uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 751 924
  • Obserwuję764
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 025 478

Elizabeth Haydon - Cykl-Symfonia wieków (4) Requiem za słońce

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :1.6 MB
Rozszerzenie:pdf

Elizabeth Haydon - Cykl-Symfonia wieków (4) Requiem za słońce.pdf

uzavrano EBooki E Elizabeth Haydon
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 43 osób, 41 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 399 stron)

Elizabeth Haydon REQUIEM ZA SŁOŃCE Requiem for the Sun Przełożyła Anna Reszka Wydanie oryginalne: 2002 Wydanie polskie: 2003

Bo widział Rapsodię w papilotach i maseczce, ale nie zatrzasnął rękopisu Bo jest gotów wziąć na siebie ryzyko, którego inni nie chcą podjąć Bo przyjmuje ode mnie tylko to, co najlepsze Bo ta książka jest dla niego równie ważna jak dla mnie Dedykuję ją z wdzięcznością i uczuciem Jamesowi Minzowi Wizjonerowi Wydawcy Przyjacielowi

PODZIĘKOWANIA Serdeczne dzięki Musée des beaux-arts de Montreal; galerii Sinclair i The Cloisterz Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku; Getty Museum w Los Angeles; Corning Glassworks w Corning w stanie Nowy Jork; Hicks Collection i Lindtfelder Collection z Louisville w Kentucky; Henry Mercer Museum w Doylestown w Pensylwanii za pomoc w studiach nad średniowiecznymi technikami wytapiania szkła. Szczere wyrazy uznania Jamesowi Meekerowi z marynarki Stanów Zjednoczonych za pomoc w sprawdzaniu faktów z dziedziny żeglugi morskiej. Dziękuję Shane’owi McKinnesowi za wypożyczenie nazwiska. Wyrazy miłości moim przyjaciołom i rodzinie, bez których nic by się nie wydarzyło. I jak zwykle całej wspaniałej ekipie z wydawnictwa Tor.

Oda To my - muzykę tworzymy, snujemy na jawie marzenia, my, na przybrzeżnej fali wędrujemy, siadamy obok wyschniętego strumienia Wyrzutkowie świata i nieudacznicy, na których promień księżyca pada, to my, co władzę trzymamy, czy już na zawsze, tego świata. Z nieśmiertelną piosnką na naszych ustach, wzmacniamy największe na świecie miasta, i poprzez pradawną legendę kształtujemy olbrzymią potęgę: Jeden człowiek miał okrutne upodobanie w szalonym pędzie koroną zawładnie. Trójka swą pieśnią odprawi czarowanie zdusi imperium i w otchłań zepchnie. My, przez wieki leżymy, w pogrzebanej ziemi przeszłości, własnym westchnieniem Niniwę budujemy, i nawet Babel z naszej radości; a zburzymy przepowiadając staremu światu wyższość nowego, Bo każdy wiek to marzenie, co umiera lub takie, które rodzi się dopiero. Autor: Arthur O’Shaughnessy Tłumaczenie: Iwona Żuber

Siedem darów Stwórcy Siedem barw światła Siedem mórz świata Siedem dni tygodnia Siedem miesięcy roku Siedem kontynentów Siedem epok historii W oku Boga.

Pieśń o Niebieskim Krośnie O, nasza matko ziemio; O, nasz ojcze nieboskłonie, Waszymi dziećmi jesteśmy, Ze zgarbionymi plecami Przynosimy wam dary, które lubicie. Więc utkajcie nam szatę z jasności... Niech osnową będzie białe światło poranka, Niech wątkiem będzie czerwony blask wieczoru, Niech frędzlami będzie padający deszcz, Niech obrębkiem będzie kolorowa tęcza. Zatem tkajcie nam szatę z jasności, Byśmy mogli pójść tam, gdzie śpiewają ptaki; Byśmy mogli pójść tam, gdzie trawa zielona. O, nasza matko ziemio; O, nasz ojcze nieboskłonie. - Tradycyjna pieśń Tewa

Czas to gobelin Spleciony z trzech nici. Oto one, od pierwszej do ostatniej, Przyszłość, teraźniejszość i przeszłość. Teraźniejszość i przyszłość to wątki Nietrwałe i zmienne, Ale ich kolory się łączą I radują serce. Przeszłość to osnowa, Wytycza ścieżkę historii, Każdą chwilę pod słońcem, Każdą bitwę, przegraną lub zwycięską Przeplata się z trzecią nicią Trwałej pamięci czasu. Los, tkaczka Trzyma w rękach wszystkie nici I splata sznur, który może być Liną ratunkową, siecią... albo pętlą.

PIERWSZA NIĆ Osnowa

Jeden człowiek miał okrutne upodobanie w szalonym pędzie koroną zawładnie. Trójka swą pieśnią odprawi czarowanie zdusi imperium i w otchłań zepchnie. Argaut, Northland Migotliwe światło pochodni odbijało się od wody i tworzyło na nocnym niebie blade imitacje księżyca, który wisiał nad krańcem molo, co rusz chowając się za chmury gnane wiatrem. Mimo późnej godziny po nabrzeżu kręcili się robotnicy portowi. Wchodzili do ładowni statków przycumowanych do pirsu i wyciągali z nich skarby w postaci bel, skrzyń i beczek z towarami przeznaczonymi na targ w Ganth. Następnie wrzucali je na furgony albo taszczyli na platformy, przeklinając, sapiąc i spluwając. Konie pociągowe niespokojnie tańczyły w uprzężach; wyczuwały nadciągającą burzę. Kiedy wreszcie nabrzeże opustoszało, a pochodnie zgasły, Quinn wyszedł spod pokładu „Korony” i ruszył w dół po trapie. Idąc, obejrzał się kilka razy. Dokerzy schronili się w ciepłych tawernach i upijali do nieprzytomności z załogami statków albo wdawali w bójki na pięści. Quinn wiedział, że następnego ranka w ich kwaterach zapanuje straszny odór, ale i tak przyjemniejszy od tego, który czekał go na końcu ciemnego nabrzeża. Zawsze miał bystre oczy żeglarza, nawykłego do przeszukiwania horyzontu i wypatrywania najdrobniejszych zmian w monotonnej niebieskawej szarości. Z bocianiego gniazda potrafił w oślepiającym blasku słońca odróżnić mewę od rybołówki. Ale zbliżając się do umówionego miejsca spotkania, nieodmiennie zaczynał wątpić w swój wzrok. Nigdy nie był do końca pewny, a jedynie odnosił wrażenie, że tamten człowiek nabiera ciała, długie, cienkie palce robią się grubsze, a ramiona okryte dobrze skrojonym płaszczem wyraźnie szersze. Raz wydawało mu się, że dostrzegł w jego oczach czerwony błysk, ale gdy podszedł bliżej, stwierdził, że są niebieskie i czyste jak letnie niebo. Ich ciepły wyraz niezawodnie rozpraszał chłód, który zawsze ogarniał żeglarza w obecności zarządcy królewskiego dworu i sędziego. - Witaj, Quinn. - Głos również był ciepły. - Milordzie. - Mam nadzieję, że podróż się udała.

- Tak. Seneszal nie zaszczycił go spojrzeniem, tylko wpatrywał się w fale obmywające molo. - To ona? Quinnowi nagle zaschło w gardle. Przełknął ślinę. - Tak, milordzie. Dostojnik wreszcie się odwrócił i zmierzył go wzrokiem. I wtedy Quinn poczuł ten smród. Zapach spalonego ludzkiego mięsa. Znał go dobrze. - Skąd wiesz? Nie chciałbym na darmo płynąć przez pół świata. Chyba się ze mną zgadzasz. - Nosi medalion, milordzie, bardzo skromny w porównaniu z resztą jej klejnotów. Seneszal przez chwilę przyglądał mu się w zadumie, a następnie skinął głową. - Cóż, w takim razie pora złożyć jej wizytę. Żeglarz kiwnął bez słowa. W tym momencie na deski molo spadły pierwsze krople deszczu. - Dziękuję, Quinn. To wszystko. Jakby na znak entuzjastycznej zgody niebo nad portem rozjaśniła błyskawica, a chwilę potem w oddali huknął grzmot. Quinn ukłonił się pospiesznie i ruszył z powrotem na „Koronę”, do swojej małej, ciemnej kajuty. Gdy dotarł do trapu i obejrzał się, zobaczył tylko mrok i ulewę. Haguefort, Navarne Po drugiej stronie świata też padało. Nadchodziła noc, a wraz z nią coraz gwałtowniejsza ulewa, która o świcie zaczęła się od lekkiej, ale uporczywej mżawki, psującej humor Berthy. Niemal co godzina do drzwi bębnił jakiś podróżny, prosił o schronienie i wnosił błoto na świeżo wypastowaną podłogę. Pod wieczór była już naprawdę zła. Ostatniego człowieka zwymyślała takim językiem, że sam szambelan ją skarcił i przypomniał, że niedawno została przyjęta do pracy, ale powinna wiedzieć, że pani Cymrian oczekuje przestrzegania zasad grzeczności w Haguefort. Władczyni już od wielu tygodni nie było w twierdzy z różowo-brązowego kamienia, co nie wpływało dobrze na nastrój jej męża. Lord Gwydion, który doglądał budowy królewskiego pałacu, całe noce spędzał na rozmowach z doradcami. Ci, bardzo już zmęczeni i zaniepokojeni jego stanem ducha, prywatnie wyrażali nadzieję, że ostatnie dwa tygodnie

szybko miną. Bertha nigdy nie spotkała królowej, ale w przeciwieństwie do reszty personelu wcale nie modliła się o jej szybki powrót. W ciągu dziesięciu dni swojej pracy w Haguefort zdążyła się zorientować, że lady Cymrian jest dziwną osobą, skłonną do najdzikszych pomysłów. Teraz w dużej kuchni panował spokój, kamienna podłoga nareszcie lśniła, węgle w palenisku dogasały. Na piętrze głównego skrzydła, w sali narad, jeszcze paliły się lampy i od czasu do czasy docierały stamtąd podniesione głosy albo śmiechy. Bertha oparła się o ścianę przy piecu i westchnęła głęboko. W tym momencie jak na złość rozległ się stukot kołatki. - Idź do diabła - burknęła pomywaczka. Po chwili ciszy znowu usłyszała pukanie, tym razem głośniejsze. - Odejdź! - wrzasnęła Bertha i natychmiast obejrzała się w popłochu. Kiedy się upewniła, że w pobliżu nie ma szambelana ani nikogo, kto mógłby na nią donieść ważnej osobie, podniosła zasuwę i otworzyła drzwi. Zamiast strudzonego wędrowca zobaczyła jedynie ciemność paskudnej nocy. Sapnęła z irytacją i już miała zamknąć drzwi, gdy raptem niebo przecięła błyskawica. W jej blasku Bertha ujrzała zakapturzonego człowieka, którego jeszcze przed chwilą nie widziała. Przebiegł ją dreszcz. Musiała wytężać wzrok, żeby przez kurtynę deszczu dojrzeć zarys postaci. Gdyby nie błyskawica, niczego by nie zauważyła. Czym prędzej zagrodziła drogę intruzowi, który zamierzał wejść do jej wypucowanej kuchni. - Niedaleko stąd jest gospoda - powiedziała gderliwym tonem. - Tutaj wszyscy już śpią. Spiżarnia zamknięta. Nie będę przez całą noc trzymać ludzi na nogach. - Wpuść mnie, proszę. Jest bardzo zimno. Był to głos młodej kobiety, łagodny, ale trochę zdesperowany i wyraźnie znużony. - Czego chcesz? Jest środek nocy. Odejdź. - Bertha na próżno siliła się na uprzejmość, której królowa wymagała nawet wobec pospólstwa. - Chcę zobaczyć się z panem Cymrian. - Odpowiedź brzmiała tak, jakby przemówiła sama ciemność. - Dni Próśb są w przyszłym miesiącu - warknęła Bertha, próbując zamknąć drzwi. - Pan i pani rozpoczynają audiencje o świcie pierwszego dnia nowiu. - Zaczekaj. Powiedz panu, że tu jestem. Sądzę, że mnie przyjmie. Bertha splunęła w brudną kałużę, która utworzyła się przed wejściem. Miała już do czynienia z takimi kobietami. Jej poprzedni pracodawca, lord Dronsdale, zgromadził całe stadko, po jednej na każdą noc tygodnia. Czekały przy stajni, aż lady Dronsdale uda się na

spoczynek, i wtedy zaczynały paradować pod balkonem, z którego obserwował je pan. Do Berthy należało przeganianie kokot, które nie zostały przez niego wybrane. Sądziła, że w Haguefort nie będzie musiała wykonywać tego uciążliwego zadania. - Uparta dziewucha - burknęła, zapominając o niedawnej reprymendzie. - Już po północy, a ty zjawiasz się niezapowiedziana. Kim jesteś, żeby pan chciał się z tobą zobaczyć o tej porze? - Jego żoną. Bertha dopiero po chwili uświadomiła sobie, że stoi z rozdziawionymi ustami. Pospiesznie otworzyła ciężkie drzwi, aż zaskrzypiały zawiasy. - Proszę o wybaczenie, milady. Nie miałam pojęcia, że to pani. Kto by się spodziewał, że królowa Cymrian zapuka w środku nocy do kuchennych drzwi, ubrana jak wieśniaczka? Ciemność się poruszyła i zakapturzona postać szybko weszła do środka. W blasku dogasającego ognia Bertha zobaczyła, że lady Cymrian jest niska i szczupła. Pomywaczka, drżąc, patrzyła, jak władczyni rozwiązuje kaptur i zdejmuje szaroniebieski płaszcz. Ze zwyczajnego podróżnego okrycia unosiła się mgła. Najpierw Bertha zobaczyła włosy koloru słońca, przewiązane czarną wstążką, i twarz, jakiej nigdy w życiu nie widziała. Choć malował się na niej wyraz niezadowolenia, pani Cymrian w milczeniu powiesiła parujący płaszcz, kołczan ze strzałami i łuk przy piecu, a następnie spojrzała na pomywaczkę. W jej oczach, głębokich i zielonych jak szmaragdy, nie było śladu gniewu. Królowa otrzepała kropelki deszczu z brązowych płóciennych spodni i odwróciła się do paleniska. Ogień skoczył na jej powitanie, ogrzał zziębnięte ręce. - Mam na imię Rapsodia - powiedziała władczyni, zerkając na spłoszoną kobietę. - Chyba jeszcze się nie znamy. Służąca otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Przełknęła ślinę i spróbowała ponownie. - Jestem Bertha, nowa pomywaczka. Jeszcze raz pokornie przepraszam, milady. Nie miałam pojęcia, że to pani. Lady Cymrian skrzyżowała ręce na piersi. - Nie musiałaś tego wiedzieć, Bertho. Każdy, kto puka do tych drzwi, ma zostać wpuszczony i powitany z otwartymi ramionami. - Dostrzegłszy przerażenie na pomarszczonej twarzy służącej, odruchowo powędrowała dłonią do złotego medalionu wiszącego na szyi i dodała pospiesznie: - Szkoda, że nikt ci tego nie wyjaśnił, kiedy zaczynałaś pracę. I

przepraszam, że sprawiłam kłopot, zjawiając się o tak późnej porze. Witaj w Haguefort. Mam nadzieje, że ci się tu spodoba. - Tak, milady - wymamrotała Bertha. - Pójdę powiedzieć szambelanowi, żeby zawiadomił lorda Gwydiona o pani przybyciu. Lady Cymrian uśmiechnęła się. - Nie trzeba. On już wie. W tym momencie drzwi kuchni otworzyły się z takim impetem, że Bertha drgnęła gwałtownie. Czym prędzej uskoczyła w bok, kiedy lord Cymrian minął ją jak burza, z rozwianą szatą. Jego rude włosy lśniły w świetle buzującego ognia. Pomywaczka nerwowo uniosła dłoń do gardła, gdy władca, który podobno miał w żyłach krew smoka, chwycił swoją drobną żonę w ramiona. Wcale by się nie zdziwiła, gdyby oderwał jej ręce i nogi albo pożarł ją na miejscu. Chwilę później drzwi znowu stanęły otworem. Ujrzawszy szambelana i królewskich gości stłoczonych w progu, Bertha cofnęła się pod ścianę. Niektórzy trzymali broń w pogotowiu. Pobrużdżona twarz Geralda Owena rozpogodziła się na widok lady Cymrian. - Witamy w domu, milady - powiedział szambelan, ocierając chustką zroszone czoło. - Spodziewaliśmy się pani dopiero za dwa tygodnie. Królowa próbowała uwolnić się z objęć męża, ale zdołała jedynie wystawić głowę ponad jego ramię. - Dziękuję, Geraldzie - wykrztusiła i skinęła głową pozostałym mężczyznom. - Panowie. - Milady - odpowiedzieli chórem. Władczyni szepnęła coś do ucha mężowi, a ten się roześmiał i wypuścił ją z uścisku, a następnie spojrzał na doradców. - Dziękuję, panowie. Dobranoc. - Ależ nie, nie skracajcie narady z mojego powodu - zaprotestowała Rapsodia. - Chętnie się do was przyłączę. Jest kilka ważnych spraw do omówienia. - Przeniosła wzrok na męża, wyższego od niej o głowę. - Melisande i Gwydion Navarne są już w łóżkach? - Melly oczywiście tak, natomiast Gwydion obraduje razem z nami. Poczynił wiele cennych uwag. Pani Cymrian uśmiechnęła się radośnie i wyciągnęła ręce do imiennika męża, który kiedyś miał zostać diukiem Navarne.

Wysoki, chudy chłopiec utorował sobie drogę przez ścisk i podbiegł do królowej. Gdy się przywitali i zaczęli cicho rozmawiać, lord Cymrian poprosił doradców: - Zróbmy sobie krótką przerwę. Spotkamy się za pół godziny. Szlachcice posłusznie wycofali się z kuchni i zamknęli za sobą drzwi. Bertha pytająco zerknęła na szambelana. Kiedy Gerald Owen skinął głową, ukłoniła się niezręcznie i czym prędzej uciekła do swojego pokoju, zastanawiając się po drodze, czy lady Dronsdale nie przyjęłaby jej z powrotem na służbę. Tymczasem Gerald Owen, który był szambelanem w Haguefort jeszcze za rządów dziadka Gwydiona Navarne, później jego ojca, a teraz mimo wieku wiernie służył dzieciom Stephena i ich opiekunom, podszedł do Rapsodii. Nie przerywając rozmowy lady Cymrian z podopiecznym, wziął od niej pas z mieczem, a następnie zdjął z kołka mglisty płaszcz i dyskretnie opuścił kuchnię. - Dwadzieścia strzałów w środek tarczy w jednej kolejce. Świetnie! - ucieszyła się Rapsodia. - Przywiozłam ci z Tyrianu więcej lirińskich strzał, które tak lubisz. Nawet piórka mają w twoich kolorach. Poważna twarz Gwydiona rozpromieniła się w jednej chwili. - Dziękuję. Lord Cymrian dotknął ramienia żony i wskazał na drzwi, przez które wyszedł Gerald Owen. - Pożyczyłem ci mglisty płaszcz, żeby cię chronił przed rabusiami i zbójcami, a nie po to, żebyś mogła niepostrzeżenie wrócić do domu - skarcił ją z udawaną surowością. - Najpierw i tak muszę porozmawiać z Ihrmanem Karsickiem, zanim wróci do Yarim. Chyba widziałam go w drzwiach? - Tak. - To dobrze. - Rapsodia wsunęła dłoń pod ramię męża. - Teraz zajmijmy się sprawami państwowym, a potem udamy się do naszych komnat i... omówimy inne kwestie. Gdy szła z Gwydionem wysokimi korytarzami Haguefort, mijając stare rzeźby i dobrze zachowane arrasy z epoki cymriańskiej, kłębiły się w niej sprzeczne uczucia: miłe i bolesne, wszystkie głęboko ukryte, nie złagodzone przez upływ czasu. Mimo że od śmierci lorda Stephena, ojca Gwydiona Navarne i najbliższego przyjaciela jej męża, upłynęły już trzy lata, nadal cierpieli z powodu straty. Nie można było chodzić po twierdzy, którą z taką pieczołowitością odrestaurował i wypełnił cennymi

pamiątkami, ani opiekować się stworzonym przez niego cymriańskim muzeum, żeby nie wspominać ze smutkiem młodego diuka i jego wielkiej radości życia. Za każdym razem, gdy wyjeżdżała z Haguefort, po powrocie stwierdzała, że syn coraz bardziej przypomina zmarłego. Kiedy teraz spojrzała na Gwydiona Navarne, który z pierwszego stopnia schodów podawał jej rękę, aż zakłuło ją serce. Chłopiec wyglądał zupełnie jak ojciec. W tym momencie Ashe lekko ścisnął jej dłoń; zrozumiał. Rapsodia odwzajemniła gest, po czym wzięła podopiecznego pod ramię i ruszyła do biblioteki, gdzie odbywała się narada. Idąc po schodach oświetlonych przez kandelabry z witrażowego szkła, w których osadzono dziesiątki smukłych świec, Rapsodia pomyślała o tym, jak starannie Stephen wybierał piękne ozdoby do swojej twierdzy i eksponaty do muzeum. Westchnęła cicho. Po śmierci przyjaciela postanowili zostać w Haguefort i zaopiekować się Gwydionem oraz jego młodszą siostrą Melisande. Stephen, owdowiały, kiedy dzieci były małe, robił wszystko, żeby zastąpić im matkę. Lord i lady Cymrian starali się go naśladować, ale nieuchronnie zbliżał się czas przejęcia przez Gwydiona tytułu po ojcu. Patrząc teraz na wychowanka, Rapsodia uświadomiła sobie z żalem, że ten dzień nadejdzie prędzej, niżby chciała. Gdy w pewnym momencie weszła w krąg niebieskiego światła, zjeżyły się jej włoski na karku, a po plecach przebiegł zimny dreszcz. Zatrzymała się raptownie i odwróciła. W migotliwym blasku kandelabrów dostrzegła jakiś ruch, ale po chwili stwierdziła, że to tylko tańczące cienie. - Ario, wszystko w porządku? - zapytał Ashe, ściskając jej łokieć. Lęk, od dawna pogrzebany w krypcie pamięci, chwycił ją za gardło, ale zniknął jeszcze szybciej, niż się pojawił. Rapsodia dotknęła złotego medalionu przez cienkie płótno koszuli i potrząsnęła głową, jakby budziła się z niedobrego snu. Od dzieciństwa nawiedzały ją czasem wizje przeszłości. Teraz poczuła tylko przelotny chłód. Spojrzała na męża i uśmiechnęła się, żeby rozproszyć niepokój, który dostrzegła w błękitnych oczach z pionowymi źrenicami, oznaką smoczej krwi płynącej w jego żyłach. - Tak - powiedziała. - Chodźmy. Nie dajmy czekać naszym gościom.

DRUGA NIĆ Wątek

Fabryka Ceramiki, Yarim Paar, Prowincja Yarim Jak rzeki spływają do morza, tak w Yarim Paar wszelkie tajemnice, duże i małe, wcześniej czy później docierały do uszu Esten. Slith dobrze o tym wiedział. Gdy sekret wychodził na jaw - czy to w jasnym słońcu, które latem bezlitośnie prażyło brunatną glinę, czy w mrocznych, chłodnych zaułkach Targu Złodziei, egzotycznego i niebezpiecznego bazaru, tętniącego życiem w dzień i w nocy - Esten w końcu się o nim dowiadywała. Było to nieuniknione jak śmierć. A ponieważ właśnie ona czekała każdego, kto próbował ukryć nowinę, najlepiej wychodziło się na tym, że samemu zanosiło ją Esten. Choć nie zawsze. Slith rozejrzał się nerwowo. Czeladnik Bonnard, który miał doglądać pracy uczniów, wyciągnął się w cieniu otwartych pieców, szukając ucieczki przed żarem, i nie zwracał na nich uwagi. Był wykwalifikowanym ceramikiem, zręcznie posługującym się szczypcami i kostkami mozaikowymi, ale kiepskim nadzorcą. Slith odetchnął głęboko i ostrożnie sięgnął do dzbanka z niewypalonej gliny, stojącego na dolnej półce. Rzecz, którą wczoraj wymacał, nadal tkwiła zaklinowana na dnie naczynia. Zerknął ukradkiem na Bonnarda oraz kolegów zajętych podtrzymywaniem ognia i mieszaniem masy ceramicznej, i upewniwszy się, że na niego nie patrzą, zręcznym ruchem zdjął urnę z półki, schował ją pod koszulę i ruszył do drzwi. Przyzwyczajony do odoru panującego w wychodku, staranie zasunął za sobą przegniłą jutową zasłonę i wilgotną ręką sięgnął do naczynia. Mocno pociągnął tajemniczy przedmiot, wyjął go z dzbana i uniósł do księżycowego światła, które przesączało się przez szczeliny. W półmroku zobaczył lśniący czarno-niebieski dysk, cienki jak skrzydło motyla. Gdy obrócił go w palcach, srebrny blask odbił się od idealnie równej krawędzi, ostrej jak brzytwa. Poprzedniego dnia ściął sobie kilka warstw naskórka, gdy przenosząc niewypalone naczynia z zakurzonego magazynku do hali piecowej, niechcący włożył do jednego rękę. Pewnie ograniczyłby się do przekleństwa wymamrotanego pod nosem i uznał, że dziwny metalowy dysk to nieznane narzędzie do golenia, gdyby nie ciemna plama, którą dostrzegł na jego gładkiej powierzchni. Drżącą ręką odwrócił tajemniczy przedmiot. Nadal tam była. Plama dawno zaschniętej krwi.

W jego pamięci odżyło wspomnienie sprzed trzech lat, kiedy to pierwszoroczni uczniowie zostali wyrwani ze snu przez dzwonki alarmowe, które jak oszalałe brzęczały w głębi fabryki. On i jego koledzy pobiegli zobaczyć, co się dzieje, ale zostali odepchnięci przez pędzących czeladników. To, co ujrzeli po wejściu do głównej hali, wracało do niego w koszmarnych snach jeszcze wiele miesięcy później. Ogromne kadzie z masą ceramiczną były przechylone, a ich wrząca zawartość rozlała się po całym pomieszczeniu. Trzech uczniów pracujących na nocnej zmianie zniknęło bez śladu. Jednego odkryto później pod górą stygnącej gliny. Ciał pozostałych dwóch: Ometa, łysego ucznia piątego roku, którego Slith lubił, i Vincane’a, brutalnego chłopaka ze skłonnością do okrutnych żartów, nigdy nie znaleziono. Zginęło również kilkunastu czeladników. Ale najgorsze ze wszystkiego było to, że gorąca, płynna masa wypełniła niszę z wlotem do tunelu, który w tajemnicy kopali mali niewolnicy, w jakiś sposób zapaliła się i utworzyła nieprzeniknioną ceramiczną ścianę. W tamtą tragiczną noc Slith po raz drugi w życiu widział Esten, właścicielkę fabryki i szefową Gildii Kruka, oficjalnie stowarzyszenia ceramików, szklarzy, kaflarzy i innych rzemieślników, a w rzeczywistości bandy najgorszych zbirów i złodziei. Pierwszy raz zobaczył ją w dniu, gdy został przyjęty na ucznia do fabryki płytek. Choć Esten miała piękną twarz, drobną postać i olśniewający uśmiech, było w niej coś tak złowieszczego, że Slith, wtedy dziewięcioletni, zaczął się trząść jak liść osiki, kiedy go do niej przyprowadzono. Kobieta zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów, jak prosiaka na targu, i kiwnęła głową. Następnie podpisano stosowny dokument i Slith utracił możliwość decydowania o swoim życiu. Od tamtej pory strach nie opuszczał go ani na chwilę. Co najwyżej rósł. W noc wypadku ujrzał pracodawczynię po raz drugi. Chłód i obojętność, które cechowały jej zachowanie pierwszego dnia, teraz zastąpił straszliwy gniew. Slith aż za dobrze pamiętał, jak Esten obchodziła góry stygnącej gliny, kopała żar, otwierała z trzaskiem drzwi pieców, w napadach niepohamowanej wściekłości zrzucała z półek garnki i przewracała stojaki z gotowymi płytkami. Czeladnicy krzywili się w milczeniu na te wybuchy, ale w miarę, jak furia właścicielki fabryki przeradzała się w chłodne skupienie, ich twarze wyrażały coraz większy niepokój. Wreszcie, po jakiejś godzinie, Esten odwróciła się i zmierzyła wszystkich lodowatym wzrokiem. - To nie był wypadek - stwierdziła ze spokojem, od którego Slitha przebiegł dreszcz.

Czeladnicy i uczniowie zbledli. Od tamtej pory minęły trzy lata, ale nie znaleziono żadnych śladów, nie rozwiązano zagadki. Wcześniej pracownicy żyli w ciągłym napięciu z powodu tego, co się działo w tunelach. Teraz doszła do niego niepewność, kto ośmielił się zakłócić prowadzone w tajemnicy wykopy, kto był na tyle lekkomyślny, żeby zniszczyć własność szefowej Gildii Kruka. Nie miało znaczenia, czy winowajcą okaże się sprytny i potężny wróg, czy też wyjątkowy szczęściarz i zarazem głupiec. Bo jak rzeki spływają do morza, tak wszystkie sekrety wcześniej czy później docierały do uszu Esten. A Slith właśnie jeden odkrył. Kocioł, Ylorc Ogień, który płonął w wielkim kominku pokoju narad, trzaskał i huczał gniewnie, jakby wyczuwał nastrój króla Firbolgów. Achmed Wąż, Wielki Wojownik, Pożeracz Ziemi, Bezlitosny, któremu poddani nadali z szacunku i strachu jeszcze wiele innych groźnie brzmiących przydomków, pochylił się na krześle i cisnął w ogień odłamki szkła, mamrocząc pod nosem brzydkie bolgańskie przekleństwa. Następnie splótł długie, chude palce niczym imadło i utkwił wzrok - jedno oko było jasne, drugie ciemne - w płomieniach. Twarz miał jak zwykle zasłoniętą czarną chustą. Omet w milczeniu oparł się o ścianę i pogładził brodę. Zawsze wolał raczej obserwować, niż wyrywać się z dobrymi radami, a poza tym po trzech latach spędzonych w Ylorc wiedział, że król sam przemówi, kiedy uporządkuje myśli, plany, kontrplany, obrazy i niezliczone bodźce, atakujące jego nadwrażliwe zmysły. Zakłócanie tego procesu na ogół było niezbyt dobrze przyjmowane przez władcę. W przeciwieństwie do swoich kolegów po fachu, w większości Bolgów, Omet lubił milczeć. Podczas gdy oni pocili się i przestępowali nerwowo z nogi na nogę, schylił się i wziął z podłogi okruch szkła. Uniósł go do światła i obrócił w palcach. Król ma rację, pomyślał. Jest za grube. Gdy po kilku długich minutach Achmed wreszcie opuścił złożone dłonie, Omet, który nauczył się rozpoznawać subtelne oznaki wskazujące na zmianę nastroju monarchy, odchrząknął cicho i powiedział: - Za dużo skalenia. Władca zbył jego uwagę milczeniem.

- Smalta? - bąknął niepewnie Shaene, krzepki ceramik z Canderre, mnąc skórzany fartuch. Król przeniósł wzrok na Ometa, a kiedy ten pokręcił głową, Shaene prychnął ze zniecierpliwieniem. - Więc może emalia szklista, co, Sandy? - Nie dość mocna. - Do pioruna! - warknął Canderianin, rzucając poplamioną kwasem skórzaną rękawicę na ogromny stół. W pokoju nagle zapadła cisza. - W takim razie co? - spytał chrapliwym głosem murarz Rhur, który jako jedyny z Firbolgów nie okazywał cienia strachu. Omet przeniósł wzrok z Shaene’a na Rhura, a następnie na króla. - Nie możemy dłużej eksperymentować - stwierdził w końcu. - Potrzebujemy fachowca od barwionego szkła. Mistrza cechowego. Zdążył naliczyć dziesięć uderzeń serca, zanim król bez słowa wstał i wyszedł z pokoju cicho jak duch. Gdy Omet uznał, że władca go nie usłyszy, zwrócił się do Canderianina. - Mistrzu Shaene, moja rodzina pochodzi z Canderre, więc nie jest wykluczone, że nasze matki były w dzieciństwie przyjaciółkami - powiedział z szacunkiem należnym dużo starszemu mężczyźnie. - W imię tej przyjaźni mógłbyś się powstrzymać od wystawiania na próbę cierpliwości króla, gdy ja stoję najbliżej niego. Idąc mrocznymi korytarzami wydrążonymi w górze, Achmed nagle poczuł, że musi zaczerpnąć powietrza. Żołnierze i robotnicy, których mijał w głównym tunelu Kotła, kłaniali mu się nisko. Gdy dotarł do jednej z platform widokowych półek i spojrzał z góry na starożytne Canrif, odnawiane już czwarty rok, ciepły podmuch, niosący hałasy i wibracje z licznych placów budowy, uderzył go w ręce, czoło i oczy, jedyne miejsca nie osłonięte przez chustę. Wrażliwa podskórna sieć naczyń krwionośnych i nerwów, odziedziczona po drackiej matce, odbierała najsłabsze bodźce. Bezustannie drażnione zmysły przyprawiały go o udrękę, ale nauczył się z tym żyć. Kiedy tu przybył przed czterema laty, ogromne miasto, rozciągające się teraz u jego stóp i wznoszące wysoko nad głową, było grobowcem niszczejącym w stęchłym powietrzu, zamkniętym we wnętrzu góry. Po zrujnowanych tunelach i opuszczonych ulicach grasowały

bandy Firbolgów, półludzi, którzy najechali Canrif pod koniec wojny cymriańskiej i teraz w nim mieszkali, nieświadomi jego dawnej chwały. Tysiąc lat wcześniej skalna twierdza, wyciosana w Zębach według projektu Gwylliama Wizjonera, który mianował się królem tych niegościnnych gór, stanowiła świadectwo jego geniuszu i prawdziwy cud architektury. Teraz było na najlepszej drodze, żeby znowu stać się arcydziełem. Po czterech latach wytężonej pracy tysięcy Firbolgów, kierowanych przez drogich rzemieślników spoza Ylorc, przywrócono do dawnej świetności połowę miasta. Jego twórca mógłby jednak nie zrozumieć priorytetów władcy Bolgów, który rozpoczął odbudowę. Zapewne przyklasnąłby wzmocnieniu funkcji obronnych i poprawie infrastruktury, ale dodanie kłów i innych cech firboldzkich do starożytnych cymriańskich posągów raczej by go rozgniewało. Tumult dobiegający z dołu nagle przycichł. Robotnicy, którzy taszczyli kamienie, układali dachówki i cegły oraz wykonywali setki innych czynności związanych z rekonstrukcją Canrif, raptem zamarli w bezruchu, wlepiając weń wzrok. Paraliż rozprzestrzeniał się z każdą chwilą, w miarę jak kolejni Bolgowie przerywali swoje zajęcia. Achmed cofnął się pospiesznie i ruszył dalej korytarzem. Niebawem usłyszał, że praca znowu wre. Blisko wyjścia z tunelu jego twarz owiało czyste powietrze. Kiedy wyszedł na skalną półkę, wiatr szarpnął płaszczem i chustą, niosąc ze sobą różne wibracje, zapachy ognisk obozowych, głosy i kroki żołnierzy. Król spojrzał w dół. Tysiąc stóp pod nim, w suchym wąwozie, zmieniały się warty. Migotliwe światełka pochodni tańczyły na dnie kanionu niczym ogniste węże, podczas gdy żołnierze odbywali wieczorną musztrę. Do Achmeda docierały strzępy rozkazów. Zadowolony, popatrzył w górę. Niebo pociemniało, tu i ówdzie chmury przesłaniały mrugające gwiazdy. Następnie powędrował wzrokiem ku miejscu, gdzie wąwóz skręcał na południowy wschód. Ściągnął chustę i zamknął oczy, wystawiając twarz i szyję na łaskotanie wiatru. Otworzył usta. Miał wrodzony dar wyczuwania rytmów życiowych osób, które urodziły się na jego rodzinnej wyspie Serendair, od półtora tysiąca lat spoczywającej na dnie morza. Było ich teraz raptem kilka tysięcy, wciąż pozostających w wieku, w jakim opuściły wyspę.

Niemal od razu znalazł to, czego szukał. Odetchnął cicho. Jego puls zwolnił, dostosowując się do równomiernego, silnego bicia serca najstarszego przyjaciela. Cowieczorny rytuał przynosił Achmedowi coś w rodzaju ukojenia. Grunthor żyje, pomyślał. Po krótkiej chwili zaczął nasłuchiwać innego tętna, lżejszego i szybszego. Znał je tak dobrze jak swoje własne. Z jego właścicielką był związany przyjaźnią, proroctwem, przysięgą. Też szybko je odnalazł, daleko za Zębami i bezkresną równiną Krevensfield, za falującymi wzgórzami Rolandii, prawie nad morzem. Docierało z oddali niczym kojąca pieśń, tykanie zegara, szmer strumyka. Z ulgą głęboko odetchnął. Dobranoc, Rapsodio. Wyczuł obecność Ometa, nim usłyszał dyskretne chrząknięcie. Patrząc na kanion, czekał, aż rzemieślnik stanie u jego boku. Omet poszedł za jego wzrokiem. - Spokojna noc - powiedział. Władca skinął głową. - Są już najnowsze przesyłki? - Tak. Wręczył królowi skórzaną sakiewkę i odgarnął włosy, które wiatr cisnął mu na oczy. Urosły od czasu, kiedy terminował w fabryce ceramicznej w Yarim. Na wspomnienie jej groźnej właścicielki zadrżał mimo woli. Później stał w milczeniu, podczas gdy władca czytał listy przyniesione przez skrzydlatego posłańca. Ptasia poczta była równie niezawodna jak wschody i zachody słońca. - Nadal nic z Canderre - stwierdził Achmed, rozwijając małe świstki welinu. Szczególnie jeden wzbudził jego zainteresowanie. - Francis Pratt ostatnio chorował, tak słyszałem. - Od Shaene’a? - Tak. - Więc ambasador pewnie zabawia się w burdelu. Jeszcze nie spotkałem osobnika, który myliłby się częściej niż Shaene. - Achmed kopnął kamyk w przepaść, wiedząc, że nie usłyszy odgłosu jego uderzenia o ziemię. - Podejrzewam, że Pratt ma kłopoty ze znalezieniem rzemieślnika w zachodnich prowincjach. - Prawdopodobnie. - Słowo zawisło w powietrzu, unoszone przez wiatr. Król Bolgów obrócił w rękach ostatni liścik.

- Jeśli Prattowi nie uda się w Canderre, może w Sorboldzie znajdzie się ktoś godny zaufania. Albo na Manosse. Omet westchnął cicho. - Możemy spróbować w Yarim. Tam są najwięksi mistrzowie. Władca w końcu się odwrócił i spojrzał na niego z lekkim uśmiechem. - Ciekawe, że wspomniałeś o Yarim, bo właśnie dostałem wiadomość od Rapsodii. Chciałaby, żebyśmy się z nią spotkali za dwa tygodnie. Grunthor, ty i ja. Roześmiał się, dostrzegłszy przerażenie na twarzy młodzieńca. - Ktoś powinien doglądać prac, gdy wasza wysokość i sierżant wyjadą - rzekł pospiesznie Omet, odzyskując głos. - Tak właśnie przypuszczałem. Skoro wolisz zostać z Rhurem i tym idiotą Shaene’em... Omet westchnął. - Jakoś wytrzymam. Achmed pokiwał głową. - Twój wybór. Ja natomiast chętnie skorzystam z okazji, żeby uciec od Shaene’a. Nasunął chustę na twarz, jeszcze raz spojrzał na góry, kanion i Przeklęte Wrzosowisko, a potem odwrócił się i ruszył z powrotem w głąb Kotła. W drodze do swoich komnat zajrzał do odnowionej kuźni Gwylliama, w której dzień i noc płonęły ogniska kowalskie. Na każdej zmianie, w oślepiającym blasku i piekielnym żarze, trzy tysiące Bolgów wyrabiało ze stali broń, narzędzia, zbroje i elementy budowlane. Z każdym uderzeniem młota i sapnięciem miechów rosła potęga Ylorc. W zastępstwie Grunthora Achmed sprawdził, czy ktoś nie dobrał się do stosu z brakami, czy kowale nie dodają za dużo rudy żelaza do stopu, co im się do niedawna zdarzało, czy zgadza się liczba svardów - trójgraniastych noży do rzucania - które Bolgowie eksportowali do Rolandii. Stwierdziwszy, że kuźnia pracuje jak należy, pożegnał się z mistrzem i ruszył do wyjścia. Po drodze zatrzymał się na chwilę przy świeżo wykutych pociskach do cwellana, oryginalnej broni, którą sam zaprojektował. Wyglądała jak asymetryczna kusza, ale zamiast strzał miotała, seriami po trzy, cienkie metalowe dyski, ostre jak brzytwa; każdy kolejny coraz głębiej wbijał się w ciało ofiary. Król Firbolgów uniósł jeden do światła i przez chwilę patrzył, jak blask płomieni odbija się od niebiesko-czarnej powierzchni rysinu. Nagle ogarnięty zmęczeniem pospieszył do komnat.

TRZECIA NIĆ