uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 773 264
  • Obserwuję776
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 040 887

Davidson MaryJanice - Nieumarła nieodwracalnie

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :1.0 MB
Rozszerzenie:pdf

Davidson MaryJanice - Nieumarła nieodwracalnie.pdf

uzavrano EBooki M Mary Janice Davidson
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 157 osób, 122 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 232 stron)

Davidson MaryJanice Królowa Betsy 04 Nieumarła nieodwracalnie Królowa Wampirów już wkrótce nie będzie niezamężna. Brzmi super? Tak, chyba że to ślub z Królem Wampirów - czyli początek piekielnych kłopotów… Betsy sądzi, że zdążyła się już przyzwyczaić do roli Królowej Wampirów, ale los znów postanawia wyciąć jej numer. Jakby oglądanie własnego nagrobka nie wystarczyło, Betsy zaczyna widzieć duchy, które nachodzą ją z prośbami. A na dodatek musi się uporać z zawirowaniami w „życiu” osobistym, na przykład z planowanym ślubem z Erikiem (czy tylko jej się wydaje, że seksowny Król Wampirów jakoś nie pali się do tej ceremonii?), z siostrą, która właśnie zaczyna pokazywać swój diabelski charakterek, i z mordercą, który grasuje w okolicy i wybiera na swoje ofiary wysokie blondynki – żywe i martwe…

A Królowa znać będzie umarłych, wszystkich umarłych, którzy się przed Nią nie ukryją ani sekretów nie będą mieli. I będzie znała Zło pod wieloma postaciami i je pokona, jeśli taka będzie Jej wola, i będzie Obrończynią i Mścicielką wszystkich umarłych tak długo, jak będzie to wolą Królowej. Księga Umarłych Tak jak pająk snujący nić. Czy widziałaś kiedyś, jak rzucają się w przepaść, przędąc swą sieć? Ryzykują za każdym razem. Albo im się uda, albo nigdy niczego nie stworzą. Ale, założę się, że nie jest to przyjemne uczucie, nawet dla pająka. Olivia Goldsmith Spóźniona moda „To wcale nie jest złe drzewko. Po prostu potrzebuje odrobiny miłości". Linus A Charlie Brown Christmas „Pomimo wszystko wydajesz mi się raczej istotą cielesną, a nie duchem". Charles Dickens Opowieść wigilijna

Prolog „St. Paul Pioneer Press", 15 grudnia 2005 r. ZNALEZIONO TRZECIĄ OFIARĘ Minneapolis, Minnesota Dziś rano około szóstej trzydzieści znaleziono ciało mieszkanki Ediny. Dwudziestosześcioletnia Cathie Robinson została znaleziona na parkingu przed supermarketem Wal-Mart na Lake Street. Eksperci medycyny sądowej informują, że przyczyną śmierci było uduszenie. Zaginięcie kobiety zgłoszono 13 grudnia. Najprawdopodobniej jest trzecią ofiarą tak zwanego Parkingowego Zabójcy, który dotychczas pozbawił życia co najmniej trzy miejscowe kobiety. Detektyw Nick Berry, który współpracuje z FBI od 23 listopada, tj. od dnia, w którym znaleziono drugą ofiarę, Marthę Lundąuist, powiedział, że śledczy badają kilka tropów. „Ta sprawa jest priorytetowa -oświadczył Berry. - Nic innego nie jest dla nas równie ważne".

Zaginięcie pani Lundąuist zgłoszono 8 listopada, a jej ciało odnaleziono dwa dni później na parkingu sklepu Target na White Bear Lake. Według profilu psychologicznego sporządzonego przez FBI zabójca wybiera wysokie blondynki o jasnych oczach i krótkich włosach. Choć aresztowanie „to tylko kwestia czasu", Berry zaleca mieszkankom Minneapolis ostrożność przy wychodzeniu z budynków. Parkingowy Zabójca prawdopodobnie zabijał także w stanach Iowa, Missouri i Arkansas. FBI i lokalna policja sądzą, że pierwszą ofiarą była 27-letnia Katie Johnson, której zaginięcie zgłoszono 28 października. Jej ciało znaleziono 4 listopada na parkingu Lakeville McStop. „Star Tribune" 17 grudnia 2005 r. WITAMY NA ŚWIECIE Antonii Taylor i Johnowi Peterowi Taylorowi z Ediny w Minnesocie urodził się syn. Jonathon Peter Taylor przyszedł na świat 15 grudnia o 12.05 w szpitalu Fairview Ridges Edina.

Rozdział 1 Na moim nagrobku widniała taka oto inskrypcja: Elizabeth Anne Taylor 25 kwietnia 1974-25 kwietnia 2004 Nasza najdroższa, wciąż żyje w naszej pamięci - To takie dołujące - stwierdziła Jessica Watkins, moja najlepsza przyjaciółka. - To dziwne. - Moja siostra, Laura Goodman, nie mogła oderwać wzroku. - Bardzo, bardzo dziwne. - „Nasza najdroższa, wciąż żyje w naszej pamięci"? - spytałam. - Co to niby ma znaczyć?! - A ja uważam, że to miłe - stwierdziła Laura z lekkim wahaniem. Wyglądała jak marzenie każdego obleśnego starucha: długie blond włosy w odcieniu karmelu, wielkie niebieskie oczy i czerwony płaszczyk. Wiecie, jak to dzieci pastorów lubią czasami poszaleć, gdy wyrwą się spod pieczy rodziców, prawda? Laura była córką diabła (nie żartuję), więc buntowała się, będąc tak miła i słodka, jak to możliwe. Cóż za nikczemny plan.

- Jest trochę nietypowy. Większość moich znajomych zdecydowałaby się na fragment Biblii, ale twoja mama z pewnością nie musiała. - Biorąc pod uwagę to, jak skończyłaś - dodała Jess, gładząc gładko zaczesane, czarne włosy - ten napis jest nieco proroczy, nie sądzisz? Jak zwykle związała włosy tak mocno, że brwi wyrażały wieczne zdziwienie. Choć z drugiej strony możliwe, że stojąc z nami na cmentarzu, naprawdę była zdziwiona. - Słuchajcie, stanie nad własnym grobem to ostatnia rzecz, na jaką mam ochotę siedemnastego grudnia. To dołujące i dziwaczne. Pewnie przez nadchodzące święta. Jessica znowu westchnęła i oparła czoło na moim ramieniu. - Biedna Betsy. Nie mogę się z tym pogodzić. Byłaś taka młoda! Laura nieznacznie się uśmiechnęła. - Jakby trzydzieste urodziny nie były wystarczająco traumatyczne. Biedna Betsy. - Taka młoda! - Weźcie się w garść, okej? Przecież tu jestem. -Schowałam dłonie do kieszeni płaszcza z niezadowoloną miną. - Chyba jest ze dwadzieścia na minusie. Zaraz zamarznę. - Ty zawsze marzniesz. Przestań jęczeć, trzeba było nie wychodzić na dwór bez rękawiczek. A poza tym jest na plusie, bekso. - Chcesz mój płaszcz? - zaproponowała Laura. -Ja nie czuję chłodu.

- Kolejna z twoich nikczemnych mocy - skomentowała Jessica. - Dodamy ją do listy, zaraz za bronią wykutą z ognia piekielnego i umiejętnością bezbłędnego wyliczenia dwudziestodwuprocentowego napiwku. Betsy, a ty mi jeszcze raz wytłumacz, skąd się tutaj wziął twój nagrobek. Wyjaśniałam z nadzieją, że to już ostatni raz. Wiosną, jak wiadomo, umarłam. Ożyłam rano w dniu pogrzebu i wybrałam się na przechadzkę. Ponieważ moje ciało zaginęło, pogrzeb został odwołany. Ale mama, która zdążyła się potwornie pokłócić z moim ojcem i macochą o kwotę, jaką należy wydać na mój marmurowy nagrobek, już go zamówiła. Gdy go wykonali, było po ptakach - odwołany pogrzeb, odwołana msza, odwołany pochówek (moja rodzina wiedziała, kim się stałam, podobnie jak Jessica. Współpracownikom i przyjaciołom powiedziałam, że mój pogrzeb był po prostu kawałem w bardzo złym guście). Tak czy inaczej, od sześciu miesięcy mój nagrobek znajdował się w magazynie. Macocha naciskała na zwykły, tani granit z moimi inicjałami i datami urodzin i śmierci. Widocznie wyznawała zasadę grosz do grosza... Ojciec - jak zwykle, gdy mama i Antonia się spierały - trzymał się z daleka. Po kilku miesiącach dom pogrzebowy grzecznie spytał mamę, co zrobić z nagrobkiem. Zarówno kwatera, jak i nagrobek, były już opłacone, więc mama przedwczoraj zdecydowała się go postawić, a wspomniała mi o tym wczoraj podczas lunchu. Wiecie, jak

to jest: „Kelner, poproszę zupę pomidorową z grzankami z parmezanem, a przy okazji, skarbie, wczoraj na cmentarzu postawili ci nagrobek". Jessica i Laura umierały z niezdrowej ciekawości, żeby go zobaczyć, więc powlekłam się z nimi. Co mi tam? Chociaż mogłam oderwać się od planowania wesela i wypisywania kartek świątecznych. - Twoja mama - stwierdziła Jessica - jest przerażająco oszczędna. Laura się rozpromieniła. - Och, pani Taylor jest taka miła. - A gdy myślałam, że twoja macocha osiągnęła już szczyt kiczu... bez urazy, Laura... W zasadzie Ant była biologiczną matką Laury. To długa historia. - Nic nie szkodzi - odparła radośnie. - Napatrzyłyście się już wystarczająco, wariatki? - Czekaj, czekaj. - Jessica położyła bukiet kremowych kalii na moim grobie. Niemal wrzasnęłam. Byłam pewna, że miała zamiar udekorować nim jeden ze stu tysięcy stolików w naszym domu. A nie mój grób. Brr! - Od razu lepiej. - Pochylmy głowy - poinstruowała Laura. - Nie ma mowy. Chyba się wam popierniczyło w głowach. - Uważaj na język - łagodnie upomniała mnie siostra. - Nie będziemy modlić się nad moim grobem. Mam ciary od samego stania w tym miejscu. To by było totalne przegięcie, wy czubki.

- To nie ja jestem na płynnej diecie, o królowo wampirów. Dobrze, jeśli nie chcesz się modlić, to chodźmy coś zjeść. - No - zgodziłam się, rzucając jeszcze jedno niepewne spojrzenie na swój grób. - Chodźmy.

Rozdział 2 Dobry wieczór, Wasza Wysokość. - Tina, skarbie! - zawołałam, wlewając śmietankę do herbaty. - Siadaj. Napij się herbaty. - Kiedy się obudziłaś, pani? - Jakieś dwie godziny temu - odpowiedziałam, starając się ukryć zadowolenie. Bóg wysłuchał moich próśb i ostatnio udawało mi się budzić około czwartej po południu. Oczywiście w grudniu w Minnesocie było równie ciemno jak o ósmej, ale i tak. - Ale... nie wiedziałaś jeszcze gazety? - Tina usiadła po drugiej stronie z gazetą zwiniętą pod pachą. Położyła ją przed sobą i zignorowała dzbanek herbaty. - Jeszcze nie? - Nie podoba mi się to. Ani trochę. Tina zawahała się, a ja przygotowałam się na cios. Tina była starą, absurdalnie piękną wampirzycą (jak większość wampirów), całkowicie oddaną Sinclairowi oraz - w mniejszym stopniu - mnie. Dawno temu przemieniła Sinclaira, a niedawno pomogła nam zdo-

być koronę, chroniła nas, mieszkała z nami (ej, ale nie w tym sensie, fuuuj!)... Była takim majordomusem, tyle że filigranowym i ładnym. Więc pewnie powinna nazywać się minordomusem. Miała długie włosy w kolorze karmelu, które zazwyczaj wiązała w prosty supeł, oraz ogromne, ciemne oczy. Wielkie, brązowo-czarne oczy jak u postaci z anime. Choć ledwo sięgała mi do brody, miała w sobie coś dystyngowanego. Jak matka Scarlett 0'Hary, Ellen, nigdy nie dotykała plecami oparcia krzesła. Nigdy się nawet nie przygarbiła. Poza tym była niesamowicie sprytna i nigdy o niczym nie zapominała. Szczerze mówiąc, bardziej nadawałaby się na królową niż ja. W każdym razie z ogromną pewnością siebie radziła sobie w sytuacjach, które większość z nas doprowadziłyby do szaleństwa, a przynajmniej solidnie zszargałyby nam nerwy. A teraz się wahała. Była zdenerwowana. Panie, daj mi siłę. - To lepiej mi powiedz. W milczeniu rozprostowała gazetę i mi ją wręczyła. Narodziny i nekrologi. Przeczytałam zawiadomienie. - Hm - mruknęłam całkowicie niezaskoczona. -Kilka dni temu urodził mi się brat, a oni nawet nie dali znać. A to ci niespodzianka. Tina niemal kuliła się na krześle i szeroko otworzyła oczy, słysząc moje słowa. - To... to wszystko? Tylko tyle masz mi do powiedzenia?

- Daj spokój. Dorastałam z tymi ludźmi. To zagranie to nic nowego. Lepiej pojadę do nich i złożę życzenia. Pomyślmy... Miałam się dzisiaj spotkać z Sinclairem w kwiaciarni, ale pewnie nie będzie miał nic przeciwko zmianie planów... a Jess i ja miałyśmy zjeść późną kolację, ale pewnie nie chciałaby, żebym to przegapiła... No dobra, pojadę dziś zobaczyć małego. Idealnie gładkie czoło Tiny zmarszczyło się w zaskoczeniu. - Muszę przyznać, Wasza Wysokość, że znosisz to dużo lepiej, niż sądziłam. - Spodziewałam się tego. Rzucałam okiem na zawiadomienia o narodzinach... Po prostu dzisiaj nie miałam jeszcze na to czasu. Urodziło się wcześnie... Ant miała termin chyba dopiero na styczeń. - Może pomyliły jej się daty - podpowiedziała Tina. - Mogła źle wyliczyć datę ostatniej miesiączki... - Tina, ja tu staram się zwalczyć moje pragnienie krwi - upomniałam ją. - Przepraszam. Mój wzrok powędrował z powrotem na gazetę. - Braciszku Jonie, ostatnie dziecko Ant okazało się córką diabła. Ciekawe, kim ty się okażesz?

Rozdział 3 Nie ma twojego ojca - przywitała mnie Ant. Choć wyglądała mizernie, jej włosy w kolorze ananasa miały kształt idealnego hełmu. W niewymanikiurowanych dłoniach ściskała elektroniczną nianię, z której słychać było jednostajny, monotonny płacz. - Wróci dopiero jutro. - Przyszłam zobaczyć małego, Antonia. No wiesz, mojego braciszka. A przy okazji, gratulacje. Wciąż stała w drzwiach, zmuszając mnie do czekania na progu. - To nie najlepsza chwila, Betsy. - Nigdy nie jest. Serio, ani dla ciebie, ani dla mnie. Wyglądasz potwornie - dodałam radośnie. Spiorunowała mnie wzrokiem. - Jestem zajęta. Będziesz musiała przyjść innym razem. - Słuchaj, Antonia, jak to chcesz rozegrać? Mogę wydzwaniać do ciebie i tu przychodzić, a ty możesz mnie spławiać. Ja się będę skarżyła ojcu, który w końcu

będzie miał tego dość i zmusi cię do pokazania mi małego. Albo możesz wpuścić mnie teraz i obie będziemy miały to z głowy. Otworzyła szeroko drzwi. - Dobrze, wchodź. - Bardzo ci dziękuję. Jesteś taka miła. Przytyło ci się ostatnio, co? - spytałam, zdejmując płaszcz. Po chwili przypomniało mi się, że wciąż mi bardzo zimno, a do tego nie zabawię tam długo, więc włożyłam go z powrotem. - Nie żebyś, no wiesz, nie wyglądała dobrze. - Muszę zajrzeć do Jona - stwierdziła, spoglądając niechętnie na nianię. - Lekarz mówi, że to kolka. Twój ojciec zostawił mnie z nim samą. - To w jego stylu. - Daliśmy mu imię po twoim ojcu - dodała z idiotyczną dumą. - Ale tata ma na imię John. Z literką „h". A mały ma na imię Jon, co jak zapewne wiesz jako jego matka... jest skrótem od Jonathona, a to całkiem inne imię. Mówiłam do niej, ale nie byłam całkiem pewna, czy mnie rozumie. Może nadszedł czas wyciągnąć pacynki? Spiorunowała mnie wzrokiem. - Wystarczająco podobnie. Ma na imię Jon Peter, całkiem jak twój ojciec. Dałam sobie spokój. - Którą sypialnię przerobiliście na dziecięcy? Wskazała południowy koniec korytarza na piętrze... Ten pokój był najbardziej oddalony od ich sypialni.

Żadna niespodzianka. Weszłam po schodach, a ona deptała mi po piętach. - Nawet nie próbuj go ugryźć - warknęła, czego nawet nie skomentowałam. Ant sądziła (i bezustannie mi o tym przypominała), że bezmyślnością z mojej strony było powstanie z grobu, a moi wampirzy znajomi stanowili „szkodliwy element". Co do ostatniego, to nie mogłam się kłócić. - Ani mi się waż. Najlepiej w ogóle go nie dotykaj. - Słuchaj, nie jestem przeziębiona. - Otworzyłam drzwi (dobiegało zza nich zawodzenie małego) i weszłam do pokoju ozdobionego motywami z Kubusia Puchatka. - O, przynajmniej kupiłaś oryginały. - W przyszłym tygodniu zmienimy wystrój - odparła z roztargnieniem, zaglądając do kołyski. - Przyszły już dekoracje z Małą Syrenką z eBaya. Nic dziwnego, że tak głośno płakał. Spojrzałam na niego i nie dostrzegłam niczego wyjątkowego: typowy noworodek z czerwonymi policzkami, kępą czarnych włosów, małymi oczkami przypominającymi szparki i otwartą buzią, z której dobiegało monotonne „eeeeeaaaaa eeeeeeeeeeeaaa eeeeeeeeeeeeeaaa" małego, wkurzonego człowieczka. Biedaczek był ubrany w jasnozielone śpioszki, które sprawiały, że wyglądał żółto. Jego rączki i nóżki nie miały zbyt wiele tłuszczu. Przypominały patyczki. Jego małe piąstki były nie większe niż orzechy włoskie. Biedny mały. Utknął w tym przesadnie dużym domu z Kubusiem Puchatkiem, Ant jako matką i zielonymi śpiochami. Tego byłoby stanowczo zbyt wiele

nawet dla przeciętnego człowieka, nie wspominając już o kimś, kto żył na tej planecie od niecałego tygodnia. Gdybym mogła płakać, uroniłabym nad nim niejedną łzę. - Trzymaj - powiedziała Ant i wcisnęła mi do ręki małą buteleczkę mydła antybakteryjnego. Przewróciłam oczami. - To nie jest zaraźliwe. - Jesteś martwa. Fe. Już chciałam się z nią kłócić, ale dałam dobie spokój i po prostu szybko przemyłam dłonie. Mały Jon zawodził cały czas. Sama miałam na to ochotę, oddając Ant butelkę. Nie spytałam, czy mogę go wziąć na ręce - po prostu to zrobiłam, ostrożnie podtrzymując główkę (pamiętałam to z czasów, kiedy pracowałam jako opiekunka). Zakończył finałowe „eeeeeeaaaa!" i zamilkł, gwałtownie łapiąc powietrze. - Nie chcę, żebyś... - zaczęła Ant, ale przerwała i wlepiła wzrok w syna. - Boże, przestał płakać pierwszy raz od kilku godzin. - Chyba mnie lubi. - Daj mi go. Podałam jej Małego Jona. Jak tylko opuścił moje ramiona, znów zaczął płakać. Ant pospiesznie mi go oddała, a wtedy zamilkł. Wyszczerzyłam zęby w uśmiechu - nie mogłam się powstrzymać. Nowa wampirza moc: noworodki wypełniają moją wolę. Co więcej, Ant była równie zielona co strój Małego Jona.

- No cóż - powiedziałam głośno, bo chwilę wcześniej oddałam go i musiałam przekrzyczeć jego płacz -na mnie już czas! - Zaczekaj! Ha!

Rozdział 4 Otworzyłam drzwi do kuchni i niemal skoczyłam na środek podłogi. - Wróciłam! - oznajmiłam. - No, ja też - odezwała się Jessica. Wciąż miała na sobie karmelowy męski płaszcz, sięgający jej niemal do kostek. W jednej dłoni trzymała woreczek na robótki, a w drugiej rękawiczki. Nikt inny nie podniósł wzroku. Może powinnam przemyśleć swoje widowiskowe powroty? Zbyt wiele osób zdążyło się do nich przyzwyczaić. - Dzięki, że wystawiłaś mnie do wiatru, perfidna jędzo. - Daj spokój, wcale ci nie przeszkadzało, że poszłam pomęczyć Ant. Jutro też muszę wystawić cię do wiatru, bo... - zamilkłam dla lepszego efektu - opiekuję się małym. Jessica rozdziawiła usta. - Że co? Tina i Sinclair w końcu podnieśli wzrok. - Chyba nie dosłyszeliśmy, kochanie - odezwał się Sinclair.

- Dosłyszeliście. Właśnie tak. - Wyciągnęłam zziębnięte dłonie z kieszeni i pochuchałam na nie, co nie przyniosło absolutnie żadnego rezultatu. - Tak, to prawda. Opiekuję się małym. Lubi mnie, i choć Ant wciąż nie znosi, zrobi wszystko, żeby wyrwać się z domu. Więc jutro do nich wracam. - Wracasz... do domu swojej macochy? - Żeby opiekować się jej dzieckiem... - dodała Tina. - Dzieckiem twojej macochy? - sprecyzował Sinclair. - No wiem! Normalnie świąteczny cud! - Idę z tobą - postanowiła Jessica. - Dotrzymam ci towarzystwa. I chcę zobaczyć... Johna, zgadza się? - Jona. No. Będzie fajnie! Dziwnie. Ale fajnie. Możemy zrobić popcorn i „przypadkiem" zostawić go w jej szafie. - Rzuciłam klucze na blat i przeszłam przez kuchnię. - Nad czym pracujecie? Erie Sinclair odchylił się, żebym mogła zobaczyć. Był królem wampirów, moim kochankiem, narzeczonym, nemezis i współlokatorem. Oględnie mówiąc, to był ciekawy rok. Jak zwykle byłam tak pochłonięta smakowitym wyglądem Sinclaira, że niemal zapomniałam spojrzeć na książkę, która tak go wciągnęła. Ale on był taki... hm, apetyczny. Apetyczny, przystojny, wysoki, barczysty i taki, taki... cudowny. Taka cudowność powinna być zakazana. Wielkie dłonie. Wielki uśmiech. Wielkie zęby. Wszystko wielkie. O mamo. Po miesiącach zwalczania swojej żądzy dałam sobie z tym spokój i uwierzcie -teraz sobie nie żałowałam. On też nie. Miło było nie

spoglądać na niego ukradkiem. Planowaliśmy ślub. Byliśmy zakochani. Ślinienie się na swój widok było jak najbardziej wskazane. Odgarnęłam ciemne kosmyki z jego czoła, usiłując nie wpatrywać się tęsknie w jego ciemne oczy, a moja dłoń powędrowała po klapie jego marynarki. W końcu zmusiłam się do spojrzenia na stół. W mgnieniu oka mój dobry nastrój wyparował, całkiem jak gust Ant podczas wyprzedaży. - Co do diabła to tutaj robi?! - Kochanie, ściskasz... - Położył dłoń na moim nadgarstku i łagodnie się ode mnie uwolnił, ponieważ mięłam w dłoni klapę jego marynarki. Znając go, wiedziałam, że bardziej niż uszkodzeniem tchawicy martwił się naruszeniem splotu tkaniny. - Nie denerwuj się - zaczęła Tina. - Aaa! Aaa! - stękałam, wskazując palcem. - Kurier ją przywiózł - dodała. Jessica i ja wbiłyśmy w nią wzrok. - To nie żart - powiedziała. - Kurier to przywiózł? - pisnęła Jessica, także wskazując Księgę Umarłych. - Wraz z paczką od twojej mamy - dodała skrupulatnie Tina. - Jezu, nawet nie chcę myśleć, co jest w drugiej paczce! - A myślałam, że my ją... - Jessica zerknęła na Sinclaira, który jak zwykle zachowywał kamienną twarz, ale coś w jego oczach sprawiało, że włoski na moich ramionach chciały się ewakuować. - Myślałam, że przepadła na dobre.

- Cholera, cholera, cholera - mruknęłam. Była otwarta (otwarta!) więc szybko ją zamknęłam. - Cholera! Nie patrzcie na nią. Cholera! Po co w ogóle na nią patrzyliście?! - A już byłyście w ogródku. - Sinclair uśmiechnął się, ale nie wyglądał na specjalnie zadowolonego. -Może innym razem się uda, co oznacza: nie ważcie się robić tego ponownie. W skrócie: przeczytałam Księgę Umarłych przed Halloween i na chwilę zwariowałam. To było prawdziwe szaleństwo. Gryzłam i raniłam swoich przyjaciół. Nawet teraz, trzy miesiące później, tak bardzo wstydziłam się swojego zachowania, że nie mogłam o tym myśleć. W ramach pokuty nosiłam przez miesiąc tenisówki z supermarketu, ale nawet tym nie odkupiłam swoich win. Korzyść była taka, że teraz mogłam budzić się późnym popołudniem, a nie leżakować od świtu do zmierzchu. Ale i tak nie było warto, więc wrzuciłam Księgę do rzeki Missisipi, nie chcąc jej więcej widzieć na oczy. Sinclair zareagował chłodną furią, Tina też nie była zbyt zadowolona. Historyczny dokument, absolutnie bezcenny, skarbnica wiedzy, bla bla bla. Nie pogonił mnie z sypialni, ale przez całą noc podczas seksu prawił mi kazania. A w głębi duszy (potrafię czytać mu w myślach, choć on o tym nie wie - jeszcze) był wściekły. To był nowy rodzaj okropności. Ale jednocześnie sądziłam, że to niska cena za uwolnienie się od Księgi. A ona teraz wróciła. - Cholera - powtórzyłam, bo za cholerę nic innego nie przychodziło mi do głowy.

- Cóż - stwierdziła Jessica, patrząc na Księgę -mam dobre wieści. - To tylko dobra podróbka? - Nie. Byłam na ostatnich zajęciach z szydełkowania. Teraz mogę nauczyć George'a nowego ściegu. - Aha. - Udało mi się oderwać wzrok od Księgi. -To rzeczywiście dobra wiadomość. Naprawdę... dobra. - A jak na cmentarzu? - konwersacyjnie spytała Tina. - Nie zmieniaj tematu. - Ale to takie kuszące. - Co my teraz z nią zrobimy? - Jessica wcześniej zmieniła temat. Poza tym sądzę, że należy umieścić ją z powrotem w bibliotece. - Gdzie jej miejsce i skąd nigdy nie powinna była zostać wyniesiona - dodał przesłodzonym tonem Sinclair. - Ej, to mój dom, moja biblioteka, moja księga. - Wątpię - prychnął. - Poza tym to nasz dom - zauważyła Jessica, co było miłe z jej strony, bo to ona za niego zapłaciła. Sinclair płacił śmieszne grosze w ramach czynszu, a ja nie płaciłam nic. Wykorzystaliśmy pieniądze ze sprzedaży mojego starego, rojącego się od termitów domu jako zaliczkę za rezydencję. - Jest niebezpieczna - ostrzegłam nadaremnie, bo wiedziałam, że mnie przegłosowali. - To tylko narzędzie. Zależy od sposobu, w jaki go używasz. - Sinclair zaczął wstawać z miejsca. - Odłożę ją do biblioteki.

- Nie-e. - Położyłam dłonie na jego ramionach i nacisnęłam. Równie dobrze mogłabym próbować ruszyć głaz. - No, siadaj wreszcie. Ja ją odłożę do biblioteki. Obiecuję, że nie wrzucę jej po drodze do rzeki. Po przydługiej chwili wahania usiadł. Niezdarnie wzięłam Księgę do ręki (miała sześćdziesiąt centymetrów wysokości, trzydzieści szerokości, a była gruba na jakieś piętnaście centymetrów) i się wzdrygnęłam. Była ciepła. Wampirza biblia, oprawiona w ludzką skórę, pisana krwią i pełna proroctw, które zawsze się sprawdzały. Problem w tym, że po dłuższej lekturze czytelnik wariował. I nie chodzi o wariowanie kalibru „mam ochotę strzelić focha" albo „zbliża mi się okres". Mówię o kalibrze „napadnę na przyjaciółkę i zgwałcę swojego chłopaka". - Idę do piwnicy - odezwała się Jessica po dłuższej chwili milczenia. - Pokażę George'owi nowy ścieg. - Czekaj - jęknęłam, podnosząc Księgę. - Ej, chcę mu pokazać, żeby mógł poćwiczyć. - Powiedziałam, że masz poczekać, prymusko. Nie wolno ci zostawać z nim sam na sam, nie pamiętasz? - Nigdy mnie nie skrzywdził. Nawet nie patrzy w moją stronę. A przynajmniej od czasu, kiedy zaczęłaś go karmić swoją lepką, królewską krwią. - Niemniej jednak - oznajmił Sinclair, który pozbywszy się Księgi, sięgnął po „Wall Street Journal" -nie wolno ci przebywać z nim bez nadzoru, Jessico. Nigdy. Spojrzała na niego gniewnie, ale tak naprawdę piorunowała wzrokiem gazetę, którą się zasłonił. Niemal

się roześmiałam. Możesz odejść. Ze mną też tak ciągle pogrywał. - Zostawię ją w bibliotece - zapewniłam, idąc z trudem w stronę drzwi - i zaraz do ciebie dojdę. Wszystko jest lepsze niż ta Księga. - Odważne stwierdzenie - zauważyła Tina, mieszając kawę. - Zwłaszcza że dopiero co wróciłaś od macochy. - Pff - skwitowałam i poszłam do biblioteki.