uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 729 515
  • Obserwuję754
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 012 534

Cilla Bojrlid - Trzeci glos

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :1.3 MB
Rozszerzenie:pdf

Cilla Bojrlid - Trzeci glos.pdf

uzavrano EBooki C Cilla Bojrlid
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 39 osób, 44 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 345 stron)

CILLA & ROLF BÖRJLIND TRZECI GŁOS Jeśli się zamknie oczy i jeszcze zaciśnie powieki, to ożywają nawet kamienie. Peter Handke

Rozdział 1 Stoję na samym skraju dachu, boso, dziewięć pięter pode mną widzę szarą ulicę. Pustą. Miasto śpi. Jest bezwietrznie. Z rozpostartymi ramionami, bo wtedy łatwiej utrzymać równowagę, przesuwam się o kilka kroków. Nieopodal ląduje ślizgiem jakiś ptak, chyba kawka, i rozgląda się po pogrążonych w ciszy domach. Ona również ma skrzydła. Moje są białe, jej czarne. Niedługo się rozwidni. Zbliżam się do kawki, ostrożnie, żeby jej nie przestraszyć, chciałabym, aby zrozumiała, dlaczego tu jestem. O tej porze. Chciałabym jej wytłumaczyć. Dzisiejszej nocy opuściłam swoje ciało – szepczę do kawki – jeszcze zanim umarłam. Uniosłam się nad nim, gdy zaczął mnie bić, patrzyłam na to z góry. Widziałam paski wrzynające się w szyję, za mocno je zaciągnął, doszło do mnie, że się uduszę. I wtedy zaczęłam krzyczeć, jak nigdy, bo strasznie bolało. Pewnie dlatego zaczął mnie bić, raz za razem, ciężką popielniczką zmiażdżył mi skroń. Okropny widok. Czuję tchnienie wiatru. Pierwszy, ciepły podmuch znad morza. Kawka patrzy na mnie jednym okiem. W oddali, na najwyższym wzgórzu, widzę olbrzymią złotą Madonnę. Jej twarz jest zwrócona w moim kierunku. Czy widziała, co się wydarzyło dzisiejszej nocy? Czy również była w pokoju? Czy nie mogła mi pomóc? Znów spoglądam na kawkę. Przed śmiercią byłam niewidoma – szepczę – i dlatego to, co działo się tej nocy, było tym bardziej nieprzyjemne. Nie byliśmy w pokoju sami, słyszałam innych ludzi. Nie widziałam ich, tym bardziej się przeraziłam. Słyszałam męskie głosy mówiące w obcym języku. Już nie chciałam brać w tym udziału. Nad wszystkim unosiła się mocna woń. A potem umarłam. Wtedy byliśmy już tylko we dwoje. Sam musiał wytrzeć krew. Zabrało mu to sporo czasu. Kawka wciąż tkwi w tym samym miejscu, nieruchomo. Czyżby ptasi anioł? Schwytany w sieć, z przetrąconym karkiem? Albo rozjechany przez tiry? Z dołu, z ulicy dochodzą mnie jakieś odgłosy, ktoś się obudził, aż tu czuję swąd palonych odpadków. Niedługo zaroi się od ludzi. Muszę się pośpieszyć. Wyniósł mnie w noc – szepczę do kawki – nikt nas nie widział. Patrzyłam na to z góry. Włożył moje ciało do bagażnika, podwinął mi nogi, śpieszył się. Pojechaliśmy na skaliste wybrzeże. Położył moje nagie ciało na żwirze, koło samochodu, chciałam wyciągnąć rękę,

pogłaskać swój policzek. Czułam się zbrukana. Pociągnął mnie za ręce, daleko, między drzewa i skały. Tam mnie poćwiartował. Najpierw odciął głowę. Ciekawa byłam, co wtedy czuł. Tak szybko to zrobił, wielkim nożem. Zakopał mnie w sześciu różnych miejscach, z dala od siebie, żeby mnie nie znaleźli. Po jego odjeździe przyleciałam tu, na ten dach. Już po wszystkim. Zza grzbietów gór, daleko na północ od miasta, przezierają pierwsze promienie słońca, na dachach lśni rosa, samotna łódź rybacka wpływa do portu. Zapowiada się piękny dzień. Kawka rozpościera skrzydła i szybuje z wiatrem, wychylam się i podążam za nią. Ktoś mnie znajdzie. Wiem, że tak będzie.

Rozdział 2 „Wycięta z brzucha zamordowanej matki”. Olivia nie przestawała się zadręczać, noce wypełniały jej mroczne, koszmarne myśli, w ciągu dnia unikała ludzi. Trwało to długo. Wpadła w apatię. W końcu nie dało się dłużej tak żyć. Pewnego ranka odezwał się instynkt przetrwania, który znów wyrzucił ją w świat. Podjęła decyzję. Dokończy ostatni semestr w Wyższej Szkole Policyjnej i odbędzie staż. Potem wyjedzie za granicę. Nie będzie się starała o etat. Wyjedzie daleko, daleko, spróbuje odzyskać kontakt z samą sobą, jaką kiedyś była, zanim okazała się córką dwojga zamordowanych rodziców. Może się uda. Zrealizowała ten plan, pożyczyła pieniądze od rodziny i w lipcu wyjechała. Sama. Najpierw do Meksyku, ojczyzny zamordowanej matki. Do nieznanych miejsc, nieznanych ludzi i obcego języka. Zabrała niewielki bagaż, brązowy plecak i mapę. Pojechała bez planu i celu. Każde miejsce było nieznane, ona sama była nikim. Przestawała sama ze sobą, we własnym rytmie. Nikt nie widział, jak płakała, nie wiedział, dlaczego nagle przysiada nad jakąś wodą i zanurza w niej swe długie czarne włosy, pozwalając im falować z prądem. Żyła we własnym świecie. Przed wyruszeniem w podróż myślała, że odszuka miejsca związane z matką, znajdzie jakichś krewnych, ale zdała sobie sprawę, że informacje, jakimi dysponuje, są zbyt skąpe, aby mogły ją gdzieś zaprowadzić. Wsiadała do autobusu w jakimś miasteczku, by wysiąść w następnym, jeszcze mniejszym. Po przeszło trzech miesiącach znalazła się w Cuatro Cienegas. Zatrzymała się na skraju miasteczka, w hotelu Xipe Totec, czyli Pod Bóstwem Obdartym ze Skóry. O zmroku poszła boso do centrum na uroczy rynek. Tego dnia skończyła dwadzieścia pięć lat i zachciało jej się popatrzeć na ludzi. Z platanów zwieszały się kolorowe lampiony, pod drzewami stały grupki młodych ludzi, dziewczyny w barwnych

spódnicach i chłopcy w spodniach wypchanych w kroku chustkami. Śmiali się. Dźwięki muzyki płynącej z barów mieszały się ze sobą, osły stały spokojnie przy fontannie, w powietrzu unosiło się mnóstwo osobliwych zapachów. Rozsiadła się na ławce, obca, i poczuła się zadziwiająco dobrze. Po godzinie wróciła do hotelu. Wieczór był wciąż ciepły, gdy usiadła na drewnianej werandzie z widokiem na rozległą pustynię Chihuahua, dzwonienie cykad przeplatało się z dochodzącym z oddali stukotem końskich kopyt. Uczciła swoje urodziny, wypijając jedno piwo, i właśnie myślała, czy nie zamówić jeszcze jednego. Wtedy stało się. Pierwszy raz. Jakby odzyskała grunt pod nogami. Zmienię nazwisko, pomyślała. Jestem pół-Meksykanką, to fakt. Przyjmę nazwisko mamy. Nazywała się Adelita Rivera. Zmienię Rönning na Rivera. Olivia Rivera. Spojrzała na rozciągającą się przed nią pustynię. Oczywiście, pomyślała, od tego zacznę. Jakie to proste. Odwróciła się w stronę baru, podniosła do góry pustą butelkę. Zaraz dostanie następną. Wypije ją już jako Olivia Rivera. Znów popatrzyła na pustynię, lekkie podmuchy wiatru rzucały suche krzaki po ziemi rozedrganej od gorąca. Zobaczyła zielono-czarną jaszczurkę wdrapującą się na trzyramienną karnegię olbrzymią oraz kilka drapieżnych ptaków szybujących na tle płonącego horyzontu i nagle się uśmiechnęła, prosto przed siebie, do nikogo. Po raz pierwszy od zeszłego lata poczuła się prawie szczęśliwa. Jakie to proste! Tej nocy spała u Ramona, młodego barmana, który spytał grzecznie, lekko sepleniąc, czy zechce się z nim pokochać. Koniec z Meksykiem. Podróżowanie doprowadziło ją do miejsca, do którego chciała dotrzeć. Następnym celem była Kostaryka i wieś Mal Pais, gdzie miał dom jej biologiczny ojciec. Tam przybrał imię i nazwisko Dan Nilsson, choć naprawdę nazywał się Nils Wendt. Ojciec prowadził podwójne życie. W drodze na miejsce, już jako Olivia Rivera, podjęła kilka decyzji, które były skutkiem szczególnej siły płynącej z przyjęcia nowego nazwiska. Postanowiła zawiesić na kołku karierę policyjną i rozpocząć studia z historii sztuki. Adelita była artystką, tkała piękne tkaniny, może w ten sposób uda się jakoś do niej nawiązać, pomyślała. Inne postanowienie dotyczyło jej postawy na przyszłość: z chwilą powrotu do Szwecji pójdzie własną drogą. Sparzyła się na ludziach, którym ufała. Naiwnie otworzyła się i dostała granatem w serce. Nigdy więcej nie wystawi się na nic podobnego. Od teraz

będzie polegać wyłącznie na sobie. Olivii Riverze. Było już popołudnie, gdy wyszła z morza na półwyspie Nicoya w Kostaryce. Długie czarne włosy opadły na opalone ciało, wystawiane od czterech miesięcy na tropikalne słońce. Wyszła na pustą plażę i zarzuciła ręcznik na ramiona. U brzegu kołysał się na wodzie zielony orzech kokosowy. Odwróciła się do morza z poczuciem, że jeszcze raz musi przez to przejść. Właśnie tu, właśnie teraz. „Wycięta z brzucha zamordowanej matki”. W jej świadomości znów pojawił się obraz tamtej plaży, kobiety, księżyca. Zbrodni. Jej matka została zakopana po szyję na plaży na wyspie Nordkoster i utopiła się podczas przypływu. Zanim się urodziłam, pomyślała Olivia. Umarła przed moim urodzeniem. Nie zdążyła mnie zobaczyć. Teraz Olivia stoi na innej plaży i usiłuje pogodzić się z myślą – co jest trudniejsze, niż zrozumieć – że mama nigdy na nią nie spojrzała. Własna matka nigdy jej nie widziała. Patrzyła na ocean rozciągający się aż po płomienny żółto-czerwony horyzont. Zaczynało się zmierzchać. Fale wtaczały się łagodnie na brzeg u jej stóp, kawałek dalej zobaczyła kilka czarnych głów unoszących się na wodzie. Włożyła cienką, białą sukienkę i ruszyła przed siebie. Małe szarobiałe kraby chowały się przed nią do norek, woda rozmywała ślady jej stóp na piasku. Szła tu brzegiem prawie godzinę, powoli, od Santa Teresa aż do skałek koło Mal Pais. Wiedziała, że tak będzie, że powrócą tamte obrazy i myśli. Właśnie tu, właśnie teraz. O to jej chodziło z tym spacerem. Chciała jeszcze raz, już ostatni, pogrążyć się w cierpieniu, była na to gotowa. Za kilka minut spotka się z mężczyzną, który jej przybliży pełną zagadek przeszłość. Mężczyzna siedział na długiej kłodzie drzewa na skraju wody. Miał siedemdziesiąt cztery lata, całe życie mieszkał w tej okolicy. Dawniej był właścicielem baru w Santa Teresa, obecnie przesiadywał na werandzie swego dziwnego domu, popijając rum. Większość spraw tego świata miał już za sobą. Kilka lat temu wraz ze śmiercią ukochanego stracił chęć do życia, niewiele go zostało. Wdech, wydech, prędzej czy później nastąpi koniec. Jednak nie narzekał. Miał swój rum. I przeszłość. Wiele osób pojawiło się i zniknęło z jego życia, niektóre pozostały w pamięci. Jak Adelita Rivera i Dan Nilsson. A teraz miał spotkać się z ich córką. Córką, której żadne z nich nie zdążyło poznać. Pożałował, że idąc na brzeg, nie zabrał ze sobą trochę rumu.

Olivia zobaczyła go z daleka. Orientowała się, jak wygląda, bo mówił jej Abbas el Fassi. Jednak pewności nie miała. Zatrzymała się w pewnej odległości od kłody i czekała, aż mężczyzna podniesie wzrok. Nie podniósł. – Pan Rodriguez Bosques? – Bosques Rodriguez. Bosques to imię. Ty jesteś Olivia? – Tak. Teraz podniósł wzrok. Spojrzenie starczych, wąskich jak szparki oczu spoczęło na jej twarzy, wtedy drgnął. Nie mocno, ale wystarczająco, by Olivii przypomniało się: tak samo rok temu zareagował Nils Wendt, gdy zobaczył ją w drzwiach domku na Nordkoster, chociaż nie miał pojęcia, kim ona jest. A już na pewno nie wiedział, że jest jego córką ze związku z Adelitą Riverą. Olivia też nie wiedziała, kim on jest, i w tej niewiedzy się rozstali. Pierwszy i ostatni raz widziała wtedy swego ojca. – Wyglądasz jak skóra zdarta z Adelity – powiedział Bosques przepalonym głosem. – Jestem jej córką. – Siadaj. Olivia usiadła na kłodzie w pewnej odległości od Bosquesa. Odnotował to. – Jesteś bardzo piękna – powiedział. – Jak ona. – Znał pan moją mamę. – I tatę. Dużego Szweda. – Tak go nazywali? – Ja go tak nazwałem. A teraz oboje nie żyją. – Pisał pan, że ma pan zdjęcie mojej mamy, tak? – Zdjęcie i parę innych rzeczy. Olivia dostała adres mailowy Bosquesa od Abbasa el Fassiego. Jeszcze w Meksyku weszła do kafejki internetowej i napisała do Bosquesa, kim jest, że wybiera się do Kostaryki i chce się z nim spotkać. Bosques odpowiedział bardzo szybko – prywatne maile otrzymywał raz na kilka lat świetlnych – że ma w swoim posiadaniu kilka osobistych przedmiotów należących kiedyś do jej rodziców. Sięgnął po podłużne czerwono-żółte pudełeczko z metalu służące w przeszłości do przechowywania luksusowych kubańskich cygar, otworzył je i wyjął fotografię. Dłoń mu lekko drżała. – To twoja mama. Adelita Rivera. Olivia wzięła zdjęcie. Było kolorowe i pachniało cygarami. Widziała już zdjęcie mamy, które Abbas w zeszłym roku przywiózł z Santa Teresa, ale to było znacznie ostrzejsze i piękniejsze. Przyjrzała się i zobaczyła, że mama lekko zezowała jednym okiem. Zupełnie jak Olivia.

– Dali jej na imię Adelita po meksykańskiej bohaterce walk o niepodległość – powiedział Bosques. – Adelita Velarde była żołnierzem podczas meksykańskiej rewolucji. Jej imię stało się symbolem kobiet silnych i odważnych. Napisano pieśń na jej cześć, La Adelita. Ni z tego, ni z owego zanucił pieśń o silnej, dzielnej kobiecie, w której kochali się wszyscy powstańcy. Olivia patrzyła to na niego, to na zdjęcie matki. Pieśń starego człowieka przeniknęła do najgłębszych zakamarków jej duszy. Podniosła wzrok i spojrzała na ocean. Cała sytuacja wydawała się absurdalna i magiczna zarazem, zwłaszcza z perspektywy sztokholmskiego komisariatu, w którym odbyła staż. Bosques umilkł i zgarbił się, wpatrując w piasek. Olivia zdała sobie sprawę, że on też opłakuje jej rodziców, byli jego przyjaciółmi. Przysunęła się bliżej, prawie go dotknęła. Bosques delikatnie chwycił jej rękę, pozwoliła mu na to. Chrząknął. – Twoja mama była bardzo zdolną artystką. – Abbas mi mówił. Prosił, żebym pana pozdrowiła. – Zręcznie posługuje się nożami. – Tak. – Może pójdziemy do domu twojego taty? – Za chwilę. Znów odwróciła się w stronę morza. Zobaczyła ogromną pulsującą falę, a zamiast czarnych głów – chłopców, którzy wdrapali się na białe deski surfingowe i pochyleni pędzili na tle płonącego horyzontu. Podniosła się.

Rozdział 3 Sandra Sahlmann była w świetnym nastroju. Nową, białą vespą mknęła w listopadowym mroku i ulewnym deszczu, głowę miała pełną radosnych myśli, działo się tyle fajnych rzeczy. Trener siatkówki powiedział jej, że od przyszłego sezonu będzie grała w drużynie A, w dodatku niespodziewanie dostała ocenę bardzo dobrą ze sprawdzianu z religii, nie sądziła, że jej tak dobrze pójdzie. Jadąc wzdłuż pola golfowego w kierunku willowego osiedla na górce, jeszcze dodała gazu. Nagle silnik zamarł. Kręciła manetką w tę i z powrotem, ale po chwili zdała sobie sprawę, że bak jest pusty. Zatrzymała skuter na skraju drogi. Do domu miała niedaleko, tylko kilkaset metrów, ale pchać vespę, jeszcze w taką pogodę, to żadna przyjemność. Sięgnęła po komórkę i zadzwoniła do taty. Niech przyjdzie po nią z parasolem. Tata nie odpowiadał. Kiedy ogląda telewizję, ma zwyczaj wyłączać dzwonek telefonu, podobno przeszkadza mu się skupić. A może nie słyszy, bo jest na zakupach. Obiecał, że w nagrodę za dobry stopień z religii kupi składniki do tacos, jej ulubionego dania. Musi sobie sama poradzić. Zostawię tu skuter, pomyślała, później po niego wrócimy. Podciągnęła vespę pod drzewo i zamknęła na zamek. Kasku nie zdjęła. Spróbowała zadzwonić jeszcze raz, a nuż włączył dzwonek? Może wrócił do domu? Nic z tego. Ruszyła. Na szczęście w przejściu podziemnym było światło, widziała je z daleka. Czasem było zepsute. Wprawdzie nie bała się ciemności, ale spotkanie w niej kogoś, kogo wcześniej nie widać, byłoby nieprzyjemne. Dochodząc do przejścia, zobaczyła mężczyznę idącego z przeciwka. Obcego. Znała większość sąsiadów, on tu nie mieszkał. Mijając go, przyśpieszyła kroku, kawałek podbiegła. Już po drugiej stronie przejścia spojrzała za siebie. Mężczyzny nie było. Może też pobiegł? Nieważne. Została jeszcze wąska ścieżka, skrót przez zagajnik i prawie będzie w domu. Lodowaty wiatr zwiewał jej pod nogi mokre liście, zagajnik ogarniała mgła. Mimo ciemności czuła się w nim stosunkowo bezpiecznie. Nagle przypomniała sobie o torebce z kluczami, została w bagażniku vespy. Jeśli tata jest na zakupach, bez kluczy nie dostanie

się do domu. Zawróciła i pobiegła z powrotem do vespy. Jednak straciła humor. W dodatku w przejściu podziemnym zgasło światło. W tym momencie była już taka wściekła, że przebiegła tunel. Dopadła do skutera, wyciągnęła torebkę z bagażnika i ruszyła z powrotem. Na widok ciemnego przejścia przypomniał jej się tamten mężczyzna. Gdzie on się podział? Zatrzymała się przed wejściem do tunelu i spróbowała dojrzeć jego drugi koniec. Nie było tak daleko, wyglądało na to, że jest pusty. Zaczerpnęła tchu i pobiegła. Głupia, pomyślała już po drugiej stronie. Czego ja się boję? Zobaczyła światło w jednym z domów po sąsiedzku i od razu poczuła się lepiej. Przynajmniej w pobliżu są ludzie. Przecięła zbocze porośnięte mokrą trawą i zbliżając się do zagajnika, próbowała się pocieszyć, że został tylko kawałeczek, potem razem z tatą przyprowadzą skuter i zjedzą tacos. Już była w lasku. Mokre liście chlupały jej pod butami. Między drzewami biegła ścieżka, która kończyła się niedaleko żywopłotu otaczającego dom. Chodziła nią tysiące razy. Nagle usłyszała jakiś odgłos. Jakby trzask. Zaraz za sobą. Obejrzała się, ale kask ograniczał jej pole widzenia. Co to było? Wpatrywała się między drzewa, wszędzie tylko ciemne pnie i gałęzie uginające się pod deszczem. Sarna? Tutaj? Znów się odwróciła i przyśpieszyła. Znała drogę, mimo to weszła prosto na drzewo. Zachwiała się i zerwała kask z głowy. Wtedy usłyszała nowy odgłos. Znacznie bliżej. Ktoś tu jest! Odrzuciła kask i pomknęła między drzewa, już niedaleko, zagajnik zaraz się skończy, potem żywopłot wokół domu i będzie bezpieczna. Ale dopiero, gdy dopadnie furtki. Grabowy żywopłot był całkiem wysoki i gęsty, trzeba go okrążyć, by do niej dotrzeć. Usiłując biec jak najszybciej, nagle potknęła się o stertę zeszłorocznego kompostu i padła zaraz przy żywopłocie. Na parę sekund zastygła z twarzą wciśniętą w błoto, bała się obejrzeć za siebie. Zebrało jej się na płacz. – Tato! TATO! – krzyknęła. Może ją usłyszy, jeśli jest w domu! Przecież dzieli ich tylko żywopłot! Podparła się rękami, zerwała i znów pobiegła. Do furtki. Była otwarta. Minęła ją, dobiegła do drzwi i chciała otworzyć torebkę, ale zaciął się zamek błyskawiczny. W końcu udało się, znalazła klucz, włożyła do zamka, otworzyła drzwi i zaraz zamknęła je za sobą, dwukrotnie przekręcając zamek. Wreszcie mogła odetchnąć i odwrócić się – w głębi salonu, pięć metrów od niej wisiał tata, ciało zwieszało się z sufitu na lince holowniczej, język wystawał z ust, wytrzeszczone oczy patrzyły wprost na

Sandrę. * Obiad był fantastyczny, począwszy od zupy kurkowej doprawionej maderą, po polędwiczkę cielęcą i pyszną panna cottę. – Panna cottę też sama zrobiłaś? – To nietrudne. Olivia uśmiechnęła się. Mało które danie wydawało się trudne jej adopcyjnej mamie. Maria Rönning była prawniczką, z pochodzenia Hiszpanką o długich, czarnych włosach. Siedziały w kuchni szeregowca w podsztokholmskim Rotebro. Maria odebrała ją z lotniska Arlanda i nalegała, żeby córka przyjechała do niej na obiad. Olivia miała za sobą wielogodzinny lot nad Atlantykiem, podczas którego podawano jedzenie bez smaku i lurowatą kawę z wyschniętymi ciastkami, więc łatwo dała się przekonać, chociaż wolałaby pojechać do siebie, na Söder, wyspać się, naładować baterie i dopiero potem dzielić się z Marią swoimi przeżyciami. W odpowiednim czasie. Wspólny obiad w kuchni mamy, dobre wino i zmęczenie podróżą sprzyjało intymności, której Olivia wolałaby teraz uniknąć. Wyszło inaczej. Dlatego postanowiła większość informacji przekazać w samochodzie, podczas jazdy z Arlandy. – Zmieniasz nazwisko? – spytała Maria znad kierownicy. – Tak. Na Rivera. – Kiedy tak zdecydowałaś? – W Meksyku. – Olivia Rivera? – Tak. – Ładnie. Maria miała wzrok skierowany na drogę. Olivia spojrzała na nią z boku. Serio to powiedziała? Ogólnie rzecz biorąc, ładne nazwisko, czy co? – Pasuje do ciebie – powiedziała Maria. Olivię zatkało. Spodziewała się zupełnie innej reakcji i przygotowała cały szereg absolutnie bezdyskusyjnych argumentów na rzecz przyjęcia nazwiska po zmarłej matce. Pasuje do ciebie. I co ma teraz powiedzieć? – Dziękuję. Postanowiłam też, że nie podejmę pracy w policji. W każdym razie nie teraz. – Dobrze.

– Dobrze? – Po co masz być policjantką? To nie dla ciebie, zawsze to mówiłam. Co akurat było prawdą. Od początku nie podobało jej się, że Olivia wybrała taki zawód. Owszem, wspierała córkę, ale bez entuzjazmu. Mimo to jej słowa zirytowały Olivię. Niby dlaczego miałaby nie pracować w policji?! Zaraz, przecież sama tego nie chce! Nagle się zawahała. Maria przyjęła jej decyzje, jakby chodziło o drobnostki, a nie przełomowe postanowienia, za jakie sama je uważała. Pozostała część jazdy upłynęła im na opowieściach o miejscach, w których była Olivia. Obie wyraziły też ulgę, że Obama wygrał wybory prezydenckie. – Co chcesz teraz robić? Maria dolała wina, jednocześnie obserwując Olivię. – Nie rozumiem. – Skoro nie będziesz policjantką? – Wymyśliłam, że będę studiować historię sztuki. Tylko znów nie mów „dobrze”, pomyślała Olivia. – Bardzo mądrze. W ten sposób nawiążesz do Adelity. – Właśnie. Maria uśmiechnęła się, patrząc na Olivię. – Dlaczego się uśmiechasz? – Skóra ci zbrązowiała. – Jestem pół-Meksykanką. – Nie najeżaj się, kochanie, to był komplement. – Dzięki. Olivia poczuła, że musi zaczerpnąć świeżego powietrza. Przygotowując się do pierwszej rozmowy z Marią, zawzięcie chciała ją sprowokować swoją decyzją o zmianie nazwiska i paroma innymi decyzjami, tymczasem jakoś nic z tego nie wyszło. – Przejdziemy się? Propozycja padła z ust Marii. Przestało padać, mimo to wyjście z domu okazało się niemałym szokiem. Spędziła sporo czasu w tropikach, tymczasem tu temperatura oscylowała wokół zera i wiał przenikliwy listopadowy wiatr. Maria zmusiła ją do włożenia starej puchowej kurtki i paskudnej wełnianej czapki. Olivia miała się szybko do niej przekonać. Ramię przy ramieniu szły uliczką, przy której Olivia przeżyła większą część dzieciństwa. Maria wskazywała na mijane domy i opowiadała, kto w nich nadal mieszka, kto umarł, a kto się ożenił po raz drugi z sąsiadką itd. Olivia kiwała głową, udając zainteresowanie, ale myślami była gdzie indziej. Wspominała Arnego, swojego adopcyjnego tatę, który

umarł na raka, gdy Olivia miała dziewiętnaście lat. Uwielbiała go. To on przeprowadził ją przez trudny okres dojrzewania. Zawsze mogła liczyć na jego wsparcie, gdy się pogubiła i chciała umrzeć albo uciec, czy choćby przytulić się do kogoś, kto pocieszy i nie będzie pouczał. Maria stale ją pouczała. Olivia tego nie znosiła. Potem Arne umarł, została jej po nim żałoba i biały ford mustang. Mustanga wciąż miała, żałoba zmieniła charakter. Radykalnie. Stało się to w chwili, gdy się dowiedziała, że Arne nie był jej prawdziwym ojcem. Oboje z Marią to ukryli. Arne ukrył w dodatku, również przed Marią, straszliwe okoliczności urodzin Olivii, czego nie potrafiła zrozumieć i chyba nigdy nie zrozumie. Nie mogła liczyć na wyjaśnienia, przecież nie żył. Jednak odebrała to jak zdradę ze strony ukochanego ojca, co wywołało cały splot bolesnych i długotrwałych emocji. Z czasem zaakceptowała, że jest, jak jest. Po co niepotrzebnie złościć się na kogoś, kto leży w grobie? Pogodziła się z tym, co się stało. Musiała. Kochała Arnego, a on ją. Głęboko i szczerze. Nie ma sensu tego psuć. – O czym myślisz? – spytała Maria. Właśnie skręciły w Holmbodavägen. – O tym, jak tata zareagowałby na moją zmianę nazwiska. – Tak samo jak ja. – Skąd wiesz? – Bo on był… co tam się dzieje? Maria zatrzymała się i pokazała palcem. Przed domem jednorodzinnym na końcu ulicy stał radiowóz i karetka pogotowia. Przez furtkę właśnie wyszło dwóch policjantów. Maria chwyciła Olivię za rękaw. – Przecież to u Sahlmannów. – Tak. Olivia znała Sahlmannów. Zanim się wyprowadziła, nieraz pilnowała ich córki Sandry. Gdy osiem lat temu matka Sandry, Therese, zginęła w tsunami, Maria wraz z innymi sąsiadami wspierała Bengta, ojca dziewczynki, i pomagała mu załatwiać różne formalności. – Co tu się mogło stać? – zastanawiała się Maria. Szły w kierunku karetki. Olivia zauważyła, że sąsiedzi wyglądają zza firanek, spoglądając na dom Sahlmannów. Drgnęła. Jeden z policjantów przy furtce to jej dobry znajomy, Ulf Molin, kolega z Wyższej Szkoły Policyjnej. Najbardziej uparty spośród chłopaków, którzy ją podrywali. Olivia szybko ściągnęła z głowy brzydką czapkę.

– Cześć, Ulf. Molin odwrócił się. – Olivia?! Cześć! Co ty tutaj robisz? – Byłam u mamy, mieszka tu niedaleko. – Co u ciebie? Ale jesteś opalona! Słyszałem, że… – Zrobiłam sobie małą przerwę w życiorysie. Co tu się stało? Poznajcie się, to moja mama. Ulf przywitał się z Marią. Jak dla Olivii, za bardzo nadskakująco. Jeszcze nie dał za wygraną? – Znamy Bengta Sahlmanna i jego córkę Sandrę – wyjaśniła Maria, potem powtórzyła pytanie Olivii. – Co się stało? Ulf odszedł parę kroków na bok, Olivia z Marią poszły za nim. Świadomie czy też nieświadomie ściszył głos. – Sahlmann popełnił samobójstwo. Powiesił się. Córka go znalazła po powrocie do domu. Spojrzały po sobie. Powiesił się? – Biedna dziewczyna! – wykrzyknęła Maria. – Gdzie ona jest? – spytała Olivia. – W karetce. Dali jej coś na uspokojenie. Pytaliśmy ją, gdzie jej matka, ale nie odpowiada. – Jej matka nie żyje – powiedziała Maria. – Ojej, teraz rozumiem. – Skontaktowaliście się z dalszą rodziną? – Próbowaliśmy się dodzwonić do ciotki, jak dotąd bezskutecznie, zdaje się, że jest na jakiejś konferencji w Kopenhadze. – Z kimś jeszcze? – Nikogo innego nam nie podała. – Mogę z nią porozmawiać? – spytała Olivia. Ulf skinął głową, podszedł do karetki i otworzył tylne drzwi. Olivia zajrzała do środka. Po jednej stronie siedziała ratowniczka, a na wąskiej pryczy naprzeciw siedziała chuda nastolatka, skulona, w zabłoconym ubraniu, z czerwonym kocem zarzuconym na ramiona. Jasne włosy opadły jej na oczy, dłonie splotła na ustach. W pierwszej chwili Olivia jej nie poznała, ale od razu poczuła gulę w gardle. – Cześć, Sandro, poznajesz mnie? – spytała. Sandra zwróciła zapłakaną twarz w stronę Olivii. – Opiekowałam się tobą, jak byłaś mała. Pamiętasz?

Sandra przyjrzała się jej, potem nieznacznie skinęła głową. Olivia pochyliła się w głąb karetki. – Właśnie dowiedziałam się, co się stało, i… – Nie chcę wracać do domu – powiedziała Sandra słabym, ledwie słyszalnym głosem. Naciągnęła koc na oczy i spuściła głowę. – Nie musisz – odparła Olivia. – Nie chcę tu siedzieć. – Jeśli chcesz, możesz przyjść do nas. – Ja chcę do Charlotte – powiedziała zduszonym głosem Sandra. – A kto to jest? – Moja ciocia. – Tylko że ona jest w Kopenhadze. Na pewno wróci, gdy tylko policja się do niej dodzwoni, ale to może potrwać do jutra. Może jednak pójdziesz do nas? Sandra nie odpowiedziała, kołysała się w przód i w tył. Olivia spojrzała za siebie. Ulf i Maria stali kawałek dalej. Olivia wyszeptała jak najciszej: – Dokąd ją zabierzecie, jeśli nie zechce… W tym momencie Sandra podniosła się z pryczy. Olivia natychmiast podała jej rękę i pomogła zejść na jezdnię. Podeszła Maria. – Witaj, Sandro. Objęła ją ramieniem i odprowadziła od karetki. – Możemy ją zabrać? – spytała Olivia. – Jasne, nie ma problemu, skoro sama chce. Słuchaj, masz ciągle ten sam numer komórki? A temu o co chodzi, pomyślała Olivia. W tym momencie? – Bo co? – Gdybyśmy się dodzwonili do jej ciotki, to powinnyście się o tym dowiedzieć jak najszybciej, prawda? – Oczywiście. Jasne. Tak, mam wciąż ten sam numer. – Dobrze. Odezwiemy się. Ładna czapka. Kiwnął głową, wskazując wełnianą czapkę, którą Olivia trzymała w ręce. Odezwał się pół godziny później. Dodzwonił się do ciotki, powiedział jej, co się stało, i poinformował, że Sandra jest chwilowo u Marii Rönning. Charlotte natychmiast zadzwoniła na komórkę Olivii. Rozmowa z Sandrą była krótka, padło niewiele słów, bo obie płakały. W końcu Sandra podała telefon Olivii. Charlotte powiedziała, że jutro rano wsiądzie w pierwszy samolot lecący do Sztokholmu. – Czy Sandra może u was zostać do mojego powrotu?

– Oczywiście. – Dziękuję. Olivia rozłączyła się. Siedziały we trzy w kuchni. Maria zapaliła kilka świeczek i postawiła na stole, potem zaparzyła ziołową herbatę, swoją uniwersalną mieszankę, która pomagała na wszystko. Przede wszystkim działała uspokajająco. Głównie jednak na Marię i Olivię, bo Sandra była ewidentnie pod działaniem środka, który dali jej w karetce. Ledwo dało się z nią rozmawiać. Szok, zmęczenie, potem lek na uspokojenie. Milczała. Maria i Olivia popijały herbatę, nie bardzo wiedząc, jak się zachować w tej sytuacji, gdy nagle Sandra odezwała się cicho. – Benzyna mi się skończyła. – Patrzyła na filiżankę i powiedziała to tak cicho, że musiały się pochylić, żeby słyszeć. – Zadzwoniłam do domu, ale tata nie odebrał, myślałam, że poszedł do sklepu, miał kupić tacos, moje ulubione danie, mieliśmy uczcić… Umilkła. Ciężkie łzy płynęły jej po policzkach do filiżanki. – Co mieliście uczcić? – Nie chcę wracać do domu. – Rozumiem cię – odparła Olivia. – Będziesz mogła zamieszkać u Charlotte? – A kiedy ona wróci? – Jutro rano. Przyjedzie prosto do nas. – Mam tutaj spać? – A nie chcesz? Nie odpowiedziała. Maria położyła rękę na jej ramieniu. – Możesz się położyć w dawnym pokoju Olivii. Sandra lekko kiwnęła głową. Odsunęła filiżankę i spojrzała na Olivię nieobecnym, szklistym wzrokiem. – Potrzebny mi jest mój laptop. – A gdzie jest? – W gabinecie taty. Używaliśmy go na spółkę, zapisałam w nim mnóstwo różnych zadań szkolnych. Jest w korkowym, kraciastym pokrowcu. – Przyniosę ci. Olivia wstała. Widząc spojrzenie Marii, lekko wzruszyła ramionami. Skoro Sandra chce dostać swój laptop, to go dostanie. Zawsze jakiś krok naprzód. – Masz przy sobie klucz od domu? Sandra wyciągnęła z kieszeni klucz i podała Olivii. – Zaraz wracam.

Pośpiesznie wyszła przez furtkę. Ulfa pewnie już nie ma u Sahlmannów. Lepiej go spytam, pomyślała, sięgając po komórkę. Wybrała ostatni numer. – Molin, słucham. – Cześć, mówi Olivia. – Cześć! Co tam u was? Jak ona się czuje? – Do dupy. Słuchaj, poprosiła mnie, żebym przyniosła jej z domu laptop, mogę? Dała mi klucz. – Nie ma problemu, już tam skończyliśmy. Ale wiesz, ostrożnie, na paluszkach. – Wiem, kończyliśmy tę samą szkołę. – Naprawdę? – Przestań. Rozłączyła się. „Na paluszkach”, co za idiotyzm. Skąd im się to bierze? Wiedziała, o co mu chodzi, powinna zaopatrzyć się w rękawiczki. Pomacała kieszenie kurtki i wyjęła parę podniszczonych rękawiczek z jednym palcem. Z jednym palcem? Wcisnęła je z powrotem do kieszeni i skręciła w uliczkę prowadzącą do domu Sahlmannów. Znów zaczęło padać, wiatr hulał między domami. Zmrużyła oczy i zwolniła. Koło furtki Sahlmannów stała jakaś ciemna postać. A może to tylko cień drzewa? Szła dalej. Karetka i radiowóz odjechały, zostali sąsiedzi wyglądający zza firanek. Idąc ciemną uliczką, czuła na sobie ich spojrzenia. Doszła do furtki. Nikogo tam nie było. Widocznie był to tylko cień, pomyślała, podchodząc do drzwi wejściowych. Otworzyła kluczem Sandry i zrobiła kilka kroków. Nagły podmuch wiatru zamknął drzwi z głośnym trzaskiem. W przedpokoju było ciemno, choć oko wykol. Cały dom był pogrążony w ciemności. I kompletnej ciszy. Dopiero co wisiały tu zwłoki mężczyzny. Tuż przed nią. Na lince umocowanej na suficie. Olivia odsunęła od siebie tę myśl, spróbowała wymacać kontakt. Pojawił się wyuczony odruch. A jednak. Szybko wyjęła rękawiczki i włożyła. Już po chwili zdała sobie sprawę, jak wrażliwym narzędziem jest ludzka dłoń. Szukanie w rękawiczkach, gdy się nie wie, gdzie jest kontakt, to naprawdę niezłe wyzwanie. W końcu znalazła. Światło padające z przedpokoju pozwoliło jej trafić do salonu, gdzie namierzyła kolejny wyłącznik. Pokój zalało światło. Rozejrzała się. Zwyczajny salon z kompletem wypoczynkowym, telewizorem, półkami na książki, lampą stojącą, fotelem do czytania, obrazkami na ścianach. Podeszła do fotografii stojących na półce. Jedna przedstawiała małą Sandrę i znacznie młodszego Bengta Sahlmanna razem z ciemnowłosą kobietą w jego wieku. Therese, mama Sandry. Olivia ledwo ją pamiętała. Była kiedyś rodzina. A teraz została tylko Sandra. Olivia poczuła ściskanie w żołądku. Poszła do sąsiedniego

pokoju i zapaliła górną lampę. Przy ścianie stało duże, czworokątne biurko, na nim różne urządzenia: modem, drukarka, router i plątanina kabli. Laptopa nie było. Ani korkowego futerału. Rozejrzała się uważnie, patrząc na półki, krzesła, znów na biurko. Nie ma. Może jest w innym pokoju? Sandra powiedziała bardzo wyraźnie: „W gabinecie taty”, jednak mogła się pomylić. Tata mógł położyć go gdzie indziej. Zgasiła światło i wróciła do salonu. Lekki dreszcz przeszedł jej po krzyżu. Spojrzała w górę, na tkwiący w suficie hak od lampy, na którym prawdopodobnie się powiesił, skoro Sandra zobaczyła go od razu po wejściu do przedpokoju. Olivia złapała się na tym, że stara się oddychać jak najciszej. Niby dlaczego? Przecież nie popełniono tu zabójstwa? Nieszczęśliwy człowiek zakończył życie, wieszając się na sznurze. Jedyne, co mogło się wydawać nieprzyjemne, to obecność duszy zmarłego, ale ponieważ Olivia była ostatnią osobą, do której przemawiałyby takie czary-mary, poszła dalej do kuchni. Lampa sufitowa rzucała blade światło. Znów się rozejrzała. Żadnego laptopa. Zwykła kuchnia, jak inne. Białe szafki-witrynki, magnesy na zmywarce, talerz na owoce, blat, a na nim kilka różnych butelek. Na środku stół nakryty zielonym plastikowym obrusem, koło kuchenki na wpół opróżniona szklanka wody. Jeszcze kilka godzin temu zwyczajne wnętrze, bez jakiegokolwiek dramatycznego akcentu. Co innego teraz. Znów odezwało się dojmujące poczucie, że życie nagle i niespodziewanie może obrócić się wniwecz, a bezpieczna normalność zamienić we wstrząs i żałobę. Spojrzała na blat. Przy ścianie leżała paczka tortilli, puszka sosu taco, puszka kukurydzy i torebka kukurydzianych chipsów. Przypomniała sobie ulubione danie Sandry, tata miał kupić składniki, bo chcieli coś uczcić, cokolwiek to było. Otworzyła lodówkę. Na pierwszej półce od góry znajdowało się opakowanie mielonego mięsa. Wszystkie niezbędne składniki do tacos. A on odbiera sobie życie. Zgasiła światło w kuchni i wróciła do salonu. Była wytrącona z równowagi, nie bardzo wiedziała dlaczego, jednak coś jej się nie zgadzało. Usiadła na kanapie, wpatrując się w swoje rękawiczki. Wokół panowała cisza. Co tu się wydarzyło? – pomyślała. Powoli odwróciła głowę i spojrzała na przedpokój, do którego dzisiaj weszła Sandra, na sufit, z którego zwisało ciało jej taty, potem na podłogę, gdzie została plama po tym, co musieli zetrzeć policjanci, wreszcie na ciemny korytarzyk prowadzący do sypialni. Czy tam też powinnam zajrzeć? Zatarła dłonie w rękawiczkach i zdecydowała się. Weszła do korytarzyka, od którego dzieliło ją zaledwie kilka kroków, i zatrzymała się, słysząc jakiś odgłos. Jakby tarcia. Może to gałęzie trą o szyby okien w sypialni? Zrobiła jeszcze krok i stanęła przed uchylonymi drzwiami. Tarcie ustało. Panowała śmiertelna cisza. Wyciągnęła rękę, już miała pchnąć drzwi, gdy ostry sygnał telefonu

przeszył cały dom. Tak głośny, że aż ją odrzuciło. Wróciła do salonu w paru susach. Aparat znajdował się na półce naprzeciw sofy. Znów zadzwonił. Przy trzecim sygnale podniosła słuchawkę, która przez te rękawiczki omal jej się nie wyślizgnęła. Odebrała. – Słucham? – Mówi Alex Popovic, poproszę Bengta. Czy to Sandra? – Nie. – Czy zastałem Bengta? – Nie. Jest pan znajomym pana Sahlmanna? – …a kto mówi? – Olivia Rivera. Bengt Sahlmann popełnił samobójstwo. Jeśli pan chce dowiedzieć się czegoś więcej, proszę zwrócić się do policji. Odłożyła słuchawkę i poszła do wyjścia. Spełniła prośbę Sandry. Prawie, bo laptopa nie znalazła. * Tylko centymetr dzielił jego pożółkłe palce od długiego słupka popiołu cygaretki. Zaraz spadnie mu koło gołych stóp. Właściwie nie palił, raz się głęboko zaciągnął, a potem się wycofał i zanurzył w muzyce. W Szeherezadzie. Tkwił w niej nadal. Umieścił głośniki w taki sposób, by dźwięk łączył się dokładnie w miejscu, gdzie teraz stał, nagi, z zamkniętymi oczami, na środku rozległego pokoju. Światło kilku niedużych lampek z alabastru padało na piękne deski podłogowe, cień jego chudego ciała zachodził na milczącą figurkę znajdującą się na ścianie. Uwielbiał tę pustą, północną ścianę. Przeciwległą od podłogi aż po sufit pokrywały półki pełne niemych, grubych książek o ciemnych grzbietach, których nie przeczytał i nie przeczyta. Już tu były, gdy się wprowadził. Lekko się obrócił, jakby nie ogarniał całej muzyki. Niemożliwe. Wszystkie tony i dźwięki gromadziły się w środku, w głowie, w tym samym miejscu, co krwawiąca kobieta. Na jego bezradnych oczach krzyczała i umierała raz za razem, aż wreszcie wypadła spod jego zamkniętych powiek i została sama muzyka. Piękna, głośna. Zrobiła swoje. Oczyściła. Uwolniła. Usunęła koszmar z mózgu. Tym razem. Opuścił głowę i otworzył oczy. Z zewnątrz napłynął nowy, niechciany dźwięk. Podszedł i ściszył muzykę. Komórka leżała na wzmacniaczu. Zobaczył, kto dzwoni, i nacisnął słuchawkę. Odezwał się znajomy głos, który trafił do jego świadomości. – Bengt Sahlmann powiesił się. Słupek popiołu spadł na podłogę. *

Wystarczyła chwila i Sandrze zamknęły się oczy. Zanim Maria starannie okryła ją kocem, dziewczyna już spała. Maria przyglądała się jej przez kilka minut, po czym zgasiła nocną lampkę. Bezwiednie jej myśli wciąż wracały do Olivii. Dostrzegała pewne analogie, ale akurat tego wieczoru wolała o nich nie myśleć. – Nie było laptopa. Olivia rzuciła puchową kurtkę na krzesło w kuchni i usiadła przy stole. Maria nalała jej herbaty. – Zasnęła. – Świetnie. Przeszukałam prawie cały dom, ale nigdzie go nie było. – Co mogłaś, to zrobiłaś. – Mogłabym jeszcze sprawdzić, czy jest u Sahlmanna w pracy. – Owszem, ale jej ciotka też to może zrobić. – Poprosiła mnie. Maria kiwnęła głową. Uzmysłowiła sobie, że Olivia już podąża ścieżką porównań, której ona tak chciała uniknąć. – Gdzie Sahlmann pracował? – spytała Olivia. – W Urzędzie Celnym. Zostaniesz na noc? – Tak. Co ona sobie wyobraża? – pomyślała Olivia. Że pojadę do siebie na Söder i pozwolę, żeby Sandra obudziła się tu zupełnie sama? Nie wątpiła w troskliwość Marii ani w to, że przygotuje Sandrze pożywne, smaczne śniadanie. Chodziło o to, że to jej, Olivii, udało się nawiązać kontakt z Sandrą. A przynajmniej tak jej się zdawało. – Możesz się przespać w gościnnym, jest tam świeża pościel. Chyba się pójdę położyć – powiedziała Maria. – Zrób to, ja posprzątam. Maria wstała, zawahała się, czy pocałować Olivię w policzek. Olivię Riverę. Jednak nie, zamiast tego pogłaskała córkę po policzku. – Te amo 1 . – Spokojnej nocy. Idąc w kierunku drzwi, Maria zatrzymała się, odwróciła i spojrzała na nią. – Potrafisz się wczuć w jej sytuację, prawda? Olivia nie odpowiedziała. – Dobranoc.

Maria wyszła. Olivia patrzyła za nią. To prawda, wczuwała się w sytuację Sandry od chwili, gdy zobaczyła ją w karetce, chudziutką, w szoku po utracie taty. A kilka lat wcześniej mamy, która zginęła w tsunami. Oboje zmarli w dramatycznych okolicznościach. Jak rodzice Olivii. Nie miała problemu, by wczuć się w sytuację Sandry. Wprost przeciwnie. Mimo że jej własne życiowe wstrząsy wyglądały zupełnie inaczej. A ta dziewczyna śpiąca w jej dawnym pokoju obudzi się jutro jako sierota i będzie musiała sama kształtować swoje życie. Jestem niesprawiedliwa dla Arnego i Marii, pomyślała Olivia. Faktem jest, że wychowałam się, mając dwoje rodziców, z których jedno wciąż żyje. Nie byłam bezbronna, gdy przyszły wstrząsy. Moi prawdziwi rodzice nie zostali wyrwani z mojego życia, bo nawet nie wiedziałam o ich istnieniu. Poczuła, że grzęźnie fizycznie i mentalnie. Była to reakcja na podróż, zmęczenie, długotrwałe napięcie i na koniec tragedię, z którą się zetknęła. I to akurat w momencie, gdy wydawało jej się, że się wyśpi, wypocznie i będzie mogła znów wyjść światu na spotkanie. Zwarta i gotowa. Jednak nie ma tak łatwo. Przysunęła sobie plecak i otworzyła go. Piękne pudełko po cygarach, które dostała od Bosquesa, zawinęła w parę używanych podkoszulków. Wyjęła je teraz i postawiła na stole. Zerknęła na drzwi, nasłuchując. Cisza. Nie chciała pokazywać Marii pudełka, zwłaszcza jego zawartości. Była to tak prywatna sprawa, że nie chciała się nią z nikim dzielić. Podniosła wieczko i znów poczuła specyficzny zapach starego cygara. Delikatnie chwyciła zdjęcie Adelity. Pod nim leżał pukiel czarnych włosów związanych przezroczystym sznurkiem. Kto go zachował? Nils Wendt? Kiedy go dostał? Przed wyjazdem Adelity do Szwecji, gdzie została zamordowana? Olivia położyła pukiel obok zdjęcia. Na spodzie pudełka leżało kilka ręcznie pisanych listów. Oglądając je w samolocie, zrozumiała, że jej znajomość hiszpańskiego nie wystarczy do ich przeczytania. Może kiedyś poprosi kogoś o ich przetłumaczenie. Nie Marię. Może Abbasa? On dobrze zna hiszpański. Podczas swojej długiej podróży czasami myślała o Abbasie. Polubiła go, nawet bardzo, chociaż właściwie go nie znała. Bosques też polubił Abbasa. – To mężczyzna – stwierdził Bosques. Słowa te nie wydały jej się głupie. Wiedziała, co miał na myśli. Jutro zadzwonię do Abbasa, pomyślała, patrząc na pudełko. Na dnie została jeszcze jedna rzecz. Broszka. Pozłacana. Olivia wyjęła ją i odkryła, że to medalion i da się otworzyć, czego przedtem, w samolocie, nie zauważyła. Delikatnie podniosła klapkę, która odsłoniła malutkie zdjęcie. Przedstawiało ciemnoskórego mężczyznę. Kto to jest? Nie był podobny ani do Adelity, ani do niej samej. Może trochę do Bosquesa.

Zamknęła medalion i odłożyła na miejsce. Znów pomyślała o Sandrze. Osieroconej nastolatce śpiącej w jej dawnym pokoju.

Rozdział 4 Jasnoszara koszulka i brązowe chinosy zgrabnie układały się na szczupłym, zwinnym, pachnącym po kąpieli ciele Abbasa el Fassiego. Abbas powoli schodził po schodach. Skamieniały czas, pomyślał. Niektóre z lekko zaokrąglonych stopni zdobiły piękne, śladowe skamieniałości mięczaków sprzed milionów lat. Orthocerasów. Fascynowały go. Przyśpieszył. Szedł wyjąć listy ze skrzynki znajdującej się przy wyjściu z klatki schodowej. Jego kroki były sprężyste, napędzała go nadzieja, że w skrzynce znajdzie cienką książeczkę z sufickimi wierszami. Ronny Redlös wysłał ją wczoraj z antykwariatu, powinna dzisiaj dojść. Powinna. Tyle że na poczcie można polegać mniej więcej tak jak na rozkładzie kolejowym, zatem doręczenie może się równie dobrze odwlec o jeden dzień. Szkoda by było. Bardzo potrzebował duchowego oczyszczenia przed wieczorną zmianą w kasynie. Przeskoczył trzy stopnie. – Abbas! Zatrzymał się. Wiedział, czyj to głos. Kiedy się odwrócił, Agnes Ekholm stała w uchylonych drzwiach swego mieszkania. W krzywo zapiętym różowym szlafroku i w lekko przekrzywionej srebrnosiwej peruce. – Idziesz po swoją pocztę? – Tak. Może pani też przyniosę? – Jesteś bardzo uprzejmy. Abbas wszedł kilka schodków i wziął od niej kluczyk. – Poczekam tu – powiedziała. Skinął głową i ruszył na dół. Zastanowiło go, że starzy ludzie, mający przecież kruche kości i kłopoty z równowagą, muszą teraz schodzić po schodach, by odebrać pocztę. Czasem kilka razy dziennie, bo nigdy nie wiadomo, kiedy ją przyniosą. A wszystko po to, żeby listonosz nie musiał się fatygować i wrzucać listów do otworów znajdujących się w drzwiach mieszkań. Był to jeden z powodów, dla których nie podobał mu się pomysł umieszczania skrzynek na listy w pobliżu drzwi wejściowych do budynku. Drugi powód był taki, że różne podejrzane typy mogły spokojnie opróżniać skrzynki, by przywłaszczyć sobie dane osobowe i numery kont. Poczta wręcz sama się o to prosi. Zaczął od skrzynki Agnes Ekholm: cienka koperta z Kościoła Szwedzkiego 2 i pocztówka, która powinna trafić do jej sąsiadki. W swojej skrzynce znalazł więcej

przesyłek: kilka listów, brzydki folder z firmy ubezpieczeniowej i grubą gazetę, którą prenumerował. Książki nie było. Dobrze chociaż, że jest gazeta, pomyślał, wchodząc szybko na piętro. Agnes Ekholm patrzyła na niego z wyraźnym oczekiwaniem. – Dziś jest niestety niewiele – powiedział. Odbierając list z Kościoła Szwedzkiego, usiłowała ukryć zawód. – Może jutro coś będzie? – powiedziała. – Na pewno. – Proszę! Podała mu kawałek marchewkowego ciasta zawiniętego w białą, papierową serwetkę. – Nie jest zbyt świeże. Jak zawsze Abbas wziął paczuszkę. Za każdym razem, gdy jej przynosił pocztę, Agnes Ekholm dawała mu kawałek marchewkowego ciasta własnej roboty. Kiedyś nawet spróbował, ale już za drugim razem zorientował się, że prawdopodobnie ciasto jest to samo, co tydzień wcześniej. Za trzecim razem włożył je do psiej miski na pierwszym piętrze. – Dziękuję – powiedział. – Smacznego! Skinął głową i poszedł. Ciasto wylądowało w tej samej psiej misce, co poprzednie kawałki. Doszedł do swoich drzwi i otwierając je, rzucił okiem na listy. Dwa rachunki i koperta z pensją z Casino Cosmopol. Zamknął drzwi, listy odłożył na stolik stojący w przedpokoju i wziął gazetę. Ze specjalnej prenumeraty. Wchodząc do salonu, nie zdążył dobrze rozwinąć pierwszej strony, gdy się zatrzymał. W pierwszej chwili przeczytał tytuł i przesunął wzrokiem po dużym czarno-białym zdjęciu. Potem przeczytał artykuł. Przez następny kwadrans trzymał przed sobą gazetę wciąż w tym samym położeniu i w tym samym miejscu, z tą różnicą, że trzęsły mu się ręce, a oczy już przestały czytać. Po prostu trzymał w rękach kawałek papieru. Nagle ocknął się. Ostrożnie złożył gazetę i położył na eleganckim szklanym stoliku stojącym przed kanapą. Starannie, tak by leżała prostopadle do szklanego rantu. Zrobił dwa kroki w kierunku okna i chwycił cienki, czarny kijek służący do regulacji drewnianych żaluzji. Powędrował wzrokiem do kościoła Świętego Mateusza po drugiej stronie ulicy. Patrzył bardzo długo, zupełnie jakby go widział, potem zasunął żaluzje i dalej patrzył przed siebie. Odkurzacz? Gdzie on może być? Poszedł po odkurzacz, który stał tam, gdzie zawsze. Włożył wtyczkę do gniazdka