uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 787 797
  • Obserwuję782
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 053 571

Gerald Seymour - Gra Harryego

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :1.0 MB
Rozszerzenie:pdf

Gerald Seymour - Gra Harryego.pdf

uzavrano EBooki G Gerald Seymour
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 11 osób, 24 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 277 stron)

GERALD SEYMOUR GRA HARRY’EGO (Harry’s Game) Przełożył: Krzysztof Wargan Wydanie oryginalne: 1975 Wydanie polskie: 1991 ROZDZIAŁ 1 Mężczyzna torował sobie drogę przez tłoczącą się, bezkształtną ciżbę. Był już spóźniony i serce biło mu mocniej ze zdenerwowania. Podszedł do tłumu otaczającego automat sprzedający bilety na metro. W momencie gdy wyciągnął rękę z pieniędzmi, został odepchnięty przez ludzką masę i musiał stanąć w nowo uformowanej kolejce. Upłynęły ponad dwie minuty, zanim zdołał umieścić w automacie dziesięciopensówkę i wyciągnął bilet. I tak więcej czasu zajęłoby mu powolne posuwanie się w przeraźliwej długiej kolejce do kiosku. Przeszedł do następnego urządzenia. Automatyczna barierka po wrzuceniu biletu podniosła się, by go przepuścić. Tutaj było już luźniej i mężczyzna wydłużył kroki. Będąc po tamtej stronie czuł się jak w zakorkowanej butelce, ściśnięty bez możliwości ucieczki. Znalazłszy się na otwartej przestrzeni z miejsca wpadł na jakiegoś zaczytanego w gazecie starszego jegomościa. Uskoczywszy w bok potrącił dziewczynę obładowaną rzeczami z pralni, uderzając ją lewym łokciem. Spojrzała nań spłoszona i ze złością, usiłując złapać równowagę i zarazem nie upuścić plastikowej torby, którą obiema rękami przyciskała do siebie. Czekała, aż wymamrocze jakieś usprawiedliwienie, poda jej rękę, tak jak wymagają tego powszechnie przyjęte zasady. Nie wypowiedział jednak ani słowa, posłuszeństwo wzięło w nim górę. Zabronili mu odzywać się, gdy będzie w drodze do celu. „Bądź niemy, brutalny, rób cokolwiek, tylko nie otwieraj swojej wielkiej gęby”, powiedzieli. Wtłoczyli mu do głowy, że nikt nie może usłyszeć jego twardego, nosowego akcentu z West Belfast.

Oddalił się spiesznie, pozostawiając starszego człowieka, usiłującego uratować swoją gazetę przed zadeptaniem, i dziewczynę wciąż próbującą utrzymać równowagę. Czuł na sobie wzrok świadków zdarzenia, narobił wystarczająco dużo zamieszania, aby go zapamiętano. Instrukcja nakazywała: „Nie odbywać się”… ale on zakłócił ustalony porządek w godzinach największego ruchu. Przydałoby się choć najdrobniejsze usprawiedliwienie. Około pół tuzina osób stało dostatecznie blisko, aby przyjrzeć się mężczyźnie uciekającemu do tunelu i ruchomych schodów w kierunku linii Victoria. Mieli dużo czasu, by zobaczyć jego twarz, zapamiętać, jak był ubrany, a przede wszystkim, by zauważyć, że w jego oczach pojawił się strach. Dotarł do ruchomych schodów i zaczął schodzić trzymając się lewej strony. Miał teraz wokół siebie ludzi czytających gazety i ogłoszenia. Był poza zasięgiem ich spojrzeń. Zdawał sobie sprawę, że w hallu zachował się idiotycznie. Wiedział, że potrąceni przez niego ludzie będą w stanie go rozpoznać. Znów – tak jak zdarzyło się to już kilka razy od czasu, gdy przebył morze – poczuł lekkie drżenie w dłoniach i stopach. Prawą ręką niezdarnie sięgnął do gumowej poręczy. Zacisnął palce na twardej powierzchni i tak dotrwał do końca drogi, po czym – już na dole – zeskoczył z ruchomego stopnia na podłogę. Potknął się przy tym lekko, popchnięty przez stojącego za nim młodzieńca. Uchwycił za ramię jakąś kobietę, która uśmiechnęła się do niego przyjaźnie. Gdy udało mu się odzyskać równowagę, z wahaniem odpowiedział na jej uśmiech i odszedł. Tym razem poszło lepiej, pomyślał, bez napięcia, bez zwracania na siebie uwagi. Zachować zimną krew, nie przejmować się. Tłum porwał go ze sobą i zaniósł na peron. Wybrano godzinę, w której pociągi jeździły bardzo często. W najgorszym razie będzie czekał nie więcej niż minutę. Lewą rękę trzymał cały czas na piersi, zagłębioną pomiędzy guzikami prochowca. Dłoń ściskała lufę pistoletu maszynowego Kałasznikowa, który przytroczył sobie do płaszcza dwie godziny i dwadzieścia minut wcześniej, przed wyruszeniem z pensjonatu w North London.

Od tej chwili nie przestawał dotykać zimnego metalu i na skórze odcisnął mu się kształt celownika. Lufa wraz z zamkiem miała nieco więcej niż pięćdziesiąt centymetrów długości, kolba wykonana była ze stalowych rurek, magazynek spoczywał w kieszeni spodni. Po chwili z ciemnego tunelu wynurzył się pociąg, zatrzymał się i otworzył drzwi. Gdy ruszył, mężczyzna usiadł na wolnym miejscu, ostrożnie, aby nie przygnieść magazynka i znajdujących się w nim trzydziestu naboi. Zbliżył lewą dłoń do dziurki od guzika, by móc spojrzeć na zegarek. Wskazywał ósmą pięćdziesiąt jeden. Najwyżej pięć minut do stacji Victoria, trzy – z peronu na ulicę i, ostrożnie licząc, siedem na dotarcie do celu. Będzie tam o dziewiątej sześć. Pociąg wtoczył się na stację Green Park i stał tam nieco więcej niż czterdzieści pięć sekund, wypuszczając strumienie pasażerów, potem jeszcze chwilę, aby wpuścić wsiadających, zanim drzwi zamknęły się na znak dany przez peronowego. Znaleźć się na miejscu o dziewiątej sześć oznaczało, że miał dwie, najwyżej trzy minuty na złożenie broni i zajęcie pozycji dogodnej do strzału. Przewidziany instrukcją właściwy moment zbliżał się i mężczyzna znowu zaczął odczuwać drżenie, które nie odstępowało go od Rosslare i chwili zejścia z peronu. Poczuł je po raz pierwszy w Fishguard, gdy przemaszerował ze swoim kałasznikowem pod zimnymi spojrzeniami członków Oddziałów Specjalnych, obserwujących pasażerów promu z Irlandii. Minął ich wtedy bez przeszkód, zawzięcie machając ręką do nieistniejących krewnych za punktem kontrolnym i niespodziewanie zdał sobie sprawę, że mu się udało. Dając mu instrukcję powiedzieli, że najniebezpieczniejszą częścią zadania przed oddaniem strzału będzie właśnie przejście w Fishguard. Gdy oddalił się już, widział, jak dokładnie i bez emocji strażnicy obserwują każdego przechodzącego z osobna. Lecz nikt, kogo widział wcześniej na promie, nie został zatrzymany. Instruując go, wyjaśnili, że jego atutem jest przeciętność, to, że nigdy nie pobrano jego odcisków palców, nigdy go nie sfotografowano, a jego twarz była zupełnie nieznana. Wystarczy, że będzie trzymał nerwy na wodzy, a przejdzie bez trudu. Miał nie wykorzystywać żadnych znanych adresów w Londynie, nie kontaktować się z nikim,

udawać protestanta – jak powiedział jeden z nich wzbudzając salwę śmiechu. Pociąg szarpnął i zatrzymał się, wagony zaczęły pustoszeć. Victoria. Przytrzymując się prawą ręką uchwytu przy drzwiach, mężczyzna wyszedł na peron. Odruchowo zaczął się spieszyć, lecz po chwili zwolnił i skierował się w stronę świecącego napisu „wyjście”. * * * O godzinie dziewiątej, wraz z początkiem nadawania wiadomości, w domu ministra zapanował spokój. Trójka dzieci była już w drodze do szkoły, pozostałych dwoje mocowało się jeszcze z płaszczami, szalikami, kijkami do hokeja i tornistrami. Dziewczyna do pilnowania dzieci była razem z nimi w hallu. Między nogami kręcił się wielki chart afgański należący do ministra. Minister zasiadł samotnie przy długim stole w jadalni. Dziecięce nakrycia zostały teraz zastąpione przez rozpostarte gazety. Zaczął od artykułów redaktorskich i poprzez doniesienia parlamentarne, dotarł w końcu do wiadomości z pierwszych stron. Czytał szybko, z pozoru bez zaniepokojenia czy przyjemności. Mówiono, że tylko jego najbliżsi parlamentarni koledzy, czyli czterej członkowie gabinetu, wiedzieli, o czym myśli w chwili takiej, jak ta. W gazetach znajdował jednak niewiele więcej niż zwykłe zaspokojenie ciekawości, jak powodzi się jego kolegom. Od czasu gdy przez osiemnaście miesięcy był drugim człowiekiem w Belfaście, jego awans na ministra spraw socjalnych i miejsce w gabinecie odsunęły go z centrum zainteresowania prasy i niejako ukryły w cieniu. Pojawiały się wprawdzie pełne sprawozdania z jego wystąpień w parlamencie, lecz kierowany przez niego monolityczny resort działał sam, niemal bez jego udziału. Tego dnia nie wspominano o nim, a wzmianka o resorcie pojawiła się jedynie w długiej historii o pewnej staruszce z północnego wschodu, którą wzięto do szpitala cierpiącą na niedożywienie i bez grosza przy duszy. Oświadczyła lokalnym władzom, iż nigdy nie otrzymała swojej emerytury i że ludzie powinni lepiej pilnować swoich interesów. – Idiotka – mruknął pod nosem.

Wiadomości były głównie zagraniczne. Strajk górników w Afryce Południowej, przerwanie ognia na Środkowym Wschodzie, przetasowania na Kremlu. Wtem jego wzrok zatrzymał się na jednej z informacji. „Podłożona w samochodzie bomba zniszczyła pub w centrum Belfastu. Dwóch zamaskowanych mężczyzn kazało klientom opuścić lokal, lecz ładunek eksplodował, zanim wszyscy zdążyli się ewakuować. Trzy osoby w ciężkim szoku odwieziono do szpitala, lecz – jak donoszą władze – nikt nie odniósł groźnych obrażeń”. W Belfaście dzieją się ostatnio niedobre rzeczy, stwierdził. Czas spojrzeć, co w piłce nożnej, potem prognoza pogody i już będzie pięć po dziewiątej. Złożył gazety i sięgnął pod stół po swoją teczkę. Za trzy minuty przyjedzie po niego samochód. – Wychodzimy, kochanie – krzyknął i skierował się do hallu. Chart siedział teraz spokojnie na wycieraczce, dzieci były gotowe. Minister włożył ciężki, ciemnoniebieski płaszcz, zawahał się przez chwilę, patrząc na wiszący na kołku szalik, lecz zdecydował się go nie zakładać. Pocałował żonę w nadstawiony policzek i otworzył drzwi, wychodząc na plac Belgrave. Dziewczyna wraz z psem zbiegła po schodach na chodnik, za nią zeszły dzieci, a po chwili także minister z żoną. Z prawej strony zobaczył, jak z Halkin Street wyłania się jadący po niego austin princess. Dziewczyna z dziećmi i psem skręciła w lewo, w kierunku Chapel Street. Z drugiej strony drogi jakiś niski, ciemnowłosy mężczyzna przechylał się przez barierkę. Minister potężnym głosem zawołał za oddalającymi się dziećmi: – Miłego dnia kochani. I nie zróbcie jakiejś szkody tymi kijkami. Uśmiechał się jeszcze do odchodzącej dziewczyny, gdy nagle spostrzegł karabin, sterczący spod płaszcza mężczyzny po drugiej stronie ulicy. Stał teraz obok chodnika, zaledwie kilka metrów od domu. Odwrócił się i spojrzał na zbawienne drzwi i stojącą przed nimi, wpatrzoną w dzieci, żonę. W chwili gdy zaczął krzyczeć, aby ją ostrzec, mężczyzna oddał pierwszy strzał. Miał wrażenie, że cała ulica wyleciała w powietrze. Pocisk kalibru 7,62 mm wbił się w jego

klatkę piersiową, przeciął ciało dziurawiąc płuca, rozszarpując mięśnie w okolicy kręgosłupa i wylatując z drugiej strony, aby wreszcie zaryć w białej ścianie domu. Siła strzału okręciła i powaliła ministra, tak że następne kule chybiły celu i wpadając do przedpokoju rozbiły lustro przy wejściu. Gdy mężczyzna wycelował po raz trzeci – „trzymaj go na celu”, powiedzieli, „nie daj się rozpoznać i, na rany Chrystusa, pospiesz się” – usłyszał krzyk. Żona zbiegła ze schodów w kierunku męża zwijającego się z bólu. Tym razem nie spudłował. Z fascynacją patrzył, jak kule rozpruwają lśniący, gładki tył głowy. Była to ostatnia chwila, gdy mógł jeszcze widzieć swój cel, zanim kobieta, wciąż krzycząc, zakryła sobą ciało przed jego wzrokiem. Spojrzawszy w lewo, zobaczył, że jakiś samochód zatrzymał się na środku ulicy nie gasząc silnika. Po prawej stronie dostrzegł na chodniku grupkę dzieci, zastygłych w bezruchu niczym statuetki, i psa, uwiązanego na naprężonej smyczy i usiłującego uciec przed hałasem. Odruchowo zabezpieczył karabin, złożył go i wsunął do pochwy, którą przytroczono mu do wewnętrznej strony płaszcza. Potem puścił się biegiem, uskakując z drogi jakiejś kobiecie. Skręcił w Chapel Street i jeszcze przyśpieszył. Teraz w prawo, na Grosvenor Place. Pomyślał, że musi przebiec przez ulicę. Strumień samochodów odgrodzi go od ścigających. Biegł wzdłuż wysokiego muru Pałacu Buckingham. Przechodnie, widząc go, ustępowali mu z drogi. Mocno przyciskał do ciała poły rozpiętego płaszcza. Karabin był już bezużyteczny, czuł jak jego zakrzywiony magazynek wbija mu się między żebra. Wiedział, że dopóki ucieka, jest bezbronny. Nie pomyślał, że nikt nie ma powodu, by go zatrzymać. Skoncentrował się niemal wyłącznie na śledzeniu drogi, wypatrując przerwy w rzece autobusów, dorożek i ciężarówek. Przebiegł przez Buckingham Palace Road i dotarł do stacji metra Victoria, gdzie, jako jeden z

wielu pasażerów, poczuł się już bezpieczniejszy. Wyciągnął z kieszeni monetę dziesięciopensową. Rozluźnił się i stanął w kolejce. Po chwili dziesięciopensówka znalazła się w otworze automatu. „Pamiętaj”, powiedzieli mu, „policja będzie szukać samochodu, lepiej, żebyś pojechał metrem”. Dali mu plan drogi. Linią Victoria do Oxford Circus, dalej do Notting Hill Gate linią centralną, później krótki przejazd do Edgware Road i do Watford linią Bakerloo. Gdy pociąg ruszył, jego zegarek wskazywał dziewiątą dwanaście. * * * Syreny wozów patrolowych zagłuszyły krzyki żony ministra, wciąż leżącej na martwym ciele męża. Patrol wezwano tu dokładnie dziewięćdziesiąt sekund wcześniej, krótkim komunikatem: „Na placu Belgrave zastrzelono mężczyznę”. Dwaj policjanci, którzy właśnie wyszli z samochodu, myślami byli jeszcze przy korku ulicznym koło przejścia podziemnego Knightsbridge. Pierwszy wysiadł dwudziestodwuletni George Davies, pracujący w policji metropolitarnej zaledwie od trzech lat. Objął spojrzeniem kobietę, leżące pod nią ciało i ślady rozbryzganego na stopniach mózgu. Zatrzymał się w pół kroku, czując, że żołądek podchodzi mu do gardła. Dwukrotnie od niego starszy Frank Smith krzyknął: – Nie zatrzymuj się, idź. Mijając go podbiegł do zwiniętych na schodach postaci i odciągnął żonę ministra. – Nie tamuj dostępu powietrza – wrzasnął, zanim zdołał dojrzeć rozbitą czaszkę i strzępy ludzkiego ciała na kamiennych płytach i szlafroku kobiety. Wciągnął powietrze, mruknął coś po cichu i na kolanach odwrócił się do pobladłego Daviesa, stojącego dziesięć kroków zanim. – Karetka, więcej ludzi. Powiedz im, że to duża sprawa, i żeby się pośpieszyli. Gdy znów spojrzał na kobietę, rozpoznał ją. – Czy pani Danby? – wyszeptał. Mimo formy pytania, było to stwierdzenie faktu. Skinęła głową. – Pani mąż? Znowu przytaknęła. Milczała i teraz dzieci podeszły do niej bliżej. Smith objął wzrokiem

całą scenę. – Proszę zabrać je do środka. Było to polecenie i matka z dziećmi powoli podeszła w stronę drzwi, i zniknęła wewnątrz domu. Smith wstał z klęczek i ciężkim krokiem odszedł do samochodu. – Davies, nie dopuszczaj do nich nikogo. Nadał przez radio krótki, urywany komunikat. – Tango George na placu Belgrave. Strzelano do Henry’ego Danby. Nie żyje. Ambulans i pomoc już zamówiliśmy. Ulica zaczęła wypełniać się ludźmi. Szofer ministra otrząsnął się z pierwszego szoku i wycofał samochód do barierki parkingu. Podjechały dwa kolejne wozy policyjne z włączonymi światłami. Jeszcze zanim się zatrzymały, wyskoczyli z nich funkcjonariusze CID. Dźwięk syreny sygnalizował, że zbliża się już karetka, wysłana z St George Hospital przy rogu Hyde Park. Wóz specjalnej grupy patrolowej Scotland Yardu zablokował wjazd na plac od strony południowej. Stojący przed nim policjant trzymał w ręku czarnego smith- wessona kaliber 38. – Możesz to odłożyć – powiedział jego kolega. – Przyjechaliśmy o wiele za późno. * * * W Oxford Circus mężczyzna zastanawiał się przez chwilę, czy nie przerwać podróży i nie wyjąć z kałasznikowa magazynka. Zdecydował się tego nie robić i ruszył do ruchomych schodów, które zaniosły go na poziom linii Centralnej. Później będzie czas, aby martwić się o broń. Teraz powinien jak najszybciej oddalić się stąd. Jego zaprzątnięty myślami umysł wciąż nie był w stanie ogarnąć ostatnich wydarzeń. Jedynym wrażeniem, jakie odniósł, było uczucie, że coś tu poszło zbyt łatwo, że po całej tej pracy, po wszystkich przygotowaniach, samo zabicie powinno kosztować więcej trudu. Pamiętał kobietę leżącą na martwym ciele, dzieci i psa na chodniku, starszą damę, którą wyminął uciekając, lecz myśleniem o nich nie zaprzątał sobie głowy. Teraz liczyło się tylko to, aby jak najszybciej opuścić miasto.

* * * Pierwsze doniesienie o zabójstwie pojawiło się na biurku komisarza Scotland Yardu o dziewiątej dwadzieścia pięć. Zdejmował właśnie płaszcz po powrocie z Epsom, gdy jego pomocnik wszedł z pierwszym raportem. Komisarz spojrzał gniewnie, gdyż młody oficer pojawił się w pokoju z jakąś kartką w ręku, nie zapukawszy wcześniej. Czytając wiadomość zauważył, że papier był podarty na dole, jakby ktoś pośpiesznie wyrwał go z drukarki. – Daj mi tutaj kogoś z C1, z oddziałów specjalnych i specjalnej grupy patrolowej. Chcę ich widzieć za pięć minut. Podszedł do biurka, nacisnął przycisk interkomu i powiedział ostro: – Z premierem proszę. Gdy zapaliło się pomarańczowe światełko, komisarz odruchowo wyprostował się na krześle, poprawił krawat i podniósł słuchawkę. Usłyszał odległy głos. – Halo, panie komisarzu, połączyliśmy się już. Za sekundę będzie rozmowa. Rozległ się kolejny trzask i premier powiedział: – Tak, dzień dobry, panie komisarzu. Czym mogę panu służyć? Komisarz mówił powoli. Pierwsze doniesienie i bardzo smutna wiadomość: Henry Danby nie żyje, ciało jest w drodze do szpitala. Na pierwszy rzut oka jest to robota zawodowego mordercy. Duża aktywność policji, lecz na razie nic więcej nie wiadomo. Powiedział to wszystko cichym głosem, a rozmówca nie przerwał mu ani razu. Gdy skończył, głos z drugiej strony linii zapytał: – To wszystko? – Na razie wszystko, przecież upłynęło niedużo czasu. – Niech pan powie, jeśli będzie potrzebna pomoc – wojsko, siły powietrzne, wywiad, cokolwiek pan zechce! Komisarz nie odpowiedział. Premier kontynuował: – Proszę zadzwonić do mnie w ciągu pół godziny. Ktoś z naszych ludzi zawiadomi prasę. Komisarz uśmiechnął się krzywo. Prasa zareaguje natychmiast. Znów się skrzywił. Gdy odkładał słuchawkę, do pokoju weszło trzech mężczyzn, których wcześniej wzywał. Byli to szefowie służb specjalnych: C1 – jednostki wywiadu do spraw kryminalnych, Oddziałów Specjalnych – antyterrorystycznych oddziałów Scotland Yardu i Specjalnej Grupy

Patrolowej – jednostki do najpoważniejszych zadań. Wszyscy byli oficerami, lecz tylko szef Specjalnej Grupy Patrolowej miał na sobie mundur. Gabinet komisarza urządzono po spartańsku i bez zbędnych ozdób. Oficerowie wzięli spod ściany proste krzesła i przystawili je do biurka. Komisarz zwrócił się najpierw do dowódcy Specjalnej Grupy Patrolowej. Zapytał, czego zdołano się już dowiedzieć. – Niewiele. Stało się to o dziewiątej siedem. Danby wychodził z domu, jak zawsze o tej samej porze czekał na samochód z ministerstwa. Po drugiej stronie ulicy przystaje jakiś mężczyzna. Oddaje kilka strzałów, po czym ucieka w kierunku Victorii. Jak dotychczas niewiele dowiedzieliśmy się od naocznych świadków. Pewna kobieta, która stała wtedy na chodniku, widziała go nieźle, lecz w tej chwili jest w lekkim szoku. Wiemy, że mężczyzna ten może mieć, powiedzmy, około trzydziestki, jak określiła, pociągłą twarz i ciemne włosy. Ubranie raczej zwyczajne – ciemne spodnie, jasny płaszcz. To wszystko. – A karabin? – Trudno powiedzieć – odezwał się dowódca oddziałów specjalnych. – Z tego, co mówiła ta kobieta, sadzę, że był to AK 47 nazywany kałasznikowem. Używają go Rosjanie. Korzystano z niego także w Wietnamie, w Adenie, podczas Czarnego Września. Zaprojektowany w Czechosłowacji, w tej chwili już przestarzały, u nas nigdy dotąd się nie pojawił. IRA próbowała sprowadzić te pistolety do Ulsteru, ale nigdy im się to nie udało. Przewożono je na Claudii – na tym statku rybackim, który nakryliśmy. Ładunek został skonfiskowany. Jest to broń klasyczna, osiąga do czterystu strzałów na minutę i szybkość, z jaką pocisk wylatuje z lufy, około sześciuset metrów na sekundę. Efektywny zasięg rażenia – pół mili. Najnowszy model ma składaną kolbę i mieści się w dużej torbie. Pasuje akurat. To cholerna broń. Ma kaliber nieco większy niż nasze pistolety, więc pasuje do niego amunicja z krajów wschodnich, a jeśli trzeba, także nasza. Znaleźliśmy cztery łuski, ale do tej pory nic bliższego na ich temat nie wiadomo. Charakterystyczny odgłos, jaki wydaje ten pistolet

podczas strzału, pozwala odróżnić go od innych. Opis, który podała nam ta kobieta, pasuje do kałasznikowa. – A jakie stąd wnioski? – Nie jest to broń amatorska. Nie spotkaliśmy się z nią nigdy dotąd. Jeżeli rzeczywiście jest to kałasznikow, nie mamy do czynienia z byle kim. Znaczyłoby to, że nasi wrogowie są silni i wiedzą, czego chcą. Było to mocne stwierdzenie. Wszyscy czterej zamilkli na chwilę rozważając tę niewesołą myśl. Mają więc do czynienia z zawodowym mordercą politycznym. Przemknęło to przez głowę komisarza, zanim powiedział głośno, że człowiek, który postarał się o najodpowiedniejszą na świecie broń, z pewnością zadbał także o inne szczegóły operacji. Zapalił pierwszego tego dnia papierosa, o dwie godziny wcześniej niż obiecał sobie po ostatniej kontroli lekarskiej i przerwał milczenie. – Z pewnością przemyślał drogę ucieczki i wybrał najlepszą z możliwych. W jaki sposób możemy go zatrzymać? – Tak jak zazwyczaj na tym etapie – odpowiedział szef jednostki wywiadowczej. – W portach, na promach, lotniskach, drogach prywatnych – kiedy tylko zdołamy obsadzić je naszymi ludźmi. Zawiadomiliśmy już wieże kontrolne. Tylu ludzi, ilu mogłem, wysłałem do pilnowania stacji metra, zwłaszcza na peryferiach miasta. Pobiegł w kierunku Victorii, może na metro, może na pociąg. Próbujemy to ustalić, lecz potrzeba nieco… Urwał. Powiedział już wystarczająco wiele. Komisarz uderzył filtrem papierosa o blat stołu. Pozostali siedzieli w milczeniu, niecierpliwi, chcąc zakończyć już to spotkanie i wrócić do swoich biurek, zespołów i spraw, które pozostawili. Komisarz wyczuł ten nastrój. – Wszyscy zgadzamy się chyba, że Danby został zamordowany ze względu na swoją pracę w Irlandii Północnej, chociaż Bóg raczy wiedzieć, czy spotkałem w życiu mniej kontrowersyjnego ministra. Nie jest to robota szaleńca, gdyż szaleńcy nie dysponują komunistyczną bronią, żeby używać jej na Belgrave. Wygląda więc na to, że był to ktoś z IRA, czy tak? Trzeba skontrolować wszystko, co się da. Charlie będzie koordynował prace.

Liczę na jakieś informacje z Belfastu. Powodzenia. To ostatnie zabrzmiało łagodnie. Nie sposób było przynaglać tych trzech mężczyzn do pracy. Po raz pierwszy od czasu, gdy zajął to stanowisko, komisarz odczuł, że czegoś się od niego wymaga. „Głupiec” – pomyślał, gdy drzwi zamknęły się za dowódcą Specjalnej Grupy Patrolowej. Na konsoletce znów zapaliła się żółta lampka. Gdy podniósł słuchawkę, sekretarka powiedziała, że premier zwołał nadzwyczajne posiedzenie gabinetu na czternastą trzydzieści i prosi go o zreferowanie sytuacji na początku tego spotkania. – Daj mi wicekomisarza do spraw kryminalnych, Charlie’ego Hendersona – powiedział, zapisawszy w notatniku wiadomość z Downing Street. O godzinie jedenastej czterdzieści pięć telewizja BBC przerwała nadawanie programu dla szkół i, po dwóch sekundach, na ekranie ukazała się czołówka „Wiadomości”, a następnie spiker, który zawahał się przez moment po czym, opuściwszy głowę, zaczął czytać: – Nadajemy wiadomości. Dziś, kilka minut po dziewiątej nieznany mężczyzna zastrzelił szefa ministerstwa spraw socjalnych, pana Henry’ego Danby. Minister Danby opuszczał właśnie swoje mieszkanie na placu Belgrave, gdy wystrzelił do niego zamachowiec stojący po drugiej stronie ulicy. W chwili przywiezienia do szpitala już nie żył. Łączymy się teraz z naszym reporterem, Jamesem Lyonsem, który przebywa w pobliżu domu pana Danby’ego. Trudno jest tu, na placu Belgrave, zrozumieć dokładnie, co stało się dzisiejszego ranka, gdy pan Danby, wychodząc z domu, został zaatakowany przez nieznanego osobnika. Przed chwilą policja poleciła nam odsunąć się na odległość stu metrów od drzwi frontowych i przeczesuje teren w poszukiwaniu śladów, zwłaszcza łusek po nabojach. Lecz stoi właśnie przy mnie kobieta, która przechodziła z psem w chwili, gdy morderca oddał pierwszy strzał. P. Co pani widziała? O. Szłam właśnie z psem, gdy usłyszałam jakiś huk i zaraz pomyślałam, że to nie mógł być wypadek samochodowy. Kiedy wyjrzałam za róg, zobaczyłam mężczyznę trzymającego wzniesiony karabin czy pistolet…

P. Czy widziała pani ministra – pana Danby? O. Widziałam go. Skulił się, próbował się czołgać, ale wtedy padł drugi strzał. Stałam tam, a on wciąż strzelał, i ta kobieta… P. Pani Danby? O. Kobieta w drzwiach krzyczała. Nigdy nie słyszałam takiego hałasu, to było okropne, okropne… nic więcej nie wiem… on po prostu uciekł. Ten biedny człowiek leżał tam i krwawił. A kobieta ciągle krzyczała… to było straszne. P. Widziała pani tego mężczyznę z pistoletem? O. I tak, i nie. Przebiegł koło mnie bardzo szybko, uciekał. P. Jak wyglądał? O. Całkiem zwyczajnie: wysoki, ciemny. P. W jakim mógł być wieku? O. Był młody, mógł mieć pod trzydziestkę, ale biegł bardzo szybko. P. A czy widziała pani, jak był ubrany? O. Miał na sobie jasnobrązowy płaszcz z podszewką w kratkę. Zauważyłam, że karabin schował pod spód, do czegoś w rodzaju torby. Przebiegł tuż obok mnie. Nie byłam w stanie się poruszyć. To wszystko. * * * Powiedzieli, że wszystko pójdzie dobrze. Jeżeli nie zajdą jakieś nieprzewidziane wypadki, uda mu się wrócić. Wysiadł z kolejki na stacji Watford i zaczął iść w stronę barierki. Widział, że pilnujący nie patrzą na peron, lecz na wysiadających pasażerów. Minąwszy ich wszedł do toalety i zamknął się w kabinie o ścianach pokrytych licznymi graffiti. Zdjął płaszcz i powiesił go na drzwiach. Odwiązał rzemień na ramieniu, wyjął z pistoletu magazynek, zaimprowizowaną kaburę umieścił z tyłu pod marynarką tak, że broń miał teraz pod pachą. Pasowała akurat. Wyglądało to tak, jak gdyby płaszcz niezbyt dobrze na nim leżał, poza tym wszystko było w porządku. Z lekkim drżeniem podszedł do barierki. Stojący przy niej ludzie z CID wiedzieli, że zastrzelono ministra, domyślali się, że zabójca może uciekać metrem, wiedzieli także, iż ma jasnobrązowy płaszcz nieprzemakalny i pistolet

maszynowy. Nie uświadamiali sobie natomiast, że jego bilet może nie pochodzić ze stacji Victoria, że mógł zostać kupiony gdzie indziej podczas drogi. Nie wiedzieli również, że kałasznikowa można złożyć. Toteż przestali patrzyć na niego, gdy był jeszcze pięć metrów od barierki. Przeszedł obok nich, dysząc lekko, z czołem mokrym od potu, czekając na krzyk za sobą albo ciężką rękę, która za chwilę opadnie na jego ramię. Nie poczuł nic. Ze stacji wyszedł na parking, gdzie czekał jego avis cortina. Pistolet schował pod siedzenie dla kierowcy i ruszył w kierunku Heathrow. „Jeżeli zachowasz zimną krew, nie ma sposobu, żeby cię dostali”. Takiej rady mu udzielono. Było późno i podróż zajęła mu godzinę. Przewidział to i, gdy znalazł się na parkingu pierwszego terminalu, do odlotu zostało mu dziewięćdziesiąt minut. Zamknął samochód, pistolet pozostawiając pod siedzeniem. Wszędzie było pełno policji. Widział naszywki na ramionach: AP – policja lotniska, T – dywizja metropolitarna T, CO – specjalna grupa patrolowa. Wiedział, że ci ostatni mają broń. Poczuł się nieswojo. Jeżeli zawołają, a on zacznie uciekać – czy zastrzelą go?… Zacisnął pięść i podszedł do okienka biletowego. – Nazywam się Jones… mam zarezerwowany bilet do Amsterdamu na pierwszą, na BE 467. Dziewczyna za ladą uśmiechnęła się, skinęła głową i zaczęła wystukiwać zgłoszenie na klawiaturze komputera. Na ekranie ukazało się potwierdzenie i dziewczyna wręczyła mu bilet. Z megafonu rozległ się głos informujący pasażerów o opóźnieniach wszystkich lotów do Dublina, Corku, Shannonu i Belfastu. Przyczyn nie podano. „Właśnie te linie będą obstawione”, powiedzieli mu, „mają zbyt mało ludzi, żeby skontrolować wszystkie”. Mężczyzna pokazał swój nowy, brytyjski paszport, dostarczony przez dowódcę jego jednostki, i przeszedł przez stanowisko kontrolne. ROZDZIAŁ 2 Zazwyczaj komisarz podróżował sam, mając za towarzysza jedynie starszego już

wiekiem szofera. Tego popołudnia obok kierowcy siedział uzbrojony policjant. Samochód skręcił w Downing Street, minął barierki ustawione tu w pół godziny po nadejściu doniesienia o strzałach. Ocieniona ulica była pusta: usunięto z niej ministerialne wozy i przypadkowych gapiów. Przy drzwiach dwaj policjanci spierali się z fotoreporterami, którzy robili zdjęcia wszystkim wchodzącym i wychodzącym. Dziennikarze zostali odprowadzeni w kierunku linek rozpiętych na barierce przy chodniku, skąd musieli odejść na parking. Komisarz wszedł do przytulnego hallu, ozdobionego kandelabrami i czerwonym dywanem: stamtąd odprowadzono go do windy. Mijając niewielki pokój na prawo od drzwi, zauważył siedzących tam czterech mężczyzn ubranych po cywilnemu. Zgodnie z jego rozkazem straż przyboczna premiera została podwojona. Dwa piętra wyżej zaprowadzono go do gabinetu premiera. – Chciałem wiedzieć, czy ma mi pan coś do powiedzenia, zanim przejdziemy na dół. – Mogę tylko poinformować o tym, co wiemy i co robimy. Tego pierwszego jest niewiele, drugiego – sporo. – Trzeba będzie wiele wyjaśnić na temat ochrony osobistej ministra… Komisarz nic nie odpowiedział. Źle się czuł w tej atmosferze. Przyszło mu namyśl, że w ciągu trzech lat pracy na stanowisku pierwszego policjanta w państwie nigdy jeszcze nie był w tej marmurowej wieży, nigdy nie wyszedł poza pomieszczenia recepcji na parterze. Jadąc tu przyrzekał sobie, że nie pozwoli zrobić z policji kozła ofiarnego. Po trzydziestu sześciu latach pracy miał coraz większą ochotę wrócić do Scotland Yardu, do roboty bez ustalonego wymiaru godzin, ale przynajmniej konkretnej. Rozmowa się nie kleiła. Premier wstał i wskazał ręką drzwi. – Chodźmy – mruknął. – musimy się z nimi spotkać. Frank Scott z RUC i generał Fairbairn przyjadą z Belfastu mniej więcej za godzinę. Posłuchamy, co mają do powiedzenia. * * * Zamachowiec szedł szerokim pomostem w stronę tej części portu lotniczego w Amsterdamie, która przeznaczona była dla oczekujących na tranzyt. Jeśli wszystkie

obliczenia zgadzały się, miał pięćdziesiąt osiem minut do samolotu Aer Lingus odlatującego w kierunku Dublina. Widział członków specjalnej ochrony lotniska, uzbrojonych w krótkie i lekkie karabiny, patrolujących wejście na pomost podczas ładowania samolotu. Dostrzegł też wozy opancerzone na pasie startowym. Wszystkie środki przewidziane w programie antyterrorystycznym… nim samym jednak nikt się nie interesował. Wziął czekający na niego bilet i cofnął się do darmowego bufetu dla podróżnych. Radzili mu, żeby o tym nie zapomniał: „najlepszy w Europie”, powiedzieli. Plac Belgrave, hałas i krzyk pozostawały daleko za nim. Po raz pierwszy tego dnia poczuł coś w rodzaju chłodnego spokoju. * * * W gabinecie na parterze komisarz wstał, aby złożyć swój raport. Mówił powoli, ostrożnie dobierając słowa, świadom tego, że ministrowie są zaszokowani, podejrzliwi, a nawet nieprzychylni wobec tego, co miał do powiedzenia. Byli niespokojni. Z południowego wydania wiadomości telewizyjnych dowiedzieli się, że jest nowy, dokładniejszy opis… Po raz pierwszy policjant skupił na sobie pełną uwagę słuchaczy. – Tego ranka na stacji Oxford Circus miało miejsce wydarzenie, które wywołało nieco zamieszania. Jakiś mężczyzna torował sobie drogę przez tłum, rozpychając ludzi. Nie byłaby to rzecz godna zapamiętania, ale dwie kobiety, które oglądały w telewizji dzisiejsze poranne zdjęcia z placu Belgrave, niezależnie od siebie zadzwoniły na policję twierdząc, że rozpoznały na nich tego samego człowieka. Opis zgadza się z tym, który mieliśmy wcześniej, ale jest dokładniejszy. O czwartej będziemy mieli fotoportret. Przerwał, słysząc delikatne pukanie do drzwi. Do pokoju wszedł szef Policji Królewskiej z Ulsteru, Frank Scott i generał Sir Jocelyn Fairbairn z Irlandii Północnej. Gdy zajęli miejsca przy końcu stołu, zaczął mówić premier. – Jak wszyscy przypuszczamy, za to morderstwo odpowiedzialna jest Irlandzka Armia Republikańska. Nie znamy motywów, nie wiemy też czy jest to pierwsza z szeregu planowanych akcji, czy skończy się na tym jednym zabójstwie. Proszę o podjęcie

maksymalnego wysiłku w celu jak najszybszego ujęcia mordercy. Śledztwo nie może ciągnąć się przez miesiąc, dwa czy pół roku. Każdy dzień zwłoki to dla tych zbrodniarzy ogromny plus. Jest dla mnie tajemnicą, jak to się stało, że pan Danby został pozbawiony osobistej ochrony tak szybko po przyjeździe z Ulsteru. Dowiemy się o tym jutro od ministra spraw wewnętrznych. Dowiemy się także, co robi się, aby zapobiec dalszym tego typu atakom. Przerwał na chwilę. W pomieszczeniu panowała cisza, jak w klasie podczas lekcji. Komisarz przez moment zastanawiał się, czy nie wyjaśnić, że Danby sam zrezygnował z osobistej ochrony, udaremniając wysiłki policjanta, który próbował go strzec. Doszedł jednak do wniosku, że będzie lepiej, jeżeli premier usłyszy to z ust ministra spraw wewnętrznych. Premier wskazał na szefa RUC. – A więc, proszę pana… proszę państwa – zaczął ten. Jak wielu ulsterczyków wymawiał szkockie „r”. Obciągnął marynarkę od swojego zielonego munduru. – Jeżeli ten człowiek jest w Belfaście, będziecie go mieli. Może to zająć trochę czasu, ale miasto nie jest duże. Dowiemy się, gdzie jest i schwytamy go. Trudno byłoby zorganizować akcję na taką skalę bez angażowania wielu osób, z których każda może go wydać. Obecnie znacznie łatwiej jest skłonić ich do mówienia. Ci, którzy byli twardzi, siedzą już w więzieniu, a inni będą mówić. Jeśli jest w Belfaście, dostaniemy go. Było już po piątej i na dworze zrobiło się ciemno, gdy ministrowie, generał i premier skończyli wypowiadać się w tej sprawie. Premier zarządził spotkanie w tym samym składzie za dwa dni. W chwili, gdy po raz kolejny apelował o przyspieszenie działań, do pokoju weszła sekretarka, szepnęła coś komisarzowi na ucho i oboje wyszli. Ci, którzy siedzieli blisko, słyszeli, że użyła słowa „pilne”. Komisarz wrócił po dwóch minutach. Premier, spojrzawszy na jego twarz, przerwał w pół słowa. Oczy osiemnastu ministrów, szefa policji i generała zwróciły się w stronę wchodzącego. – Mam raczej nie najlepsze wiadomości – powiedział. – Policja w Heathrow odkryła wynajęty samochód, stojący na parkingu w pobliżu pierwszego budynku terminalu. Pod siedzeniem dla kierowcy znaleziono pistolet kałasznikowa. Czas opłacony na parking

wskazuje, że pasażer samochodu mógł odlecieć do Wiednia, Sztokholmu, Madrytu, Rzymu lub Amsterdamu. Załoga samolotu lecącego do Amsterdamu wróciła już na lotnisko. Posłaliśmy im portret: jest w drodze, ale jedna ze stewardess twierdzi, że mężczyzna pasujący do naszego pierwszego, niedokładnego opisu, siedział w piętnastym rzędzie przy oknie. Jesteśmy w kontakcie z policją holenderską i przesłaliśmy im dane, ale w międzyczasie mieliśmy już połączenie z Dublinem. Aer Lingus, lecący z Amsterdamu do Dublina, wylądował na miejscu dwadzieścia pięć minut temu i wszyscy pasażerowie zostali zatrzymani w hali bagażowej. Zebrani wydali z siebie zgodne westchnienie ulgi. Komisarz kontynuował. – Lecz policja lotniska w Dublinie donosi, że ci pasażerowie, którzy nie mieli ze sobą bagaży, przeszli przez kontrolę celną już wcześniej. – Czy jest prawdopodobne, że miał jakiś bagaż? – zapytał cicho premier. – Raczej wątpię, próbujemy to ustalić w okienku biletowym i przy stanowisku kontrolnym. – Co za zamęt – powiedział premier niemal niedosłyszalnie. – Musimy mieć jakieś rezultaty i to szybko. * * * Z Heathrow kałasznikow owinięty w folię powędrował w pancernym samochodzie do Woolwich, gdzie miano poddać go testowi na zasięg strzałów. Był jeszcze biały od kredy, którą pokryto go w komisariacie policji na lotnisku, w celu wykrycia odcisków palców. Jednakże tamtejszy specjalista stwierdził, że broń jest czysta. „Nie wygląda na to, żeby ten człowiek pracował w rękawiczkach”, powiedział. – „Musiał wytrzeć go jakąś szmatką lub czymś takim. W każdym razie zrobił to starannie”. * * * Dokładniej o szóstej po południu, w redakcji „Wiadomości” telewizji Republiki Irlandzkiej zadzwonił telefon. – Proszę słuchać uważnie, nie będę niczego powtarzać. Mówi rzecznik skrzydła militarnego Tymczasowej Irlandzkiej Armii Republikańskiej. Dziś nasza jednostka do zadań specjalnych wykonała wyrok śmierci na Henry’m DeLaceyu Danby, wrogu narodu

irlandzkiego i wspólniku brytyjskich sił okupacyjnych w Irlandii. Podczas osiemnastu miesięcy, jakie spędził w naszym kraju, do jego obowiązków należał nadzór nad obozem koncentracyjnym w Long Kesh. Był wielokrotnie ostrzegany, że jeżeli nie zmienią się reżimowe władze obozu, podejmiemy przeciwko niemu akcję. I tak się stało. W słuchawce rozległ się trzask. Spiker zaczął odczytywać zapisany stenogram. * * * Dziesięć godzin później z komisariatów policji w Belfaście wyruszyły uzbrojone oddziały. W przyćmionym świetle reflektorów czołowych przekroczyły barykady z worków z piaskiem ustawione w Andersonstown, na Hasting Street, Flax Street, Glenravel Street i Mountpottinger. Wartownicy w stalowych hełmach i kamizelkach kuloodpornych, wyposażeni w karabiny maszynowe, odciągali na bok ciężkie zasieki z belek i drutu kolczastego, odsłaniając przejścia prowadzące z kwater batalionu i kompanii wprost na ciemne ulice. Wewnątrz bojowych wozów siedzieli stłoczeni mężczyźni o pobladłych twarzach pod maskami gazowymi, w specjalnych ochronnych mundurach. Wyposażeni byli w działka strzelające gumowymi kulkami, w pałki i tarcze niemal żywcem przeniesione ze średniowiecza. Posiadali także, używane przez NATO, szybkostrzelne karabiny. Niewielu z tych mężczyzn miało okazję spać więcej niż kilka godzin na dobę, a jedynym luksusem, na jaki mogli sobie pozwolić podczas odpoczynku, było zdjęcie butów. Oficerowie i starszy komendant, który przygotowywał plan akcji, spali nawet krócej. Nie było żadnych rozmów i nikt się nie odzywał. Wszyscy wiedzieli, że czeka ich długi, męczący, chłodny i, prawdopodobnie, deszczowy dzień. Każdy z wozów miał zaciemnione okna, co stanowiło ochronę przeciwko snajperom. Na zewnątrz mógł wyglądać tylko kierowca, strzelec siedzący obok niego i strzelec na tyłach pojazdu. Lufy ich karabinów sterczały przez niewielkie otwory, dające jednocześnie wgląd na to, co działo się na ulicy. W żadnym domu nie paliło się światło, żadna z wystaw sklepowych nie była oświetlona. Z rzadka tylko można było dostrzec jakąś działającą latarnię uliczną, jedną z tych które oparły się czteroletnim próbom obu stron, aby zgasić je na zawsze.

W ciągu kilku minut konwoje przejechały głównymi ulicami i rozdzieliły się, podążając w kierunku dzielnic mieszkalnych. Tylko jeden z nich pozostał po zachodniej stronie miasta. Dwa tysiące mężczyzn, pozbieranych z sześciu batalionów, przemierzało drogi spięte w jedną całość przez Falls Road, główną, katolicką arterię, wychodzącą z dzielnicy zachodniej i prowadzącą w kierunku Dublina. Podczas tego przejazdu otwierały się wzmocnione drzwi opancerzonych wozów i wyskakiwali z nich policjanci, marynarze, żołnierze ze starych jednostek piechoty i natychmiast zajmowali bezpieczne pozycje bojowe. W części miasta wysuniętej najbardziej na zachód, w Andersonstown i Suffolk, gdzie domy były nowsze i zabudowa nieco chaotyczna, użyto jednostki artyleryjskiej, ludzi, przyzwyczajonych do manewrowania abbotami o dalekim zasięgu, którzy tutaj chronili się w ogrodach i za śmietnikami. Po drugiej stronie większość sił zgromadzono w Ardoyne i na wschodnich obrzeżach Lagan. Gdy znaleźli się na wyznaczonych pozycjach, czekano już tylko świtu. Samochody, które próbowały przejechać lub opuścić zastawione kordonami ulice, były zawracane. Wszyscy czekali w swoich schronieniach przy wciąż nasilającej się mżawce. Niektórzy strzelcy wyposażeni byli w karabiny ze specjalnymi celownikami, umożliwiającymi pracę w ciemności. Po pewnym czasie dały się słyszeć hałasy, to żołnierze zaczęli przeszukiwać mieszkania. Kobiety, poubierane jedynie w nocne koszule i z włosami zakręconymi na wałkach, wybiegały z domów na dźwięk gwizdów, ordynarnych wrzasków i brzęku przewracanych koszy na śmiecie. Do tej kakofonii dołączyły odgłosy walenia kolbami karabinów w drzwi, które później – jeśli nie było odpowiedzi – wyłamywano łomami i taranami. Po kilku minutach na ulicy było tyluż cywilów, co wojskowych. Żołnierze nie reagowali na rzucane im w twarz obelgi. Pomiędzy nimi kręcili się, niezbyt teraz okazale wyglądający, policjanci. Co pewien czas z któregoś domu dobiegał krzyk, słowa wypowiadane z akcentem z Północy, z Welsh lub Cockney, i na ulicę wynoszono pistolet albo rewolwer owinięty w folię, aby nie zamazały się ślady palców jakiegoś na wpół uśpionego mężczyzny, wleczonego do jednego z

opancerzonych samochodów. Lecz nie zdarzało się to zbyt często. Cztery lata poszukiwań, uprowadzeń, ustawiania kordonów i aresztowań nie pozostawiły wiele do odnalezienia. O wschodzie słońca, późnym na tej odległej północy, okazało się, że efekty pracy są nikłe. Kilka japońskich karabinów, parę pistoletów i mnóstwo ludzi, którzy mieli być przesłuchiwani przez sekcję specjalną. Znaleziono także trochę przedmiotów używanych podczas napadów terrorystycznych: baterie, przewody elektryczne, zegary alarmowe i worki z silnie trującymi ziołami. Wszystkie zostały spisane i odesłane na komendę policji. Wraz z nastaniem dnia posypały się kamienie i gumowe pociski. Powietrze poszarzało od gazów łzawiących. Przy końcu każdego ciągu domów zbierały się grupki dzieciaków, które zajęły się gromadzeniem połamanych płyt chodnikowych. Młodzi ludzie wspinali się na stojące na światłach autobusy i wyciągali pistolety, grożąc nimi niczego nieświadomym kierowcom. O dziewiątej Falls Road została zablokowana w czterech punktach i miejscowe radio po raz kolejny radziło zmotoryzowanym wybór dróg okrężnych. Gdy żołnierze opuścili ulice, serie z broni maszynowej stały się rzadsze i nie pociągały za sobą poważniejszych następstw. Raz tylko grupa wojskowych została ostrzelana od tyłu, lecz żołnierzom udało się odeprzeć atak i zmusili napastników do poddania się. Obie strony wyciągnęły z zamieszek pewne korzyści. Wojsko i policja narobiły zamieszania, wywołując panikę i zmuszając przeciwników do podjęcia działań w pośpiechu. Lecz także przywódcy ulicy mieli swoje osiągnięcia. Po kilkutygodniowej ciszy przybyła armia, aby kopać w drzwi, wywalać ludzi z mieszkań i zrywać deski z podłóg. Zaczęło się coś dziać i miało to duże znaczenie. * * * Opuszczając lotnisko z jedną tylko torbą, zawierającą dziesięć paczek papierosów i butelkę szkockiej, zamachowiec widział samochody policyjne jadące w kierunku terminalu. Gdy przechodził, jakiś młody człowiek podszedł do niego i zapytał, czy nazywa się Jones. Skinął głową. Nie pytano go o nic więcej, więc podążył za tym człowiekiem w stronę parkingu.

Przejeżdżając obok hotelu, widzieli mijające ich wozy Gardy z wielkim samochodem na czele. Ani pasażer, ani kierowca nie odzywali się. Morderca wiedział, że zostanie odebrany z lotniska i że nie wolno mu rozmawiać podczas drogi. Sposób mówienia tak samo dobrze charakteryzuje człowieka jak jego twarz. Samochód wyjechał na drogę do Dundalk i za Droghedą skręcił w lewo, w kierunku wzgórz. – Wyjedziemy w pobliżu Forkhill – mruknął kierowca. Mężczyzna nie odpowiedział. Wóz podskakiwał na wyboistej, bocznej drodze. Po kilkunastu minutach, gdy znaleźli się na skrzyżowaniu, przy którym stał tylko magazyn pokryty falistą blachą, samochód zatrzymał się. Kierowca wyskoczył informując, że musi zadzwonić i będzie z powrotem za minutę. Zamachowiec został w wozie. Poczucie jasności sytuacji, które miał jeszcze tego popołudnia przy kontroli bagażu, opuściło go zupełnie. Nie martwiło go to, że był sam, lecz to, iż jego ruchy i najbliższa przyszłość nie zależały od niego. Zaczął wyobrażać sobie, że zostanie napadnięty i porwany, a następnie porzucony, bez broni, gdzieś w pobliżu granicy. Wtedy nadszedł kierowca. – W Forkhill jest niebezpiecznie, pojedziemy dalej, szosą do Cullyhanna. Niech się pan nie martwi, jest pan w domu, wszystko w porządku. Poczuł się zawstydzony, że ktoś obcy odczytał jego podejrzenia i zdenerwowanie. Usiłował zasnąć, kładąc głowę na pasie bezpieczeństwa. Pozostał w tej pozycji do momentu, gdy samochód nagle podskoczył na jakimś wyboju. Głowa poleciała mu na przednią szybę. – Spokojnie – znów odezwał się uspokajający, niemal opiekuńczy głos kierowcy. – To była wyrwa w szosie, którą łataliśmy dwa lata temu. Będziemy na miejscu za dwie godziny. Pojechali na wschód, przez Bessbrook i na północ od Nerwy, główną drogą do Belfastu. Jones pozwolił sobie na uśmiech. Dwupasmowa droga była wygodna i posuwali się szybko. W pobliżu Hillsborough kierowca zatrzymał samochód i wskazał na pakunek, leżący na tylnym siedzeniu po płaszczem. – Przykro mi, chłopcze, ale nie chcę tego mieć, kiedy będziemy wjeżdżać do miasta.

Trzeba to wyrzucić. Mężczyzna otworzył okno i wyrzucił plastikową torbę do rowu. Ruszyli znowu. Następny znak informował, że do Belfastu zostało pięć mil. * * * Po swoim powrocie z Londynu poprzedniego wieczoru, szef policji powołał grupę pracowników, którzy mieli czekać na informacje przekazywane przez poufny telefon. Prasa opublikowała numery w Belfaście, a wszelkie wiadomości miały być dalej anonimowo przekazywane na policję. Czekali w specjalnym pomieszczeniu przez cały dzień, lecz telefon nie zadzwonił ani razu. Policja odbierała zwykłe informacje o podkładanych bombach, strzałach, składach broni… żadna jednak nie dotyczyła zabójstwa Danby’ego. W trzech pubach w Belfaście oficerowie wywiadu spotykali się ze swoimi informatorami, rozmawiali wśród zgiełku w ciasnych, zadymionych kątach, lecz wszystko, co mieli do powiedzenia kontrolerowi, sprowadzało się do tego, że dalej nic nie wiadomo. Podczas gdy rozmawiali, podlizując się i oferując łapówki, po ulicy krążyły policyjne samochody Czerwonych Czapek. Ci ostatni nie wiedzieli kogo osłaniają, mieli po prostu obserwować i nie dopuścić, aby większa ilość ludzi jednocześnie weszła do pubu. Członkowie specjalnej jednostki wywiadowczej obserwowali teren z wnętrza zamkniętego wozu, ochraniając kolegów pracujących na ulicy. Trzy miesiące wcześniej znaleziono zmasakrowane ciało młodego kapitana Królewskiego Regimentu Pancernego, co wywołało przypuszczenia, że istnieje jakiś przeciek w samym dowództwie jednostki. Wrzawa, jaka rozpętała się wokół tej sprawy, skłoniła ministerstwo do wydania rozporządzenia, zgodnie z którym żołnierze nie mieli więcej próbować przenikać do społeczności katolickiej i od tej chwili miano polegać wyłącznie na pracy informatorów. Niezależnie od wywiadu wojskowego, także specjalne oddziały RUC pracowały tej nocy. Mężczyźni ci od trzech lat sypiali mając zawsze pod ręką walthery, leżące na stołach obok łóżek. Oni także zameldowali, że nikt nie rozmawiał o zabójstwie Danby’ego. * * * Wcześnie rano Howard Rennie zasiadł w ciężkim, drewnianym krześle na parterze budynku dowództwa przy Stormont Road i zaczął niezgrabnie wystukiwać na maszynie

swój pierwszy raport. Niektórzy z jego kolegów byli już wcześniej, aby donieść, że niczego nie odkryli, że ich informatorzy o niczym nie wiedzą. Inni mieli przyjść po nim, by donieść to samo. Zawiodły nawet taśmy, rejestrujące rozmowy przez „poufną Linię”. Jako inspektor, Rennie już od osiemnastu lat wystukiwał na maszynie raporty o wypadkach i przestępstwach, lecz wciąż potrafił pisać tylko dwoma palcami. Po latach pracy w Sekcji Specjalnej wiedział, jaki szum podniesie się w mieście, kiedy wiadomości zaczną krążyć z jednego getta do drugiego i dzięki temu powstaną przecieki. To było zadanie dla sekcji, dla ludzi wyćwiczonych w wyłapywaniu informacji, lecz dni świetności oddziałów specjalnych należały już do odległej przeszłości. Rennie pamiętał czas przed nastaniem całego tego bałaganu, przed pojawieniem się wojskowych patroli, kiedy jeszcze powszechnie panowała opinia, że jedyną nadzieją na zniszczenie ruchu terrorystycznego daje wywiadowcza praca policji, pogląd przywieziony z Dalekiego Wschodu i Afryki przez pełniących tam stałą służbę mężczyzn o ogorzałych twarzach. „Gdy dopuścisz do działania armię, pozwolisz, aby wojsko rozkazywało ci, mówiło, co masz robić, będzie już za późno. Wtedy wszystko wymknie ci się z rąk. Czołgi na ulicach oznaczają zwycięstwo wroga, sugerują, że twoja siła jest zbyt mała, aby opozycja musiała się z nią liczyć. Wojsko zawsze przynosi policji złą nowinę i jedynym sposobem prowadzenia skutecznych działań przeciwko terrorystom jest praca sekcji specjalnej, infiltracja i zdobywanie wiadomości u samego źródła”. Mieli rację. Rennie zrozumiał to teraz. Ani on, ani jego koledzy nie pchali się, aby penetrować rozmaite zaułki podziemnego świata IRA, pozwolili robić to armii przy pomocy ognia i tarcz, podczas gdy pracownicy wywiadu siedzieli z założonymi rękami, zadowalając się przesłuchiwaniem aresztowanych. To także jest bardzo ważne, lecz nie wystarcza, aby rozwiązać problem. On sam nigdy nie potrafił dobrze się zamaskować. Był zbyt wielki, zbyt widoczny, aby móc ukryć się w tłumie. Lecz było wielu innych, dobrych w tym i robiących to do czasu, gdy pogrzeby stały się zbyt częste i szef policji wstrzymał tego rodzaju akcje.