uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 756 574
  • Obserwuję766
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 027 427

David Morrell - Przymierze Ognia (m76)

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :1.8 MB
Rozszerzenie:pdf

David Morrell - Przymierze Ognia (m76).pdf

uzavrano EBooki D David Morrell
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 23 osób, 35 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 290 stron)

David Morrell Przymierze Ognia „Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją, i wrzuca do ognia, i płonie". Ewangelia według św. Jana, XV, 5 * * Cytaty z Pisma Świętego pochodzą z czwartego wydania Biblii Tysiąclecia (przyp. tłum.).

Prolog Szalejący ogień Środa popielcowa Hiszpania, rok 1391 Archidiakon Ferran Martinez, doprowadzony do granic ortodoksji przez własny żarliwy katolicyzm, wygłaszał kazania coraz bardziej podżegające przeciwko wszystkim heretykom. W środę popielcową 15 marca jego charyzmatyczne, przesycone nienawiścią krasomówstwo spowodowało, że parafianie w szale wybiegli z kościoła i skierowali się do żydowskiej dzielnicy Sewilli. Gdyby nie władze cywilne, które zachowały zimną krew, doszłoby zapewne do masakry. Zamiast tego pojmano i wychłostano dwóch przywódców motłochu. Jednak kara nie zniechęciła fanatyków. Przeciwnie — z przywódców uczyniła męczenników i podsyciła ogień nienawiści współwyznawców. Antyheretycka gorączka przeniosła się z Sewilli na sąsiednie miasta, aż w końcu opanowała całą Hiszpanię. Konsekwencje były przerażające — latem 1391 roku zamordowano około dziesięciu tysięcy niewiernych, przeważnie przez pobicie lub ukamienowanie. Niemniej kilkunastu spalono na stosie. Strażnicy wiary Francja r Mania religijna w Hiszpanii nie była czymś wyjątkowym. Od początku średniowiecza pewien rodzaj herezji, wywodzący się z teologii bliskowschodniej, przyciągnął tak wielu zwolenników, że Kościół poczuł się zagrożony. Albigensi, bo tak zwali się członkowie tego ruchu, utrzymywali, że dobro i zło to równe siły, że wszechświatem rządzi dwóch bogów, a nie jeden, że Szatan jest równy w walce z Bogiem i tak samo jak on przebiegły. Domeną Szatana było ciało. Umysł — duch — stanowił drogę do zbawienia. Idea istnienia dwóch bogów przeraziła Kościół. Chrystus, wcielenie Błogosławionego Ojca, nie mógł być zły. Jako Bóg ucieleśniony nie mógł być częścią dzieła Szatana, kiedy poprzez ukrzyżowanie poświęcił samego siebie, by odkupić upadające dzieci. Tego rodzaju herezję należało zmiażdżyć. Krucjata przeciw albigensom była bezlitosna. Zginęło dziesiątki tysięcy ludzi. Ale herezja przetrwała. Zabito tysiące kolejnych, aż wreszcie w roku 1244 w górskiej fortecy Montsegur w Pirenejach, w południowo-zachodniej Francji, ostatnia twierdza albigensów została otoczona, napadnięta i podpalona. Pojawiły się jednak pogłoski, że mimo brutalności krucjaty nie wytępiono herezji, że w nocy niewielka grupa wyznawców opuściła się po linach z góry, unikając masakry i zabierając ze sobą jakiś tajemniczy skarb, by ukryć głęboko swą ohydną występność. Miejsce palenia Hiszpania, rok 1478 Masakry w Sewilli i Montsegur to tylko dwa przykłady średniowiecznej religijnej histerii. Żydzi, Maurowie, albigensi i protoprotestanci stali się celem wspieranego przez papieża ruchu oczyszczenia wiary, 0 oficjalnej nazwie inkwizycja. Północne kraje Europy odrzuciły inkwizycję, ale Włochy, Anglia i Francja w jej imieniu dopuszczały się wielu okrucieństw.

Jednak nietolerancja religijna nigdzie nie przybrała takich kształtów jak w Hiszpanii. W tym kraju inkwizycja, kierowana przez dominikanina o zapadniętych oczach, księdza Tomasa Torąuemadę, zaowocowała dziesiątkami tysięcy tortur i egzekucji. Ich celem było edukowanie heretyków i skierowanie ich ku prawdziwej wierze. Ofiarom krępowano z tyłu ręce, do nich przywiązywano linę 1 podciągano — siła dosłownie rozdzierała barki. — Przyznaj się! — nakazywano im. — Przyznać się? — jęczeli torturowani. — Do herezji! — Herezji? — zawodziły ofiary. — Podciągnąć linę! — rozkazywał inkwizytor. Ramiona napinały się. Barki pękały z trzaskiem. Jeśli ofiara przeżyła, łamano ją kołem, a jeśli mimo to przeżyła, dalej zapierając się popełnienia teologicznego odstępstwa, inkwizytor wpychał jej do gardła rurkę z materiału, w którą wlewano wodę. Kiedy ofiara była bliska utopienia, rurkę wyciągano brutalnie, a z nią już nie wodę, lecz krew. Podejrzani o herezję tracili nie tylko własność, ale i prawo kwestionowania swoich oskarżycieli. Pozbawieni nadziei, mieli do wyboru dwie drogi: przyznać się i błagać o litość, lecz, co gorsza, obciążać winą współbraci; albo upierać się przy swej niewinności, oskarżając sąsiadów, że skłamali, donosząc na nich. Przyznanie się do winy, nawet gdy ofiara nie była heretykiem, dawało szansę odzyskania wolności. Uparte zaprzeczanie, niechęć wplątania innych prowadziły do najsroższej kary. Oskarżonych wleczono z więzienia na cjuemadero, miejsce palenia, aby dokonali auto-da- fe, czyli aktu wiary. Wszystkich ubierano w żółte szaty i spiczaste czepki. Skazanym na śmierć malowano na stroju czarne płomienie skierowane w dół. Pozostali do końca nie mieli pewności, czy przeżyją. Dopiero po wejściu na rusztowanie dowiadywali się o decyzji inkwizytora. Pewną grupę, niewielką — puszczano wolno. Dawano wiarę ich wyznaniom, chociaż pokutę musieli odprawić. Innych skazywano na więzienie. Ci zyskiwali odroczenie śmierci. Jeszcze innych wieszano. Ale najbardziej zatwardziałych grzeszników palono żywcem na stosie. Ich prochy rozrzucano razem z prochami podejrzanych o herezję, którzy umarli, zanim inkwizytor zdążył ich przesłuchać. Nawet po śmierci podejrzani o herezję nie byli wolni, ich ciała wykopywano z ziemi i czyszczono w płomieniach ognia. Tak gorliwa obrona wiary trwała dłużej, niż się na ogół sądzi. Przez całe wieki — od końca średniowiecza po renesans i tak zwaną epokę oświecenia — inkwizycja wymuszała swoje przekonania. Dopiero w roku 1834 instytucja ta została ostatecznie rozwiązana. W każdym razie oficjalnie. Ale krążyły pogłoski, że niezupełnie. CZĘŚĆ I Przyczyny i skutki Pan jest moim świadkiem 1 SENACKA USTAWA O CZYSTYM POWIETRZU Waszyngton, DC, 10 czerwca. Podczas najbardziej zagorzałej w tym roku konfrontacji między demokratami a republikanami Senat rozpoczyna dziś debatę nad kontrowersyjną

ustawą Barkera-Hudsona o czystym powietrzu, która zaleca, by naród nie tylko zaakceptował, ale i przyjął ostrzejszą niż obowiązująca obecnie w Kalifornii politykę kontroli zanieczyszczenia powietrza. „Nasze powietrze jest tak śmierdzące jak dym z płonących opon samochodowych — stwierdził wczoraj senator Barker, demokrata ze stanu Nowy Jork, podczas konferencji prasowej w oparach smogu na schodach Kapitolu. — Proszę wziąć głęboki wdech, jeżeli mają państwo dość odwagi. Przestańmy udawać. Powinniśmy używać masek gazowych”. „I nie ruszać się z domu — dodał współautor ustawy, senator Hudson, demokrata z New Hampshire. — Wczoraj wieczorem wyszedłem z żoną na spacer. Pędem wróciliśmy do siebie i dokładnie pozamykaliśmy okna. Rzuciłem palenie wiele lat temu, ale właściwie mogłem sobie darować. Według moich obliczeń nasza atmosfera jest tak zanieczyszczona, że każdego dnia wdychamy równowartość dymu z dwóch paczek papierosów. Jeżeli nie zależy nam na samych sobie, to przynajmniej chrońmy własne dzieci. Musimy przestać niszczyć ich i nasze płuca”. Ustawa Barkera-Hudsona zakłada absolutny zakaz palenia tytoniu w miejscach publicznych, wygórowane kary dla producentów samochodów, jeśli w ciągu dwóch lat nie zredukują emisji spalin, i równie wysokie grzywny dla zakładów przemysłowych, które w tym samym czasie nie zmniejszą stopnia zanieczyszczania atmosfery, dodatkowe opłaty rejestracyjne dla właścicieli więcej niż jednego samochodu, obowiązkowe systemy filtrowania powietrza wypompowywanego z restauracji, pralni, itp... 2 Georgetown w stanie Waszyngton Zgodnie ze swoim zwyczajem republikanin Roland Davis, senator ze stanu Michigan, obudził się o szóstej rano i wstał, nie niepokojąc żony. Zszedł na dół, zaparzył kawę, nakarmił kota, wyszedł przed dom po egzemplarz „Washington Post” i wrócił ze złożoną gazetą do kuchni. Przyćmione smogiem promienie wschodzącego czerwcowego słońca wpadały przez mansardowe okno, tworząc jasną plamę na stole. Davis pociągnął łyk gorącej kawy, rozłożył gazetę i przejrzał ją w poszukiwaniu swojego nazwiska. Natrafił na nie prawie od razu. Jeden z nagłówków nawiązywał do ustawy Barkera- Hudsona, a w zajmującym dwie kolumny tekście wielokrotnie wymieniono nazwisko senatora jako przywódcy opozycji partii republikańskiej wobec „ekstremalnego, represyjnego, radykalnego i z punktu widzenia gospodarki samobójczego podejścia do tymczasowego, choć niewątpliwie poważnego problemu, dla którego rozwiązania potrzeba czasu i wysiłków”. Davis pokiwał głową, aprobując zarówno własną retorykę, jak i dokładność cytowania słów. Był wysoki, miał pięćdziesiąt osiem lat, gęstą czuprynę nadających mu dystyngowany wygląd siwych włosów, patrycjuszowską twarz i szczupłą, znakomicie prezentującą się na zdjęciach figurę, którą utrzymywał dzięki codziennym półgodzinnym ćwiczeniom na przypominającym rower przyrządzie gimnastycznym. Lepiej weź się za pedałowanie, pomyślał. Zaczynał się wypełniony zajęciami dzień. Ponadto chciał koniecznie obejrzeć wiadomości poranne. Postanowił jednak najpierw skończyć lekturę artykułu w gazecie. Barker i Hudson wypowiedzieli więcej apokaliptycznych w swej wymowie zdań o trującym zanieczyszczonym powietrzu, rozszerzającym się efekcie cieplarnianym i niszczeniu ochronnej warstwy ozonowej, wzrastającej liczbie zachorowań na raka skóry, ryzyku suszy,

topnieniu lodowców na biegunach, podnoszącym się poziomie oceanów. To wszystko brzmiało jak scenariusz do jakiegoś filmu science fiction. Senator prychnął. Ci demokraci nie mają szans na przepchnięcie swojej ustawy w senacie, chociaż musiał przyznać, że Barker i Hudson wiedzą, jak przyciągnąć uwagę środków przekazu. Lecz nie wyrządzi to żadnej szkody w nadchodzących wyborach, zwłaszcza w przypadku liberałów z ich okręgu. A może nawet ich taktyka odbije się rykoszetem. Nikt nie chce ponownie wybierać tych, którzy przegrali, a tym razem Barker i Hudson przegrają na pewno. Czyste powietrze? Świetny pomysł. Tylko że Amerykanie nie lubią składać ofiar. W tym właśnie problem. Tamci chcą, żeby ofiary ponosili zwykli ludzie. Tymczasem każdy palacz, każdy, kto ma więcej niż jeden samochód, każdy pracownik fabryki, który drży o swoją pracę, to znaczy każdy, kto odczułby skutki tej ustawy, będzie zachęcał swego senatora, by głosował przeciwko niej. Czy Barker i Hudson nigdy nie słyszeli o kompromisie? Czy słowa „umiar” nie ma w ich słowniku? Czy oni sobie nie zdają sprawy, że do każdego problemu należy podchodzić stopniowo, a nie rzucać się nań jednym skokiem? Davis skończył lekturę artykułu, zadowolony, że przy samym końcu jeszcze raz zacytowano jego rozsądne słowa: „Wszyscy się zgadzamy, że powietrze nie jest tak czyste, jak mogłoby być. Owszem, problem istnieje, przynajmniej w kilku dużych miastach, szczególnie od czerwca do września. Ale warunki się poprawią, gdy nadejdzie chłodniejsza pora roku. Co nie znaczy, że zalecam bezczynność. Nie możemy jednak zmienić społeczeństwa z dnia na dzień, chociaż moi szanowni koledzy najwyraźniej do tego zmierzają. W zamian proponuję — gdy tylko zapoznam się z dostępnymi danymi statystycznymi —rozwiązania bardziej zrównoważone, umiarkowane, starannie wykonane i nie tak drastyczne. Czas. Zanieczyszczenie powietrza powiększało się przez lata i tak samo wiele czasu potrzeba będzie, by je oczyścić”. Wspaniale, pomyślał. „Washington Post” użyczył mi mnóstwo miejsca, a prasa z Michigan da go na pewno jeszcze więcej. Palacze z mojego okręgu wyborczego poczują się mniej zagrożeni. Również rodziny posiadające po dwa samochody przestaną się obawiać dodatkowych kosztów rejestracyjnych. Ale najważniejsze, pomyślał senator, że producenci samochodów będą ogromnie wdzięczni, ponieważ nie muszą się więcej martwić o sprostanie nowym rygorom emisji spalin z ich samochodów i fabryk. Bardzo wdzięczni. I niezwykle hojni. Tak, z całą pewnością. Zadzwonił dzwonek u drzwi. Davis zerknął na zegarek w obudowie kuchenki mikrofalowej — szósta czternaście. Kto to może być tak wcześnie? W pierwszej chwili wpadła mu do głowy całkiem oczywista odpowiedź. Jakiś gorliwy dziennikarz. W takim razie powinien porządnie wyglądać. Dłońmi przyczesał włosy, ciaśniej zawiązał szlafrok, wyszedł z kuchni i otwierając drzwi starał się wyglądać jak najpogodniej. Za drzwiami nikogo nie było. Senator nieprzyjemnie zaskoczony zmarszczył brwi. Rozejrzał się po ulicy równo zabudowanej eleganckimi miejskimi domami, lecz z wyjątkiem znikającego za rogiem samochodu nie zauważył żadnego ruchu. Co do...?

Nagle jego uwagę przyciągnęło coś leżącego na progu. Duża koperta z grubego papieru. Jeszcze bardziej ściągnął brwi, podniósł pakunek, znowu obrzucił wzrokiem ulicę i wrócił do domu, zamykając za sobą drzwi. Z pewnością nie była to moja sekretarka, pomyślał. Susan najpierw by zatelefonowała, gdyby miała coś na tyle ważnego, by niepokoić mnie o tak wczesnej porze. A nawet gdyby nie zdążyła zadzwonić, nie zostawiłaby tak zwyczajnie koperty na progu uciekając bez wyjaśnienia. Davis, zmieszany sytuacją, rozerwał kopertę i wyjął z niej kilka dokumentów. Zbyt ciekawy, by wejść do kuchni i zabrać się do lektury na siedząco, szybko przebiegł wzrokiem pierwszą stronę. Ledwie dotarł do połowy, gdy z jego gardła wydobył się jęk. Jezusie! O Chryste! Pospiesznie przekartkował resztę. Pies to...! W dokumentach podawano daty, miejsca, nazwiska i sumy, każdą łapówkę, jaką kiedykolwiek wziął, każdy nielegalnie zdobyty grosz na kampanię wyborczą, każdy urlop na koszt rządu, każde...! A pod dokumentami znajdowały się fotografie, na których widok senator wsparł się o ścianę z obawy, że nagły ból w klatce piersiowej oznacza atak serca. Zdjęcia — czarno-białe odbitki, wyraźne, błyszczące, bez wątpienia wykonane przez zawodowca — przedstawiały Davisa i jego wspaniałą sekretarkę na pokładzie jachtu. Uwieczniały ich nie tylko podczas uprawiania zwykłego seksu, ale również wszelkich nagannych jego wersji, jak stosunki oralne i analne. Senator żywo pamiętał tamto cudowne letnie popołudnie. Był sam ze swoją sekretarką. Sprawdzili, że nikt ich nie śledzi, oddzielnie dojechali do niewielkiej, prywatnej karaibskiej wysepki, której właścicielem był jeden z najpotężniejszych wyborców Davisa. Zapewnił ich, że na wyspie nikogo nie będzie, ale dla podwójnego zabezpieczenia senator wyprowadził jacht w morze, by nikt nie mógł ich szpiegować. Nie był z tych, którzy dają się podejść jakimś zasrańcom w stylu Gary’ego Harta. Jednak ktoś ich szpiegował! Zdjęcia wykonane były pod takim kątem, że najwyraźniej zrobiono je teleobiektywem z pokładu samolotu. Poza tym fotografie były tak ostre, jakby Davis i jego sekretarka do nich pozowali. Ich twarze były widoczne na każdym zdjęciu, z wyjątkiem tego, gdy odwrócony tyłem do aparatu, zatapiał usta między udami dziewczyny. Niech to wszyscy diabli! Było jeszcze coś! Pod fotografiami, na widok których jego pierś unosiła się gwałtownie już nie z bólu, lecz z wściekłości, znalazł nie podpisany, wystukany na maszynie list. Pewność zawartej groźby zmroziła go tak samo jak treść: Sugerujemy, żebyś przemyślał, po której stronie opowiedzieć się podczas głosowania nad ustawą Barkera-Hudsona Senator porwał dokumenty, zdjęcia i list na połówki, ćwiartki, potem na ośme części. Zbitki papieru stały się tak grube, że musiał je podzielić, by móc drzeć dalej. Przez cały czas klął z furią, ale po cichu, żeby nie zbudzić żony.

Już ja bym wam pociągnął druta! — pomyślał, nie zdając sobie sprawy, że przeklina, używając wulgarnego określenia na czynność, która w wykonaniu jego sekretarki sprawiała mu niedawno sporą przyjemność. Zdawał sobie sprawę z tego, że bez względu na jak małe kawałki rozszarpie te przeklęte dowody, jego wysiłki są daremne —ktokolwiek przysłał paczkę, z pewnością ma negatywy. Tak! Ktokolwiek to jest! Tylko że nie było żadnej wątpliwości, o kogo chodzi. Barker i Hudson! Davis zadrżał z oburzenia. Młodsi senatorowie z partii demokratów grożą starszemu senatorowi, a na dodatek republikaninowi? Czyżby nie mieli pojęcia, jaką władzę zgromadził w swoich rękach tak zaprawiony polityk jak on? Ja wam... Czyżby? Ty im...? No? Co właściwie możesz zrobić? Doprowadzisz do konfrontacji? Podważysz ich oskarżenia? Nic nie da się porównać z tym, co mogą zrobić oni, jeżeli zdecydujesz się ujawnić zawartość koperty. Z twoją karierą koniec. A co zrobisz potem? — Kochanie? Senator skulił się, słysząc kroki żony schodzącej z góry. Szybko wepchnął strzępy papierów do koperty. — Czy ktoś dzwonił do drzwi? Żona Davisa pokazała się na dole schodów. Jej otoczone zmarszczkami oczy były podpuchnięte, grube policzki i brzuch obwisłe. Siwe włosy zwisały w niechlujnych strąkach. — Tak, kochanie — odparł Davis. — To tylko posłaniec z najnowszymi informacjami o ustawie dotyczącej czystego powietrza. — Boże, co za nuda. Mogliby nie naprzykrzać się o tak wczesnej porze. — Wiem, kochanie — powiedział senator. — Ale to było ważne. Doszedłem do wniosku, że muszę przemyśleć swoją decyzję. Zaczynam przechodzić na stronę Barkera i Hudsona. Chodzi o dzieci. Musimy chronić dzieci tego narodu. Zapewnić im czyste powietrze, żeby miały zdrowe płuca. — Ale co z...? — Moimi wspaniałomyślnymi sponsorami z Detroit? Chyba po prostu będę musiał im to wythimaczyć. — Pomyślał o fotografiach, o podniecającym zapachu swojej sekretarki. — Tak, chyba będę musiał ich do tego przekonać. 3 Dorzecze Amazonki, Brazylia Mgła przesłoniła niebo. Juanita Gomez, ubrana w długą czarną sukienkę, z trudem utrzymywała się na nogach, patrząc poprzez łzy i welon na skromną trumnę swego męża. Bądź dzielna, powtarzała sobie, choć ból ściskał jej serce. Musisz. Dla Pedra. On by tego chciał. Wiedziała, że żałobnicy obserwują ją równie uważnie jak trumnę. Gdyby straciła panowanie nad sobą, gdyby swoim zachowaniem obudziła podejrzenie, że żal osłabił jej postanowienie kontynuowania dzieła zabitego męża, wówczas jego wrogowie osiągnęliby swój cel. Dla Pedra! — pomyślała. Bądź dzielna!

Kobieta miała dwadzieścia pięć lat, wąską twarz o śniadej cerze, niewysoką i szczupłą sylwetkę. Nie była pięknością, przyznawała to otwarcie, i nigdy nie zrozumiała, dlaczego Pedro właśnie ją sobie wybrał. Jedyne, co miała piękne, to długie do ramion ciemne włosy. Jakże Pedro lubił je głaskać. Jakże lubił się chwalić, że ich dwójka małych dzieci odziedziczyła po matce cudowne włosy. Co ja bez ciebie zrobię? — zastanawiała się Juanita, ledwie powstrzymując drżenie nóg. Lecz odpowiedź na to pytanie — a wydało się jej, że wręcz słyszy w myślach namiętny głos męża — natychmiast zmusiła ją do wyprostowania się. Odwagi, Juanito. Nie poddawaj się. Żeby moja śmierć nie poszła na marne. Zajmij moje miejsce. Rozpal serca moich zniechęconych zwolenników. Przemów do nich! Tak, pomyślała Juanita i podniosła zagniewane oczy na gęstniejącą, przesłaniającą niebo mgłę. Przemówienie. Od chwili śmierci męża, przed dwoma dniami, odczuwała w sobie ciśnienie słów. Nie miała tego daru, co Pedro, który, choć niewykształcony, potrafił przemawiać i przyciągać uwagę tłumu. Nagle jednak zrozumiała, że wygłosi mowę nad jego grobem. Czuła wewnętrzny przymus. Podczas przygotowań do pogrzebu, kiedy poszarpane kulami ciało męża leżało na trudno osiągalnym lodzie, powtarzała sobie w myślach to, co dyktował jej wewnętrzny głos. Ostatniej nocy, zbyt oszołomiona smutkiem, by spać, dobrała odpowiednie słowa. Wkrótce, kiedy leciwy ksiądz przestanie monotonnym głosem wypowiadać swoje modlitwy, przyjdzie jej kolej. Pedro, jej ukochany mąż, przemówi w niej, z nią i przez nią — pod warunkiem że starczy jej sił. A wtedy jego zwolennicy stłumią strach, pokonają zniechęcenie i wytrwają w walce o uratowanie swej ziemi. Bądź dzielna! Cmentarz byl wiekowy, większość drewnianych krzyży chyliła się ze starości, położony na jałowym wzgórzu, z którego rozciągał się widok na chaty wioski o nazwie Kordoba oraz na zamulony, błotnisty dopływ wspaniałej niegdyś Amazonki. Juanita wiedziała, że deszcz zmywał do rzeki muł, odkąd ziemi nie chroniły korzenie rosnących tu dawniej majestatycznych drzew. Z powodu ognia. Z powodu wyrębu i wypalania — taktyki stosowanej przez wrogów jej męża. To oni zmuszali wieśniaków do ścinania drzew, karczowania ich i wykorzystywania uzyskanych w ten sposób terenów pod dodatkowe zasiewy. Stąd coraz gęstsza mgła przesłaniała niebo. Juanita zadrżała ze wzbierającej wściekłości. Z powodu ognia płonącego w oddali, na skraju kurczącej się puszczy. Warstwa gleby była niezwykle cienka, nawet razem z popiołem ze spalonych drzew, a po kilku latach intensywnych upraw stawała się jałowa. W konsekwencji palono więcej drzew, karczowano większe obszary lasów, obsiewano większe tereny, aż ziemia znów przestawała rodzić — oto przyprawiający o mdłości wzór zniszczenia. Jednak istniał jeszcze okropniejszy sposób, o którym wiedziała. Wrogowie Pedra, właściciele tej ziemi, zmuszali wieśniaków do przeniesienia się w inne miejsce i sprowadzali ciężki sprzęt, zrywali pozbawioną roślinności wierzchnią warstwę ziemi szukając ukrytych pod nią minerałów. W końcu nie pozostawało nic wartościowego.

Gdziekolwiek Juanita spoglądała, zewsząd otaczała ją jałowa brzydota. Ksiądz prawie skończył modlitwy. Kobieta poczuła żar w sercu, szaloną potrzebę zwrócenia się do zwolenników męża i wypowiedzenia słów, które miały tchnąć w nich ducha walki. Pedro zorganizował wieśniaków, przekonując ich, by sprzeciwili się niszczeniu bożego dzieła przez bogatych, chciwych, złych ludzi ze stolicy. Dowiedział się od obcokrajowców — jak to oni siebie nazywali? — ekologami? — że gęsty dym z płonącej puszczy zanieczyszcza atmosferę Ziemi. Ci obcokrajowcy powiedzieli mu również, że ten największy na świecie las zabiera z powietrza coś złego (przypomniała sobie zupełnie pozbawione dla niej znaczenia określenie „dwutlenek węgla”) i że oddaje mu coś dobrego (co to jest? tlen?). Powiedzieli, że gdyby las zniknął, co niechybnie nastąpi, skoro każdego roku niszczy się tysiące akrów, w powietrzu będzie tak dużo dwutlenku węgla, że wywoła on zmianę pogody, podwyższenie temperatury i że przestaną padać deszcze. Obcokrajowcy uparcie twierdzili, że od tego lasu zależy cały świat. Wypalanie musi zostać przerwane raz na zawsze! Pedro rozumiał, co mówili, ale był świadom również, że wieśniacy nie będą walczyć o uratowanie lasu tylko dlatego, że jacyś obcy ludzie twierdzą, iż jest on potrzebny całemu światu. Jednocześnie wiedział, że wieśniacy będą walczyć o swoje domy, o drzewa kauczukowe, od których zależało ich życie, że będą chronić rzekę przed mułem —wynik erozji — od którego dusiły się ryby, podstawa ich pożywienia. Będą walczyć. Oczywiście jeżeli ktoś im pokaże, jak to robić, jeżeli ktoś ich zjednoczy i przekona, że razem stanowią siłę. Pedro przyjął wyzwanie i przez pewien czas odnosił sukcesy, zmuszając wrogów do ustąpienia z tej ziemi. Najwyraźniej jednak osiągnął zbyt dużo, gdyż źli ludzie ze stolicy przysłali zamachowców uzbrojonych w karabiny maszynowe, którymi poszatkowali jego ciało, kiedy przemawiał w sąsiedniej wiosce. Teraz powietrze znowu było gęste od dymu. Znowu zapłonął złowieszczy ogień. Nie wolno ci się poddawać! — Juanita usłyszała w myślach głos męża. Musisz dalej prowadzić walkę! Kiedy ksiądz odszedł od trumny, odwróciła się do ludzi, gotowa unieść welon, żeby ujrzeli żarliwą determinację w jej oczach, gotowa przemówić. Zamarła jednak w pół ruchu, gdyż wszyscy odwrócili się — na wyboistej, piaszczystej drodze pojawiła się nieoczekiwanie długa czarna limuzyna, która po chwili stanęła na skraju cmentarza. Wieśniacy patrzyli zdziwieni na wysiadającego z niej obcego człowieka. Był wysoki, wyglądał wytwornie. Jego garnitur był równie czarny jak samochód. Krawat też miał czarny, kontrastujący z nieskazitelnie połyskującą białą koszulą, być może jedyną taką koszulą, jaką wieśniacy kiedykolwiek widzieli. Dostojnym, godnym pogrzebu krokiem obcy podszedł do bagażnika, otworzył klapę, wyjął jakiś karton i ruszył pod górę w kierunku żałobników zgromadzonych na ponurym cmentarzu. — Proszę mi wybaczyć, pani Gomez — szepnął mężczyzna i ukłonił się z szacunkiem. Jego nienaganny akcent i staranna wymowa wskazywały, że pochodzi z miasta. — Serdecznie przepraszam. Bardzo niechętnie przeszkadzam w tej przykrej dla pani chwili. Wyrażam współczucie i ofiarowuję modlitwę za duszę pani odważnego męża. Nie sprawiałbym pani kłopotu, ale pewien człowiek powiedział mi, a właściwie nalegał, żebym to uczynił. — Człowiek? — Juanita podejrzliwie przyjrzała się obcemu. Czuła ból napiętych mięśni. — Jaki człowiek?

— Niestety, tego nie wiem. Mój klient nie podał swego nazwiska. Wczoraj zjawił się niespodziewanie u mnie w biurze. Posiadam w mieście wypożyczalnię limuzyn. Zapłacił mi hojnie, żebym przyjechał do tej wioski i dostarczył tę paczkę... podarunek, jak on to określił... właśnie w tym momencie. Juanita z jeszcze większą podejrzliwością popatrzyła na pudełko. — Podarunek? Co to jest? W pierwszej chwili przyszło jej do głowy, że źli ludzie przysłali bombę, by zniszczyć ją, Juanitę, w tak dramatyczny sposób, podczas pogrzebu męża. Wtedy zwolennicy Pedra na zawsze straciliby wolę walki. — Mój klient nie wyjawił, co znajduje się w tym pudle... Właściwie ostrzegł mnie, że jeśli rozpakuję je przedwcześnie, dowie się o moim grzechu i srogo mnie ukarze. Zapewnił mnie i prosił, żebym ja zapewnił panią, że prezent ten nie jest niebezpieczny, przeciwnie, że będzie dla pani pocieszeniem. Kobieta zmierzyła go ostrym spojrzeniem. — Żeby przejechać taki kawał drogi, w tak tajemniczej misji, musiał pan zostać bardzo dobrze opłacony. — To prawda. Już powiedziałem, że zapłata była hojna. — Mężczyzna wyglądał na zmieszanego, jakby porównywał swój elegancki garnitur z otaczającą go biedą. — Z pozdrowieniami od nieznajomego, proszę pani. Juanita niechętnie przyjęła prezent. Wielkością przypominało pudło na tort. Tylko że zawartość była o wiele cięższa, a w dodatku to coś w środku przesuwało się. Zakłopotana postawiła pudełko na ziemi obok skromnej trumny męża. Spróbowała je otworzyć, ale gdy drżącymi palcami nie zdołała rozerwać taśmy, podszedł do niej jeden z wieśniaków i rozciął pudło nożem. Zmuszona okolicznościami, odchyliła wieczko i ostrożnie zajrzała do środka. Westchnęła gwałtownie. Podobnie westchnął stojący obok wieśniak. Juanita wydała okrzyk, ale nie przerażenia, lecz triumfu. Szybkim ruchem sięgnęła do pudełka i wyciągnęła jego zawartość. Ludzka głowa. Odcięta głowa jednego ze złych ludzi z miasta, którzy rozkazali zabić jej męża. Głowa — o groteskowo wykrzywionych rysach — żywo komunikowała agonię, jaką ten człowiek przeżywał, kiedy mu ją obcinano. Zapakowana w plastikową torebkę, najwyraźniej po to, by sącząca się z szyi krew nie przesiąkła przez kartonowe opakowanie. Z okrzykiem zwycięstwa Juanita zerwała torebkę, chwyciła głowę za włosy i podniosła możliwie jak najwyżej, żeby wszyscy mogli obejrzeć ten cudowny podarunek od nieznanego dobroczyńcy. Posłaniec cofnął się przerażony, podniósł rękę do ust, jakby miał zaraz zwymiotować. Wieśniacy rzucili się do przodu, by popatrzeć z bliska. — Walczcie! — krzyknęła. — Za Pedra! Za was samych! Za tę ziemię! Odpowiedzieli krzykiem determinacji. Juanita odwróciła się, by podejść do trumny Pedra. — Mój ukochany mężu! Czy widzisz wroga? Kochany ojcze naszych dzieci! Nie umarłeś na darmo! Nie damy się zdeptać!

Będziemy walczyć! Będziemy walczyć dalej! Nie przestaniemy walczyć — nigdy! Nigdy! Aż zwyciężymy! Aż nadejdzie dzień, gdy ogień zgaśnie! 4 Morze Koralowe, południowy Pacyfik „Argonauta”, supertankowiec transportujący ropę naftową z Zatoki Perskiej do rafinerii w pobliżu Brisbane na wschodnim wybrzeżu Australii, miał trzy godziny wyprzedzenia względem planu. Podczas całego rejsu pogoda była dobra, morze spokojne. Całkiem monotonna podróż. Trudno marzyć o czymś lepszym, pomyślał kapitan Victor Malone, wilk morski o dwudziestoletnim stażu pracy na morzu, z czego większość czasu przepracował dla korporacji naftowej Pacific-Rim. Miał czterdzieści osiem lat, średni wzrost, lekko przerzedzające się brązowe włosy i krępą budowę ciała. Chociaż na morzu rzadko wychodził na pokład, jego okrągła twarz była rumiana. Na mostku, który mimo panoramicznych okien przyprawiał go o klaustrofobię, sprawdził pogodę, sonar, radar i urządzenia nawigacyjne. Wszystko w normie. Jeszcze dziesięć godzin i będziemy w porcie, pomyślał. Z pewnością jeszcze przed jutrzejszym rankiem. — Gdybyś mnie potrzebował, jestem w kabinie — powiedział oficerowi, spokojny o rutynowy przebieg reszty wieczoru. Pięć minut później, zamknąwszy od wewnątrz drzwi kabiny, Malone otworzył szufladę biurka i wyjął z niej do połowy opróżnioną butelkę wódki. Jednym z warunków zatrudnienia na okrętach firmy Pac-Rim była abstynencja i przez większą część swojej kariery kapitan stosował się do niego. Dręczony poczuciem winy, zdumiony, nie był pewien, kiedy i dlaczego zaczął ulegać pokusie. W końcu złamał zasadę. Może to z powodu urazu po rozwodzie, którego trzy lata temu zażądała żona, gdy zakochała się w jakimś handlowcu z biura nieruchomości w Bostonie. W mężczyźnie, który jak gniewnym tonem wyjaśniła, nie będzie wychodził do pracy na kilka miesięcy. A może chodziło o samotne noce w obcych portach, które już dawno temu straciły urok. Bez względu na powód łyk wypijany od czasu do czasu przed snem zamienił się w okresowe, potajemne pijatyki, jakimi Malone starał się przeciwstawić nudzie zbyt wielu długich rejsów. Świadomy, że nałóg wymyka mu się spod kontroli, podczas tego rejsu starał się panować nad sobą i folgować potrzebie picia tylko w chwilach absolutnej konieczności. Ale i tak kończył już ostatnią z ośmiu butelek wódki, które przeszmuglował na pokład. Zdumiony tempem ich opróżniania, zamyślił się, nalewając pół szklanki wódki i rozsiadając w fotelu przy biurku. Żałował, że nie ma lodu i wermutu, ale jutro rano, po zacumowaniu w rafinerii, zaraz gdy załatwi formalności, zejdzie na ląd, znajdzie jakiś ustronny bar, w którym nikt go nie rozpozna, i przynajmniej nacieszy się znowu porcją martini. Kilkoma martini. Wynajmie pokój, żeby przespać upojenie, a następnego dnia wróci do pracy i nikt o nic nie będzie go podejrzewał. Na tym polegał urok wódki. Nie zasmradzała oddechu. Wypiwszy, jak mu się zdawało, kilka łyczków, kapitan ze zdziwieniem odkrył, że opróżnił szklankę. Zmieszany, popatrzył mętnym wzrokiem, ocenił sytuację i zdecydował — jesteśmy, do cholery, prawie na miejscu. To będzie ostatnia przed zawinięciem do portu. Rutynowe zadanie. Nie szykują

się żadne kłopoty. Po co marnować resztę, która została w butelce? Nalał więc sobie następne pół szklanki. Zanim jakiś czas później zapadł w sen, butelka była już pusta. Nagle zbudził go grobowy głos oficera: — Kapitanie! Malone z wysiłkiem zdołał unieść jedną powiekę. — Kapitanie? Na wpół otwartym prawym okiem szukał źródła dźwięku i stopniowo uświadomił sobie, że głos dobiega ze ściany, z interkomu. — Kapitanie, mamy kłopoty z sonarem. Malone z trudem podniósł głowę. Potrząsnął nią, próbując rozpędzić mgłę w myślach, otworzył oczy i zamrugał, gdyż wzrok też miał zamglony. Szklanka spadła mu z kolan, gdy podniósł się chwiejnie i sięgnął, by wcisnąć guzik interkomu. — Co się dzieje? Eee, co to było? Powiedz jeszcze raz. — Kapitanie, powiedziałem, że mamy kłopoty z sonarem. Malone pomasował sobie pulsujące czoło. — Kłopoty? Jakie? — Sporadyczne zaniki odczytu. Malone’owi język zesztywniał. Wysilał się, by mówić wyraźnie. — To chyba... — przyszła kolej na trudniejsze słowo, a wargi miał jak z gumy — zwarcie elektryczne. — Też tak pomyślałem, kapitanie. Kazałem elektrykom, żeby sprawdzili. — Dobrze. Tak, dobrze. Elektrykom. W porządku. Powiadom mnie, co znaleźli. — Kapitanie, chyba powinien pan przyjść na mostek. — Załatwione. Właśnie się zdrzemnąłem. Zaraz będę. Jak tylko się pozbieram. — Ależ ja bełkoczę, uświadomił sobie nagle, chociaż umysł miał jeszcze nieźle przyćmiony. Podniósł szklankę, opłukał nad umywalką i odstawił na blat. Potem schował pustą butelkę po wódce do szuflady biurka i zamknął ją. Lepiej wyszoruję zęby. Lepiej przepłuczę gardło i umyję twarz. Ale gdy zerknął spode łba w lustro nad umywalką, widok własnych przekrwionych oczu przeraził go. No, stary, pomyślał, obudź się! Umył twarz gorącą, a potem zimną wodą i połknął dwie aspiryny. Spostrzegł zaniepokojony, że ma wygniecioną koszulę. Lepiej ją zmienię, pomyślał. Muszę wyglądać na trzeźwego! Z interkomu znowu dobiegł go poważny głos oficera: Kapitanie, sonar się zepsuł. Zupełnie — w tle odezwały się zniekształcone głosy — padł. Malone jakoś się nie załamał, przeszedł przez kabinę, dotarł do interkomu i wcisnął guzik. — Zupełnie? — Ekran jest pusty. — Włączcie system wspomagania. — Już to zrobiłem, ale też nie działa, kapitanie. — Nie...? — Malone głośno wciągnął powietrze. — Zaraz tam będę. Drżącymi palcami nieporadnie zmienił koszulę. W ostatnim odruchu spryskał twarz płynem po goleniu, żeby żaden z członków załogi nie wyczuł przypadkiem zapachu wódki.

Bóg był litościwy. Nikt nie widział, jak kapitan wytacza się z kabiny, jak opiera się o ścianę, prostuje i niepewnym krokiem sunie dalej. — Co się dzieje? — zapytał stanowczym głosem, wchodząc do sterówki z nadzieją, że brzmi wystarczająco pewnie. — To samo — odparł oficer. — Nie działa ani sonar główny, ani rezerwowy. — Daj mi mapy. — Tu leżą już przygotowane, kapitanie. Mam zatrzymać maszyny? — Nie! Jeszcze nie! Dopóki nie będziemy musieli! — Malone z błyskiem w oczach popatrzył na oficerów. Co się z nimi, do diabła, dzieje? Czy nie rozumieją, ile czasu zajmie zatrzymanie tak wielkiej jednostki, a po naprawie sonaru osiągnięcie znowu maksymalnej prędkości? — Trzy godziny! Mamy trzy godziny wyprzedzenia! W rafinerii oczekują nas. Prawdopodobnie dadzą nam premię za szybki rejs. Ale gówno dostaniemy, jeśli staniemy z powodu drobnych kłopotów z sonarem i zawiniemy do portu Bóg jeden wie jak późno! Spowalniające działanie wódki czyniło, że przesadnie reagował —uświadomił to sobie, lecz nic nie mógł na to poradzić. Liczył, że dopłyną do rafinerii wczesnym rankiem, miał wielką nadzieję, że uwolni się od obowiązków i wyrwie z okrętu, którego ściany — jak mu się ostatnio wydawało — coraz bardziej się nad nim zamykały. A przede wszystkim liczył na swoją nagrodę. Na martini. Już prawie czuł jego smak. — Ale, kapitanie, bez sonaru... — To tylko drobny problem — upierał się Malone. — Konserwatorzy znajdą uszkodzenie i zreperują. Rozłożył mapy na stole nawigacyjnym i przyjrzał się im, zwracając uwagę na zmienną głębokość oceanu i wzory raf. Tak! Te wody pamiętał dobrze! Żeby ominąć rafy Cieśniny Torresa, poprowadził „Argonautę” dokoła Nowej Gwinei, potem na południe przez Morze Salomona na Morze Koralowe, uważnie okrążając Wielką Rafę Koralową u północno- wschodnich wybrzeży Australii. Kiedy minie się Wielką Rafę Koralową, to z wyjątkiem kilku pomniejszych raf morze jest zupełnie czyste aż po Brisbane. — Gdzie byliśmy, zanim sonar się popsuł? — Tutaj, kapitanie — powiedział oficer, wskazując na mapie i podając długość i szerokość geograficzną. — Doskonale. — Malone czuł w głowie taki ból, jakby ktoś wbijał mu w nią wielki gwóźdź. — Wszystko gra. Musimy się tylko pilnować, żeby ominąć te dwie rafy. — Z trudem utrzymując równowagę, odwrócił się od mapy. — Dwadzieścia stopni na prawą burtę. — Tak jest, kapitanie — odpowiedział oficer. Powtórzył komendę sternikowi, który potwierdził jej przyjęcie: — Dwadzieścia stopni na prawą burtę. Kiedy Malone przypalał papierosa, ręce mu drżały. — A teraz załatwmy się z tym uszkodzeniem. — Zdziwił się, że mimo kaca tak trzeźwo myśli. — Zamów nam kawę. To będzie długa noc. Półtorej godziny później kapitan poprosił o podanie prędkości „Argonauty”, oznaczył położenie okrętu na mapie, zadowolony, że minęli już pierwszą rafę, i zdecydowany podać kolejną zmianę kursu. Odwracając się strącił na podłogę kubek. — Do diabła! Niech ktoś to sprzątnie! Dziesięć stopni na prawą burtę!

— Tak jest, kapitanie. Dziesięć stopni na prawą. W sterówce zapadła pełna napięcia cisza. Ekran sonaru zamigotał. — Kapitanie! Elektrycy zlokalizowali uszkodzenie. Jesteśmy gotowi... Sonar znów działa. — Mówiłem, że to drobiazg. Nie było potrzeby zatrzymywać okrętu. Malone i oficerowie pochylili się, by uważniej spojrzeć na gwałtownie rozświetloną konsolę. — Jezu! — jęknął jeden z nich. Kapitan przycisnął dłoń do ust. Przed nimi błysnął zarys rafy. W tej samej chwili kadłub supertan-Icowca zachrobotał, obecnym zrobiło się niedobrze ze strachu. Kiedy Malone stracił równowagę i opadł na kolana, rozlana wcześniej kawa przemoczyła mu spodnie. Gapił się w dół, gdy statek zatrząsł się kolejny raz. Kawa. Tak czarna. Zupełnie jak... 5 „Dobry wieczór. Mówi Dan Rather z CBS News. Największy w historii wyciek ropy przeradza się w prawdziwą katastrofę. Po wczorajszym staranowaniu rafy u wschodniego wybrzeża Australii „Argonaucie” — supertankowcowi należącemu do korporacji Pacific- Rim — grozi zatonięcie, a tymczasem wysiłki zmierzające do opanowania wycieku ropy są alarmująco bezskuteczne. W przybliżeniu trzydzieści milionów galonów ropy naftowej zanieczyszcza obecnie dziewicze, do tej pory, Morze Koralowe. Prąd morski spycha plamę ropy w kierunku jednego z cudów przyrody, długiej na przeszło półtora tysiąca kilometrów Wielkiej Rafy Koralowej. Ekologowie przewidują, że — jeśli nie zdarzy się cud — mikroorganizmy składające się na podstawę rafy zostaną zniszczone, a razem z nimi sama Wielka Rafa. Jak informuje nasz korespondent z Brisbane, wkrótce przestanie istnieć jedno z najwspanialszych, nie ruszonych miejsc naszej planety”. 6 Australia Kapitan Victor Malone, roztrzęsiony i wymizerowany, wyszedł z budynku sądu, w którym przez cały dzień przesłuchiwano go w związku z błędnym kursem, jaki podał oficerowi, by ominąć rafę, na której rozbił się „Argonauta”. „Dziesięć stopni na lewą burtę” —upierał się, że tak właśnie powiedział swoim podwładnym. Oficer i sternik twierdzili jednak, że usłyszeli „dziesięć stopni na prawą burtę”. Głupcy! Nie, tchórze! Tak jest! Nielojalni tchórze! Nie mieli dość odwagi, by stanąć po stronie swego kapitana! Niektórzy twierdzili nawet, że podejrzewali go o picie alkoholu! Całe szczęście, że nikt wcześniej nie pomyślał o zbadaniu krwi, zrobiono to dopiero dwanaście godzin po wypadku. Analiza chemiczna nie byłaby decydująca. Gdyby wykryto niewielką ilość alkoholu, mógłby utrzymywać, że wypił drinka dla uspokojenia już po tym, jak przewieziono go helikopterem na ląd. Kiedy Malone wyszedł z sądu i dziennikarze zaczęli mu robić zdjęcia, podniósł rękę i zasłonił twarz. Ze złością ruszył schodami przez tłum w kierunku wynajętego samochodu, który miał go stąd zabrać. Mięśnie mu drżały. Wódka z martini, zapewniał sam siebie. Potrzebuję tylko...

Gdyby udało mi się uciec przed tymi cholernymi reporterami... Martini! To pozwoli mi zebrać myśli! Malone wbił łokieć w pierś jakiegoś fotoreportera, odepchnął go na bok, nie zwracając uwagi na jego jęk. Wreszcie udało mu się dotrzeć do wynajętego samochodu. Ciemna limuzyna była pusta. Gdzie, do cholery, podział się kierowca? No jasne, pomyślał. Ten skurwiel uciekł! Spanikował na widok tłumu! Tchórz taki sam jak moi oficerowie! Kapitan wskoczył za kierownicę, zatrzasnął drzwi, przekręcił kluczyk, wcisnął pedał gazu i z rykiem silnika odjechał spod budynku sądu. Kiedy skręcał za róg ulicy, uśmiechając się, wolny i żądny czekającego go za chwilę martini, jego ciało eksplodowało, podobnie jak i samochód. Wybuch, którego nawet nie usłyszał, w promieniu trzydziestu metrów rozrzucił krew, kości, włosy i kawałki metalu. Miejsce eksplozji zostało precyzyjnie dobrane. Jak następnego ranka wyjaśnił Dan Rather: „Wydaje się, że metodę wybrano świadomie i starannie. Nikt inny nie został ranny. Zginął tylko kapitan »Argonauty«”. 7 Hongkong Chandler Thompson, naczelny dyrektor Pacific-Rim, nie odwracając wzroku od jupiterów ekip telewizyjnych, pewny siebie, stał za pulpitem i przemawiał do tłumu dziennikarzy w sali konferencyjnej głównego biurowca korporacji. Miał czterdzieści osiem lat i ascetyczny, niezwykle zadbany wygląd. Był przeciwnikiem urządzenia tej konferencji prasowej, ale coraz większe zamieszanie z powodu katastrofy nie pozostawiło mu wielkiego wyboru. Musiał rozwiać wątpliwości i podreperować nadszarpniętą reputację swojej firmy. Jego garnitur za tysiąc dolarów był doskonale wyprasowany. Starannie zapiął guzik marynarki, po czym wojskowym krokiem wszedł do sali i stanął na podium. — Czy zdawaliśmy sobie sprawę, że kapitan Malone pił zbyt dużo...? Nie. W tym względzie nasza polityka jest bardzo surowa. Członkom załóg nie wolno pić alkoholu w pracy i na dwadzieścia cztery godziny przed wejściem na pokład... Czy pobieramy krew, by się upewnić, że wszyscy przestrzegają tej zasady? To nigdy nie było konieczne. Przed zatrudnieniem nasi pracownicy są poddawani drobiazgowemu sprawdzeniu. Jesteśmy absolutnie pewni naszych ludzi. Przypadek kapitana Malone’a jest odosobniony. Nie ma powodu kwestionować profesjonalizmu naszych oficerów, ale owszem, od tej pory zamierzamy przeprowadzać okresowe badania krwi na obecność alkoholu i narkotyków... Czy podejrzewamy, kto jest odpowiedzialny za śmierć kapitana Malone’a? Policja prowadzi śledztwo. Jeszcze za wcześnie wypowiadać niczym nie potwierdzone oskarżenia... Późna reakcja na zanieczyszczenie środowiska? Jak to spóźniona? Grupa ratownicza wzięła się do roboty, gdy tylko dotarła wiadomość o wypadku... Zbyt mało ludzi? Złe wyszkolenie? Braki w sprzęcie? To nonsens. Byliśmy przygotowani na każdą ewentualność... Po kolei, proszę. Nie usłyszałem pytania... To prawda. W chwili wypadku kilku członków naszej ekipy ratunkowej spało w domach, ale kierownik nocnej zmiany natychmiast ich ściągnął. Zapewniam państwa, że od tej pory ekipa nocna będzie działała równie sprawnie jak dzienna... Nie, niestety nie udało się nam zatrzymać dalszego wycieku ropy z „Argonauty”... Do tej chwili trzydzieści milionów galonów? Przyznaję z przykrością, że to prawda. Jak na razie wysiłki zmierzające do ograniczenia wycieku nie przyniosły pożądanych rezultatów. Rzeczywiście, a napawa mnie to wielkim smutkiem,

część Wielkiej Rafy została skażona... Proszę powtórzyć pytanie... Tak, cały sprzęt ratowniczy działał właściwie. Zamieszanie? Dwudziestoczterogodzinna zwłoka? Dlaczego „Argonauta” nie miał podwójnego kadłuba, chroniącego przed rozdarciem wewnętrznej powłoki zbiorników? Zanim odpowiem na dalsze pytania, chciałbym państwa zapewnić, że korporacja Pacific-Rim jest firmą odpowiedzialną, mającą na względzie interesy społeczeństwa... Thompsonowi przeszkodził jakiś gwałtowny ruch po jego lewej stronie. Jeden z dyrektorów Pac-Rim wszedł zdenerwowany na podwyższenie, trzymając w ręku jakąś złożoną kartkę. Jego twarz była kompletnie szara. Ty idioto, pomyślał Thompson. Zrujnujesz... Na Boga, czy nie wiesz dość dużo, by mi nie przerywać? Musimy dalej odgrywać pewnych siebie. Właśnie miałem...! Kryjąc gniewne spojrzenie, Thompson wziął kartkę do ręki, a w myślach przysiągł sobie, że wyrzuci dyrektora z pracy, gdy tylko konferencja prasowa dobiegnie końca. — Zechcą państwo wybaczyć — zwrócił się do dziennikarzy. Starając się wyglądać dostojnie, rozłożył kartkę, przejrzał napisaną na maszynie notatkę i w jednej chwili zapomniał o wściekłości. Serce waliło mu tak szybko, że poczuł zawrót głowy. Jedną ręką chwycił się pulpitu, by zachować równowagę. Wydawało mu się, że kartka wiruje. Nasze biuro w Brisbane donosi, że przed godziną znaleziono ciało Kevina Starka... Stark! Jeszcze jeden z tych, których miał zamiar zwolnić. Przygotowania tego drania do opanowania większych wycieków ropy były nieprawdopodobnie niewystarczające. To z jego winy akcję rozpoczęto z opóźnieniem, bo miał zbyt mało ludzi i sprzęt w podłym stanie. To była jego wina, że plama ropy dopłynęła do Wielkiej Rafy Koralowej i zabijała ją. ...utopionego w beczce ropy. Dziennikarze natychmiast zareagowali na widoczne przerażenie Thompsona i ruszyli tłumnie w jego stronę, wykrzykując następne pytania. Ciągle oszołomiony, czując nagłe pragnienie, naczelny dyrektor korporacji Pacific-Rim sięgnął po stojącą na pulpicie szklankę. Gdy przełknął łyk wody, poczuł jej gorzki smak. Gwałtownie westchnął i złapał się za brzuch, miał wrażenie, że połknął zapaloną siarkę. Nie potrafił dłużej utrzymać się na nogach. Fotoreporterzy robili kolejne zdjęcia, kamery wideo szumiały. Thompson upuścił szklankę, opadł na kolana, jeszcze raz sapnął i przewrócił się. Umarł, nim uderzył głową o podłogę, ale na chwilę przed tym z jego ust trysnęła krew, ochlapując pierwszy rząd dziennikarzy. 8 Houston w stanie Teksas Virgil Krause. nowo mianowany dyrektor naczelny korporacji Pacific-Rim, wepchnął dokumenty do nesesera, gotowy do wyjścia ze swego gabinetu na najwyższym piętrze głównej amerykańskiej siedziby firmy. Za godzinę powinien być na międzynarodowym lotnisku, gdzie przygotowywano w szalonym tempie firmowy odrzutowiec, by przetransportował szefa do Hongkongu. Krause miał czterdzieści lat, doskonałe zdrowie, był znany ze swojej energii i prężności działania, lecz szok wywołany tak nieoczekiwaną nominacją pozbawił go tchu. Ledwo znalazł kilka minut, by zatelefonować do żony i

wyjaśnić, na czym polegają jego nowe obowiązki. Spotkają się w Hongkongu tak szybko jak to możliwe. Tymczasem przewidywał jeden z najbardziej męczących, bezsennych lotów, podczas którego będzie musiał nie tylko zapoznać się z błędami, które doprowadziły do katastrofy „Argonauty”, ale i znaleźć rozwiązanie problemu skażenia oraz uniknięcia kolejnego. Dokładniej zaś, Krause nie miał szans na sen podczas lotu, gdyż obawiał się, że awans, o który się modlił, okaże się jego wyrokiem. Malone, Stark i Thompson. Ich brutalna śmierć była tak zaskakująca, jak katastrofa „Argonauty”. Czy teraz kolej na mnie? — myślał, drżącymi rękami zamykając walizeczkę. Gdy wypadał z biura, zatrzymała go sekretarka. — Właśnie nadszedł do pana telegram. Krause wepchnął kartkę do kieszeni garnituru. — Śpieszę się. Przeczytam w samolocie. — Ale posłaniec powiedział, że to pilne. Nalegał, by przeczytał pan od razu. Dyrektor zawahał się, wyszarpnął telegram z kieszeni i rozerwał kopertę. Zawarte w nim trzy zdania jeszcze bardziej pozbawiły go tchu. Błędy będą ukarane. Niech przypadek „Argonauty” nie powtórzy się. Pan jest twoim świadkiem. „Szczęść Boże” 1 Manhattan W swoim gabinecie na piętnastym piętrze brudnego budynku na Broadwayu w pobliżu Trzydziestej Drugiej Ulicy Tess Drakę ustawiła na biurku reprodukcję pewnego obrazu. Dzieło artysty z początku dziewiętnastego wieku przedstawiało barwne, zalesione zbocze w górach Adirondack na północy stanu Nowy Jork. Zgodnie ze stylem epoki artysta przedstawił wyidealizowaną wizję przyrody, czyniąc ją romantycznie bujną, tak idylliczną i ogrodową, że obraz wyglądał na reklamę zachęcającą osadników do zasiedlania tych terenów, amerykańskiego Edenu. Obok obrazu Tess ustawiła zrobioną w roku 1938 fotografię podobnego zbocza gór Adirondack. Ponieważ w tamtych latach fotografia kolorowa nie była tak doskonała jak dziś, barwy wydawały się znacznie mniej intensywne niż na obrazie. Kontrast polegał ponadto na tym, że zdjęcie nie idealizowało krajobrazu, przedstawiało porośnięte szczyty w sposób realistyczny. Dziki, nieugrzeczniony las robił większe wrażenie niż na obrazie. Na koniec ustawiła zdjęcie, które wykonała w zeszłym tygodniu, przedstawiające to samo zbocze co na fotografii z roku 1938. Teraz kontrast był przerażający. Nie dlatego, że barwy nowego zdjęcia epatowały jaskrawością. Przeciwnie. Obraz wydawał się alarmująco szary, niepokojąco pozbawiony blasku. Z wyjątkiem zamglonego, błękitnego nieba właściwie nie było żadnych kolorów. Nawet zieleni liści. Tylko błotnisty brąz, jakby film został nieodpowiednio wywołany. I rzeczywiście, coś poszło nie tak, tylko że nie w czasie procesu wywoływania. Winne było powietrze, chmury i deszcz. Ta część lasu została zabita kwaśną wodą, która miała go żywić. Bezlistne drzewa wyglądały obscenicznie nago, pozbawione trawy zbocze robiło wrażenie przeklętego.

Tess odchyliła się z odrazą spoglądając na te obrazy. Ich przygnębiająca wymowa była tak wyraźna, że zapewne artykuł, do którego stanowiły inspirację, nie miał szans stać się równie wymowny. Ale musi go napisać, jak napisała Bóg wie ile innych o podobnych klęskach ekologicznych, w nadziei, że ludzie wreszcie zareagują na globalny kryzys. Jej zaangażowanie wyjaśniało, dlaczego — mimo lukratywnych ofert pracy od takich wydawnictw, jak „Cosmopolitan” czy „Vanity Fair” — postanowiła pracować dla „Earth Mother Magazine”. Czuła, że wobec swojej planety ma do spełnienia pewien obowiązek. To jasne — przyznawała otwarcie — że jej idealizm nie oznaczał ponoszenia ofiar. W wieku dwudziestu ośmiu lat, gdy większość rówieśników zdawała się opętana zdobywaniem pieniędzy, ona korzystała z dobrodziejstwa zapisanego jej przez dziadka kapitału, który dawał swobodę, możliwość niezwracania uwagi na pokusę zdobycia intratnej pracy. Jak na ironię, kapitał ten dawał jej nie tylko niezależność, ale i motywację do poświęcenia się sprawie ochrony środowiska, ponieważ znaczna część pieniędzy pochodziła z przynoszącej niegdyś świetne zyski fabryki chemicznej, której ścieki zatruły rzeki i wodę pitną w kilku okręgach stanów New Jersey i Pensylwania. Tess z satysfakcją myślała, że robi wszystko, co w jej mocy, by naprawić wyrządzone szkody. Miała metr sześćdziesiąt wzrostu, krótko przycięte blond włosy, ładną buzię oraz dobrze umięśnioną, ale równocześnie kobiecą sylwetkę, którą utrzymywała w formie, chodząc codziennie do klubu w pobliżu swego mieszkania na poddaszu w SoHo. Miała krystalicznie błękitne oczy, a jedynym elementem makijażu, jaki stosowała, było delikatne pociągnięcie szminki. Jej ulubiony strój stanowiły dżinsy, tenisówki i bawełniany pulower. Sięgnęła po jabłko do stojącej na biurku miseczki, wgryzła się w nie i w tej samej chwili wyczuła za sobą czyjąś obecność. Odwróciła się do stojącego w otwartych drzwiach mężczyzny. — Znowu tak długo pracujesz? — Mężczyzna zmrużył oczy. — Przez ciebie wstyd mi, że już idę do domu. Nazywał się Walter Trask i był wydawcą „Earth Mother Magazine”. Stał z marynarką narzuconą na plecy, pod którą widać było wygniecioną koszulę, rozpięty kołnierzyk i rozluźniony krawat. Trask miał dostojny wygląd, pięćdziesiąt pięć lat, przerzedzone siwe włosy i ziemiste, obwisłe policzki. Długo? — Tess zerknęła na zegarek. — Wielki Boże! To już siódma? Przygotowywałam artykuł o kwaśnym deszczu. Chyba mnie wciągnęło... Jutro, Tess. Odpocznij, a dokończysz jutro. Nasza planeta przetrwa do tej pory. Ale ty możesz nie zdołać, jeśli nie będziesz 0 siebie dbała. Dziewczyna wzruszyła ramionami, zakłopotana. — Chyba pójdę popływać. Walter pokręcił głową. — Żałuję, że nie mam twojej energii. — Witaminy i ćwiczenia. — Mnie przydałoby się trzydzieści lat mniej. Czytałaś gazety? Piszą o morderstwach w korporacji Pac-Rim po katastrofie tankowca. Co o tym sądzisz? Tess uniosła ramiona. — To oczywiste. — Czyżby?

— Skażenie po prostu kogoś wkurzyło. — Jasne — westchnął Trask. — Ale nie o to mi chodzi. Czy według ciebie powinniśmy o tym napisać? — „Earth Mother Magazine” nie jest czasopismem podającym różne wiadomości w skrócie. Sprawa tego skażenia to dobry temat. Nie chodzi o morderstwa, są czymś ubocznym. O małym znaczeniu. Fanatycy krzyżują nam szyki. Już i tak zbyt wielu ludzi sądzi, że to my jesteśmy fanatykami przesadnie traktującymi zagrożenia... — Pewnie — odezwał się znowu Walter. — Tylko że nasze twierdzenia o zyskach i stratach nie są potwierdzone faktami. Gdybyśmy... Cóż... Nieważne. Pozamykaj wszystko wychodząc, dobrze? I to zaraz! — Słowo honoru. — W porządku. Do jutra, malutka. Ze zgarbionymi plecami Trask poszedł korytarzem i zniknął. Pół minuty później usłyszała odgłosy zjeżdżającej windy. Skończyła jabłko, oceniła materiał ilustracyjny do swojego artykułu i stwierdziła, że Walter miał rację — potrzebowała odpoczynku. Wiedziała jednak, że po pływaniu w klubie, prysznicu, spacerze do domu, sałatce, makaronie z sosem pomidorowym (z mnóstwem grzybów, cebuli i zielonej papryki) 1 tak usiądzie do pracy. I wbrew radzie Traska spakowała ilustracje oraz dwa pudełka z wynikami badań, przerzuciła torbę przez ramię, podniosła pudełka razem ze spiętymi klamrą notatkami, łokciem wyłączyła światło i poszła korytarzem, naciskając kolejne mijane wyłączniki. Ostatnie trącenie łokcia przeznaczyła dla przycisku ALARM. Wyszła z zasięgu promieni podczerwonych i niezdarnie otworzyła i zamknęła za sobą blokujące się automatycznie drzwi. W niewielkim korytarzyku wcisnęła guzik przywołania windy i oparła się o ścianę, w końcu przyznając przed samą sobą, że jest zmęczona. Usłyszała zbliżającą się windę. Zmęczenie lub przeznaczenie. Bez względu na powód, kiedy drzwi otworzyły się z sykiem i Tess weszła do środka, notatki wysunęły się jej z rąk. Spadły na podłogę, a razem z nimi jej pióro marki Gold Cross. Pióro, prezent od ojca w dniu wstąpienia do college’u, miało słodko-gorzkie znaczenie — jej ojciec nie dożył chwili, gdy kończyła studia. Z żalem wcisnęła guzik oznaczony słowem PARTER, poczuła, jak winda rusza w dół, i schyliła się trzymając wciąż torebkę i pudełka, żeby podnieść notatki i pióro. Pochylona, z pośladkami wypiętymi do góry, znieruchomiała, kiedy winda zatrzymała się nieoczekiwanie. Gdy drzwi się rozsunęły, zerknęła między kolanami za siebie. W polu widzenia ukazał się jakiś mężczyzna. Z powodu swej dziwacznej pozy poczuła się bezbronna, a przynajmniej zmieszana. Nie ma jak prezentować to, co się ma najlepszego, pomyślała. Jednak przyjemny uśmiech nieznajomego od razu ją uspokoił. Wzruszając ze współczuciem ramionami, podniósł jej notatki i pióro, i — chociaż Tess uświadomiła to sobie dopiero później — ten akt grzeczności zmienił całe jej życie. W nadchodzących koszmarnych dniach i tygodniach miała wielokrotnie analizować kilka następnych chwil i zastanawiać się, czy gdyby nie upuściła papierów i pióra, nigdy nie zamieniliby ze sobą nawet słowa. Być może nie byłoby wtedy bólu, żalu i strachu. Zawsze dochodziła do jednakowych wniosków. To wydarzenia nią kierowały. Bez względu na okropność skutków nie zmieniłaby niczego, tak jak nie zdołała stłumić natychmiastowej skłonności do tego mężczyzny. Absurd? Bezsens? Tak. Powiedzmy — swoista chemia, powiedzmy — wibracje. Powiedzmy, że to było korzystne położenie gwiazd.

Wytłumaczenie nie jest ważne. Poczuła, że miękną jej kolana, że robi jej się ciepło, że za chwilę może zemdleć. Jednak zdołała stanąć twarzą do niego i utrzymać równowagę. Nieznajomy był wysoki, miał co najmniej metr osiemdziesiąt wzrostu, a ona lubiła mężczyzn, których ramiona nie znajdowały się na poziomie jej własnych. Miał zdrową, opaloną cerę, wydatną szczękę, wyraźne, klasycznie szlachetne rysy. Jego ciało było doskonale proporcjonalne, muskularne, ale bez przesady. Ubrany był podobnie do niej. Tenisówki, dżinsy, niebieska bawełniana koszula, której kołnierzyk wystawał spod bawełnianego pulowera w kolorze burgunda. I te oczy. Właśnie one najbardziej przyciągnęły uwagę dziewczyny. Promieniowały jakby z samej duszy, a ich kolor był niezwykły, szary, z czym Tess spotykała się wyłącznie w romansach, które czytywała z poczuciem winy. Kiedy ona starała się zachować godny wygląd, mężczyzna nadal miło się uśmiechał. — Ciężki dzień? — Nie najgorszy. Zwyczajnie długi — odparła. Nieznajomy wskazał na pudełka. — I najwyraźniej zapowiada się na jeszcze dłuższy. Dziewczyna poczerwieniała. — Tak jest lepiej, niż robić za mało. Mężczyzna wcisnął guzik z napisem PARTER i skupił wzrok na jej piórze. — Gold Cross — powiedział, zauważając nazwę producenta. Słowa te chyba miały dla niego jakieś szczególne znaczenie. Zahaczył pióro o papiery i podał jej. Ich dłonie zetknęły się na moment. Chyba przeskoczył między nimi ładunek elektryczny, bo Tess poczuła mrowienie w palcach. — Pracuje pani dla „Earth Mother Magazine”? — spytał nieznajomy. — Skąd pan...? — Nalepki na pudełkach. ;’ — No, tak, jasne. — Znów się zarumieniła. — A pan? Wsiadł pan piętro niżej. Tam jest tylko jedna firma. Producent telewizyjny Truth Video. — Zgadza się. A przy okazji, czytałem pani czasopismo. Jest znakomite. Właściwie gromadzę dokumentację związaną z pani pracą — film na temat niewystarczającej ochrony składowisk odpadów promieniotwórczych. Chyba nie ma nic ważniejszego od mojej i pani pracy. — Zatem oboje próbujemy uratować tę planetę? — Dziewczyna skinęła głową, przygnębiona. — Gdyby tylko więcej ludzi miało do tego podobne podejście. — W tym problem. — Czyżby? — Zmarszczyła brwi. — Ja widzę ich o wiele więcej. A dla pana, który...? — Ludzka natura. Nie jestem pewien, czy tę planetę da się jeszcze uratować. Taka odpowiedź zaskoczyła Tess. Winda stanęła. — Pomóc pani z tymi pudełkami? — spytał mężczyzna. — Nie trzeba, poradzę sobie.

— To chociaż przytrzymam drzwi. Wyszli na zewnątrz — tłum oszalałych przechodniów, śmierdzące spaliny samochodów i przesłonięty smogiem zachód słońca. — Mam na myśli właśnie to. — Nieznajomy pokręcił głową, jego głos brzmiał ponuro. — Nie jestem pewien, czy tę planetę można uratować. — Pomógł Tess przywołać taksówkę, rozejrzał się dokoła, jakby kogoś szukał, powiedział „Szczęść Boże” i odszedł energicznym krokiem, znikając w tłumie prawie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. A ona ciągle czuła mrowienie w palcach. 2 Następnego ranka, czekając w korytarzu na windę, spojrzała w prawo i spostrzegła, że nieznajomy wchodzi do budynku. Na jej policzkach pojawił się rumieniec. — Dzień dobry — powitał ją. Podniecona zainteresowaniem, jakie w niej wzbudził, ale starając się je ukryć, zdołała uśmiechnąć się przyjaźnie. — Ładny ranek. — Rzeczywiście. Gdy wyszedłem pobiegać, wiatr oczyścił powietrze. Smog nie jest jeszcze bardzo gęsty. — Pan biega? — Codziennie. — Ja też — powiedziała. — To widać. Poczuła, że rumieniec na jej policzkach robi się intensywniejszy. — Ćwiczenie dobre zarówno dla ciała — powiedział mężczyzna —jak i dla ducha. — Staram się. Zapadło milczenie. Cisza przedłużała się. — Ach, ta winda — odezwała się Tess. — Owszem, jest okropnie wolna. Ale ja zawsze staram się brać wszystko takim, jakie jest. — Coś w rodzaju „cierpliwość cnotą”? Mężczyzna zastanowił się. — Powiedzmy, że to samodyscyplina. Drzwi rozsunęły się. — Jest. Widzi pani? — wskazał nieznajomy. — Wszystko we właściwym czasie. Weszli do windy. — Obiecuję, że niczego nie upuszczę — powiedziała Tess. — Z przyjemnością pani pomogłem. — Ale nie miałam okazji podziękować. — To zbędne — odparł. — Gdyby zdarzyło się odwrotnie, pani zrobiłaby to samo. Dziewczyna patrzyła, jak wciska guzik swojego piętra, potem jej, i z zadowoleniem spostrzegła, że nie ma na palcu obrączki. Mężczyzna odwrócił się. — Sądzę — jeżeli dalej mamy tak na siebie wpadać — że powinniśmy się sobie przedstawić.

Tess spodobał się sposób, w jaki mrugał swoimi szarymi oczami. Przedstawiła się, a przynajmniej podała imię. Nawykowo nie powiedziała, że ma na nazwisko Drakę, gdyż czasami ludzie kojarzyli je z jej powszechnie znanym ojcem, i zawsze czuła się przygnębiona, kiedy musiała rozmawiać o jego strasznej śmierci. — Tess? — Nieznajomy uniósł głowę i skinął. — Piękne imię. To krótsza forma... — Od Theresa. — Znowu nie powiedziała mu całej prawdy, bo jej imię wzięło się stąd, że ojciec — gdy była dzieckiem — mówił o niej „Contessa-Theresa”. Ostatecznie skrócił je pieszczotliwie do Tess. — Oczywiście — powiedział ciemnowłosy, uderzająco przystojny mężczyzna. — Theresa. Hiszpańska mistyczka, założycielka zakonu karmelickiego. Zamrugała gwałtownie, zaskoczona. — Nie wiedziałam. To znaczy... nie zdawałam sobie sprawy... — To nie ma znaczenia. Mam talent do gromadzenia najróżniejszych bezużytecznych informacji. — A ty jak się nazywasz? — spytała. — Joseph. Bez nazwiska, zauważyła Tess. Widać podjął identyczną decyzję. Winda zatrzymała się gwałtownie. — Zdaje się, że nadszedł czas na kolejną porcję pokuty —powiedział Joseph. — Chyba nie jest aż tak źle. Wczoraj wieczorem odniosłam wrażenie, że praca sprawia ci przyjemność. — Dokumentacja upadku tej planety? To nie jest przyjemne. W każdym razie znajduję odrobinę zadowolenia w tym, że próbuję osiągnąć coś dobrego. — Mężczyzna wyszedł z windy i odwrócił się do niej z promienną twarzą. — Szczęść Boże. Gdy zamknęły się drzwi i Joseph zniknął, Tess poczuła skurcz w żołądku, ale nie spowodowany ruchem windy w górę. 3 Następnego dnia, w piątek, Tess tak była zaabsorbowana pracą nad artykułem, że zapomniała o lunchu. Kwadrans po drugiej burczenie w brzuchu uprzytomniło jej, że jeśli czegoś nie zje, ucierpi na tym koncentracja. Kiedy weszła do windy, pomyślała o nowym znajomym. Winda zatrzymała się na niższym piętrze. Znowu przeszedł ją dreszcz. Nie, pomyślała. To czysty zbieg okoliczności. Ale gdy drzwi rozsunęły się i wszedł Joseph, poczuła, że miękną jej kolana. On uśmiechnął się, najwyraźniej wcale nie zaskoczony jej widokiem. — Pewnie taki już jest nasz los — wpadać na siebie. — Wcisnął guzik z napisem PARTER. — Jak twoja pokuta? Stojąc tak blisko niego, czując dotyk jego ramienia, Tess starała się opanować oddech. — Pokuta? — Nagle przypomniała sobie, że tego samego zwrotu użył poprzedniego dnia. — Aha, chodzi ci o moją pracę. Piszę artykuł na temat kwaśnych deszczów. Idzie mi zupełnie nieźle. — Jeśli jest dobrze, nie ma co narzekać. — Ja... — Tak?

— Nie wydaje ci się co najmniej dziwne, że oboje postanowiliśmy wsiąść do windy w tej...? — ...samej chwili? — Wzruszył ramionami. — Świat jest dziwnym miejscem. Już dawno temu zdecydowałem się akceptować los, a nie kwestionować go. Niektóre rzeczy po prostu muszą się zdarzyć. — Coś jak kismet lub karma? — Opatrzność. — W jego oczach pojawił się błysk. — Spóźniony lunch? Tess poczuła zapach jego płynu po goleniu i nie mogła powstrzymać drżenia głosu. — Straciłam poczucie czasu. — Ja też. W każdym razie czasu zegarowego. Po drugiej stronie ulicy jest bar. Pójdziesz ze mną? Poczuła, że na ramionach robi jej się gęsia skórka. — Ale każdy płaci za siebie. Mężczyzna rozłożył ręce. — Jak sobie życzysz. Ale dla mnie to i tak będzie uczta. Stojąc na hałaśliwym chodniku, wypatrywali jakiejś luki w sznurze samochodów, a potem pobiegli na drugą stronę, do baru. Było wilgotne popołudnie, promienie słońca przyćmiewały wyziewy spalin. Tess dobiegła do przeciwległego chodnika i spojrzała w stronę Josepha. Zauważyła, że dokładnie tak jak przy pierwszym spotkaniu, rozejrzał się wokół. Szukał kogoś w tłumie? Dlaczego? Pohamowała zmarszczenie brwi, zastanawiając się — podejrzliwości nauczył ją ojciec — czy Joseph uważa, że jest śledzony. Daj spokój, zbeształa samą siebie. Przecież to nie żadna tajna schadzka. Bądź realistką. Jasno oświetlony bar był teraz zapełniony ledwie w ćwierci. Godziny szczytu minęły. — Mamy dzisiaj doskonałą wołowinę — powiedział kelner. — Dziękuję, nie jem mięsa — odparł Joseph. — Poproszę kanapkę z pomidorem, ogórkiem i kiełkami. — Sałatka z kapusty? A może ogórek kwaszony? — Może być. I butelka wody mineralnej. — To brzmi nie najgorzej — powiedziała Tess. — Dla mnie to samo. — Kiedy kelner odszedł, przyjrzała się Josephowi. — Nie jadasz mięsa? Jesteś wegetarianinem? — To nic takiego. Po prostu mięso mi nie odpowiada. Poza tym mamy dzisiaj piątek. Tess, katoliczce, znaczenie tych słów wydało się zrozumiałe. Przed laty katolikom w piątek nie wolno było jeść mięsa. Teraz tylko starsi, wyjątkowo konserwatywni stosowali się do tej przestarzałej zasady, a Joseph, podobnie jak ona, był na tyle młody, że nie musiał powstrzymywać się od spożywania mięsa w piątek z obawy o popełnienie grzechu. — Pytam — opanowała zdziwienie — bo ja też jestem w zasadzie wegetarianką. — No, to mamy jeszcze jedną wspólną cechę. — Wyznanie rzymskokatolickie? Mężczyzna zmarszczył brwi. — Dlaczego uważasz, że jestem katolikiem? — Nie jadasz mięsa w piątek. — Aha — odparł. — Rozumiem. Nie, nie wyznaję tej religii. — Przepraszam. Wybacz mi. Chyba zadaję zbyt wiele pytań. — Nie przejmuj się. Nie czuję się urażony.

— Wobec tego skoro już... Jeśli nie masz nic przeciwko temu, chciałabym zapytać cię jeszcze o coś. — Słucham. — Dlaczego wyglądałeś na tak zdenerwowanego, gdy przechodziłeś przez ulicę? Joseph roześmiał się. — W Nowym Jorku? Przy takiej liczbie ćpunów i zwariowanych kierowców? Kto nie jest nerwowy? — I jeszcze jedno. — Proszę. — Czy... spotkasz się ze mną jutro? — Tess zdumiała własna odwaga. Serce zaczęło jej łomotać. — Czy zechciałbym...? — Joseph zastanawiał się, patrzył na blat stołu, bawił się widelcem i nożem, a potem skupił na niej spojrzenie szarych oczu. — Oczywiście. Z przyjemnością spędzę czas w twoim towarzystwie. Odetchnęła. — Ale muszę ci coś powiedzieć. Cholera, pomyślała. Zaczyna się. Właśnie tego się obawiałam. Ten wspaniały mężczyzna powie mi zaraz, że już kogoś ma. — Śmiało. — Wyprostowała się i mocno wsparła dłonie o blat, przygotowując się. — Cenię szczerość. — Możemy być tylko przyjaciółmi. — Nie jestem pewna, czy... — Chcę powiedzieć, że nigdy nie będziemy kochankami. Jego bezpośredniość zaskoczyła ją. — Daj spokój! — rzuciła. — Z mojej strony to nie była propozycja. Nie zaprosiłam cię do łóżka. — Wiem. Twoje zachowanie jest bez zarzutu. — Wyciągnął rękę ponad stołem i czule dotknął jej dłoni. Zauważyła, że po wewnętrznej stronie przegubu ma nierówną bliznę. — Nie chciałem cię obrazić ani wpędzić w zakłopotanie. Problem w tym, że... jeśli chodzi o mnie, są rzeczy, których byś nie zrozumiała. — Chyba rozumiem. — Czyżby? — Jesteś homoseksualistą? O to chodzi? Roześmiał się. — Ani trochę. — Posłuchaj, nie przeszkadzałoby mi, nawet gdybyś nim był. Po prostu chciałam wiedzieć. Nie chcę robić z siebie jeszcze większej idiotki. — Wierz mi, Tess, nie jestem homoseksualistą, a ty nie zrobiłaś z siebie idiotki. — A może miałeś jakiś wypadek i dlatego... — To znaczy, czy przez to już nie mogę? Chyba nie. Schlebia mi fakt, że chcesz spędzać ze mną czas. Tylko że ja mam... cóż, powiedzmy pewne zobowiązania. Nie mogę ci wyjaśnić jakie i dlaczego. Musisz mi zaufać, uwierzyć i zaakceptować. W każdym razie z przyjemnością przyjmuję twoją przyjaźń. — Przyjaźń? — Dziewczyna płonęła ze wstydu. — W szkole średniej pozbyłam się raz pewnego natrętnego kolegi, mówiąc mu, że możemy zostać tylko przyjaciółmi.

— Ale teraz to nie szkoła średnia — odparł Joseph. — Jeśli chcesz mojego towarzystwa, a ja lubię twoje... nie podoba mi się ta oficjalność, ale takie są moje warunki. — Posłuchaj. — Tess ugryzła się w język. — Może damy sobie z tym spokój. — Dlaczego? Nie możesz sobie wyobrazić kontaktów męsko--damskich, które nie kończą się w łóżku? — spytał. — Boże, czuję się okropnie. — Przestań. Jesteś zdrową, inteligentną i atrakcyjną kobietą, która ma normalne pragnienia. Ale ja jestem... — Popatrzył na nią przenikliwie. — Jestem zupełnie inny. — To nie argument. Wręcz przeciwnie. Może właśnie dlatego... — Nie wierzyła, że to mówi. — Chcę być z tobą. — Platonicznie — dodał Joseph. — W porządku. Jasne. Na razie. Ale kto wie...? — Nie, Tess. Nie na razie, lecz zawsze. Zaufaj mi, to jest lepsze rozwiązanie. — Dlaczego? — Bo wieczne. — Jesteś najdziwniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek poznałam — powiedziała. — Przyjmuję to jako komplement. — Okay. — Była coraz bardziej zdecydowana. — O której jutro? — O dziesiątej? — zaproponował. — Na East Side. W parku Carla Schurza. Nie opodal Osiemdziesiątej Ósmej Ulicy. Po sąsiedzku z domem burmistrza. — Znam to miejsce. — Nad rzeką jest ścieżka do biegania. Ponieważ ćwiczymy codziennie, równie dobrze możemy to robić razem. — Świetnie — powiedziała Tess. — Zatem pobiegamy sobie i ja pozbędę się sympatii do ciebie? — Ćwiczenia czynią cuda, moja platoniczna przyjaciółko. — Może w twoim przypadku. Joseph uśmiechnął się łagodnie. — Działają jak zimny prysznic. — Niekiedy rozgrzewają — nie ustępowała Tess. — Zrobię wszystko, by cię skusić. — To na nic się nie zda — odparł. — Naprawdę jestem człowiekiem, którego nie da się skusić. — Uważam to za wyzwanie. 4 Nawet o dziesiątej rano ścieżka dla biegaczy w parku nad rzeką East była zatłoczona. Dzięki oddaleniu od miejskiego ruchu powietrze było tu czyste i pozwalało dojrzeć rzadko oglądane wspaniałe niebo. Starsi ludzie siedzieli na ławkach, ciesząc się spokojem weekendu. Po lewej, na placyku ogrodzonym niskim płotkiem z kutego żelaza chłopcy grali w koszykówkę. Amatorzy opalania rozłożyli koce na trawie, wykorzystując niezwykle intensywne czerwcowe słońce. Wśród drzew spacerowali ludzie z psami. Co za prezent, pomyślała Tess. Jaki piękny dzień. Wyjątkowo rzadki podarunek losu. Miała na sobie niebieski dres, stosowny do koloru jej oczu. Chociaż luźny, podkreślał figurę, szczupłe,