej przy Exhibition Road. Brat Martin wręczył im ich karty i mały cylinder z nagranym tekstem i obrazem wystšpienia Beatrice. Obie kobiety, z szyjami owiniętymi teraz niebieskimi szalami, zaczęły przekraczać strefę bezpieczeństwa na moœcie Serpentine. Kiedy szły, Beatrice wsunęła cylinder do kieszeni habitu. - Sšdziłam, że wysłałaœ poprawione wystšpienie przez tele-wideo - odezwała się Vivien. - Owszem - stwierdziła Beatrice. - To jest kopia zapasowa... na wypadek gdyby stało się coœ nieprzewidzianego. Przeszły obok kolejki zziębniętych i przemoczonych ludzi, czekajšcych, żeby złożyć podanie o przyjęcie do miasteczka namiotów. Wzdłuż kolejki chodziło tam i z powrotem kilku michalitów, rozmawiali z ludŸmi i podtrzymywali ich na duchu. Siostra Beatrice zatrzymała się na chwilę, by zamienić parę słów z jednym z zakonników. Kilka minut póœniej Beatrice i Vivien przeszły przez Kensington Road i znalazły się na Knightsbridge. Zziębnięty, mniej więcej dziesięcioletni chłopiec podszedł do nich i wycišgnšł obie ręce w żebrzšcym geœcie. Beatrice nachyliła się tak, by jej głowa znalazła się na poziomie jego twarzy. - Jak się nazywasz? - zapytała łagodnie. - Wills - odpowiedział po kilku chwilach chłopiec. - To œliczne nazwisko - stwierdziła siostra Beatrice. - A teraz Wills, gdybyœ zechciał odprowadzić nas do tamtej kawiarenki na rogu Prince Consort Road, postarałybyœmy się, żeby dano ci jakieœ œniadanie. Wiesz, nie możemy ofiarować ci żadnych pieniędzy... bo ich nie mamy. Mały chłopiec rozejrzał się nerwowo w prawo i w lewo. - Chociaż trochę drobniaków, psze pani, jeœli łaska - odpowiedział. Beatrice pokręciła stanowczo głowš, pogładziła chłopca po włosach i poszła

dalej. - Do wœciekłoœci doprowadza mnie sposób, w jaki niektórzy ludzie wykorzystujš swoje dzieci - zwróciła się do Vivien. - Założę się, że ojciec czy matka albo jacyœ inni krewni tego malca czajš się w pobliskiej altanie... Nie pozwolš chłopcu zatrzymać nic z tego, co wyżebrze... Jeszcze jeden powód, dla którego nasza Wioska Dzieci jest taka ważna. Zakonnice skręciły w lewo, minęły Muzeum Wiktorii i Alberta i zaczęły iœć obok rzędu domów. Niemal wszędzie było widać w nich napisy: "Do wynajęcia" i "Rewelacyjnie niskie ceny". Ludzi jednak widywało się niewiele. Po Brompton Road jechało kilka samochodów. Rozwidniło się, ale ciężkie ciemne chmury nadawały porankowi szary odcień. Połowa punktów usługowych i sklepów była zamknięta; widocznie ich właœciciele padli ofiarš bezlitosnej recesji. W wejœciach do niektórych nieczynnych sklepów bezdomni ludzie zbudowali z dykty i tekturowych pudeł skomplikowane konstrukcje, które służyły im za mieszkania. Oparte o szyby pustych witryn wózki na zakupy i duże worki na odpady zawierały cały ich dobytek. - Mamy w Hyde Paku siedem tysięcy ludzi - odezwała się Beatrice do Vivien. - Kolejne dziesięć tysięcy mieszka w schroniskach w różnych punktach Londynu. "Times" ocenia, że liczba wszystkich bezdomnych w całym mieœcie przekracza sto dwadzieœcia tysięcy. Co więcej, liczba ta z każdš chwilš roœnie... - Dokšd idziemy? - zapytała nagle Vivien, kiedy Beatrice skręciła w Beauchamp Place. - Do nowego budynku administracji na Walton Street - odparła zakonnica. - Moje wystšpienie przeniesiono tam ze względu na udział w nim przedstawicieli prasy... Beatrice przerwała. Vivien nie było u jej boku. Przystanęła o kilka kroków z tyłu. - To nie może być przypadek - powiedziała, kręcšc głowš. Przeżegnała się i

spojrzała na ciemne chmury na niebie. - Czy robisz to, dobry Boże, żeby pomóc mi podjšć decyzję? - zapytała. - Czy może to tylko sprawka chytrej siostry Beatrice, że zawiodła mnie na miejsce moich podłych czynów? Marszczšc brwi, Beatrice spojrzała na koleżankę. - Niewiele ponad rok minšł od chwili, kiedy właœnie tutaj spotkałyœmy się po raz pierwszy - przypomniała jej Vivien. - O niecałe pięćdziesišt metrów od tego miejsca... Jeden z moich amantów odprowadzał mnie do agencji, w której mnie wynajšł. Ty i brat Madison klęczeliœcie wtedy na tym chodniku, okrywajšc kocami jakiegoœ nieszczęœnika, który stracił przytomnoœć i mógł umrzeć na tym mrozie. - To zdarzyło się właœnie tutaj? - zdziwiła się Beatrice, spoglšdajšc w tamtš stronę. - Nie pamiętam dokładnie miejsca. - Przeszliœmy na drugš stronę, żeby coœ ominšć- cišgnęła Vivien, a w jej głosie słychać było większe ożywienie. - Otuliłam się szczelnie futrem z norek. Mój amant, jeden z tych bezdusznych Arabów z harmoniš forsy, lecz poza tym nieczuły jak kamień, rozeœmiał się na całe gardło, kiedy tamten biedak wyœlizgnšł ci się z ršk i upadł na chodnik... Patrzyłam, jak schyliłaœ się i usiłowałaœ go znowu podnieœć. Na chwilę nasze spojrzenia się spotkały... Nigdy tego nie zapomnę. Pamiętam, że czułam się wówczas jak osoba absolutnie bezwartoœciowa. Beatrice przeszła te kilka kroków i stanęła u boku koleżanki. - Kiedy wróciłam do swojego luksusowego mieszkania w Mayfair, płakałam - powiedziała zamyœlona Vivien. - Nie wiem dlaczego, ale nie mogłam przestać. - Pokręciła głowš. - Upłynęły jednak prawie cztery miesišce, nim podeszłam do ciebie po tamtej mowie, którš wygłosiłaœ w Marlboro School. - Cieszę się, że to zrobiłaœ - odezwała się Beatrice po krótkiej chwili ciszy.

Obie mniszki objęły się i uœciskały na œrodku chodnika, nie zwracajšc uwagi na przechodniów. - ChodŸmy - powiedziała w końcu Beatrice. - Czeka nas to wystšpienie. - Byłaœ niesamowita - stwierdziła Vivien, kiedy wraz z Beatrice znalazła się na Beauchamp Place w drodze powrotnej do Hyde Parku. - Nie mogę wprost uwierzyć, jak dobrze poradziłaœ sobie ze wszystkimi, włšcznie z przedstawicielami gazet. Nigdy nie przestaniesz mnie zdumiewać. - Dziękuję, Vivien - odparła siostra Beatrice. - Przemyœlałam to wszystko bardzo dobrze. Martwi mnie jednak to, że pod koniec spotkania byłam szorstka dla pani Shields. To było niepotrzebne. - Ale ona na to zasłużyła - sprzeciwiła się Vivien, niemal biegnšc, by dotrzymać kroku zakonnicy. - Ta kobieta jest nadętš idiotkš. Gdyby mogła, powrzucałaby wszystkich bezdomnych do Tamizy i najchętniej jak najszybciej o nich zapomniała. - Obawiam się, że tak samo postšpiłaby większoœć obecnych - odrzekła Beatrice. - A w dodatku i nas wrzuciliby do rzeki razem z nimi. Byliœmy tolerowani tylko dlatego, że wiedzieli, iż mamy rozsšdne i tanie rozwišzanie problemu, z którym sami nie mogš się uporać. - Czy zdziwiło cię, że postanowili odłożyć ostatecznš decyzję do wieczora? - zapytała jš siostra Vivien. - Właœciwie nie - odparła Beatrice. - Pan Clark wprawdzie obiecał, że wyrazi zgodę dzisiaj rano, ale z pytań zadawanych przez paniš Shields i jej zgraję wynikało niedwuznacznie, że nasz pomysł rozszerzenia miasteczka nie cieszy się popularnoœciš. Zwłaszcza że nie wyrażamy skruchy z powodu przyjęcia do niego tak wielu obcokrajowców... Rada musi więc odbyć dzisiaj po południu jeszcze jedno, zamknięte posiedzenie, żeby sprawić na nas wrażenie. Obie kobiety minęły podwórko, na którym bawiła się grupa dzieci odzianych w jednakowe szkolne mundurki.

- Te chociaż mogš być szczęœliwe - powiedziała z naciskiem w głosie Beatrice. - Chociaż wštpię, czy zdajš sobie z tego sprawę. Nie mogę się doczekać chwili, kiedy i dla naszych dzieci zdobędziemy odpowiedni sprzęt do zabaw. - Więc uważasz, że przyjmš twojš propozycję? - Oczywiœcie - potwierdziła siostra Beatrice. - Wiele z tego, co mówiono podczas spotkania, to nic więcej tylko polityczna poza. Tak dzieje się zawsze, gdy w zebraniu biorš udział przedstawiciele prasy. Każdy członek rady chce wówczas wypowiedzieć swoje uwagi na temat tego czy innego aspektu zagadnienia... Na wypadek gdyby całe przedsięwzięcie zakończyło się katastrofš. Żadne z nich nie chciałoby udostępnić Kensington Gardens ogółowi ludzi, ale wiedzš, że w tej sytuacji właœciwie nie majš innego wyboru. Za bardzo ich przytłacza liczba bezdomnych osób. Znalazły się na Brompton Road. Beatrice skręciła w lewo, cały czas szła bardzo szybko. - Czy możemy zatrzymać się na chwilę i czegoœ napić? - zapytała jš Vivien. Beatrice spojrzała na zegarek. - Niestety, nie - odparła. - Mamy tylko tyle czasu, żeby zdšżyć przygotować się do tej rozprawy, a wyznaczono jš na jedenastš. Siostra Vivien podbiegła, chcšc szybciej znaleœć się u jej boku. - B - powiedziała, z trudem łapišc oddech. - Jak sšdzisz, dlaczego sprawozdawcy zadawali nam na końcu tyle osobistych pytań? Beatrice wzruszyła ramionami. - Zawsze tak robiš - odrzekła. - Zwłaszcza ci z telewizji. Uważajš, że osobowoœci sš ciekawsze od problemów czy pomysłów... Nie odpowiadajšc na takie pytania, próbuję zwracać ich uwagę na nasz zakon i na wszystko, co staramy się osišgnšć. Nie zawsze jednak to mi się udaje. - Jestem pewna, że wiem, dlaczego się tak tobš interesujš - stwierdziła Vivien. - Jesteœ dla