uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 755 243
  • Obserwuję765
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 026 896

Dave Duncan - Cykl-Siódmy Miecz (1) Niechętny Szerzmierz

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :1.0 MB
Rozszerzenie:pdf

Dave Duncan - Cykl-Siódmy Miecz (1) Niechętny Szerzmierz.pdf

uzavrano EBooki D Dave Duncan
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 56 osób, 39 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 135 stron)

Dave Duncan –Niechętny Szerzmierz tom I - Siódmy Miecz część I KSIĘGA PIERWSZA Jak szermierz został wezwany - Utrzymuj w mym sercu wierność Twoim prawom - zaintonował Honakura, kładąc drżącą rękę na gładkiej, błyszczącej, wyłożonej kaflami podłodze. - Pozwól mi służyć Tobie ze wszystkich sił i zabrzmiało to jak łkanie, gdy głos, jak zwykle, załamał mu się na wysokiej nucie. Równocześnie Honakura położył równie kruchą prawą rękę obok lewej. - I ukaż moim oczom.lwe cele - tu następował kłopotliwy moment, rytuał nakazywał mu dotknąć czołem mozaiki, ale przez ostatnie piętnaście lat nie dopełniał tej formalności. Jeśli Bogini zdecydowała się usztywnić jego prastare stawy, to teraz musi się zadowolić najlepszym, co mógł osiągnąć... I oczywiście zadowalała się. Natężał się przez chwilę, słuchając cichego śpiewu innych kapłanów i kapłanek również biorących udział w porannym nabożeństwie. Potem z cichym i nieprzewidzianym w rytuale westchnieniem ulgi podniósł się z przysiadu, składając razem dłonie i patrząc z adoracją na Nią. Teraz wolno mu było wypowiedzieć milczącą i osobistą modlitwę, swe własne wołanie. Nie miał wątpliwości, co będzie jej treścią, tego dnia powtarzał to samo, co przez wiele dni poprzednich: "Najwyższa Bogini, zrób coś z szermierzami ze swojej straży!" Nie odpowiedziała. Nie spodziewał się, że Ona to zrobi. Nie była przecież Boginią We Własnej Osobie, ale zwyczajnym wizerunkiem, pomagającym pokornym śmiertelnikom uzmysłowić sobie jej wielkość. Któż wiedział to lepiej niż kapłan siódmego stopnia? Ale Ona usłyszy jego modlitwy i pewnego dnia odpowie. - Amen! - zaśpiewał tremolo. Teraz mógł już zaplanować dzień, ale przez chwilę pozostał w przysiadzie na piętach, z ciągle złożonymi rękami, rozmyślając, wpatrzony z miłością w majestat Najwyższej i w ogromną kamienną kratę ponad nią, - dach jej świątyni, najświętsze ze wszystkich świętych miejsc w Świecie. Miał w planie wiele spotkań - ze strażnikiem skarbca, z mistrzem posłuszeństwa dla akolitów, z wieloma innymi, a prawie wszyscy pełnili urzędy, które sam Honakura pełnił w tym czy innym czasie. Teraz był zwyczajnie Trzecim Zastępcą Przewodniczącego Rady Archidiakonów. Ten niewinnie brzmiący tytuł zawierał o wiele więcej- niż odsłaniał. Potęga, czego nauczył się dawno temu, najlepiej czuje się w ukryciu. Poranne modlitwy zbliżały się do końca. Już wprowadzano do środka pierwszego z wielu codziennie przybywających pielgrzymów, pragnących złożyć swoje ofiary i błagania. Pieniądze dzwoniły w misach, modlący się mamrotali, korzystając z cichych podpowiedzi kapłanów. Można zacząć dzień, zdecydował Honakura, od osobistego wprowadzenia kilku przybyłych. To była ceniona służbą dla Najświętszej, zadanie, które sprawiało mu radość, a zarazem dobry przykład dla młodzieży. Opuścił ręce i rozejrzał się w nadziei, że może w pobliżu znajdzie się ktoś, kto pomoże mu wstać - teraz nie było to dla niego najłatwiejsze z ćwiczeń. Natychmiast jakiś człowiek znalazł się przy jego boku i mocne ręce podtrzymały go. Mrucząc cicho podziękowanie, Honakura wstał na nogi. Już zamierzał odwrócić się, gdy tamten przemówił: - Jestem Jannarlu, kapłan trzeciego stopnia... - wykonał rytuał pozdrowienia wobec wyższego stopniem, słowa, gesty rąk i pokłony. Wstrząśnięty Honakura spoglądał z dezaprobatą. Czyżby ten młody człowiek uważał, że tak błaha przysługa może usprawiedliwić narzucanie się władcy siódmego stopnia? To miejsce, przed podwyższeniem i posągiem bóstwa, było najświętszym ze świętych i chociaż nie istniało prawo zakazujące tu rozmów i formalnych pozdrowień, zabraniał tego zwyczaj. Wtedy przypomniał sobie, że Jannarlu to wnuk starego Hahgafau. Mówiono, że rokuje nadzieje. Musiał mieć ważny powód, skoro zachowywał się niewłaściwie. Honakura czekał więc, dopóki pozdrowienie nie zostanie zakończone i wtedy wypowiedział zwyczajową odpowiedź: "Jestem Honakura, kapłan siódmego stopnia..." Jeden z twarzoznaków Jannarlu był jeszcze lekko zaogniony, co znaczyło, że trzecim został bardzo niedawno. Wysoki - znacznie wyższy niż drobny Honakura - kościsty, o haczykowatym nosie i sprawiający wrażenie niezdarnego. Wydawał się absurdalnie młody, ale wszyscy oni sprawiali teraz takie wrażenie.

Tuż obok starowinka wrzuciła do misy złoto i zaczęła błagać Boginię o wyleczenie boleści w kiszkach. Trochę dalej młoda para prosiła, aby nie przysyłano im więcej dzieci, przynajmniej przez kilka lat. Gdy tylko Honakura zakończył, Jonnarlu palnął od razu: - Władco, jest tu szermierz... Siódmy! Ona odpowiedziała ! - Zostawiłeś go na zewnątrz? - zapytał podniecony Honakura, z trudem zmuszając się do szeptu i walcząc, żeby nie okazać emocji wobec kogokolwiek, kto mógłby go obserwować. Trzeci wzdrygnął się, ale skinął potwierdzająco. - On przybył jako Bezimienny, władco. Honakura syknął ze zdziwienia. Niewiarygodne! Z zasłoniętym czołem i w czerni, jak żebrak, każdy mógł się stać Bezimiennym. Zgodnie z prawem takie osoby nie mogły posiadać majątku i musiały pozostawać w służbie Bogini. Wielu odprawiało specjalną pokutę, tak że w praktyce nie był to niezwykły wśród pielgrzymów sposób przybywania do świątyni. Ale dla władcy, Siódmego, zredukowanie swojego statusu było jednak niezwykłe. Dla szermierza jakiegokolwiek stopnia prawie nie do pomyślenia: Dla szermierza siódmego stopnia... niewiarygodne! To wyjaśniało, jak mógł dotrzeć żywy. Czy uda się go utrzymać przy życiu? - Powiedziałem mu, żeby znów się zasłonił, władco - odezwał się nieśmiało Jannarlu. - On... wydawał się całkiem zadowolony, że może to zrobić. W tym było coś lekkomyślnego i Honakura rzucił Trzeciemu ostrzegawcze spojrzenie, gorączkowo myśląc, co robić dalej. Nieładna, brązowa twarz Jannarlu lekko pociemniała. - Mam nadzieję, że się nie spieszyłeś? - Nie, władco - Trzeci potrząsnął głową. - Szedłem za... - wskazał w stronę schorowanej starowiny, którą teraz podtrzymywali kapłani. - Dobra robota! - powiedział ułagodzony Honakura. - Chodźmy więc i zobaczmy to twoje cudo. Pójdziemy powoli, omawiając święte sprawy... i nie całkiem we właściwym kierunku ,jeśli łaska. Młody człowiek poczerwieniał z radości i cofnął się, żeby iść o krok za nim. Wielka świątynia Bogini w Hann była nie tylko najbogatszym i najstarszym budynkiem na świecie, z pewnością była też największym. Gdy Honakura odwrócił się od podwyższenia, stanął przed pozornie nieskończoną przestrzenią błyszczącej, wielobarwnej podłogi, rozciągającej się aż do siedmiu, tworzących fasadę świątyni, ogromnych arkad. Kręciło się przy nich wielu ludzi, wchodząc lub wychodząc - pielgrzymi oraz wprowadzający ich kapłani - ale tak ogromna była to przestrzeń, że ludzkie istoty wydawały się na niej niewiele większe niż bobki mysiego łajna. Poza arkadami, na zewnątrz, w blasku słonecznego światła, rozciągał się widok na wąwóz, na Rzekę i na Sąd, którego dudniący ryk wypełniał świątynię przez wszystkie tysiąclecia jej istnienia. Wzdłuż bocznych ścian szerokiej nawy stały kapliee pomniejszych bogów i bogiń, a ozdobne okna ponad nimi pałały barwami rubinów, szmaragdów, ametystów i złota. Modlitwa Honakury została wysłuchana. Nie... modlitwy wielu. On na pewno nie był jedynym z jej sług, który modlił się o to każdego dnia, jednak on był tym, do którego przyniesiono nowinę. Musiał poruszać się ostrożnie, odważnie i zdecydowanie, ale czuł gorące zadowolenie, że to on został wybrany. Dotarcie do arkad z denerwującym się przy jego boku młodym Trzecim zajęło sporo czasu. Tworzyli, Honakura wiedział to, dziwną parę - Jannarlu w brązie Trzeciego, a on w błękicie Siódmego. Młodszy mężczyzna był wyższy, ale Honakura nigdy nie odznaczał się wzrostem, a teraz skurczył się i przygarbił, był bezzębny i bezwłosy. Młodzi za jego plecami nazywali go Mądrą Małpką i to określenie bawiło go. Późny wiek ma nieliczne radości. Podczas nieprzyjemnych, milczących godzin nocy czuł, jak jego stare kości ocierają się o prześcieradła i cicho pragnął, żeby Ona uwolniła go od tego i pozwoliła mu zacząć od nowa. Jednakże może zachowywała go przy życiu dla jednej ostatniej posługi, a jeśli tak, przeznaczenie wypełniło się. Szermierz siódmego stopnia! Była ich zaledwie garstka, jak odkryli kapłani. A w potrzebie okazywali się bezcenni. Idąc myślał, że młody Jannarlu okazał wielki rozsądek, przychodząc do niego, a nie do jakiegoś gadatliwego średniostopniowca. Powinien zostać wynagrodzony i uciszony. - Kto jest twoim mentorem? - zapytał - Tak, znam go - dodał po usłyszeniu odpowiedzi. - Szacowny i święty człowiek. Ale czcigodny Londossinu potrzebuje podopiecznego, który pomagałby mu w pewnych nowych obowiązkach. To delikatne sprawy, dla człowieka dyskretnego i małomównego. Zerknął kątem oka na idącego przy nim młodzika i zobaczył na jego twarzy rumieniec radości i podniecenia. - Będę zaszczycony, władco. Tak powinno być, gdy Trzeciemu proponuje się na mentora Szóstego, ale on wydawał się czekać na

wiadomość. - Porozmawiam więc z twoim opiekunem i ze świętym, zobaczę, czy da się zaaranżować przeniesienie. Trzeba oczywiście poczekać do zakończenia sprawy z szermierzem... do pomyślnego jej załatwienia. - Oczywiście, władco - młody Jannarlu patrzył prosto przed siebie, ale nie zdołał całkowicie zdusić uśmiechu. - Na jakim jesteś etapie w swoich przygotowaniach? - W następnym tygodniu rozpoczynam piąte milczenie - powiedział chłopak i szybko dodał: - Jestem ożywiony pragnieniem, by je rozpocząć. - Zaczniesz je, gdy tylko spotkam się z tym twoim cudem - oświadczył Honakura, chichocząc bezgłośnie. - Prześlę wiadomość twojemu mentorowi. - Co za przebiegły młodzieniec! Piąte milczenie trwa dwa tygodnie, w tym czasie sprawa zapewne zostanie zakończona . Nareszcie dotarli do arkad. Poza nimi wielkie schody opadały na podwórzec świątyni jak stok wzgórza. Ich szczyt oblegały już szeregi pielgrzymów, klęczących cierpliwie w cieniu. W późniejszej porze dnia, gdy dotrą do nich promienie tropikalnego słońca, czekanie okaże się trudniejsze. Wbrew zwyczajowi kapłan spojrzał na twarze najbliżej zgromadzonych. Gdy jego oczy spotkały się z ich oczami, pokłonili się przed nim z szacunkiem, ale dzięki długiemu doświadczeniu zdołał odczytać zaznaczone na ich czołach stopnie i specjalności oraz podać wstępne diagnozy - garncarz, Trżeci, prawdopodobnie kłopoty ze zdrowiem; panna, Druga, może sprawa bezpłodności , złotnik, Piąty, dobry ze względu na obfitą ofiarę. Tylko kilka głów było zakrytych. Honakufa mógł łatwo domyślić się, który jest szermierzem. Ten człowiek zdecydował się na podejście do jednej z bocznych arkad, co było pomyślne, ponieważ wartownik pro forma stał tylko przy środkowej nawie. Ale dla kogoś jego stopnia był to dziwny wybór. Coś z nim musi być poważnie nie w porządku. - Przypuszczam, że to ten duży, co? Bardzo dobrze. A tu, jak widzę, czcigodny Londossinu we własnej osobie. Porozmawiajmy z nim odrazu. - To się dobrze składało, gdyż ostatnimi czasy Honakura nie lubił przeładowywać pamięci, co z pewnością było robotą Najświętszej. Całą sprawę więc załatwiono przy użyciu tuzina słów - oraz kilku znaczących spojrzeń, aluzji i dwuznaczników. Zaaranżowano wymianę mentorów, w zamian za co Londossinu otrzyma stanowiska w komitecie, o które starał się dla swoich dwóch podopiecznych , oraz promocję dla następnego. Młody Jannarlu zostanie uciszony. Honakura odczekał, dopóki nie zobaczył, że młody człowiek kieruje się w świątyni w celu rozpoczęcia rytuału milczenia, całkowicie nieświadomy większości spraw, które załatwiono przy tej okazji: Tu nie było pośpiechu , Bezimienni nie mogli składać ofiar i stąd mieli u wprowadzających niski priorytet. Tak, to robota Bogini! Odpowiedzią na jego modlitwy był szermierz wysokiego stopnia, człowiek, który przybył - niewiarygodne! - incognito i dzięki temu bezpiecznie, tak że nawet uniknął dwóch znudzonych szermierzy, sterczących przy centralnej arkadzie, którzy, było to całkiem możliwe - po jego długich włosach mogli przecież odgadnąć, że jest szermierzem. Dzięki Bogini! Honakura ruszył spokojnym krokiem we właściwym kierunku, kiwając głową w odpowiedzi na składane mu pokłony. Zgodnie z prawem Bezimienny mógł być tylko wypytany przez kapłanów lub zbadany przez szermierzy. Niekiedy jednak adepci dręczyli przybyłych dla zabawy. Malutki kapłan aż parsknął na myśl, co by się stało, gdyby któryś z nich spróbował zbadać tego i odkrył, że ma do czynienia z szermierzem, na dodatek Siódlmym! To mogłoby być zajmujące widowisko. Na szczęście, tym razem stopień tego człowieka nie został jeszcze odkryty. Nareszcie dotarł do celu. Mężczyzna był rzeczywiście wielki, nawet gdy klęczał jego oczy znajdowały się niewiele poniżej oczu Honakury. Szermierze rzadko bywali wysocy, jako że szybkość liczyła się dla nich o wiele bardziej niż siła. Jeśli ten człowiek jest równie zręczny co wielki, to będzie cudowny, ale dlatego zapewne został Siódmym i tu nikt nie mógłby być cudowniejszy . Poza czarną szmatą na głowie miał tylko wystrzępioną przepaskę biodrową. Był ubrudzony i pokryty smugami po spływającym pocie, jednak jego wielkość i młodość robiły wrażenie. Włosy także miał ciemne, zwisały mu na ramiona, a oczy przypominały dwa węgle, źrenice niknęły w tęczówkach. To były pełne mocy oczy... płonące gniewem mogły porazić strachem. Patrząc w nie Honakura zobaczył teraz coś innego - ból, lęk i przygnębienie. Tak właśnie spoglądali na Boginię suplikanci - chorzy, umierający, osieroceni - ale rzadko, widział równą intensywność, a w oczach tego ogromnego i zdrowego młodzieńca podobny wyraz był d1a kapłana oszałamiającym wstrząsem. Rzeczywiście, działo się coś dziwnego! - Chodźmy stąd w bardziej ustronne miejsce - powiedział szybko. - Władco? Młody mężczyzna podniósł się bez wysiłku, górując nad malutkim kapłanem jak zorza świtu ponad skałami.

Był naprawdę bardzo duży i jego mięśnie grały przy każdym ruchu. Jak na szermierza był młody, a już szczególnie na Siódmego; prawdopodobnie młodszy niż Jannarlu, który doszedł do trzeciego stopnia. Dotarli do końca fasady i Honakura zbliżył się do cokołu mocno skorodowanego posągu. Szermierz usiadł bez sprzeciwu. Jego apatia była zadziwiająca. - Darujmy sobie na chwilę formalności - powiedział Honakura, pozostając w pozycji stojącej - ponieważ jesteśmy obserwowani . Jestem Honakura, kapłan siódmego stopnia. - Jestem Shonsu, szermierz, i również Siódmy - potężny głos pasował do reszty postaci. Jak odległy grzmot. Podniósł rękę, żeby zdjąć z głowy szmatę, ale Honakura potrząsnął przecząco głową. - Szukasz pomocy u Bogini? - Jestem nękany przez demona, świątobliwy. To wyjaśniało, dlaczego jego oczy miały taki wyraz. - Demony można egzorcyzmować, jednak rzadko napastują one tych, którzy osiągają wysoki stopień - powiedział Honakura. - Proszę, opowiedz mi o nim. Młody człowiek zadrżał. - Jest koloru kwaśnego mleka. Ma żółte włosy na brzuchu, kończynach i twarzy, ale żadnych na szczycie głowy, jakby była odwrócona górą na dół. Honakura również zadrżał i zrobił znak w stronę Bogini. - Nie ma napletka - kontynuował szermierz. - Czy znasz jego imię? - O, tak - westchnął Shonsu. - Gada do mnie od zmroku do świtu, a ostatnio nawet w ciągu dnia. Mało z tego, co mówi, ma sens, ale jego imię brzmi Walliesmith. - Walliesmith? - powtórzył z powątpiewaniem Honakura. - Walliesmith - szermierz powtórzył z absolutną pewnością. To nie było imię żadnego z siedmiuset i siedemdziesięciu siedmiu demonów - ale naturalnie demon może nie powiedzieć prawdy, dopóki nie zostanie właściwie zaklęty. I chociaż sutry katalogowały demony według najobrzydliwszych i najbardziej groteskowych przymiotów, Honakura nigdy nie słyszał o takim wynaturzeniu jak włosy rosnące, na twarzy. - Bogini pozna go i może on zostać wypędzony - powiedział. - Jaką ofiarę złożysz Jej w zamian? Młody mężczyzna ze smutkiem opuścił oczy. - Władco, nie pozostało mi do ofiarowania nic, z wyjątkiem mej siły i zręczności. Szermierz, a nie wspomniał o honorze? - Może rok albo dwa służby w naszej straży świątynnej? - zasugerował Honakura, przyglądając się mu uważnie. - Sędzią jest waleczny władca Hardduju, Siódmy. Twarz szermierza miała twardy wyraz, a teraz rzucił kapłanowi twarde spojrzenie. - Jak wielu Siódmych potrzebujecie w straży świątynnej? - zapytał ostrożnie. - I jaką przysięgę musiałbym złożyć? Honakura przybliżał się trochę do realizacji swych zamysłów. - Nie jestem zaznajomiony z wszystkimi waszymi szermierczymi przysięgami, władco. Teraz, gdy o tym wspomniałeś, nie przypominam sobie więcej niż jednego Siódmego na raz w straży, a pracuję tu już ponad sześćdziesiąt lat. Przez chwilę mierzyli się w milczeniu wzrokiem. Szermierz wzdrygnął się. Chociaż ludzie jego zawodu mieli mało skrupułów w tępieniu się nawzajem, niezbyt często otrzymywali tego typu sugestie od cywilów. Honakura zdecydował się trochę szerzej odsłonić sprawę. - Rzadko się zdarza, by szermierze wysokiego stopnia odwiedzali świątynię - powiedział. - W ciągu ostatnich dwóch lat nie było ani jednego. Chociaż to dziwne, bo słyszałem o kilku, którzy przybyli do Hann z takim zamiarem - co najmniej jeden Siódmy i paru Szóstych. - Co sugerujesz? - wielkie pięści szermierza zacisnęły się. - Niczego nie sugeruję - powiedział pośpiesznie Honakura. - To były zwykłe pogłoski. Mówiono, że zamierzali przeprawić się promem, a potem przebyć tę długą drogę wśród drzew. Prawdopodobnie zmienili zamiary. Jeden dotarł co prawda do hotelu dla pielgrzymów, ale miał wielkiego pecha, bo spożył tam jakieś zepsute mięso. Jesteś tym bardziej mile widziany, że szermierze to rzadcy goście, władco. Siła fizyczna niekoniecznie oznacza głupotę - młody człowiek zrozumiał. Na jego policzki wypełzł ciemny rumieniec wściekłości. Rozejrzał się wokół po majestatycznej fasadzie świątyni. Rzucił okiem na wie1ki dziedziniec poniżej, obramowany przez kamienistą plażę i nieruchomą sadzawkę, poza którą rzeka pieniła się i kotłowała wypadając z wąwozu, przeniósł wzrok dalej na spowitą we mgłę wspaniałość Skały Sądu. Potem odwrócił głowę, żeby przyjrzeć się lesistym terenom świątynnym i dużym domom zamieszkiwanym przez najwyższych dostojników. W jednym z nich na pewno mieściło się biuro sędziego . - Być szermierzem w straży świątynnej to wielki zaszczyt - powiedział.

- W dzisiejszych czasach wynagrodzenie jest nawet nieco wyższe niż to zwykle bywa - podsunął Honakura. Na surowej twarzy szermierza znowu pojawił, się gniew. - Spodziewam się, że człowiek może gdzieś tu pożyczyć miecz? - To da się załatwić. Młody człowiek skłonił głowę. - Jestem zawsze na służbie Bogini. Tak oto, pomyślał uszczęśliwiony Honakura, należy załatwiać sprawy. O zabójstwie nie wspomniano ani jednym słowem. - Ale najpierw egzorcyzmy? - zapytał szermierz. - Oczywiście, władco - Honakura nie mógł sobie przypomnieć, żeby w ciągu ostatnich pięciu lat przeprowadzano jakieś egzorcyzmy , lecz rytuał był mu znany. - Szczęśliwie nie wymaga to, żeby był wspomniany twój zawód czy nawet stopień. A twa obecna odzież będzie odpowiednia. Szermierz odetchnął z ulgą, - I okaże się to skuteczne? Nikt nie mógł zostać Trzecim Zastępćą Przewodniczącego Rady Archidiakoriów, a co więcej przetrwać na tym stanowisku bez umiejętności zabezpieczania sobie tyłów. - To bgdzie skuteczne, władco, chyba że... - Chyba że? - powtórzył jak echo szermierz, a jego szeroka twarz pociemniała od podejrzliwości. A może było to poczucie winy? Honakura powiedział ostrożnie: - Chyba że demon został posłany przez Samą Najwyższą. Tylko ty wiesz, czy nie popełniłeś przeciw Niej jakichś ciężkich grzechów. Wyraz wielkiej męki i smutku pojawił się na twarzy szermierza. Opuścił oczy i milczał przez chwilę. Potem wyzywająco spojrzał na kapłana i warknął: - On został nasłany przez czarodziei. Czarodzieje! Mały kapłan cofnął się chwiejnie o krok. - Czarodzieje! - wyrwało mu się. - Władco, przez wszystkie lata spędzone w tej świątyni nigdy nie słyszałem pielgrzyma wspominającego o czarodziejach. Przykro mi pomyśleć, że coś takiego naprawdę jeszcze istnieje. Teraz oczy szermierza przybrały wyraz wręcz przerażający . - Och, oni istnieją! - huknął. - Przybyłem z bardzo daleka, święty, z bardzo daleka. Ale czarodzieje istnieją, uwierz mi. Honakura już w pełni się opanował. - Czarodzieje nie mogą zatriumfować nad Najświętszą - powiedział z przekonaniem. - Na pewno nie w Jej własnej świątyni. Jeś1i to oni są przyczyną twojej biedy, egzorcyzm będzie skuteczny. Sprawdzimy to . Honakura przywołał odzianego w pomarańczową szatę Czwartego i wydał rozkazy. Potem przeprowadził szermierza przez najbliższą arkadę i wzdłuż całej nawy do posągu Bogini. Wielki mężczyzna szedł przy boku Honakury powolnym krokiem, robiąc jeden krok na trzy kroczki kapłana, a jego głowa obracała się na wszystkie strony, gdy przyglądał się wspaniałościom wokoło. Jak wszyscy przybysze, którzy po raz pierwszy spoglądali na to najświętsze sanktuarium - zobaczył najpierw wielki, błękitny posąg, zawalony stosami błyszczących ofiar srebrny podest przed nim, wielobarwne ognie szklanych witraży w oknach po obydwu stronach, cudowny wachlarz rzeźbionego sufitu, zawieszonego w górze, odległego jak niebo. W świątyni przez cały czas wrzała praca, pełno było kapłanów, kapłanek, pielgrzymów i innych wiernych, poruszających się po błyszczących mozaikach posadzki, jednak ich drobne postacie w ogromie wnętrza wyglądały jak ziarenka kurzu, a cała przestrzeń emanowała spokojem. Gdy podeszli bliżej, szermierz zaczął sobie uświadamiać majestat posągu Bogini. Została przedstawiona jako odzianą w szatę kobieta z luźno opadającymi włosami, siedziała ze skrzyżowanymi nogami, trzymając ręce na kolanach. W miarę jak się zbliżali, wypiętrzała się nad nimi, ogromna, groźna i majestatyczna, coraz i coraz ogromniejsza. Nareszcie dotarli do skraju podestu i upadli na podłogę, oddając Jej cześć. Egzorcyzm wymagał współdziałania wielu kapłanów i kapłanek, wymagał śpiewów, tańców, gestów, rytuałów i poważnego ceremoniału. Honakura stał z boku i pozwolił Perandoro, Szóstemu , celebrować, jako że była to rzadka okazja. On sam tylko raz prowadził egzorcyzmy. Szermierz klęczał wewnątrz kręgu skulony, z opuszczoną głową i rozłożonymi rękami, tak, jak go pouczono. Gdyby rozłożyć na tych plecach obrus, zmieściłby się tam obiad na trzy osoby. Pozostali kapłani i kapłanki patrzyli ukradkiem, podczas gdy zespół zabierał się do dzieła. Pielgrzymi taktownie rozsunęli się na boki. Obrzęd robił na wszystkich wielkie wrażenie.

Honakura niewiele uwagi zwracał na przygotowania. Planował swój następny ruch przeciw nieprzewidywalnemu Hardduju. Zdobycie miecza było sprawą łatwą - można go dostać z warsztatu od Athalainiego. Błękitny kilt dla Siódmego też nie stanowił problemu, a zapinka do włosów to wręcz drobiazg. Ale szermierze paradowali w charakterystycznych butach, a wysyłanie po parę takich, szczególnie rozmiaru, który był wymagany, na pewno wzbudziłoby podejrzenia. Następnie, tego był całkowicie pewny , rytuał pojedynku wymaga od walczącego posiadania sekundanta, a to jeszcze bardziej komplikowało sprawy. Na dzień lub dwa dałoby się usunąć niebezpiecznego młodzieńca z widoku aż do ukończenia przygotowań, ale to uda się tylko wtedy, gdy jego obecność zostanie utrzymana w tajemnicy. Honakura czuł wielką satysfakcję, że Bogini nie tylko odpowiedziała w ten sposób na jego modlitwy, ale także powierzyła zawarcie subkontraktu. Czuł pewność, że nie zawiedzie Jej zaufania. Dopilnuje, żeby nie było pomyłek. Wtem pieśń wzniosła się do punktu kulminacyjnego i chór wyśpiewał "Precz!" Szermierz kręcił głową na boki jak oszalały, a wreszcie wlepił wzrok w Boginię. Honakura wzdrygnął się. Powiedziano przecież głupcowi, żeby trzymał głowę opuszczoną. - Precz! - jeszcze raz zawołali śpiewacy, rytm ich pieśni znakomicie podkreślał grozę sytuacji. Szermierz, klęcząc, szarpnął się w górę, odrzucił głowę w tył i otworzył oczy tak szeroko, że białka stały się widoczne wokół tęczówek. Dobosze zmylili rytm, a trębacz wziął złą nutę. - Precz! - wykrzyczał chór po raz trzeci. Perandoro uniósł srebrny kubek pełen świętej wody z rzeki i wylał jego zawartość na głowę szermierza. Mężczyzną targnął niewiarygodny spazm rzucił się z pozycji klęczącej w powietrze, a potem opadł na stopy. Brudna przepaska zleciała na podłogę i stanął, jak go Bogini stworzyła, z uniesionymi ramionami i głową odrzuconą w tył, a woda ściekała po jego twarzy i ramionach . Wydał z siebie niezwykłej siły dźwięk, Honakura nigdy nie słyszał, by coś takiego wydobywało się z ludzkiego gardła. Po raz pierwszy chyba w czasie wielowiekowej historii świątyni jeden głos zagłuszył chór, lutnie, flety i odległy huk Sądu. Był to głos nieharmonijny, zwierzęcy, przerażający i pełen niszczącej duszę rozpaczy. Dźwięk odbił się od sklepienia. Trwał przez niewiarygodną, nieludzką, nieprawdopodobną chwilę, podczas której śpiewacy i muzycy poplątali się beznadziejnie, a tancerze potykali się i zderzali. Wreszcie ceremonia zakończyła się chaotycznym, dudniącym łoskotem bębnów, a szermierz przechylił się w tył. Upadł jak marmurowy słup. W nagłej ciszy odgłos uderzenia jego głowy o płyty posadzki był wyraźnie słyszalny. Leżał nieruchomo, ogromny i nagi jak noworodek. Łachman opadł z jego czoła, odsłaniając wszem i wobec oznaczenie zawodu na jego czole, siedem mieczy. Świątynia była konstrukcją, której początki ginęły w głębi neolitu. Bez przerwy dodawano nowe fragmenty i większość gmachu przebudowywano od czasu do czasu, gdy mury zwietrzały lub chyliły się ku upadkowi - nie raz, ale wielokrotnie. Ale świątynia to też ludzie. Ci starzeli się i byli zastępowani znacznie szybciej. Każdy akolita o młodej twarzy spoglądał w zadziwieniu na mądrego Siódmego, podziwiając starego człowieka, który prawdopodobnie wiedział, co i jak, i w swej młodości mało myślał o tym, że ten właśnie starzec jako akolita studiował to samo, co i jak, i dumał, czy jest wystarczająco dorosły, żeby wiedzieć to i tamto. W ten sposób, tak jak kamienie w arkadzie, mężczyźni i kobiety świątyni ciągnęli się z ciemności minionego w niemożliwy do ujrzenia blask przyszłości. Pielęgnowali starożytne tradycje i święte metody i czcili Boginię z powagą i głębokim szacunkiem... Ale żaden z nich nigdy nie przypominał sobie dnia takiego jak ten. Widziano, jak podstarzałe kapłanki szóstego stopnia biegały , pytania i odpowiedzi wykrzykiwane były przed samym obliczem Bogini, naruszając wszelkie obyczaje , niewolnicy, gońcy i uzdrawiacze tłoczyli się w najświętszych miejscach, a pielgrzymi wędrowali bez asysty aż do samego podium. Czterech najroślejszych młodych kleryków zostało przez czcigodnych seniorów o niekwestionowanej moralnej czystości zaprowadzonych do pokoików na zapleczu, gdzie rozkazano im rozebrać się i położyć. Przed obiadem trzech szacownych Siódmych dostało zawału serca. Pająkiem w centrum pajęczyny zamieszania był Honakura. On wepchnął kij w mrowisko i zakręcił. Przyzwał cały swój autorytet, całą swą niewypowiedzianą potęgę, swą niezrównaną wiedzę o mechanizmach działania świątyni i swój nietuzinkowy rozum - i użył tego wszystkiego do poplątania, pogmatwania, wprowadzenia zamętu i bałaganu. Używał tego z mistrzostwem i finezją. Wydał lawinę rozkazów - apodyktycznych, tajemniczych, pokrętnych, zwodniczych i sprzecznych. Gdy wreszcie waleczny Władca Hardduju, przywódca straży świątynnej, dostał pewne potwierdzenie, że na terenie jest inny szermierz siódmego stopnia, ten zniknął i żadna liczba pochlebstw, łapówek, przepytywań czy gróźb nie pomogła ustalić, gdzie przepadł. O co, oczywiście, w tym wszystkim chodziło.

Ale nawet taki dzień musi dobiec końca. Gdy słoneczny bóg czuł się coraz bardziej zmęczony swym blaskiem i zaczynał schodzić w stronę wyjścia, szacowny Władca Honakura szukał odpoczynku w małym pokoju, wysoko w jednym z mniejszych skrzydeł świątyni. Od lat nie odwiedzał tych miejsc. Stanowiły jeszcze bardziej pogmatwany labirynt niż reszta kompleksu, ale dla niego były wprost idealne. Kłopoty, wiedział to, czekały go wszędzie - równie dobrze mógł kazać im się szukać tak długo, jak to było możliwe. Miejsce, które znalazł, było małym, pustym pokojem, wyższym niż szerszym, o ścianach z bloków piaskowca i podłodze z pokiereszowanych desek, nakrytych małym, wyświechtanym dywanikiem. Było tam dwoje drzwi, w których nawet olbrzymi nie musieliby się schylać i pojedyncze okno z romboidalnymi, ułożonymi spiralnie, zakurzonymi szybami, rozmazującymi światło w zielone i niebieskie plamy. Framuga okna była tak wypaczona, że nie dawało się go otworzyć, sprawiając, iż w pokoju panował zakurzony zaduch. Jedynymi meblami była para drewnianych stołków. Honakura siedział na poręczy jednego z nich machając nogami, próbując złapać oddech i zastanawiając się, czy nie przegapił jakiegoś detalu. Ktoś zastukał i do środka zajrzała znajoma twarz. Starzec westchnął i wstał, gdy jego siostrzeniec Dinartura wszedł, zamknął drzwi i zbliżył się, żeby wygłosić pozdrowienie wobec wyższego. - Jestem Dinartura (prawa ręka na serce), uzdrawiacz trzeciego stopnia (lewa ręka na czoło) - i jest mym najgłębszym i najpokorniejszym życzeniem (dłonie złączone na wysokości pasa ), żeby sama Bogini (falujący ruch prawą ręką) uznała za właściwe przyznać mi długie życie i szczęście (oczy w górę, ręce wzdłuż boków) oraz nakłoniła cię do przyjęcia mych skromnych, lecz chętnie ofiarowanych usług (oczy w dół) w każdy sposób, w jaki mogę dopomóc któremuś z twych szlachetnych celów (dłonie na twarz, pokłon). Honakura odwzajemnił się równie kwiecistą odpowiedzią, potem machnął w kierunku drugiego stołka. - Jak się ma twoja droga matka? Dinartura był przygarbionym młodym człowiekiem, z rzednącymi jasnobrązowymi włosami i początkami otyłości. Niedawno porzucił spódniczkę młodzieńca dla szaty bez rękawów, bawełnianej sukni w kolorze brązu odpowiedniej dla średniego wieku oraz stopnia, który osiągnął i miał tendencję do podsuwania pod sam nos rzeczy, którym chciał się przyjrzeć. Był najmłodszym siostrzeńcem Honakury, niewybaczalnie prozaicznym tępakiem, nudnie godnym zaufania. Po tym, jak formalnościom poświęcono stosowną ilość uwagi, Honakura powiedział: - A jak się czuje pacjent? - Uśmiechał się, ale z niepokojem czekał na odpowiedź. - Gdy odchodziłem, był ciągle nieprzytomny. - Dinartura przekazując informację mówił jak do krewnego. - Na głowie ma dużego guza, ale nie dostrzegłem oznak zagrożenia życia. Oczy i uszy w porządku. Przypuszczam, że obudzi się we właściwym czasie i za dzień czy dwa będzie jak nowo narodzony. Honakura westchnął z ulgą tak, że uzdrawiacz dodał pośpiesznie: - Oczywiście, jeśli taka będzie Jej wola. Skutki urazów głowy są niemożliwe do przewidzenia. Gdybym cię nie znał, wuju władco, mówiłbym ostrożniej. - Musimy więc okazać cierpliwość. Myślisz, że dwa dni? - Trzy byłoby pewniej - powiedział uzdrawiacz. - Jeśli planujesz dla niego jakieś wyczerpujące zadanie - dodał, okazując niezwykłe jak na siebie wyczucie. - Skoro zamierzasz go zatrudnić, to myślę, że wtedy będzie prawie zdrowy. - Po chwili powiedział: - A czy mogę zapytać, o co w tym wszystkim chodzi? Krąży wiele pogłosek i żadna z nich nie wydaje się wiarygodna. Honakura zachichotał, pryskając lekko śliną. - Odszukaj najmniej wiarygodną i znajdziesz się najbliżej prawdy. Honakura uśmiechnął się do siebie, coś sobie przypomniawszy. - Twój pacjent jest jednym z pięciu młodych mężczyzn, zranionych dzisiaj w świątyni. - Pięciu! - Dinartura przysunął się bliżej, chcąc zobaczyć, czy jego wuj mówi poważnie. Przez chwiię Honakura zastanawiał się, jak wiele potęgi zużytkował tego dnia. Zostało mu bardzo mało wierzytelności, a nagromadził zobowiązania. - To bardzo smutne, zgodzisz się z tym? Wszyscy leżą twarzami w dół, przykryci prześcieradłami i nie mówią ani się nie poruszają. Wszyscy zostali przeniesieni w bezpieczne miejsca - na noszach, w lektykach, w wózkach. W paru przypadkach nosze były nawet niesione przez kapłanów! Co najmniej dwudziestu dwóch uzdrawiaczy kręciło się przy nich, tudzież parę tuzinów innych ludzi. Część ofiar zabrano ź terenów świątyni do miasta, ale pozostali przenoszeni są z pokoju do pokoju, wnoszeni przez jedne drzwi i wynoszeni drugimi... Jest tu osiem czy dziewięć pokojów dla chorych podobnych do tego - wskazał w stronę wielkich dębowych drzwi - które obecnie są strzeżone. Tamte akurat drzwi prowadziły do następnego korytarza, ale nie widział powodu, by wspominać o tym fakcie. - Strzeżone przez kapłanów - powiedział młodszy mężczyzna. - Więc nie dowierzasz szermierzom?

Oczywiście, widziałem mojego pacjenta. Czy szermierze rzeczywiście będą działać tak, jak się tego obawiasz? - W tym przypadku, siostrzeńcze, może to się zdarzyć - ze smutkiem skinął głową kapłan. Świątynia utrzymywała straż, żeby pilnowała porządku, broniła pielgrzymów i karała przestępców... ale kto będzie pilnował pilnujących? - Słyszałem opowieści - mruknął Dinartura - szczególnie o pielgrzymach molestowanych na drodze. Czy twierdzisz, że to robią szermierze? - No cóż - odpowiedział ostrożnie Honakura. - Nie bezpośrednio. Banda albo bandy na drodze nie składają się z szermierzy, ale też nie są ścigane tak, jak powinny, więc tu musi wchodzić w grę przekupstwo. - Ale z pewnością większość z szermierzy to ludzie honoru ! - zaprotestował siostrzeniec. - Czy nie ma tam żadnego, któremu mógłbyś zaufać? Starzec westchnął. - Idź więc na dziedziniec zasugerował. - Złap szermierza, Trzeciego, powiedzmy, albo Czwartego - i zapytaj go, czy jest człowiekiem honoru. Jeśli powie... Uzdrawiacz zbladł i wykonał znak Bogini. - Raczej wołałbym nie, władco! - Jesteś tego pewny? - zachichotał wuj. - Zupełnie pewny. Dziękuję, władco! Szkoda! Honakura uznał, że to byłoby zabawne. - W pewien sposób, mój siostrzeńcze, masz rację. Większość z nich z całą pewnością jest godna szacunku, ale każdy złożył przysięgę swemu mentorowi czy, w końcu, samemu sędziemu. Ten jest jedynym , który złożył przysięgę świątyni. Tak więc, jeśli nie on wyda rozkaz patrolowania drogi, to kto? Pozostali słuchają rozkazów - i nic nie mówią. Tak naprawdę to oni muszą uważać na to, co pada z ich ust, jeszcze bardziej niż reszta z nas. Im grozi większe niebezpieczeństwo. Wtedy zauważył spojrzenie, jakie rzucił mu siostrzeniec i wiedział dokładnie, jaka towarzyszyła mu myśl , staruszek jest wspaniały - jak na swój wiek... Uznał to za bardzo irytujące i protekcjonalne. Ciągle jeszcze w prawie wszystkim był lepszy niż ten ciamajda będzie kiedykolwiek. - Co więc robiłeś w tej sprawie, wuju władco? Honakura pomyślał, że to typowo głupie pytanie. - Modliłem się, oczywiście! Dzisiaj Ona odpowiedziała na nasze modlitwy przez przysłanie Siódmego. Wezwała demona, żeby przypędził go tutaj. - Czy wasze egzorcyzmy zawsze mają taki gwałtowny przebieg? - zapytał Dinartura i wzdrygnął się, gdy zobaczył wyraz twarzy wuja. - Egzorcyzmy zdarzają się rzadko, ale sutry ostrzegają nas, że mogą się zdarzać ekstremalne reakcje - Honakura umilkł i rozmowa urwała się. Stołek zatrzeszczał, gdy Dinartura przechylił się w tył i zmierzył wuja nieco zdziwionym spojrzeniem. - Ten Siódmy? - zapytał. - Dlaczego obrażasz go taką kwaterą z jedną niewolnicą zamiast tłumu służby? Honakura odzyskał dobry nastrój i zachichotał. - To było najmniej prawdopodobne miejsce, w którym mogłem go umieścić - marny domek pielgrzymi . Wychodzi się z niego prosto na ruchliwą drogę, a on nie ma ubrania, więc jeśli się obudzi, to nigdzie nie pójdzie. Ale powiedz mi - dodał z zainteresowaniem. - Ta niewolnica. Kikarani obiecała ładną. Jak wygląda? Siostrzeniec skrzywił się w zamyśleniu. - To tylko niewolnica - powiedział. - Kazałem jej go umyć. Jest wysoka... i duża. Tak, wydaje mi się, że całkiem ładna. - Zastanowił się jeszcze chwilę i dodał: - Jest w niej pewna zwierzęca zmysłowość, jeśli mężczyzna chciałby tego. To było typowe! A Honakura ciągle jeszcze dostrzegał ładne dziewczyny. Bardzo dobrze wiedział, jakie obowiązki Kikarani wyznaczała swoim niewolnicom. Walczyła zębami i pazurami, żeby utrzymać swoje stanowisko szpitalniczki, mógł więc przypuszczać, jaki rodzaj dziewczyn utrzymuje. - Siostrzeńcze! Nie zauważyłeś tego? Twarz młodszego mężczyzny poróżowiała. - Myślę, wuju, że ona wystarczy, jeśli szermierz obudzi się i będzie chciał coś zrobić... i zobaczy, że nie ma ubrania. Stary kapłan zachichotał. Powiedziałby coś więcej, ale w tym momencie z rozmachem otworzyły się drzwi i dały się słyszeć głosy. Ktoś krzyczał głośno w przedpokoju. Potem do środka wmaszerował sędzia. Honakura zerwał się na nogi i popędził w stronę drugiego wyjścia. Odwrócił się plecami do drzwi i skierował się do przybysza z wyrazem największej uprzejmości na jaki mógł się zdobyć.

Hardduju siódmego stopnia był rosłym człowiekiem, choć nie osiągał rozmiarów Shonsu. Miał około czterdziestki i zaczynał tyć. Jego cielsko wylewało się nad paskiem kiltu z błękitnego brokatu wyszywanego złotą nicią, wylewało się też spomiędzy tłoczonych skórzanych pasów jego uprzęży. Nie miał szyi. Rękojeść miecza poza jego prawym uchem lśniła i połyskiwała ogniem wielu małych rubinów oprawionych w złoty filigran. Ściągacz do włosów utrzymujący rzednący koński ogon świecił złotem i rubinami, tak samo jak złota, wysadzana rubinami, bransoleta na jednym z mięsistych ramion. Na nogach miał giemzowe, buty ozdobione paciorkami granatów. Jego gruba twarz była rozpalona i wściekła. - Ha! - ryknął na widok Honakury. Przez chwilę obaj stali w milczeniu - kapłani i szermierze zawsze rywalizowali o status i nie lubili przed sobą zginać karku. Ale Hardduju był oczywiście młodszy i był gościem. Ponadto był niecierpliwy, więc zrezygnował z pierwszeństwa ,dobywając swego miecza. Uzdrawiacz wzdrygnął się, ale tym gestem rozpoczynała się szermiercza wersja powitania wobec równego. - Jestem Hardduju, szermierz siódmego stopnia ... Gdy ceremoniał się skończył, Honakura swym cienkim, niewyraźnym głosem udzielił jak najbardziej nieskazitelnej odpowiedzi, wyłamując w gestach swe stare, pokręcone ręce. Za sędzią pokazał się muskularny, młody szermierz czwartego stopnia w pomarańczowym kilcie i cherlawy niewolnik w zwyczajnej, czarnej przepasce biodrowej. Niewolnik niósł wielki pakunek zawinięty w płaszcze. W pierwszej chwiłi został zignorowany, ale po krótkim wahaniu Hardduju dokonał prezentacji adepta Gorramini. Z kolei Honakura przedstawił uzdrawiacza Dinarturę. Wtedy szermierz podszedł bardzo blisko, złożył swe grube ręce na piersi i spojrzał ostro w dół na małego kapłana: - Masz tu szermierza siódmego stopnia? - szczeknął, nie bawiąc się w dalsze uprzejmości. - Przypuszczam, że chodzi ci o wspaniałego Władcę Shonsu? - powiedział Honakura, jakby mogły wyniknąć jakieś wątpliwości - Miałem zaszczyt dziś rano towarzyszyć groźnemu władcy, tak - z zaciekawieniem studiował uprząż Hardduju, znajdującą się na poziomie jego oczu. - Egzorcyzm, jeśli rozumiem? - Szermierz miał trudności z utrzymywaniem tonu swego głosu w granicach uprzejmości. Kapłan przyrzekł sobie, że rozzłości go o wiele bardziej, zanim cała sprawa się zakończy. Uniósł niewidzialne brwi nad uprzężą i wymamrotał parę słów na temat etyki zawodowej. - Byłoby właściwe dla walecznego władcy złożenie mi wyrazów szacunku po przybyciu - warknął Hardduju - ale potem zrozumiałem, że nie był odpowiednio odziany. Przybyłem więc, żeby poczekać na niego i życzyć mu szybkiego wyzdrowienia. - Jesteś jak najbardziej łaskawy, władco - rozpromienił się Honakura. - Na pewno dopilnuję, żeby twoje dobre życzenia zostały mu przekazane. Szermierz popatrzył spode łba. - Przyniosłem dla niego miecz i inne rzeczy. To była miła niespodzianka. Honakurę zaciekawiło, w jakim stopniu można polegać na tym mieczu. - Twoja dobroć jest ponad oczekiwania! Gdybyś był tak dobry, żeby kazać swojemu niewolnikowi pozostawić je tutaj, to zapewnię przekazanie ich oraz poinformowanie go o twojej dobrej woli. Z masywnej piersi wyrwał się niski pomruk. - Pragnę złożyć mu wyrazy szacunku osobiście. Teraz! Starzeć ze smutkiem potrząsnął głową. - On odpoczywa i jest pod opieką odpowiedzialnego uzdrawiacza. Hardduju odwrócił się i spojrzał na Dinarturę, jak na coś, co oderwało się od podeszwy jego buta. - Trzeci, który opiekuje się Siódmym? Mogę sprowadzić zręczniejszego i lepszego. - Ten doświadczony uzdrawiacz jest moim siostrzeńcem - zauważył pogodnie Honakura. - Aha! - Hardduju z satysfakcją wyszczerzył zęby. -Więc dowiedziałem się wreszcie, co się dzieje! Dobrze, nie będę nadmiernie przeszkadzał dzielnemu władcy. Tylko złożę mu wyrazy szacunku - sięgnął do drzwi, żeby je otworzyć, ale Honakura rozłożył ramiona, żeby go powstrzymać. Nie martwił się użyciem przemocy, jako że kapłani byli nietykalni, ale wiedział, że w ten sposób naraża się na przyszłość. Miał jednak nadzieję, że za dzień czy dwa Shonsu załatwi dla niego sprawę. Przez chwilę obaj spoglądali na siebie. Sędzia zaczął unosić rękę do miecza. - Śmiało, władco - zachęcił go Honakura. Nawet gorylowaty Czwarty patrzył na to z zaskoczeniem. Ale sędzia nie był aż tak nierozważny, żeby dobywać miecza na kapłana siódmego stopnia. Zamiast tego podniósł starca jak dziecko i odstawił na bok. Potem rozwarł drzwi i przemaszerawał przez nie. Młodszy szermierz uśmiechnął się triumfująco do kapłana i ruszył za sędzią. I został prawie zwalony z nóg, gdy Hardduju wtargnął z powrotem do pokoju. Honakura mrugnął do siostrzeńca. Potem znów zwrócił się uprzejmie do sędziego:

- Jak powiedziałem, władco, musisz być cierpliwy. - Urwał i dodał niespiesznie: - Ale nieugięty władca zapewnił mnie, że zgłosi się do ciebie w bliskiej przyszłości. Szermierz spoglądał na niego z nienawiścią i... zaniepokojeniem? Potem warknął do niewolnika, żeby ten położył pakunek na podłodze i wyszedł wraz z Gorraminim. Niewolnik cicho zamknął drzwi. Honakura spojrzał na siostrzeńca i zachichotał, zacierając ręce. Chwiejąc się ze zmęczenia poszedł w stronę własnej kwatery, myśląc, że zasłużył sobie na gorącą kąpiel i dobry posiłek. Jednak kiedy dotarł na miejsce, z niechęcią doszedł do wniosku, że jego zwykle pozbawiony polotu siostrzeniec raz zrobił wnikliwe spostrzeżenie. Żaden władca siódmego stopnia nie będzie zadowolony budząc się w lichym szałasie dla pielgrzymów. Ważny sojusznik nie może być osamotniony. Wydał kolejne rozkazy. Wkrótce co najmniej sześć lektyk zaczęło krążyć po terenach świątyni, wszystkie z opuszczonymi zasłonami. Ostatecznie jedna po drugiej przeszły przez bramę do miasta, gdzie dalej krążyły. Wysadzały pasażerów i zabierały innych... Dwukrotnie zmieniwszy lektykę i wreszcie przekonany, że dostatecznie zmylił wszelkich możliwych tropicieli, Honakura rozkazał swoim tragarzom udać się poza miasto. Prowadziła tam tylko jedna droga, wznosząca się stromo po stoku doliny. Kilka stuleci wcześniej jakiś przedsiębiorczy budowniczy zbudował wzdłuż drogi szereg domków i przeznaczył je dla pielgrzymów - nie dla bogatych, ale również nie dla najbiedniejszych,- jako że biedota spała pod drzewami. Nie wędrował tą drogą od wielu lat i z prawie dziecinnym podnieceniem spoglądał przez szparę w zasłonie na plątaninę dachów i wierzchołków drzew poniżej. Poza miastem piętrzyła się masywna bryła samej świątyni, której złote iglice błyszczały w ciepłych promieniach słonecznego boga, zbliżającego się teraz do horyzontu obok słupa wodnego pyłu, zawsze unoszącego się ponad Skałą Sądu. Najgorszą cechą starości, zdecydował teraz Honakura, jest nuda. Nie cieszył się dniem od tak dawna, że nie mógł sobie tego nawet przypomnieć. Lektyka zatrzymała się i wygramolił się z niej tak żwawo, jak tylko mógł, a następnie przeszedł przez kurtynę z paciorków, wiszącą w drzwiach domku, przed którym się zatrzymali. Wnętrze było jeszcze mniejsze i bardziej obskurne niż się spodziewał, zwykłe cztery ściany z zabrudzonych kamiennych bloków i niski słomiany pułap, cuchnący obrzydliwie po gorącym dniu. Dostrzegł jedno okno i łóżko, rozchwierutane i pokrzywione, co widać było już od drzwi, luźne płyty posadzki w podłodze, rozklekotane krzesła i prosty stół; przymocowane do ściany lustro z brązu. Już od progu czuł kwaśny zapach moczu i ludzi, przebijający się przez smród strzechy. Obecność pcheł i pluskiew mogła tu być uznana za coś naturalnego. Wieczorne światło słońca wpadało przez okno, rozlewając się na ścianie za łóżkiem, na którym płasko na plecach leżał szermierz. Wyglądał na jeszcze większego niż zapamiętał go Honakura, był nieubrany, z wyjątkiem położonej na biodrach szmaty, śpiący tak, jak powinny spać dzieci, choć one robią to rzadko. Dziewczyna siedziała na jednym z krzeseł przy łóżku, cierpliwie przeganiając śmigające muchy. Zobaczywszy stopień swego gościa szybciutko osunęła się na kolana. Honakura gestem nakazał jej wstać, potem zwrócił się do swych tragarzy idących za nim z wielkim nakrytym koszem i z pakunkiem zostawionym przez nikczemnego . Hardduju. Cichym głosem kazał im powrócić za godzinę. Szermierz był w sposób oczywisty żywy, ale nieprzytomny i dlatego w tym momencie nie stanowił problemu. Starzec, ponieważ z tego powodu pokpiwał ze swego siostrzeńca, poświęcił trochę czasu, by uważniej przyjrzeć się dziewczynie, niż zrobiłby to w innych okolicznościach. Ubrana była tylko w krótką, czarną narzutkę, a jej włosy obcięto krótko i nierówno, ale wyraźnie należała do dobrej, chłopskiej rasy, wysoka i mocno zbudowana. Twarz miała szeroką, lecz ładną, szpeciła ją tylko niewolnicza pręga, przebiegająca od linii włosów do ust. Jednak skóra była wolna od śladów po ospie, piersi pod narzutką zaokrąglały się wspaniale, a kończyny miała ładnie ukształtowane. Szerokie, pełne wargi wyglądały ponętnie. Honakura był pod wrażeniem. Prawdopodobnie na wolnym rynku byłaby warta pięć albo sześć sztuk złota. Zaciekawił się, jak wiele Kikarani zarabia na niej tygodniowo i jak wiele podobnych stara wiedźma trzyma w swej stajni. Tak, jeśli szermierz będzie spragniony rozrywki, tej z pewnością nie odtrąci. - Czy on się budził? Potrząsnęła przecząco głową, zmieszana, że rozmawia z tak ważną osobistością. - Nie, władco - jej głos był przyjemnie melodyjnym kontraltem. - Myślałam, że już umiera, ponieważ jęczał. Potem się ,uspokoił. Teraz po prostu śpi zwyczajnym snem. Przypuszczenie brzmiało. rozsądnie, a uwaga świadczyła o spostrzegawczości niewolnicy. Było oczywiste, że posłuchała instrukcji Dinartury i umyła szermierza. Wyglądał całkiem porządnie. Uczesała nawet jego długie, czarne włosy. Honakura zawahał się, ale jeśli, jak się obawiał, zagrażało prawdziwe niebezpieczeństwo, to każda wizyta tylko je powiększała. Potencjalna ofiara musi zostać ostrzeżona.

- Obudź go! - rozkazał. Dziewczyna skuliła się. Prawdopodobnie nigdy wcześniej nie spotkała Siódmego, a teraz była sama wobec dwóch z nich. - Dalej - powiedział łagodniej. - Nie pozwolę mu ciebie skrzywdzić. Ostrożnie wyciągnęła rękę i delikatnie potrząsnęła ramieniem śpiącego. - Szermierz w jednej chwili usiadł. Ruch był tak niespodziany, że dziewczyna odskoczyła w tył z głośnym sapnięciem i nawet Honakura cofnął się o krok od łóżka. Mężczyzna rozglądał się dziko dookoła, masywne ciemne brwi obniżyły się podejrzliwie. Ogarnął Honakurę, kobietę i pokój jednym błyskawicznym spojrzeniem. Potem wydało się, że trochę się rozluźnił. Spojrzał na nich jeszcze raz, ale nadal nie mówił ani słowa. Dziewczynę obrzucił szacującym spojrzeniem i ostatecznie przeniósł z powrotem na stojącego przed sobą mężczyznę. - Kim, do diabła, jesteś? - zapytał. Honakura na tę niespodziewaną wulgarność odstąpił jeszcze o krok. Potem przypomniał sobie, że nie dopełnili właściwych formalnych pozdrowień przy swym wcześniejszym spotkaniu, tak więc, chociaż był starszy, przystąpił do powitania wobec równego sobie: - Jestem Honakura, kapłan siódmego stopnia, Trzeci Zastępca Przewodniczącego Rady Archidiakonów, i składam dzięki Najwyższej, że dała mi okazję do zapewnienia twej łaskawości. Twoje powodzenie i szczęście będą zawsze moim pragnieniem i treścią moich modlitw. Szermierz, patrząc na skomplikowane gesty i słuchając recytacji, niedowierzająco uniósł brwi. Zerknął na dziewczynę, żeby zobaczyć jej reakcję. Potem dość długo milczał .Wreszcie poważnie skinął Honakurze głową i powiedział : - Ja również, z całą pewnością. Nazywam się Wallie Smith. Jja rzuciła się naprzód i pomogła starcowi dotrzeć do fotela. Jego twarz poszarzała i z trudem łapał oddech. Była zaskoczona gdy usłyszała jego imię, jako że jej pani, Kikarani, wróciła z wezwania do świątyni dziś rano ogarnięta burzą na zmianę przerażenia i wściekłości, miotając na tego właśnie świętego Honakurę klątwy zniszczenia i zarazy - i Jja wyobraziła go sobie jako ogromnego, przerażającego ludożercę, a nie jako spokojnego, miłego staruszka. Przez chwilę kręciła się przy nim martwiąc się, czy nie powinna pobiec po uzdrawiacza. A1e tę decyzję powinien podjąć szermierz. Usłyszała skrzypienie łóżka i odwróciwszy się zobaczyła, że podciągnął się do tyłu, tak, aby oprzeć się o ścianę. Przykrywającą go szmatę skromnie ułożył na sobie. Klęknęła przy kapłanie, ale szermierz uśmiechnął się do niej i wskazał na krzesło obok. Miał bardzo miły uśmiech. - A ty jak się nazywasz? - Jja, władco. - Jja? - powtórzył, wsłuchując się w dźwięk. - Jja! Jak ty... - Skrzywił się i spróbował znowu. - Jak ty... Do licha! - mruknął. Spróbował jeszcze raz. - Jak ty to dostrzegasz? Nie zrozumiała. On wyglądał tak, jakby się sam sobie dziwił. Starzec częściowo odzyskał oddech. - Władco - powiedział słabo. - Dziś rano powiedziałeś mi, że masz na imię Shonsu. Wielki mężczyzna popatrzył przez chwilę na niego groźnie. - Nie pamiętam tego. Skrzywił się, a potem na jego twarzy znowu ukazało się zdziwienie. - Tak naprawdę to nie pamiętam niczego od... No, wydaje mi się, że już od całkiem dawna. - Powiedziałeś - powtórzył kapłan - że masz na imię Shonsu i że jesteś nękany przez demona imieniem Walliesmith. Teraz mówisz, że ty jesteś Walliesmith... - Demon? - Szermierz wydał z siebie basowy, dudniący chichot. - Demon? Shonsu? - Pomyślał przez chwilę i powtórzył: - Shonsu? - Jak gdyby to imię brzmiało dla niego w sposób nieokreślono znajomy. - No, nazywam się Wallie Smith, ale nie jestem demonem. Uśmiechnął się do Jji zadziwiająco przyjemnym uśmiechem i szepnął: - Słowo! - Z pewnością nie jest to imię żadnego ze znanych demonów - mruknął starzec. - - Jest tam, w siódmym kręgu, demon zwany Shaasu, ale jestem pewien, że przedstawiałeś się inaczej. Szermierz spojrzał na Jję, jakby pytał ją, czy starzec często bredzi tak jak teraz. Potem rozgniótł komara na swojej nodze. Spoglądał na własną kończynę w osłupieniu. Z nogi przeniósł wzrok na rękę. Podniósł dłoń do twarzy. Teraz to on był tym, który pobladł. Znów poruszył się z niewiarygodną szybkością. Wyskoczył z łóżka, przytrzymując na sobie okrycie i dwoma szybkimi krokami podszedł do lustra... i odskoczył na widok tego, co w nim zobaczył.

- O Boże! - Schylił się jeszcze raz, żeby popatrzeć na swoją twarz, pogładził policzek, potarł palcem po swych twarzoznakach, pociągnął kosmyk swych długich, czarnych włosów. Znalazł guza na potylicy i obmacał go. Czas mijał. Gromadka wracających z pola młodych kobiet przeszła drogą obok. Rozpalone powietrze wypełniły ich chichoty i okrzyki nęcące idących za nimi chłopców, żartujących i pokrzykujących do dziewczyn i do siebie nawzajem. Obie grupy zeszły ze wzgórza w stronę miasta, a szermierz ciągle stał przed lustrem, nie odrywając od siebie wzroku, zerkając nawet pod swe okrycie. W końcu wrócił na swe posłanie, bardzo powoli, jego twarz niczego nie wyrażała. Usiadł na brzegu łóżka. Wyglądał jakby go opuściły wszystkie siły. - Powiedziałeś, Shonsu? - zapytał. Starzec skinął potwierdzająco. - Uderzyłeś się w głowę, władco. To niekiedy powoduje pomieszanie... z całym szacunkiem, władco. - Opowiedz mi wszystko od początku. Honakura popatrzył na Jję. - Opuść nas - powiedział. Choć ręka szermierza wydawała się nieruchoma, jednak spoczywała teraz na ramieniu Jji: - Zostań - powiedział nie patrząc na nią. To była wielka i mocna ręka, i od tego dotknięcia przebiegło przez nią drżenie. Poczuł je. Zaczerwieniła się, gdy oczy mężczyzny spoczęły na niej. Uśmiechnął się i łagodnie cofnął rękę. - Przepraszam - mruknął. Siódmy przepraszający niewolnicę? Była zdziwiona, zmieszana. Prawie nie usłyszała początku opowieści kapłana. Jednak gdy opisywał demona, przeraziła się... mieć włosy na twarzy i na brzuchu? Musiał wyglądać jak małpa. - Przyszedłem - powiedział Honakura, jego głos ciągle drżał - żeby wyjaśnić, dlaczego tak szlachetny władca jak ty został umieszczony w tak wstrętnym pomieszczeniu z nieodpowiednią obsługą... ' Szermierz popatrzył na Jję i mrugnął, potem powiedział: - Na obsługę nie składam zażaleń. - Jej serce podskoczyło. - Jesteś łaskawy, , władco - kapłan mówił dalej, nie zwracając na to zbytniej uwagi. - Ale pozostaje faktem, że twoje życie może być zagrożone. Nie, żebym wątpił w twoje męstwo, władco - dodał szybko. - Jestem pewny, że w honorowy sposób rozprawisz się z Hardduju bez najmniejszego problemu. To jedyny Siódmy w dolinie. On jest starszy od ciebie o piętnaście lat i przyzwyczajony do rozpusty. Ale prześladuje mnie myśl o zdradzie. Szermierz lekko potrząsnął głową i krzywił się, jakby nie mógł w to uwierzyć. - Nie, nie obawiam się; że szermierze przyjdą osobiście - wyjaśnił Honakura . Wrócił mu normalny kolor i głos miał mocniejszy. - Raczej będą to bandyci, którzy polegają na ochronie ze strony przekupionych strażników. Jednak nikt nie zobaczył cię tutaj, władco. Jja odetchnęła głośniej, ale w jednej chwili przykryła dłonią usta, mając nadzieję że to nie zostanie zauważone, jednak było oczywiste, że mało co mogło ukryć się przed szermierzem, gdyż jego budzące strach oczy znów skierowały się na nią. - Zamierzałaś coś powiedzieć? - Koło południa , władco - przełknęła ślinę. - Tak? - skinął, dodając jej ducha. - Wyszłam z domku, władco... na chwilę, władco. Ale musiałam do ustępu. Nie było mnie tylko przez chwi1ę. - To dobrze - był przerażająco ugrzeczniony i cierpliwy - Co wtedy zobaczyłaś? . Opowiedziała więc, jak zobaczyła kapłankę, Piątą ; tęgą kobietę w średnim wieku , idącą drogą i zaglądającą do wszystkich domków. Czegoś takiego nigdy przedtem nie widziała i przypomniała sobie, z jakim naciskiem Kikarani mówiła, że nikt nie może dowiedzieć się gdzie znajduje się szlachetny władca. - Tak, jak się obawiałem - syknął Honakura. -Przekupstwo przeniknęło nawet stan kapłański! Zostałeś odkryty, władco! - Poczekaj może chwilkę - huknął szermierz, nie spuszczając wzroku z Jji i znów uśmiechając się leciutko. - Czy ona tu weszła i zobaczyła mnie? - Nie, władco - Jja poczuła, że jej twarz płonie. - Ale fakt, że nie pozwolono jej wejść, powie im to, co chcą wiedzieć - powiedział gniewnie kapłan. - Co zrobiłaś, Jja? - szermierz zignorował go. Pochyliła głowę i opowiedziała szeptem, jak zdjęła sukienkę i przykryła go swoim ciałem udając, że cieszą się sobą. Kapłanka nie weszła do środka bo nie mogła mu się dobrze przyjrzeć. Potem nastąpiła cisza . Z drżeniem podniosła wzrok ,i zobaczyła, że on się uśmiecha , wręcz szczerzy zęby do niej, zuchwałym uśmiechem małego chłopca, bardzo zaskakującym w tak męskiej twarzy.

- Chciałbym być przy tym - powiedział. Zwrócił się do kapłana. - Powtarzam, że nie uskarżam się na obsługę. - To robota Bogini! - rozpromienił się Honakura. - Naprawdę miałem rację wierząc, że to Ona sprowadziła cię tutaj! Jedna niewolnica na milion nie miałaby dość rozumu, żeby obronić cię w taki sposób, władco, czy choćby nawet chcieć tego. - Niewolnica? - pomyślała; że jego uśmiech jest przerażający i nie mogła zrozumieć, przeciw czemu kieruje się jego gniew. - Czy ta kreska na twojej twarzy znaczy, że jesteś niewolnicą? - Potwierdziła nieśmiałym skinieniem i jego gniew zwrócił się w kierunku kapłana. - A kto jest właścicielem tej niewolnicy? - Przypuszczam, że świątynia albo kapłanka Kikarani. - Kapłan nie był wystraszony, tylko zwyczajnie zdziwiony. - O co chodzi, władco? Szermierz nie odpowiedział. Przez chwilę spoglądał zimno na pokój, potem wymamrotał: - Jak się wydostać z tego szamba? - Potem wzruszył ramionami i znów zwrócił się do kapłana. - Jestem więc przewidziany jako morderca tego... Hardduju... własnoręcznie, czy tak? Co z jego przyjaciółmi? Starzec wydawał się zaskoczony. - Jeśli masz na myśli szermierzy, władco, to oni uszanują wynik formalnego wyzwania. Większość z nich, jak przypuszczam, jest ludźmi honoru. Potem, gdy zostaniesz mianowany sędzią, będziesz mógł ukarać odstępców, zapewnić właściwą ochronę pielgrzymom i wyłapać bandytów. Rozumiem - mężczyzna siedział wpatrując się w milczeniu w podłogę. Karawana mułów przeszła ż brzękiem obok, kopyta wybijały staccato na bruku, jeźdźcy wydawali odgłosy ulgi, gdy wreszcie widzieli swój cel tak blisko. Pojedynczy koń przekłusował ulicą. Słoneczny bóg zszedł już bardzo nisko i plama światła na ścianie poróżowiała. Muchy brzęczały. Szermierz przepędzał je leniwymi machnięciami, z rzadka chwytając jakąś w powietrzu i zabijając. Potem znów spojrzał krzywo w stronę kapłana. - W porządku, gdzie jesteśmy? - To jest domek przeznaczony dla pielgrzymów - powiedział Honakura. - Gdzie? - Tuż poza miastem. - Jakim miastem? - głos szermierza stawał się coraz niższy i z każdym słowem brzmiał coraz groźniej. - Miastem przy świątyni, władco - cierpliwie odpowiedział kapłan. - Świątyni Bogini w Hann. - Hann? Dziękuję - powiedział szermierz. - Nigdy o tym nie słyszałem. Jaki... Który... - Warknął ze złością i potem powiedział z wysiłkiem i nagłym pośpiechem: - Na jakim wielkim -kawale -ziemi- otoczonej- słoną- wodą jesteśmy? - Wydawał się być tak samo zaskoczony tym, co powiedział, jak oni. - Słona woda? - wykrzyknął Honakura. Spojrzał na Jję, jakby to niewolnica mogła udzielić mu pomocy. - Jesteśmy na wyspie, władco, pomiędzy samą Rzeką a jej małym odgałęzieniem. Ale woda nie jest słona. - Potem dodał pośpiesznie, żeby uprzedzić dalsze pytania: - Małe odgałęzienie nie ma własnej nazwy, choć niektórzy nazywają je Rzeką Sądu. - A jak nazywa się duże odgałęzienie? - Po prostu Rzeka - powiedział z rozpaczą w głosie starzec. - Tu nie ma innej, więc dlaczego potrzebowałaby imienia? - Po chwili ciszy dorzucił: - Rzeka jest Boginią i Bogini jest Rzeką. - Na to wygląda, co? - Ogromny młody człowiek pocierał chwilę brodę rozmyślając. Potem zapytał: - Jaki dzień dziś mamy? - Dziś jest Dzień Nauczycieli, władco - powiedział kapłan. Aż wzdrygnął się na spojrzenie, jakim obrzucił go szermierz i dodał szybko: - Trzeci dzień dwudziestego drugiego tygodnia roku 27355 od założenia świątyni! Szermierz jęknął i przez chwilę nic więcej nie mówił. Plama światła zniknęła i domek pogrążył się w mroku. Mężczyzna wstał i podszedł do okna, opierając łokcie na parapecie i wyglądając na drogę. Jego ciało pogłębiało ciemność. Jja przez zasłonę z paciorków w drzwiach dostrzegała niewyraźne zarysy przechodniów - robotników wracających do domów z pól, nielicznych pielgrzymów odprowadzanych do domków przez jej kolegów niewolników. Potem obok przejechał jeździec i wielki mężczyzna odskoczył z przekleństwem. Odwrócił się i oparł o ścianę pomiędzy oknem i drzwiami tak, że jego twarz pozostawała w cieniu. Złożył na piersi ramiona - ramiona grube jak uda innych ludzi - i odezwał się do kapłana. - To bardzo interesująca opowieść - powiedział, a jego niski głos był bardzo cichy. - Jest tylko jeden mały problem . Ja nie jestem szermierzem . Podejrzewam , że nie wiedziałbym który koniec miecza złapać. - Władco - jęknął Honakura - ciągle jeszcze jesteś wytrącony z równowagi egzorcyzmem i uderzeniem w głowę. Przyślę ci znowu uzdrawiacza... po kilku dniach odpoczynku wrócisz do zdrowia. - Albo umrę, jeśli masz rację.

- To prawda - odpowiedział smutnym głosem starzec. - Teraz niebezpieczeństwo jest wielkie, ponieważ jeśli sędzia znajdzie cię w tak nieszczęsnym stanie, na pewno rzuci wyzwanie. To byłaby jego jedyna nadzieja. - Nie, nie byłaby - potężny, niski głos ciągle brzmiał dziwnie miękko. - Pozwól mi wyjaśnić. Ty nie istniejesz, władco - tak to ma być? - władco Honakuro. I też, przykro mi to powiedzieć, ty, piękna Jjo. Jesteście, wy oboje, wytworem chorego umysłu. Ja naprawdę nazywam się Wallie Smith. Byłem chory. Miałem... do diabła! Znowu te słowa! Złapałem owada do mózgu... Zobaczył wyraz zdziwienia na ich twarzach i wydał z siebie niski, basowy śmiech. - To nie tak, prawda? Może robaka? To znaczy, małego owada, czyż nie? Zostałem ugryziony przez owada i to dało mi gorączkę do mózgu. Spowodowało, że spałem dużo i miałem dziwne... sny. - Znów potarł brodę, zastanawiając się. - Myślę, że imie Shonsu wyszło z nich. W każdym razie byłem bardzo chory. I co oczywiste, nadal jestem. To dlatego wy nie istniejecie. Ja to wszystko sobie wymyśliłem. Wzdrygnął się, widząc wyraz twarzy kapłana. - Myślę, że nie spodziewali się, że przeżyję, skoro moja siostra przyleciała do mnie z... Och, nie myśl o tym kawałku! Władca Honakura powiedział uspokajająco: - Uderzyłeś się w głowę, władco. Tak samo jak gorączka, uszkodzenie głowy może spowodować dziwne sny albo nawet pozwolić na wtargnięcie pomniejszym demonom. Możemy rano spróbować następnego egzorcyzmu. - Rano - powiedział szermierz - obudzę się z powrotem w... domu uzdrowienia. A1bo może umrę wcześniej. Ciągle jeszcze jestem bardzo chory. Ale żadnych egzorcyzmów więcej. Żadnych pojedynków. Żadnych szermierzy. Zapadła długa cisza. - Ciekawe... - święty człowiek wytarł wargi. - Kiedy byłem chłopcem, prawie dwie długości ludzkiego życia pewnego dnia w wiosce zjawił się szermerz szukając rekrutów. Oczywiście my, chłopaki, wszyscy chcieliśmy zostać zaprzysiężeni jako szermierze. - Zachichotał. - Więc zrobił nam sprawdzian. Czy wiesz, jaki dał nam sprawdzian, władco? - Nie - warknął wielki mężczyzna. Jego twarz spochmurniała. - Kazał nam łapać muchy. - Muchy? Mieczem? Starzec znów zachichotał i zerknął na Jję, żeby sprawdzić, czy ona też to dostrzegła. - Ręką, władco. Bardzo niewielu ludzi potrafi złapać muchę. Ale kiedy siedziałeś tu przed chwilą, robiłeś to, wydawało się, nawet na nie nie patrząc. Wtedy wielki mężczyzna w cieniu również cichutko zachichotał. - Podczas gdy ty, władco Honakuro, zagadałbyś je tak, że skoczyłyby z drzewa. Przedyskutujemy to więc jutro - jeśli jeszcze będziesz istniał. Kapłan wstał, wyglądał nawet na starszego i bardziej pomarszczonego niż przedtem. Ukłonił się i wymamrotał formalne pożegnanie dla szermierza, potem przecisnął się przez zasłonę i zszedł ze wzgórza. - Muchy - warknął szermierz - jesteś głodna , Ija ? Była wygłodzona. Nie jadła przez cały dzien. - Mogę zdobyć jedzenie z kuchni, władco. Ale nie będzie dość dobre jak na kogoś twojego stopnia, władco. Podniósł nakryty kosz i położył go na łóżku. - Mam nadzieję, że tu się coś znajdzie - powiedział. - I rzeczywiście. Potem zabrał się do wyciągania z kosza wielkich srebrnych półmisków zawiniętych w płócienne pokrowce, mrucząc ze zdziwieniem, gdy układał je, na chwiejnym stoliku. - Sakramencki majątek w srebrze! Jeśli zostaniemy zaatakowani przez bandytów, będziemy tym w nich rzucać, dobra? I mamy dość widelców i łyżek na całą ich bandę. Czy zdołasz pobić napastników widelcem, podczas gdy ja pobiegnę po pomoc, Jja? Dziewczyna była zakłopotana i niepewna. Ona powinna podać mu jedzenie, a nie na odwrót: Ale nigdy nie widziała takich półmisków ani nie czuła takich smakowitych zapachów jak te, które teraz przeciągały przez domek. I on zadał pytanie oczywiście żartując, a niewolnicy z trudem radzili sobie z żartami. - Mogę spróbować, władco, jeśli zrobisz to dość szybko. Uśmiechnął się, białe zęby błysnęły w jego ledwo widocznej brązowej twarzy. - Tu jest świeca - powiedział. - Wiesz, jak ją zapalić? Bo ja nie. Zdjęła krzemień z półki i zapaliła świecę, ą cały stół zaiskrzył się wieloma małymi płomykami.

- Obiad przy świecach dla dwojga - powiedział. - Wybacz mi niewłaściwy ubiór. Teraz usiądź tutaj i powiedz mi, od czego powinniśmy zacząć? - Władco... - zaprotestowała. Nie wolno było jej siadać przy stole z wolnym człowiekiem. Milczał chwilę stojąc obok stołu z butelką w ręce, jego twarz i piersi połyskiwały w ciemności oświetlone dziwnie od dołu przez migoczące światło i miriady jego odbłysków. - Kiedy twoja pani, ta... Kikarani? Kiedy wydawała rozkazy, czy powiedziała ci, co masz robić, gdy ja się obudzę? - Tak, władco - patrzyła w dół, na swoje ręce. - Jakie to były rozkazy ? - W jego głosie słyszała rozbawienie , a nie gniew czy groźbę . - Mam robić wszystko co każesz . - Hmm ... Wszystko ? Kiwnęła głową w stronę podłogi. - Jest kilka rzeczy, których nie muszę robić dla pielgrzymów, władco, nawet jeśli sobie tego życzą. Ale ona powiedziała... ona powiedziała: "W tym przypadku zrób absolutnie wszystko, wszystko, tylko utrzymaj go na miejscu". Mężczyzna odchrząknął ochryple. - Dobra. Oto są moje rozkazy. Po pierwsze, przestań mi "władcować" i mów do mnie Wallie. Po drugie, zapomnij, że jesteś niewolnicą i udawaj, że jesteś piękną szlachcianką. Przypuszczam, że większość szermierzy z siedmiona mieczami ma piękną panią gdzieś u siebie, w swoim zamku. - Nie wiem, W... -jej czoło pokryło się potem, ale zdołała powiedzieć: - Wallie. - Ja też nie wiem - powiedział, - Ale udawajmy, że ja jestem wielkim szermierzem, a ty jesteś wielką panią. Teraz powiedz mi, co myślisz o tym winie, pani Jjo. Ona nigdy przedtem nie kosztowała wina. Nigdy nie jadła ze srebrnych półmisków. Nigdy nie siedziała przy władcy. Ale była wygłodzona, a jedzenie było lepsze od wszystkiego, co kiedykolwiek próbowała - mięso w gęstym sosie i delikatne jarzyny, a puszysty biały chleb znała tylko ze słyszenia. On prowadził prawie całą rozmowę, wyczuwając chyba, jak bardzo jest zdenerwowana i wiedząc, że rozmowa przekracza jej możliwości. - Jesteś bardzo miła, wiesz? - powiedział. - Powinnaś mieć długie włosy, ale oczywiście tu jest gorący klimat. Przypuszczam, że pracujesz w pralni? Tak, twoje ręce... ...W czarnym kolorze ci nie do twarzy - mówił dalej. - Ładnie by ci było w niebieskim. Mogę sobie wyobrazić ciebie w długiej niebieskiej sukni... bez rękawów, z błyszczącego jedwabiu, przyciętej krótko z przodu i upiętej... Wy- glądałabyś jak bogini... ...Wino też jest całkiem niezłe, co? A to wygląda jak owocowe ciasto na deser. Gdzieś chyba był pojemnik ze śmietaną. A tu jest ciasto! Jedz, mamy tego dużo... To był bez wątpienia sen, siedziała w ciepłym mroku, pojedyncza świeca odbijała się w srebrze i oświetlała wielkiego władcę, uśmiechającego się do niej i troszeczkę z niej żartującego. Nie starego kamieniarza trzeciego stopnia o rękach jak tarka, odbywającego pielgrzymkę, by błagać Boginię o wyleczenie go z kaszlu czy bezzębnego siwego owczarza czwartego stopnia, składającego błagania o rozwój swego stada, ale bardzo wielkiego i bardzo przystojnego młodego władcę, o białych zębach, które pokazywał w szerokim uśmiechu, patrząc na nią z błyskiem w oku. Sen, który mógł przejść w sen. A on był też czuły. Znała mężczyzn - potrafiła, gdy na nią patrzył, dostrzec męskie zainteresowanie w jego oczach. Przynajmniej raz ją to cieszyło. Z wielkim wysiłkiem próbowała być dobrą niewolnicą, próbowała poprawić się w oczach Bogini przez sumienne wykonywanie swoich obowiązków, ale czasami nie było to łatwe. Pomyślała, że tej nocy nie sprawi to jej kłopotu, chociaż, co dziwne, nawet jej jeszcze nie dotknął. Nareszcie oboje skończyli jedzenie i w głowie kręciło się jej od wina. Teraz na pewno wyda jej zwyczajne rozkazy. Czekała na nie z dziwnym podnieceniem, którego nie zaznała nigdy wcześniej, ale rozkazy nie nadeszły. On siedział tylko trzymając kubek i wpatrując się ze smutkiem w świecę, podczas gdy ćmy miotały się dziko wokół płomienia. Potem jakby przypomniał sobie o niej. Wyrwał się ze swego smutku. - Możemy zatańczyć - powiedział. - Gdybym tylko mógł wyobrazić sobie jakichś muzyków! Czy tańczysz, Jja? Potrząsnęła głową. - Nie umiem... Władco Wallie. - Nie chcąc go rozczarować, albo może sprawiło to wino, dodała z brawurą - Umiem trochę śpiewać. - Więc zaśpiewaj mi piosenkę - ucieszył się. Z jeszcze większą brawurą zaśpiewała niewolniczą dumkę.

W snach słyszę własne wołanie. Słyszę wołający mój głos, Z życia, które zostało poza mną Czy ze świata, który potem nadejdzie. Kiedyś, gdy mnie Bogini wezwie, Odnajdę tamtą drugą siebie, Pięknego władcę czy śliczną panią I znów będę mogła być wolną. Poprosił, żeby zaśpiewała to znowu, wsłuchując się uważnie w słowa. - To jest twoje wyjaśnienie, prawda? - zapytał. - Uważasz, że Shonsu żył w jednym świecie, a Wallie Smith w drugim, ale obaj byli tą samą osobą? Tą samą duszą? I jakoś się pomieszali? Kiwnęła głową. - Mówią, że tym właśnie są sny, W... Walie. Twoimi innymi żywotami. Rozważał starannie tę myśl, nie odrzucając jej jako niewolniczego nonsensu. - Reinkarnacja? Rozumiem, dlaczego podoba ci się ten pomysł. Ale człowiek podobno wchodzi do świata przez narodziny, a opuszcza go przez śmierć. - Potem uśmiechnął się, ale jakby z wysiłkiem. - Jeśli jestem świeżo narodzonym dzieckiem, Jja, to jaki duży będę, kiedy dorosnę? - Ja... nie wiem, władco. - Przepraszam! Nie powinienem żartować z... Wiem, że próbujesz mi pomóc i jestem ci wdzięczny. Dlaczego jesteś niewolnicą? - Byłam bardzo nikczemna, władco. - Co zrobiłaś? - Nie wiem, władco. - To było w twoim poprzednim życiu? Kiwnęła w zakłopotaniu głową. Po co w ogóle pytać takie sprawy. Zachmurzył się. - Więc kapłani mówią ci, żebyś była dobrą niewolnicą w tym życiu? Ech! Znów ucichł, rozmyślając. Zdobywając się na wielką odwagę powiedziała: - Bogini zatroszczy się o nich. - O kogo? Pomyliła się, czuła to. - O twoje kobiety... synów... Przez chwilę iskierka pożądania znów lśniła w jego oku. Potrząsnął głową. - Nie miałem nikogo! Nikogo szczególnego... Byłaś ciekawa? - Jego nastrój jakby się popsuł. - I dlaczego wspomniałaś tylko o synach? Czy gdybym miał córki, to o nie nie powinienem się troszczyć? - Myślałam... - zająknęła się - że szermierz... - Ja nie jestem szermierzem, Jja -- westchnął. - Ani w tym świecie, ani w żadnym innym. I nigdy nie będę - Bogini może sprawić wszystko, władco... Uśmiechnął się ponuro. - Wątpię, czy ona zrobi ze mnie szermierza! Fechtunek musi zająć lata ćwiczeń. Jja... - urwał. - Proszę , słuchaj uważnie. Ja nie chcę... zabawiać się z tobą tej nocy, chociaż jestem pewien, że tego się po mnie spodziewasz. Ale nie dlatego, że nie jesteś atrakcyjna, tego nawet nie myśl, patrzenie na ciebie wywołuje we mnie drżenie i sprawia, że moje ciało staje w ogniu. Jesteś wspaniała. Nie mogła sobie pozwolić na okazanie rozczarowania. Znów wpatrywał się w świecę. - I nie dlatego, że wiem, iż robiłaś to przedtem z wieloma innymi mężczyznami. Domyślam się, że tak było, prawda? Może złożył przysięgę? - Tak, władco... Wallie. Jeśli zapłacili mojej pani ... Wyszczerzył zęby do świecy. - Nie miałaś wyboru, tak więc nie mogę z tego powodu źle o tobie myśleć. Toteż w tym również nie leży problem. To może być dla ciebie trudne do zrozumienia: Tam, skąd przybyłem, gardzimy ludźmi posiadającymi niewolników. Jeśli ja powiem "połóż się", to będziesz musiała się położyć, a to nie jest tak, jak należy. Mężczyzna i kobieta powinni robić to dlatego, że kochają się nawzajem i że oboje chcą tego. .Więc ja nie zamierzam tego robić. - Ja chcę tego, władco! - Och, nie! Skąd wzięła odwagę żeby powiedzieć coś takiego? Ale to oczywiście tylko sen. - Ponieważ to jest twój obowiązek! Nie, Jjo. To sprawa wina... musiała pokonać pragnienie wyjaśnienia, jak osiągała najwyższą cenę, jak

Kikarani z tego powodu zachowywała ją dla starszych mężczyzn, takich, którzy prawdopodobnie mieli więce pieniędzy ,podczas gdy starsze i brzydsze kobiety dostawały młodzieńców. Czy on nie domyśla się, dlaczego pomyślała o ukryciu go przed szpiegującą kapłanką w taki sposób jak to zrobiła? Albo czy w ogóle domyślał się, że chciała rozpłakać się ze złości że on nie jest w stanie zareagować , podczas gdy równocześnie była przerażona, że może obudzić się i zobaczyć leżącą na sobie niewolnice? - Władco - powiedziała, pochylając głowę. - Ty więc śpij po tej stronie łóżka - wstał, nie patrząc na nią. - A ja będę spał po tamtej stronie. Teraz, gdzie ja mogę iść do... - Na zewnątrz, władco - powiedziała ze zdziwieniem. Uśmiechnął się do niej szeroko - tym dziwnym, chłopięcym uśmiechem, który pojawiał się i znikał tak niespodziewanie, sprawiając, że wyglądał na bardzo młodego i szczęśliwego. - Nie zamierzałem robić tego wewnątrz! Każde miejsce jest dobre, co? Przekroczył kurtynę wychodząc w gorącą noc. Ona sprzątnęła ze stołu. Zostało pełno jedzenia do schowania na następny dzień, więc wyłowiła kilka ciem, które do niego wpadły, przykryła półmiski , zawinęła je z powrotem i zapakowała do kosza . Na końcu zgasiła świecę i w domku zapadła ciemność, tylko ślad srebrnego blasku boga marzeń przenikał przez okno. Wtedy usłyszała go i wyszła, żeby zobaczyć, co się dzieje. Opierał się o ścianę przy drzwiach, trzymając głowę w rękach. Całym jego ciałem wstrząsało łkanie. Szermierz płacze? To wydawało się bardzo dziwne, ale wiedziała już, że nie jest to zwyczajny szermierz. I znów musiała to być sprawka wina, bo zdobyła się na odwagę objęcia go ramieniem, zaprowadziła do środka i ułożyła go na posłaniu. On nie powiedział nic. Łóżko zatrzeszczało głośno, gdy się kładł. Ukrył twarz w pościeli i nie przestawał szlochać. Zdjęła swoje okrycie i obeszła dookoła, żeby położyć się po drugiej stronie łóżka, jak jej nakazał. Czekała. W końcu zdławił w sobie łkanie i powiedział szeptem: - To światło na niebie? Co to jest? - To jest bóg marzeń ,władco. Milczał. Czekała, ale wiedziała, że on nie śpi. To z całą pewnością sprawka wina. - Bóg smutku i bóg radości są braćmi, władco. Po chwili przekręcił się twarzą do góry i powiedział: - Opowiedz mi o tym. Opowiedziała mu więc, tak jak kiedyś ,dawno temu, opowiedział jej to inny niewolnik, młody mężczyzna, którego nigdy potem nie zobaczyła - Bóg smutku i bóg radości są braćmi. W czasie rozwinięcia świata obaj zalecali się do bogini młodości . To bóg radości został wybrany i kochali się ogromnie. Gdy nadszedł czas, ona urodziła mu syna, najpiękniejsze dziecko, jakie nawet bogowie kiedykolwiek widzieli, a ojciec osobiście odbierał noworodka i trzymał je, żeby matka i inni bogowie patrzyli na nie. Ale bóg smutku był zazdrosny i wpadł w ogromną wściekłość na widok dziecka , i dotknął je swoją nienawiścią i zabił je . Wtedy bóg smutku przeraził się, tym co zrobił i umknął, ale wszyscy pozostali bogowie płakali. Udali się do Samej Bogini i błagali o sprawiedliwość.I Ona rozporządziła, że bóg radości zawsze może odebrać od bogini młodości najpiękniejszego z bogów, ale ten zawsze będzie niemowlęciem i będzie żył tylko przez kilka chwil. Ale chociaż będzie tylko niemowlęciem, będzie silniejszy niż jego ojciec, a bóg smutku, najstraszliwszy ze wszystkich bogów, nie zdoła dotrzymać mu pola i zawsze będzie przed nim uciekał. To dlatego tylko ten najmniejszy bóg spośród wszystkich bogów jest tym, który może zmusić do ucieczki boga smutku. - A jakie jest imię tego najmniejszego boga? - zapytał mężczyzna w ciemności. - Jest on bogiem ekstazy, władco - odpowiedziała. Zwrócił się do niej i wziął ją w ramiona . - Odszukajmy więc razem twojego małego boga. Myślała, że szermierz może być brutalny, ale on był najdelikatniejszym z ludzi. Był cierpliwy i si1ny i nieznużony i uważny, jak żaden mężczyzna nigdy dla niej nie był. Wspólnie wiele razy wezwali małego boga i bóg smutku został przepędzony. Obudziła go mucha, która brzęczała mu przy uchu. Otworzył oczy i znów je szybko zamknął. Strzecha? Tu powinien być szpital, pełen odzianych w białe kitle lekarzy o uroczystych twarzach i zmęczonych pielęgniarek ze strzykawkami, znajomych twarzy udających pogodę... kwiatów przysłanych przez kierownictwo zakładów... zapachów środków dezynfekcyjnych i szumu froterek... bólu i niepokoju, i

przygnębiającego żaru gorączki. Potem były sny i delirium... mgła i olbrzymi mężczyzna o brązowej skórze i długich czarnych włosach, z brutalną, szeroką twarzą o wysokich kościach policzkowych, szeroką szczęką i barbarzyńskim tatuażem na czole. Widział tę monstrualną nagą postać wrzeszczącą na niego, wygrażającą mu. A wreszcie ujrzał tę samą twarz ostatniej nocy w lustrze. Pod wilgotnym prześcieradłem obmacał jedno ramię dłonią drugiej ręki. To ciało ciągle tu było. Wallie Smith nigdy nie miał ramienia takiego jak to. Więc, wbrew jego nadziei, nie zniknął miraż. Gdzieś w pobliżu ptak wykrzykiwał idiotyczny dwunutowy refren i dochodziły głosy, bardziej oddalone, a potem zapiał kogut, zawsze pełen nadziei. - Skorzystać z jucznych mułów! - ktoś krzyczał na pobliskim pagórku. Potem doszedł go bardzo niewyraźny sygnał trąbki... i jako tło tego wszystkiego głęboki grzmot wodospadu, najbardziej odległy ze wszystkich dźwięków. Odgłos kopyt zabrzmiał echem w małym pokoju. "Skorzystać z jucznych mułów!" Zaciekawiło go, czy muły wyglądają tak samo jak tamten absurdalny koń, którego widział, z pyskiem wielbłąda i tułowiem psa basseta. To nie przepadło. Encefizlitis często powoduje dziwne efekty umysłowe, mówili. Pomyślał, że skończyło się delirium, dziwne wizje, ból i chaos. Ale teraz to samo stało się bardziej realne, bardziej przerażające. I w niczym nie przypominało delirium. Musi pamiętać, że to wszystko jest halucynacją. Wyleczą go jakoś i wywloką z powrotem do realnego świata, świata szpitalnych dźwięków i szpitalnych zapachów, daleko od tego szaleństwa smrodu, mulich kopyt i kogutów. Niechętnie otworzył oczy i usiadł. Tylko kobieta odeszła. Teraz, jeśli ona jest realna... Czuł się realny, rozkosznie realny. Oczywiście, halucynacje seksualne powinny być najwyraźniejsze, prawda? To było sensowne. Wszystko inne nie. Jaki rodzaj edypowskich odpadów wyfantazjowało mu to supermęskie ciało, które sobie wyczarował? I jaki rodzaj podświadomej sprośności odsłonił w sobie, kiedy jego złudzenie wynalazło niewolnicę? Jesteś trochę niepewny siebie, mały Wallie? Ech! Wstał i przeciągnął się. Czuł się dobrze, fantastycznie dobrze. Podszedł do lustra a dokładnie badał tę okrutną barbarzyńską twarz z wytatuowanymi siedmioma mieczami. Czy to takim pragnął być, czy to są jego podświadome pragnienia odsłonięte przez delirium? Czyżby uważał się za niewłaściwego osobnika i przez cały czas pragnął być dużym, silnym, fantastycznym bohaterem? Napletek sprawiał mu więcej kłopotu niż cała reszta. Jeśli się w niego uszczypnął, bolało. Jak mógł odczuwać ból w czymś, co zostało odcięte, gdy był niemowlęciem? Nie pozostał ślad po operacji wyrostka robaczkowego, ale na lewym kolanie miał czerwone przyrodzone znamię, podejrzaną bliznę na prawym ramieniu i kilka niewyraźnych znaczków na bokach, przeważnie z prawej strony. Nie był więc całkowicie doskonałym egzemplarzem i to najbardziej go dziwiło. Sznur mułów przybliżył się z tupotem i zatrzymał się niedaleko. Znowu usłyszał mulnika, wykrzykującego swe zawołanie. Podszedł do okna i wyjrzał, uważając, żeby go nie dostrzeżono. Dwaj mężczyźni płacili mulnikowi i wsiadali na muły, a pół tuzina innych już dosiadało swoich. Muły okazały się jeszcze bardziej groteskowe niż konie - miały długie uszy i wielbłądzie pyski. Potem przypomniał sobie pierścienie, które zobaczył na nocnym niebie. To pierścienie ostatecznie złamały jego niepewną samokontrolę. To, co wyczarował w swym szaleństwie, było nie tylko wyobrażonym krajem; to był cały wyobrażony świat, otoczona pierścieniem planeta. I ludzie zadziwili go trochę - mali, choć może tylko dlatego, że on wydawał się być znacznie większy od przeciętnej. Wszyscy mieli brązową skórę, a włosy jasno-lub ciemnobrązowe. Jedna z kobiet na mule miała czerwone. Może pomalowane? To byli porządni, sprawni ludzie, przeważnie szczupli i zwinni, zdawali się śmiać i gadać bez przerwy... rysy mieli pośrednie pomiędzy amerykańskimi Indianami a rasą białą. Mogli wyjść z filmu dokumentalnego o dżunglach Ameryki Południowej, a może Azji Południowo-Wschodniej. Bez zarostu - potarł swój podbródek i nie natrafił na ślad po szczecinie, nie miał też włosów na piersiach i nogach. Byli też inni ludzie, wędrujący w górę i w dół drogą - mężczyźni w przepaskach biodrowych i kobiety w prostych ubiorach, podobnych do ręczników kąpielowych,przewiązanych pod ramionami i sięgających im do kolan . Ubiór Jji był krótszy, ale to dlatego, że trudniła się prostytucją. Poganiacz mułów miał skórzane bryczesy. Starzec nosił szatę, która okrywała go całego, z wyjątkiem głowy i dłoni. Potem zobaczył parę w średnim wieku, zbliżającą się do karawany mułów, i ci ubrani byli w suknie, ale bez rękawów, czyli że wielkość okrycia musiała zależeć od wieku. To nie był zły pomysł: pokazać ładnie wyglądających młodzików i ukryć starość. Niektórzy z mężczyzn i kobiet w jego świecie mogliby się tu nauczyć jednej czy dwóch rzeczy. Wallie przypomniał sobie surowo, że to wszystko jestiluzją. Jednak czuł się tak dobrze! I wszystko go ciekawiło! Chciał zbadać ten fantastyczny świat... ale nie miał ubrania. Czy w ten sposób jego podświadomość mówiła mu, że ma pozostać w pokoju

szpitalnym? Nie miał w ogóle nic - nie mógł nawet znaleźć szmaty, z której korzystał poprzedniego wieczoru. Był nagi jak święty turecki! Nigdy nie opowiadał się za posiadaniem wielu rzeczy, za bardzo lubił podróżować. Jego dzieciństwo było nieustannym odbijaniem się od jednego z rodziców do drugiego, od ciotki do wujka, potem były szkoły, wreszcie kolejne posady. Korzenie to coś, czego nigdy nie posiadał, tak samo jak ziemskie dobra. Ale żeby nie mieć niczego do okrycia się oprócz prześcieradła... Iluzja! Delirium! Karawana mułów odjechała. Przez chwilę przyglądał się przechodniom, a potem odwrócił się. Pomyślał o testach i zaczął od starannego zmierzenia swojego tętna. Choć nie miał zegarka, żeby sprawdzić, uznał, że jest powolne, jak tętno sportowca. Opadł na brudną, śmierdzącą podłogę i zrobił pięćdziesiąt szybkich pompek. Podniósł się, jeszcze raz zbadał tętno. Wydawało się odrobinę szybsze. Wallie Smith mógłby wykonać dziesięć, może piętnaście, nigdy pięćdziesiąt pompek, a jego serce po czymś takim oszalałoby.To nie udowodniło wiele. Zabrzęczała mucha i złapał ją w locie, żeby sprawdzić, czy naprawdę potrafi to zrobić. Potrafił, ale to również niczego nie udowodniło. Przez kurtynę z paciorków wszedł do środka mały chłopiec i uśmiechnął się do niego. Był nagi, brązowy jak orzech i chudy. Miał kędzierzawe brązowe włosy, psotny wyraz twarzy i brakowało mu zęba. Wyglądał na osiem, dziewięć lat i niósł świeżo zerwaną ulistnioną gałązkę. - Dzień dobry, panie Smith! - jego uśmiech stał się szerszy. Wallie poczuł przelotną ulgę - żadnego więcej "władcowania"! Pozostał na kolanach, ponieważ to sprawiło, że ich oczy były mniej więcej na tym samym poziomie . - Dzień dobry. Kim jesteś? - Jestem posłańcem. - Tak? Dla mnie wyglądasz jak mały, nagi chłopiec. Jak powinieneś wyglądać? - Jak mały, nagi chłopiec - roześmiał się chłopiec. Wepchnął się na jedno z krzeseł. - Miałem nadzieję, że możesz być lekarzem. - Ale Wallie, niestety, miał świadomość brudu, owadów, smrodu. Czy to mógł być szpital? - Nie ma już lekarzy - chłopiec potrząsnął głową. - Tu nazywają ich uzdrawiaczami i mądrze pan zrobi, trzymając się od nich z daleka. Wallie usiadł i skrzyżował nogi. Kamienie pod jego pośladkami były zimne i gruboziarniste. - Dobra, zwracasz się do mnie "pan", więc może zaczynam powoli zdrowieć po tym małym ukąszeniu. Chłopiec potrząsnął głową. - Ostatniej nocy mówił pan w języku Ludu. Ma pan słownictwo Shonsu, więc dlatego nie mógł pan przypomnieć sobie niektórych słów, które chciał pan powiedzieć. On był świetnym szermierzem, ale nie intelektualistą. Wallie poczuł skurcz w sercu. - Jeśli rzeczywiście jesteś małym, nagim chłopcem, to nie powinieneś wiedzieć o tych rzeczach ani mówić w ten sposób. Chłopiec znów się uśmiechnął. Zaczął machać nogami i wysunął się do przodu, wspierając się na rękach i przygarbiając drobne plecy. - Ja nie powiedziałem, że jestem tym, na kogo wyglądam. Powiedziałem, na kogo powinienem wyglądać! Powinienem przekonać pana, że to jest prawdziwy świat i że został pan tu umieszczony w pewnym celu. Jego uśmiech był zaraźliwy. Wallie stwierdził, że odpowiada chłopcu również uśmiechem. - Jak na razie nie robisz tego zbyt dobrze. Chłopiec figlarnie uniósł brew. - Kobieta pana nie przekonała? Uważałbym, że była bardzo przekonująca. Mały podglądacz? Wallie zdławił gniew. Ten chłopiec był zwyczajnie jeszcze jednym płodem jego rozstrojonego mózgu, więc oczywiście wiedział, co się zdarzyło w nocy. - To było najbardziej niemożliwe ze wszystkiego - powiedział. - Każdy mężczyzna ma aspiracje, chłopcze, ale w praktyce występują pewne ograniczenia. To było o wiele za dobre, żeby mogło być prawdziwe. Chłopiec westchnął. - Mężczyźni Świata są o wiele jurniejsi niż mężczyźni Ziemi, panie Smith. Walter Smith nie żyje. Encephalitis, meningitis... to tylko nazwy. Stąd nie ma drogi powrotnej, panie Smith. Wszyscy chcieli przekonać go, że jest martwy!- A jeśli to prawda? Kogo by to obeszło? Nikogo szczególnie, jak powiedział Jji i ta myśl przygnębiła go. Nigdzie nie miał korzeni. Nie zostawił nikogo, kto by go kochał, z wyjątkiem siostry, której nie widział dziesięć lat. Jeśli rzeczywiście umarł, to raczej nikomu nie wyda się to ważne.

Zakłady równie dobrze będą działać bez niego, stworzył tam dobry zespół, zdolny do pracy bez nadzoru. Henry przejdzie do narożnego biura i sprawy potoczą się jak przedtem. Neddy będzie go żałował. Ale matka Neddy'ego już zabrała chłopca i odjechała z powrotem na Wschód. To na pożegnalnej wycieczce dla Neddy'ęgo Wallie został ukąszony przez tego przeklętego, przenoszącego zapalenie opon mózgowych komara... w okolicy, gdzie nigdy przedtem komary nie były znane z przenoszenia zapalenia opon mózgowych. Neddy będzie go żałował, ale przeżyje . Wallie musiał przyznać, że zrobił z Neddym dobrą robotę. Chłopiec był w o wiele lepszej formie emocjonalnej do wytrzymania straty niż trzy lata temu, gdy Wallie po raz pierwszy został dla niego przyszywanym ojcem. Neddy już pogodził się z ich rozstaniem... Nie! Zacznij myśleć w ten sposób i będziesz naprawdę martwy. Początkiem wyzdrowienia zawsze była woła życia. Pamiętaj, że to ciągle jest delirium! Nie może być inaczej. Podniósł wzrok i zobaczył, że chłopczyk przygląda mu się z kpiącym wyrazem twarzy. - Czy to jest niebo? - zadrwił Wallie. - Nie pachnie tak, jak się spodziewałem. Oczy chłopczyka błysnęły. To były nadzwyczajnie błyszczące oczy. - To jest Świat, Świat Bogini. Lud nie zna jeszcze pisma, panie Smith. Powinien pan wiedzieć z Ziemi, że przed Wiekiem Piśmiennictwa istnieje Wiek Legend. Ja jestem legendą we własnej osobie. - W to wierzę. Chłopiec skinął raczej smutno i umilkł na chwilę. - Spróbujmy więc od drugiego końca. Shonsu był szermierzem, znakomitym szermierzem. Bogini potrzebowała szermierza. Wybrała Shonsu. On zawalił. Zawiódł i to katastrofalnie. - Co to znaczy? - pomimo swego sceptycyzmu Wallie był zaintrygowany. - Nieważne! Został ukarany za swe niepowodzenie śmiercią. Zmarł wczoraj z powodu pęknięcia czaszki - uśmiechnął się jeszcze raz, gdy palce Wallie'ego sięgnęły do guza na głowie. - Tym niech się pan nie przejmuje - zostało wyleczone. To ciało jest doskonale zdolne do działania, znakomity okaz dorosłego mężczyzny. Co niewątpliwie pan zauważył. - Zostawmy tę część moich fantazji na uboczu, dobrze? - Jak pan sobie życzy - chłopiec leniwie pokiwał gałązką. - Shonsu nie żyje, ale zadanie pozostało nie wykonane. Był pan osiągalny, panie Smith. Nieważne jak. Zostało panu przydzielone to znakomite ciało, został panu dany język i otrzymał pan najwyższy stopień w jednym z dwóch najwyżej szanowanych w Świecie zawodów . Wszystkie zawody mają swych boskich patronów, ale kapłani i szermierze należą do Samej Bogini... i nie pozwalają nikomu o tym zapomnieć, niech mi pan wierzy! Oto są szczególne dary, które pan otrzymał. - I jestem przewidziany do jakiejś misji? - Właśnie - luka w zębach mignęła w przelotnym uśmiechu. - Niebezpiecznej, przypuszczam? - Umiarkowanie - skinął chłopiec. - Tak więc ciało może być zagrożone, ale niech pan pamięta, że to jest hojny dar! Jeśli odniesie pan sukces, nagrodą będzie długie życie, zadowolenie i szczęście. Tu nie ma prawie ograniczeń dla szermierza siódmego stopnia, panie Smith - bogactwo, potęga, kobiety. Wszystko, co pan zechce, naprawdę. Każda kobieta pana przyjmie. Żaden mężczyzna nigdy się panu nie sprzeciwi. Wallie potrząsnął głową. - Kim jesteś? - Jestem bogiem - odpowiedział po prostu chłopiec. - Półbogiem, żeby być dokładnym. Duży mężczyzna rozejrzał się po chatynce, uśmiechnął się i potrząsnął głową. - Myślę, że dom wariatów musi być przepełniony. Pensjonariuszy umieszczają po dwóch. Chłopiec spojrzał na niego gniewnie. Muchy zdawały się nie latać wokół niego w sposób, w jaki latały wokół Wallie'ego. To była zwariowana rozmowa, jednak Wallie nie miał nic lepszego do roboty. - Szermierz jest żołnierzem, prawda? - I policjantem - skinął chłopiec. - I sędzią. I jeszcze kimś więcej. - Ja absolutnie niczego nie wiem o żołnierce. - Tego można się bez trudu nauczyć. W tym również władania mieczem, jeśli to pana martwi. - To nie jest coś, do czego bym leciał na złamanie karku. Ale pozwól mi zgadnąć. Misją jest zabicie tego sławetnego Hardduju. Czy mam rację? - Nie! - warknął chłopiec. - Mylisz się! Chociaż to też powinien pan zrobić. Jako szanujący się szermierz powinien pan potraktować to jako swój obowiązek, podtrzymać reputację swojego zawodu. Hardduju jest zdemoralizowany. Wallie wstał i przeszedł się, żeby usiąść na łóżku. - On z pewnością wydaje się mieć więcej wrogów niż przyjaciół. To nie mój interes, ale w każdym razie nikt mu niczego nie udowodnił. Chłopiec obrócił się na krześle, żeby być zwrócony do niego, wyglądając na rozwścieczonego. - W jego przypadku nie potrzebuje pan procesu, jako że on jest szermierzem. Wszystko, czego pan

potrzebuje, to wyzwanie. Nie musi pan podawać powodów, a on nie może się uchylić. Zapewniam pana, że on nie jest przeciwnikiem dla Shonsu. - Ale dla mnie byłby! - zaśmiał się Wallie. Może z wyjątkiem tenisa. - Czy mógłbym wybrać broń? Chłopiec gniewnie obnażył zęby. - Otrzymał pan słownictwo Shonsu, panie Smith - równie łatwo może pan otrzymać jego sprawność. Zadanie jest ważne! Znacznie ważniejsze, powiedzmy, niż obniżenie łącznych kosztów syntezy polipropylenu czy ocena sprawozdań konsultantów w sprawie alternatywnych sposobów uwodorniania. - Przechodzisz przez MOJE wnętrze, prawda, wytworze wyobraźni? No, udowodnij to! Powiedz mi, co to za ważne zadanie. - Bogowie nie żebrzą! - A ja nie wierzę w bogów - wzruszył ramionami Wallie. - Ach! Na to tylko czekałem. - Zrób cud - zasugerował Wallie szczerząc zęby. - Zmień to krzesło w tron. Twarz chłopca spochmurniała, ale błyzźczące oczy zdawały się prawie płonąć. - Cuda są brutalne! I nikt nie robi ich na żądanie! - Potem znów powrócił do swego uśmiechu. - Poza tym, gdybym dokonał cudu, niezbyt pomogłoby to panu uwierzyć że Świat jest realny, prawda ? Wallie zachichotał i potwierdził. Był ciekawy, kiedy podadzą śniadanie. Chłopiec z powrotem rozparł się na krześle. Było ono dla niego za duże, tak, że wygiął się jak banan, z brodą opartą na piersi i wpatrując się w Wallie'ego. - Skąd pochodzi wiara? Wallie mógł trzasnąć chłopca w ucho i wyrzucić go , ale co wtedy robić przez resztę dnia? - Wiara? Ona pochodzi z wychowania. Chłopiec uśmiechnął się do niego szyderczo. - To tylko odsuwa problem o jedno pokolenie wstecz, prawda? - Racja - przyznał Wallie, rozbawiony. - Dobra, zdefiniujmy wiarę jako próbę przypisania swego własnego znaczenia wszechmocnemu istnieniu. Jak z tym? - Wszawo - powiedział chłopiec. - Dlaczego chciałby pan przypisywać et cetera, et cetera? Wallie czuł, że jest popychany w kierunku powiedzenia czegoś, czego powiedzieć nie chciał, ale nie był pewny czego: - Żeby znaleźć szczęśliwe zakończenie? Żeby wyjaśnić cierpienie przez założenie jego głębszego znaczenia? Zrobiło się już gorąco, chociaż słońce było jeszcze nisko na niebie i pora była wczesna. Wallie czuł, jak pot spływa mu po żebrach. Chudego chłopca zdawało się to nie dotyczyć. - Lepiej - powiedział chłopiec. - A teraz, jak możemy dać panu wiarę w Świat? Pokosztował pan jego radości. Czy pokosztowanie cierpienia uczyni coś więcej - czy smak piekła zadziała lepiej niż smak nieba? - Nie - To nie była nęcąca perspektywa. Czarne oczy znów błysnęły. - Więc nie przyjmuje pan edyktu Bogini? Gdyby to nie było bezsensowne, można by pomyśleć, że ten mały chłopiec mu grozi... - Powiedz swojej bogini, żeby przeczyściła sobie uszy - powiedział zdecydowanie Wallie. - Absolutnie nie mam zamiaru być szermierzem, ani w tym, ani w jakimkolwiek innym świecie. - Jestem tylko półbogiem - chłopiec przyglądał mu się zimno. - Nie mogę mówić Jej takich rzeczy. Dlaczego pan nie pójdzie do świątyni i nie powie Jej osobiście? - Ja? Pokłonić się bożkowi? Glinianemu bożkowi albo kamiennemu? - Kamiennemu. - Nigdy! - Dlaczego nie? - spytał chłopiec. - Dosyć często oddawał pan cześć szmacianej fladze. Wallie poczuł, że gdzieś stracił punkt. - Ale ja wierzyłem w to co reprezentowała flaga. Wtedy chłopiec roześmiał się i zeskoczył z krzesła. - Znów to samo! Ale trzeba ruszać - idą tu mordercy, więc musi pan stąd odejść. Wallie również zerwał się na równe nogi. - Miło z twojej strony, że o tym wspomniałeś. Potrzebuję jakichś gaci. - Nie otworzył pan swojego prezentu - chłopiec pokazał leżący na podłodze pakunek. Jak wcześniej mógł to przegapić? Wallie podniósł pakunek na łóżko i rozwinął go. - Najpierw niech pan włoży kilt - powiedział chłopiec patrząc na niego. - Jest może trochę krótki, ale ujdzie. Teraz uprząż. Buty nie będą pasować. - Nie, nie będą - zgodził się Wallie, szarpiąc się z nimi. Stwierdził, że potrzebuje rozmiaru około trzydziestu. - Więc niech pan utnie mieczem końce - zachichotał chłopiec. - Nie może pan być szermierzem bez butów.

Wallie dobył miecza. Broń wydała mu się przerażają - Do czego oni tego używają? - zapytał. - Do polowania aa słonie? - Trzymając ostrze blisko końca czubkami palców użył szpica do obcięcia nosków butów. Wtedy zdołał je włożyć, ale cisnęły i palce sterczały z otworów. Chłopiec znowu zachichotał. - Dlaczego ja nie mogę zwyczajnie zostawić teraz tego miecza? - powiedział Wallie. Chłopiec potrząsnął głową. - Szermierz bez miecza wywołałby powszechny skandal. Pochwa była przyczepiona do uprzęży i zwisała na plecach. Kiedy próbował podnieść miecz dostatecznie wysoko, żeby wprowadzić do niej szpic, jego ręka uderzyła o pułap. Spróbował usiąść na łóżku i stwierdził, że siedzi na pochwie. Zaczął tracić cierpliwość, na co chłopiec uśmiechnął się szeroko. - Powinien pan uklęknąć - zasugerował. - Albo pochylić się. Oczywiście, pochwa przechyli się na bok. I tak zrobiła, ślizgając się po rzemieniach na jego plecach. Wallie zdołał przepchnąć górny koniec pochwy na jedną stronę, a dolny na drugą i, klnąc gęsto i omal nie tracąc ucha, schował do niej miecz. - Nieźle - powiedział chłopiec, przyglądając mu się. - Ma pan gardę ze złej strony. Shonsu jest oburęczny, więc przypuszczam, że to nie ma znaczenia. Niech pan pamięta, żeby sięgać lewą ręką, jeśli będzie chciał pan kogoś zabić. - Nie mam nawet zamiaru tego wyciągać! - Wallie wyciągnął jednak miecz, potem schował go na miejsce, tyle że odwrotnie. - Teraz niech go pan wyprostuje tak, żeby rękojeść była za uchem - powiedział chłopiec. Podniósł mały skórzany rzemyk, jedyną rzecz, która została na płaszczu. - Ściągacz do włosów - wyjaśnił. - Nigdy nie występowałem na scenie - mruknął Wallie ściągając włosy do tyłu i zawiązując wokół nich rzemień. - Ja naprawdę mam wyjść w tym łachu w publiczne miejsce? Zostanę aresztowany - spojrzał ponuro w zamglone, poplamione lustro. Chłopiec roześmiał się. - Tylko szermierze aresztują ludzi, a pan jest szermierzem wysokiej klasy. Nie, jest pan w porządku. Dziewczyny gwizdałyby za panem, jeśliby się ośmieliły. Chodźmy. Wallie zawahał się, patrząc na leżący na łóżku płaszcz i na przykryty kosz kryjący w sobie majątek w srebrnych półmiskach. - Co się stanie z tymi rzeczami? - zapytał. - Zostaną skradzione - odpowiedział chłopiec. - Czy to ma znaczenie? Wallie wyrył dziwny ton w pytaniu, zobaczył promyk w bystrych oczach. To było podstępne pytanie - jeśli potwierdzi, że to ma znaczenie tym samym potwierdzi, że te rzeczy mają wartość i przez to przyzna, że są w jakiś sposób realne. Gdyby dał się złapać na ten haczyk, byłby załatwiony. - Nie dla mnie. - Więc chodźmy - powtórzył chłopiec, podskakując przy drzwiach. - Wstrzymaj się, Mały! - powiedział Wallie. - Skąd mam wiedzieć, że nie prowadzisz mnie w pułapkę? Figlarna twarz chochlika rozciągnęła się w szerokim uśmiechu, ukazując lukę w zębach. - Prowadzę. W powietrzu zawisło to samo pytanie, tym razem nie wypowiedziane: Czy to ma znaczenie? Wallie wzruszył ramionami i uśmiechnął się: - Prowadź więc! W ślad za chłopcem wyszedł z domku. To był piękny poranek, ospale upalny, nawet jeśli za bardzo pachniało końmi i ludźmi. Gdy tylko wyszedł z cienia domku, słońce uderzyło go żarem w plecy - to był taki poranek, który przywodził myśl o letnim urlopie, plażach i opalonych dziewczynach, wędrówce po lasach czy odbijaniu piłki tenisowej. Chłopiec przeskoczył przez drogę, wdrapał się na niski murek i zaczął truchtać po nim chwiejnie, z ramionami rozłożonymi dla utrzymania równowagi. Wallie przekroczył drogę, żeby przyłączyć się do niego i zauważył rozległe obniżenie terenu ciągnące się do drzew poniżej. Ale każdy komentarz z jego strony wywołałby znów to samo pytanie . Tylko kilku ludzi szło drogą pod górę. Gdy się zbliżył, zaczęli gestykulować i ukłonili się. Skinął im głową i szedł dalej. - Jak mam odpowiadać na pozdrowienia? - zapytał swojego przewodnika. - Skinienie wystarczy - powiedział chłopiec, teraz idący już pewniej po szerszym odcinku muru. Jego twarz była prawie na poziomie twarzy Wallie'ego. - oczywiście, ignoruj tych w czarnym i w białym. Tych w żółtym też, jeśli chcesz. Tych w zielonym i w niebieskim powinieneś uznawać - zaciśnięta pięść na sercu. To znaczy, że nie zamierzasz dobywać broni, podobnie jak uściśnięcie ręki oznacza, że nie masz ukrytej broni - znów rozłożył ramiona przechodząc przez pokruszony, wąski odcinek. - Nie należy się uśmiechać, to nie pasuje do sytuacji.

- Nawet do ładnych dziewczyn? Chłopiec spojrzał na niego ostrzegawczo. - Od szermierza pańskiego stopnia to byłoby wręcz rozkazem. Wallie przyjrzał się uważniej kilku kolejnym mijanym grupom. Odziani na pomarańczowo mieli cztery znaki na czołach, na brązowo - trzy. Biel oznaczała jeden znak, w sposób oczywisty to byli najniżsi stanem. Nie widział jeszcze czarnych ubiorów, ale wiedział, co one oznaczają - niewolników. Nieletnie dzieci, chłopcy jak i dziewczynki, chodziły nago, jak jego towarzysz. - To w stosunku do cywilów - kontynuował chłopiec. - Gdy chodzi o szermierzy, sprawa staje się o wiele bardziej skomplikowana. Jeden rodzaj pozdrowienia, gdy tylko mijają się na drodze, inny przy poważniejszej rozmowie. Zależy, czyj stopień jest wyższy i tak dalej - przeskoczył przez dziurę i wylądował po jej drugiej stronie, pewnie jak koza. - Odpowiedzi różnią się od pozdrowień. Wallie nic na to nie powiedział. Droga ze stoku doliny zakręcała do stłoczonego nagromadzenia budynków, za którymi piętrzyła się ogromna, przypominająca katedrę budowla, uwieńczona siedmioma złotymi iglicami... świątynia Bogini w Hann. To było z pewnością ich miejsce przeznaczenia. Przeciwległą ścianę doliny, stromą, jałową i skalistą, rozszczepiał wąwóz. Z okna domku spoglądał wzdłuż wąwozu do wodospadu, z którego unosił się wielki pióropusz wodnego pyłu, ze swego obecnego miejsca widział tylko obłok. Zrytą koleinami drogę zapaskudzały odchody mułów i inne nieczystości - z trudem unikał zabrudzenia palców, aż ostatecznie poddał się i stąpał jak popadło. Buciory cisnęły, a chłopiec utrzymywał przerażające tempo, nawet jak dla kogoś z nogami tak długimi, jak nogi Shonsu. Wreszcie dotarli do bitego gościńca, chłopiec zaczął iść drogą i zwolnili. Miasto połknęło ich od razu cuchnącym zaułkiem nędzy pomiędzy wysokimi, drewnianymi budynkami, które zajmowały prawie każdy swobodny cal. Pomiędzy nimi wiły się nędzne uliczki wypełnione tłumami przepychających się ludzi, niosących pakunki, pchających wózki albo po prostu spieszących się. Jednak zawsze jakoś znalazło się miejsce dla szermierza siódmego stopnia, chociaż pozdrowienia stały się niedbałe. Smród panował tu znacznie gorszy niż na wzgórzu. - Brązowi są najpospolitsi? - zapytał Wallie. Chłopiec, żeby utrzymać się przy nim, musiał coraz częściej odskakiwać, ale Wallie szedł dalej - niech sam się martwi. - Trzeci stopień to poziom rzemieślnika - zniknął za wózkiem straganiarza i przyłączył się znów do Wallie'ego po drugiej stronie. - Wykwalifikowani rzemieślnicy. Biali i żółci to uczniowie. Ponad tym są już tylko stopnie naukowe - uśmiechnął się przelotnie. Plątało się tu wiele grzebiących w śmieciach bezdomnych kundli, a wysokie ściany całkowicie zasłaniały słońce. Powietrze było gęste od owadów i smrodów - ludzkich, zwierzęcych, moczu i zgnilizny, wyjątek stanowiły tylko sklepy korzenne i piekarnie, tworząc swymi zapachami coś w rodzaju oaz. Wallie połapał się już; białe, żółte, brązowe, pomarańczowe i czerwone. Zielone i niebieskie musiały być na samym szczycie, ale ich nie widział wcale. Najwyraźniej układ był czysto arbitralny. - Dlaczego taka sekwencja? - zapytał. - Tędy - powiedział chłopiec, skręcając w kolejny wijący się zaułek, który okazał się równie ciemny, brudny i zatłoczony. - Bez powodu . Ponieważ to zawsze było robione w ten sposób. Takie jest standardowe wytłumaczenie na wszystko. Żebracy ubierali się na czarno, zwykle w niechlujne łachmany. Wielu z nich miało też owinięte łachmanem głowy... żeby uniknąć zniesławienia swego zawodu? Potrafił odgadnąć znaczenie niektórych twarzoznaków. Głośny brzęczący hałas z przodu wskazywał na kuźnię i oczywiście twarzoznakami kowala były podkowy. Mężczyzna pchający wózek z butami i trzewikami miał na czole wizerunek obuwia. Jednak wiele twarzoznaków stanowiły ideogramy i nie mógł odgadnąć, co znaczą romby, półkola, szewrony. - Powinni wypalić to miejsce i zacząć od nowa - burknął Wallie. - Robią tak co pięćdziesiąt lat, czy coś koło tego - powiedział chłopiec. W dolnych kondygnacjach większości budynków mieściły się sklepy, z szyldami ponad drzwiami, a czasami ze stolikami próbek. W niektórych warsztatach ludzie pracowali na widoku , tkając, szyjąc czy lepiąc garnki. Dzbanek oznaczał garncarza. Wallie zauważył też oznaki chorób - ślepotę, wycieńczenie i brzydkie wysypki. Ubóstwo było przytłaczające , widział stare kobiety zgięte pod wiązkami drzewa i dzieci pracujące jak dorośli. Nie podobało mu się to. Widział już przedtem ubóstwo - w Tijuanie na przykład, ale dla Tijuany usprawiedliwieniem była jej nowość, tymczasowość . To miasto wydawało się prastare, niezmienne i przez to jakoś gorsze. Chłopiec nieustannie przeskakiwał z jednego zaułka do drugiego, omijając główne ulice, które były

nieznacznie szersze i chyba nawet bardziej zatłoczone, ponieważ jeździło nimi więcej wozów i wózków. - Czy ty próbujesz mnie zmylić, czy też czegoś unikamy? - zapytał Wallie. - Tak - odpowiedział chłopiec. Szli przez slumsy - niektóre budynki były czteropiętrowe. Teraz zauważył, że wiele zwierząt, które uznał za bezpańskie psy, w rzeczywistości było wychudzonymi świniami ryjącymi w poszukiwaniu jedzenia w rynsztokach. Świnie zjadały wszystko, nawet fekalia, a ich obecność wyjaśniała niektóre zapachy. - Przypuszczam, że rzeczna bogini nie pochwala spłukiwanych toalet? - zapytał Wallie. Chłopiec zatrzymał się i popatrzył na niego z wściekłością. - Nie powinieneś w ten sposób żartować! Wallie chciał trzepnąć go w ucho, ale chybił. Potrafił łapać muchy, a ten łobuziak zdążył się uchylić? - Niezbyt to realne - powiedział Wallie i roześmiał się. - Chodźmy tu! - chłopiec podszedł do wystawy w wąskich drzwiach, pionowej deski z rozwieszonymi na niej sznurami paciorków. Odziana w brąz, pomarszczona staruszka przycupnęła z boku na stołku, złożywszy razem palce. Chłopiec sięgnął i zerwał sznur paciorków. Kobieta poruszyła się zaskoczona, pochyliła się uniżenie przed szlachetnym władcą, lecz została zignorowana. - Teraz spójrz! - chłopiec kołysał sznurem paciorków na jednym palcu. Były to gliniane zielone koraliki na nitce bez zapięcia. - Każdy z nich jest taki sam, a jednak odrobinę inny, to nie ma początku ani końca, biegnie tak samo w obu kierunkach i sznurek przechodzi przez wszystkie. Jasne? Idziemy! Ruszył. Wallie złapał go za ramię i tym razem dotknął go. - One nie są twoje, Mały! - Czy to ma znaczenie? - zapytał chłopiec, pokazując lukę w uzębieniu. - Tak, ma. Światy mogą być różne albo umysły mogą być chore, ale wartości moralne się nie zmieniają. - Wallie patrzył na niego z góry, mocno trzymając drobne ramię w swej dużej dłoni. Stara kobieta w zdenerwowaniu żuła swe kłykcie i milczała. - Więc to jest jeszcze coś, czego musisz się oduczyć - powiedział chłopiec. - Ale gdy zrozumiesz o co chodzi z paciorkami , to będziesz bliżej, Wallie Smith. Masz, babciu. Przeciągnął sznurek przez drugą rękę i potem podrzucił go do niej, ale paciorki były jakoś nieznacznie zmienione. Błyszczały i na pewno nie były już gliniane. - Chodźmy! - warknął i pognał wzdłuż uliczki, a Wallie kroczył za nim, próbując przypomnieć sobie, co właściwie stało się z paciorkami i w jaki sposób chłopiec wymknął się z jego uchwytu, a także usiłując zrozumieć, co znaczyła ta cała przemowa. Przecięli następną ulicę i weszli w kolejny zaułek, przecisnęli się obok stojącego wozu, potem przywarli do drzwi, gdy przejeżdżał ciężki wóz ciągnięty przez woły, czy w każdym razie coś, co wyglądało bardziej wiarygodnie niż wielbłądziopyskie, długociałe konie. Ostatecznie wyszli na skraj otwartej przestrzeni, dostatecznie rozległej, żeby dopuścić słoneczne światło. - Ach! Świeże powietrze! - powiedział Wallie. - Względnie świeże. Chłopiec wpatrywał się w przeciwległą stronę podwórca, w ścianę podobną do urwiska. Dwa skrzydła ogromnych wrót, zrobionych z bali grubszych niż człowiek, wisiały krzywo na masywnych żelaznych zawiasach, obejmując z boków łukowate wejście. Ale wrota były szeroko rozwarte i wyglądały, jakby nie dało się ich zamknąć nie rozwalając konstrukcji. Po obu stronach cisnęły się budynki. Poza arkadą słoneczne światło lśniło na jasnej, zielonej trawie i wysokich drzewach. Małe grupy ludzi wychodziły na podwórzec i przekraczały bramę. - Czy to jest droga do świątyni? - zapytał Wallie. Chłopiec przytaknął. - Strażnicy nie zwrócą na pana uwagi. Wallie nie zwrócił uwagi na strażników. Stali w bramie, po dwóch z każdej strony, młodzi szermierze, trzej w żółtym i jeden w pomarańczowym . Dwaj opierali się o ścianę, a dwaj pozostali snuli się z kciukami złożonymi za uprzęże - bardzo nieprzekonujący pokaz żołnierskiego stylu. Zerkali ze znudzeniem na pielgrzymów, niekiedy rzucając komentarze, zwykle dotyczące kobiet. Chłopiec spojrzał na Wallie'ego z dezaprobatą. - Pański miecz jest przekrzywiony! - rzucił. - Ma ciężką rękojeść - poskarżył się Wallie, przestawiając broń z powrotem do pionu. - Tak, ale należy, trzymać go prosto. Tylko Pierwsi chodzą przez cały czas, prostując miecz - chłopiec wydawał się rozbawiony. - No, jestem tylko początkującym. Chłopiec tupnął nogą. - Nie powinien pan wyglądać na takiego. Wallie nie chciał się rozzłościć.

- Skasujmy całą tę planetę i ja wracam do chemii. Chłopiec potrząsnął głową. - Może pan żyć tutaj albo tutaj umrzeć. Im wcześniej przyjmie to pan do wiadomości, tym lepiej. Dobra, proszę iść za następną grupą pielgrzymów, a strażnicy nic nie zauważą. To był nonsens jako że grupy rzadko liczyły więcej niż tuzin ludzi, a Wallie nie widział nikogo równie wysokiego jak on sam. - Jak diabli nie zauważą - powiedział. - Czy to ma znaczenie? - zapytał triumfalnie chłopiec. Wallie spojrzał na niego ostro. Czy ma? Jak na złudzenie, ten świat był niewiarygodnie szczegółowy, od oblepiającego mu palce nóg zimnego gnoju, po owady, które brzęczały wokół jego głowy. I słońce bardzo realistycznie odbijało się w rękojeściach mieczy na plecach strażników. - To w każdym razie nie ma znaczenia - powiedział chłopiec. - Oni pozdrowią pana. Kiedy pan nie odpowie na pozdrowienie, powinni pana wyzwać - ale się nie ośmielą. Nie Siódmego. - We czterech się nie ośmielą? - Ale który ruszy pierwszy? - chłopiec zachichotał. - Naprzód! Idziemy! Wallie dołączył do grupy pielgrzymów złożonej z sześciu mężczyzn i dwóch kobiet , jeden Piąty, czterej Czwarci i trzej Trzeci. Przeszli spokojnie plac, podczas gdy on ostrożnie zerkał spod oka na strażników i próbował zignorować ukłucia lęku. Gdy dotarli do arkady, strażnicy spojrzeli na pielgrzymów i jeden rzucił ordynarny komentarz na temat ciężarnej kobiety , ale ich wzrok nawet nie musnął Wallie'ego, który wkroczył niewyzwany na tereny świątyni. - Miałeś rację, Mały - powiedział. Potem rozejrzał się zaskoczony dookoła. Chłopiec zniknął. Był zdany tylko na siebie. Wallie szedł za pielgrzymami wędrującymi bez pośpiechu gładko wybrukowaną drogą . Był zachwycony odmianą; z nędznego miasta przeszedł do rozległego parku o aksamitnych trawnikach i precyzyjnie wytyczonych rabatach kwiatów pod wysokimi, cienistymi drzewami. Roślinność, tak jak konie, wydawała się podobna do ziemskiej, ale nie całkiem. Nie był botanikiem i nie mógł stwierdzić, co dokładnie w tym wszystkim jest nie w porządku. Krzaki podobne do boungawilli płonęły oranżem i purpurą obok szkarłatnych hibiskusów. Podobne do kolumn palmy wznosiły się, by pieścić indygowe niebo. Widział, skryte w dali za akacjami i drzewami eukaliptusowymi cudowne budynki, kilka z nich wyglądało na bursy, ale niektóre z tych domów miały marmurowe fasady. Tam mieszkała świątynna elita, pusząc się swą potęgą wobec ubóstwa miasta, hołubiona przez niewolników, jako że dostrzegał wielu małych brązowych ludzi w czarnych przepaskach biodrowych kopiących ziemię, koszących trawniki i noszących pakunki. Ogarnęło go obrzydzenie na tę niesprawiedliwość i stwierdził, że ma coraz więcej i więcej trudności z zapamiętaniem, że to wszystko to tylko wytwór jego własnej podświadomości. Dwie stare kobiety w błękitnych jedwabnych szatach przerwały na jego widok rozmowę i stanęły zaskoczone. Gdy przechodził obok nich, położył pięść na sercu, ale to wydało się tylko powiększać ich zaskoczenie. Prawie na pewno były kapłankami i najwyraźniej widziały go. Więc jednak rozejdzie się wieść, że przybył szermierz siódmego stopnia. Czy to ma jakieś znaczenie? Niespokojnie zareagował tak, jakby miało. Przyśpieszył kroku i wyprzedził pielgrzymów, słysząc, gdy ich mijał, niespokojne krzyki. Droga prowadziła go pomiędzy drzewami, okrążając budynki i przecinając trawniki. Krzyżujące się z nią ścieżki były najwyraźniej mniej ważne. Tereny świątyni znacznie przewyższały obszar samego miasta, a hałas wodospadu był tu głośniejszy. Nagle droga zakręciła ostro i znalazł się u celu. Przed nim rozciągał się wielki podwórzec, podobny do pasa startowego lotniska. Po prawej stronie, na obrzeżu, rosło kilka drzew i widać było rozległy, nieruchomy staw, prawie jezioro. Po lewej stronie znajdowała się świątynia. Przez całą szerokość jej frontonu przebiegały szeregi wysokich stopni, uwieńczonych siedmioma ogromnymi arkadami, nad którymi wznosiły się złote iglice. Pomyślał, że jest prawdopodobnie większa niż jakikolwiek kościół czy nawet katedra na Ziemi, że jest wielka jak siedem połączonych bokami hangarów dla sterowców. Pielgrzymi kierowali się w górę schodów, przy ich szczycie rozchodząc się na boki, niby bąbelki gazu unoszące się w szklance. Maszerował prosto przez podwórze dopóki nie znalazł się na równi z centralną arkadą, wtedy skręcił i ruszył w kierunku schodów, niepewny, czy robi to dlatego, że jest Siódmym, a to wydaje się właściwe dla Siódmego, czy - ponieważ była to jego osobista iluzja - powinien posłużyć się własną wyjątkowością. Gdy szedł, zauważył, że wszyscy stłoczeni na szczycie schodów pielgrzymi klęczą, wpatrując się w świątynię. On nie zamierzał klękać, ale nie był pewny, co chce zrobić. Złapać jakiegoś kapłana i poprosić może o spotkanie z panem Honakurą? Chłopczyk ostrzegał, że prowadzi go w pułapkę. Jednak w świątyni chyba nie powinna zagrażać mu nagła śmierć. Był prawie przy schodach, gdy zaczął bić dzwon, basowo, jak na alarm, zagłuszając łoskot