uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 751 924
  • Obserwuję764
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 025 478

Greg Baxter - Pomieszkanie

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :808.3 KB
Rozszerzenie:pdf

Greg Baxter - Pomieszkanie.pdf

uzavrano EBooki G Greg Baxter
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 20 osób, 32 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 87 stron)

Greg Baxter Pomieszkanie Autor jest wielce zobowiązany Arts Council of Ireland za wsparcie finansowe. Dla BH

Jest połowa grudnia i wszystko zamarzło. Przyjechałem tu przed sześcioma tygodniami, w starej znoszonej parze brązowych półbutów ze skóry. Pewnego wieczoru chodziłem po mieście z poznaną tu dziewczyną, a następnego dnia sprawiłem sobie sznurowane, ocieplane i wodoodporne buty z cholewkami. Brązowe półbuty wyrzuciłem. Przechodziłbym w nich całą wiosnę, ale zniszczyłem je, susząc w nocy na kaloryferze. Urodziłem się w niedużym miasteczku na pustyni. Kiedy miałem siedemnaście lat, wyjechałem z tego miasteczka do pustynnego miasta. Trzymilionowego. Jest tam mnóstwo prostych, szerokich dróg i mało chodników. Częściej pracowałem i mieszkałem w innych okolicach, ale zawsze wracałem do tego miasta, za każdym razem z innego powodu. Wyjeżdżając stamtąd przed sześcioma tygodniami, nikomu nie powiedziałem, co zamierzam. Któregoś ranka zwyczajnie pojechałem na lotnisko i wsiadłem do samolotu. Nawet się dobrze nie spakowałem. Miałem kilka książek, pół tuzina koszul, kosmetyki oraz inne rzeczy. Chciałem zamieszkać w mroźnym mieście. Nie wiem, dlaczego wybrałem akurat to. Kupiłem ohydne zimowe palto i znalazłem tani pokój w hotelu „Ruś”, gdzie mieszkam do tej pory. Na korytarzu jest wspólna dla całego piętra toaleta oraz łazienka z maleńką, ale bardzo głęboką wanną. Nie wiem, jak się z niej korzysta i czy powinienem w niej stać, czy kucać? W moim pokoju leży zielona wykładzina, a ściany są pomalowane na biało. Jest tam też mały zlew, lustro, szafa, komódka i nieduże łóżko. Stopy wystają mi poza jego krawędź, a kołdra jest za krótka. Nie ma telewizora, co wcale mi nie przeszkadza. Czasem oglądam telewizję w barze, ale to dosyć przygnębiające zajęcie. Ale nie przyleciałem tu po to, żeby oglądać telewizję. Mężczyzna i kobieta, którzy prowadzą hotel, pan i pani Pyz, są mili. Któregoś wieczoru zapytali mnie, po co tu przyjechałem, na co odpowiedziałem, że nie wiem. Jak długo zostanę? Nie zamierzam wyjeżdżać w najbliższej przyszłości, odpowiedziałem. Ale jestem Amerykaninem, powiedzieli, i muszę wyjechać. Mam drugi paszport, poinformowałem ich. To stara historia. Kiedyś przyjechał tu chłopak, którego znałem z college’u – poleciał do Europy, a ja wstąpiłem do marynarki wojennej. Miałem przy sobie adres i numer telefonu sprzed dwudziestu lat. Jestem pewny, że mój znajomy wyjechał stąd przed dziewiętnastoma laty i wrócił do domu, a poza tym nie bardzo go lubiłem. Ale pierwszego ranka kupiłem mapę i przez wiele godzin chodziłem po mieście w deszczu i mgle, żeby odnaleźć ulicę, przy której mieszkał. Szukałem powodu, żeby pójść w jakieś konkretne miejsce. Mogłem wsiąść do autobusu albo tramwaju, przejechać się metrem, ale wolałem chodzić – po trosze dlatego, że bałem się wsiąść do złego pociągu czy autobusu, bałem się, że nie będę miał drobnych, że nie umiem obsługiwać automatów biletowych, odpowiedzieć na pytanie o drogę, a nie chciałem wyglądać jak turysta. Więc szedłem. Zajęło mi to dużo czasu i otarłem sobie stopy. Myślałem o tym, żeby następnego dnia kupić nowe buty, ale dopiero dzień po poznaniu Saskii, z którą stałem w śródmieściu na kocich łbach i słuchałem muzyki – właśnie trwał jakiś uliczny festiwal – wybrałem się do sklepu obuwniczego. Minąłem sklep ze sprzętem turystycznym: na wystawie stało mnóstwo par butów. Rozejrzałem się i uświadomiłem sobie, że niemal wszyscy noszą buty z cholewkami. Wszedłem do środka i kupiłem najdroższą parę: wysokie czarno- granatowe buty desantowe – tak je nazywali: „desantowe”. Dobrze się stało, że odkładałem ten zakup. Gdybym wybrał się po buty po pierwszym spacerze, kupiłbym

jakąś tandetę. Nie przyszłoby mi do głowy, że dobre buty to podstawa: w mieście, z którego pochodzę, buty nie są ważne. Co tydzień w drugstorze kupuje się nowe klapki za dolara dziewięćdziesiąt dziewięć centów. W butach, które kupiłem tutaj, mogę chodzić po kałużach. Mogę stać w kałuży do woli. Kiedy je rano sznuruję, cieszę się, że wydałem tyle pieniędzy. Budzę się zazwyczaj koło siódmej i wychodzę po papierosy oraz gazety, choć nie rozumiem, co w nich piszą. Wracam do hotelu i siadam w barze albo w małej kawiarence na rogu, gdzie pracuje miły chłopak, Włoch rozmawiający ze mną po angielsku. Pyta, co czytam. On też nie zna tutejszego języka, przynajmniej nie na tyle, żeby w nim czytać, więc obaj zaczynamy zgadywać, o czym piszą w gazetach. Zarabia też na sprzedaży telefonów komórkowych i okularów przeciwsłonecznych i jest uroczy. Załatwił mi za darmo telefon, który doładowuję, kiedy chcę zadzwonić. Siedzę nad gazetami przez jakąś godzinę, potem idę do sąsiedzkiej piekarni, kupuję parę kanapek z dobrego chleba, chowam je do małego plecaka i wyruszam na spacer po mieście. Przypuszczam, że to trwa już od sześciu tygodni, może nieco dłużej. Czas traci kształt. Zdarza mi się wpatrywać w dym z papierosa, unoszący się nad moją głową w hotelowym pokoju, rozpływający się na suficie – to samo dzieje się z czasem. Staram się żyć, nie przejmując się punktami końcowymi. Saskia dzwoni z recepcji. Odzywa się mój stojący na nocnym stoliku telefon. Powinienem być gotów. Nie śpię i myślę o tym wszystkim – o butach, pustyni i lodzie – już od wielu godzin: palę i myślę. Nie miałem pojęcia, że zrobiło się tak późno, że tak długo leżałem w łóżku. Wezmę szybki prysznic, mówię jej. Przyjdź do mnie. Wchodzi do pokoju, siada na łóżku i wbija wzrok w ścianę. Ma dwadzieścia pięć lat. Kruczoczarne włosy i piwne oczy. Nie jest wysoka, ma mocną budowę. Wychodzę spod prysznica, a ona siedzi cierpliwie dalej, kiedy się golę, myję zęby i ubieram. Nadchodzi taka chwila, kiedy oboje zdajemy sobie sprawę, że ubieram się w jej obecności, więc przesuwam się w kąt pokoju, a ona odwraca głowę w przeciwną stronę póki nie skończę. Ma przy sobie gazetę, w której obwiodła długopisem dziesiątki ogłoszeń o wynajmie mieszkań. Hotel „Ruś” to miłe miejsce, ale tylko hotel. Chciałbym mieć kuchnię i balkon, i własną łazienkę. Żeby wynająć mieszkanie, potrzebuję wyciągu z konta, który mam przy sobie – założyłem konto zaraz po przyjeździe i przelałem na nie trochę pieniędzy z Ameryki – nie mam za to żadnych referencji, co oznacza, że będę musiał wpłacić pokaźną kaucję. Zapinam na brzuchu pas z kieszenią na pieniądze, który chowam pod koszulę, i wpycham do niej sporo gotówki. Saskia ma na sobie szarą spódnicę, czarne rajstopy, wysokie czarne buty i gruby czarny sweter. Zawsze jest dobrze ubrana, choć nie zawsze w ten sam sposób. Dzisiaj wygląda konserwatywnie. Ile mieszkań obejrzymy?, pytam. Pójdziemy do kawiarni, żeby zadzwonić do paru miejsc, odpowiada. Wyglądasz na zmęczoną, stwierdzam. Ziewa. Jestem zmęczona, mówi. Saskia bierze dużo tabletek, chodzi na koncerty i uczestniczy w trwających trzy dni imprezach. Ma problemy z zasypianiem. Łomocze jej serce, budzi się w środku nocy i idzie pobiegać po mieście. Czy to bezpieczne?, zapytałem kiedyś. Nie wiem, odpowiedziała. Poznałem ją w muzeum – Muzeum Narodowym. Chodzi tam w przerwach na lunch. Pracuje w instytucie badań ekonomicznych, każdego dnia poświęca temu wiele energii, lecz mówi o tym tylko wtedy, kiedy ją zapytam. Lubi sztukę i książki, i muzykę – o tym chce rozmawiać. W sypialni ma niedużą kolekcję obrazów, o której mi opowiedziała. Każdy obraz ma własną ciekawą historię.

Pod komodą w hotelowym pokoju stoi niewielki obraz, który kupiliśmy razem, a Saskia wpatruje się w niego z zaciekawieniem. Nosi tytuł Bez tytułu 14. Wypatrzyłem go na wernisażu w miejskim centrum kultury, jakiś tydzień po poznaniu Saskii. Saskia bez przerwy chodzi na wernisaże. Pije darmowe wino, rozmawia z artystami i wyobraża sobie alternatywne życie, w którym jest tak bogata, że stać ją na kolekcjonowanie obrazów. Artystka, której dzieła podziwialiśmy tamtego wieczoru, stała u progu sławy – tak mówiła Saskia – co oznaczało, że ceny jej obrazów nie były przystępne albo były przystępne tylko dla bogatych. Chodziliśmy po galerii bez słowa przez jakiś kwadrans, a potem Saskia zapytała mnie, co o tym sądzę. Sądzę, że obrazy są wspaniałe, odpowiedziałem, ale nie potrafiłem wytłumaczyć, dlaczego. Który podoba ci się najbardziej?, zapytała. A tobie?, mruknąłem. Pokazała płótno, które stoi teraz w hotelowym pokoju. Mnie też, stwierdziłem. Zapytałem ją, czy pozwoli, żebym kupił jej ten obraz. Absolutnie się nie zgadzam, zaprotestowała, jest za drogi. Nie jest aż tak drogi, stwierdziłem. Zaproponowała, żebym kupił płótno dla siebie do nowego mieszkania, a ona będzie często do mnie wpadać, żeby je podziwiać. Przystałem na to. Saskia dobiła targu i odbyliśmy długą rozmowę z artystką; oczywiście nic nie rozumiałem, ale uśmiechałem się i kiwałem głową, kiedy malarka przenosiła na mnie wzrok. Wpłaciłem gotówką pokaźną zaliczkę i umówiłem się, że przyjdę następnego dnia, żeby uregulować resztę należności. Tamtego wieczoru, po wernisażu, kiedy poszliśmy z Saskią na drinka do hotelowego baru mieszczącego się na czwartym piętrze, z oknami wychodzącymi na ruchliwe skrzyżowanie, Saskia zapytała, jak zarabiam na życie. Odpowiedziałem, że nijak. Naprawdę?, nie mogła uwierzyć. Teraz nicnie robię, oznajmiłem. Zapytała więc, co robiłem wcześniej, żeby teraz nic nie robić, a ja jej odpowiedziałem, że służyłem w marynarce. Chyba pogodziła się z tym, że nie powiem nic więcej i tamtego wieczoru nie zadawała już pytań. Po kilku dniach, kiedy wróciłem z całodziennej przechadzki, zastałem pana i panią Pyz wpatrujących się z bardzo rozradowanymi minami w obraz, który dostarczono do hotelu – patrzyli na płótno, choć wciąż było owinięte brązowym papierem. Nadal ci się podoba?, zwracam się do Saskii, mając na myśli nasz obraz. Tak, bardzo, odpowiada. Uśmiecha się i rozciera kolana. To dziwne, spotkaliśmy się tak niedawno, a siedzimy razem w hotelowym pokoju i wybieramy się szukać mieszkania, jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi. Zachowujemy się, jakbyśmy mieli wiele rzeczy do omówienia, chociaż to nieprawda. Szybko i zupełnie przypadkowo zrodziła się między nami bliskość. Siadam obok niej na łóżku i sznuruję buty, uświadamiając sobie, że ta bliskość w każdej chwili może zniknąć. Nasza relacja prawdopodobnie nie przetrwa pierwszego sporu. Tym, co umacnia tę bliskość, jest nasza wzajemna uprzejmość. Saskia zawsze jest ujmująca, a ja jej nie ustępuję w grzeczności. Pójdziemy?, pyta. A chcesz?, odpowiadam. Wygląda przez okno. Na dworze jest ohydnie. Śnieg stał się mokry i szary, wieje silny wiatr – tak silny, że przy każdym podmuchu brzęczą szyby w oknach. Lubię chodzić po śniegu, bo wciąż do niego nie przywykłem, ale Saskia wychowała się wśród śniegów, które są dla niej tylko utrapieniem. Tak, mówi, chodźmy. Wkładam palto. Ona wbija się w szary płaszcz i zakłada szarą czapkę. Chwyta torebkę, pod pachą ma złożoną gazetę. Dzisiaj miało być pogodnie, mówi. Otwieram przed nią drzwi, a ona przed wyjściem podchodzi do obrazu, unosi go i odwraca do góry nogami – czyli, zdaję sobie sprawę, tak jak powinno być – po czym znów opiera płótno o komodę. Aha, mówię. Czasem trudno się zorientować, odpowiada. Wychodzimy na

korytarz i spotykamy Japończyka – jednego z moich sąsiadów – który zmierza pod prysznic. Ma na sobie biały szlafrok i wielkie, niebieskie plastikowe klapki, przed sobą trzyma oburącz starannie złożoną odzież, na której leżą cienki brązowy pasek i jakieś kosmetyki. Saskia mija go nie unosząc głowy, on na nią również nie patrzy. Przekonałem się, że ludzie tutaj upewniają siebie nawzajem o tym, że istnieją – że istnieje życie, istnieje miasto – nie chcąc mieć ze sobą nic wspólnego. Mieszkam obok Japończyka już od kilku tygodni, ale dopiero niedawno zaczęliśmy wymieniać powściągliwe pozdrowienia. Wsiadamy z Saskią do windy. Przeznaczonej dla mniej więcej dwóch osób. Pachnącej jak potpourri. Kiedy wysiada się z windy, przez pewien czas pachnie się jak potpourri, a jeśli mieszka się tu wystarczająco długo i jeździ windą wystarczająco często, nawet sny zaczynają pachnieć jak potpourri. Wsiadam pierwszy, bo Saskia otworzyła przede mną drzwi. Stoimy naprzeciw siebie, metalowe wierzeje z małą szybką zatrzaskują się. Saskia naciska guzik i winda zjeżdża na dół. Jest stara, nie ma drzwi wewnętrznych, zatem kiedy się zjeżdża, można podziwiać szorstkie betonowe ściany między piętrami. Saskia odwraca się nieco, żebyśmy się nie stykali twarzami. Chociaż jestem o stopę albo i więcej od niej wyższy. Któregoś wieczoru, kiedy chodziliśmy w zimnie po mieście, wzięła mnie pod rękę i przysunęła się bardzo blisko – było zimno jak jasna cholera – a ja stawiałem małe kroki, żeby nie musiała biec. Winda trzeszczy. Zawsze trzeszczy, ale teraz z jakiegoś powodu trzeszczy głośniej niż zazwyczaj. Powinienem coś powiedzieć, lecz zanim otworzyłem usta, Saskia mówi: Znalazłam trzy mieszkania w dobrym położeniu. Najpierw pojedziemy tam. Są jeszcze inne, wiele innych, ale te są dalej. Trzeba zacząć od śródmieścia. Dziękuję za pomoc, odpowiadam. Jestem pewien, że wynająłbym pierwsze, do którego bym wszedł. A później obejrzałbym coś innego i gorzko tego żałował. Uśmiecha się. Winda zatrzymuje się ze zgrzytem. Podskakuje i podjeżdża wolno do góry. Zapala się zielone światełko, co oznacza, że możemy wysiąść. Saskia otwiera drzwi. W recepcji nikogo nie ma. Recepcja to tylko lada z dzwonkiem. Kiedy się dzwoni, często trzeba czekać dobre pięć minut, zanim pojawią się uśmiechnięci pan lub pani Pyz. Pan Pyz jest łysym mężczyzną z dużym brzuchem, a pani Pyz to wysoka kobieta z wydatnym arystokratycznym nosem. Naprzeciwko recepcji są drzwi prowadzące do restauracji i kawiarni, ale główne wejście do obu znajduje się od ulicy. Ściany pokryte są drewnianą boazerią i starymi tapetami. Wykładzina koloru burgunda jest upstrzona plamami, choć nie dlatego, że nikt tu nie sprząta, ale dlatego, że jest – albo wydaje się – stara. Ani w westybulu, ani w windzie nie widuje się hord dwudziestoparoletnich Amerykanów, Kanadyjczyków, Australijczyków czy Irlandczyków z plecakami, zerkających na mapy i rzygających gdzie popadnie. Nikt nie skarży się na wolną obsługę czy hałas. To hotel dla samotnych. Wieczorami restauracja zaludnia się mieszkańcami okolicy, którzy jadają tu kolacje. Wieczorami pani Pyz zakłada ludowy strój, w którym jej piersi wyglądają na większe. Od ósmej do jedenastej jest naprawdę głośno, a potem wszystko zamiera; w piątki jest inaczej, bo na dole gra bluesowy zespół. Kiedyś poszedłem ich posłuchać, ale długo nie wysiedziałem. Wyszedłem po trzech czy czterech numerach. Nie da się słuchać Europejczyków śpiewających bluesa. Robią to na poważnie, ale im są poważniejsi, tym bardziej stają się absurdalni. Muzycy znali się na bluesie, odwoływali się do dobrych instrumentalistów, ale ich wiedza była jałowa. I nigdy nie będzie inna. Za brzmieniem zespołu kryła się pustka, zamiast tradycji.

Imitowali akcent czarnych i mówili łamaną angielszczyzną, i trochę było mi za nich wstyd, więc wyszedłem. Nie winię ich. W ten sposób się relaksują, w ten sposób składają hołd swojej ulubionej muzyce. Sala była wypełniona. Wszystkie stoły były zajęte, niektórzy stali. Następnego dnia pan Pyz zapytał, czy mi się podobało. Miałem w życiu taki okres, kiedy powiedziałbym mu, że było strasznie, ale wyszedłem z tego. Powiedziałem, że świetnie się bawiłem. Pan Pyz to miły człowiek i szczyci się swoim hotelem. A pani Pyz szczyci się swoim mężem. Saskia idzie przede mną i pierwsza staje przed drzwiami. Odwraca się i robi minę, która mówi: „Będzie bolało”. Kuli się w sobie. Saskia potrafi w jednej sekundzie przejść od opanowania i chłodu do wesołości. Dlatego myślę, że niczego nie udaje. Chciałbym, żeby nasz związek przetrwał w obecnym kształcie najdłużej jak to możliwe. Chciałbym, byśmy pozostali dla siebie obcy. Otwiera drzwi. Na ulicy jest biało, a niebo ma ołowiany odcień. Naprzeciw nam wychodzi wieczna zmarzlina, bardziej dotkliwa niż się spodziewałem, choć prawdopodobnie taka sama jak wczoraj. Saskia szuka w torebce rękawiczek, zakładam zimową czapkę i naciągam ją na uszy – najgłębiej jak się da. Zapinam palto i stawiam kołnierz, wbijam ręce w kieszenie. Stacja metra, na której kupuję gazety i papierosy, jest po lewej stronie. Przystanek autobusowy jest bliżej, po prawej, ale autobus w drodze do śródmieścia często się zatrzymuje. W którą, pytam, do metra, czy do autobusu? Wszystko jedno, odpowiada. Samochody mają włączone reflektory, śnieg lśni w ich blasku, światła omiatają ulice, co sprawia, że ma się wrażenie, iż śnieg unosi się z ziemi, a nie pada z nieba. Może jednak autobus, mówi Saskia. Szczęka zębami. Wiata jest bliżej, dodaje. Przez dwie koleiny wypełnione rozdeptaną breją, w którą pod stopami przechodniów zamienia się gruba warstwa śniegu, schodzimy pospiesznie na chodnik. Jest trochę ślisko i staram się nadążyć za Saskią, wyjmuję więc ręce z kieszeni. I od razu zaczynają mi drętwieć palce. Wydaje mi się, że przez całe życie tylko raz doświadczyłem takiego mrozu: w Chicago, gdzie odwiedzałem starego znajomego. W Chicago przeklinałem mrozy, tutaj jakoś mi nie przeszkadzają. Jakbym wędrował po własnej wyobraźni, jakbym śnił. Przystanek autobusowy znajduje się obok kawiarenki, w której pracuje chłopak z Włoch, ale dzisiaj go nie ma, bo jest sobota. Zgłodniałem, ale nie chcę opóźniać naszej wyprawy. Nie chcę wchodzić do środka, zamawiać kanapki i przyglądać się bezsilnie, jak odjeżdża nasz autobus. W soboty autobus jeździ co kwadrans, a przy takiej pogodzie to strasznie dużo czasu. Jest mi niedobrze z głodu, więc zapalam papierosa. Wyciągam pudełko z kieszeni palta i częstuję Saskię. Mówi: Dzięki, ale ty zapalasz. Nie ma zamiaru zdejmować rękawiczek. Więc zapalam papierosa dla niej, a później dla siebie. Często zastanawiałem się, kiedy – jeśli w ogóle – rzucę palenie, ale doszedłem do wniosku, że rzucanie palenia tutaj nie ma sensu. Byłoby inaczej, gdybym miał rodzinę albo uprawiał sport. Ale teraz tylko chodzę i nie zależy mi na szczególnie długim życiu. W głębi ulicy pojawia się niebieski autobus – nasz autobus. Z powodu warunków atmosferycznych auta jeżdżą powoli. Drogi są tu dobre, ale widoczność – katastrofalna. Saskia pali papierosa, którego dostała ode mnie, trzyma go między wargami, zaciągając się i wydmuchując dym bez używania dłoni. Krzyżuje ramiona i wpatruje się w dal, w autobus, który utknął w korku, nad którym góruje. Wycieraczki przesuwają się wolno po szybie, a cała sceneria jest biało-szara, miejscami rozświetlona, a miejscami zasnuta mgłą. Nie wiem, jak długo czekamy. Pewnie nie dłużej, niż minutę, ale każda minuta trwa teraz dziesięć minut. Saskia uważa pewnie, że powinniśmy pójść do metra, widzę,

że chce coś na ten temat powiedzieć i dodać, że nie chce marudzić. Mówię: Ciekawe, czy w mieszkaniu, które wynajmę, będzie balkon? Chcesz mieć balkon?, pyta. Chciałbym. To skraca naszą listę, stwierdza. Ale to nie jest konieczne, dodaję. W końcu autobus zatrzymuje się przed nami. Siadam przy oknie i przecieram zaparowaną szybę, żebyśmy mogli wyglądać na ulice. Saskia siada obok mnie. Autobus rusza, wyglądamy na zewnątrz przez niewielką przesłonkę na szybie i nie odzywamy się do siebie. Martwię się, że Saskia uzna mnie za milczka albo kogoś nudnego. Mógłbym wypełnić ciszę, opowiadając jej o przeszłości, ale wolę nie myśleć o przeszłości. Przez większość życia odczuwałem żal – uczucie to towarzyszyło każdemu mojemu doświadczeniu, a czasami nawet je wyprzedzało. Kiedy tylko wracam myślami do przeszłości, widzę za sobą wielką, mierzącą tysiąc pięter, czarną falę – wisi nade mną, jakbym był miastem nad oceanem, a ja utrzymuję ją w zawieszeniu, patrząc na przeszłość przez otwór tak mały, jak przetarty przeze mnie kawalątek zaparowanej szyby. Saskia zdejmuje czapkę i rękawiczki. Opuszczam podniesiony kołnierz i zdejmuję zimową czapkę. Patrzy na mnie i mówi: Nie wysiadam z tego autobusu. Saskia ma ciemną karnację. Bardzo zmęczone oczy. Przy niektórych rodzajach oświetlenia wyglądają na sinawo podkrążone. Kiedyś miałem kłopoty z zasypianiem. Nic wielkiego, tylko strach, że czegoś nie zrobiłem, że coś powinienem zrobić albo że zrobiłem coś źle. Miewałem koszmary. Śniło mi się, że przychodzę gdzieś nieprzygotowany albo że dostaję zlecenie i nie wiem, jak je wykonać. Kiedy nie mogłem zasnąć, wierciłem się, przekładałem poduszki albo wstawałem napić się wody i długo stałem przy oknie. Teraz sypiam dobrze. Nigdzie nie spało mi się tak dobrze jak tu. Nie wiedziałem, że taki sen jest możliwy. Mam czterdzieści jeden lat. Nie piję tyle, ile kiedyś. Tutaj prawie w ogóle nie piję. Podoba mi się to, że budzę się wcześnie i trzeźwo myślę. Budzik dzwoni o siódmej, ale nie wstaję od razu, leżę jeszcze przez chwilę w łóżku. Czuję się wypoczęty. Czuję się tak, jakbym spał przez dziesięć lat. Palę papierosy i słucham odgłosów ulicy. Czytam książkę. Teraz czytam książkę, którą dostałem od Saskii – stary przewodnik po mieście z tłem historycznym. Druk jest maleńki, a tłumaczenie złe. Są w nim na przykład, takie zdania: „W hotelowych pokojach z własną łazienką i dostępem do kuchni panuje cicha, przejrzysta, zbiegunowana atmosfera”. Mam zamiar nauczyć się języka i przeczytać jakieś powieści. Bardzo długie i stare. Nie muszą być arcydziełami. Mam zamiar kupić sobie wygodny fotel – kiedy będzie zimno, postawię go pod oknem, a kiedy będzie ciepło, wystawię na balkon (jeśli będę miał balkon), żeby czytać w słońcu i słuchać śpiewu ptaków. Mam zamiar słuchać radia i mam nadzieję, że balkon będzie wychodził na drzewa rosnące przy ulicy, na której kierowcy na siebie trąbią. Kiedy ostatni raz spałaś?, pytam Saskię. Nie wie. Przed wieloma tygodniami, zgaduje, może nigdy? Przerywa. To znaczy, kiedyś spałam, prostuje, choć wydaje mi się, że nie spałam nigdy. Ziewa. Przez ciebie czuję się teraz zmęczona, skarży się. Mogę zajrzeć do gazety?, pytam. Podaje mi dziennik. Papier jest wilgotny. Przeglądam zakreślone przez nią ogłoszenia. Zdaję sobie sprawę z własnego błędu i oddaję jej pismo. Saskia mogła zadzwonić do właścicieli mieszkań ode mnie z hotelu. Mogłaby zadzwonić do nich teraz, ale nie robi tego. Zależy jej na całościowym doświadczeniu. Usiądziemy w kawiarni, zamówimy kawę czy herbatę, i zadzwoni do właścicieli mieszkań stamtąd, a później zaplanuje trasę. Podoba mi się to, że się nie spieszymy, że wszystko jest bezsensownie zrytualizowane. Autobus zaczyna się zapełniać. Ludzie przepychają się do tyłu, jakiś chłopak z plecakiem trąca nim Saskię w głowę. Saskia przewraca oczami.

Bardzo uprzejmy pan, mówię. Chłopak z plecakiem odwraca się i piorunuje mnie wzrokiem. Jego oczy mówią: „A co miałem zrobić?”. Odwzajemniam mu się spojrzeniem mówiącym: „Mogłeś przynajmniej zdjąć plecak, palancie”. Saskia, zdając sobie sprawę, że pałam oburzeniem, zwraca się do mnie: Musisz być przyzwyczajony do przestrzeni. Chłopak mamrocze coś pod nosem. Ignoruję to. Nie znam języka. Wyszedłbym na idiotę, wdając się w awanturę, bo nie wiem nawet, czy mam rację. Chłopak odwraca się do nas tyłem, a Saskia znów dostaje w głowę. Szybciutko i bez słowa odpina zamek błyskawiczny kieszonki plecaka. Zemsta, szepcze. Powodem, dla którego w autobusie jest tłoczno w sobotni poranek, są zakupy: wszyscy jadą do śródmieścia, żeby coś kupić na bożonarodzeniowych jarmarkach, napić się czegoś, zjeść świąteczne ciasto. Przesłonka na zaparowanej szybie znów pokryła się mgłą, więc wycieram ją raz jeszcze. Uświadamiam sobie, że jedziemy dosyć szybko, musieliśmy znaleźć się na buspasie. To przyjemna pora roku, stwierdza Saskia, o ile lubi się tłumy. Czasami lubię tłumy, odpowiadam. To dobrze, kiwa głową, bo będzie tłoczno. Przejeżdżamy przez długi wiszący most, a brzmienie szumu opon po asfalcie zupełnie się zmienia. Zmiana ta wywołuje wrażenie pływania. Zatykają mi się uszy. Saskia opiera się o mnie, wyciąga rękę i powiększa moją przesłonkę na szybie. Daleko pod nami płynie rzeka – szeroka i czarna. Jej powierzchnia pieni się, wszędzie, niemal z każdej strony, pada śnieg. Po długiej chwili wjeżdżamy na przeciwny brzeg, a szum opon po asfalcie wraca do poprzedniego brzmienia – dojeżdżamy do śródmieścia. Ale domy są tutaj wszędzie takie same. Idzie się ulicą, skręca za róg i wychodzi się na tę samą ulicę co poprzednio. Tak to odczuwa obcokrajowiec. Ale im dłużej tutaj jestem, tym częściej zauważam nieprawdziwość tego uogólnienia. Tu i tam dostrzegam zaułki, krótkie i kręte skróty. Alejki prowadzące do ulic, do których na zdrowy rozum nie powinny prowadzić, co dowodzi tylko tego, jak zawodny bywa nasz wewnętrzny kompas. Odkrywam bramy otwierające się na place. Albo stare klasztory. Albo sklepikarza, który zawsze zamiata chodnik przed swoim sklepem. Zauważam, że nigdzie tu nie ma dwóch takich samych budynków. Zaczynam dostrzegać, że to, co brałem za idealne powtórzenia w dobrze rozplanowanej siatce ulic, tylko z pozoru nimi jest, podobnie zresztą jak samo rozplanowanie miasta, a coś, co uznawałem niegdyś za monolit, jest w gruncie rzeczy nieskończenie zniuansowane. Z tego brzegu dostrzega się rozległość metropolii. Przystajemy przy węźle komunikacyjnym: tramwajowym, autobusowym i kolejowym, dla pasażerów nadjeżdżających z zachodu, zza mostu. Wysiadamy?, pytam. Saskia znowu ziewa. W autobusie zrobiło się naprawdę ciepło. Od wydychanego przez ludzi powietrza, od rozgrzanych ciał. Nie, odpowiada, jeszcze parę przystanków. Otwierają się drzwi, niemal wszyscy tu wysiadają. Wraz z nimi z autobusu ulatnia się ciepło. Wysysa je mroźny poranek, a w środku zostaje chłodna rześkość. Dokąd jedziemy?, pytam. Do kawiarni, do której chodzą studenci, odpowiada Saskia. Tam jest… przerywa, szukając w głowie angielskiego słowa. Zresztą, po raz pierwszy, odkąd ją poznałem, co natychmiast przypomina mi, jak imponująca jest jej znajomość angielskiego. Posługuje się językiem w jego brytyjskiej odmianie. „Mieszkałaś w Anglii?”, zapytałem ją kiedyś. „Nie, odpowiedziała, ale długo uczymy się angielskiego”. „W szkole średniej i w college’u uczyłem się hiszpańskiego”, poinformowałem ją. „Habla español?”, zapytała. „Ani w ząb”, odpowiedziałem. Saskia sama nauczyła się łaciny, żeby czytać Wergiliusza w oryginale. Teraz czyta Dantego po

włosku i chce się nauczyć japońskiego. Ta dziewczyna połowę życia spędza na imprezach. Znowu przecieram szybę, żeby sprawdzić, gdzie się znajdujemy. Im bliżej jesteśmy śródmieścia, tym bardziej świąteczne staje się miasto. Nie martwię się za bardzo tym, że Boże Narodzenie przyjdzie mi spędzić w hotelu. Ale chciałbym mieć trochę więcej przestrzeni. Choć lubię pana i panią Pyz, niespecjalnie podoba mi się życie pod nieustanną obserwacją, nawet przypadkową. Chciałbym mieć własne garnki i rondle. Chciałbym mieć stół, na którym mógłbym postawić półmisek z owocami. Wyobrażam sobie siebie przechadzającego się po targowiskach, gdzie rzeźnicy i warzywnicy wykrzykują ponad głowami ludzi ceny, gdzie starannie i bez pośpiechu wybieram warzywa i mięso, z którymi wracam do domu by ugotować sobie obiad. Chciałbym zjeść śniadanie nie musząc się ubierać. Chciałbym wchodzić i wychodzić bez skrępowania z pokoju i brać kąpiel bez zamykania drzwi na zamek. Nie chcę już dłużej wyglądać przez okno hotelowego pokoiku i zastanawiać się, gdzie ostatecznie wyląduję w tym mieście. Najistotniejszą cechą hotelowego życia jest coś, o czym staram się nie myśleć: domniemanie wyjazdu. Saskia zerka w stronę kierowcy i naciska guzik na poręczy. Rozlega się przyjemny dla ucha sygnał, a obok prowadzącego pojazd zapala się napis informujący, jaki jest następny przystanek. Tu wysiądziemy, mówi Saskia. Zakłada czapkę i rękawiczki, wstaje. Autobus wjeżdża w zepchniętą pod krawężnik przez śnieżne pługi i auta szarą breję, zatrzymuje się. Otwierają się drzwi. Saskia wyskakuje z pojazdu, a ja podążam za nią. Zakładam czapkę i zapinam palto, chowam ręce do kieszeni. Rozwieszone ponad ulicą, niezapalone jeszcze świąteczne dekoracje kołyszą się na wietrze. Mogliby je zapalić, bo jest wystarczająco ponuro. Nie jesteś głodna?, pytam. Raczej nie, odpowiada, a ty? Jestem, mówię, muszę natychmiast coś zjeść. Daleko do tej kawiarni? Jakieś dziesięć, piętnaście minut, odpowiada. Dobrze, kiwam głową, więc zjem szybko coś na wynos. Tuż obok nas stoi stragan, z którego sprzedają paluszki rybne i kanapki z rybą. Takie stragany widuje się wszędzie i jedzenie tam proponowane wcale nie jest złe. Dodają do kanapek majonez, sok z cytryny i zieloną kolendrę, a chleb ma dobry smak. Zanim tu przyjechałem, nie słyszałem o kanapkach z rybą od ulicznych sprzedawców i z tej przyczyny jem je teraz przez cały czas. Jem, idąc. Saskia proponuje, żebyśmy się zatrzymali, by nie rozbolał mnie brzuch, ale robi to tylko przez uprzejmość. Jest za zimno, żeby stać w miejscu. Zjadam całą kanapkę na cztery kęsy i chowam ręce do kieszeni. Trzy pierwsze kęsy są bardzo eleganckie, przy czwartym wpycham sobie do ust połowę kanapki i muszę zasłonić je dłonią. Byłeś wygłodniały jak wilk, mówi Saskia. Żuję i żuję, i dotykam palcem szczęki, pokazując, że gryzę. Zawsze jadłem szybko, choć ostatnio, odkąd zasiadam do obiadów w restauracjach i barach, zdarza mi się odkładać nóż i widelec, albo łyżkę, i zastanawiać się nad czymś przez dłuższą chwilę. Nad kwestiami czysto filozoficznymi, a nie nad czymś doraźnym. W ten sposób odprężam umysł. Po rybnej kanapce od razu czuję się lepiej. Wyrzucam opakowanie do kosza, wycieram usta i dłonie chusteczką i też ją wyrzucam. Upijam łyk wody z butelki. Okay, mówię. Okay, powtarza Saskia. Skręca w lewo, w krótką wąską uliczkę z mnóstwem starych zamkniętych sklepików. Domy oddziela od jezdni szeroki na dwie stopy chodniczek – nie dość szeroki, żeby mogła po nim iść para, nie dość szeroki nawet dla pojedynczego człowieka, więc idziemy po zasypanej miękkim białym puchem jezdni.

Kiedyś mieszkałam niedaleko stąd, mówi Saskia, i chodziłam tą uliczką do kawiarni. Jesteśmy blisko uniwersytetu. Z tyłu trąbi na nas samochód. Niezbyt natarczywie i tylko jeden raz, żebyśmy wiedzieli, że jedzie. Dopiero wtedy uświadamiam sobie, że w uszach wyje mi wiatr. Tak głośno, że nie słyszę zbliżających się samochodów. Saskia schodzi z jezdni, a ja za nią. Samochód wymija nas – stary srebrny mercedes prowadzony przez starszego pana z grzywą siwych włosów. Mam mokrą twarz, nie czuję zmarzniętych policzków. Znów idę obok Saskii. Maszeruje ze skrzyżowanymi rękami i opuszczoną głową. Uliczka biegnie lekko pod górę. Mercedes przed nami tańczy na jezdni. Zastanawiam się nad kursem językowym, mówię. Saskia rozważa to, podnosząc brodę. Tak robi, kiedy się nad czymś głęboko zastanawia. Dobry pomysł, odpowiada po chwili. Chcesz, żebym ci coś znalazła? Mhm, mruczę. I kiwam głową, bo nie mogę odpowiedzieć nieuprzejmym „nie” ani bezwstydnym „tak”. Czuję się zażenowany tym, że tyle dla mnie robi, a ja nie mogę jej zaoferować nic w zamian. Mam wrażenie, że wcale się tym nie przejmuje, bo wie, że nie mam nic, co mógłbym jej dać. „Nic” w sensie pomocy czy wsparcia. „Nic” w sensie wiedzy czy użyteczności. Być może jest tak, że nie czuje się przy mnie tak samotna? Jestem kimś, o kogo może się troszczyć. Albo zwyczajnie stara się okazać gościnność. Albo wszystko na raz. Przystaje i patrzy na jakąś kamienicę. Przez chwilę nic nie mówi. Nie opuszcza rąk. Mruga, bo śnieg pada jej prosto w oczy. Ten dom był kiedyś bardzo znany, odzywa się w końcu. Naprawdę?, pytam. Przyglądam się kamienicy wraz z nią. Okna są zabite deskami. Na kamiennej fasadzie widnieją mokre plamy, jak zresztą na każdym innym domu przy tej uliczce. A może to nie ten?, zastanawia się głośno. Lekko zdezorientowana rozgląda się na prawo i lewo. Kiedyś przy tej uliczce mieściło się słynne małe wydawnictwo, mówi. Wydawali mnóstwo anarchistycznych książek. Wydawca raz po raz trafiał do więzienia. Ale to się działo przed stu laty. Potem była tu znana księgarnia. Dosyć znana. Odwiedzali ją ludzie udający anarchistów. Kiedy ją zamknięto?, pytam. Jak byłam mała, odpowiada. Za mało ludzi chciało udawać anarchistów. Stoimy przed kamienicą jeszcze przez jakieś dziesięć sekund, po czym Saskia mówi: Nie mogę sobie przypomnieć, w którym to było domu. Wspinamy się wyżej idąc ramię w ramię. Uliczka wychodzi na prowadzące zygzakiem na wzgórze schody, przy zakończeniu których znajduje się szeroki płaski szczyt, a nad nim wznosi się rzeźba – duża i abstrakcyjna, składająca się z dwóch położonych jeden na drugim łuków. Co to jest?, pytam. To pomnik ofiar masakry Żydów, odpowiada. To matka trzymająca w ramionach martwe dziecko. Jesteśmy już na szczycie i przez jakieś trzydzieści sekund przyklękamy, żeby przyjrzeć się dziecku, a potem idziemy dalej. Po drugiej stronie wzgórza też są schody, krótsze. Już niedaleko, mówi Saskia. Schody prowadzą na inną szarą uliczkę. Nie parkują na niej samochody, nie widać żadnych ludzi. Ale niedaleko od nas w oknie pali się światło. Otwierają się drzwi, do naszych uszu dociera hałas, uliczkę zalewa pomarańczowa poświata. Na chodniku staje jakaś para, zamyka za sobą drzwi, hałas cichnie, poświata się rozpływa. Słyszę rozmowę tych ludzi, ale nie wiem, o czym mówią. Kobieta chwyta dłońmi w rękawiczkach płatki śniegu. To kawiarnia, mówi Saskia. Spogląda w prawo i w lewo, i przechodzi na drugą stronę ulicy. Jest ślisko i Saskia, o mało się nie przewróciwszy, rozkłada szeroko ramiona. Chwytam ją za rękę i pomagamy sobie nawzajem przejść przez jezdnię. Uliczka jest tak wąska, że zimą nie dociera tu słońce. Nie znam tej okolicy. Wydawało mi się, że przeszedłem miasto piechotą wzdłuż i wszerz, ale wciąż nie znam

go zbyt dobrze. Rozpoczynałem przechadzki od miejsc, które rozpoznawałem – nigdy nie rzucam się na ślepo w nieznane – wyruszałem z nich dalej, skręcając to tu, to tam, usiłując odnaleźć drogę powrotną. Niemal zawsze ją odnajdywałem. Wówczas wybierałem nowy punkt orientacyjny i rozpoczynałem całą procedurę od początku. Lubię chodzić na skróty, więc zapuszczałem się w odchodzące od większych ulic zaułki. Otwierałem bramy. Przeciskałem się przez furtki, na pierwszy rzut oka prowadzące donikąd, choć za nimi kryły się malownicze podwórka. Przechodziłem przez senne ogródki i trawniki. Teraz pokonałem schody, obejrzałem pomnik i trafiłem dzięki Saskii do kawiarni – odkrywanie tajemnic miasta sprawia mi dużą frajdę. Zdaje się, że połączyła nas z Saskią podobna pasja. Otwiera przede mną drzwi. Zgiełk głosów i zapach kawy wychodzą nam naprzeciw. W kawiarni jest ciepło, a sala ciągnie się daleko w głąb i prowadzi – przez sklepione przejście – do innego pomieszczenia. Na ścianach wiszą plakaty – miejskie krajobrazy i reprodukcje arcydzieł malarstwa. Jeden przedstawia nagiego mężczyznę w masce osła, zakrywającego dłonią genitalia. Siedzenia mają obicia z czerwonego pluszu. Drewniane stoły i krzesła są ciemnobrązowe. Pod sufitem wiszą olbrzymie żyrandole, a kelnerzy są ubrani w smokingi. W pierwszej sali nie ma wolnych miejsc. Saskia każe mi zaczekać, chce zajrzeć do drugiej. Zdejmuje czapkę, rękawiczki, rozpina płaszcz. Wpycha rękawiczki i czapkę do kieszeni, a idąc w głąb kawiarni zostawia płaszcz na wieszaku. Rozpinam palto i zdejmuję czapkę. Czekam tam, gdzie kazała mi czekać. Saskia znika w drugiej sali. Widzę ją przez sklepione przejście, tę drugą salę na tyłach: jest znacznie obszerniejsza od pierwszej, ale nie tak stylowa. Stoją w niej składane stoły przykryte ceratą, niezbyt eleganckie składane krzesła. Jest niemal tak samo zatłoczona jak pierwsza. Mija minuta, może więcej. Kelner przeprasza mnie i prosi o nietarasowanie przejścia, nie robi tego uprzejmie – ostrzega mnie, że mogę zostać podeptany, kiedy niesie do stołu napoje, a potem w drodze powrotnej, kiedy niesie naręcze talerzy. Stoję mu na drodze. Wkładam czapkę do kieszeni palta, zdejmuję je i wieszam na wieszaku, a potem przechodzę pod niskim sklepieniem. Saskia stoi przy stole i rozmawia z jakimś chłopakiem. Mniej więcej w jej wieku, na co wskazują oczy, bo ma olbrzymią niechlujną brodę, przez co wydaje się starszy. Widzi, że wpatruję się w Saskię, która odwraca się i przywołuje mnie gestem. Niespecjalnie podoba mi się pomysł poznawania kogoś nowego, a szczególnie młodego gościa z bujną brodą starca, ale Saskia wydaje się tym spotkaniem uszczęśliwiona. Podchodzę, przedstawia mnie chłopakowi, który ma na imię Janos. Podajemy sobie ręce. Amerykanin?, pyta. Zgadza się, odpowiadam. Skąd w Ameryce?, pyta. Z Delaware, mówię. Mówię tak każdemu. Kiwa głową. Saskia pyta, czy nie będzie mi przeszkadzało, jeśli dosiądziemy się do Janosa kiedy będzie dzwoniła w sprawie mieszkania. Zupełnie nie, odpowiadam. Janos przywołuje kelnera. Saskia zamawia herbatę i słodką bułkę. Ja – kawę i kawałek ciasta. Czegoś takiego można szybko się nauczyć w każdym języku. Szybko uczymy się nazw ulubionych potraw i napojów. Szybko uczymy się mówić „proszę” i „dziękuję”. Szybko uczymy się składania zamówień – to znaczy mówienia „chciałbym…”, zamiast „chcę…”. Janos jest mały, przygarbiony, ale ma ładne oczy i nos. Pije piwo i je zupę. Kiedy upija łyk piwa, na wąsach zostaje mu piana. Na brodzie ma resztki zupy. Saskia zwraca się do niego po angielsku, ale on odpowiada jej w ojczystym języku. Mówi mu o mieszkaniu. Janos odpowiada jej, pytając zapewne o naszą relację. Natychmiast wyczuwam atawistyczną

zazdrość opierającą się na prawie własności, a nie na miłości. Mówię więc: – Więc, co się dzieje, Janos? Patrzy na Saskię. Pytam, co dzisiaj robisz, dodaję. Kupuję świąteczne prezenty, odpowiada. W porządku, rzucam. Janos mówi coś do Saskii. Odpowiada mu zaczepnie, a potem zapada cisza. Wolałbym – gdyby to było możliwe albo gdybym był dosyć cierpliwy i wytrwały – nauczyć się języka samemu: kupić jakieś książki, czytać je w półmroku cichych bibliotek, słuchać płyt, podsłuchiwać ludzi rozmawiających w tramwajach, kawiarniach i tak dalej. Wolałbym nie siedzieć w klasie, wolałbym uniknąć nauki przez ćwiczenia, przerabianie rozdziałów podręcznika i rozwiązywanie testów. Ale muszę się śpieszyć. Bo gdziekolwiek się pojawię, emanuję niepokojącą obcością. Za rok chciałbym stać się niewidzialny. Chciałabym zasiadać przy stołach z nieznajomymi i nie być natrętem czy ciekawostką. Chciałbym pójść do fryzjera żeby się ostrzyc, zamienić z nim dwa, trzy zdania o pogodzie, zapłacić i wyjść – być tak niedostrzegalny, żeby fryzjer od razu o mnie zapomniał. Muszę zatem nie tylko nauczyć się języka, muszę mówić z odpowiednim akcentem, wsłuchuję się więc w głosy ludzi i choć nie rozumiem, o czym rozmawiają, powtarzam sobie podczas spacerów ich słowa. Mając pewność, że jestem zupełnie sam, powtarzam je głośno. Szukasz mieszkania?, pyta Janos. Owszem, odpowiadam. Na jak długo? Nie wiem, mówię. Pewnie na jakiś czas. Saskia kładzie przed nim gazetę, żeby mógł spojrzeć na zakreślone przez nią ogłoszenia. Przegląda je. Przy niektórych kręci głową, inne robią na nim wrażenie. Musisz być bogaty, mówi. Mam oszczędności, odpowiadam. Gdzie pracowałeś?, pyta. Służyłem w marynarce, mówię, po trosze dlatego, że Saskia mogła już mu o tym powiedzieć i nie chcę zostać przyłapany na kłamstwie, a po trosze z tej przyczyny, że nie mam najmniejszego zamiaru kiedykolwiek zaprzyjaźniać się z Janosem. Uśmiecha się, biorąc moje słowa za żart. Potem przestaje się uśmiechać. Trochę wcześnie na ciasto, stwierdza. Nie reaguję. Nigdy przedtem nie lubiłem słodkich wypieków, ale teraz lubię. Teraz naprawdę lubię jeść sycące, słodkie, owocowe, kremowe ciastka o każdej porze. Janos kończy zupę i upija łyk piwa. Chce coś powiedzieć. Widzę to po jego oczach. Pochyla się. Prawie otwiera usta. A potem zamyka. Saskia dzwoni pod pierwszy numer z gazety. Zaciska kciuki, co tutaj oznacza to samo, co u nas krzyżowanie palców. Czeka, czeka i czeka, marszczy brwi, a potem nagrywa wiadomość. Rysuje gwiazdkę przy ogłoszeniu. Podają zamówione przez nas napoje i słodkości. Saskia wybiera kolejny numer. Czeka. I czeka. Znów marszczy brwi i kręci do mnie głową, kiedy w telefonie odzywa się poczta głosowa. Nagrywa krótką wiadomość. Rysuje gwiazdkę przy ogłoszeniu i mówi: Grudzień to najgorszy miesiąc na wynajmowanie mieszkania. Wybiera trzeci numer z listy i ktoś podnosi słuchawkę. Saskia chwyta mnie z radości za ramię. Rozmawia. Prawdopodobnie wyjaśnia sytuację: że jestem Amerykaninem – słyszę wyraźnie to słowo w obcym języku, „Amerykanin”. Jej telefoniczny głos jest zupełnie inny od zwykłego. Wydaje się surowy, profesjonalny, pozbawiony empatii, co stoi w absolutnej sprzeczności z tym, że ściska mnie za ramię i jest podekscytowana. Ucina rozmowę – jak mi się wydaje – w połowie zdania, marszczy brwi i żegna się. Już komuś wynajęli, oznajmia. W tym mieszkaniu był balkon. Może nie powinnaś wspominać, że jestem Amerykaninem?, zastanawiam się głośno. Saskia zbywa to milczeniem. Robi sobie przerwę na łyk herbaty i kęs bułki. To bardzo ekscytujące, mówi. Ja też jestem podekscytowany, odpowiadam. Przez chwilkę jemy i pijemy. To prawda, jestem

podekscytowany, ale czuję też ulgę wyobrażając sobie, że nie znajdziemy mieszkania, że przez kolejny miesiąc czy dwa przemieszkam w hotelu, będę jadał posiłki w kawiarniach i restauracjach, i spał w łóżku dla krasnoludków w pokoiku dla krasnoludków, którego jedyną ozdobą jest kupiony przeze mnie obraz. Wstydzę się tego, wstydzę się, że odpowiada mi nurzanie się w płytkich czyśćcowych wodach hotelowego życia. W moim cieście jest pełno ciepłych malin i ciepłych jeżyn. Całość pokryta jest kremem. Janos przygląda się podejrzliwie temu kawałkowi ciasta, podobnie jak inni siedzący wokół nas goście kawiarni. Mam na sobie dżinsy, czarny pasek, granatowy podkoszulek, i ciemnobrązową koszulę z długimi rękawami, do tego sznurowane buty. Koszulę kupiłem tutaj, a wraz z nią kilka podobnych. W moich własnych koszulach wyglądałem bardzo amerykańsko. Zapuszczam włosy. Na fotografii w amerykańskim paszporcie mam włosy schludnie przystrzyżone, umyte i dobrze uczesane – wycieniowane nad uszami i na karku pod górę o jakieś trzy czwarte cala od ich naturalnej linii i o tyle samo od dłuższych, dobrze przyciętych i uczesanych włosów na czubku głowy, skroniach i tak dalej. Zdjęcie to zrobiono tuż po zakończeniu przeze mnie służby w marynarce. Wpatruję się w nie czasami, leżąc w łóżku, tak jakbym wpatrywał się w fotografię nieżyjącego brata. Nie znałem go za dobrze, ale wiem, że żywił nadzieję. Wiem, że kiedyś był dobrze wychowanym chłopcem, że był inteligentny, miał same szóstki i nie musiał się przejmować nauką, mimo to uczył się bez przerwy i marzył, że zostanie przywódcą. Ale już nie żyje. Zmarł niespodziewanie. Po zjedzeniu połowy bułeczki Saskia wyciera ręce, nalewa sobie z dzbanuszka kolejną filiżankę herbaty i sięga po telefon. Ilu ci jeszcze zostało?, pytam. Całe mnóstwo, ale niezbyt wielu w śródmieściu. Lokalizacja nie jest dla mnie najważniejsza, mówię. Jest, protestuje, jeśli chcesz mieszkać w śródmieściu. Saskia, mówi Janos, chce mieć znajomego, który mieszka w śródmieściu. Na co Saskia odpowiada: Wszyscy chcą mieć znajomego, który mieszka w śródmieściu. Okay, przerywam ten spór, to nie ma dla mnie znaczenia. Saskia telefonuje pod kolejny numer. Nikt nie odbiera. Nagrywa wiadomość i rysuje gwiazdkę przy ogłoszeniu. I co teraz?, pytam. Odpowiada, że zadzwoniła już do właścicieli najciekawszych mieszkań. Może oddzwonią, mówię. Wątpię, wtrąca Janos, bo to czwartkowa gazeta. A w dzisiejszej nie ma ogłoszeń?, pytam. Są, mówi Saskia, ale niewiele. W czwartkowym wydaniu jest ich najwięcej. To prawda, ale trzeba szukać mieszkania nie tylko w czwartki, stwierdza Janos. Ja wynajęłam mieszkanie w sobotę, mówi Saskia. Janos kiwa głową, bo niechcący przyznała mu rację. Twoje mieszkanie jest małe i pełne gryzoni, mówi. Nieprawda!, protestuje Saskia. Wcale nie ma tam myszy! Na schodach jest pełno myszy, rzuca Janos. Saskia wstaje. Dokąd idziesz?, pytam. Po dzisiejszą gazetę, odpowiada. Pójdę z tobą, mówię. Nie chce, żebym jej towarzyszył. Wystawia rękę, jakby była policjantką z drogówki, a ja ruchem drogowym, i przeprasza, że przywiozła starą gazetę. Dręczy ją to. Nic nie szkodzi, mówię. Co za różnica, czy wynajmę mieszkanie teraz czy w styczniu? Ale to moja wina, opuszcza głowę, bo za długo czekałam. Siada. To bez sensu, że najwięcej ogłoszeń drukują w czwartek, kiedy wszyscy pracują, mówi. Zadzwonimy teraz do właścicieli mieszkań spoza centrum? Nie, odpowiadam Saskii. Zaczekajmy. Może ci z centrum oddzwonią. Saskia idzie do toalety, zostawiając mnie z Janosem, który patrzy za nią. Patrzy, jak przeciska się między stołami, więc ja też się odwracam i patrzę. Dzięki obrazowi tej ślicznej, dobrze ubranej dziewczyny, która jest ekonomistką i którą poznałem przed zaledwie kilkoma tygodniami, a która teraz idzie między krzesełkami, stołami, artystami

w zatłoczonej, głośnej, ciepłej, wypełnionej dymem kawiarni w mroźnym mieście – do którego nigdy się nie wybierałem dopóki nie przeniosłem się doń na stałe, nie mając wcześniej wyobrażenia o tym, czym jest stałość – osiągam stan nieważkości jakbym był w przestrzeni kosmicznej. To przydarza mi się tutaj wiele razy w ciągu dnia, staram się pozbyć chęci dociekania, skąd mi się to wzięło i co to oznacza, jeśli oznacza cokolwiek. Rano, leżąc w maleńkim łóżku w maleńkim pozbawionym ozdób pokoiku, nie poruszam się i zastępuję gołą jałową scenografię hotelu wspomnieniami całkiem dla mnie nowej obcości. Leżę i przywołuję te wspomnienia, przyglądam się im przez długi czas, a choć na dworze mróz i zawierucha, w pokoiku jest ciepło. Tuż pod oknem wisi gorący kaloryfer. Wracając spod prysznica, otwieram okno, żeby przewietrzyć pokój, czekam, aż zrobi się w nim zimno, potem zamykam je i ubieram się. Nie powinieneś nikomu mówić, że służyłeś w marynarce, poucza mnie Janos. Odwracam się ku niemu i zastaję go w agresywnej, a jednocześnie pełnej zażenowania pozie – łypie na mnie spode łba znad pustej szklanki po piwie. Na wąsach nadal ma pianę, na brodzie – zupę. Po pierwsze nikt tutaj nie lubi Amerykanów, ciągnie. To prawda, zgadzam się z nim. Walczyłeś? Co masz na myśli? Mam na myśli wojnę, mówi. W Iraku, odpowiadam. W Iraku? Owszem, mówię. Nie wolno ci o tym nikomu mówić, nakazuje mi protekcjonalnie. Mam to za sobą. W ogóle o tym nie myślę, dodaję. Nikomu o tym nie mów, powtarza. Obok przechodzi kelner, mówię mu, że chcę zapłacić – tego też można się szybko nauczyć: jak powiedzieć, że chce się zapłacić. Kelner nie dał po sobie poznać, że w ogóle mnie słyszał, ale tak najczęściej postępują kelnerzy. Poruszają się jak kamienne szachowe figury we mgle. Inicjowanie rozmów z kelnerami w kawiarniach takich jak ta – gdzie siedzi się przede wszystkim po to, żeby dowieść innym, że nigdzie się nam nie spieszy – nie należy do dobrego tonu i świadczy o braku ogłady. Trzeba się nauczyć, jak emanować gotowością do uregulowania rachunku albo ochotą na drinka, czy pragnieniem złożenia kolejnego zamówienia, a wtedy kelnerzy sami się pojawiają. Jest w tym pewien mistycyzm. Nie nabyłem jeszcze tej sekretnej umiejętności, zatem kiedy przechodzą w pobliżu, podnoszę rękę lub wypowiadam odpowiednie słowa. Wracają zazwyczaj po kilku minutach i podliczają zamówienie – na papierze – podają mi kwotę do zapłacenia, a kiedy się orientują, że ich nie rozumiem, kładą przede mną rachunek, a ja daję im pieniądze. Napiwek zostawiam na stole, choć powinno się go dołączać do zapłaty. Czynię tak, bo nie wiem, jak im powiedzieć, żeby mi nie wydawali reszty. Przyglądam się, jak robią to ludzie wokół mnie – prawie w ogóle nie otwierając ust. Nie mówię nic więcej do Janosa, a on postanawia sprawdzić SMS-y w komórce i tak upływa nam kilka minut. Rozglądam się po sali i wpatruję w rozmawiających ze sobą ludzi. Poziom zgiełku w kawiarni znacznie się podniósł albo po prostu zacząłem zwracać na ten hałas uwagę. Mijają kolejne minuty. Saskia pojawia się w drzwiach toalet. Wpatrujemy się w siebie, nim oboje zdamy sobie sprawę, że się w siebie wpatrujemy. Odwracam się. Idzie, mówię do Janosa. Podnosi głowę znad telefonu. Saskia odsuwa krzesło i siada, wraca kelner. Sumuje ceny i podaje mi kwotę, a ja daję mu banknot na tyle wysoki, by z nadwyżką pokrył rachunek. Saskia chce mi oddać pieniądze. Zapłacisz następnym razem, mówię. Fajnie, odpowiada. Jeśli ktoś w Ameryce mówi „fajnie”, z pewnością ironizuje, natomiast tutaj „fajnie” oznacza coś w rodzaju „wspaniale” czy „spoko”. Kelner odlicza resztę, a Janos zamawia drugie piwo. Kelner nie reaguje, ale Janos nie oczekuje reakcji. Nienawidzę świątecznych zakupów, mówi. Pewnie zostanę tu na cały dzień.

Wstajemy z Saskią jak na komendę. Cieszę się, że znów będziemy sami. Cieszę się, że znów będziemy szli. Może zobaczymy się później?, mówi Saskia do Janosa. Może, odpowiada Janos. Powodzenia w szukaniu mieszkania, dodaje. Do widzenia, mówi Saskia. Gestem pokazuje mi, bym szedł przodem. Wyciąga rękę jak bileterka wskazująca fotel w teatrze. Zawsze to robi, zawsze wskazuje mi drogę, otwiera przede mną drzwi albo płaci za napoje. Ja też otwieram przed nią drzwi i czasami pomagam jej założyć płaszcz. Wielu mężczyzn tak się tutaj zachowuje wobec kobiet, więc robię to samo. Podoba mi się to. Tutaj, w tym mieście, zniknęła zarówno bezbrzeżna radość, jak i bezbrzeżny smutek. Miasto jest za stare na tego rodzaju naiwność. W odpowiedzi na tę stratę wszyscy otwierają przed sobą drzwi albo zwalniają miejsca przy stole – są wobec siebie uprzejmi i szczodrzy. Podziwiam to – celebrowanie utraty nadziei rytuałem i opanowaniem. Podawaniem kobietom okryć. Nie ma miejsca na jakąkolwiek myśl. Nie ma miejsca na wypowiedzenie zdania. Nie ma miejsca dla człowieczeństwa. Janos nosi brodę, bo wciąż żywi nadzieję, że nie jest powtórnie przetworzoną materią, że myśli własnymi myślami. Pewnego dnia – może za rok, może za pięć lat – obudzi się i zgoli brodę. Zdejmuję płaszcz Saskii z wieszaka, Saskia podchodzi do mnie, odwraca się i wsuwa ręce w rękawy, wychodzimy z ciepłego pomarańczowego światła kawiarni i wracamy w fioletowo-białą ciemność ulicy. Janos zawsze jest nieszczęśliwy, mówi Saskia. Jest szczęśliwy tylko wtedy, kiedy może być nieszczęśliwy. Odnajdywanie we wszystkim rozpaczy kosztuje wiele wysiłku. A ty nie jesteś nieszczęśliwa?, pytam. Och, nie jestem głupia, rzuca, ale nie staram się być nieszczęśliwa. Mróz szczypie mnie w płuca i orzeźwia. Pada gęstszy niż poprzednio śnieg. Skręcamy w prawo, pod wiatr i śnieg. Kupimy gazetę i sprawdzimy ogłoszenia, mówi Saskia, a potem pójdziemy prosto do śródmieścia. Krzyżuje ręce na piersi, a ja chowam dłonie w kieszenie, idziemy ramię w ramię – tak blisko siebie, że raz po raz zderzamy się bokami. Odrywam łokieć od boku, a ona bierze mnie pod rękę. Gdybym to ja szukała mieszkania, mówi, rozglądałabym się za takim, w którym są wysokie sufity, wielka wanna i duże, wychodzące na park, okna. A kuchnia?, pytam. Zastanawia się nad tym, znów unosząc głowę jak filozof. Nie za dobrze gotuję, odpowiada. Naprawdę? Ja lubię gotować, mówię, i chciałbym mieć ładną kuchnię. Ja mam maleńką kuchenkę, odpowiada Saskia. Prawie w ogóle nie jadam w domu. Ta kuchenka doprowadza mnie do rozpaczy. Nie chcę kuchni, która doprowadza do rozpaczy, stwierdzam. W tej okolicy ulice są ponure i eleganckie. Zaczynamy spotykać innych ludzi. Ulica skręca i robi się szersza. Pojawiają się sklepy, kawiarnie i bank. Przez małe skrzyżowanie jeżdżą samochody. Wchodzimy z Saskią do sklepiku i Saskia kupuje gazetę. Chce ją otworzyć, ale wnętrze sklepiku jest małe, malutkie, a do środka wchodzą ludzie, więc musimy wyjść. Wracamy na mróz, a Saskia mówi, że w pobliżu jest coś wartego obejrzenia; coś, co chciała mi pokazać, odkąd tylko się poznaliśmy, ale bez przerwy o tym zapominała. A teraz jesteśmy bardzo blisko, więc musimy to zobaczyć. Znów bierze mnie pod rękę i rusza szybszym krokiem. Nie mogę uwierzyć, że wciąż o tym zapominałam, mówi. Skręcamy w inną wąską ulicę, która skręca ostro i biegnie pod górę. Z tego miejsca aż do śródmieścia trzeba się trochę powspinać. Na ulicy stoją ludzie. Ktoś gra na trąbce smętną wolną melodię. Skręcamy za róg i trafiamy na mały świąteczny jarmark na placu. Stoją tam brązowe stragany wypełnione świątecznymi ozdobami, drewnianymi zabawkami dla

dzieci i biżuterią. Trębacz stoi na estradzie. Rozgrzewa się. Ludzie jedzą precle i posypane cukrem pudrem pączki. Piją grzane wino. Rodzice przywieźli dzieci w wózkach. Kiedy się do nich zagląda, widać tylko małe śpiące twarzyczki w obszytych futerkiem becikach. Targowisko wyłożono zieloną trawą, ale zieleń przebija tylko tam, gdzie śnieg rozdeptano na mokre błoto. Jarmark jest taki sam jak inne bożonarodzeniowe jarmarki na których byłem, są jednak pewne różnice. Czy właśnie to chciałaś mi pokazać?, pytam. Nie, odpowiada, chciałam ci pokazać to… Na środku placu stoi niewielka fontanna. A w fontannie posąg mężczyzny w długich szatach, z aureolą nad głową. Kto to jest?, pytam. Święty, odpowiada Saskia. Święty Mikołaj, patron żeglarzy. Wskazuje stojący u szczytu placu brązowy romański kościół. Pochowany jest w tym kościele, w katakumbach, dodaje. Podchodzimy do fontanny – nieczynnej, wypełnionej sypkim śniegiem. Wokół stóp świętego wiją się przedziwne morskie stwory z rozdziawionymi paszczami. Co ci przypominają?, pyta Saskia. Moim zdaniem wyglądają jak krzyżówka ryby ze smokiem – nie mówię tego głośno. Mają najeżone wąsy i potężne płetwy. Kolczaste ogony jak dinozaury. Olbrzymie okrągłe paszcze z kłami. To chyba jakieś mitologiczne stworzenia, mówię. Saskia kręci głową. Przyglądam im się raz jeszcze. W moich oczach przypominają chłopięcy rysunek najstraszliwszej ryby, jaką można sobie wyobrazić. Usiłuję wyobrazić je sobie w stukrotnym powiększeniu w oceanicznej toni. Wyobrażam sobie falę biegnącą po powierzchni morza kiedy płyną tuż pod nią ku starej fregacie pełnej przerażonych żeglarzy. Poddaję się, mówię. To delfiny, oznajmia Saskia. To nie są delfiny, sprzeciwiam się. No cóż, to miały być delfiny, tłumaczy, ale rzeźbiarz nigdy nie widział delfina. Jesteś pewna, że to prawda? To prawda, potwierdza. Zabawne… mówię. Fontanna ma jakąś nazwę, ale wszyscy nazywają ją „fontanną delfinów”. Zatem przed wiekami wszyscy przyglądali się tej fontannie, uważając, że właśnie tak wyglądają delfiny?, pytam. Prawdopodobnie, odpowiada Saskia, chyba że od razu się zorientowali, że rzeźbiarz był idiotą. Kiwam głową. Na jakich okrętach pływałeś?, pyta teraz Saskia. Kiedy? W marynarce? Owszem, odpowiada, przepraszam, że pytam. Na łodziach podwodnych, mówię. Trębacz rozpoczyna w końcu grać jakąś kolędę. Żywą i radosną. Bardzo się cieszę, że przypadkowo trafiłem na ten plac. Na bożonarodzeniowych jarmarkach zawsze jest o stopień czy dwa cieplej, tak się przynajmniej wydaje. Na straganach stoją dmuchawy, tłumy też wytwarzają ciepło. Saskia staje w kolejce przed straganem, na którym sprzedają napoje. Odwraca ku mnie głowę. Mam takie przezabawne przeczucie, że przyprowadziła mnie tutaj, żeby zapamiętać mnie na takim oto obrazie: marynarz pod posągiem patrona żeglarzy otoczonego przez demoniczne delfiny. Uśmiecha się, odwraca ku straganowi i czeka. Przykucam, żeby dobrze przyjrzeć się delfinom. Rzeźba nie wytrzymuje krytyki jako dzieło sztuki, a mimo to stoi na placu, a ludzie – bez wątpienia od wieków – przychodzą ją oglądać, i to nie dla świętego, ale – założę się – dla małych delfinków, które wcale nie są delfinami, a syntezą nie dającej się opisać rzeczywistości ludzkiego strachu. Jeśli przesłanie fontanny jest właśnie takie, przyjemnie na nią popatrzeć. Saskia wraca z dwoma kubkami grzanego wina. Uważasz, że to dzieło sztuki?, pytam. Oczywiście, odpowiada, dlaczego nie? No, cóż…, mówię, sam nie wiem. Nigdy nie pytam, czy coś jest dziełem sztuki, oznajmia Saskia. Jeśli ktoś mówi, że coś nim jest, zgadzam się z tym. Ostatnie zdanie wypowiada nie zmieniając tonu – tak spokojnie, jak

tylko można sobie wyobrazić. Nie wiem jak prowadzi się rozmowy o sztuce, bo nikt, kogo znam, oprócz Saskii, nie uważa sztuki za temat godny poważnej rozmowy. Myślałem o sztuce, ale nigdy nie było mi dane zweryfikować moich przemyśleń. A jeśli ktoś uważa, że ta rzeźba jest okropna?, pytam. A czy to ma jakiekolwiek znaczenie, że uznam ją za tym kimś za okropną? Upijam łyk wina. Saskia ciągnie myśl: Źli artyści handlują brakiem akceptacji dla nieuznawanych za dzieła sztuki prac. Ja z góry biorę ich prace za dzieła sztuki, żeby ich sztuka nie mogła chować się za parawanem braku akceptacji. To ma sens, stwierdzam. Grzane wino na bożonarodzeniowych jarmarkach bywa o wiele za słodkie i często robi się po nim niedobrze, ale smak wina, które pijemy, jest niemal doskonały. Śnieg wiruje wokół Saskii, wokół straganów, na niebie nad kościołem. Przekładam kubek z ręki do ręki – z zziębniętej dłoni do dłoni rozgrzanej, żeby zziębniętą schować w kieszeni. Wino szybko stygnie, więc do połowy kubka je sączymy, a resztę wypijamy jednym haustem. Jeszcze jedno?, pyta Saskia. Nie, dziękuję, odpowiadam, lepiej nie. Po raz kolejny przekładam kubek z ręki do ręki. Potrzebne ci rękawiczki, mówi i wyjmuje mi kubek z dłoni, żebym mógł schować obie ręce do kieszeni. Odchodzimy od fontanny i znajdujemy wolny stół pod dużą markizą przy jednym ze straganów, a Saskia wyjmuje gazetę. Okay, mówi i rozkłada gazetę przed nami. Widzisz jak mało jest w sobotę ogłoszeń o mieszkaniach? To prawda. Ogłoszenia zajmują tylko dwie sięgające do połowy strony kolumny, natomiast w czwartek zajmowały cztery bite strony. Czytając, przesuwa palcem wskazującym wzdłuż kolumn. Jest jedno, mówi. W śródmieściu. Usiłuję je przeczytać, ale nic nie rozumiem. Wygląda nieźle, mówię. Saskia wyjmuje telefon i ściąga rękawiczkę. Wystukuje numer, przykłada telefon do ucha i rozpina płaszcz pod szyją. To szary wełniany płaszcz z grubym kołnierzem i dużymi guzikami, sięga jej tuż za kolana. Kiedy na niego patrzę, mam ochotę kupić sobie nowe okrycie. Tuż po przyjeździe wszedłem do rozpaczliwie małego sklepiku przy stacji kolejowej – cztery gołe ściany z paltami na ruchomych stelażach – a gruby wąsaty facet zarzucił mnie płaszczami, całym naręczem palt. Żadne mi się nie podobało. Chciałem wyjść, ale mi nie pozwolił. Bez przerwy opuszczał cenę. Mówił po angielsku. Był Arabem. Poznał we mnie Amerykanina i powtarzał, że chce wyjechać do Ameryki i obejrzeć Zachód. Na Zachodzie nie ma nic godnego uwagi, poinformowałem go, z wyjątkiem nieba i ziemi, które, zdaje się, wszystkim tam wystarczają. Ludzie mówią, że na Zachodzie jest przepięknie, być może tak jest – jeśli tak im się wydaje. Powiedziałem Arabowi, że muszę się jeszcze rozejrzeć za paltem, bo żaden płaszcz z jego sklepu nie przypadł mi do gustu, na co chwycił mnie za ramię i powiedział, że popełniam błąd, że ma w sklepie palto jakby uszyte na mnie. Stanął między mną a wyjściem z podstępnym uśmieszkiem na twarzy, a ja już wiedziałem, że będę musiał bardzo się postarać, żeby czegoś od niego nie kupić. Dałem za wygraną, pozwoliłem mu zwyciężyć. Od tamtej chwili wszystkim pozwalam triumfować. Wybrałem najnudniejsze palto w całym sklepie i zapłaciłem mu najniższą podaną przez niego cenę. Założyłem płaszcz, zapiąłem i wyszedłem; kiedy następnego dnia przechodziłem obok, sklepu z paltami już nie było. Pan Pyz powiedział mi, że to powszechny proceder, że ci goście to handlarze, którzy przez jeden dzień, czy nawet kilka godzin, sprzedają towar na nielegalnie użytkowanej przestrzeni. W mieście jest wielu Arabów, wielu Afrykańczyków i wielu Romów, a wszyscy jego rdzenni mieszkańcy uważają, że ci przybysze kalają miasto smrodem i deprawacją – pan i pani Pyz również są tego zdania, choć to mili i porządni ludzie. Nikt z bogatych krajów nie

chce wziąć na siebie odpowiedzialności za los ludzi z krajów biedniejszych. Chcą tylko tanich produktów spożywczych. Wdałem się w rozważania o czymś, o czym nie chcę myśleć. O wszystkie ludzkie niedole oskarża się niesprawiedliwość, a niesprawiedliwość tylko je pochłania i powiększa. Saskia wciąż rozmawia przez telefon. Przestaję myśleć i przyglądam się jej. Puszcza do mnie oko. Pewnie ma dobre wieści. Trębacz kończy występ, rozlega się cichy, ale długotrwały aplauz. Zerkam na niego. W podzięce za oklaski zdejmuje kapelusz. Dobry muzyk z rewerencją traktuje każdą publiczność, liczną czy niewielką, okazując pokorę i wdzięczność. Dobry muzyk nie gra dla chwały. Gra po to, by podziękować Bogu za talent. Gra, by uhonorować poprzedników. Saskia kończy rozmowę. Dobre wieści, mówi. Możemy je obejrzeć o drugiej. Sprawdza godzinę w telefonie. Zostało nam sporo czasu. Doszedłem do wniosku, że chcę kupić płaszcz, mówię. Podoba się jej ten pomysł, a do mnie dociera po raz pierwszy, że wcale nie podoba się jej palto, w którym chodzę – ani trochę. Po drodze do tego mieszkania jest kilka domów towarowych, mówi. Znów słychać dźwięk trąbki. Muzyka jest teraz szybsza, a ludzie zaczynają tańczyć. To, co każe ludziom tańczyć, zmusza mnie do całkowitego bezruchu. Tylko tak jestem w stanie słuchać dobrej muzyki. Dobra muzyka sprawia, że odczuwam spokój. Podejrzewam, że z Saskią jest podobnie. Oboje stoimy bez ruchu. Dobrze jest stać i słuchać muzyki, pojedynczego instrumentu. Wieczorami na większych jarmarkach grają całe orkiestry dęte. Rżną popularne piosenki albo grają sentymentalne świąteczne melodie, co też jest bardzo zabawne. Wokół nas stoi zadowolony tłum, ludzie piją i słuchają muzyki, przechodzę powoli między nimi, ustępuję uprzejmie każdemu, kto wejdzie mi w drogę. W tym mieszkaniu jest taras, mówi Saskia, i duża kuchnia. Biorę je, rzucam. Ale jeszcze go nie widziałeś! Nieważne, mówię. Uważam, że najpierw powinieneś je obejrzeć. Może być pełne gryzoni. Kupię sobie kota, odpowiadam. Jest drogie, mówi. Więc pewnie nie ma w nim myszy, oznajmiam. Wydawało mi się, że niedawno mówiłeś, że wcale ci się nie spieszy, przypomina mi. Mam dobre przeczucia, odpowiadam. Rozważa ryzyko zadania mi kolejnego pytania, znacznie istotniejszego, i ostatecznie nie zadaje go. Naprawdę chcesz kupić płaszcz?, pyta w zamian. Tak, mówię. Oddajemy kubki na straganie z napojami i odbieramy zastaw. Przed estradą nadal tańczą ludzie. Dorośli tańczą z dziećmi i wnuczętami. To mi się podoba, mówię. Co?, pyta. Ładny obrazek, wskazuję brodą tańczących. Tak, szkoda, że święta trwają tak krótko, bo po nich zostaje nam tylko mróz. Nic o tym nie wiem, mówię, a poza tym wydaje mi się, że lubię długą zimę. To będziesz ją miał, rzuca, nie martw się. Wychodzimy z jarmarku, opuszczamy skwerek przed kościołem i fontannę z patronem żeglarzy, maszerujemy dalej. Od czasu do czasu nieco wyżej przed nami, w śnieżnym i mglistym półmroku, w szczelinach między dachami kamienic, wieżami i łukami, pojawia się śródmieście. Zmierzamy ku sercu miasta. Tam, gdzie stoi katedra i twierdza, które widziane z tej odległości są zaledwie cieniami. Saskia urodziła się w tym mieście. Jej rodzice nie żyją – najpierw umarła matka, kilka lat później ojciec. Ojciec Saskii nie pochodził stąd, więc wyprowadziła się z nim z miasta. Wróciła po jego śmierci – mam wrażenie, że po to, by dostać dobrą pracę. Saskia mówi, że są dwa rodzaje ekonomistów: ci, którzy mają odrzutowce, i ci, którzy jeżdżą na rowerach. Nie uważa się za osobę, która chciałaby mieć odrzutowiec, więc przypuszczam, że jest ekonomistką na rowerze. Tylko że kiedy broni jakiegoś stanowiska albo kiedy mówi o tym, jak jest traktowana przez kolegów z pracy dlatego, że jest

kobietą – jej koledzy zakładają, na przykład, że prędzej czy później będzie chciała mieć dziecko i że będzie jej bardziej zależało na dziecku niż na awansie – ujawnia ambicję osiągnięcia sukcesu, choć nie dlatego, że jest kimś wybitnym, ale dlatego, że inni uważają, że nie będzie mogła albo nie zechce go osiągnąć. Ktoś kiedyś zapytał mnie tutaj o moje polityczne zapatrywania. Odpowiedziałem, że nie mam żadnych. Siedzieliśmy w barze, on pił, a ja nie, to znaczy niezupełnie, bo sączyłem powoli piwo, kiedy powiedział, że jestem kłamcą. Miał na imię Fritz. Wszystko jest polityką, rzucił. Nie odpowiedziałem, a Fritz, jak przypuszczam, uświadomił sobie, że się z nim nie zgadzam, więc dodał, że w gruncie rzeczy jestem tylko rozczarowany polityką, a to nie to samo, co brak politycznych zapatrywań. Wydawał się miłym gościem. Spędziliśmy razem cały wieczór. Fritz powiedział najpierw, że nie pali, a potem wypalił mi całą paczkę papierosów, więc poszliśmy do automatu kupić jeszcze jedną, a Fritz poprosił: kup i dla mnie, więc mu kupiłem. Schował tę paczkę do kieszeni i dalej palił moje. Niemal przez cały wieczór mówił tylko o sobie, o mieście i o polityce. Był komicznie niski i miał zabawny chód, jakby żywcem wyjęty z Ministerstwa Głupich Kroków. Podskakiwał przy każdym wymachu prawej nogi, jakby chciał zajrzeć na drugą stronę niskiego płotu. Zabrał mnie na długi spacer, który skończył się przy siedzibie parlamentu, przed którą uścisnął mi rękę i pożegnał się. Do zobaczenia, rzucił i od tamtej pory go nie widziałem. Fritz. Ładne imię. To był któryś z moich pierwszych wieczorów w mieście. Albo wszystko wydarzyło się niedawno? Czas rozprasza się albo maleje moje nim zainteresowanie, przez co nie umiem sobie przypomnieć chronologii wydarzeń. Zapominam także różne rzeczy: zupełnie nie pamiętam lotu z Ameryki, zapamiętałem jedynie wielką tablicę z nazwami hoteli na tutejszym lotnisku. Pożegnawszy się ze mną, Fritz wskoczył do taksówki. Staliśmy przy krawężniku ruchliwej arterii przed parlamentem, jeździły nią setki taksówek z żółtymi smugami światła na dachach, nadjeżdżały całymi rojami, wystarczyło więc, że Fritz wyciągnął rękę, żeby jedna z nich oderwała się od roju i zatrzymała tuż przed nami. Przez cały wieczór opowiadał mi, że wiosną jego partia – był, jak się okazało, radnym w satelickim miasteczku – szturmem zdobędzie parlament i zlikwiduje nierówności społeczne, podnosząc podatki i dając pracę bezrobotnym, a kiedy tamtego wieczoru zostałem sam przed otoczonym olbrzymią białą kolumnadą budynkiem parlamentu, zdałem sobie sprawę, że Fritz przyprowadził mnie tutaj, żeby pokazać mi swoją wymarzoną nagrodę i jednocześnie wskazać bezsens politycznej wstrzemięźliwości. Budynek parlamentu jest imponujący. To cud architektury. W ciągu dnia turyści chodzą wokół niego jak małpy wokół monolitu w 2001: Odysei kosmicznej, i trudno im się dziwić. Wpatrując się weń ja też czułem się jak małpa. Ale po pewnym czasie zachwyt mija. Gdy człowiek zda już sobie sprawę, że ludzie są opętani przymusem zapełniania świata obiektami i ideami, które ich przeżyją, gdy zobaczy ogień podsycający ludzką rozpacz, zaczyna się odczuwać panikę. Myślę o Fritzu z czułością, która bierze się ze spontanicznej nostalgii – świadomości, że nigdy go już nie zobaczę, przenigdy, i że prawdopodobnie nawet nie pamięta, że mnie spotkał, bo każdego wieczoru, kiedy wychodzi się napić, spotyka kogoś innego, kogo nawraca, od kogo bierze papierosy i kogo zostawia u stóp symbolu nadziei na przemieniony sprawiedliwy świat. Doszliśmy z Saskią do zewnętrznej obwodnicy śródmieścia. Ma osiem pasów, po cztery w każdą stronę, plus oddzielne pasy dla autobusów i tramwajów. Na drugą stronę przechodzi się podziemnym przejściem, nie da się inaczej. Na wyłożonych białymi

kafelkami ścianach tunelu, od góry do dołu wiszą plakaty reklamujące wystawy, koncerty i filmy, czasopisma, perfumy oraz turystyczne atrakcje. W połowie drogi przez przejście pod obwodnicą wisi – co ciekawe – chromowany panel wskazujący za pomocą wyświetlanych na czerwono cyfr liczbę mieszkańców świata. Migocze bez przerwy. Sam nie wiem dlaczego, ale czuję przymus wpatrywania się w te cyfry, z których ostatnia zmienia się co pół sekundy, a przedostatnia co pięć sekund. Saskia nie zauważa, że przystanąłem, wołam ją, więc wraca, staje obok mnie i razem wpatrujemy się przez chwilę w cyfry. Zerka na mnie z rozbawieniem. Stoimy tak może z pół minuty, a potem wszystko staje się nierzeczywiste, cyfry są już tylko cyframi, a ja mogę iść dalej. Kiedyś miałam infekcję i byłam po niej bardzo chora, tak chora, że myślałam, że umrę, ale wcale się tym nie przejmowałam. Po infekcji? Kiwa głową. Dosyć rzadką. Przez kilka tygodni byłam w Ameryce Południowej. Zaraziłam się od ptaka. Dobrze, że przeżyłaś, mówię. Ja też się cieszę, odpowiada. To, co zapamiętałam, jest bardzo dziwne. Kiedy człowiek zapada na ciężką chorobę, miewa okropne myśli o życiu i śmierci. Byłam w szpitalu przez miesiąc. Nikt nie wiedział, co mi jest, aż w końcu pojawił się pewien specjalista i zapytał: Czy miała pani jakiś kontakt z egzotycznym ptactwem? Niewiele z tego wszystkiego pamiętam, to było jakieś dwa czy trzy lata temu, ale zapamiętałam tę zbitkę – „egzotyczne ptactwo” – bo bez przerwy widziałam niebieskie, różowe, pomarańczowe i zielone pióra. Wydawało mi się, że na nich leżę, były bardzo miękkie i myślałam, że umarłam. Odpowiedziałam specjaliście: tak. Wszyscy pokiwali głowami. Nie mieli na to lekarstwa. Trzymali mnie w łóżku i obserwowali, i modlili się, żebym przeżyła. Kiedyś miałem straszliwą chorobę morską, na Morzu Japońskim, mówię. Wynurzyliśmy się podczas potężnego sztormu, a już wcześniej chorowałem, nie wiem na co, jedyne, co pamiętam to przymus zejścia z okrętu i utopienia się, najszybciej jak się da. Kiwa ze współczuciem głową i mówi: Janos uważa, że jesteś z CIA. CIA? Że jestem szpiegiem? Nie, nie szpiegiem, kręci głową. Uważa, że torturujesz ludzi. Dobry Boże, wzdycham. Naprawdę tak uważa? Gdybyś był z CIA, mówi Saskia, wszystko by mu się zgadzało. Ale poważnie tak myśli? Kto wie?, odpowiada. Dochodzimy do ruchomych schodów, które zawiozą nas z powrotem na powierzchnię. Stajemy z prawej strony. Z lewej wymija nas dwójka biegnących dzieciaków. Po przybyciu do miasta potrzebowałem czterdziestu ośmiu godzin żeby nauczyć się regulaminu stawania i wchodzenia ruchomymi schodami: stoi się po prawej stronie, chodzi po lewej. Przez te pierwsze czterdzieści osiem godzin dostałem w kość. Jakiś facet kopnął mnie w kostkę, a wszyscy mnie popychali. Teraz czuję potrzebę popychania i kopania turystów, którzy nie rozumieją regulaminu, choć nie dlatego, że się złoszczę, ale dlatego, że uważam, że przejrzyste i czytelne dla wszystkich systemy są cenne i z przykrością patrzę, jak taki system się wali. Wyjeżdżamy na powierzchnię pod dużą wiatą. Śnieg już nie pada, ale zrobiło się jeszcze mroźniej. Z tego miejsca widać wznoszącą się wysoko ponad budynkami na północy obwodnicę. Wszędzie pełno billboardów, niektóre są cyfrowe i migoczą. Wzdłuż obwodnicy stoją wysokie biurowce i hotele. We wnętrzu pętli, na zboczu niedużego wzniesienia, zbudowano stadion. Grają na nim w piłkę nożną, a kiedy odbywa się mecz pomiędzy drużynami z dwóch przeciwnych stron miasta, na ulicach pojawiają się pędzące opancerzone ciężarówki, wyją syreny, migoczą niebieskie światła i wszędzie stoją policjanci z oddziałów prewencji. Któregoś wieczoru ktoś mi to wszystko wyjaśnił. Siedziałem w kawiarni i zobaczyłem mnóstwo policyjnych wozów

oraz sukę przypominającą transporter opancerzony – gnały ulicą z włączonymi światłami, na syrenach. Pomyślałem wtedy, że dzieje się coś niedobrego, ale nikt z siedzących wokół mnie ludzi nie zwrócił na to uwagi, nawet nie podniósł głowy. Za stadionem i wieżowcami, w odległości dwudziestu mil znajduje się lotnisko. W ciągu kilku ostatnich tygodni wielokrotnie je zamykano ze względu na złe warunki atmosferyczne, więc teraz ludzie wyjeżdżają z miasta pociągami. Nie pracuję dla CIA, oznajmiam Saskii. Patrzy na mnie, a jej spojrzenie mówi, że nie ma konieczności potwierdzania tego, co oczywiste. Ale czuję potrzebę wytłumaczenia się, więc ciągnę dalej: Przez większość służby w marynarce pływałem na okrętach podwodnych, a po jej zakończeniu zabrałem się za zarabianie pieniędzy. Bez powodzenia, więc wstąpiłem do rezerwy i wyjechałem do Iraku. Przydzielono mnie do oddziału w Bagdadzie. Oddział ten zajmował się zdobywaniem danych wywiadowczych dla wojsk walczących z wrogiem, ale moja praca odbywała się głównie za biurkiem. Saskia pyta mnie, co mam na myśli, mówiąc o „danych wywiadowczych”. Być może wyrażenie to przywiodło jej na myśl szpiegowanie i CIA. Chodzi o informacje, odpowiadam, tylko informacje. Opowiedz mi o życiu na okręcie podwodnym, prosi. Jak to?, pytam. Zwyczajnie, opowiedz mi o tym, jak zachowują się ludzie. No cóż, zaczynam, na łodziach podwodnych pływają dwa typy ludzi: pierwsi to ci z jądrami, a drudzy z szybkim czasem reagowania. Z jądrami?, pyta Saskia. Z nuklearnymi pociskami balistycznymi, mówię. Aha, kiwa głową. Czy kiedy wypowiadam takie słowa, wydaję ci się inny?, pytam. Owszem, odpowiada z szerokim uśmiechem. Mówię dalej: Ci z jądrami są zazwyczaj starsi, niektórzy mają rodziny. Rejs trwa zawsze dziewięćdziesiąt dni. To spokojne życie. Ci od szybkiego reagowania są przeważnie młodsi i nie przeszkadzałoby im pływanie pod wodą nawet przez dziesięć lat, pod warunkiem, że coś by się działo. Na nuklearne okręty podwodne trafiają najlepsi oficerowie z najlepszymi dossier, dostają najwyższe pensje i przechodzą najdłuższe szkolenie. Byłeś jednym z nich?, pyta Saskia. Byłem, odpowiadam. Więc jesteś najlepszy, mówi. Byłem ambitny, odpowiadam. I dlatego masz tyle pieniędzy, stwierdza. Pieniędzy nie zdobyłem w czasie służby w marynarce, oznajmiam. Nie mówię nic więcej. Prawda wygląda tak, że pieniądze, które zaoszczędziłem podczas służby na nuklearnych okrętach podwodnych, przepadły – zainwestowałem je w interes, który nie wypalił. Podczas służby w rezerwach w Bagdadzie płacono mi podwójnie za niebezpieczną pracę, a zaoszczędzone wówczas pieniądze zainwestowałem w kolejny interes – firmę wywiadowczą, której jedynym pracownikiem byłem ja sam. Jako cywil przeniosłem firmę do Bagdadu, dzięki czemu dorobiłem się fortuny. Jak się służy na okrętach podwodnych?, pyta Saskia. Przerywam i dziękuję jej w myślach za dyplomatyczny talent: zbycie milczeniem Iraku i pytanie o sprawy, które zapewne jej nie interesują. A czego konkretnie chcesz się dowiedzieć? No, na przykład, czy na nich kołysze. Aha. Łodzie podwodne mocno kołyszą, kiedy są na powierzchni, ale po zanurzeniu kołysanie stopniowo ustaje, im głębiej się schodzi, tym jest mniejsze. W końcu zanika zupełnie. W głębinach panuje spokój i cisza. Przypominasz sobie, że jesteś pod wodą, tylko wtedy, kiedy okręt przechyla się, żeby skorygować głębokość zanurzenia. To prawda: zapomina się, że się jest pod wodą. Jest tyle rzeczy do zrobienia! Bez przerwy ma się coś na głowie, wykonuje się procedury i zadania. Świadomość upływającego czasu pojawia się tylko wtedy, kiedy przypominają o nim wykonywane czynności. Człowiek stopniowo zdaje sobie sprawę, że im bardziej oddala się od

oczywistych oznak następstwa dnia i nocy, od naturalnego światła i naturalnej ciemności, tym staranniej powinien pielęgnować rytuały nocy i dnia. Kiedy je naleśniki w mesie, jest poranek. Kiedy zjada resztki, jest północ. Musztra. Odpoczynek na rozkaz. Ćwiczenia. Trzeba ćwiczyć, w przeciwnym razie pojawi się przedziwne wyczerpanie – wyczerpanie umysłowe, które nie pozwala ani trzeźwo myśleć, ani spać. Każdego dnia pełni się sześciogodzinną wachtę i przez te sześć godzin jest się maksymalnie skoncentrowanym na niewielkiej części całości, jaką ma się przed sobą. Warunki pracy na łodzi podwodnej są bardzo specyficzne i niemal każdy, kto nie jest podwodniakiem, uznałby je za wysoce niesprzyjające. Ale jeśli wytrzyma się przez pewien czas, wszystko normalnieje. Wszystko staje się rutyną i czeka się tylko na rutynowe przerwy – wynurzenie i niebo nad głową. Jeśli jest się starszym oficerem pokładowym i pełni się czasem nocną wachtę, można otworzyć włazy prowadzące na mostek i doświadczyć czegoś nadzwyczajnego – po tygodniach spędzonych w zanurzeniu pod powierzchnią wody ujrzeć przejrzyste rozgwieżdżone niebo nocą. Kiedyś byłem oficerem pokładowym w czasie kiedy przechodziliśmy przez Arktykę. Nawigowałem przez Biegun Północny i okrążyłem go dwa razy. Pokonywaliśmy Arktykę zimą, kiedy dzień trwa zaledwie jakieś cztery godziny. Wynurzyliśmy się za dnia, wyszliśmy na lód i stoczyliśmy bitwę na śnieżki. Z jakiegoś powodu, którego nie potrafię wyjaśnić, nie było nam za zimno. Wielu chłopaków biegało po lodzie boso, w samych szortach i podkoszulkach. Tylko biegli, biegli i biegli. Przebiliśmy się przez pokrywę lodową o grubości kilku stóp – okręt podwodny robi to z łatwością – i znaleźliśmy się ponad tysiącami jardów pustej zamarzniętej wody. Młodzi oficerowie często mówią o zaskoczeniu, gdy przejmują komendę nad centrum dowodzenia – są tacy młodzi, a na ich barkach spoczywa olbrzymia odpowiedzialność za odpalanie pocisków balistycznych Tomahawk i torped. Starsi oficerowie od pierwszego dnia na pokładzie mają dla nich tylko jedną wiadomość: nigdy nie wolno zapomnieć, że podwodniackie insygnia – delfiny, które nosi się na piersi munduru – są potwierdzeniem kwalifikacji do prowadzenia wojny. Podczas szkolenia uczymy się podstawowych czynności i ograniczania strat, ale w gruncie rzeczy cała zabawa polega na tym, żeby nauczyć się używać łodzi podwodnej jako broni. Właśnie dlatego niespełna trzydziestoletni oficerowie stają przed konsolą do odpalania rakiet, a prywatnie się skarżą, że to przedziwne, że tacy jak oni – zwykli maniacy komputerowi, którzy jakimś cudem znaleźli się w marynarce – mają odpalać pociski manewrujące. Saskia otwiera usta, ale nic nie mówi i zamyka je. Powiedz, proszę. Mówi, że to nie jest wesoła historia: dotyczy jej rodziców. Odpowiadam, że z chęcią jej wysłucham. Nie wierzę, mówi. Byłoby to bardzo niezręczne, stwierdzam, gdybyś teraz przestała mi wierzyć. Idziemy dalej, a po długiej chwili namysłu Saskia odzywa się: Kiedy wyprowadziliśmy się z tego miasta, byłam dziewczynką. Zamieszkaliśmy w Hiszpanii. Mój ojciec był inżynierem budownictwa lądowego. Mieszkaliśmy w wiosce pełnej mężczyzn przypominających grzyby. Mama pochodziła stąd, tata był Hiszpanem. Wyjazd z tego miejsca uszczęśliwił ojca i zasmucił mamę. Jak długo tam mieszkaliście?, pytam. Dziesięć lat. Jakieś dziesięć lat. Wyjechaliśmy z Hiszpanii, kiedy umarła mama. Miałam piętnaście lat. Przez trzy lata mieszkaliśmy w Atenach, po czym umarł ojciec. Wyjechałam na studia do Brukseli. Wróciłam tu i dostałam pracę. Masz tu jakąś rodzinę?, pytam. Kuzynów i kuzynki, wujów, odpowiada. Nie jest łatwo, kiedy tak wcześnie traci się rodziców, mówię. Zdaje się, że powiedziałem to samo kiedy wspomniała o ich śmierci po raz pierwszy. Odpowiada „tak”, choć bez smutku w głosie, zwyczajnie się ze mną

zgadza. Śmierć mamy doprowadziła do śmierci ojca, ciągnie. Umierała bardzo długo. Miała już dosyć chemioterapii. Za każdym razem kiedy zmieniano jej lek, onkolodzy mówili, że to coś zabije nawet konia. Wszyscy lekarze mówili o koniu, co do jednego. I mama postanowiła umrzeć. Ojciec przyjrzał się swojemu życiu i doszedł do wniosku, że każda jego godzina i każda decyzja prowadziły do śmierci mamy, przez rok cierpiał na depresję. To był nasz pierwszy rok w Atenach. Potem obudził się któregoś ranka, zgolił brodę i założył garnitur. Powiedziałam mu, że wygląda na zadowolonego. Zadowolonego?, spytał. Nie, nie jestem zadowolony, ale przestałem rozpaczać. Twoja mama postanowiła umrzeć, zamiast żyć z nami dalej w Hiszpanii. Nie wiem, kiedy wrócę, dodał. I przez dwa lata pił, podrywał kobiety i kradł pieniądze z własnej firmy, bardzo przytył. Umarł z powodu wysokiego poziomu cholesterolu. Przestał w ogóle pracować?, pytam. Nie, pracował dalej. Projektował ścieki. Pewnego dnia przyszedł do domu, był bardzo gruby, miał żółte oczy i powiedział: Zadaniem inżyniera budownictwa lądowego zawsze jest ułatwianie odpływu ludzkiej rozpaczy. Usuwamy bariery utrudniające łączność ludzi i postęp. Dzięki nam powstają miasta. Przez całe życie był łagodny i optymistycznie nastawiony, mówi Saskia. Ale brakowało mu odwagi. Przerywa i ogląda się za siebie, bo usłyszała dzwonek tramwaju na przystanku w dole ulicy. Zaczynają marznąć mi stopy, mówi. A tobie? Moim nic nie jest, odpowiadam, ale z przyjemnością wsiądę do tramwaju. Czekamy. Przyglądamy się, jak tramwaj powoli się wspina w naszą stronę. Ma jedno jasne światło, oko cyklopa skierowane na jezdnię i iskrzące się na mokrych szynach. Masz ochotę na obiad? Wieczorem?, pyta. Oczywiście, odpowiadam. Chcę się zrewanżować za twoją dzisiejszą pomoc. Nie wygłupiaj się. Gdyby nie ty, mówi, siedziałabym pewnie w tej kawiarni z Janosem i lamentowała nad kapitalizmem. Tramwaj przystaje, wsiadamy do środka. Jest tłoczno, co rozczarowuje Saskię, która chciała usiąść i odetchnąć. Trzyma się słupka, a ja chwytam się zawieszonego na pręcie uchwytu. U szczytu tej ulicy wznosi się tarasowy pałac z dolnym i górnym skrzydłem. Skrzydła są od siebie oddzielone ogrodem. W górnym skrzydle wisi jeden z najsłynniejszych obrazów na świecie. Bilet do górnego pałacu jest bardzo drogi, a mają tam tylko ten jeden obraz i pięć czy sześć sal wystawowych z eksponatami z czasów antyku. Zwiedzający oglądają obraz i wychodzą. Podchodzą do płótna, wyjmują kamery wideo, a wychodząc narzekają. Słyszałem, jak jakaś para Anglików skarżyła się, że obraz ich rozczarował. Z kolei jakiś Amerykanin uznał, że powinien być większy. Nikt nie ogląda reszty ekspozycji. W jednej z sal zgromadzono wyroby z Mezopotamii – największy w Europie zbiór mezopotamskiej sztuki i rzemiosła. Dwa razy zwiedzałem górne skrzydło pałacu i większość czasu spędziłem właśnie tam. Kiedy byłem w Iraku jako oficer marynarki, właśnie rozkradano mezopotamskie dzieła sztuki i wyroby rzemieślnicze. A kiedy wróciłem tam jako prywatny przedsiębiorca, współpracowałem z ludźmi, którzy starali się odnaleźć i ocalić rozgrabione artefakty. W hotelowym pokoju, w którym mieszkałem, kiedyś pewien mężczyzna rozpłakał się przy mnie. Był kustoszem muzeum, z którego skradziono wszystko. Przyszedł do mnie uśmiechnięty. Podaliśmy sobie ręce, rzucił jakiś żart. Zamówiliśmy herbatę. Nigdy nie mogłem pojąć, dlaczego Irakijczycy piją wrzątek gdy temperatura powietrza sięga pięćdziesięciu stopni, ale sam tak robiłem. Kustosz studiował w Cambridge, co oznaczało, że mówił po angielsku lepiej ode mnie. Omawiał rzeczowo różne dzieła sztuki, podając mi foldery. Pokazał mi też bazę danych w swoim komputerze: znajdował się w niej każdy brakujący przedmiot,