uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 723 182
  • Obserwuję752
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 009 112

Kat Falls - Podwodny świat 02 - Osada

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :796.6 KB
Rozszerzenie:pdf

Kat Falls - Podwodny świat 02 - Osada.pdf

uzavrano EBooki K Kat Falls
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 45 osób, 55 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 134 stron)

Kat Falls Podwodny świat 2. Osada Rip Tide Przełożyła Agnieszka Klonowska

Dla mojej drogiej przyjaciółki Merle – za to, że zamieniła swój dom w azyl dla pisarki. I dla mojej rodziny – za okazanie zrozumienia i wsparcia, kiedy się w tym azylu skryłam.

ROZDZIAŁ 1 Cofnąłem lekko przepustnicę, aby zmniejszyć prędkość łodzi podwodnej. Otaczający nas ocean, poprzecinany smugami światła, wydawał się bezkresny i opustoszały. Wiedziałem, że to tylko złudzenie. Kierowaliśmy się ku największemu składowisku śmieci w Atlantyku. W każdej chwili groziła nam kolizja z obiektem z przeszłości. Rzeczywiście, z mroku wyłonił się jakiś kształt, połyskując w świetle naszych reflektorów. Gemma pochyliła się ku przedniej szybie. – Rower – oznajmiła ze zdziwieniem. – Zupełnie jak ze starych zdjęć. – To znaczy, że jesteśmy już blisko – powiedziałem. – Ukryjemy kontener ze zbożem na otwartym oceanie? – W samym środku wirujących śmieci – wyjaśniłem. – Genialne, nie? – Zerknąłem na obraz ze wstecznej kamery, żeby sprawdzić, czy kontener ze zbożem nie odczepił się od łodzi. – Mało kto tutaj przypływa. Posłała mi znaczące spojrzenie. – Założę się, że nie bez powodu. – Nurkowie boją się, że coś ich zmiażdży... – Serio? – Uśmiech zamarł na jej wargach. – Ale ja bywałem tu wiele razy i żyję. – Tayu, proszę, nie zrozum mnie źle... – Odgarnęła długie włosy i sięgnęła po kapok. Skierowałem łódź ostro w dół. Opływowy kadłub z dwoma termicznymi silnikami łatwo przedzierał się przez pływające szczątki, unikając zderzenia z większymi obiektami. Kilkanaście metrów niżej dryfowały drobne rzeczy: bezgłowa lalka, worki foliowe, puszki po napojach i fragmenty porzuconych sieci rybackich. Te ostatnie nadal pełniły swoją funkcję – chwytały różne stworzenia. Żal ścisnął mi serce na widok uwięzionego w nich martwego delfina. Zanurzyliśmy się głębiej, mijając coraz większe przedmioty. Telewizor z wystającymi przewodami, manekin i lśniący żyrandol krążyły powoli, jakby napędzane podwodnym wirem. Zdawało się, że wszystkie śmieci z przeszłości trafiły tu po to, by kręcić się w odwiecznym tańcu. – Skąd to się wzięło? – Gemma przyklękła na siedzeniu i wyjrzała przez szklany dach łodzi. – Wiatry i prądy zniosły je z całego Atlantyku. – Skręciłem gwałtownie, żeby wyminąć stary wózek dziecięcy. Włączyłem zewnętrzny szperacz i przesunąłem snopem światła po dryfujących wokół obiektach. Nie wiedziałem, że jest ich aż tyle. Silny prąd wstępujący unosił je w wodzie. Wrakonie, których długość przewyższała mój wzrost, penetrowały zakamarki, wysuwając naprzód dolną szczękę, jakby w gotowości do walki. Gdy ustał kolisty ruch, wiedziałem, że dotarliśmy do środka wiru. Tutaj śmieci obracały się w miejscu. – To pewnie głupie pytanie – odezwała się Gemma, kierując na mnie wzrok – ale jaką mamy pewność, że jeśli zostawimy tu kontener, prąd go nie zniesie? – Przymocuję go do czegoś większego. – No dobrze, a jeśli to coś też odpłynie? – Znajdujemy się w samym środku wiru. Stąd nic już nie odpłynie. Zresztą wrócę po kontener o świcie. Tato nie chciał go zostawiać na noc w polu, bo to łatwy łup. Jesteśmy wprawdzie jedynymi kolonistami, którzy chętnie sprzedają towar degeneratom, ale to nie znaczy, że mamy do nich zaufanie.

– Jakoś sobie nie przypominam, żeby twój tato kazał ci ukryć zboże w gigantycznym wirze śmieci. – Wszystko mu jedno, gdzie jest kryjówka, byle była bezpieczna. Uśmiechnęła się. – O, proszę, mamy kotwicę. – Na wprost dryfował fragment kadłuba samolotu, otoczony pełzającymi rozgwiazdami. Wrzuciłem jałowy bieg i sięgnąłem po kask. Gemma otworzyła szeroko swoje niebieskie oczy. – Chyba tam nie popłyniesz? – A jak inaczej mam przyczepić kontener do tej kupy złomu? – Za pomocą chwytników. – Szkoda na to czasu. – Przecisnąłem się między siedzeniami. – Mówiłeś, że stworzenia wodne krążą po całym oceanie. Skoro prądy naniosły tu tyle różnych śmieci, nie wiadomo, na co można się natknąć. Rzecz jasna, miała rację. Rybacy często wyławiali z Atlantyku różne okazy, które kiedyś bytowały wyłącznie w Pacyfiku lub u wybrzeży Australii. Podczas Przypływu woda pokryła sporą część lądu i między oceanami powstały nowe korytarze wodne. – Nic mi nie będzie – odparłem z nadzieją, że moje słowa okażą się prawdą. Przez rurkę przy kasku wciągnąłem w płuca porcję ciekłego tlenu i wypłynąłem z łodzi. – Obyś się nie mylił – usłyszałem w słuchawce kasku. – Ratowanie cię z opresji zepsułoby mi cały dzień. Bardzo oględnie powiedziane. Gemma od miesiąca nie zanurzyła stopy w oceanie, nad czym ubolewałem. Dzisiaj, po raz pierwszy od tygodni, zgodziła się wypłynąć ze mną łodzią podwodną; liczyłem na to, że jeszcze kiedyś zechce zanurkować. Z ciekłym tlenem w płucach nie mogłem mówić, więc tylko uniosłem kciuki. Wystarczyło kilka machnięć nogami, żebym znalazł się przy rufie łodzi. Prąd wstępujący był tak silny, że ledwo utrzymywałem się w pionie. Przyczepiłem do paska linę od kontenera i ruszyłem z wolna w stronę pokrytego glonami kadłuba samolotu. Nagle się zatrzymałem, gdy obok mnie przemknęły długie, cieniste smugi. Korzystając z mrocznego daru, wyemitowałem dźwięk. Okazało się, że to kolenie, czyli rekiny niegroźne dla ludzi. Jednak ich szaleńczy pęd wzbudził moje podejrzenia – wyglądało, jakby uciekały. Wysłałem w mroczną toń serię odgłosów i chwilę czekałem w napięciu, zanim echo wróciło. Obraz okazał się aż nazbyt wyraźny. Głęboko na dnie znajdowało się cmentarzysko starych łodzi zniesionych przez prądy. Miały mnóstwo wgnieceń i szpar, jak po karambolu. Poza zasięgiem mojego wzroku mogły się czaić różne stwory. Co prawda liczyłem na mroczny dar, ale ta myśl mnie zmroziła. Mimo wszystko dziękowałem losowi za mój biosonar. Nieważne, że lekarze z lądu tłumaczyli to zjawisko negatywnym wpływem ciśnienia pod wodą na mózg. Czułem się świetnie i cieszyłem się dobrym zdrowiem, a rodzice – na szczęście – przestali się o mnie martwić. Uwierzyli, że mroczny dar istnieje i że dwójka ich dzieci go posiada. Od tamtej chwili upłynęły zaledwie cztery miesiące. Obraz spiętrzonego złomowiska na dnie oceanu zamazał się, więc zacząłem szukać miejsca, gdzie mógłbym zostawić kontener ze zbożem. W kadłubie samolotu dostrzegłem dwa okienka. W tym momencie w słuchawce rozległ się krzyk Gemmy. Zawróciłem w stronę łodzi. Mój mózg odebrał obraz, który po chwili dostrzegłem kątem oka – tuż obok mnie znajdował się ogromny nieruchomy cień.

Obróciłem się lekko i ujrzałem olbrzymią kałamarnicę. Wyciągnięta ku górze mogła mieć około dwóch metrów długości, a jej fioletowawo-czerwone ciało było tak masywne, że mimo usilnych starań nie zdołałbym objąć go ramionami. Unosiła się w wodzie, nie spuszczając ze mnie wzroku. Gdy jej skóra błysnęła świetlistą bielą, a potem przybrała krwistoczerwoną barwę, przypomniałem sobie jej nazwę – diablo rojo. Czerwony diabeł. Stwór, którego zła sława przeraża bardziej niż paskudny wygląd. Cofnąłem się powoli. Nie chciałem sobie przypominać opowieści o tych strasznych stworzeniach porywających ludzi w głąb oceanu, by pożreć ich żywcem. Nie były to historie wyssane z palca, lecz prawdziwe relacje świadków. Spośród wszystkich wodnych drapieżników najbardziej bałem się kałamarnic. Rekiny budziły strach, ale to tylko ryby, a w oczach tej bestii dostrzegłem spryt, który przerażał mnie do głębi. Kałamarnica ponownie zaświeciła jaskrawą bielą. Czułem, że to zły znak. Fosforyzująca skóra bez wątpienia miała zmylić ofiarę, czyli mnie.

ROZDZIAŁ 2 Przywiązany linką holowniczą do kontenera nie zdołałbym umknąć czerwonemu diabłu. Powoli sięgnąłem po zatrzask, co wywołało natychmiastową reakcję. Bestia wyciągnęła mackę i grzmotnęła mnie w plecy z taką siłą, że odrzuciło mi głowę w tył. Oszołomiony wyprostowałem się – potwór rozcapierzył wszystkie ramiona, sięgając w moją stronę. Szybko rzuciłem się do ucieczki, ale nie zdążyłem odpłynąć. Zwierzę od razu mnie dopadło, powaliło uderzeniem w pierś i porwało w swoje macki. Gdy z trudem otworzyłem oczy, dostrzegłem nad sobą ciało kałamarnicy otaczające mnie jak parasol. Szamocąc się, próbowałem wydobyć nóż zza paska, ale macki stwora oplotły mnie i unieruchomiły ręce. Ściskając coraz mocniej, zwierzę zaczęło mnie ciągnąć w kierunku swej paszczy z dziobem ostrzejszym niż brzytwa. Gdy natrafiło nim na kask, spróbowało rozłupać go jak czaszkę tuńczyka. Na szczęście gięte szkło okazało się wytrzymałe. Gemma wrzeszczała mi do ucha. Nie mogłem zareagować, bo kolczasty jęzor właśnie lizał mnie po głowie i bałem się, że uszkodzi mi oczy. Zacząłem się szamotać w uścisku potwora. Każda przyssawka na jego mackach była pokryta drobnymi zębami, które wpijały się w mój kombinezon niczym kolce. Pewnie nie zdołałyby przebić nanocząsteczkowej pianki, ale ich najmniejszy ruch mógł uszkodzić wplecione we włókna czujniki, a wtedy na pewno nie skończyłoby się na zadrapaniach. Na tej głębokości zamarzłbym na śmierć. Strach podziałał na mnie pobudzająco. Mimo silnego uścisku macek wyciągnąłem nóż i zacząłem machać nim na oślep, aż z cielska ośmiornicy popłynęła niebieska strużka krwi. Widocznie drasnąłem jedno z ramion – na tyle mocno, że bestia odsunęła się, machając kończynami, po czym poruszyła płetwami głowowymi i odpłynęła. Zerknąłem na łódź i ujrzałem Gemmę z twarzą przyklejoną do przedniej szyby. Walka z kałamarnicą trwała zaledwie minutę. Dziewczyna nie miała czasu na reakcję. – Co to było?! – krzyknęła mi do ucha kolejny raz, ale dopiero teraz do mnie dotarło. – Mówiłam, żebyś użył chwytaków, ale ty wolisz pływać z potworami! – W jej głosie usłyszałem zarówno przerażenie, jak i złość. Machnąłem ręką na znak, że wszystko w porządku, ale na wszelki wypadek miałem nóż w pogotowiu. – Super. Cieszę się, że nic ci nie jest – fuknęła. – A teraz wracaj do łodzi. Wyciągnąłem palec i wyemitowałem serię dźwięków, jednak ogromne złomowisko na dnie uniemożliwiało mi ustalenie miejsca, w którym ukryła się kałamarnica. Szybko zaczepiłem linę holowniczą kontenera między dwoma okienkami samolotu i zapiąłem zatrzask. „Czy to mój połysk zwabił czerwonego diabła?” – zastanawiałem się. Nawet delikatnie lśniąca skóra stanowiła niekiedy przeszkodę w głębokich wodach oceanu. Ponieważ koloniści Strefy Bentonicznej żywili się przeważnie bioluminescencyjnymi rybami, nasza skóra w różnym stopniu nabierała połysku. A ja nie byłem emigrantem z lądu, jak większość z nich. Spędziłem pod wodą całe życie, dlatego mój połysk był nieco silniejszy. – Może byś się pospieszył...? – rzuciła Gemma, a po chwili jęknęła cicho. – Coś się unosi na ekranie sonaru! Obróciłem się z nożem w dłoni, oczekując powrotu kałamarnicy. Seria ultradźwięków wskazała, że bestia nie jest sama. Mogłem się tego spodziewać – czerwone diabły to jedyne kałamarnice polujące stadami.

Podpłynąłem szybko do łodzi, a wtedy z mroku wyłoniły się trzy gigantyczne bestie. Zwolniły, próbując zablokować mi drogę. Ich skóra na przemian bielała i czerwieniała. Byłem pewien, że takie zachowanie poprzedza atak. – Kryj się, Tayu! – krzyknęła Gemma, dziobem łodzi nacierając na jedną z kałamarnic. Myślałem, że się rozproszą, ale odwróciły się i zaczęły atakować maszynę. – Och! – wrzasnęła z obrzydzeniem Gemma. – Spływajcie, oślizłe dziwolągi! – Uderzyła w przednią szybę, po czym uruchomiła wycieraczki. Wiedząc, że dziewczyna da sobie radę, skorzystałem z okazji i wślizgnąłem się pod wrak samolotu. – Ej, czy te cudaki przecisną się przez luk? – spytała niespodziewanie. – Daję głowę, że tak. Zamykam klapę. Postanowiłem się nie rozłączać. Po chwili znów usłyszałem ją przez mikrofon. – W porządku, już odpłynęły. Zaatakowały jakieś biedne rybki. Wyjrzałem przez okienko samolotu i zobaczyłem w oddali kałamarnicę, która ciągnęła w odmęty szamocącego się tarpona. Stwierdziłem, że ta trzymetrowa ryba na chwilę odwróci uwagę stwora – przynajmniej taką miałem nadzieję. W tym momencie odebrałem obraz przypominający rozrywanie dziesiątków kombinezonów, a potem fragmentów ciał. Wzdrygnąłem się na myśl, że równie dobrze to mogłem być ja. – Tayu, gdzie jesteś? – spytała Gemma. Wyłoniłem się spod kadłuba wraku, by się pokazać. Nagle dostrzegłem w pobliżu gruby łańcuch, który ciągnął się głęboko w dół. Wypłynąłem drugą stroną i zamarłem. Okazało się, że nie tylko ja upatrzyłem sobie to miejsce jako kryjówkę. – Wychodź! – zawołała. – Nie widzę cię. Okrążyłem kadłub i przywołałem ją ruchem ręki, dając do zrozumienia, że znalazłem właściwe miejsce. Usłyszałem pełne poirytowania westchnienie, po czym Gemma ruszyła łódź. Upewniwszy się za pomocą biosonaru, że kałamarnica odpłynęła na bezpieczną odległość, skierowałem się do zakotwiczonego w pobliżu obiektu – przypominał kosmatą podwodną górę dryfującą w ciemnych odmętach. Oczywiście było to tylko złudzenie, bo podwodne góry nie pływają. Obiekt, który miałem przed oczami, okazał się tak ogromny, że jego kształtu nie dało się zmierzyć nawet echosondą. Podpłynąłem bliżej, żeby się lepiej przyjrzeć. Poczułem się jak maleńka płotka. – Co to jest? Mimo trzasków w słuchawce usłyszałem w głosie Gemmy przerażenie. Ponieważ nadal nie umiała języka migowego, poruszyłem wargami, bezdźwięcznie wymawiając słowo „osada”. Obiekt wyglądał na statek osadniczy – okrągły, kilkupiętrowy i na tyle duży, by pomieścić kwatery dla mniej więcej pół tysiąca ludzi oraz wszelkie urządzenia niezbędne dla lokatorów: zbiorniki filtracyjne ze świeżą wodą, kuchnie, magazyny na żywność, generatory tlenu i ciepła. Do tego był stary i zapuszczony, jak każdy statek osadniczy, który dotąd widziałem. – To jakiś wrak? – spytała. Wzruszyłem ramionami. Określenie „wrak” brzmiało dość sensownie. Niby po co opustoszały statek dryfowałby w wirze śmieci? Z tego, co wiedziałem, statki osadnicze mogły się przemieszczać pod wodą, chociaż większość pozostawała na powierzchni oceanu. Miały rozsuwane dachy – częściowo lub całkowicie, w zależności od kształtu. Zatem prawdopodobnie był to wrak. Szkoda, że się tutaj marnował, skoro można by go sprzedać na części. W oknach nie dostrzegłem żadnych świateł, ruchu ani innych oznak życia, za to na zewnątrz aż roiło się od rozmaitych stworzeń. Wokół obiektu powstał odrębny miniekosystem. Pionowe okna były

oblepione pąklami, wśród oślizgłych wodorostów porastających zewnętrzne deski buszowały kraby, wszędzie krążyły ławice ryb. Zeskrobałem nożem glony z jednego z okien, lecz nie zobaczyłem nic prócz własnego świetlistego odbicia. Postukałem w ekranik przy nadgarstku, by zwiększyć moc lamp czołowych. Skierowałem snop światła na szybę i odskoczyłem zdziwiony. Przy parapecie siedział nastoletni chłopiec otulony kocem. Jego głowa spoczywała na łokciu, jakby zasnął, patrząc przez okno. Skoro tutaj mieszkał, musiał być degeneratem (tak nazywano ludzi zbędnych, nadwyżkę populacji). Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek widział kogoś podobnego – z ogoloną głową i wytatuowanymi wokół twarzy wzorami geometrycznymi. Właściwie to nigdy nie miałem okazji zobaczyć degenerata z bliska. – Co to jest? – dopytywała się Gemma. – Co tam widzisz? Dałem jej znak, żeby zaczekała, po czym uchwytem noża uderzyłem w szybę z giętego szkła. Pogrążony we śnie chłopak ani drgnął. Przepłynąłem pod oknem. Niepokój ogarnął mnie jak lodowata mgła. Wszystko wskazywało na to, że w osadzie nie działają maszyny – żadnego szumu turbin, żadnych świateł, żadnych pęcherzyków powietrza. To oznaczało brak tlenu i ciepła. Wzdrygnąłem się na myśl, że chłopak przy parapecie nie żył. Najbardziej przerażające było jednak to, że wyglądał na nastolatka – mógł być moim rówieśnikiem. – Czy tam są zwłoki? – spytała nagle Gemma. – Na co się tak zapatrzyłeś? Na topielca? Kiedy skinąłem głową, wrzuciła wsteczny bieg i wycofała łódź o kilka metrów. Unosząc się w wodzie, czułem w klatce piersiowej ból, jakby od nadmiaru ciekłego tlenu. Kimkolwiek był ten chłopak, zapewne nie żył już od dłuższego czasu, może nawet od lat. Trudno było stwierdzić, bo ciało wyglądało na dobrze zachowane. Z powodu braku powietrza i niskiej temperatury wody osada zmieniła się w gigantyczną chłodnię. – Tayu – odezwał się w słuchawce cichy głos Gemmy. – Wracaj. Wezwiemy pomoc przez radio. Miała rację. Zresztą wolałem się nie szwendać po wymarłym mieście. Po głowie krążyła mi jednak myśl, która nie pozwalała się oddalić. A jeśli tam, w środku, są żywi i potrzebują pomocy? Oczywiście, było to prawie niemożliwe, zwłaszcza że cały statek porastały wodorosty. To, że osada tkwiła w miejscu, wcale nie oznaczało, że jest nieczynna. Może tkwiła tu od dawna, a maszyny przestały działać zaledwie kilka dni temu? Bez względu na to, jak bardzo przerażała mnie ta perspektywa, musiałem się upewnić, czy w środku nie ma żywych ludzi. Dałem Gemmie znak, że płynę do środka. – Uważaj! – rzuciła. Nagle do mnie dotarło, że w głębi duszy liczyłem, iż Gemma odwiedzie mnie od tego pomysłu. Wpływając pod zwalistą bryłę, miałem wrażenie, że jestem pod jakąś wyspą. Płaskie dno pozwoliło mi łatwo odszukać właz. Wystarczyło jedno spojrzenie, aby się zorientować, że coś tu nie gra. Wypłynąłem i zacząłem krążyć wokół obiektu. Mijając kolejno każdy właz, czułem, że zwalniam tempo. Gdy wróciłem do punktu wyjścia, ledwo zdołałem unieść ociężałe ramiona – nie ze zmęczenia, lecz z powodu tego, co zobaczyłem. Wszystkie włazy były zablokowane łańcuchem od zewnątrz.

ROZDZIAŁ 3 – Lepiej zaczekajmy na twoich rodziców – zasugerowała Gemma, kiedy uruchomiłem metalowe chwytaki i zacząłem rozcinać łańcuchy kotwiczne. – Po co? – spytałem. – Oni zrobiliby dokładnie to samo co ja. Wreszcie pękło ostatnie ogniwo, łańcuchy puściły i bryła zaczęła się leniwie wznosić ku powierzchni. – Od razu widać, że to obiekt podwodny – wyjaśniłem. – Turbiny pod podłogą służą wyłącznie do napędu. Popatrzyliśmy za statkiem, który przedzierał się przez gąszcz odpadów. Spokojny, że nic go nie zatrzyma, skierowałem naszą łódź ku górze. Minęliśmy wypływającą osadę i wyłoniliśmy się na powierzchnię. Zachodzące słońce oblewało bezkres oceanu różową poświatą. Wokół nie było widać ani skrawka ziemi, ani płynących statków. Gdy Gemma otworzyła klapę w dachu, przygotowałem się na falę gorącego powietrza. Dziewczyna wyskoczyła z łodzi, ześlizgnęła się po kadłubie i stanęła na wąskiej płozie obok kokpitu. Nie ruszałem się z miejsca. Potrzebowałem więcej czasu, żeby się przystosować. Mimo późnej pory raziło mnie światło, a upał nagrzewał moje ciało do temperatury rozgotowanych wodorostów. Wypływając na powierzchnię, myślałem tylko o tym, aby znów zanurzyć się w oceanie, jednak po kilku głębokich oddechach siłą woli wstałem z fotela i wyjrzałem przez górny luk. Gemma stała oparta o dach łodzi. Miała na sobie kombinezon, choć wcale nie zamierzała pływać. Ostatnio spędzała na Stacji Handlowej tyle czasu, że jej twarz była stale zaczerwieniona od słońca, a brązowe włosy jeszcze bardziej rozjaśnione refleksami. Efekty promieniowania UV podkreślały jej urodę. Skierowałem wzrok na wzburzone fale, skąd lada chwila miała się wyłonić osada. Niektórzy ludzie uważają życie pod wodą za coś nienaturalnego. Trudno im pokonać strach przed utonięciem, dziką fauną czy mroczną otchłanią. Nie byłem pewien, która z tych obaw najbardziej dręczyła Gemmę po zaledwie trzech miesiącach przebywania w głębinach. Dziewczyna powtarzała, że ocean ją przeraża, że brakuje jej słońca i powietrza. Mimo wszystko łudziłem się, że kiedyś zmieni zdanie. W górze skrzeczały mewy, fale rozbijały się o kadłub łodzi. Patrzyliśmy w milczeniu, jak z oceanu wyłania się coraz potężniejsza osada. – Ma spiralny kształt – stwierdziła wreszcie Gemma. – Jak muszla głowonoga – przyznałem na widok oblepionej pąklami bryły. – Okna tworzą pasiasty wzór, a wlot z kopułą z giętego szkła... – Wskazałem pochyły fragment kończący się spiczastym zwężeniem. – To jakby macki. – Gdzie ty tu widzisz macki? – Są złączone w jedno ramię. – Opadłem z powrotem na siedzenie. – Gotowa? Kiwnęła niepewnie głową. Uruchomiłem silnik i skierowałem łódź w stronę osady. Następnie włączyłem autopilota i wysiadłem. Sterowana komputerem pokładowym maszyna dryfowała obok osady. – Zajrzę tam na chwilę. Niczego nie będę dotykał. Najpierw musi to zobaczyć straż przybrzeżna. Gemma przytaknęła. – Pomogę ci otworzyć luk. Łańcuch łączący koliste drzwiczki z uchwytem włazu puścił prawie natychmiast. Gdy otworzyłem okienko, doznałem uczucia, jakbym znajdował się w grobowcu. Ze śluzy ulatywało z sykiem zimne

powietrze. W innych okolicznościach byłoby miłą ulgą w upale, ale od tego chłodu zrobiło mi się niedobrze. Oddychając głęboko, wyczułem niskie stężenie tlenu. Wciągnąłem w płuca porcję ciekłej substancji, żeby nie zemdleć. Gemma się cofnęła. Piegi odznaczyły się mocniej na jej pobladłej twarzy. – Na pewno chcesz to zrobić? Skinąłem głową i wcisnąłem się przez okienko do wnętrza. – Zostanę tutaj i przypilnuję łodzi! – zawołała za mną. Zastałem otwarty wylot śluzy powietrznej. Wszedłem do środka i znalazłem się na otwartym placu. Prawdopodobnie służył jako rynek. Przez szklaną kopułę, pokrytą glonami i wodorostami, przedzierały się zielonkawe promienie słońca, co nadawało pomieszczeniu upiorny wygląd. Jednak to nie półmrok wywołał mój niepokój, lecz widok ludzi skulonych na podłodze pod kocami. Miałem w płucach ciekły tlen, więc nie mogłem zawołać do nich na powitanie, choć i tak odpowiedziałaby mi martwa cisza. Kiedy się zbliżyłem, zauważyłem, że wszyscy są ubrani w kamizelki ratunkowe – czekali na pomoc, która nie nadeszła. Przełknąłem ślinę, by pozbyć się ucisku w gardle, i skierowałem się do wyjścia, aby mój wzrok nie zdążył spocząć na żadnej z tych osób. Nie chciałem dopuścić do siebie myśli, że były wśród nich także małe dzieci. Spojrzałem na szklaną składaną kopułę. Jej łuki przypominały macki ośmiornicy. U szczytu otwierał się widok na niebo. Domyśliłem się, że panel sterowania nie działa. Uważając, by niczego nie zniszczyć, obszedłem płytką sadzawkę pośrodku placu. Nie było w niej wody, lecz po bokach i na dnie połyskiwały białe kryształki – za duże na kostki lodu. Odłamałem kawałek i polizałem – to była sól. Do sadzawki biegł wąski kanalik. Ruszyłem wzdłuż niego; wił się spiralnie przez plac i dalej, na kręte schody. Na piętrze zbudowano mieszkania. Prawie wszystkie drzwi były otwarte, ale nie miałem tam po co zaglądać – nikt nie przeżyłby straszliwego chłodu, który tu panował. Wróciłem na plac i spostrzegłem Gemmę. Stała zapatrzona w sadzawkę. Na mój widok podniosła wzrok. – Ani żywego ducha? Przez otwarte śluzy powietrzne do wewnątrz dostało się sporo tlenu. Zrobiłem wdech, aby pozbyć się ciekłej substancji z płuc. – Na to wygląda. Wzdrygnęła się lekko, a po chwili sięgnęła do sadzawki. Zdziwiło ją, że kryształki tak łatwo się kruszą pod wpływem dotyku. Gdy podniosła jeden, żeby obejrzeć go pod słońce, przypomniała mi się pokryta tatuażami twarz nieżyjącego chłopca. – Co to? – spytała. – W Koczowni była warzelnia soli. – W Koczowni? Wskazałem namalowany nad placem napis. – Tak się nazywała ta osada. – Dlaczego ją zatopiono? Pokręciłem głową, bo nie znałem odpowiedzi na jej pytanie, ani na inne, które nurtowało mnie, od czasu gdy zobaczyłem zablokowane łańcuchami włazy: kto to zrobił? W ciągu godziny wraz z rodzicami i kilkoma sąsiadami zaholowaliśmy osadę na Stację Handlową i zostawiliśmy przy platformie – wielkiej, dwupoziomowej konstrukcji na powierzchni oceanu. Dolna sekcja była zanurzona trzydzieści metrów pod wodą, a obie części łączył szyb windowy. O tej

porze platforma świeciła pustkami. Targ rybny, ciągnący się wokół promenady pięć metrów nad falującym oceanem, już dawno zamknięto. Przy doku zacumowano kilka łodzi, które oświetlał blask lamp z promenady. – To ci dopiero znalezisko – stwierdził Raj, przypatrując się osadzie. Potężny, głośny, z wielką brodą, przypominał raczej banitę niż kolonistę. – Same trupy... – Potrząsnął cygarem z suszonych wodorostów. – Osada należy teraz do ciebie, bez dwóch zdań. – Jakoś mnie to nie cieszy – rzuciłem. Czekaliśmy na tatę i Larsa, którzy weszli do wnętrza osady sprawdzić silniki. – Bo nie myślisz o tym, ile zarobisz – odparł Raj, jakbym nie rozumiał, o co mu chodzi. – Właśnie. Im już nic z tego nie przyjdzie – przyznał Jibby, kiwając jasną, kędzierzawą głową. – Ale ty możesz się nieźle obłowić. – To odkrycie moje i Gemmy – sprostowałem. Gdy tylko dotarliśmy do stacji, dziewczyna zniknęła w holu, żeby zrzucić z siebie kombinezon do nurkowania i się przebrać. – Nawet jeśli silniki są do niczego, to można rozkręcić to cacko i sprzedać na części – ciągnął Jibby. Nie zauważył nawet, że wspomniałem o Gemmie. Miał dwadzieścia trzy lata i był dla niej za stary, przynajmniej według mnie. Gemma miała zaledwie piętnaście, ale to jedyna dziewczyna w Strefie Bentonicznej, prawie dorosła, a do tego ładna. Jibby oświadczał się jej już dwukrotnie, i choć za każdym razem dostawał kosza, nie dawał za wygraną. Wydawało mi się to zabawne, a zarazem denerwujące. Wkrótce tato i Lars wyłonili się z osady. Lars, z natury potężny i blady, przywarł do drabiny prowadzącej na promenadę. Jego cera stała się bardziej przejrzysta niż u beczkooka. Tato zatrzasnął klapę włazu i zablokował metalowym prętem, po czym przykląkł przy basenie dokowym i spryskał twarz wodą. Nikt się nie odezwał, wszyscy czekali, aż odzyskają panowanie nad sobą. – Odłączono silnik. To musiał być sabotaż – orzekł tato chrypliwym głosem. – Zdaje się, że mieli tam zasilanie awaryjne, które funkcjonowało jeszcze przez jakiś czas. Nie wystarczyło prądu na ogrzewanie, działały tylko wentylatory. Nieszczęśnicy poumierali z wychłodzenia, jeszcze zanim zabrakło im powietrza. – Prawie cały sprzęt pochodzi sprzed pięćdziesięciu lat – dodał Lars, wciąż oparty o drabinę. – Mieli szczęście, że zasilanie awaryjne w ogóle zadziałało. – Chyba raczej pecha – mruknąłem. – Pewnie liczyli na to, że ktoś dotrze do nich na czas – stwierdził ze smutkiem Jibby. Lars przytaknął ruchem głowy. – Tyle że nie mieli jak wezwać pomocy. Strach pomyśleć, że ci ludzie patrzyli, jak ich najbliżsi zamarzają na śmierć. – Kto mógł zrobić coś takiego? – spytała mama. Stała ze skrzyżowanymi rękami, próbując opanować przerażenie. – Komu przyszłoby do głowy ściągnąć na dno całą osadę i zablokować włazy? – Nie wiem – odparł tato rozgniewany, co było u niego rzadkością. – Nie mamy szeryfa, więc trzeba wezwać straż przybrzeżną. – Uważasz, że to rozsądna decyzja? – Lars odzyskał siły i odsunął się od drabiny. – Jutro spotykacie się z degeneratami z Dryfu. – Co to ma do rzeczy? – wtrąciła mama. – Teraz możemy już legalnie sprzedawać nasze uprawy.

Kongresman Tupper z dumą ogłosił tę wiadomość. Zgromadzenie odrzuciło wniosek o przyznanie nam statusu niezależnego terytorium – twierdzili, że Strefa Bentoniczna to nowy, nieustabilizowany, słabo zaludniony obszar. Zgodzili się jednak na małe ustępstwo: od tej chwili, zamiast w naturze, wolno nam było płacić podatki w postaci pieniężnej. Niewątpliwie to dla nas krok naprzód, mimo że rząd skupował nasze produkty prawie za darmo. Wtedy doszliśmy do wniosku, że nie możemy sobie pozwolić na to, by sprzedaż naszych upraw na rynku, sztuka po sztuce, zabierała tyle czasu. – Rozejdą się słuchy. – Lars wskazał ruchem głowy osadę. – Jeśli sprowadzisz tu straż przybrzeżną, degeneraci z Dryfu zaraz się o wszystkim dowiedzą. – I co z tego? – spytałem. Gemma prześlizgnęła się obok Raja i stanęła przy mnie. W luźnym zielonym kaftanie, przewiązanym w pasie sznurkiem z frędzlami (tylko to pozostało jej z życia w piętrowym mieście), wyglądała jak typowa nawodniaczka. – A jeśli ciebie obarczą winą za to, co się stało z Koczownią? – zastanawiał się Lars. – Degeneraci bywają nieprzewidywalni. Wystarczy jedno krzywe spojrzenie i zaraz wpadają w szał. Ten twój pomysł z hurtową sprzedażą zboża osadom, John... Wiesz, chyba ci odbiło. – Przerwał, jakby wciąż niedowierzał, że tato naprawdę ma zamiar handlować z degeneratami. – Uważam tylko, że dopóki nie zawrzesz z nimi umowy, powinniśmy zachować to znalezisko w tajemnicy. – Sachem Dryfu oczekuje stałej współpracy – powiedział tato. – Co miesiąc chce skupować od nas warzywa. Na pewno nie wpadnie w szał. – Kto to jest sachem? – spytała mnie szeptem Gemma. – Wódz osady. – Przecież to degeneraci – wtrącił się Raj, wyjmując z ust cygaro. – Lars ma rację. Przez swoje nasłonecznione mózgi mogą błędnie odczytać twój każdy ruch, a potem potraktują cię trójzębami. – Posłuchajcie – powiedział tato. – Nie możemy polegać na Wspólnocie. Nie przydzielono nam nawet nowego szeryfa. Działając w pojedynkę, stanowimy tylko odosobnioną wioskę w głębi oceanu. Żeby przetrwać, musimy się zjednoczyć. Dlatego chcę wezwać straż przybrzeżną. Gdyby to byli nasi – wskazał Koczownię – nie tracilibyśmy czasu na takie dyskusje. – Po tych słowach skierował się do telefonu w holu. – Osadnicy nie zabijają ludzi i nie przerabiają ich wnętrzności na ubrania! – zawołał za nim Raj. Gemma zrobiła wielkie oczy. – Degeneraci są aż tak okrutni? – Nie – odparła mama i zgromiła Raja wzrokiem. – To tylko plotki rozpuszczane przez głupców. – Każdy z nas widział ich nieprzemakalne płaszcze z ludzkich jelit – odrzekł Raj, wskazując cygarem wszystkich zebranych. – Myślałem, że szyją je z foczych wnętrzności – zdumiał się Jibby. – Bo tak jest – potwierdziła stanowczo mama. – Skąd ta pewność? – naciskał Raj. Mama uniosła ręce w geście rozpaczy. – O co tyle hałasu? – zapytała mnie Gemma, kiedy dorośli się rozeszli. – O handel z innymi osadami? – To pierwsza taka transakcja. Wszyscy siedzą jak na szpilkach. Pewnie dlatego, że degeneraci słyną z napadów i kradzieży. Atakują siebie nawzajem, okradają statki z zasobów świeżej wody. Podobno wrzucają do oceanu chorowite dzieci i starców. – I wy chcecie się z nimi przyjaźnić?

– Przyjaźń to za dużo powiedziane. Chodzi nam tylko o interesy. Gdy zapatrzyła się na ocean, w świetle księżyca dostrzegłem na jej twarzy delikatny połysk. Nieraz mówiła, że chciałaby mieć lśniącą skórę, tak jak ja. Podczas ostatnich trzech miesięcy, które spędziła z nami pod wodą, spożywała mnóstwo fluorescencyjnych ryb. Zwykle nowy osadnik musiał przebywać pod wodą co najmniej rok, żeby jego skóra nabrała połysku. Jednak tego wieczoru twarz Gemmy lśniła. – Zaczynasz świecić – zagadnąłem, opanowując chęć dotknięcia jej policzka. – Co? Chyba nie... Tayu, spójrz! Obróciłem głowę. Dorośli osadnicy zatrzymali się nagle, wpatrzeni w ocean. Nic dziwnego – woda wokół Koczowni mieniła się srebrzystym blaskiem. Niecodzienne światło odbijało się na twarzy Gemmy, nadając jej połysk. Gemma się cofnęła. – To one, prawda? – Kto? Wskazała ogromną bryłę osady na tle nocnego nieba. – Duchy, które zbudziliśmy – szepnęła.

ROZDZIAŁ 4 – Duchy nie istnieją – zapewniłem ją. Gemma wpatrywała się w świetlistą wodę, jakby ta lada chwila miała wezbrać i ją pochłonąć. – Kiedyś mówiłeś, że mroczny dar też nie istnieje – przypomniała mi. – Tak, ale tym razem nie mam nic do ukrycia. Spójrz na to! Przedziwne światło, niczym srebrzystobiała platyna, rozlało się po oceanie we wszystkie strony, aż po horyzont. Poruszona tym widokiem Gemma cofnęła się pod ścianę. – To ci dopiero duch – zażartowałem. Posłała mi gniewne spojrzenie. – Duchy istnieją, tak jak mroczny dar. Widziałam je. – Duchy? – spytałem z poważną miną. – Przychodziły pojedynczo czy zjawiły się całą chmarą jak ławica makreli? Skrzyżowała ręce. Na jej twarzy zamiast strachu było widać poirytowanie. – No dobrze, widziałaś duchy. I to pewnie nie raz – zgodziłem się, przysiadając na krawędzi doku. – Ale to... – Czubkiem buta wskazałem ocean, który mienił się srebrzystą poświatą, usianą niebieskawymi punkcikami. – To coś całkiem naturalnego. Marynarze nazywają to morzem mleka. – Obróciłem się. Gemma nieco złagodniała. – Szczęściarze z nas – dodałem. – Nieczęsto się je widuje. Zdjęła sandały. – Może tylko wtedy, gdy w pobliżu znajduje się statek pełen trupów? – spytała, siadając obok mnie. – Raczej nie – odparłem, zadowolony, że wróciło jej poczucie humoru. Milczeliśmy przez chwilę. Lekki wiatr i lśniący ocean stwarzał idealną atmosferę do pocałunku... A może tylko tak mi się wydawało. Chociaż Gemma zapewniała, że się mylę, odniosłem wrażenie, że nasz poprzedni pocałunek wywołał u niej atak podwodnej paniki (a przynajmniej się do tego przyczynił). Szykowaliśmy się wtedy do opuszczenia łodzi, by złowić kuszami coś na obiad. Gemma zamierzała włożyć kask, gdy przytrzymałem jej ręce. Właściwie nie był to pocałunek, tylko szybkie muśnięcie warg. Chciałem się przekonać, jak zareaguje, bo odkąd zamieszkała z nami, nie miałem okazji jej przytulić. Posłała mi uśmiech, a kiedy wynurzyliśmy się z oceanu, złapała mnie za rękę. Chwilę potem zbladła jak trup, odepchnęła mnie, zaczęła się pocić i drżeć, aż w końcu jak oszalała popłynęła z powrotem do łodzi. Zastałem ją tam skuloną w kłębek. W drodze powrotnej nie miała nawet ochoty rozmawiać. Z początku nie przyszło mi do głowy, że to mój pocałunek wzbudził jej niepokój. Czekałem na jakiś znak, na zachętę z jej strony, żeby spróbować jeszcze raz. Kiedy się nie doczekałem, zaczęły mnie dręczyć wątpliwości. Po niespełna miesiącu Gemma wyprowadziła się na ląd. Brakowało mi jej towarzystwa, naszych wspólnych wypraw w głębiny oceanu. Tęskniłem za nią, choć ani razu o tym nie wspomniałem. Na samą myśl, że miałbym jej to wyznać, czułem, jak płoną mi szyja i twarz. Odwróciłem się, żeby Gemma tego nie zauważyła. Często mówiła mi, że „świecę”, zamiast rumienić się jak inni ludzie. Było w tym trochę przesady. Moja skóra po prostu przybierała nieco jaśniejszy odcień, i tyle. – Ale odlotowo – powiedziała, patrząc z podziwem na wodę. – Cały ocean się błyszczy. – Tak. Od bakterii. Zmarszczyła nos, jakbym zepsuł jej tę chwilę. – Rzadko można je zobaczyć w tak wielkich skupiskach – dodałem, próbując na nowo wzbudzić

zachwyt Gemmy. – Ich rozwojowi sprzyjają związki chemiczne występujące w oleistej mazi na powierzchni wody. – Możemy w ciszy podziwiać to piękne zjawisko czy zamierzasz nadal przynudzać? Zamilkłem. To rzeczywiście była idealna chwila, by wyznać Gemmie, jak bardzo mi jej brakuje... Mimo to powstrzymałem się od słów w obawie, że palnę coś głupiego. Dlatego byłem niemal wdzięczny losowi, kiedy tato zawołał mnie do pomocy w zabezpieczaniu osady. Po tym, jak zacumowaliśmy Koczownię, rodzice odpłynęli ślizgaczem, a ja skierowałem się do łodzi podwodnej. Musiałem się pożegnać z Gemmą. Zastałem ją przy drzwiach poczekalni – tak nazywano pustą szatnię na poziomie powierzchni. Mimo że spędziła ze mną w łodzi prawie cały dzień, nie zdradzała oznak podenerwowania. W sumie to nie pływanie łodzią stanowiło dla niej problem, tylko nurkowanie. Wciąż jednak miałem nadzieję, że to się zmieni. – Płyniesz ze mną? – spytałem niby od niechcenia. Zmieszała się. – Chciałabym, ale lepiej będzie, jeśli zostanę tutaj. – Dlaczego? – Zdziwiło mnie to. – Boisz się pływać w oceanie? Czy to powód, żeby z nami nie zamieszkać? – Wasz dom stoi w głębinach. Trochę trudno tam żyć. – Łatwiej koczować pod promenadą i spać na ławce? – spytałem z ironią. – Podejdź tutaj. – Wciągnęła mnie do poczekalni. – Nie muszę już sypiać na ławkach. – Wyjęła spod kaftana łańcuszek, który nosiła na szyi. Dopiero teraz go zauważyłem, podobnie jak drzwi w głębi poczekalni. Otworzyła je kluczykiem zawieszonym na łańcuszku. – Pamiętasz Mel, barmankę z kasyna? Chciała mi dać wolny pokój w kwaterach dla obsługi, ale to w dolnej części stacji, a ja wolę zostać na górze. No więc Mel skombinowała mi łóżko i dała klucz... – Gemma miała taką minę, jakby chciała mi pokazać jakieś cudo. To, co sprawiło jej tyle radości, okazało się magazynem – ciasną klitką, prawie w całości zastawioną łóżkiem polowym. Resztę przestrzeni zajmowały jej rzeczy. Oczywiście, że pamiętałem Mel, barmankę z ogoloną głową. Twardzielka jak się patrzy. Stanęła w mojej obronie, kiedy naraziłem się gangowi Szarłat. Nie dziwiło mnie, że zaopiekowała się Gemmą. – Nie mówiłam ci o tym, bo nie byłam pewna, czy tu zostanę – wyjaśniła dziewczyna. – A więc już zdecydowałaś – wyjąkałem z trudem, bo zaschło mi w ustach. – Mel twierdzi, że nikt tu nie zagląda i że to może być mój pokój. – Ostatnie dwa słowa wypowiedziała z entuzjazmem. Doskonale ją rozumiałem. Była sierotą, wychowywała się na lądzie, w szkołach z internatem, jako podopieczna Wspólnoty. Stale przenoszono ją z miejsca na miejsce – tam, gdzie akurat znalazło się wolne łóżko. Trafiała na współlokatorki w różnym wieku. Mogła mieć najwyżej swój kawałek podłogi, o pokoju nie marzyła. Wskazała mały, oszklony otwór wychodzący na dok. – Mam nawet okno. Powtarzała mi, że na Stacji Handlowej mieszka się całkiem nieźle. Mówiła, że w tygodniu pracuje na targu rybnym i że to lubi. Robiła zakupy dla kupców. Sądziłem, że przesadza, żeby moi rodzice się o nią nie martwili. Dopiero teraz do mnie dotarło, że kompletnie się myliłem. Gemma naprawdę cieszyła się ze

swojego pokoju w magazynie. Lubiła pracować na targu rybnym w upalnym słońcu i przebywać wśród ludzi. Nie przeszkadzał jej gwarny, krzykliwy tłum, cuchnący przegrzanymi zdechłymi rybami. Nie chciała wracać pod wodę – nawet gdyby zdołała całkiem pokonać lęk przed nurkowaniem w oceanie. Gemma obserwowała mnie, próbując czytać mi w myślach. Potrafi to robić z niebywałą dokładnością. To dar, którego ja nie posiadam. – Zdaje się, że masz tu wszystko, czego ci trzeba – zauważyłem. – Nie wszystko. – Zamilkła. Ja też. Cóż miałem powiedzieć? – Brakuje mi was – przyznała. Skinąłem głową, bo bałem się odezwać. O tym, że tęskni za mną, nawet nie wspomniała. – Zawsze będziemy twoją rodziną – wyjąkałem z trudem. – Bez względu na to, gdzie zamieszkasz. Jej szeroki, promienny uśmiech jeszcze bardziej pogorszył mój nastrój. – No dobrze. – Ruszyłem do drzwi. – Lepiej już sobie pójdę. – Tayu, zaczekaj! – zawołała. Zdążyłem wyjść do doku. Poświata na oceanie znikła – zupełnie jak moja nadzieja. Gemma wyszła za mną. Wtedy po drabinie z promenady zszedł Jibby. – O, całe szczęście – rzucił na widok dziewczyny. – Myślałem, że popłynęłaś z Johnem i Carolyn. – Nie – ucięła. Nie wspomniała mu, że przenosi się tu na stałe. – Zastanawiałem się tylko... – Zerknął na mnie ze skruszoną miną. – Proś ją, o co chcesz – powiedziałem. – Nie moja sprawa. Odetchnął z ulgą. Gemma zesztywniała. – Chciałabyś zobaczyć się z bratem? – spytał. Spodziewałem się różnych rzeczy – na przykład kolejnych oświadczyn – ale nie tego. Gemma także nie kryła zdziwienia. – Mam dwa bilety na jutrzejszy mecz bokserski w Hydropolis. – Pokazał ulotkę na papierze syntetycznym. – Wygrałem je w pokera, a potem przeczytałem, kto walczy. – Richard? – Gemma była zdumiona. – Tak, jako Cień – odparł Jibby. Tak nazywano brata Gemmy, odkąd został banitą oraz przywódcą cieszącego się złą sławą gangu Szarłat. – Skąd wiesz, że to on? – spytałem. Ruchem ręki przywołał nas w miejsce oświetlone blaskiem latarni. – Drugiego takiego nie ma – odparł, podając Gemmie ulotkę. Stanęła w kręgu światła i przeczytała zachłannie. Na jej twarzy pojawił się uśmiech. Następnie pokazała mi rysunek przedstawiający dwóch pięściarzy. Jeden z nich bez wątpienia był jej bratem, a raczej jego ciemnoskórym, wytatuowanym wcieleniem. W ulotce nie wspomniano, że Cień posiada mroczny dar, dzięki któremu – jak kameleon – może zmieniać kolor skóry, kiedy tylko zechce. – Co to jest Hydropolis? – spytała Gemma, czytając treść ulotki. – Miasto na wybrzeżu, na południe stąd – odrzekł Jibby. – Tak jak nasza Stacja Handlowa, tyle że dla degeneratów. – Super – rzuciła zamyślona, nie odrywając wzroku od wizerunku Cienia. – Mogę to zatrzymać? Zaniepokoiła mnie jej tęsknota za bratem. W ciągu ostatnich miesięcy nie miała od niego żadnych wieści. Ostatni raz widziała go, kiedy odpływał wraz ze swoim gangiem, po tym jak uwięził grupę osadników, a wśród nich Gemmę, w dolnej części stacji, która później oderwała się od poziomu

powierzchni i zatonęła. Wprawdzie Cień nie wiedział, że w dolnej części stacji pękła szyba, lecz mimo to pozostawienie nas pod wodą, bez łodzi i ciekłego tlenu, stanowiło kolejny punkt na długiej liście jego okrutnych czynów, do których zaliczało się także zniszczenie domu naszych sąsiadów. Cień był lekkomyślny, groźny i mściwy – kto by za nim tęsknił? Chyba tylko jego rodzona siostra. – Jasne, weź tę ulotkę – odparł Jibby. – A więc idziesz na mecz? – Gemma zwlekała z odpowiedzią, więc dodał: – Przekażemy Cieniowi list. Damy mu znać, że jesteś na widowni. Nie rozumiałem, dlaczego Gemma się waha – tak bardzo ucieszyła się na wspomnienie brata. Poczułem na sobie jej wzrok. Może bała się, że mam jej to za złe? Nawet jeśli nie przepadałem za Cieniem ani jego gangiem, to przecież... – Bardzo bym chciała, Jibby – odparła niespodziewanie. – Strasznie mi zależy, żeby zobaczyć się z Richardem. Z Cieniem – poprawiła się. Poszedłem do łodzi. Pragnąłem zanurzyć się w oceanie i zniknąć w jego głębi. Odwiązałem cumę, a oni wciąż rozmawiali. Po chwili Jibby odmaszerował do swojej łodzi. Mimo woli zauważyłem, jak dziarskim krokiem przemierza pokład doku. Gemma podeszła do mnie. Nadszedł czas, by się pożegnać. Jednak myśl o tym, że dziewczyna zostanie tu sama, sprawiała mi ból jak rana przy zetknięciu ze słoną wodą. – Na pewno nie przenocujesz u nas? Nie masz pojęcia, jak Zoe za tobą tęskni. – Widząc jej wahanie, postanowiłem wykorzystać okazję. Wskazałem Koczownię, która trącana falami uderzała o dok. – Po prostu boję się o ciebie. Spędzisz noc w pobliżu wymarłej osady pełnej duchów...

ROZDZIAŁ 5 – Wielu ludzi ma przykre doświadczenia z nurkowaniem – stwierdziłem, gdy pędziliśmy w stronę lśniącego bąbelkowego płotu, otaczającego naszą rodzinną posiadłość na dnie oceanu. – Ale się nie poddają... – Ja też próbowałam – tłumaczyła. – I to nie raz. Zresztą jedno przykre doświadczenie nic nie znaczy. Łódź przebiła gęsty strumień pęcherzyków i wyłoniła się po drugiej stronie płotu, w jasnozłotym świetle latarni, które przygasały z wolna, symulując zmrok. – To w czym rzecz? – Miałem nieodparte wrażenie, że Gemma coś przede mną ukrywa. Skręciłem w stronę domu, unoszącego się nad polem wodorostów niczym gigantyczna meduza. – No, wiesz... – Machnęła ręką, jakby nie dało się tego powiedzieć słowami. Pewnie uznała, że i tak nie zrozumiem. – Ocean jest pełen przerażających stworzeń – rzekła wreszcie. – Takich jak czerwone diabły. Gdybym dziś nie nurkował, nie zobaczyłaby ich, nie dowiedziałaby się o tych „przerażających stworzeniach”. Nie było jednak sensu przekonywać jej, że ocean to bezpieczne miejsce – równie dobrze mogłem próbować jej wmówić, że syreny istnieją. Tu wręcz roi się od bestii, dla których istota ludzka jest łatwym łupem. Mnóstwo stworzeń może zabić człowieka jednym ukąszeniem, oparzeniem czy ukłuciem. – Między innymi czerwone diabły – przyznała, wzdrygając się. – Ale są jeszcze gorsze. Skinąłem głową. Domyśliłem się, że najbardziej przeraża ją śmierć w paszczy rekina, chociaż zapewniałem, że takie wypadki zdarzają się rzadko. Odpowiadała mi wtedy, że to marne pocieszenie. – Ale to wszystko... – dodała, wpatrzona w połacie zieleni i ławice ryb, wirujące jak migotliwe cyklony lub sunące precyzyjnym, skoordynowanym ruchem. – Tego mi brakuje. „I dobrze” – pomyślałem. Cieszyło mnie, że zgodziła się u nas przenocować, choć sam niewiele na tym skorzystałem. Wieczór upłynął nam na grze w karty z rodzicami i moją dziewięcioletnią siostrą Zoe. W „pokoju rodzinnym” – jak Gemma nazywała nasz salon – spędziliśmy więcej czasu niż zazwyczaj. Potem pomagała Zoe nakarmić zwierzaki, co trwało dłuższą chwilę, ponieważ sypialnia mojej siostry jest zastawiona dziesiątkami akwariów wypełnionych po brzegi oceanicznymi stworzeniami. Kiedy mama zaczęła układać dziewczynie włosy w jakąś skomplikowaną fryzurę, a tato czytał głośno Zoe, zrozumiałem, że nie mam szans pozostać ze swoją przyjaciółką sam na sam. Poszedłem do swojego pokoju. Chciałem, by rodzice znikli choć na moment, popłynęli na powierzchnię, gdziekolwiek. Jednak wkrótce Gemma przyszła za mną. – Podziwiasz swoje skarby, kapitanie Sinobrody? Speszony odłożyłem na półkę kord. Obok leżały inne przedmioty wydobyte z dna oceanu. Były wśród nich szkockie sztylety, porcelana, puchary i biżuteria, wszystko starannie ułożone na szeregach półek. – Nie mogę zapomnieć o tej osadzie – powiedziała, zatrzymując się przy kamiennym bóstwie, które służyło mi jako stojak na nieoznakowane wisiory i medaliony. Zdjęła z szyi posągu sznur pereł i przymierzyła. – Myślę, że to sprawka Wspólnoty. – Wspólnota wymordowałaby całą osadę? Po co? – A po co zsyłali chłopców pod wodę do poprawczaka? – spytała. Chodziło jej o zakład poprawczy Szarłat, w którym kiedyś przebywał jej brat.

Nie chciałem się z nią sprzeczać. Z tego, co słyszałem, pobyt w takim miejscu pozostawiał trwałe ślady na psychice i zdrowiu każdego młodego człowieka. Doktor Kunze, lekarz sprawujący opiekę nad chłopcami, odkrył, że jego podopieczni nabywają pod wodą nowych umiejętności. Postanowił poznać przyczyny tego zjawiska... tyle że w swoich eksperymentach użył skalpela. – Wiesz, jak kongresman Tupper tłumaczy to, co zdarzyło się w Szarłacie? – spytałem, rozsiadając się na łóżku. – Stwierdził, że to niedopatrzenie. Przestała się bawić okazami z moich półek i popatrzyła na mnie. – Serio? – Jego zdaniem ludzie w rządzie nie są źli, tylko przepracowani. Nie mają czasu zająć się niektórymi sprawami. To, że doktorek posunął się do eksperymentów na tych chłopcach, było skutkiem niedopatrzenia. Gemma zmarszczyła brwi. – Zatopienie osady i wymordowanie jej mieszkańców jest skutkiem czegoś więcej niż tylko niedopatrzenia. – Też tak sądzę. Usiadła przy moim łóżku jak dawniej – twarzą do mnie, z podkurczonymi nogami. Doznałem wrażenia, jakby w mojej duszy falowały tysiące ukwiałów machających parzydełkami. Byłem tak podekscytowany bliskością Gemmy, że nagle zabrakło mi słów. – Denerwujesz się jutrem? – spytała po chwili. – Chodzi ci o transakcję z degeneratami? Nie – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, mimo że sachem Dryfu przypominał postać rodem z horroru, bo skórę jego twarzy i głowy zniszczył nowotwór. – Czego tu się obawiać? Chcą kupić nasze warzywa, więc je sprzedajemy. Prosta sprawa. – A racje żywnościowe od Wspólnoty? Ustalono to w traktacie, prawda? Jeśli ludzie zgodzą się zamieszkać w osadach, rząd zapewni im to, czego nie mogą wyhodować czy wyprodukować. – Sachem Dryfu twierdzi, że Wspólnota przydziela im połowę tego, co dostawali pięć lat temu. – Kolejne niedopatrzenie – skwitowała kąśliwie. Była ładna, nawet gdy się złościła. Rozjaśnione słońcem włosy miała splecione w warkocze i upięte w koronę, kaftan koloru morskiej zieleni opinał jej nogi. Wyglądała jak syrena (chociaż nigdy nie widziałem, żeby syrena miała piegi...). – Wiesz, nieładnie tak zwodzić Jibby’ego – zacząłem temat, który wciąż nie dawał mi spokoju. – Chyba że masz zamiar za niego wyjść. Uśmiechnęła się. – Nie. Nie jestem jeszcze gotowa do małżeństwa. – To dlaczego zgodziłaś się pójść z nim na mecz bokserski? Żeby zobaczyć się z Cieniem? – Właśnie – odparła szybko. – To jedyny powód. Tak myślałem. Cień był jej bratem. Nic dziwnego, że chciała się z nim widzieć. Nie mogłem jednak pogodzić się z tym, że cztery miesiące temu była gotowa zostać z nim na zawsze i odpłynąć Widmem, statkiem jego gangu. Zgodziła się zamieszkać u nas tylko dlatego, że Cień nie chciał zabrać jej ze sobą. – Twoi rodzice będą się czepiać, że gadamy do późna. – Chyba tak – przyznałem. – O świcie mamy się spotkać z Dryfem, a wcześniej muszę załadować towar. Płyniesz z nami? – Jasne – odparła niby od niechcenia.

– Nie będziesz musiała opuszczać łodzi. – Nie w tym rzecz. – Zamilkła. – A właściwie tak. Przyszło mi na myśl, że wolałabym nie natknąć się znowu na jakąś osadę na śmietnisku. A tobie chyba przysługuje prawo ubiegania się o własną ziemię, skoro masz już połowę sumy. – Tak, kiedy będę pełnoletni. – Znalezisko z pewnością umożliwiało mi spełnienie marzenia, które zdawało się nieosiągalne, po tym jak Wspólnota przestała udzielać dotacji nowym farmom. Po odkryciu tego, co wydarzyło się w Koczowni – jak brutalnego mordu dokonano na jej mieszkańcach – nie umiałem się tym cieszyć, jednak teraz, gdy mroczna, cicha, opuszczona osada była daleko stąd, ogarnęło mnie przyjemne uczucie. Dostanę własną ziemię – czterdzieści hektarów wspaniałego, tętniącego życiem przygranicznego terenu. – Fajnie jest wiedzieć, czego się chce – rzuciła Gemma w zamyśleniu. – To z konieczności – sprostowałem. – Na lądzie, stłoczony z milionami ludzi w piętrowym mieście, z dala od natury, na pewno bym nie przeżył. – I z dala od wodnych potworów, które mają na ciebie apetyt... Racja, umarłbyś z nudów. – Podniosła się z miejsca. Jej twarz posmutniała. – Popłynę jutro z wami, choć pewnie będę tego żałować. – Schyliła się i objęła mnie szybko. – Dobranoc – rzuciłem na pozór obojętnie, by nie dać po sobie poznać, że jej dotyk doprowadza mnie do szaleństwa. – A swoją drogą – rzuciła przez ramię, odchodząc do pokoju Zoe – znowu świecisz. Otaczająca nas mgła nadawała oceanowi upiorny wygląd. Póki nie rozproszyło jej wschodzące słońce, bałem się zwiększyć prędkość łodzi, żeby nie otrzeć się o brzeg atolu. Nawet wrak stanowiłby zagrożenie przy takiej pogodzie. Musieliśmy być już bardzo blisko. Otworzyłem właz i wspiąłem się na fotel, żeby lepiej widzieć. – Dryf wygląda jak gigantyczna aretuza z fioletowoniebieską kopułą z giętego szkła – wyjaśniłem Gemmie, która – ku mojemu zdziwieniu – po raz drugi w ciągu ostatnich dwóch dni miała na sobie kombinezon do nurkowania. – Przez tę mgłę nic nie widzę – powiedziała. Wyemitowałem w mglistą toń serię dźwięków – niesłyszalnych dla Gemmy ze względu na ich wysoką częstotliwość – po czym przeanalizowałem obraz, który dotarł do mojego mózgu. Zamiast osady ujrzałem wrak statku transportowego, trzeszczący od uderzeń fal. Dziwna rzecz – przypłynęliśmy na czas. Nasz towar leżał częściowo ukryty w wirujących śmieciach w pobliżu miejsca spotkania z degeneratami. – Pewnie są pod wodą. – Gemma wyłoniła się z włazu tuż obok mnie. – Wątpię. – Wiedziałem, że degeneraci z Dryfu to rybacy i łowcy fok. Osada mogła się przemieszczać pod wodą, lecz zwykle dryfowała na powierzchni, skąd opuszczano w głąb oceanu naładowane prądem sieci rybackie. – Może twoi rodzice umówili się gdzie indziej z powodu mgły? – Nie. Daję głowę, że siedzą we wraku i czekają, aż zjawi się Dryf. – Osunąłem się na fotel, skierowałem łódź na burtę wraku i włączyłem autopilota. – Zajrzę tam i zapytam tatę, co zrobić z towarem. – Dźwignąłem się do wyjścia. – Weź kuszę z tyłu łodzi. – Przecież już jedną masz. – Tobie też się przyda. To na wszelki wypadek, gdyby degeneraci nie chcieli zapłacić za towar. Wiesz, jak ją załadować? – spytałem, widząc jej przerażoną minę. Skinęła głową. Wysunąłem się na wąski zewnętrzny pokład.

– Daj znać, jeśli cokolwiek zobaczysz. We mgle dojrzałem cienisty kształt wraku. Płaski pokład pozostawał pod wodą, tylko dziób i wieże rufowe wyłaniały się nad falującą powierzchnię. Kiedyś był to luksusowy statek transportowy pływający regularnie po Wschodnim Wybrzeżu, ale podczas sztormu zboczył z kursu i gwałtowna fala rzuciła go na podwodny atol. Z czasem wykradziono z niego atłasowe fotele i skórzane obicia, a straż przybrzeżna pozostawiła wrak kadłuba na mieliźnie ku przestrodze. Zeskoczyłem ostrożnie z łodzi na taras znajdujący się na dziobie wraku. Woda sięgała mi do pasa. Po wgnieceniach w zardzewiałym kadłubie wspiąłem się na poziom wyżej, skąd miałem lepszy widok. Po poręczach nie zostało ani śladu, podłoga niemal pękała pod nogami. Wszedłem przez otwór, gdzie kiedyś znajdowały się przesuwane drzwi, i przemknąłem przez kajutę na korytarz. Prowadził do wielkiego atrium pod kopułą wieży. Wyjrzałem znad niskiej balustrady i zobaczyłem dziurę w podłodze na niższym poziomie, powstałą po wybuchu kotła w chwili zderzenia statku z atolem. Wypełniały ją pluskające fale. Wczoraj moja łódź wypłynęłaby tędy na powierzchnię, gdyby nie to, że wlokłem za sobą kontener. Myślałem, że ujrzę tu nasz ślizgacz, ale się myliłem. Jednak rodzice stali dokładnie tam, gdzie spodziewałem się ich zastać – w głębi atrium. Rozmawiali z muskularnym mężczyzną w skórzanym ubraniu. Rozpoznałem w nim Hadala, sachema Dryfu. Jak zwykle zmroził mnie widok jego zniekształconej twarzy. Rak skóry pozbawił go połowy ucha, ale było w nim coś jeszcze potworniejszego. Z lewej strony łysej głowy, niczym małe rogi, widniały na skórze dwie narośle – twarde i pożółkłe jak paznokcie starca, kolejny skutek wieloletniego działania promieni słonecznych. Walcząc z obrzydzeniem, zauważyłem, że Hadal jest sam. Zdziwiło mnie to, tym bardziej że nigdzie nie było widać łodzi rodziców. Już miałem do nich zawołać, ale najpierw rozejrzałem się po atrium. Przez popękane szkło w brudnym rozsuwanym dachu sączyły się smużki światła, uwidaczniając sylwetki poruszające się bezdźwięcznie po obwodzie atrium. W powietrzu mój mroczny dar nie był tak skuteczny jak pod wodą, lecz mimo to wysłałem ultradźwięki i czekałem na ich echo. To, co zobaczyłem, przyprawiło mnie o dreszcz. Po ścianach zsuwali się degeneraci. Otoczyli moich rodziców, którzy najwyraźniej nie mieli pojęcia o ich obecności. Podstępni napastnicy byli nadzy od pasa w górę, ich skóra odbijała dźwięki o wiele wyraźniej niż ubranie. W dłoniach trzymali trójzęby – jedni krótkie, zakończone hakami, inni długie i niebezpiecznie ostre. Służyły jako narzędzia, ale w ich rękach stanowiły broń. To nie wróżyło nic dobrego. Wstrzymując ze strachu oddech, wyjąłem kuszę i powoli ruszyłem naprzód. Gdy wycelowałem, moją uwagę przykuł ruch w wypełnionej wodą dziurze – z wyrwy w kadłubie wraku wyłoniła się łódź podwodna, większa od naszego minibatyskafu. Z miejsca, gdzie stali rodzice, nie było nic widać. – Tato! – zawołałem, celując do Hadala. – Otoczyli was! Rodzice obrócili się, wypatrując, skąd dobiega mój głos, a wtedy degeneraci wyskoczyli z ukrycia. Zaskoczenie na twarzach taty i mamy utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie spodziewali się w atrium nikogo poza sachemem Dryfu. Zanim zdążyli zareagować, Hadal doskoczył do mamy i wykręcił jej ręce do tyłu. Wtedy mój strach przerodził się w gniew. Ogorzały od słońca degenerat zaatakował mnie trójzębem. Kucnąłem gwałtownie – broń świsnęła mi nad głową i uderzyła w ścianę. Podnosząc się, zauważyłem, że jeden z napastników wbiega na schody, a pozostali otoczyli rodziców. A gdyby tak nadziać kilku z nich na bełty? Palec na spuście świerzbił, żeby wystrzelić z kuszy. Chciałem ich tylko ranić. Jednak odrzuciłem tę myśl. Zanim unieszkodliwiłbym ich wszystkich, któryś na pewno zdążyłby wyrządzić krzywdę rodzicom. – Tayu! – krzyknął tato. – Uciekaj!

Za jego plecami wyłoniła się łódź podwodna – zielona i złowroga, z dziobem w kształcie spiralnego wiertła. – Uciekaj, synku! – zawołała mama, gdy Hadal ciągnął ją do łodzi. Z kuszą w ręce ruszyłem za ogorzałymi dzikusami, którzy pchali moich rodziców do włazu. Na schodach zadudniły kroki. Stawiając samotnie czoło całej hordzie degeneratów, skazałbym się na pewną porażkę. Mogłem jednak płynąć za nimi, przekazać straży przybrzeżnej ich współrzędne i ocalić rodziców. Gdy tylko kroki na schodach ucichły, wybiegłem z atrium.

ROZDZIAŁ 6 Dręczony mdłościami i paraliżującym strachem wbiegłem do kajuty i zablokowałem drzwi. Wiedziałem, że nie zatrzymam degeneratów, ale chciałem choć na chwilę odciąć im drogę. Słońce już wzeszło. Przystanąłem na tarasie i w rzednącej mgle ujrzałem Gemmę. Pomachała do mnie. – To pułapka! – zawołałem, przekrzykując wiatr. Gdy obserwowałem wzburzony ocean, usłyszałem za sobą trzask. Zejście zabrałoby mi sporo czasu, a skok z wysokości drugiego piętra byłby ryzykowny, i to nie tylko ze względu na silne prądy – skąd wiadomo, czy pod wodą nie kryje się skała albo wrak? Żałowałem, że nie zabrałem ze sobą kasku. Zacząłem szukać na zardzewiałym kadłubie czegoś, czego mógłbym się przytrzymać. – Rusz się, a wypruję ci flaki – odezwał się za mną gniewny głos. Obróciłem się i zobaczyłem degenerata z torsem pokrytym pęcherzami. – Do środka. – Wskazał trójzębem drzwi. Ostre jak sztylety haki błysnęły w blasku słońca. Gemma znikła w kokpicie, a ja zastanawiałem się, co robić. Łódź miała ruszyć lada chwila. Warto było zaryzykować skok. – Do środka! – powtórzył degenerat. – Bo inaczej... – Jego dalsze słowa zamieniły się w jęk, a potem w krzyk. Trójząb upadł z brzękiem na pokład. Zdumiony patrzyłem, jak mężczyzna osuwa się pod drzwiami, jęcząc i chwytając się za nagie plecy. Za nim stała dziewczyna z potarganymi włosami, ubrana w kombinezon. To była Zoe. – Coś ty zrobiła?! Pokazała mi cienki szpikulec. – Kolec skorpeny – oznajmiła. Musiała go wyrwać któremuś ze swoich pupili. Odrzuciła go i stanęła nad jęczącym mężczyzną. – On nie umrze. Jasne, tyle że człowiek wolałby śmierć niż ból wywołany jadem tej ryby. Wiedziałem coś o tym, bo sam doświadczyłem kiedyś bolesnego spotkania z tym drapieżnym stworem. – Czemu nie poraziłaś go prądem? – spytałem. Jej spojrzenie mówiło wszystko. Nie panowała nad swoim mrocznym darem. Bała się, że mogłaby kogoś trwale okaleczyć, a nawet uśmiercić. – Chodźmy – rzuciła, złapała mnie za ramię i odciągnęła od wijącego się z bólu degenerata. – Tato kazał mi zabrać stąd ślizgacz jeszcze przed przybyciem tych wstrętnych typów. Ruszamy za nimi? – A gdzie maszyna? Wskazała ocean. Nad falami unosiła się wieża rufowa naszej łodzi podwodnej. Zoe siadywała za sterami od szóstego roku życia, więc jeśli udałoby mi się ją tam bezpiecznie odtransportować, mogłaby szybko odpłynąć. Rozejrzałem się i dostrzegłem linę zwisającą z górnego pokładu. Biegła w dół, na tył wraku, a stamtąd pod wodę, nieopodal miejsca, gdzie stał ślizgacz. Odpiąłem pasek siostrze, jednym końcem przerzuciłem go przez linę i ściągnąłem ją na taras. Naprężona wyglądała dość solidnie. Nie czekając na polecenia, Zoe zapięła kask i chwyciła pasek za oba końce. – Wsiadaj do ślizgacza, płyń na Stację Handlową i wezwij straż przybrzeżną – nakazałem jej. – A ty? – Popłynę za nimi. – Ja też chcę!

– Nie! Ślizgacz jest za wolny na takie wyścigi. – Miałem inny powód, ale gdybym powiedział jej, że to zbyt niebezpieczne, z pewnością by mnie nie posłuchała. – Poza tym jak ocalimy rodziców bez zawiadomienia straży przybrzeżnej o ich porwaniu? Zoe zbladła. Skinęła głową i opuściła się na pasku po linie. Wspiąłem się na balustradę, żeby ją lepiej widzieć. Uczepiona kurczowo paska sunęła prowizoryczną kolejką tyrolską, kołysząc się na silnym wietrze. Po chwili rozległ się plusk i Zoe zniknęła w wodzie, lecz zaraz wyłoniła się w kokpicie ślizgacza. Pochyliłem się szybko nad rannym degeneratem. Rana wyglądała jak ukłucie, lecz ból miał ustąpić dopiero po tygodniu. Nie powinienem zaprzątać sobie nim głowy, zwłaszcza że upiorny sachem Dryfu przed chwilą porwał moich rodziców. A jednak nie mogłem się powstrzymać. – Trzeba przyłożyć gorący kompres. Ciepło neutralizuje jad. Kiedy odpinałem pasek, moją uwagę przykuł zielony błysk. Serce zabiło mi mocniej. Łódź degeneratów wystrzeliła z wraku, pędząc prosto na naszą. – Gemmo! – Wskazałem zbliżający się obiekt i dałem jej znak, żeby się zanurzyła. Wtedy do mnie dotarło: Gemma nie domyśli się, że ma ruszyć w pościg za zieloną łodzią, bo nie wie o porwaniu rodziców. W korytarzu zabrzmiały kroki. Ktoś szedł w moją stronę. Spojrzałem na ocean, wśród spienionych fal wypatrzyłem obszar spokojnej wody i zeskoczyłem z tarasu. Po zanurkowaniu od razu poczułem ulgę. Nie natrafiłem na skałę ani wrak. Zwalniając, obróciłem się, by zlokalizować moją łódź. Wysłałem w górę kilka ultradźwięków z nadzieją, że dotrą do Gemmy przez komputer pokładowy. Popłynąłem po kontener z towarem, złapałem za uchwyt i wydałem donośny odgłos. Łódź ruszyła, pikując. Za pomocą echosondy odebrałem obraz zielonego obiektu, który kierował się w naszą stronę. Zastanawiałem się, czy pędzą po mnie, czy po towar. Nie mogliśmy ścigać degeneratów, skoro to oni płynęli na nas. Poza tym dręczyła mnie jeszcze inna wątpliwość: jak długo wytrzymam na bezdechu? Nie miałem szans. Musiałem nakłonić Gemmę, by wracała na powierzchnię, i to natychmiast. Łódź kołysała się i podskakiwała. Najwyraźniej Gemma nie miała wprawy w sterowaniu rodzinnym pojazdem – zwłaszcza z doczepionym kontenerem pełnym roślin uprawnych. Wyemitowałem kilka dźwięków, ale przy tej prędkości nie mogła ich usłyszeć. Chwyciłem gumowe pasy oplatające kontener i powoli wygramoliłem się na jego pokrywę. Uczepiony pasów próbowałem uklęknąć, ale prąd był zbyt silny. By nie stracić przytomności, musiałem się wynurzyć i nabrać powietrza w ciągu trzydziestu sekund. W rozpaczliwym geście zacząłem szaleńczo machać do kamery w lusterku wstecznym łodzi. Gemma odebrała sygnał i łódź pomknęła w górę, ponad fale, ciągnąc za sobą kontener. Oba pojazdy runęły – były za ciężkie, by przelecieć łukiem nad powierzchnią wody. Siła uderzenia powaliła mnie gwałtownie, ale nie miałem czasu zwijać się z bólu – tuż za nami wyłoniła się zielona łódź podwodna. Z długim dziobem w kształcie wiertła i rurkowatym kadłubem wyglądała jak zzieleniały narwal. Dwa okna wystające tuż nad linią wody przypominały ślepia. Skąd degeneraci wytrzasnęli takie supernowoczesne cudo? Nie było czasu się nad tym zastanawiać. Mogli porwać nas jako zakładników, a wtedy plan ocalenia rodziców spełzłby na niczym. Jeśli chodziło im o żywność, lepiej ją oddać. Trzymając się pasów, zszedłem z pokrywy na przód kontenera. Nie poszło mi łatwo. Był dużo lżejszy niż łódź podwodna, więc fale targały nim na wszystkie strony. Czułem, że lada chwila pas wymknie mi się z dłoni, więc wskoczyłem na tył łodzi i zsunąłem się po śliskiej szybie, próbując się