uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 728 908
  • Obserwuję754
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 012 257

Benjamin Hoff - Te Prosiaczka

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :591.8 KB
Rozszerzenie:pdf

Benjamin Hoff - Te Prosiaczka.pdf

uzavrano EBooki B Benjamin Hoff
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 256 osób, 87 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 140 stron)

Benjamin HOFF Te Prosiaczka Tłumaczył Rafał T. Prinke

Dla Lan Ts'ai-ho - Niełatwo być odważnym, kiedy jest się tylko Bardzo Małym Zwierzątkiem - powiedział Prosiaczek, lekko pociągając noskiem. Królik, który z wielkim skupieniem zabierał się do pisania, podniósł łebek i powiedział: - Właśnie dlatego, że jesteś Bardzo Małym Zwierzątkiem, możesz się przydać w przedsięwzięciu, jakie mamy przed sobą.

Spis treści Co? Następna książka? 4 Wtrącenie 7 Eeee... — jak to się nazywa? — Prosiaczka 9 Bardzo Małe Zwierzątko 16 Efekt Kłapouchego 30 Skłonność Tygrysa 46 Jak się rzeczy mogłyby mieć 59 Jak się rzeczy mają 77 Proste serce 97 Dzień Prosiaczka 115 Pożegnanie 138

CO? NASTĘPNA KSIĄŻKA? Pewnego dnia, nie tak dawno, zastałem Prosiaczka siedzącego samotnie na moim biurku, spoglądającego rzewnymi oczkami przez okno. Spytałem, co robi... - Ach, tak sobie marzę - odparł. Marzysz o czym? - pytałem dalej. Właściwie o niczym - powiedział, a jego uszka zrobiły się bardziej różowe niż zwykle. Wiesz, że nie będę się z ciebie śmiał, jeżeli mi powiesz. Taaak... tylko sobie tak myślałem... No? Tylko marzyłem... że pewnego dnia ktoś zwróci na mnie uwagę. Ja cię zauważam. Ale chodzi mi o to... to znaczy... że wszyscy zauważają Puchatka.... Tak, prawie wszyscy go zauważają, odkąd, wiele lat temu, pojawiły się książki o Puchatku. A szczególnie teraz - powiedział Prosiaczek. - Sam wiesz, z jakiego powodu. Ach, tak — odparłem. - O mało co bym zapomniał. I wtedy również ja zacząłem spoglądać z rozrzewnieniem przez okno, wspominając wiosnę 1982 roku. Wtedy bowiem Dutton wydał moją książkę zatytułowaną Tao Kubusia Puchatka. Wydało mi się, że było to już tak dawno temu... Tao Kubusia Puchatka było reakcją na to wszystko, co robiono z taoizmem. Książki w języku angielskim na temat chińskiej filozofii taoizmu — która, jak zacząłem to sobie uświadamiać, była czymś znacznie więcej niż „filozofią" i bynajmniej nie wyłącznie „chińską" - były przez wiele lat zdominowane przez naukowców bardziej zainteresowanych katalogowaniem i sprzeczaniem się o drobiazgi bez znaczenia niż przekazywaniem praktycznej mądrości zasad taoistycznych.

Przez większą część mojego życia uczyłem się tych zasad od różnych mistrzów taoizmu. Niektórzy z nich byli prawdziwymi duchowymi mistrzami, inni napuszonymi badaczami. Niektórzy z nich byli Chińczykami, inni nie; niektórzy z nich byli ludźmi, inni nie (i ci byli najlepszymi nauczycielami). Znieważano ich i wykpiwano w „taoistycznych" dziełach naukowców, którzy taoistami nie byli, których nie uczyli taoiści i którzy nie uprawiali taoistycznych sztuk i ćwiczeń — a jednak zmonopolizowali taoizm i drwili z każdego, kto ośmielił się zasugerować, że może być coś jeszcze poza tym, o czym oni mówią. Czytywałem takie rzeczy jak opis walki mieczem pióra taoistycznego pisarza Chuang-tse, przetłumaczony w formie zupełnie nonsensownej przez pewien Autorytet wyraźnie nie znający nawet najbardziej podstawowych zasad taoistycznych sztuk walki... I zastanawiałem się, czy nie można by czegoś z tym zrobić. Pewnego dnia, cytując komuś słowa z Kubusia Puchatka A. A. Milne'a, wpadłem na pomysł. Mógłbym napisać książkę wyjaśniającą taoizm poprzez postaci z Kubusia Puchatka i Chatki Puchatka. To, jak mi się zdawało, uwolniłoby taoizm z rąk akademików i wróciło mu ową dziecięcą prostotę i poczucie humoru, które oni zagubili. Słysząc o takim pomyśle, niektórzy z Kłapouchych odradzali mi go. Jednak słuchanie rad Kłapouchych rzadko wydawało mi się szczególnie dobrą rzeczą. Wręcz przeciwnie. Jeżeli jakiś Kłapouchy jest czemuś przeciwny, to dochodzę do wniosku, że coś w tym musi być. I w ten sposób powstała książka. Opublikowano ją i (jak sądziłem) sprawa została zamknięta. Ale tak się nie stało. To był właściwie dopiero początek. Przed opublikowaniem Tao Kubusia Puchatka nie spotykało się wielu ludzi z Zachodu dyskutujących na temat taoizmu, którzy by nie byli naukowcami albo mistykami. Dzisiaj zasady taoistyczne opisywane są w publikacjach dotyczących biznesu, nauk ścisłych, psychologii, zdrowia, sportu, muzyki, sztuki, literatury, programowania komputerów i wielu jeszcze innych dziedzin. Mówi się o nich na strategicznych naradach wielkich korporacji, na lekcjach w szkołach średnich, na uniwersytetach i zebraniach wszelkiego typu. I (według tego, co czytałem i słyszałem) najczęściej zalecaną książką wyjaśniającą zasady taoizmu jest Tao Kubusia Puchatka. Wyższe uczelnie używają go jako podręcznika taoizmu, psychiatrzy dają egzemplarze

swym pacjentom, duchowni cytują go w kazaniach, trenerzy chińskich sztuk walki czytają go swoim uczniom itd. Słyszałem nawet, że niektórzy właściciele moteli kładą egzemplarz książki w każdym pokoju. Wygląda zatem na to, że Tao Kubusia Puchatka (znane też jako The Tao of Pooh, Le Tao de Pooh, Tao enligt Puh, Nalle Puh ja Tao i temu podobne) jest znane i lubiane na całym świecie. I muszę powiedzieć, że Puchatkowi było z tego powodu niezmiernie miło. Ojej, Puchatku! - powiedzieli wszyscy z wyjątkiem Kłapouchego. Dziękuję - powiedział Puchatek. A Kłapouchy powiedział pod nosem do siebie: - Jakieś sztuczki do pisania. Ołówki i coś tam jeszcze. Mocno przecenione, moim zdaniem. Bzdura. Nic ważnego. Tak więc Tao Kubusia Puchatka uznane zostało za Znaczący Sukces. I do niedawna uważałem, że to już rzeczywiście koniec tej sprawy. Wyjaśniłem zasady taoizmu. Dobrze się bawiłem z Puchatkiem i naszymi przyjaciółmi. Były jednak inne sprawy, którymi chciałem się zająć, i inni przyjaciele, z którymi chciałem się bawić. - Zatrzymajcie ten Znaczący Sukces - prosiłem. - Chcę wysiąść. Ale nikt nie chciał mnie wypuścić. - Nie, nie zamierzam napisać dalszego ciągu Tao Kubusia Puchatka. Nie lubię dalszych ciągów. Bardzo wam dziękuję. Do widzenia. Ale powoli i niezauważalnie - do tego stopnia, że długo sam o tym nie wiedziałem - coś zaczynało wkradać się do mojej świadomości. Pewien cienki głosik próbował przywołać moją uwagę. Po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że był to głos Prosiaczka. W końcu usiadłem i zacząłem słuchać. A posłuchawszy chwilę, zacząłem notować... Prosiaczek twierdził, że wiele jest jeszcze do powiedzenia i że nikt tego nie mówi, a właśnie dzisiaj trzeba to powiedzieć. W nadchodzących latach - jak mówił - będzie to jeszcze ważniejsze. Druga książka nie musi być „dalszym ciągiem", ale dopełnieniem, tak jak Chatka Puchatka dopełnia Kubusia Puchatka. Dlaczego słuchałem Prosiaczka? Odpowiedź leży w przeszłości.

W dzieciństwie, kiedy po raz pierwszy czytano mi o Puchatku, moim ulubieńcem stał się od samego początku Prosiaczek. Wiedziałem o tym, ale nie wiedziałem, dlaczego tak było. Teraz już wiem. I mam nadzieję, że zanim skończysz czytać tę książkę, też będziesz wiedział. WTRĄCENIE Mieliśmy zamiar umieścić tu Wprowadzenie, ale coś już wepchnęło się wcześniej. Stwierdziliśmy więc, że w takiej sytuacji nie możemy tego nazwać Wprowadzeniem. Zapytaliśmy Sowę, która jest osobą najwłaściwszą do konsultowania takich spraw, jak nazwać Wprowadzenie, które następuje już po czymś innym. - Wtrącenie - odpowiedziała ze znajomością rzeczy. A ponieważ Sowa mówi, że to jest Wtrącenie, no to tak z pewnością musi być. Tak więc, na początek.... - Ale czy to jest o mnie? - zapytał Puchatek. - Och, Puchatku. Nie wiedziałem, że tu jesteś. - Mało kto mnie już zauważa - stwierdził Puchatek ze smutkiem w głosie. - Oczywiście, Puchatku, że jesteś. Teraz. - To dobrze - powiedział, wyraźnie uradowany. Chcielibyśmy wyjaśnić w tym Wtrąceniu... - Tym „czym"? - spytał znów Puchatek. - Wtrąceniu. Tym, co właśnie robimy. - Ach. Czy to coś takiego jak Wytrącanie? - No, coś tego rodzaju, jak sądzę. W każdym razie, w tym Wtrąceniu chcielibyśmy wyjaśnić - i musimy to powiedzieć bardzo

cichutko - że ta książka nie jest tylko o Puchatku. - Przepraszam, że co? - powiedział Puchatek. - Czy ktoś coś mówił? - Ja nic nie słyszałem - odparłem. - Aha - powiedział Puchatek. - Hej, Puchatku - czy tam na drzewie za oknem nie siedzi jakiś rzadki okaz ptaka? A może to ryba? - Nic nie widzę. - Jestem pewien, że to ryba. Jedna z tych najrzadszych. - Niewątpliwie - zgodził się Puchatek. - Jeżeli siedzi na drzewie. - Idź, proszę, i sprawdź to, Puchatku. Otworzę ci drzwi. Dobrze się jej przypatrz. Do widzenia. * * * Tak więc zasadniczo nie jest to książka o Puchatku, ale raczej o Prosiaczku. Na jej stronach Drogę będzie nam wskazywał bojaźliwy i tęskniący za czymś Prosiaczek, a nie wygodny i zadowolony z siebie Puchatek. Innymi słowy, będziemy spoglądać na rzeczywistość pod nieco odmiennym kątem. Ponieważ tym razem zajmujemy się bardziej nieśmiałym zwierzątkiem, ta książka może sprawiać wrażenie nieco bardziej poważnej niż jej poprzedniczka. Ale... - Ach, tu jesteś - powiedział Królik. - Prosiaczek wpadł do kosza na śmieci. Może „poważna" to nie jest najwłaściwsze słowo. Może... - Pomocy! Pomocy! ...lepszym słowem byłoby „spokojniejsza".

BUMS!!!***? - Wielkie nieba! A to co znowu? - Tygrys go uratował = wyjaśnił Królik. - Biedny Prosiaczek. Powiedz mu, że zaraz tam przyjdę. Przepraszam. EEEE... — JAK TO SIĘ NAZYWA? — PROSIACZKA Pewnego dnia, gdy słońce znów ukazało się nad Lasem, przynosząc z sobą majowe wonie, a leśne strumyki szemrały radośnie, że znowu są śliczne, tak jak dawniej; gdy małe kałuże śniły sobie spokojnie o tym, co widziały, i których przygodach, których zaznały; gdy w cieple i ciszy Lasu kukułka ostrożnie próbowała swego głosu i nasłuchiwała uważnie, jak też on brzmi; gdy leśne gołębie użalały się między sobą i gruchały łagodnie o tym, że to była, oczywiście, wina tamtego i owego, ale że to nie ma większego znaczenia - otóż jednego z takich dni Krzyś gwizdnął w umówiony sposób i w chwilę potem przyfrunęła Sowa ze Stumilowego Lasu, aby dowiedzieć się, czego się od niej żąda. Ach — Puchatek i Prosiaczek. Wejdźcie, proszę, i rozgośćcie się. Przyszliście akurat na czas. Czas na co? — zapytał Puchatek z na dzieją w głosie. - Na małe... Na małe Conieco taoizmu. Hmm. Czy to niebezpieczne? — spytał Prosiaczek. Ani trochę. Wiesz, co to taoizm? Tak - odparł Prosiaczek, niezupełnie pewien. - Oczywiście. Widzisz, zanim pójdziemy dalej, musimy wyjaśnić taoizm.

Czy nie zrobiliśmy już tego? - zapytał Puchatek. To było w Tao Kubusia Puchatka. Tutaj też musimy powiedzieć coś Wyjaśniającego. Tak na wszelki wypadek. Na wypadek czego? - zdenerwował się Prosiaczek. Na wypadek... No, po prostu na wszelki wypadek. Myślę, że Puchatek mógłby coś o tym powiedzieć, ale on pewnie nie pamięta, co to takiego. Oczywiście, że mogę - powiedział Puchatek. - To jest... To coś takiego jak... A może nie? Chodzi mi o to, że... Tak też myślałem. Kiedy ostatnio wyjaśniałeś taoizm - powiedział Prosiaczek - pojechaliście z Puchatkiem do Chin. Jeżeli mamy znów tak zrobić, to będę musiał spakować trochę rzeczy. Nie, nie musimy jechać do Chin. Zostaniemy tu, gdzie jesteśmy. To dobrze - zamruczał Puchatek i podreptał do kuchni. Ponieważ zaczniemy od taoistycznego wyjaśnienia pochodzenia taoizmu, możemy równie dobrze zostać tutaj. Albowiem gdziekolwiek na świecie byśmy się znaleźli w dowolnym momencie, tam właśnie powstał taoizm - bez względu na to, czy go tak nazywano, czy inaczej. Powstał on przed Wielkim Rozdzieleniem... Tysiące lat temu człowiek żył w harmonii z przyrodą. Za pomocą tego, co dziś nazwalibyśmy telepatią, porozumiewał się ze zwierzętami, roślinami i innymi formami życia, z których żadnej nie uważał za „niższą" od siebie, a jedynie inną, mającą inne zadania do spełnienia. Pracował ramię w ramię z aniołami ziemi i duchami przyrody, z którymi dzielił odpowiedzialność za opiekę nad światem. Atmosfera ziemska różniła się bardzo od dzisiejszej - była znacznie bardziej wilgotna, pozwalając bujnie rozwijać się roślinności. Łatwo dostępne było niezmiernie różnorodne pożywienie: jarzyny, owoce, nasiona i zboża. Dzięki takiej diecie i wskutek braku nienaturalnego wysiłku, długość życia ludzkiego była wielokrotnie większa niż dzisiaj. Zabijanie zwierząt dla pokarmu lub jako „sport" było nie do pomyślenia. Człowiek żył w zgodzie z samym sobą i

różnorodnymi formami życia, które uważał za swych nauczycieli i przyjaciół. Ale, najpierw stopniowo, a potem coraz intensywniej, ludzkie ego zaczęło się rozrastać i rozpychać. W końcu, kiedy stało się przyczyną wielu niemiłych incydentów, uchwalono, że człowiek powinien zostać oddzielony, aby się czegoś nauczył. I tak wszelkie związki zostały zerwane. Samodzielny, z uczuciem odrębności wobec świata, który go stworzył, odcięty od pełni jego bogactwa - człowiek przestał być szczęśliwy. Zaczął więc szukać utraconego szczęścia. Kiedy znajdował coś, co mu je przypominało - próbował to posiąść i zabrać jak najwięcej, w ten sposób wprowadzając do swego życia napięcie. Poszukiwanie trwałego szczęścia i gromadzenie jego nietrwałych namiastek nie dawało mu jednak zadowolenia. Ponieważ nie potrafił już słyszeć tego, co mówiły inne formy życia, mógł jedynie próbować zrozumieć je przez ich działania, które często opacznie interpretował. Ponieważ nie współdziałał już z aniołami ziemi i duchami przyrody dla dobra wszystkich, ale usiłował manipulować siłami ziemi jedynie dla własnego dobra, rośliny poczęły kurczyć się i umierać. Atmosfera planety stała się sucha i pojawiły się pustynie. Przetrwało jedynie niewiele roślin, a i te z czasem wyrastały mniejsze i twardsze. W końcu utraciły wyraziste kolory i obfitość owoców swych przodków. Długość życia ludzkiego zaczęła się odpowiednio zmniejszać, pojawiły się i rozpowszechniły choroby. Z powodu coraz mniejszych zasobów żywności - i coraz intensywniejszego życia - człowiek zaczął zabijać i zjadać swych przyjaciół - zwierzęta. Szybko nauczyły się one uciekać na widok człowieka i stawały się coraz bardziej nieufne wobec jego intencji i zachowań. I tak Rozdzielenie się powiększało. Po kilku pokoleniach niewielu ludzi miało pojęcie o tym, jakie niegdyś było życie człowieka. Kiedy stosunek człowieka do ziemi stawał się jeszcze bardziej instrumentalny i rabunkowy, a jego świat społeczny i duchowy ograniczył się jedynie do świata jego gatunku - stosunek człowieka do własnej rasy stał się również instrumentalny i rabunkowy. Ludzie zaczęli zabijać i niewolić siebie nawzajem, tworząc armie i cesarstwa, zmuszając tych, którzy wyglądali, mówili, myśleli i zachowywali się inaczej niż oni, do uznania tego, co sami uważali za najlepsze. Życie stało się taką niedolą dla rodzaju ludzkiego, że jakieś dwa do trzech tysięcy lat temu

doskonałe duchy poczęły się rodzić na ziemi w ludzkich ciałach, aby nauczać prawd, które w większości zostały już zapomniane. Jednak do tego czasu ludzkość już się tak podzieliła i zatraciła wrażliwość na powszechne prawa działające w świecie przyrody, że owe prawdy były jedynie częściowo zrozumiałe. Z upływem czasu nauki owych doskonałych duchów były zmieniane z powodów, które można by nazwać politycznymi, przez dziedziczące je - tak bardzo ludzkie - organizacje. Ci, którzy doszli do znaczenia w tych organizacjach, pragnęli władzy nad innymi. Umniejszali wagę innych form życia i wykreślali z nauk stwierdzenia mówiące, że te formy mają dusze, mądrość i boski pierwiastek — i że niebiosa, z którymi byli w kontakcie, to stan Jedności z Boskim Pierwiastkiem, możliwy do osiągnięcia przez każdego, kto odsunie swe ego i podda się powszechnym prawom. Zaślepieni głodem władzy pragnęli, by ich wyznawcy wierzyli, że niebiosa to miejsce, do którego niektórzy ludzie - i tylko ludzie - idą po śmierci, miejsce, do którego można się dostać jedynie za pozwoleniem ich organizacji. Nawet doskonałe duchy nie potrafiły przywrócić pełni prawdy ze względu na negatywny wpływ ludzkiego ego. W ciągu wieków opowieści o Wielkim Rozdzieleniu i Złotym Wieku, który istniał wcześniej, przekazywane były przez wrażliwych i mądrych. Dziś na przemysłowym Zachodzie uznaje się je za zwykłe legendy i mity - fantazje, w które wierzyć mogą jedynie naiwni i niewykształceni, opowieści oparte wyłącznie na wyobraźni i emocjach. Pomimo tego, że dość spora liczba ludzi widziała anioły ziemi i duchy przyrody, a nawet z nimi rozmawiała, i że niejedna duchowa społeczność wyhodowała cudowne owoce i warzywa dzięki współdziałaniu z nimi i uprawianiu ziemi według ich wskazówek - opisy takich istot są powszechnie odrzucane jako „bajki". Również opisy Wielkiego Rozdzielenia, często podkolorowane i uproszczone, można znaleźć w świętych księgach religii całego świata, ale należy wątpić, czy wielu wyznawców tych religii rzeczywiście w nie wierzy. Niemniej jednak wiele umiejętności, wierzeń i praktyk z okresu przed Rozdzieleniem przetrwało. Na kontynencie północnoamerykańskim są one przekazywane w tym, co pozostało z nauk „indiańskich". W Europie zasadniczo już wymarły zupełnie, ale pewne ślady ich wpływu można nadal zauważyć w takich stosunkowo młodych zjawiskach, jak kręgi kamienne i „linie mocy"

(przez Chińczyków zwane „smoczymi żyłami"), czyli kanały, wzdłuż których koncentruje się energia ziemska. W Tybecie, do czasu inwazji komunistycznej, dawne nauki przechowywał buddyzm tybetański, w którym wiele tajemnych praktyk pochodzi z czasów poprzedzających buddyzm właściwy o tysiące łat. W Japonii można je znaleźć w niektórych rytuałach i wierzeniach ludowej religii szintoizmu („drogi duchów"). W Chinach zaś przekazywane były w taoizmie. Co więcej, mimo silnej opozycji ze strony komunistycznych władz chińskich, przekazywane są nadal. W dużym uproszczeniu, taoizm to droga życia w harmonii z Tao, Drogą Wszechświata, która przejawia się w działaniu świata przyrody. Taoizm można by nazwać filozofią albo religią, albo też ani jednym, ani drugim, ponieważ w swych wielu formach nie przystaje do żadnych zachodnich definicji i pojęć. W Chinach taoizm jest czymś, co można by uznać za przeciwwagę konfucjanizmu, skodyfikowanych i zrytualizowanych nauk K'ung Fu-tse, czyli „Mistrza K'ung", na Zachodzie lepiej znanego jako Konfucjusz. Chociaż konfucjanizm nie jest religią w zachodnim sensie, można go pod wieloma względami przyrównać do purytańskiego chrześcijaństwa z jego antropocentrycznym światopoglądem odrzucającym przyrodę, jego naciskiem na sztywny konformizm i jego autorytatywnym, jedynie słusznym, podejściem do życia. Konfucjanizm zajmuje się głównie stosunkami międzyludzkimi - regułami społecznymi i politycznymi oraz związanymi z nimi hierarchiami. Miał on wielki wkład w takie dziedziny, jak rządzenie, interesy, związki rodzinne i klanowe oraz kult przodków. Jego najbardziej żywotne zasady to prawość, przyzwoitość, dobroczynność, lojalność, zaufanie, obowiązek i sprawiedliwość. Mówiąc krótko - konfucjanizm zajmuje się miejscem człowieka w społeczności. Taoizm natomiast, w przeciwieństwie do konfucjanizmu, zajmuje się zasadniczo stosunkiem człowieka do świata. Jego wkład dotyczył przede wszystkim nauki, sztuki i rozwoju duchowego. Z taoizmu wyłoniły się chińskie nauki ścisłe, medycyna, ogrodnictwo, malarstwo pejzażowe i poezja przyrodnicza. Jego główne zasady to naturalna prostota, działanie bez wysiłku, spontaniczność i współczucie. Najłatwiej zauważalna różnica między konfucjanizmem a taoizmem to różnica postaw: konfucjanizm jest surowy, zorganizowany, patriarchalny, często

srogi; taoizm jest radosny, łagodny, dziecinny i pogodny - tak jak jego ulubiony symbol: płynąca woda. W klasycznym ujęciu taoizm uważany jest za nauki trzech osób: Lao-tse („Mistrza Lao"), autora najważniejszego, klasycznego dzieła taoistycznego Tao Te Ching, które miało być napisane około dwa i pół tysiąca lat temu; Chuang-tse („Mistrza Chuang"), autora kilku dzieł i założyciela szkoły pisarzy i filozofów w epoce Walczących Królestw, mniej więcej dwa tysiące lat temu; i. wreszcie na poły legendarnego Żółtego Cesarza, który rządził ponad cztery i pół tysiąca lat temu i któremu przypisuje się stworzenie różnych zasad i praktyk medytacyjnych, alchemicznych i medycznych. Byli to raczej wielcy organizatorzy i nauczyciele myśli taoistycznej niż jej twórcy, jak już bowiem powiedzieliśmy, to, co obecnie nazywa się taoizmem, powstało, zanim którykolwiek z nich się urodził, w okresie, który Chuang-tse nazywa Wiekiem Doskonałej Cnoty: W Wieku Doskonałej Cnoty ludzie żyli ze zwierzętami i ptakami jako członkowie jednej wielkiej rodziny. Nie istniały pojęcia „wyższego" i „niższego", które by wyróżniały jednego człowieka czy gatunek spośród innych. Wszyscy zachowywali naturalną cnotę i żyli w stanie czystej prostoty... W Wieku Doskonałej Cnoty mądrość i zdolności nie były uważane za coś nadzwyczajnego. Na mędrców patrzono jak na wyższe gałęzie drzewa ludzkości, które rosną nieco bliżej słońca. Ludzie postępowali właściwie, nie wiedząc nawet, że to jest prawość i przyzwoitość. Kochali i szanowali się wzajemnie, nie nazywając tego dobroczynnością. Byli ufni i uczciwi, nie uważając tego za lojalność. Dotrzymywali słowa, nie myśląc o zaufaniu. W życiu codziennym pomagali sobie na wzajem, nie roztrząsając zakresu obowiązku. Nie zastanawiali się nad sprawiedliwością, ponieważ nie było niesprawiedliwości. Żyli w harmonii ze sobą, innymi i światem i dlatego nie pozostawiali śladów swej działalności, a więc nie mamy obecnie żadnych fizycznych dowodów ich istnienia.1 Przez cały czas od Wielkiego Rozdzielenia taoiści starali się osiągnąć ów stan Doskonałej Cnoty 1 Ten i inne fragmenty z klasycznych tekstów orientalnych podane są w moim tłumaczeniu i adaptacji – B. H.

poprzez odrzucanie wszystkiego, co uniemożliwia harmonię z Tao. I tak, mówiąc o cnocie, dochodzimy do wyjaśnienia tytułu niniejszej książki. - Zastanawiałem się, kiedy wreszcie do tego dojdziesz — powiedział Prosiaczek. - No i doszedłem. Ale, w każdym razie... Przede wszystkim wyjaśnijmy, że chiński ideogram Te, taki jak w Te Prosiaczka, wymawia się mniej więcej jak DE. Jeżeli chcecie być bardzo poprawni, dodajcie nieco dźwięku „r” na końcu: DEr. A jeżeli chcecie być jeszcze bardziej poprawni, wymawiajcie to słowo jako coś pomiędzy DEr i DUr. A jeżeli... - A jeżeli chcecie być jeszcze bardziej poprawni — wtrącił Kłapouchy — to zapiszcie się na kurs korespondencyjny. - Och, Kłapouchy. Nie wiedziałem, że tu jesteś. Myślałem, że poszedłeś na moczary. - Jeżeli mówimy o poprawności — powiedział Kłapouchy — są to bagna. B-A-G-N-A. - Tak, byłem tam. Potem zrobiłem błąd i przyszedłem tutaj. A teraz, kiedy usłyszałem to, co chciałem usłyszeć, pewnie wrócę. - Cóż, nie będziemy cię zatrzymywać. - Tak właśnie wyglądają wyjaśnienia - mruczał Kłapouchy kierując się do drzwi. - Kłapouchy zawsze jest taki - powiedział Prosiaczek. - Nie zawsze — odparłem. - Czasami jest jeszcze gorszy. Jak mówiliśmy, słowo Te wymawia się jak DE. W klasycznym chińskim zapisuje się je na dwa sposoby. Pierwszy z nich łączy znak „wyprostowany" ze znakiem „serce". Razem oznacza to „cnotę". Drugi sposób dodaje jeszcze znak „lewa stopa", co w chińskim oznacza „kroczyć". Łączne znaczenie to „cnota w działaniu". Te nie oznacza, tak jak jego angielski odpowiednik, jednowymiarowego i pasującego do wszystkiego dobra czy podziwianego powszechnie zachowania, które uznaje się za zasadniczo

takie samo, bez względu na to, kto je posiadł. Jest to natomiast pewna szczególna cecha, moc duchowa albo ukryta zdolność, wyjątkowa dla danej osoby - coś, co pochodzi z wewnętrznej natury rzeczy. I coś takiego, dodajmy, czego posiadania ta osoba może być kompletnie nieświadoma - tak jak w przypadku Prosiaczka w książkach o Puchatku. W naszej książce zajmujemy się transformacją cnoty w cnotę w działaniu. A Prosiaczek, jak się nam wydaje, jest tym puchatkowym zwierzątkiem, na którego przykładzie najlepiej widać ten proces. Albowiem w książkach o Kubusiu Puchatku to Prosiaczek, i tylko Prosiaczek, przechodzi taką właśnie przemianę. BARDZO MAŁE ZWIERZĄTKO Prosiaczek mieszkał we wspaniałym domu w samym środku wielkiego buka, a wielki buk rósł w samym środku Lasu, a Prosiaczek mieszkał w samym środku domu. Tuż obok jego domu wisiał kawałek złamanej deski z napisem: „WSTĘP BRON". Gdy Krzyś zapytał Prosiaczka, co to znaczy, dowiedział się, że są to imiona jego dziadka, od dawna już zresztą używane w jego rodzinie. Krzyś powiedział, że nie można się nazywać WSTĘP BRON, a Prosiaczek powiedział, że owszem, można, bo tak się właśnie nazywał jego dziadzio i był to skrót od WSTĘP BRONEK, co znowu było skrótem od WSTĘPA BRONISŁAWA. I że jego dziadzio miał dwa imiona na wypadek, gdyby jedno zgubił: WSTĘP po jednym wujaszku, a BRONISŁAW po jednym WSTĘPIE. W taki właśnie sposób poznaliśmy Prosiaczka w trzecim rozdziale Kubusia Puchatka: Prosiaczka, który pragnie bezpieczeństwa ponad wszystko (mieszka w samym środku domu, w samym środku drzewa, w samym środku Lasu); Prosiaczka, który bardzo chciałby być Kimś (a więc wymyśla dziadka Wstępa Bronisława); Prosiaczka o piskliwym głosiku i różowych policzkach; Prosiaczka, zwanego Bardzo Małym Zwierzątkiem. W przeciwieństwie do Puchatka, który po prostu jest i działa, Prosiaczek doświadcza.

Przykładowo, kiedy Prosiaczek i Puchatek wpadli do Piaszczystego Dołu... - Puchatku - powiedział Prosiaczek z niepokojem i przytulił się do niego trochę mocniej - a może wpadliśmy w Pułapkę? Puchatek w tej chwili wcale o tym nie myślał, ale teraz skinął łebkiem, gdyż nagle przypomniał sobie, jak to kiedyś razem z Prosiaczkiem urządzili Misiową Pułapkę na Hohonie, i teraz zrozumiał, co się stało: on i Prosiaczek wpadli do Hohoniowej Pułapki na Misie. Ot, co się stało. - A co będzie, kiedy przyjdzie Hohoń? — spytał Prosiaczek drżąc, gdy usłyszał te okropne wieści. - Może on cię nie zauważy, Prosiaczku - pocieszał go Puchatek - bo ty jesteś Bardzo Małym Zwierzątkiem... - Ale on zauważy ciebie, Puchatku. - Tak, zauważy mnie, a ja jego zauważę - mówił Puchatek z namysłem - i będziemy się zauważać - on mnie, a ja jego przez długi czas, a potem on powie:„ho-ho". Prosiaczek wzdrygnął się lekko na myśl o tym „ho-ho" i zaczęły mu dygotać uszka. - A cco tty mmu ppowiesz? - zapytał. Puchatek spróbował pomyśleć o czymś, co mógłby odpowiedzieć, ale im bardziej myślał, tym bardziej czuł, że nie ma żadnej odpowiedzi na „ho-ho" powiedziane przez Hohonia takim głosem, jakim ten Hohoń to powie. - Nic mu nie odpowiem - rzekł w końcu Puchatek - tylko mruknę do siebie samego, jakbym czekał na coś. - A może on znowu powie „ho-ho"? - zapytał Prosiaczek drżąc. - Powie - odparł Puchatek. Uszka Prosiaczka zaczęły dygotać tak szybko, że musiał przyłożyć je do brzegu Pułapki, aby utrzymać je w spokoju. - Powie to znowu - rzekł Puchatek - a ja będę dalej mruczał i to go zaniepokoi, bo jeżeli ktoś mówi dwa razy „ho-ho" w sposób żarłoczny, a druga osoba tylko mruczy, i kiedy ten ktoś po raz trzeci zaczyna mówić „ho-ho", to znaczy, że...

Puchatek miał na myśli to, że nie będzie to już tak bardzo Hohoniczne. Przynajmniej nam się wydaje, że to właśnie miał na myśli. - A jeśli on powie co innego? - spytał Prosiaczek. Otóż właśnie. On wreszcie powie: „Co to wszystko znaczy?" A ja wtedy powiem - i to jest świetna myśl, Prosiaczku, która właśnie przyszła mi do głowy - ja powiem: „To jest Pułapka na Hohonie, którą sporządziłem, i czekam, żeby Hohoń w nią wpadł". I będę dalej mruczał. Wtedy on się bardzo zmiesza. - Puchatku! - zawołał Prosiaczek. - Uratowałeś nas! - Tak myślisz? - zapytał Puchatek, nie będąc tego zupełnie pewnym. Za to Prosiaczek był zupełnie pewien, I biegł myślą coraz dalej i dalej, i widział Puchatka i Hohonia rozmawiających ze sobą, i nagle pomyślał ze smutkiem, jak by to było pięknie, gdyby to on, Prosiaczek, rozmawiał z Hohoniem tak godnie, a nie Puchatek, chociaż on Puchatka bardzo a bardzo kochał. Bo prawdę mówiąc, to on, Prosiaczek, miał więcej rozumu niż Puchatek i rozmowa toczyłaby się lepiej, gdyby on, Prosiaczek, a nie Puchatek, był w niej jedną ze stron. A potem, po jakimś czasie, byłoby tak miło wspominać wieczorami ten dzień, kiedy to tak odważnie rozmawiał z Hohoniem, jak gdyby Hohonia wcale nie było. Teraz wydawało mu się to takie łatwe. O, Prosiaczek wiedział dokładnie, w jaki sposób będzie rozmawiał z Hohoniem, I tak to było w Piaszczystym Dole — dopóki nie nadszedł Krzyś, nie zajrzał do Dołu i nie zobaczył tam Prosiaczka i Puchatka. Wtedy sprawy nieco się s k o m p l i k o w a ł y. - Ho-ho! - zawoła! Krzyś na cały głos. Prosiaczek ze zdumienia i strachu poderwał się na pół łokcia w górę, ale Puchatek spał dalej. „To Hohoń" — pomyślał Prosiaczek z niepokojem, po czym chrząknął z lekka, żeby ani jedno słowo nie uwięzło mu w gardle, i najspokojniej w świecie i całkiem po prostu powiedział: Tra-la-la, tra-la-la - czyli to, co o tym właściwie myślał. Ale nie rozglądał się przy tym dookoła, bo jeśli ktoś rozgląda się dookoła i zobaczy nagle Groźnego Hohonia, patrzącego z góry, to może czasami zapomnieć o tym, co miał do powiedzenia. Rum-tum-tum, tra-la-bum - zanucił Krzyś głosem niby Puchatka...

„Powiedział nie to, co trzeba - pomyślał Prosiaczek zatroskany. - Powinien był powiedzieć jeszcze raz „ho-ho” więc może będzie lepiej, jeśli ja powiem to za niego..." - I w najdzikszy sposób, i się zdobyć, wykrzyknął: - Ho-ho! Skąd się tam wziąłeś, Prosiaczku? - zapytał Krzyś swoim zwykłym głosem. „To straszne - pomyślał Prosiaczek. - Ten Hohoń najpierw udaje głos Puchatka, a potem mówi głosem Krzysia, i robi to, żeby mnie zmylić". I już zupełnie zmylony, powiedział prędziutko i piskliwie: - To jest Pułapka na Misie. Czekam, żeby w nią wpaść, ho-ho! Co to wszystko znaczy i potem powiem „ho-ho" jeszcze raz! - Co takiego? - spytał Krzyś. - Pułapka na ho-ho-hy - powiedział Prosiaczek zachrypniętym ze strachu głosem. - Właśnie ją zastawiłem i czekam na ho-ho-ha, żeby przyszedł. Niezbyt to było imponujące, jak nam się wydaje. - O, witaj Prosiaczku. Co to za barczysty facet chodzi ostatnio za tobą? - To moja nowa ochrona - zapiszczał Prosiaczek. - Ochrona? A po cóż ci ochrona? Czy sam nie potrafisz zatroszczyć się o siebie? - Pewnie tak - odparł Prosiaczek. - Ale teraz czuję się znacznie bardziej bezpiecznie. - On wygląda dosyć upiornie. Mam nadzieję, że sprawdziłeś jego referencje. - Referencje? - Tak. Z miejsc, gdzie wcześniej pracował. Czy był notowany przez policję - aresztowany, skazany, i tego typu sprawy? - Ja... myślę, że chyba nie - odrzekł Prosiaczek. - No dobrze, przypuszczam, że wszystko jest w porządku. Jeśli naprawdę potrzebna ci ochrona. A tak przy okazji - co się stało ze starymi rodowymi srebrami? - Z czym? - No wiesz - srebrne noże, widelce, łyżki i inne rzeczy. Nie ma ich w tej szufladzie, gdzie

zawsze były. Więc tak się zastanawiałem, czy coś… - Nie - wyrzucił z siebie Prosiaczek. - On nie mógłby... To znaczy, one nie mogły.... Muszą być gdzie indziej albo coś takiego. Tak, na pewno. Muszą gdzieś być. One... -Ja... Przepraszam. Muszę już iść. Do widzenia. Dziwne. W tym miejscu możemy podkreślić fakt, że taoizm zawsze miał słabość do Bardzo Małych Zwierzątek. Pomijając zwierzęta jako takie - które konfucjaniści uważali po prostu za rzeczy do jedzenia, składania w ofierze lub ciągnięcia pługów i wozów — Bardzo Małymi Zwierzątkami w tradycyjnym, zdominowanym przez konfucjanizm społeczeństwie chińskim były kobiety, dzieci i biedacy. Gnębieni przez zachłannych kupców, właścicieli ziemskich i urzędników państwowych, biedacy byli na samym dnie konfucjańskiej hierarchii społecznej. Mówiąc inaczej - nie weszli do niej wcale. Kobietom, nawet z bogatych rodzin - a zwłaszcza z bogatych rodzin - nie wiodło się wiele lepiej, ponieważ konfucjaniści praktykowali aranżowanie małżeństw dzieci, wielożeństwo, krępowanie stóp (a właściwie to łamanie stóp) i inne zwyczaje tak poniżające dla kobiet, że nikt na dzisiejszym Zachodzie nie mógłby ich pojąć. Dzieci również nie miały zbytniej radości z życia. Dla zatwardziałego konfucjanisty dzieci istniały tylko po to, by zapewnić ciągłość rodu, okazywać bezwzględne posłuszeństwo rodzicom w każdej sprawie i opiekować się nimi na starość — a nie zajmować się jakimiś własnymi ideałami czy zainteresowaniami. W konfucjanizmie ojciec mógł zabić syna, jeśli ten był nieposłuszny albo okrył go hańbą, ponieważ było to uważane za przestępstwo. Z drugiej strony taoizm twierdził, że na szacunek trzeba zasłużyć, a jeśli Wielki Ojciec zachowywał się niewłaściwie, to jego rodzina miała prawo do buntu. Dotyczyło to w takim samym stopniu cesarza, jak i jego „rodziny", czyli poddanych. Jeżeli cesarz był tyranem, lud miał prawo zrzucić go z tronu. Wysocy urzędnicy konfucjańscy żyli w ciągłym strachu przed tajnymi stowarzyszeniami, pozostającymi pod wpływem taoizmu i buddyzmu, które były zawsze gotowe bronić gnębionych i obalić Smoczy Tron, gdyby warunki życia stały się nie do wytrzymania, co

zresztą często czyniły. Sympatie taoizmu stały zawsze po strome upośledzonych - wyrzutków i pechowców chińskiego społeczeństwa, łącznie z tymi, których zrujnowali skorumpowani urzędnicy państwowi i którzy zmuszeni byli stać się „braćmi, z zielonego lasu" (wyjętymi spod prawa) albo „gośćmi rzek i jezior" (włóczęgami). Chińskie sztuki walki zostały rozwinięte głównie przez mnichów taoistycznych i buddyjskich po to, by bronić bezbronnych i umożliwić im samoobronę. Lepiej byłoby je nazywać sztukami przeciw walce, jako że stosowano je nie tylko wobec zbrojnych bandytów, ale także przeciw żołnierzom władców i państw, kiedy tylko kierowali swe miecze w stronę słabych. Podczas gdy buddyjskie sztuki walki koncentrowały się na „twardych" formach obrony (z nich wywodzą się siłowe i bezpośrednie karate i Tae Kwon Do), taoiści skłaniali się do form „miękkich", takich jak płynne i pośrednie T'ai CHi Ch'üan czy Pa Kua Chang (podobne do judo i aikido, choć znacznie bardziej wyrafinowane). Przeciwstawiając się nadużyciom władzy, pisarze taoistyczni tak samo wykorzystywali swe umiejętności literackie, jak taoistyczni artyści walki czynili to z ruchami blokującymi i wrażliwymi punktami ciała. Łącząc fakty i fikcję literacką, nagłaśniali nieprawości możnych i ośmieszali ludzi kłamliwych, zarozumiałych, pompatycznych i okrutnych. Chociaż rozdrażnieni tym konfucjaniści często usiłowali położyć kres tego rodzaju pisarstwu, nie powiodło im się to, ponieważ sympatie zwykłych ludzi stały po stronie taoistów. Biorąc pod uwagę fakt, że wielmożni i potężni konfucjaniści mieli niewiele szacunku dla zwierząt i że często określali „niższe" warstwy społeczne Chin mianem „świń" i „psów", nie można się dziwić, iż pisarze taoistyczni pozostawili wiele opowiadań o zwierzętach - zarówno opisów rzeczywistych zdarzeń, jak i opowieści wymyślonych - w których odrażające stworzenia, takie jak myszy, węże czy ptaki padlinożerne, postępują w sposób tak godny, że ludzie powszechnie szanowani dobrze by uczynili naśladując je. W owych powiastkach odwaga, uczucie, wierność i uczciwość zwierząt przeciwstawiane są pretensjonalności i hipokryzji zamożnych posiadaczy ziemskich, kupców i urzędników państwowych. Jako jeden z wczesnych przykładów zacytujemy Chuang-tse:

Urzędnik do spraw modłów wszedł do chlewu w swych oficjalnych szatach i przemówił do świń: Dlaczego narzekacie? - zapytał. - Będę was karmił ziarnem przez trzy miesiące. Potem sam będę pościł przez dziesięć dni - a wy będziecie nadal jadły - i będę się wami opiekował jeszcze przez następne trzy dni. Wówczas rozłożę świeże maty i umieszczę was na rzeźbionym pniu ofiarnym, zanim nie poślę do świata duchowego. Biorąc pod uwagę wszystko to, co dla was uczynię, dlaczego miałybyście czuć się źle? Gdyby ten urzędnik naprawdę troszczył się o dobro świń, karmiłby je otrębami i plewami, i zostawił w spokoju. Lecz on spoglądał na sytuację z punktu widzenia własnego prestiżu. Wolał radować się szatami i czapką swego urzędu i jeździć w ozdobnej karecie - wiedząc, że kiedy umrze, poniosą go z pełnym splendorem do grobu, a nad trumną rozstawią wspaniały baldachim. Gdyby troszczył się o dobro świń, wszystkie te rzeczy nie byłyby dlań ważne. Zamożni konfucjaniści nie byli jedynym celem pisarzy taoistycznych. Tak jak Bracia Marx czy Flip i Flap, taoiści wykpiwali rozdmuchane ego. Widać to dobrze w opowieści zatytułowanej Pestka gruszy, autorstwa P'u Sung-linga z okresu dynastii Ch'ing: Dobrze ubrany rolnik sprzedawał swoje gruszki na miejskim rynku. A ponieważ były duże i smaczne, szybko zebrał sporo pieniędzy. Przechodzący obok taoista, ubrany w połataną opończę z bawełny i niosący na plecach małą łopatkę, przystanął obok wozu rolnika i poprosił go o gruszkę. Rolnik kazał mu odejść. Taoista odmówił, na co rolnik strasznie się rozzłościł. Nie minęło wiele czasu, kiedy krzyczał już na cały głos. - Przecież masz na swoim wozie setki gruszek - mówił spokojnie taoista. - Proszę tylko o jedną. Dlaczego więc tak się denerwujesz? Wokół nich zbierało się coraz więcej ludzi, przyciąganych przez powstałe zamieszanie. Niektórzy radzili rolnikowi, by rzucił biedakowi jakąś nadtłuczoną gruszkę. Rolnik odmawiał. W końcu, widząc, że zamieszanie może przekształcić się w bójkę, ktoś kupił gruszkę i wręczył ją taoiście. Podziękowawszy gorąco swemu dobroczyńcy, taoista zwrócił się do zebranego tłumu: - My, wyznawcy Drogi, brzydzimy się drobnym skąpstwem - powiedział. - Niech mi będzie

wolno podzielić się tą piękną gruszką z wami, dobrzy ludzie. Nikt jednak nie chciał wziąć kawałka gruszki taoisty. Przyglądający się nalegali, aby zjadł ją sam. Potrzebna mi jest jedynie pestka, którą zasadzę - odrzekł taoista - a wówczas będę mógł się wam odwdzięczyć. Zjadł owoc, zostawiając jedną małą pestkę. Łopatką wykopał dołek, wrzucił weń pestkę i przysypał ziemią. Następnie poprosił o gorącą wodę. Ktoś przyniósł ją z pobliskiego sklepu. Tłum patrzył, niczym zahipnotyzowany, jak taoista polewa ziemię w miejscu, gdzie posadził nasionko. Nagle pojawił się mały kiełek, który szybko rósł i zamienił się w drzewo. Gałęzie i liście wyrastały we wszystkich kierunkach. Drzewo zakwitło i wydało obfity plon wielkich, smakowitych gruszek. Taoista rozdawał gruszki wśród zebranych. Po krótkim czasie nie było już ani jednej. Wtedy, za pomocą swej małej łopatki, ściął drzewo. Machając ręką do tłumu, oddalił się wesoło, ciągnąc drzewo za sobą. Przez cały ten czas skąpy rolnik stał gapiąc się z rozdziawioną gębą. Teraz odwrócił się w stronę swych gruszek i stwierdził, że wszystkie zniknęły. Otrząsnął się szybko z wpływu uroku taoisty i zrozumiał, co się stało. Zobaczył, że część dyszla od jego wozu — zaskakująco przypominającego pień „gruszy" — została odrąbana. Po krótkich poszukiwaniach odnalazł dyszel pod murem, gdzie zostawił go taoista. Natomiast samego taoisty nie mógł nigdzie znaleźć. Tłum zanosił się od śmiechu, aprobując w ten sposób żart. Czyżby ktoś właśnie wszedł? Ach. - A więc to ty jesteś nowym ochroniarzem Prosiaczka. No, no. - Masz jakiś problem, facet? - Nie, skądże. - Dobrze. Na twoim miejscu nie próbowałbym żadnych sztuczek. - A ja myślę, że byś próbował. Pewnie masz w zapasie dużo takich sztuczek. Na przykład, można kogoś zwalić z nóg pociągając za dywan - taki jak ten, na którym stoisz.

- O czym ty gadasz, chłopie? - Ach, nic. Czuj się jak u siebie w domu. - Dzięki. Aby zrozumieć taoistyczną sympatię dla upośledzonych, trzeba najpierw zrozumieć taoistyczne podejście do władzy i potęgi, począwszy od potęgi wszechświata. Podobnie jak w innych sprawach, tak i w tej poglądy taoistyczne były zawsze w większym lub mniejszym stopniu przeciwne do konfucjańskich. Konfucjańska koncepcja Potęgi Niebios, choć dość niejasna, była w pewnym sensie zbliżona do bliskowschodniego wyobrażenia Boga, jakie znajdujemy w Starym Testamencie. Konfucjaniści nazywali ją T'ien - „Niebo", „Niebiosa", „Najwyższy Władca". Tien było męskie, niekiedy nawet w sposób okrutny. Trzeba było zjednywać sobie jego łaski za pomocą ofiar i obrzędów. Stawało po różnych stronach w walce, obdarzało potęgą. Przekazywało suwerenną władzę bezpośrednio cesarzowi, Synowi Niebios. Od niego państwo rozszerzało się w dół i na zewnątrz - od najwyższych urzędników do najniższych, od najpotężniejszych klanów do drobnych rodów. T'ien wyobrażano sobie jako jasność (i stąd stosowanie jasnych kolorów szat przez rodzinę cesarską i wielkie klany). Miało ono dawać materialny dobrobyt jako nagrodę (i stąd konfucjańskie zrównanie zamożności i dobroci). Jednym słowem, było uważane za budzące nabożny lęk — za coś, czego trzeba się bać raczej niż kochać (i stąd nacisk na bezwarunkowe posłuszeństwo wobec przełożonych, a także brak w konfucjańskim słowniku takich słów, jak „współczucie"}. Taki właśnie był obraz Potęgi Niebios przedstawiany przez konfucjanistów zwykłym ludziom. Na poziomie społecznym widoczny on był na sali sądowej, w sposobie traktowania składających zażalenia, świadków i oskarżonych, z których żaden nie miał prawa do porady prawnej czy obrony. Wszyscy musieli klęczeć na twardej podłodze (czasami w łańcuchach) przed magistratem, który, jako przedstawiciel cesarza w zarządzie lokalnym, miał prawo wydobywania zeznań i wyjaśnień za pomocą tortur - a ponieważ zgodnie z chińskim prawem nikt nie mógł być skazany, zanim nie przyznał się do winy, tortury były na porządku dziennym (stąd przysłowiowe „chińskie tortury"). Po wiekach takiego zastraszenia większość

Chińczyków starała się, jak tylko było to możliwe, unikać wszelkich kontaktów z oficjalną władzą. Niestety, taka niechęć do otwartego uczestnictwa w rządzeniu pozwalała jednemu tyranowi za drugim - w tym również obecnej totalitarnej biurokracji - przejmować i utrzymywać kontrolę nad całym narodem. W przeciwieństwie do konfucjanistów, taoiści uważali, że Potęga Niebios jest zarówno męska, jak i żeńska, co przedstawia taoistyczny symbol T’ai Chi - koło podzielone wygiętą linią na dwie połowy: jasną i ciemną albo męską i żeńską. Jednak Potęga Niebios działająca w świecie przyrody - to, co Lao-tse nazwał „Matką Dziesięciu Tysięcy Rzeczy" - była zawsze uznawana przez taoistów za zasadniczo żeńską w samym charakterze. Jest łagodna, niczym płynąca woda. Jest skromna i szczodra, niczym żyzna dolina, karmiąca wszystkich, którzy do niej przychodzą. Jest ukryta, subtelna i tajemnicza, jak krajobraz ledwo dostrzegany poprzez mgłę. Nie staje po niczyjej stronie ani nie udziela władzy. Nie można na nią wpłynąć ani jej zjednać ofiarami czy obrzędami. Wymierzając sprawiedliwość, tak jak i w innych sytuacjach, działa delikatnym dotknięciem, niewidzialną ręką. Jak ujął to Lao-tse: „Sieć Niebios ma duże oka, a jednak nic się przez nie nie prześlizgnie". Uciekając ze wstydem od wszelkich przejawów wyniosłości i egoizmu, przekazuje swe najgłębsze sekrety nie wysokim urzędnikom państwowym, napuszonym uczonym czy zamożnym posiadaczom ziemskim, ale ubogim mnichom, małym dzieciom, zwierzętom i „głupcom". Jeśli można by powiedzieć, że jest w jakimś sensie tendencyjna, to tylko na rzecz skromnych, słabych i małych. I w ten sposób wracamy znów do Prosiaczka. Jak każdy widzi, jest wiele złych stron bycia Bardzo Małym Zwierzątkiem. Jedną z nich jest to, że większe zwierzęta będą starały się je wykorzystać. Dla przykładu, przypomnijmy sobie słynny Plan Porwania Maleństwa opracowany przez Królika. Właściwie jak tylko Kangurzyca i Maleństwo pojawili się w Lesie, Królik zdecydował, że powinni go opuścić. Nie wiadomo dokładnie dlaczego - takie właśnie są czasami Króliki. W każdym razie plan Królika obejmował - co w króliczej terminologii oznacza: wykorzystywał - Prosiaczka i Puchatka.