uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 772 224
  • Obserwuję774
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 040 405

Campbell Armstrong - Bałtycki nokturn

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :1.7 MB
Rozszerzenie:pdf

Campbell Armstrong - Bałtycki nokturn.pdf

uzavrano EBooki C Campbell Armstrong
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 36 osób, 37 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 463 stron)

CAMPBELL AMSTRON BAŁTYCKI NOKTURN Zdecydowanie źle się działo w Edynburgu pod koniec sierpnia. Tłumy ciągnące Princess Street, wlewające się i wylewające na tę arterię prowadzącą do zamku, który wznosił się w lepkiej mgle niczym galeon, przyprawiały Jake’a Kivirannę o klaustrofobię. Roje amerykańskich i japońskich turystów goniących za okazją w sklepach, w których nic okazyjnego nie było, przygniatały go. No i w końcu pogoda: dżdżysto i nijako. Odkąd przedwczoraj dotarł do miasta, deszcz padał wolno i bezlitośnie. Nie mógł pozbyć się uczuda, że ma płuca zalane wodą. Spojrzał na starego timexa i stwierdził, ża ma jeszcze pół godziny do przyjazdu pociągu na dworzec Waverley. Ruszył w dół Rose Street słynnej edynburskięj ulicy barów, mijając z dala otwarte drzwi, przez które było widać całe rzesze pośpiesznie pijących klientów. Wybrał wreszcie pub, usiadł przy końcu lady, jedynym w miarę ustronnym miejscu, i zamówił gin. W lustrze za barem dostrzegł swoją twarz. Głęboko osadzone jasne oczy wywoływały lekki niepokój u każdego, kto w nie spojrzał. Nie miał zbyt wielu przyjaciół czy znajomych, nie licząc psychoanalityków i terapeutów, a i d nieliczni, gdy spotkali się z nim, zawsze znajdowali pretekst, by jak najszybciej pożegnać się. Było w nim jakieś napięcie, coś jakby z innego świata, coś co odstraszało potencjalnych przyjaciół. Nawet teraz, gdy siedział przy barze, jego wargi poruszały się nieznacznie jak wargi tych, która/ spędzali życie w całkowitej samotności i którzy rozmawiał! tylko z głosami, słyszanymi na dnie swoich czaszek. Na lewym rękawic wojskowej kurtki koloru khaki miał naszywkę z twarzą Myszki Miki, a na prawym małą

flagę amerykańską. Włosy ściągnięte brązową gumką tworzyły sztywny kucyk. Nosił rzadką brodę i wyglądał jak hippis-emeryt — relikt z innego czasu i miejsca. Przypadkowy obserwator pomyślałby zapewne, że jest zapóźnioną ofiarą kultu narkotyków, która wzięła w żyłę o jeden raz za dużo i nie udało się jej wrócić do normy, a teraz, biedactwo, telepała się po zwariowanym świecie, który sama wymyśliła. Lecz było w nim jednak coś więcej niż wrażenie człowieka nie z tego wymiaru. Coś z determinacji i przerażenia jak u potencjalnego świętego, który wyszedł z dziczy. Pociągnął kolejny łyk i spojrzał ponownie na zegarek Jeśli koleje brytyjskie przestrzegały swoich rozkładów jazdy, to mial jeszcze dwadzieścia pięć minut do przyjazdu pociągu na Waverłey, peron trzeci. Wsunął rękę do kieszeni kurtki i dotknął broni. Była to argentyńska dziewięciostrzałowa Bersa 225. Kiedy przyniósł ją do pokoju, doznał radosnego, wręcz zmysłowego mrowienia, gdy przesuwał pałcami po lodowato błękitnej gładzi luty i magazynka. Dwadzieścia minut Wyszedł, nie dopijając drinka. Do stacji miał około dziesięciu minut piechotą, ale zdecydował, że pójdzie bardzo wolno. Na Princess Street spojrzał na zamek. Przypominał mu teraz jakieś dzieło, coś co natura wyciosała wiatrem w skale i stale to doskonaliła. Wzdłuż ogrodów na Princess Street flagi poruszały się smutno. Plakaty reklamujące taki to a taki festiwal były pomięte, ociekające wodą, obojętne. Sztuki awangardowe, pantomima, Mozart, koncerty kobziarzy i bębniarzy. Przed sobą zobaczył wejście na dworzec. Zatrzymał się. By) poszturchiwany ze wszystkich stron przez ludzi z parasolami i bagażami. Grupa chłopców ubrana w barwy miejscowe) drużyny piłkarskiej przeszła obok, przepychając się i wydając jakiś bełkotliwy i denerwujący refren. Położył dłoń na kolbie i zbliży! się do stacji. Znowu znikąd pojawił się ten znajomy ból i zakorzenił się w jego głowie. Słyszeli sapanie lokomotywy, krzyki gazeciarzy i pisk hamulców kasztanowych autobusów. Dopiero teraz po raz pierwszy poczuł, że się denerwuje, że coś chwyta go za serce i że sztywnieje z zimna. To coś nie miało

nic wspólnego z pogodą. Poprawił torbę na plecach, zatrzymał się przed stoiskiem z gazetami, rzucił okiem na nagłówki i ruszył dalą. Z kieszeni dżinsów wyją) broszurkowy przewodnik i udając, że go przegląda, kartkowa!, ale niewiele widział. “Edynburg był zawsze znany jako Ateny Północy”. Druk zdawał się rozmywać w oczach, słowa i zdania zmieniały się w strużki szarą cieczy. Odłożył książkę i zaczął schodzić w dół na dworzec. Ponownie dotkną! broni. Wytar! ręką strugi deszczu z twarzy i palcami przeczesał wilgotny zarost Znowu wróciła neiwowość i drżenie, jakby kłoś włączył dodatkowy stymulator rytmu jego serca i ciała. Musi nad tym zapanować! Żadnych wewnętrzych niepokojów! Wszedł na dworzec — miejsce niesamowitego bałaganu, spóźnionych pociągów, komunikatów z megafonów, sterty bagaży, rozrzuconych gazet Bagażowi stali wokoło jak niecierpliwi grabarze czekający na koniec pośmiertnego panegiiyku, który słyszeli już miliony razy. Kiviranna szedł przez olbrzymi dworzec, oglądając perony. Głosy z megafonów przerażały go. Dziwne nazwy mówione dawnym akcentem. “lnverkeithing. Kirkcaldy. Kinghom”. Patrzył na tablicę odjazdów i przyjazdów. Ból pulsował pod czaszką. Czuł, że żuchwę ma sparaliżowaną Nienawidził tego uczucia, gdyż kiedyś powodowało ono irracjonalny, duszący lęk przed tym, że któregoś dnia zamknie usta i

nigdy już ich nie otworzy. “To tylko zwykły lęk, Jake!” Zawsze mu to mówili w różnych zakładach. I dawali proszki o słodko brzmiących nazwach, żeby złagodzić te lęki. Czasem to działało, czasem nie, a wtedy Jake przesiadywał bezsenne noce na krawędzi łóżka, owinięty w koc, dygocąc, wyobrażając sobie różne koszmary i słysząc niesamowite dźwięki napływające z wrogiej ulicy biegnącej pod oknem. Ruszył do wejścia na peron treeci. Kontroler spojrzał na niego, potem odwrócił wzrok. Znowu jankes i to z tych zabiedzonych. Studendak w średnim wieku zwiedza Europę w pięć i pół dnia Widział takich jak Jacob Kiviranna, “bitników” — tak o nich myślał — którzy przybywali tu z Amsterdamu z marihuaną w zelówkach, mieli sztywne oczka i mamrotali coś do siebie. Kiviranna omiótł wzrokiem peron pełen toreb pocztowych i kufrów. Podszedł do stoiska z gazetami i przerzucił kilka tytułów, potem obszedł halę dworcową i zatrzymał wzrok na tablicy przyjazdów. Siedem minut zanim będzie mógł nareszcie pozbyć się zła, które właśnie sunęło po śliskich szynach ku Edynburgowi. Pomimo potwornego kaca Frank Pagan czuł się całkiem znośnie ze swoim zadaniem eskortowania Aleksîsa Romanienki do Szkocji. W zasadzie nie lubił jeździć pociągiem, gdyż nawet przedziały pierwszej klasy były zatęchłe i niewygodne. Poza tym widoki z okna na pewno nie zapierały tchu — ściany granitowych budynków, żałosne ogródeczki, potrzaskane szklarnie. Czasem jakaś twarz w mijanym oknie spojrzała na przejeżdżający pociąg, jakby był wydarzeniem tygodnia. Ale dzisiaj antypatia do pociągów opuściła go. Poprzedni wieczór spędził dość burzliwie. Raczej niespodziewanie dla samego siebie upił się wódką w hotelu Savoy w Londynie z Aleksisem Romanienką. Siedział teraz w milczeniu i był zdumiony rześkością swego kompana. Rosjanin byt już po pięćdziesiąt- ce, a mimo to jego zdolności powrotu do normy po wlaniu w siebie takiej ilości wódki jak ubiegłej nocy, stawiały go wśród młodzieńców. Na wpół uśpiony rytmem jazdy Pagan spoglądał na siedzącego naprzeciwko Romanienkę, który rozprawiał o przyszłości przemysłu komputerowego w Związku Radzieckim. Silne, czerwone ręce żywo i swobodnie

gestykulowały. Wzruszał ramionami, przewracał oczami, śmiał się jak energiczny miody człowiek, który nie umie usiedzieć długo w bezruchu, pełen dziecięcego, zaraźliwego entuzjazmu. Pagan próbował odtworzyć wydarzenia z ostatniej nocy. Zaczęło się od grzecznościowej wizyty. Tyle wiedział na pewno. J Przyszedł do pokoju Romanienkj w Savoyu, by omówić plan ich podróży i szczegóły dotyczące bezpieczeństwa. Romanienko z typową dla wielu Rosjan zniewalającą gościnnością wyciągnął butelkę wódki, dwa kieliszki i zaproponował toast za zdrowie ltMojego nowego przyjaciela ze Scotland Yardu, mojej ochrony, pierwszego brytyjskiego policjanta, którego mam przyjemność poznać”. Następne toasty były nieuniknione. Kiedy otworzyli drugą butelkę, Pagan miał wrażenie, że zna Romanienkę całe życie. Potem były serdeczne uściski dłoni, niedźwiadek, gorąca dyskusja o nowym celu i nowym duchu w Związku Radzieckim. “Ujrzysz zmiany, o jakich nawet nie śniłeś. Idą wielkie zmiany”, i 1 wtedy Aleksis zrobił się tajemniczy jak komputer w posiadaniu I informacji, na które Pagan nie wpadłby nigdy w życiu. Rozdajac j uściski, mrugając porozumiewawczo, Romanienko sprawiał I wrażenie człowieka, który za chwilę wystrzeli z supertajną I rewelacją. A jednak coś go powstrzymywało. “Wielkie zmiany, f Wielkie niespodzianki. Patrz i czekaj)" | Zdawało mu się, że Rosjanin w którymś momencie płakał z j radości, toasty były coraz pełniejsze i odnosiły się do wspóHst-

nienia, pokoju i przyszłości Rosji. “To będzie kraj, Pagan, • dwudziestego wieku! Tak! Ze średniowiecza w epokę kom- \ puterów! Tak! Po tysiąckroć tak! Wypijmy jeszcze raz za nową. Rosję, i za mnie, i za ciebie Frank, za naszą nową przyjaźń!’’ Potem chyba zeszli do baru, bo Romanienko nabrał ochoty, by następne toasty “Za przyjaźń” spełnić w towarzystwie dam. Pagan pamięta! jeszcze czerwoną twarz Romanienki prze- i glądającego lubieżnie gości przy barze i to, że w końcu zdołał ; ściągnąć ze stoika jakąś małomówną pannę, tańczył z nią między i stolikami, obejmując ją obiema rękami w pasie, a jego tubalny i śmiech głuszył skutecznie jej nieśmiałe protesty. ! Miał mgliste wspomnienia z jazdy taksówką, ale szczegółów j nie pamiętał. A teraz jasnooki i zniewalający Romanienko śmiał ' się, opowiadając jakąś historię opóźnień w przemyśle radziec- kim w stosunku do Europy. Rosjanin znał mnóstwo dowcipów, ; głównie o niedostatkach w swoim kraju. Opowiadał je z wielką ¡, swadą, po angielsku moie niezbyt poprawnie, ale czarująco, i Oprócz Pagana i Romanienki w przedziale jechał jeszcze jeden pasażer. Nazywał się Danus Oates. Średni urzędnik z ! Foreign Office był młodym mężc^zną o dobrotliwej twarzy, j mówiącym z wypielęgnowanym akcentem z Harrow lub Eton. i Dzisiaj występował jako pilot-przewodnik Rosjanina i nie kwapił i się zbytnio do rozmowy. Jego udział ograniczał się do uwag o ; pogodzie i krótkiego wykładu o historii Edynburga, który wygłosił, jakby połknął kasetę z nagraniem. W korytarzu jechał także facet ze Special Branch oraz 1 milczący typ, prawdopodobnie z KGB, z radzieckiej ambasady. Ochrona Romanienki nie była zatem zbyt mocna. W gazetach nie pojawiły się żadne pogróżki ani symptomy wściekle an- tysowieckiej propagandy. Nie zauważono też wzrostu aktywności ugrupowań dysydencko-nacjonałistycznych. Romanienko ■ był w końcu jednym z wielu przeciętnych urzędników, bez nazwiska, z nadbałtyckiego kraju. Jego ochrona była bardziej grzecznością niż koniecznością, ale Frank

Pagan miał za zadanie dopilnować, by Rosjanin dotarł na festiwal, wysłuchał tego, czego chciał wysłuchać, tzn. symfonii Prokofiewa i następnego dnia wrócił cały do Londynu. Pagan odnosił się do tego zadania jak najpoważniej. —Czy zbliżamy się do Edynburga? — zapytał lekko podniecony Romanienko, patrząc przez okno. “Zupełnie jak chłopiec na pierwszym w życiu rejsie po morzu — pomyślał Pagan. — Wypieki na twarzy. Trochę za głośno mówi”. Oates odparł, ze dotrą tam za jakieś dziesięć minut Romanienko uśmiechną się, zapalił playersa i umilkł, zdaje się po raz pierwszy, odkąd pociąg ruszył z Londynu. Pagan patrzył przez okno. Było typowe, szare szkockie popołudnie: monotonne bezbarwne niebo, chmury nisko, a granitowe domostwa poplamione deszczem wyglądały ponuro i przygnębiająco. —Mogłoby nie padać — zauważył Oates. Do Szkocji najwyraźniej żywił uczucia Anglika z wyższych sfer. Była to kolonia, w której tylko dwie rzeczy stanowiły potencjalny temat do rozmowy, polowanie na kuropatwy i łowienie łososia. Rosjanin wzruszył ramionami. —Deszcz to dla mnie nie problem, przyjacielu. W Rosji znaleźć dobry parasol, to dopiero problem. Pagan uśmiechnął się i zamknął oczy. Romanienko i Oates rozmawiali o różach, których krzak Romanienko dostrzegł na którymś z podwórek. Oates nie odróżniał, co prawda, róży od rododendronu, ale wytrenowany w rozmowach o niczym, podtrzymywał temat z wytrawną swobodą. Wyszło na jaw, że róże to prawdziwy konik Rosjanina i rozprawiał o nich z prawdziwym entuzjazmem, a rękami pieścił przestrzeń wokół siebie, tok jakby dotykał płatków kwiatów.

Najprawdopodobniej miał ładny ogród wokół swojej daczy gdzieś nad Bałtykiem. Wyjął portfel z kieszeni i pokazał Oatesowi kilka zdjęć. Oates jedynie uprzejmie potakiwał. Pagan stwierdziwszy, że pizydaloby się rozprostować nogi i sprawdzić czy skacowany krwiobieg jeszcze działa, przeprosił, wyszedł na korytarz, otworzył okno i zaczął delektować się chłodem deszczu na twarzy. Facet ze Spedal Branch, który cały czas stał na korytarzu, uważał Pagana za dziwaka. W jego rozumieniu Pagan nie należał do swoich. Jego ubiór — brązowa koszula, beżowy, nie zawiązany krawat, workowaty brązowy garnitur i płócienne brązowe espadryJe — był nie na miejscu. Podobnie jak zachowanie — nie miał właściwego podejścia. Facet nazywał się John Downey. Czuł się urażony tym, że Paganowi powierzono ochronę Romanienki. Ilekroć pomyślał o Franku, tracił humor. Z typową dla pracowników zbiurokratyzowanych urzędów złośliwością, niektórzy ze Speciai Branch wręcz ucieszyli się, gdy Pagan bez sukcesu powrócił z USA, gdzie ścigał jednego z “pistołero” IRA. Znalazło się nawet paru, którzy w pubie “U Sherlocka Holmesa”, hucznie uczcili rozwiązanie sekcji antyter- rorystycznej Pagana. Wieści, które dotarły do Pagana głosiły, że był to wieczór kipiący radością. Nie obchodziło go nic a nic co tzw. koledzy o nim myślą. Nigdy nie oddawał się uprzyjemnianiu żyda innym i nie zamierzał zaprzątać sobie głowy opiniami tyle kretynów. W nawoskowanych wąsach Johna Downeya, jak i w całej jego twarzy było coś z oblicza przedstawiciela dawnego kolonialnego imperium brytyjskiego. Policzki miał wyciągnięte i zwiotczałe jak emerytowany fanfarzysta. —Planowałem coś lepszego na sobotę — powiedział Downey. — Totenham gra u siebie z Arsenałem. Chdałem iść na Pagan nie podzielał tej ogólnobrytyjskiej namiętności do futbolu. Patrzył, jak światło dnia znika, gdy pociąg wjechał w tunel, potem ciemność odeszła, znowu w polu widzenia miał twarz Downeya. Downey na chwilę przeniósł wzrok na siedzącego w przedziale Romanienkę.

—Nie wygląda imponująco jak na pierwszego sekretarza — stwierdził. Pagan pomyślał, czy na Downeyu wywarłby wrażenie tatuaż sierpa i młota na czole Romanienki. Uświadomił sobie nagle, że wpatruje się w kropelkę, która przylgnęła do gęstych, nieprzeniknionych wręcz wąsów Downeya, i to co go rozbawiło. —To zawód jak inne — odparł. — Pomyśl o sobie jak o dostawcy. Rosjanin dostarczony do Edynburga, potem odstawiony do Londynu i wszyscy zadowoleni. Przez chwilę wydawało się, że Downey podejrzewa ukrytą obelgę w tym porównaniu z dostawcą. Jednak znowu przybrał minę sprydarza. —Przynajmniej nie jest Irlandczykiem, no nie, Frank? Pagan uśmiechnął się lekko. Tacy jak Downey, kiedy uczepią się czegoś, to nie mogą puścić. Już wiele miesięcy Downey wracał do tematu Irlandii pod byle pretekstem. Pagan czuł cały infantylizm takiego zachowania, ale czuł także, że jest to pożywka dla jakiejś śmiesznej żądzy w głębi serca Downeya. “Co za życie ma facet — pomyślał. — Futbol i woskowanie tych cholernych wąsisk. Nie robi nic więcej poza wypowiadaniem tanich uwag pod moim adresem”. Zapewne, było to życie trudne. A może nie, może po prostu przerażająco proste. Wbrew sobie, wbrew postanowieniu, by nigdy nie odpowiadać na żałosne dodnki, Pagan czuł nieodpartą chęć ¿ręcznego odparowania Dow- neyowi. Wymagało to pewnej dozy energii, której ostatnio nie mógł

niestety w sobie znaleźć. Porusza! się w głębokiej wodzie, jakby niesiony prądem, apatyczny i bezwolny. Śmierć “pistolero” z IRA uradowała paru facetów w Scotland Yardzie. Mogli przynajmniej głosić, że facet znany jako Jig nie stanowił już zagrożenia. Usiłowali nawet zrobić z Pagana bohatera, ale było to skazane na : niepowodzenie, gdyż Pagan nie mial odwagi, by grać taką rolę. Poza tym kredyt wdzięczności, jeśli słowo kredyt jest tu od- ■ powiednie, przypisano FBI. Wreszcie, nie było nic z bohaterstwa ! w śmierci irlandzkiego zabójcy i Paganowi pozostał po całej sprawie tylko niesmak. Po rozwiązaniu Sekcji irlandzkiej dawano mu różne dziwaczne roboty, głównie ochronę dygnitarzy z krajów afrykańskich i ■ krajów Wspólnoty Brytyjskiej albo turystów z Europy Wschodniej jak Aleksis Romanienko, którzy przyjeżdżali do Anglii j załatwić co nieco i trochę pozwiedzać ten osobliwy, zielony kraj. ! Wpatrywał się w Downeya: * —Raga. Nie jest Irlandczykiem. Uśmiech Downeya przypomina] szramę na twara/. Lubił punktować Pagana, zwłaszcza gdy ten nie bronił się. — Przecież gdyby był, frank, nie daliby ci zbliżyć się do niego nawet na odległość kija. Pagan otworzył szerzej okno i deszcz uderzył Downeya w twarz, zmuszając do zmrużenia oczu i sięgnięcia do kieszeni płaszcza po chustkę. “Mały, ale punkt dla mnie" — pomyślał Pagan. Kłopot z ludźmi pokroju Downeya polegał na tym, że człowiek zniżał się do ich poziomu głupoty. Patrzył jak John Downey wycierał twarz chustką. Wilgoć zniszczyła wspaniały połysk i sztywność wąsów Downeya, które teraz kłębiły się nad jego górną wargą jak włochata larwa. —Przepraszam, John — powiedział Pagan — chyba masz ze sobą przybornik do woskowania. Szybko zamknął okno i wszedł do przedziału. Pociąg zaczął zwalniać, zbliżając się do dworca Waverley. Romanienko wyczekująco podniósł uarok: —Dojeżdżamy? —Za około minutę — odparł Pagan.

—Wspaniale, wspaniale. Romanienko wstał, przycisnął neseser do nogi. Miał na sobie angielski płaszcz nieprzemakalny, włoskie skórzane pantofle, miękkie i lśniące. —Czy zaraz zobaczymy zamek? — zapytał. —Tak — odpowiedział Oates. Pagan patrzył na zbliżający się peron. Kiedy pociąg stanął, otworzył drzwi przedziału i wysiadł. Romanienko zszedł tuż za nim, a Downey obok niego. Rosjanin głęboko wciągnął powietrze i powiedział, że dworce pachną tak samo na całym świecie, zaś Oates, który nie miał prawie żadnego doświadczenia z kolejami, zgodził się z nim chętnie. Posępny facet z ambasady radzieckiej szedł w niewielkiej odległości za nimi, rozglądając się na boki. Jego głowa obracała się na szyi jak dynia na grubej łodydze. Pagan przemierzył wzrokiem peron, obserwował wysiadających, witających, bagażowych ciągnących walizki, wyładowane worki pocztowe. Był zbyt duży ruch, by ogarnąć go w całości, Idąc jakieś dwa metry przed Rosjaninem, spojrzał w kierunku barierki wejściowej oddalonej około dwudziestu metrów. Za nią tłum był jeszcze gęstszy. “Cholerny festiwal — pomyślał. — 1 do tego ten mecz. To jest nie do opanowania”. Otoczenie nie było należycie izolowane i to go niepokoiło. Ale niepokój ostatnio trapił go dągle — uczucie bezpodstawnego lęku. Przypuszczał, że jest częściowo skutkiem jego nastroju w ogóle, jego niezdecydowa- nia. Uczucie, że jego życie i kariera to dwa goniące bez celu i sensu kundle. —Rozumiem, że przy dworcu czeka na nas samochód — powiedział Oates. — Mamy obiad w hotelu George,

najlepszym w mieście. Szef kuchni przygotowuje wyjątkowe danie z łososia, specjalnie na pana cześć. Pagan pomyślał, co ma znaczyć “wyjątkowe" w tym przypadku . Miał nadzieję, źe nie będzie to jakieś monstrum kulinarne jak łosoś w sosie malinowym z owocami kiwi gotowanymi bez skór. Nagle zatęsknij za frytkami i nfeą, jaką jadał w dzieciństwie, i zatłuszczonej gazety, najchętniej “The News of the World", pełnej niesamowitych historyjek o pastorach sadystach. Poczuł nieodpartą chęć, by wyciągnąć Romanlenkę z tej masy oficjalnych spotkań i zgubić się z nim gdzieś w bocznych uliczkach miasta, w półmrocznych pubach, podwórkach i zaułkach, tam gdzie ludzie żyją prawdziwym życiem. “To właśnie tak jest naprawdę, Aleksis, tego nie znajdziesz w restauracji hotelu George”. —Musimy zwiedzić zamek zaraz po obiedzie — powiedział Romanienko. W jego głosie brzmiało autentyczne pragnienie, Coś ciągnęło go do zamku, —Ależ oczywiście — odparł Oates. Pagan spojrzał w kierunku barierki. Tłum kłębił się dookoła, Komunikaty z megafonów bębniły w powietrzu. W wyjściu, w pewnej odległości od barierki Pagan dostrzegł kwadrat szarego, deszczowego nieba. Ponure sobotnie, sierpniowe popołudnie w najbardziej surowej stolicy Europy. Romanienko wpatrywał się w ogromny szklany dach dworca. Doszli do barierki, Pagan metr, półtora przed Romanienką i pozostałymi. 1 wtedy to się stało. Kiedy pociąg staną!, Kiviranna stał jakieś dwa metry za barierką. Z ręką zasłaniającą kieszeń z bronią zrobił krok, może dwa do przodu, przepychając się przez tłum. Dawne, ale czuł się niesłychanie samotny. Obserwował jak grupa z Romanienką zbliża się do barierki. W sumie pięciu ludzi. Romanienko rozmawiał z mężczyzną w płaszczu z wielbłądziej wełny i garniturze w prążki. Z jego lewej strony szedł mocno zbudowany mężczyzna z wąsaml, zaś przed Rosjaninem krótkowłosy facet w brązowym garniturze, który rozglądał się bacznie dokoła. Grupę zamykał mężczyzna, którego strój i fryzura jednoznacznie wska- zywały, że jest on Rosjaninem, najprawdopodobniej z KGB.

Nie spuszczając oczu z Romanlenki, Kiviranna przeszedł za barierkę, Posunął się jeszcze dalej, wciskając się między bagażowego i grupkę dostojnych, starszych Szkotek z laskami i parasolkami. Starsze panie usiłowały nakłonić bagażowego do zajęcia się ich bagażem. Kiviranna wyciągnął pistolet z kieszeni i okrył go dłonią. Potrzebny byl jeden dobry strzał i to wszystko. Jeden celny strzał w Romanienkę. Podniósł broń. Odgłosy komunikatów z megafonów łomotały pod czaszką, a potem rozmyły się w serię bliżej nieokreślonych ech, W tej chwili nie był świadomy niczego prócz odległości między pistoletem a Romanienką. Na twarzy Romanienki, gdy zobaczył pistolet, pojawił się grymas przerażenia i niedowierzania. W daremnym odruchu obronnym podniósł teczkę przed oczy. Kiviranna wystrzelił prosto w serce Rosjanina. Tamten krzyknął i padł wypuszczając teczkę, która upadła tuż obok Przerażone u^strzalem gołębie zatrzepotały pod sufitem. Ktoranna zaczął biec, ale wysoki facet w brązowym garniturze, którego zaskoczenie nie trwało dłużej niż ułamek sekundy, chwycił go w pasie jak zawodowy rugbista l powali) na ziemię. Szamocąc się z zamachowcem, rozbrajając go, nakładając kajdanki, Pagan słyszał i czuł za sobą cale zamieszanie. Wrzeszczące starsze panie, dwóch bagażowych biegnących w przeciwne strony, pojawienie się dwóch mundurowych policjantów, którzy natychmiast zaczęli odsuwać ciekawskich, także grupę kibiców piłkarskich, dła których ten obraz brutalności i przemocy tu na

Waverley był niewątpliwie bardziej atrakcyjny niż to, co mogli zobaczyć na boisku. Strzelanina i zamieszanie. Tego Pagan nie lubi!. Strzelanina i zamieszanie, którym nie zdołał zapobiec i to zirytowało go najbardziej. Zostawił skutego i leżącego twarzą do ziemi zabójcę, zlecając czuwanie jednemu z policjantów i odwrócił się ku Romanience, który leżał na plecach, z wciąż otwartymi oczami, nie jak ktoś porażony śmiercią, lecz będący w transie katatonicznym. W piersi Rosjanina ziała potworna rana, a Danus Oates powtarzał tylko: “O, Boże, Boże” głosem człowieka, który za chwilę dowie się, że zostanie zdegradowany w hierarchii Foreign Office. John Downey, jedyny, który wiedział jak się zachować w scenie morderstwa, napierał całym ciałem na tłum ciekawskich i klnąc odpycha! widzów. Było w tym coś z szaleństwa i obłędu, które z reguły wyzwalają się na widok krwi. Tak właśnie zlatują się muchy żądne uczty ze świeżo zabitego dała. Frank Pagan miał strzec tego człowieka, ale zawiódł fatalnie i teraz Romanienko, ten jowialny, gadatliwy nowy przyjaciel, leżał martwy. “Do tego właśnie miałeś nie dopuścić, Frank! — pomyślał Pagan. — To miało być łatwe zadanie. Byle niańka zrobiłaby to znacznie lepiej i bez wysiłku”. A teraz wszystko wzięło w łeb i Pagan poczuł, że żołądek ściska mu się w supeł. Oates jak lunatyk sięgnął po teczkę Romanienki leżącą obok ciała. Facet z ambasady, który przez całą drogę nie powiedział słowa, teraz odezwał się: —Proszę teczkę! — i zrobił krok w kierunku Oatesa, wyciągając rękę. Pagan wkroczył między nich. Zabrał teczkę Oatesowi i powiedział: — Zabieram ją. * - Wręcz przeciwnie, panie Pagan — powiedział Rosjanin doskonałą angielszczyzną — to ja ją wezmę do naszej am basady. W teczce mogą znajdować się oficjalne dokumenty będące własnością ZSRR. Prywatne i poufne. —- Nawet gdyby byl tam plan pięcioletni dla cholernej Syberii — powiedział Pagan — zabieram ją. Zamordowano człowieka, a jej zawartość może być pomocna w śledztwie. Jeśli okaże się, że nie. zwrócimy

teczkę. Oates mruknął coś o możliwym incydencie dyplomatycznym. Ostatnie słowa były chyba najgorszym bluźnierstwem w jego słowniku. Pagan trzymał teczkę mocno przy sobie. Rosjanin spojrzał na Oatesa: —Proszę wyjaśnić panu Paganowi.że teczka jest własnością radziecką. Proszę także wyjaśnić zasady prawa międzynarodowego. Oates zaciął się. Cały jego schludny świat nagle runął i teraz sprawiaj wrażenie człowieka, który nie wie niczego na pewno. Protokół dyplomatyczny, prawo międzynarodowe? Przez chwilę chyba nawet nie wiedział, jak się nazywa. Miał minę jak ktoś, kto w starości odkrywa, że byl adoptowanym dzieckiem. —Nie jestem pewien. To nie moja specjalność — to było wszystko co zdołał wykrztusić. Paganowi zrobiło się go żal. Staranne wychowanie i najlepsze. szkoły nie przygotowały Danusa Oatesa do widoku przemocy innego niż bażant zastrzelony ze śrutu przez gentlemana. —Zatrzymuję ją — uciął Pagan — i kropka. Rosjanin nie zamierzał ustąpić. Sięgnął ręką i próbował wyrwać mu teczkę. Pagan położył rękę na jego piersi i odepchnął go. Chwilę przepychali się, co mogło skończyć się poważną bijatyką gdyby nie to, że wokół roiło się zarówno od policjantów mundurowych, oderwanych od obowiązkowego sobotniego meczu, jak i tych po cywilnemu z Edinburgh Special Branch. Wyły syreny karetek pędzących na pełnym gazie w strugach deszczu. Przyciskając teczkę Pagan poc2uł się wyczerpany tym,

co się wydarzyło, a zarazem wściekły na siebie, że stal się winnym niewykonania zadania tak łatwego, jak zjedzenie bułki z masłem. Obok pojawił się wysoki, siwy mężczyzna z teatralnie nastroszonymi bakami. Przedstawił się jako inspektor Dalrymple z Edinburgh Special Branch. Poruszał się spokojnie, trochę melancholijnie i oglądał scenę zbrodni, tak jak zawodowy krytyk teatralny ogląda kiepskie przedstawienie amatorskie. Pagan wyjął legitymację i pokazał inspektorowi, na którym wywarta ona odpowiednie wrażenie. —Wielka szkoda, panie Pagan, że stało się to w naszym szacownym, starym Edynburgu. Okropnie zepsuje nam to reputację — popatrzył na dało, potem na skutego zabójcę leżącego bez ruchu. — Pomogę wam usunąć stąd zwłoki. Przynajmniej tyle. Nie zaśmiecać Edynburga, czyż nie? Nie odstraszać turystów, w końcu to nie Glasgow. Tu Dalrymple chrząknął znacząco, gdyż Glasgow w opinii edynburczyków było siedliskiem zbrodni i przemocy, co podkreślali aż do znudzenia. Strosząc potężne bokobrody, inspektor zaczął wydawać polecenia swiom ludziom. Sanitariusze, odwieczni towarzysze bólu i śmierci, zjawili się z noszami. Wkrótce miały zniknąć wszelkie ślady zbrodni. Tylko plamy zakrzepłej krwi i wspomnienie o morderstwie będą istnieć jeszcze jakiś czas. Pagan patrzy! jak układają Romanienkę na noszach. Mogło się wydawać, że na tym w zasadzie koniec sprawy. Ale nie ostateczny, o czym Frank Pagan wiedział aż za dobrze. John Downey wynurzył się z tłumu i stanął obok. “Znowu ten sęp” — pomyślał Pagan. Downey wysmarkał głośno nos i z zainteresowaniem przyjrzał się chustce, groteskowo zafascynowany swoją wydzieliną. — Widzisz, Pagan — powiedział wkładając chustkę do kieszeni — ja na to mówię: Masz, babo placek1 —Zawsze podziwiałem twój bogaty zasób idiomów, John. Downey uśmiechnął się, a w zasadzie brutalnie wykrzywił wargi.

—Wdepnąłeś w niezłe gówno, Frank Romanienko to był zdaje się twój osesek, którego przypadkiem wylałeś z kąpielą. Komisarz będzie potrzebował więcej digitaliny, żeby to strawić, koleś. “Niezłe gówno — pomyślał Pagan. — Cale bajoro gnojówki”. Patrzył na Downeya Chciał mu przyłożyć, tak żeby tamten zesztywniał. Oparł się jednak pokusie, nawet gdy zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy od wielu miesięcy pragnie czegoś naprawdę. A więc kołatał się w nim jeszcze jakiś duch, resztka ikiy. Pomimo całego chaosu wokół poczuł, że krew zaczyna krążyć szybciej, a nerwy znowu pracują jak powinny, że wraca do życia. Może to jeszcze nie to, może za dużo w tym bałaganu, ale wyprostować to będzie musiał sam. W pewnym sensie był panem nieciekawej sytuacji jak człowiek, który odziedziczył dom, a potem okazało się, że razem z duchami. Typ z ambasady radzieckiej, który ocierał się o Pagana w nadziei, ze uda mu się wyrwać teczkę, powiedział: —Obiecuję ci Pagan, że jeśli nie oddasz teczki, to jeszcze się spotkamy. “Ta obietnica to chyba jedyna pewna rzecz w całym splocie niepewności” — pomyślał Pagan Odwrócił się i skierował do miejsca, gdzie skuty morderca leżał bez ruchu. Masywny mężczyzna, który stał na wałach zamku, miał na sobie czarny garnitur uszyty specjalnie na miarę przez krawca z Trzydziestej Drugiej Wschodniej Ulicy na Manhattanie. Starannie włożony na głowę kapelusz filcowy z podłużnym podwiniętym rondem doskonale pasował do całości. W twarzy jakby wykutej w skale dominował zniekształcony nos, Można by sądzić,

że człowiek ów był kiedyś bokserem, ale czyste oczy nie miały nic z tępoty wyblakłych oczu byłych zawodników. Miał sześćdziesiąt Jat, był muskularny i twardy — znak, że dużo ćwiczył i zawsze przywiązywał należytą wagę do kondycji. W przeszłości tylko dzięki żelaznej kondycji uratował życie. Swoje dało nosił z dumą. Ze srebrnej papierośnicy wyjął papierosa i przypalił go 2iotą zapalniczką firmy Dunhill, na której były wygrawerowane jego inicjały: M.K. Nie zaciąga! się. Wypuści! chmurę dymu i spojrzał w dół na miasto, podziwiając refleksy świetlne na ciężkich deszczowych chmurach idące od zalanych światłem pomników. Deszcz, którego strugi jeszcze niedawno spływały na miasto, teraz zelżał do lekkiej mżawki. Niespodziewanie noc stała się piękna, wręcz majestatyczna. Mężczyzna nie mógł oprzeć się jej urokowi. Z daleka dobiegły dźwięki kobz. Muzyka ta była mu zupełnie obca, ale zdecydowanie i niezaspokojona tęsknota w każdym dźwięku wzruszyły go. Szkocja nie była jego ojczyzną, ale niewielka przestrzeń dzieliła go od rodzinnych ziem. Morze Północne po Skandynawię i Bałtyk, to żadna odległość Poczuł bolesny skurcz nostalgii. Uczucia, które kiedyś tak mocno i niszcząco nim szarpało. Teraz przyzwyczaił się z tym żyć, umiał nad nim panować. Chociaż wciąż tylko w pewnym stopniu. Bardzo często był zaskoczony tym, w jaki sposób nostalgia wpełza w niego i jak wygłodniały sęp rozdziera szponami serce. Zdusił nogą niedopałek. Dzisiejsza noc nie była nocą starych drapieżców. Nie była to także noc na wspominanie Estonii, której nie widział od 1949 roku, kiedy to został schwytany przez Sowietów i wrzucony do przepełnionego bydlęcego wagonu pociągu wiozącego na Syberię tysiące wyrzuconych z domów i wydziedziczonych dzielnych Łotyszy, mężnych Litwinów, nieprzejednanych i upartych łudzi, którzy chociaż przegrali bitwę, to pewnego dnia wygrają wojnę, bo mają oręż, którego ani Stalin, ani jego izeźnicy nie zdołali im wydrzeć. Mają nienawiść. Ruszył wzdłuż wału, gorąco pragnąc, Boże, jak gorąco pragnął, by przechadzać się teraz po bruku ulicy Pikk, obok klubu Mustpeade, przez Suur Rannavarav i dalej do portu w Tallinie, by popatrzeć na statki. Albo

nie, obok średniowiecznej baszty Kiek-in-de-kók i statuy Lindy aż do Hirve Park, gdzie tyle razy spacerowali tra/mając się za ręce, on i jego żona Ingrida, w letnią czerwcową noc, kiedy wydawało się, że ich gwiazda nie zajdzie nigdy. To był jego sen, marzenie o umarłym mieście, o wspaniałym ciele skąpanym w perłowym świetle. Ale nie chciał ulec naporowi wspomnień. Wiedział dokładnie jak Tallin z jego wspomnień zmienił się pod okupacją sowiecką. Rosjanie zburzyli historyczne, stare domy, przemianowali ulice i wznieśli te swoje przerażające betonowe pudła tak straszne, a typowe dla architektury komunistycznej. Sprawdził czas. Dochodziła dziewiąta Czekał od ponad godziny. Ale cóż znaczyła jedna godzina wobec czterdziestu trzech lat, które upłynęły od dnia, kiedy Rosjanie “oswobodzili” jego ojczyznę. Starzy jak on nauczyli się jednego — śpiewać cichym głosem: cierpliwości. Spojrzał na młodego człowieka stojącego obok. W jego błękitnych oczach odbijały się światła miasta. —On już nie przyjdzie, Michaił — powiedział młody człowiek. Był niezwykle przystojny, chwiłami anielsko piękny, ale całkowicie nieświadomy doskonałości swojej urody, gdyż wygląd zewnętrzy nic dla niego nie znaczył. Kiedy wchodził do restauracji albo do innego pomieszczenia pełnego ludzi, wszystkie głowy odwracały się w jego stronę, serca zaczynały trzepotać, głównie u kobiet, o co zresztą wcale nie dbał. Jego chłód i oboj ętność tylko wzmacniały ogólne pożądanie Nie byl jedynie

przystojnym, młodym mężczyzną — by) jak urokliwa cząstka otoczenia, rzucająca wyzwanie i trudna do zdobycia. Michał) Kiss odwrócił twarz od bratanka i wykonał bliżej nieokreślony gest potężną ręką. Zabijał tymi rękami. Kopal nimi groby i grzebał swoich martwych towarzyszy. —Jeśli nie przyjdzie, to musi mieć diablo ważny powód. —Na przykład? Michaił Kiss wzruszył ramionami. A kto to może wiedzieć? Trudno byio zorganizować spotkanie. Czasem coś się psuło, ktoś pomylił rozkład jazdy, zapomniał przestawić zegarek w innej strefie czasowej, samolot miał opóźnienie, pociąg stal pod sygnałem — tysiące przeszkód. W tym świecie nic nie było doskonałe z wyjątkiem zemsty, którą nosił w specjalnym miejscu na dnie serca. Pielęgnował ją i odżywiał jak niepowtarzalną roślinę. Była mu bardzo droga, a przysięgi wypowiedziane dawno temu wciąż żywe. Był człowiekiem, który ciągle oddychał atmosferą tamtych łat. Zbliżył się do młodego mężczyzny. Widział, jak mięśnie drgają temtemu pod skórą na policzkach, jak drobne kropelki deszczu osiadają na blond włosach opadających na kołnierz płaszcza. —Coś musiało pójść nie tak, Michaił. Michaił Kiss położył dłoń na jego barku i uścisnął go. Nie odpowiedział. Rzadko dopuszczał do siebie najgorsze myśli, chyba że nie pozostało nic innego. Pochopne wyciaganie wniosków to coś dla młodych i nieposkromionych. Młody mężczyzna, Andres Kiss, oparł się o kamienny parapet i spojrzał w dół, w ciemność otaczającą skałę, na której stał zamek. Nerwowo gładził chropowaty kamień. Być może ktoś czujący historię i upływ czasu mógłby teraz wyobrazić sobie kamieniarza kładącego ów blok w tym miejscu, setki lat temu. Może nawet spękaną skórę, twarz, skupienie w oczach i dziwiłby się jak echa; przeszłości rozbrzmiewają dzisiaj. Ale nie Andres Kiss. Jego świadomość historyczna liczyła czterdzieści lat.

Odwrócił twarz i spojrzał na stryja — Mam złe przeczucie — powiedział. — On chyba nie przyjdzie. Michaił Kiss zmrużył oczy, gdy podmuch wiatru wcisnął w nie kilka kropelek mżawki. Czuł dokładnie to samo co jego bratanek, czuł że coś poszło nie tak, że tam na dole, gdzieś wśród latam i neonów coś zupełnie nieoczekiwanego przytrafiło się AJeksisowi Romanience.

Zawidowo, Związek Radziecki • | Był to prosty, trzyizbowy dom na skraju Zawidowa i dwustu- kilometrowego obszaru lasów zaczynających się jakieś sto I sześćdziesiąt kilometrów od Moskwy. Otaczały go zewsząd ' drzewa i był prawic niewidoczny, dopóki ktoś nie zbliżył się na * odległość około dwudziestu metrów. Prowadziła doń ubita , wiejska droga, pełna ubojów. Dimitrij Wołowicz z trudem ■ prowadzi! samochód, omijając w ciemności zdradliwe nierów- i ności. Zatrzymał się kilka metrów od domu, wysiadł i otworzył I tylne drzwi. Z samochodu w ciemność zakłócaną słabym ; światłem jednego z okien domostwa wynurzył się pułkownik . Wiktor G. Jepiszew. Wsunął do ust palec i przez chwilę gmerał ' nim w poszukiwaniu jakiejś upartej łupinki jabłka, które zjadł w t drodze z Moskwy. Miał przyjemną okrągłą twarz jak dobry • wujaszek Nie było w niej nic szczególnego, pasowała do całej , reszty. Na Zachodzie można byłoby wziąć go za maklera ' giełdowego albo licencjonowanego księgowego. Zachowanie i ; maniery dobrotliwego wujaszka wyćwiczył przez cale łata służby \ w szefostwie KGB. Nawet najzacieklejsi wrogowie czuli się 1 rozbrojeni w jego obecności. Owi wrogowie to uwięzieni \ dysydenci polityczni, praktykujący chrześcijanie czy Żydzi tuła- ■ cze, których zamiast do Izraela wysłał w przeciwną stronę, w dużo : chłodniejsze okolice niżby chcieli. Wszyscy oni nazywali go . Wujaszkiem Wiktorem. Jednak jego imię wymawiali bez o- drobiny życzliwości. Odwrócił się w stronę oświetlonego okna. Dobiegły go dźwięki ulubionej muzyki Greszki, muzyki zupełnie nieodpowiedniej dla rosyjskiej nocy. Zastanawia! się, co też ten stary człowiek widział w amerykańskich piosenkach country. Owo dziwaczne upodobanie pojawiło się, gdy Greszko wrócił pod koniec lat czterdziestych z półrocznego pobytu jako rezydent radzieckiej ambasady w Waszyngtonie. Jepiszew wszedł do domu, a za nim porucznik Wołowicz. Jako oficerowie KGB nie mieli żadnego oficjalnego powodu czy rozkazu, by składać wizyty Greszee, który rok temu został zdjęty ze stanowiska

przewodniczącego KGB. Teraz po prostu nie istniał. W kołach rządzących był persona non grata, nawet jeśli byli tacy, którzy wciąż się go obawiali i z niecierpliwością czekali na wieść o jego śmierci. W drzwiach sypialni zjawiła się pielęgniarka. Była to niska, czarnowłosa Jakutka o orientalnych rysach i niewinnych pulchnych policzkach. Jepiszew nie ufał jej, mimo że swoje obowiązki wykonywała szybko i bezbłędnie. Mówiła bardzo słabo po rosyjsku, sprawiała wrażenie, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, iż Greszko może mieć gości, ale poza tym nigdy nic nie wiadomo. Pułkownik, który wszczepiał i rozwijał w innych poczucie paranoi nie chciał doświadczać czegoś podobnego na sobie. —Nie śpi — powiedziała. Jej fartuch był nienaturalnie biały, niemal fosforyzujący w słabym świetle. Jepiszew i Wołowicz skierowali się do sypialni. Muzyka wypełniała pokój, a dźwięki skrzypiec wydawały się Jepiszewowi boleśnie zgrzytllwe. Oświetlenie wnętrza stanowiła mała nocna

lampka i c2erwono-zielone błyski wskaźników sterowania wieży stereo, którą Greszko kazał sobie sprowadzić z Danii. Twarz Greszki wynurzała się z denia. Niegdyś duża i okrągła przypominała Jepiszewowi rozgniewane słońce. Teraz o przezroczystej skórze, zmieniona była śmiertelną chorobą. Tylko oczy pozostały wdąż żywe i przenikliwe. Były świadectwem minionej władzy i energii. Koścista twarz w grze póltieni słabo oświetlonego wnętrza sprawiała niesamowite wrażenie. Kiedy się odezwał, nie pozostało już nic z dawnej ostrości głosu dowódcy, przed którym diżeli podwładni. Nowotwór toczył gardło i teraz, jeśli cokolwiek mówił, to z olbrzymim wysiłkiem, wydając z siebie głośny dychawiczny szept. Plastykowy cewnik podłączony do dała Greszki ginął w demnośd pod łóżkiem. Rurka była przezroczysta i co jakiś czas ukazywała brązową ciecz spływającą w dół. Resztki z żołądka albo samego żołądka. Jepiszew zbliżył się do łóżka. Z całych sił próbował zignorować wszechobecny zapach śmierd otaczający starego człowieka Skupił się na okropną muzyce w nadziei, że to pomoże. Jakiś nosowy głos śpiewał: As I walk along beside her up the golden stair, I know they’ll never take her love from me. —Biedny Wiktorze — powiedział Greszko. — Nigdy nie podobała d się moja muzyka, prawda? Sterałeś się, nawet bardzo się starałeś, czy tak? Jepiszew poczuł, że znowu sztywnieje pod dężarem wzroku Greszki, jak wiele razy dotychczas. Gdyby kiedykolwiek miał w swym samotnym żyriu przyjadela, musiałby to być Władimir Greszko. Tyłko opiece Greszki zawdzięczał, że ocalał przed kaprysami i wśdekłośdą Stalina, w czasach gdy dyktator rozpętał kolejną fazę prześladowań, a Jepiszew, dwudziestodwuletni wówczas mężczyzna, zaczynał swoją karierę. Młodzieńcza ambicja, jeśli dobrze rozumiał owe czasy, była jego jedyną ,.zbrodnią”. I wtedy osobista interwencja Greszki u wielkiego wodza uchroniła Jepiszewa od dalekiej podróży na Syberię. Pamiętał wdąż o tym i jego wdzięczność nigdy

nie zmalała. Spłacał ów dług wdzięczności latami prawdziwej wierności Greszce. Greszko przywołał go ruchem białej dłoni: — Podejdź. Jepiszew usiadł na krawędzi łóżka. Był tak blisko generała, że zdawało mu się, iż na jego twarzy widzi śmierć. — Posłuchaj — powiedział starzec, chwytając nadgarstek Jepiszewa dłonią jak kośdany pazur. — Posłuchaj muzyki. Jepiszew zamknął oczy i udawał, że słucha. If tonight tbe sun should set On all my hopes and car es. —Słyszysz, Wiktorze? Jepiszew spojrzał w oczy starca. Nie byl pewien, co ma słyszeć. — Ach, cóż — powiedział zniederpliwiony Greszko. — Jesteś jeszcze za miody. Za młody. Wydawało się dziwne, że pięćdziesięciopięcioletni Jepiszew czuł się młody i niedorosły w obecności Greszki niczym neofita wobec starszego mistrza. Nikt nie wiedział, ile lat ma Greszko naprawdę, prawdopodobnie osiemdziesiąt, osiemdziesiąt pięć. — Nawet nie wiesz jak to było, kiedy budowaliśmy koleje w latach dwudziestych. Bo i skąd masz wiedzieć? Te przestrzenie. I niebo, Wiktorze. Niebo bez końca. Jepiszew nie potrafił pójść tokiem myśli starca. Odkąd choroba ruszyła do ataku i Greszko został zwolniony, bardzo często zdarzało się, że nie wiadomo było do czego zmierza Pułkownik słyszał oczywiśde o tym, jak zaślepiony pierwszymi sukcesami rewolucji bolszewickiej Greszko ruszył w tajgę za Swierdlowskiem, by układać linię kolejową. Ten okres swojego życia Greszko wspominał najczęściej i zawsze z lubością. — To wszystko jest w tej muzyce — powiedział Greszko. — W tej muzyce słychać brzmienie nieba bez końca I wiatru