uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 720 559
  • Obserwuję750
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 007 791

Krystyna Boglar - Stonoga

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :636.7 KB
Rozszerzenie:pdf

Krystyna Boglar - Stonoga.pdf

uzavrano EBooki K Krystyna Boglar
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 55 osób, 39 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 149 stron)

KRYSTYNA BOGLAR STONOGA

- Ja nie rozumiem, o co ci właściwie chodzi? - spytała Basia, sadowiąc się niezgrabnie na poduszce. Wpierw musiała ją ukradkiem odwrócić. Otwarta, groźna paszcza Iwa, naszyta z kolorowych gałganków, wyraźnie rozpraszała jej uwagę. - Dlaczego udajesz kogoś, kim nie jesteś? - Bo mi się tak podoba! Basia zmierzwiła gęste kręcone włosy. Tak chciała zrozumieć. Tak bardzo chciała. - To mi nie wystarczy. To… nawet nie jest argument! Posłuchaj, Stonoga, ja… Straszliwy wrzask, jaki rozległ się za drzwiami, sprawił, iż obie dziewczyny zerwały się na równe nogi. Wrzask nie milkł ani na sekundę, wwiercał siew bębenki uszne niczym skalpel. - Zamorduję, uduszę, nogi powyrywam! - Stonoga jednym skokiem dopadła drzwi. Szarpnęła klamkę, aż zadygotała matowa szyba. - Cicho, do jasnej niespodziewanej! - ryknęła. Wrzask na moment umilkł, a potem wybuchł ze zdwojoną siłą. Basia szybko zatkała sobie palcami uszy. Tak było o wiele lepiej. „A swoją drogą, ciężki żywot - pomyślała. - Gdyby to mnie trafiła się w domu taka syrena alarmowa…” - Wstrząsnął nią dreszcz zgrozy. Ryk nagle umilkł. Przeszedł w jakiś bulgot, a następnie zduszony jęk. Szczęknęły zbyt głośno zamknięte drzwi. - Co… co mu zrobiłaś? - Basia niespokojnie wsłuchiwała się w dziwne odgłosy dobiegające z przedpokoju. - Zakneblowałam, związałam jak baleron i wrzuciłam do kosza na brudną bieliznę. Przez jakiś czas będzie spokój. - Czy… czy nic mu się złego nie stanie? - Basia z przerażeniem spojrzała na przyjaciółkę. - Nic. Trochę tam niewygodnie, ale… To o czym mówiłyśmy? Stonoga usiadła wygodnie. Jej nie przeszkadzał fakt, że na kolorowej poduszce straszy okropna diabelska morda z samego dna piekieł. Wyciągnęła długie, chude nogi trzynastolatki i wygodnie oparła się plecami o regał. Basia milczała. Nie potrafiła skoncentrować się na temacie. Łomotanie i dudnienie dochodzące z korytarza wyraźnie ją rozpraszało. - To może… ja już pójdę? Stonoga westchnęła. Spojrzała spod oka na przyjaciółkę i wymruczała łagodnie:

- Nigdzie nie pójdziesz. Tu są landrynki - po omacku dłonią sięgnęła na półkę tuż nad głową - gryź i mów, co masz na wątrobie. Nie lubię niejasnych sytuacji. Basia poruszyła się niespokojnie. Łomot w przedpokoju umilkł. - Może się udusił? Ja… ja tak nie potrafię! Tam człowiek cierpi! - To nie człowiek, to brat. - Tym bardziej. Ja… Zgrzyt klucza w zamku sprawił, że obie dziewczyny na moment wstrzymały oddech. Natychmiast też rozległ się zduszony jęk. Głośne trzaśniecie drzwi i kroki w przedpokoju. A potem okrzyk: - Znowu? Basia zerwała się z dywanu. Teraz oczekiwała najgorszego: że matka Stonogi wejdzie do ich dziupli, że oprze się plecami o drzwi i wygłosi długą mowę na temat niewłaściwego zachowania się takich dużych dziewczyn. „Czy wy nie rozumiecie, że dziecko musi się wybiegać? Co z tego, że jest hałaśliwe? Tego wymaga prawidłowy rozwój sześciolatka! A wy? Czy byłyście inne?” Ale nic takiego nie nastąpiło. Uwolniony z więzów malec nie ryknął ani nie zaprotestował. Opowiadał coś matce cienkim głosikiem, a potem obydwoje zniknęli za drzwiami kuchni. - Piekielny krasnoludek! - mruknęła Stonoga. - Teraz będzie udawał aniołka. Przez najbliższe pół godziny mamy go z głowy! - A… mama? Nie będzie się na ciebie gniewała? - Będzie. Ale dopiero po twoim wyjściu. Honor rodziny nie pozwoliłby jej zrobić awantury teraz. Nigdy przy obcych, rozumiesz? - Jesteś niesprawiedliwa. - Jestem. I co z tego? - Białe zęby ze smakiem rozgryzły landrynkę. Na języku została kwaskowata cierpkość. Stonoga podwinęła nogi. Własne brudne podeszwy wyraźnie wprawiły ją w dobry nastrój. Zawsze w domu chodziła boso. W każdym razie tak długo, jak się tylko dało. W zimie wkładała grube skarpety w kolorowe pasy. - Nie rozmawiaj tak ze mną. - Basia odsunęła plastykowy woreczek z cukierkami. Chciała powiedzieć to wszystko, co narosło w niej grubą warstwą przez ostatnich kilka tygodni. Chciała zrzucić z serca i wątroby te muły i iły wątpliwości, niepokojów i rozterek. „Jeśli jej dziś nie wygarnę, to… nie zrobię tego nigdy!” - myślała zrozpaczona, zniechęcona i słaba. - Dobrze. - Stonoga uważnie wpatrywała się w twarz przyjaciółki. - Co chcesz usłyszeć? - Dlaczego… - Basia zmarszczyła czoło. Słowa wychodziły jakieś oporne, okaleczone, nie te, o których myślała. - Dlaczego od jakiegoś czasu udajesz, że nic cię nie obchodzi to

wszystko… no, to, co nas otacza? - Mówisz jak z gazetki! - prychnęła Stonoga. - Konkretnie. Możesz? Basia czuła, że nic nie wyjdzie z tej długo planowanej rozmowy. „Ona się przede mną zamyka jak żółw w skorupie. Dlaczego? Nigdy…” - Nigdy nie byłaś żółwiem! - wypaliła. Nie, to znowu niebyły właściwe słowa! Stonoga znieruchomiała na moment. Ze zdziwieniem spojrzała na przyjaciółkę. „Czyżbym jej nie doceniała?” - pomyślała spłoszona. - Żółw jest bezbronny, gdy się go przewróci na grzbiet - wymruczała. Basia nic nie odparła. Gładko przełknęła aluzję. Było jej niewygodnie. Nie lubiła siedzieć na podłodze. Nawet na poduszce z paszczą Iwa. Nie wiedziała, co robić z nogami, które po jakimś czasie cierpły. Tysiące mrówek maszerowało wzdłuż lewej łydki. Z rozpaczy przekręciła się na brzuch. Z tej perspektywy widziała wyraźnie jedynie brudne pięty przyjaciółki. - Nigdy nie byłaś żółwiem! - powtórzyła z uporem. - I nikt nie potrafiłby przewrócić ciebie na grzbiet! - dorzuciła z mocą. - Co się stało? Stonoga siedziała w pozycji lotos. Jej wzrok nieruchomy i pusty oscylował gdzieś w okolicach „Wielkiej encyklopedii powszechnej” równo stojącej na półce. - Jadłaś kiedyś zupę żółwiową? - spytała, odwracając nagle głowę - Podobno najlepsze są te olbrzymy z Galapagos. - Kto chce zrobić z ciebie zupę żółwiową? - wrzasnęła Basia, zrywając się z miejsca. - No, kto? - Osiem i… pół osoby - wymruczała Stonoga, gmerając leniwie palcami w woreczku landrynek. - Jak w filmie Felliniego. - Interesuje mnie te pół. Resztę znam. - Basia schyliła się, by poprawić skarpetkę. Nie znosiła, gdy cokolwiek marszczyło się lub wyglądało nieschludnie. - Mirek Stolarek. Basia zastygła w bezruchu. Biała skarpetka zjechała do pół łydki. - Mirek? - wykrztusiła. - Przecież on… tego… - zająknęła się. - Powiedziałam ci, bo nalegałaś! - Stonoga nie była zadowolona. Nie tak wyobrażała sobie tę rozmowę. - On mnie nic, ale to nic nie obchodzi! Zrozumiałaś? Basia skinęła głową i wreszcie podciągnęła skarpetkę. - Zrozumiałam. I na wszelki wypadek jeszcze raz głośno powtórzę: nic a nic nie obchodzi cię Mirek Stolarek i… Drzwi otworzyły się i stanęła w nich matka. Szybkim spojrzeniem obrzuciła obie dziewczynki. - Dzień dobry, Basiu. Rzadko tu u nas bywasz ostatnio. Jak tam w szkole?

Basia zmieszała się. „Za dużo na raz pytań! I co w ogóle można odpowiedzieć na takie enigmatyczne: Jak tam w szkole? Bo niby o co konkretnie chodzi?” - To może ja już… Stonoga leniwie dźwignęła się z dywanu. - Mamo, nie patrz na Baśkę wzrokiem węża. Ona się czuje jak zahipnotyzowany ptak. - Słuchaj no, moja droga… - głos mamy przypominał warkot werbli - mamy ze sobą do pogadania na temat Przemka. Może później. - Mów śmiało. Baśka jest moją przyjaciółką. A co do Przemka… nic mu się złego nie stanie, jak posiedzi spokojnie przez chwilę w koszu na brudną bieliznę. Gdyby nie ryczał, jak zraniony słoń… Mały wpadł do pokoju z siłą pocisku. Czuł się pewny za plecami matki. - Ona nie wie, że nie wolno polować na słonie! Mamo, ona nie wie! I knebluje mnie zawsze tym kraciastym szalikiem, a on drapie! - Dobrze. - Uśmiechnęła się Stonoga. A nie był to uśmiech w pełnym tego słowa znaczeniu. - Dobrze. Następnym razem zaknebluję cię lnianą ścierką! Matka uniosła oczy w górę, jakby wzywając niebo na świadka tych straszliwych herezji. Przemek stał przytulony do jej kolan. Spoza rąbka spódnicy rzucał szybkie spojrzenia: to na starszą siostrę, to na jej przyjaciółkę. Wreszcie wzrok jego zatrzymał się na torebce z landrynkami. - Mamaa! - wrzasnął rozdzierająco. - Ona mi zabrała moje cukierki! Stonoga plasnęła bosą stopą o podłogę. Była wściekła. Ta cała nieudana rozmowa z Baśką, po której tyle sobie obiecywała… no i jeszcze ten mały wrzeszczący tak, że aż poczerwieniały mu uszy. - Wynocha! Ale już! Basia powiodła spłoszonym wzrokiem po obecnych. Sama najchętniej uciekłaby, gdzie pieprz rośnie. Nie lubiła takich niezręcznych sytuacji rodzinnych. Chwyciła płócienną torbę wiszącą na kołku i potrącając stolik, rzuciła się ku drzwiom. Matka pochylona nad ryczącym malcem wyprostowała się i bez słowa opuściła pokój. Za nią, mażąc się i pochlipując, wytoczył się Przemek. Stonoga stała z zaciśniętymi ustami. Jej czoło przecinała pozioma krecha zmarszczki. Na nosie i brwiach wystąpiły drobniutkie kropelki potu. - Ty… dokąd? - wymruczała, widząc Baśkę z dłonią na klamce. - Pędzę już… - tłumaczyła, nie podnosząc wzroku. - Ja nie… może pogadamy innym razem… Cześć! Drzwi zamknęły się za nią z leciuteńkim skrzypnięciem. Po chwili trzasnęły

wyjściowe. Z kuchni dobiegały głosy matki i piskliwy, jeszcze rozmazany głosik dziecka. Stonoga wyciągnęła się na tapczanie. Z rękami pod głową, ze wzrokiem wbitym w reprodukcje George’a Braque’a: biały, jakby z kartonu wycięty wazon i gałąź winorośli na ciemnym, prawie czarnym tle, które tylko z bardzo bliska ukazywało zamazany druk francuskiej gazety. To był jedyny obraz w tym pokoju. Pozostałe ściany zdobiły z rzadka udane kopie afrykańskich masek. Stonoga starała się przeanalizować swoje zachowanie. Zawsze tak robiła, gdy nie była z siebie całkiem zadowolona. „Umysł analityczny - mawiał tato. - Ona ma umysł analityczny, ta moja córka”. - I bardzo dobrze! - stęknęła, przewracając się na brzuch. Z tej perspektywy widziała jedynie róg wełnianego kilimu wiszącego nad tapczanem. W jednym miejscu brązowa nitka wysnuła się i zwisała smutnie jak noga pająka. „Dlaczego właściwie tak mnie wszystko irytuje? - zastanawiała się, pocierając piętą o łydkę. - Co się stało? Właściwie nic! A co do Mirka Stolarka, to…” Mirek był kolegą z klasy siódmej D. Wysoki, szczupły blondynek z nieco zbyt długimi lokami, które upodabniały go z tyłu do dziewczyny, a których nie chciał skrócić, bo… czy to ma zresztą jakieś znaczenie? Żadnego! Mirek miał w domu radio stereo z kolumnami głośnikowymi, magnetofon i 4,8 punktu w szkole. Mówiło się o nim: „Ten to ma szczęście! W domu trzaskający dobrobyt, i jeszcze do tego zdolności! Rzadki przypadek kliniczny!” Ci, którzy go znali lepiej, wiedzieli więcej: Mirek nie ma kompleksów, przyjaźni się ze wszystkimi byle na jakim takim poziomie umysłowym. Co w praktyce oznaczało, że nie toleruje jedynie głąbów, ale też w ich klasach, poza kilkoma kapuścianymi głowami, nie było tych z „sieczką”, zamiast szarych komórek. Stonoga przewróciła się z rozmachem na plecy. „Dlaczego kiedy myśli o Mirku, czuje dziwne, niezrozumiałe pulsowanie za uchem?” Znali się przecież od piątej klasy, już całe dwa lata, i nigdy Stonoga nie zwracała na niego uwagi. Łazili w paczce, którą tworzyło „dziewięciu gniewnych geniuszy”, jak sami siebie nazwali, i było bardzo przyjemnie. W tej samej grupie znajdowali się także: Tomek - Żłobik Koralowaty, bo znał na pamięć chyba cały atlas runa leśnego po polsku i łacinie, Kuba, Tołstoj - nie, nie należał do rodziny słynnego pisarza, przezwano go tak z rosyjska, bo Gruby był już w siódmej Ń i mogli się mylić. W paczce prym wiódł Mikołaj, znamienity polonista i satyryk, a sekundowały mu dwie dziewczyny: Stonoga i jej fizyczna przeciwność - gruba i kudłata Mańka. Oczywiście, reszta miała też coś do powiedzenia. Nie byli to łagodni ani cisi koleżkowie, o nie! Coś na ten temat mógłby powiedzieć Montezuma, czyli nauczyciel historii i jednocześnie wychowawca klasy. Ale Montezuma, jak przystało na ostatniego władcę Azteków, był zbyt godny i dumny, aby prosić bandę „Hiszpanów” o łaskę i litość dla ciała pedagogicznego. Zresztą dziewięciu gniewnych rzadko występowało pod postacią monolitu, zbyt wiele wśród nich było indywidualności. A z tymi, jak wiadomo, niełatwo się żyje w klasowej grupie. Toteż Montezuma sprytnie i, trzeba to przyznać, taktownie wykorzystywał rozłamy, frakcje i przeróżne „chwile słabości” owej dziewiątki, by przeprowadzić swoją wolę… i konieczne reformy klasowe. Gniewni charakteryzowali się jeszcze jedną cechą: wszyscy uprawiali jakieś sporty. Nawet gruba Mańka. Jak przystało na siedemdziesiąt prawie kilo żywej wagi, Mańka

najlepsza była… w szachach! Nikt jej zresztą tych kilogramów złośliwie nie wypominał, chyba że któryś z młodszych klas. Tym odcinała się ostro i skutecznie, bo i kuksańce były w robocie. Gniewni byli ponad takie tam dokuczliwości godne pluskiew. Sami uważali się za „jajogłowych”. Jeśli nie ze wszystkich, to z wybranych przedmiotów wznosili się ponad przeciętność. Niektórzy, jak Kuba czy Mikołaj, wiedzieli o historii sztuki tyle co nie najgorszy student pierwszego roku. A Baśka pisała wiersze, jak sama Maria Konopnicka. Nieraz były zamieszczane w szkolnej gazetce ściennej. Tołstoj mówił po angielsku i rosyjsku z akcentem moskiewsko-oksfordzkim, a do wszystkiego doszedł własną ciężką pracą, kiwając się godzinami przy nastawionych płytach i powtarzając do znudzenia: „Burja mgłoju niebo krojet, wichry snieżnyje…” Tak, niełatwo było utrzymać się wśród geniuszy. Już paru wykruszyło się, spadając do średniego poziomu klasy. A Mirek Stolarek miał komputer w mózgu. Nawet Agfa-color - czyli matematyk, nazywany tak dla swych upodobań do upiornie zestawionych kolorystycznie ubranek - nie dawał mu rady. Kiwał głową, mruczał coś pod nosem i… z widoczną niechęcią wpisywał do notesu kolejną piątkę. Na Mirka nie było mocnych. Stonoga przewróciła się na bok. Nie lubiła takiej bezczynności, ale dziś nie umiała jakoś znaleźć sobie miejsca. Z kuchni dochodziło szczękanie talerzy. „Tym razem mama mi wygarnie! Znów usłyszę sakramentalne: Jak ojciec wróci, to się z tobą rozmówi. Bo ja już nie mam sił! - Ale kiedy on wróci? Pewnie na Boże Narodzenie… jak mu pozwolą.” Ojciec Stonogi pracował w Libii. Kierował tam jednym z odcinków budowy asfaltowej nawierzchni dróg. Do kraju wpadał jak po ogień, antyszam-brował w ministerstwach, coś załatwiał, z kimś konferował. I tak od trzech lat. Matka, rozszczepiona pomiędzy dom, dwoje dzieci i pracę zawodową, siwiała z każdym rokiem, grożąc dymisją, strajkiem, chorobami i czym się tylko dało. Przemek, pozbawiony od trzech lat twardej męskiej dłoni, rozzuchwalił się do tego stopnia, że na jego widok uciekano, gdzie pieprz rośnie. Malec sprytnie wykorzystywał słabość matki i na każdy zakaz reagował rykiem, od którego pękały co słabsze szyby. Tylko podczas rzadkich i krótkich wizyt ojca stawał się słodkim aniołkiem z dołeczkami w pulchnych policzkach. Biada temu, kto dałby się na to nabrać! Stonoga przyjmowała ten rodzinny status z dobrodziejstwem inwentarza, ale od jakiegoś czasu coś zaczęło jakby zgrzytać w dobrze dotąd naoliwionych trybach maszyny. Dziewczynka sama nie wiedziała, o co tu chodzi. Ni stąd, ni zowąd potrafiła nagle wybuchnąć łzami, których wstydziła się, a które płynęły zupełnie niezależnie od jej woli. Innym razem nakrzy-czała na najbliższą przyjaciółkę Baśkę tylko dlatego, że ta pożyczyła Mirkowi atlas geograficzny. Swój własny, prywatny atlas, który Stonogę powinien obchodzić tyle co zeszłoroczny śnieg. A jednak nawrzeszczała, używając słów, o których nawet nie wiedziała, że istnieją. Baśka nie powiedziała wtedy nic, ale od tej chwili jakby się zmieniła. Nie za bardzo, ale trochę. Nie była już taka uległa jak niegdyś, kiedy to przyjmowała każdy pomysł Stonogi z najwyższym zachwytem. Dziś szykowały się do długiej rozmowy. Stonoga nawet wbrew samej sobie zaczęła mówić o Mirku Sto-larku… ale nie wyszło! Chociaż może Baśka się domyśliła? Może… Drzwi otworzyły się z trzaskiem. Przemek, umorusany jak kominiarz, z buzią stuloną

na kształt ryjka, wyjadał z garści czarne jagody. - Mama woła… obiad. - I odwróciwszy się szybko na pięcie, wy-maszerował, gubiąc po drodze niebieskosine kulki. - Myślisz, że ja to będę po tobie zbierać? - Stonoga jednym skokiem zerwała się z tapczanu. - I froterować podłogi zapaćkane jagodami! Matka spojrzała na buzię chłopca i westchnęła. - Nie krzycz na dziecko. - W jej głosie nie było agresji, tylko zwykłe, bardzo kobiece zmęczenie. - Właśnie! - podchwycił sześciolatek. - Nie krzycz na dziecko! Stonoga nie zareagowała. Coś się w niej już dziś wypaliło, stłumiło burzę. Sama zdziwiona tym nagłym spokojem wbiła widelec w pyzy z mięsem. Pierwszy kęs połknęła gładko. Przy drugim spojrzała z wyrzutem na matkę. - A miało już nie być klusek w tym tygodniu! Matka znieruchomiała. Uniosła dłoń i przygładziła potargane włosy. - Atak… rzeczywiście… - Słowo jest słowo! - parsknęła Stonoga czując, że tym razem to złość, a nie pyza stoi jej w gardle. „Jakże łatwo wpadam z jednej skrajności w drugą” - zdziwiła się, zanim matka zdążyła coś odpowiedzieć. Przemek zajęty walką z opornym, sprężystym ciastem wykrzywił buzię. - To jest guma do żucia! Matka spojrzała na małego surowo. - Proszę jeść grzecznie. I nie wywijaj widelcem, bo to nie widły. W tej samej chwili śliska pyza wyprysnęła z talerza małego i szerokim łukiem poszybowała ponad serwetą. Plasnęła cicho na podłogę tuż koło zlewozmywaka. Stonoga parsknęła śmiechem. Przerażony malec, niepewny reakcji matki, na wszelki wypadek rozdarł się na całe gardło. Wył długo i żałośnie, a wielkie łzy spływały po pulchnych policzkach. - Ja nie chcę! Ja nie chcę! - Słowa niewyraźne i rozchlipane miały stanowić obronę świętych praw wczesnego dzieciństwa, ale nie zdały się na nic. Matka umęczona tym nieustającym rykiem trzepnęła go po łapie. Obrażony i wściekły dzieciak zsunął się błyskawicznie ze stołka i wyjąc jak syrena alarmowa, gnał w stronę dużego pokoju. Stonoga zatkała palcami uszy. - Albo go uciszysz, albo… - urwała, widząc zmienioną twarz matki. - To ja już nie wytrzymuję w tym domu! Ja! W pracy wieczne użeranie, w domu cała robota na mnie spada i jeszcze twoje muchy w nosie! Stonoga poczuła, że zimna złość zalewa jej serce.

- To tak? - wrzasnęła, tracąc grunt pod nogami. - Oczywiście, wszystko jest moją winą! I to, że masz szefa idiotę, i że tato jest nie tam, gdzie powinien, i to, że dzieciak głupieje, bo go nie przyjęto do przedszkola… Matka otworzyła usta, żeby coś powiedzieć i jeszcze szybciej je zamknęła. W jednej chwili uświadomiła sobie, że ta szczuplutka dziewczyna o jasnych oczach i wąskich, wiecznie bosych stopach nie jest już dzieckiem. Że nie wolno, nie trzeba przemawiać do niej z pozycji siły ani też słabej kobiety, jaką w rzeczywistości była. „Kiedy ona dojrzała, kiedy właściwie to się stało? I dlaczego tego nie zauważyłam?” Stonoga nagle przestała wymachiwać widelcem. Ze zdziwieniem przyjrzała się swoim rozlatanym dłoniom. W kuchni było jasno i wesoło. Matka nie poruszyła się. Stała przy kuchence z dłonią na czajniku, w którym woda dawno już zdążyła wystygnąć. - Nigdy z tobą nie mówiłam o moim szefie - odezwała się nagle, spoglądając na córkę takimi samymi jak ona szarymi oczyma w czarnej oprawie. - Skąd więc te informacje? Stonoga nie znalazła żadnego gestu poza wzruszeniem ramion, a tego zrobić nie mogła. Wśród gniewnych był on tępiony szczególnie surowo jako oznaka „niepewności organizmu”. - Mamo - powiedziała spokojnie - zapominasz, że w domu jest telefon, a my nie żyjemy w dźwiękoszczelnych klatkach, tylko w nowym budownictwie wielkopłytowym. Każda twoja opowieść jest doskonale słyszalna w moim pokoju. Matka zapaliła gaz. Delikatnie ustawiła czajnik na płytce okolonej wianuszkiem błękitnych płomyków. - Nie sądziłam… nigdy nie myślałam, że tak często mówię o biurze… Stonoga uśmiechnęła się. Cała złość spłynęła jak powodziowa fala. - Drobiazg. Mnie to nie przeszkadza. Przecież wiesz, że najlepiej uczę się przy koncercie fortepianowym Griega. Był list od ojca? - dziewczynka chciała zmienić temat. Matka przecząco pokręciła głową. Listy z Afryki wędrują długo. Stanowczo za długo. Czasem przychodziły, gdy ojciec był już w domu. I gdy dawno już opowiedział to wszystko, co drobnym maczkiem zawarł na kilku stroni-czkach papieru. - Co się z nami dzieje? - spytała matka, raczej nie oczekując odpowiedzi. - Stajemy się coraz bardziej nerwowi… coraz mniej obchodzą nas inni… Przemek zmęczony chlipaniem, które na nikim specjalnie nie robiło wrażenia, obrażony na świat i niesprawiedliwość losu, stanął w drzwiach kuchni. Na pyzatej buzi rozmazywały się wilgotne ślady. - Dajcie mi chociaż ciastko - wystękał. - Jest galaretka… ze śmietaną - powiedziała matka, widząc, że buzia malca znów wygina się w niebezpieczną podkówkę. - Możesz zjeść także moją - powiedziała Stonoga, właściwie nie bardzo wiedząc dlaczego. Lubiła słodycze, a galaretkę szczególnie.

Matka spojrzała na nią ze zdziwieniem. Potem twarz jej przyoblekła się w maskę smutku. - Ja już naprawdę nie wiem, jak wam dogodzić… Stonoga wstała, zebrała z podłogi rozpaćkaną pyzę i starannie starła ślad mokrą ścierką. - Idę się uczyć - oznajmiła. W przedpokoju rozległ się dźwięk telefonu. Jak zwykle, mały był najszybszy. W palcach lepkich od galaretki mocno ściskał słuchawkę. - Jest - mamrotał, przełykając w pośpiechu. - Ale zła! Nawet mi oddała deser i… Stonoga szarpnęła zwinięty drut. Jedną nogą zaparła się o ścianę, drugą silnie odpychała brata, który widocznie zamierzał wdać się w dłuższą konwersację. - Jazda stąd! - syknęła czując, że malec nie ma zamiaru ustąpić. Znów potworny wrzask wstrząsnął ścianami. Przemek kurczowo ściskał słuchawkę w garści. Tym razem matka nie stanęła po stronie najmłodszego. Trzepnęła go wilgotną ścierką, aż przysiadł z wrażenia i umilkł zdumiony. Tę chwilę ciszy wykorzystała dziewczynka. Z obrzydzeniem wytarła rąbkiem bluzki wilgotny bakelit i przyłożyła do ucha. - Halo. - Czy twój brat zawsze tak ryczy? - usłyszała daleki głos, który sprawił, że całe ciepło spłynęło do serca. - Przyjdziesz na trening? Za tydzień eliminacje! Jak mogła zapomnieć? Jak mogła? Uczucia, które nią miotały, dalekie były od łagodności. To wszystko przez tę głupią Baśkę, przez tę idiotyczną rozmowę o żółwiu przewróconym na grzbiet! Zapomniała, że obiecała wygrać bieg na sto metrów. - Jasne! Ale… spóźnię się kilka minut! Mirek… - Tak? - Głos nadlatywał z oddali, jakby z zaświatów. - Poczekaj na mnie, dobrze? Wrześniowy upał tężał w zgiełku miasta. Kurz i zapach spalin zatykał gardło, osiadał w nozdrzach i na wargach. Nad dachami wisiało białe słońce, a szare udręczone liście drzew daremnie oczekiwały na kroplę deszczu. Wypalona, zdeptana tysiącem stóp trawa z uporem prostowała ledwie widoczne piórka. Nad jezdnią snuły się smugi spalin. Miasto o tej porze dnia stanowiło gigantyczny korek samochodowy. Nawet autobusy, dla których wytyczono odrębne pasy ruchu, nie mogły pomieścić się w zatokach przystankowych i ryczały klaksonami jak zmęczone, nie wydojone krowy. Stonoga niecierpliwie wypatrywała „swojego” berlieta. Na dojazd do stadionu pozostało jej już niewiele czasu. Dziś miały się rozegrać eliminacje. Na prawdziwej bieżni. „Te ze szkoły Kilińskiego pękną ze złości! - myślała, wyciągając szyję. W długim sznurze autobusów brakowało tego jednego, który był potrzebny. - Muszę im pokazać, gdzie raki zimują!”

Mściwe rozmyślania o „tych z Kilińskiego” tak ją zaabsorbowały, że o mały włos byłaby przegapiła autobus. Tłum ludzi, którzy właśnie wyszli z pracy, szturmował wszystkie drzwi, nie pozwalając innym wysiąść. Gigantyczny wir wessał Stonogę. Teraz już nie mogła ruszyć ani ręką, ani nogą. Weszła, a raczej została wniesiona na czyichś plecach, pozbawiona możliwości odstąpienia, poczekania. Autobus ruszył. Ludzie ucichli na moment, szykując się do natarcia na następnym przystanku. Zapanowało chwilowe zawieszenie broni, cisza przed ulewą, spokój przed wybuchem rewolucji. Stonoga liczyła przystanki, bo zduszona, wciśnięta między chropowate marynarki nie widziała, co dzieje się za oknem. Na szczęście zaczęło się rozluźniać. A może tak się tylko zdawało tym, którzy już przywykli, już zaaklimatyzowali siew dusznym wnętrzu, zamyśleni nad niełatwymi sprawami. Zejście ze stopnia pojazdu, wciągnięcie powietrza w płuca, odklejenie się od zmęczonej masy ludzkiej było sukcesem nie byle jakim. Po prostu znowu chciało się żyć! Stonoga spojrzała na zegarek i puściła się pędem. W szatni nie było nikogo. Porozrzucane ubrania, „cywilne” ciuchy walały się wszędzie. Dziewczynka szybko zrzuciła dżinsy i włożyła koszulkę gimnastyczną. Jeszcze chwilę gmerała koło sznurowadeł zbyt luźno zawiązanych, potem zbiegła po drewnianych schodkach. Wklęsła misa stadionu wydała jej się oazą zieleni. Równo przystrzyżoną, dobrze utrzymaną trawę okalały pasy bieżni. Gdzieś tam, na samym końcu, przy wejściu na trybunę kłębił się tłum. Stonoga przysłoniła dłonią oczy i przez szparę między palcami, mrużąc powieki od piekącego blasku, patrzyła wyraźnie, szukając znajomych sylwetek. - Zuzanna się dziś szykuje! - ktoś krzyknął jej nad uchem. - Chce cię wykosić! Stonoga odwróciła się. „No, tak, oczywiście Janka. Któż inny zaczynałby rozmowę od takiego komunikatu. Te z Kilińskiego są jednak nie na poziomie!” - nie zamierzała wdawać się w dyskusję. Odeszła, nie zaszczyciwszy rywalki ani jednym słowem. Nawet udało jej się nie wzruszyć ramionami, z czego była szczególnie zadowolona. Szybko doszlusowała do grupy uczennic ze swojej szkoły. Dla nich była bożyszczem, niedoścignionym wzorem, milkły, gdy przechodziła obok, zagadywały z rzadka i tylko na temat biegu, czasów, pogody. Dziewięciu gniewnych zdążyło już przez ostatnie dwa lata wyrobić sobie opinię niedościgłych. - Cześć, Stonoga! - wrzask Kuby wyrwał ją z zadumy. Uśmiechnęła się. Lubiła go. Oboje się lubili. - Startujesz na setkę? Skinęła głową. - A ty? Kuba uniósł w górę obie dłonie. Miał krzywy nos, odstające uszy i sympatyczny uśmiech. - Allach to wie! Trener Jackowski wystawił mnie do dwusetki, ale jeszcze się naradzają. Siedzę tu więc sobie, sierota, bez przydziału i dobrego słowa. Stonoga obejrzała się. W otaczającym ich tłumie nie widać było jasnej głowy z nieco zbyt długimi włosami.

- Nie widziałeś… Mirka? Zanim się zastanowiła, słowa te same wypłynęły jej z ust. Teraz wiele by dała, żeby je cofnąć. Łuna rumieńca zalała jej czoło i spłynęła aż na policzki. Ale Kuba tego nawet nie zauważył. - Był tu gdzieś! Szwenda się za tą… no, jak jej tam? Taka blondyne-czka z Kilińskiego… co też biega, nieszczęsna istota, na setkę. Rumieniec powoli przygasał. Stonoga nagle poczuła ciężar własnego ciała. Każda ręka i noga ważyły chyba z tonę. - O kim mówisz? - wyszeptała, odwracając twarz. - O tej Zośce z krzywymi nogami? - Sss - Kuba zasyczał jak wąż, który ostrzega przed atakiem. - To poniżej poziomu, stara! - Jego chłodne brązowe oczy czujnie przylgnęły do twarzy dziewczynki. - Co się stało! Coś… nie tak? Stonoga już się opanowała. Przyszło jej to z niemałym trudem. - Przepraszam. Zośka ma takie bardziej przepiękne kolana… słuchaj, Kubuś, nie przygnębiaj człowieka - rozżaliła się udanie. Chłopiec natychmiast podjął grę. - Już spływam! Wiem, że nie wolno dręczyć moralnie zawodnika przed startem. Ostry dźwięk gwizdka przeciął powietrze. Stonoga machnęła dłonią na pożegnanie i pobiegła w stronę, gdzie skupiły się dziewczynki biorące udział w międzyszkolnych eliminacjach do zawodów o puchar imienia Janusza Kusocińskiego. Tu było jej miejsce przez następne trzy godziny. Należało zapomnieć, wymeldować z umysłu wszystko: pyzy z mięsem, humory domowników, własne problemy, cudze sprawy, a przy okazji także… Mirka Stolarka. - J^ojąk jest? - Trener obejrzał ją zawodowym wzrokiem. - Tylko spojśbjftis/^lte zrób falstartu. I pamiętaj: wyżej kolana… to bardzo ważne… Następny gwizdek rozrzucił je po bieżni. W biegu na sto metrów startowało osiem zawodniczek. Cztery ze szkoły Kilińskiego i cztery z Konopnickiej. Na dobrą sprawę liczyły się tylko trzy: Zuzanna o ślicznej buzi jak z obrazów Murilla i twardym, żylastym charakterze, najdłuższa stażem rywalka, Monika z siódmej Ń i ona - Stonoga. Startowały z bloków. Jak na prawdziwych zawodach. W ośmiu rzędach, oddzielone umowną białą linią bieżni, każda z zapasem sił, każda z wolą zwycięstwa. Strzał. Poszły jak burza. Monika o ułamek sekundy spóźniła start. To dało aniołkowi z obrazów Murilla znaczną przewagę. Stonoga nie czuła nic. Maksymalnie skoncentrowana, wyprysnęła jak z katapulty. Kątem oka, w ułamkach sekund, widziała białe koszulki zostające gdzieś tam z tyłu. Linia mety przybliżała się błyskawicznie. Wydłużyła krok, słysząc biegnącą obok Zuzannę. Jeszcze raz, jeszcze… stopa opadła na białą linię. Zwyciężyła. Elegancko podała rękę Zuzannie, która wpadła na metę jako druga. Klepnęła

pocieszająco Monikę. - W porządku, Nika. Zmieściłaś się. Zakwalifikowałyśmy się obie. Honor szkoły uratowany. - Powinnam była przyjść trzecia - mruknęła Monika, odrzucając na plecy gruby warkocz. - Zawsze przecież byłam trzecia. - A dziś udało się Jance z Kilińskiego. Swoją drogą, jak to możliwe? - Stonoga zatrzymała się pochylona z dłońmi opartymi na kolanach. - Zawsze była ostatnia. - Uczucie uskrzydla. - Monika uśmiechnęła się cierpko. - Tak gdzieś czytałam. Chyba u któregoś z klasyków. Zakochała się. Stonoga uczuła chłód w okolicy lewej łopatki. - Nie wiesz przypadkiem w kim? - Przypadkiem wiem. W Stolarku. Chmura nasunęła się na słońce. W jednej chwili w niecce stadionu pociemniało. Trawa straciła swoją intensywną zieloność, metalowa konstrukcja trybuny stała się podobna groźnej paszczy monstrualnego potwora. - Dobrze jest! - cieszył się trener. - Miałaś nie tylko najlepszy czas, ale jeszcze spory zapas sił! Widzisz, co znaczy regularny trening? Dziewczynka uniosła w górę oczy. Siwa, szczeciniasta czupryna sterczała śmiesznie jak koguci grzebień. Głębokie zmarszczki tylko podkreślały uśmiech. Trener nie należał do mężczyzn urodziwych, ale na pewno do wspaniałych ludzi. Potrafił cieszyć się jak dziecko i martwić jak milioner, kiedy bank ogłasza plajtę. Był ulubieńcem młodzieży i nierzadko ich powiernikiem. - Jance się udało, jak ślepej kurze ziarno! - odezwała się wreszcie tonem, który nie należał do najmilszych. - Zazdrość nie da ci szczęścia! - Jackowski roześmiał się szeroko. - A co mi je da? - Stonoga stała w rozkroku. Miała minę indiańskiego wojownika, któremu uciekł w dżunglę soczysty befsztyk. To pytanie było z serii retorycznych, ale trener nawet takich nie zostawiał bez odpowiedzi. - Wiara w siebie… i w ludzi. Stonoga wzięła głęboki oddech. „Banał! Jakoś muszę sobie sama dać radę z problemem”. - Szczęścia i zdrowia życzy kominiarz - odburknęła. Jackowski spojrzał na nią spod oka. Był zbyt doświadczony jako trener nastolatków. I drobiazg, studiował psychologię. - Masz coś do mnie? Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Stonoga machnęła dłonią, co miało oznaczać: „Kochany, nic nie jest ważne poza zwycięstwem na setkę” i odmaszerowała z wysoko uniesioną głową.

Zawody trwały nadal. Szala zwycięstwa przechylała się to na stronę Kilińskiego, to znów Konopnickiej. Raz „dokładali” chłopcy, raz dziewczęta. Nikt nie powinien się aż tak denerwować, przecież to tylko eliminacje, a jednak… - Zuch z ciebie, lady Jane! - Mirek dworsko pochylił jasną głowę. Puszyste, codziennie myte włosy lśniły niczym pajęcze nitki. Janka zmrużyła oczy. - Sir, łaskawość pańska nie zna granic. - Janka słyszała co nieco o gniewnych geniuszach. Wydawało jej się, że taka odpowiedź powinna zadowolić ich przedstawiciela. W końcu coś tam w życiu przeczytała. No, i obejrzała tych parę filmów w technikolorze. Mirek z przyjemnością patrzył na piegowaty nos dziewczynki i jej białą, jakby porcelanową cerę. Janka źle znosiła słońce. Wśród opalonych rówieśnic odbijała zdecydowanie kolorem karnacji. Mirek chciał jej coś jeszcze powiedzieć, ale głośnik wzywał zawodników na start. - Trzymaj za mnie kciuki! Janka uśmiechnęła się. Radość zalała jej serce. I to nie tylko z powodu zakwalifikowania się do ścisłej czołówki biegaczek. Tak zastała ją Stonoga. - Miałam swój dzień! - Janka była samym słońcem. - Ty też byłaś dobra! - Naprawdę? - Stonoga była pełna eleganckiej obłudy. - A może mi się tylko udało? Janka wzruszyła ramionami. Nie wiedziała, że jest to gest tępiony przez gniewnych niczym mrówki faraona. - Gadasz. Na zawodach się zmierzymy! Stonoga skinęła głową: „Głupie dziewczynisko! Jeśli choć przez moment uwierzyła, że może mnie pokonać! I niech się Mirkowi dziś nie powiedzie!” Ale się powiodło. W rezultacie zakwalifikowali się wszyscy pewniacy i parę tak zwanych fuksów. Siedemdziesiąt pięć osób ze szkoły Kilińskiego i siedemdziesiąt siedem z Konopnickiej. Prawie remis. Dziewiątka tradycyjnie wracała razem. Nawet ci, którzy nie startowali w eliminacjach, jak tenisista Tomek czy szachistka Mańka, przyszli i zgodnie kibicowali kolegom. - No, to zwycięstwo mamy w kieszeni! - cieszył się Tołstoj, wydłużając krok. Nie mogli całą grupą iść po wąskim chodniku. Ktoś zawsze zostawał w tyle. - Nie mów hop, serdeńko! - Mikołaj zawsze mówił „serdeńko”, choć miano mu to za złe. - Świat jest pełen pechowców! - Zgiń, przepadnij siło nieczysta! - wymruczała Rena i zaraz poleciała pod najbliższe rachityczne drzewko, by odpukać w jego chropowatą korę. Rena - as geografii, znająca na pamięć wszystkie dopływy, przypływy i odpływy rzek w całej Ameryce Południowej i Północnej - była wyjątkowo przesądna. Odpukiwała, pluła trzy razy przez lewe ramię, każdego, nawet białego kota, obchodziła o kilometr, nie mówiąc już o tym, co wyczyniała, jeśli przez przypadek spotkała zakonnicę.

Stonoga szła milcząco obok Baśki. Jakoś tak już zawsze było, że nawet bezwiednie szukały swego towarzystwa. Paczka to paczka. Ale i w tej paczce były frakcje, pary, trójki, czasem czworokąty. Tasowało się to przez lata, zmieniało, ale one trwały jak papużki nierozłączki. Teraz też, choć zamyślone, jakby skrępowane po ostatniej nieudanej rozmowie, lgnęły jedna do drugiej. - Bądźcie pozdrowione w starej Irlandii! - głos Mirka sprawił, że drgnęły i obrzuciły się ukradkowym spojrzeniem. - Witam cię, Stonoga, w gronie zwycięzców. Ludzkość ci tego nigdy nie zapomni! - A poszczególne jednostki? - Baśka nie wytrzymała nerwowo. Stonoga rzuciła jej wściekłe spojrzenie. Mirek nie zdziwił się. Potraktował to pytanie tak, jak je zrozumiał: prosto i lekko. - Poszczególne jednostki giną w masie towarowej. Liczy się hurt! - Mało pocieszające - mruknęła Stonoga. - Ale serio, co się stało, że Rena nie zaliczyła skoku? Tak trenowała, tyle czasu poświęcała bieżni, że aż się bałam o stan techniczny jej szarych komórek. Mirek obejrzał się. Na szczęście Rena była na tyle daleko, że mógł swobodnie odpowiedzieć. - Chyba… źle obliczyła rozbieg. No… jest w nie najlepszej formie. Nie wiem, o co ściśle chodzi, ale coś tam w domu nie najlepiej. Milczały. W ich gronie nie było zwyczaju mówienia o domowych sprawach. Coś jakby temat tabu. Gniewni geniusze przedstawiali sobą pełny przekrój „społecznego tortu”, o ile takie określenie może oddać stan rzeczywisty. Byli synami i córkami zarówno ludzi dość zamożnych, jak i biedniejszych. Niejeden zaliczał dopiero drugie pokolenie inteligentów. Ich dziadkowie byli lekarzami, wojskowymi i chłopami z małych wiosek. Słowem: garnek z wiosenną zupą. W ich gronie nie miało to żadnego znaczenia. Pochodzenie społeczne nie liczyło się. Ważne były przymioty umysłu i wybitne talenty. To wszystko. Starali się wychodzić z domowych spraw, jak ze starych, nieco zbyt ciasnych butów. Niektórzy odwiedzali się w domach, ale nie stanowiło to reguły. Szanowano azyle, nie narzucano się. Ich styl cechowała wyrafinowana prostota. Kto nie umiał się dopasować, automatycznie odpadał. Stonoga zerkała spod oka na Mirka maszerującego długim krokiem z rękami w kieszeniach wyświechtanych dżinsów madę in Domy Towarowe „Centrum”. „Czyżby on ciągle myślał o Jance? - zastanawiała się w duchu. - A może to nieprawda? Może ta głupia Monika zmyśliła wszystko, by jej, Stonodze, zrobić na złość! Ale dlaczego? Skąd mogła wiedzieć, że ona… nagle…” - Zwolniła kroku. Mirek też bezwiednie przyhamował. Wysforowana do przodu Baśka odwróciła się, żeby coś powiedzieć i umilkła spłoszona. Nie zastanawiając się, co robi, dała długiego susa, by znaleźć się wśród idących na przedzie chłopaków. - To dobry wiersz! - powiedział Tołstoj, mrugając białymi rzęsami. - Ten, który

napisałaś z okazji „Dnia Słonia”. - Nie wygłupiaj się! - szturchnął go Tomek. - Ona ma stosunkowo niewielkie poczucie humoru na temat własnej twórczości. Jak „Wielcy Nieboszczycy”. - Ja jeszcze żyję - westchnęła Basia. Było jej markotnie. Tomek pokręcił głową. Odpowiedź Basi uraziła go. „Wielkimi Nieboszczykami” nazywano trzech wieszczów literatury polskiej. Porównanie z każdym z nich powinno być samym zaszczytem. Ale Basia nie podjęła tematu. Teraz żałowała, że zostawiła Stonogę ze Stolarkiem. „Może powinnam była przy niej zostać? Ciekawe, co ona o tym myśli?” Stonoga nic nie myślała. Przynajmniej tak jej się wydawało. Czuła dziwną sztywność karku, ale nic ponadto. Pustka. Całkowita pustka. - Słuchaj - zaczął Mirek, zniżając głos. Jego zmrużone oczy dziwnie uciekały w głąb twarzy. - Czy ty… no, czy mogłabyś coś dla mnie zrobić? Stonoga przełknęła ślinę. - Chodzi ci o zawody? Mirek ważył odpowiedź. Żuł w zębach jakieś źdźbło trawy i najwyraźniej nie umiał poprowadzić rozmowy. - Wiesz - wykrztusił wreszcie, dyskretnie wypluwając rozgryzioną łodyżkę - to jest sprawa osobista… Stonoga poczuła dziwny ciężar ramion. Jakby niosła stukilowy plecak albo dźwigała kulę ziemską, która się co i raz obsuwa. - Mów, proszę. - Jej głos wydobyty z zaciśniętej kratni brzmiał głucho. - Ale nie zrozumiesz mnie źle? - Stolarek po raz pierwszy spojrzał jej głęboko w oczy. - Bardzo bym nie chciał… bo widzisz, Stonoga, ja ciebie… Dziewczynka poczuła, że jej brakuje tchu. „Jeśli on wreszcie tego nie wykrztusi, umrę tu na zawał serca!” - pomyślała spłoszona. Mirek znów spuścił głowę. Widać to, co miał z siebie wydusić, było dla niego bardzo ważne. Bo tylko najważniejszych na’świecie słów nie da się wypowiedzieć prosto i gładko. - Chciałbym… żebyś zaprosiła Jankę do siebie… kiedyś, ot tak… i mnie też. Może być i Baśka. Przyniosę płyty z nagraniem rocka… Co ty na to? Stonoga czuła, jak całe jej ciało zamienia się w solidną marmurową kolumnę. Jak tężeją mięśnie, stygnie krew. Jeszcze przez chwilę walczyła z tym nie znanym sobie uczuciem, jeszcze wierzyła, że to niemożliwe, te słowa jak grad ziębiące jej ciało i duszę, że to straszliwa pomyłka i że zaraz znów zaświeci słońce. - Ty mnie słuchasz? - Mirek zaniepokoił się na moment.

- Ależ tak… - kamienne wargi rozwarły się tylko na tyle, ile było potrzeba, by wypowiedzieć dwa słowa. Chłopiec uśmiechnął się ciepło, urokliwie. - Zrozum, żadnej innej dziewczynie z naszej budy nigdy bym tego nie powiedział, ale ty… ty jesteś fajnym kumplem. I na dodatek biegasz z Janką na setkę, więc… jak? - Jego szare oczy, ocienione długimi rzęsami, wpatrywały się pilnie w twarz Stonogi. Dziewczynka pomału przychodziła do siebie. To, że nie odwróciła się na pięcie, nie spiorunowała wzrokiem, nie zemdlała, albo jeszcze gorzej: nie rozryczała się - zawdzięczała wieloletniemu treningowi. Gniewni umieli ukrywać swe prawdziwe uczucia, to należało do ich stylu. Trochę na zasadzie opowieści preriowych o Indianach, którzy raczej ginęli niż okazali wrogowi swoją słabość, ludzkie oblicze. Mirek ciągle jeszcze zaglądał jej w oczy. - Czy… możesz to zrobić? - zaniepokoił się nagle. W jego umyśle nie powstał nawet cień podejrzenia. Stonoga bardzo powoli skinęła głową. - Tak… pomyślę. - Głos dziewczynki nie brzmiał już tak głucho. Raczej nieco drżąco, ale tylko dla bardzo wyczulonego ucha. - Będzie mi miło gościć cię u siebie w domu. - Dzięki! - Mirek Stolarek ujął Stonogę za rękę. Sama nie rozumiała, dlaczego jej nie wyrwała. - Oczywiście odprowadzę potem Jankę do domu. Stonoga poczuła, że krew znów zaczyna krążyć w żyłach, że może oddychać pełną piersią. - W porządku. Ale teraz… muszę już iść! Cześć! - I przeskoczywszy wąski pas trawnika, rzuciła się biegiem przez szeroką, zatłoczoną pojazdami jezdnię. - Co ona? Zwariowała? - Mańka zamknęła oczy, widząc, jak dziewczynka zręcznie lawiruje między dwoma strumieniami aut. - Życie jej niemiłe? Mikołaj spojrzał z wyrzutem na rozradowaną twarz Stolarka. - Serdeńko, coś ty jej powiedział? Mirek wracał z bardzo daleka. - Stonoga to najfajniejszy kumpel, jakiego znam! Mańka wymieniła z Mikołajem ukradkowe spojrzenie. - I dlatego zwiała, jakby ją diabeł gonił? Mirek miał szczerze zdumioną minę. - Co mówisz? Nawet nie zwróciłem uwagi! Umilkli. Roztrząsanie publiczne takich spraw nie leżało w zwyczajach dziewiątki. Obowiązywała ich tylko wierność talentom, żadna więcej. Nienawiść, miłość… to uczucia własne, prywatne, nie podlegające ocenie ani cenzurze grupy. Może jedna Baśka domyśliła się czegoś, ale i ona schowała swoją obserwację głęboko na dnie duszy. „Jeśli Stonoga zechce o tym porozmawiać… jeśli zechce…”

Nie chciała. Biegła przez ulice, place, okrążała jakieś skwerki, dotykała dłonią chropowatej kory drzew, piła wodę z saturatora i nie miała najmniejszej ochoty na powrót do domu. Prośba Stolarka teraz dopiero wydała jej się wyrokiem. Przekreślała ukryte marzenia, gasiła zapał, sprawiała, że oczy jej zachodziły łzami, których nie mogła opanować. Właściwie nie myślała źle o Jance. Ona była tak odległa, mało ważna, nieistotna. Liczył się tylko Mirek i jego proszące, niepewne szare oczy. Jeszcze raz otarła zwiniętym kułakiem policzki. Łzy obsychały, burza cichła. Zostawał smutek i niepewność - dwa obce dotąd uczucia. W każdym razie niezupełnie poznane, oba trudne do akceptacji. Zjadła lody „Bambino”, których nie cierpiała od dziecka. Zjadła je tak, jak być może kiedyś największy filozof starożytności zjadł truciznę: prosto i z pełną świadomością sprawy. Po tych lodach zrobiło jej się zimno w żołądku. Niechętnie, ale zdecydowanie skierowała się w stronę domu. To nic, że w tym obłędnym bieganiu po mieście zawędrowała dość daleko.To nic. W tramwaju raz jeszcze przetrawiła prośbę Stolarka. Razem z lodami stanowiło to solidną porcję obiadową. „Od dziś on dla mnie umarł - postanowiła twardo. I zaraz się zawstydziła. - Jak na gniewną, to jestem stanowczo zbyt rozlazła! A Jance powtórzę! Tak… powtórzę słówko po słówku!” Na obiad był makaron z sosem i szarlotka. Przemek marudził dziś bardziej niż zwykle. Śliskie rurki zsuwały mu się z widelca, zanim zdążył donieść je do ust. - Mama! - zdenerwował się w końcu. - Ja nie będę jadł klusek, które nigdzie się nie kończą! Matka próbowała się uśmiechnąć, ale wyszło z tego tylko gorzkie skrzywienie warg. Była zmęczona pracą, staniem w kolejkach, zmęczona sobą, nieobecnością męża, dziećmi. - Trzeba małemu kupić buty - powiedziała do Stonogi. Dziewczynka leniwie grzebała w talerzu, wyławiając małe kawałeczki mięsa. Chyba nawet nie usłyszała. Patrzyła na matkę, ale widziała wyłącznie białą ścianę, rząd kolorowych talerzy nad zlewozmywakiem i ogromny wianek czosnku ukrywający gazową rurę. - Mówię do ciebie! - głos matki zabrzmiał niecierpliwie. Stonoga zatrzepotała rzęsami. - Co? - Nic. - Matka zacisnęła wargi w wąską linię. - Nic ważnego. Jak trening? Stonoga jak zahipnotyzowana wciąż wpatrywała się w czosnek. - Jaki trening? - Widelec z cichym dźwiękiem dziabnął w pusty talerz. - My się chyba nigdy nie dogadamy - powiedziała matka wstając. - W ogóle nie słuchasz, co się do ciebie mówi. - Ależ słucham! Tylko… zamyśliłam się… Stonoga zebrała brudne naczynia i odniosła do zlewozmywaka. Przemek podśpiewywał coś sobie nad porcją szarlotki. Matce stygła herbata zaparzona chyba z połowy paczki. Tylko taką lubiła: czystą esencję z kroplą wody. „A Janka? Co powie? -

myślała Stonoga, zmywając gąbką talerz. Strumień ciepłej wody ciurkał uśmierzająco. - Co ja bym powiedziała na jej miejscu?” List od ojca wyjaśniał wszystko: prace przy budowie drogi przeciągną się. W tej sytuacji nie wiadomo, czy kierownictwo budowy puści do kraju kogokolwiek nawet na święta Bożego Narodzenia. Są do tyłu z planem, a to niedobrze, bo kontrahent wymagający. Muszą nadgonić. Całuje, ściska, paczka przez okazję w drodze. Aha, jeszcze jedno - niech się Stonoga nie martwi tróją z matematyki, ale - o ile to możliwe - niech podciągnie. Może na cztery minus? To już byłby sukces! „Sukces? Co jest sukcesem dla siódmoklasistki? Czy to samo, co dla ojca - inżyniera zagubionego tam gdzieś, w dalekich libijskich piaskach? Czy jest dopingiem do dalszej pracy, czy też po takim «sukcesie» na cztery minus zasiada się w fotelu z wyciągniętymi przed siebie nogami i nie myśli o niczym? Jakie w ogóle znaczenie ma ta nieszczęsna tróją dla niej, domu, otoczenia? Z tróją można żyć, ale jak żyć bez miłości?” Stonoga leżała na dywanie, wpatrując się w jego zawiły geometryczny wzór: żółtawa, przybrudzona linia rozdzielała brązowo-rdzawe rozety. W,środku biała plamka odizolowana od reszty, też przybrudzona, ale wyraźna przez kolorystyczny kontrast. Mały, jasny, włochaty punkt w morzu ciemności. „To ja - myślała, delikatnie wodząc palcem wzdłuż granicy jasności i brązu - sama wobec tej całej rudej masy, otoczona nią, stłamszona, zamknięta bez wyjścia!” Uniosła głowę i z tej perspektywy dojrzała coś, o czym zapomniała ogarnięta niechęcią i smutkiem. Ów biały punkt w masie ugrowych nitek powtarzał się z geometryczną regularnością. Cały dywan był nimi upstrzony. Wyglądał, jakby ktoś rozrzucił drobne płatki po wypalonej słońcem ziemi. „Są nas miliony - zdawały się mówić, mrugając przybrudzonymi powiekami - wbrew twojej samotności. I nic na to nie poradzisz, bo nie jesteś jedynym cierpiącym punktem na tej ziemi!” Stonoga zerwała się ze złością. Już ją ten dywan przestał obchodzić. „Nawet porozczulać się nad sobą nie warto! - Ze złością rozdeptała piętą okruszynę chleba, którą zamierzała podnieść. Potem zasypała drobinami białą plamkę, aż zniknęła, stopiła się z tłem. - Dobrze ci tak! Teraz zginęłaś i nie możesz powiedzieć, że jesteś cząstką tłumu!” Włączyła radio. Z głośnika posypały się żałosne tony pieśni w stylu country. Stonoga kołysała się w takt melodii, próbując zająć umysł czymś innym niż własną sprawą. Ale przed oczy wracała jej natrętna wizja puszystych blond włosów i długich, prawie dziewczęcych rzęs. - Do jasnej Anielki! - wrzasnęła, zagłuszając melodię. - Do wszystkich diabłów z tym! Z wściekłości i żalu biegała w kółko, aż zakręciło jej się w głowie i opadła na fotel. Klucz zgrzytnął w zamku. Z przedpokoju, jak bomba, wpadł Przemek. Mały nie uznawał zamkniętych drzwi. Przed nim wszystko musiało stać otworem, czy się to komu podobało, czy nie. Z umorusaną twarzą, spocony i szczęśliwy, zamierzał opowiadać długo i szczegółowo o tym, jaki wspaniały jest ten dzień i co jemu, Przemkowi, udało się dokonać. Na widok siostry siedzącej w fotelu przyhamował. - A myśmy z panią Stefaniakową byli u krowy!

Stonoga wracała z bardzo daleka. Odwróciła głowę i przez chwilę bezmyślnie przyglądała się bratu. To go ostatecznie zmyliło. Podszedł i oparł brudną jak święta ziemia dłoń o poręcz fotela. Ręka Stonogi opadła z trzaskiem. Mały zawył i odskoczył. Stał tam niepewny, czy ma ryknąć, czy domagać się zadośćuczynienia. - Dlaczego go bijesz? - odezwał się niski kobiecy głos, który sprawił, że Stonoga ostatecznie wróciła do rzeczywistości. Gruba kobieta, stojąca w drzwiach, miała minę pełną dezaprobaty. Ciężka siatka, zapełniona produktami, obijała się wokół słupowatych nóg i wyglądała jak ładunek transportowany przez potężny żuraw portowy. - Co to? Nawet odpowiedzieć nie raczysz? - Dźwig cofnął się w stronę przedpokoju i sapiąc ciężko, skierował się do kuchni. Za nim wydreptał Przemek, unosząc w kieszeniach skarby, którymi chciał zachwycić siostrę, oraz urazę na dnie duszy. Stonoga zerwała się i z pasją zatrzasnęła drzwi. „Że też nie ma klucza, którym mogłabym zamknąć swoje ustronie przed wtargnięciem niepożądanych ludzi!” Ale w spółdzielczych mieszkaniach nie wstawiało się zamków do drzwi poszczególnych pokoi. Nie jest to przewidziane normami budowlanymi ani tym bardziej społecznymi. Mieszkanie powinno jednoczyć rodzinę, nie zaś dzielić. Takie są założenia i należy je respektować. Stonoga z ręką na klamce zamyśliła się głęboko nad filozofią czynników budowlanych. „Trzeba zajrzeć jednak do kuchni” - pomyślała z lekkim wyrzutem sumienia. Stefaniakową była najbliższą sąsiadką. Mieszkała samotnie po przeciwległej stronie korytarza i zajmowała się Przemkiem, kiedy nikogo nie było w domu. Nie brała za to żadnych pieniędzy, skądże. Oburzała się na wszelkie aluzje, zadowalając się drobnymi upominkami, które ojciec przywoził z zagranicy. Lubiła koty i dzieci, była krawcową, a raczej, jak podkreślała, wyspecjalizowaną krojczynią dziś na emeryturze, dawniej w dużych zakładach odzieżowych. Zabierała małego do siebie, gdy obie, matka i córka, wychodziły z domu, jedna do pracy, druga do szkoły. Dzieciak bawił się tam swoimi klockami i samochodzikami, jeżdżąc między stołami i krzesłami o ciemnej politurze. Od czasu do czasu Stefaniakową zabierała go ze sobą do parku, gdzie pod jej czujnym okiem hasał wśród alejek. Rzadziej jeździli autobusem „na wieś”, która już dawno prawdziwą wsią być przestała, bo te kilkadziesiąt kilometrów od miasta rozrastało się i puchło domami, warsztatami i drewnianymi budami podmiejskich osiedli, szpecącymi krajobraz i wypierającymi resztę zieleni. Stefaniakowa miała klucze od ich mieszkania, co uspokajało matkę, ale denerwowało Stonogę. Jednocześnie dawało dziewczynce pewne poczucie bezpieczeństwa, choć sama przed sobą nie bardzo się do tego przyznawała. W kuchni pachniało olejkiem migdałowym i tą ciepłą nieuchwytną wonią, jaką wydziela świeżo upieczone ciasto. Na obrusie stał ozdobny talerz libijski, a na nim pysznił się pulchnością placek z kruszonką. Stonoga przełknęła ślinę, ale już sam widok Przemka poruszającego miarowo szczęką sprawił, że wszelka ochota na spróbowanie specjału minęła bezpowrotnie. Malec nie nauczony umiaru wpychał do ust ogromne kęsy,

krztusząc się i pomagając wiecznie brudnymi paluchami. Stonoga ze złością odsunęła talerz sprzed jego nosa. Zaskoczony chciał, jak to miał w zwyczaju, ryknąć, ale przeszkadzał mu w tym ogromny kęs tkwiący w gardle. Stefaniakowa z dezaprobatą spojrzała na dziewczynkę. - Co to? Dziecku żałujesz? - Jej niski, gardłowy głos przypominał gruchanie gołębia. - Nie żałuję - Stonoga usiłowała być uprzejma - tylko nie mogę patrzeć na to, w jaki sposób on je! Tak ciamkają prosięta w chlewiku, a nie ludzie! Nie po to są talerzyki, widelce i łyżeczki, żeby ten świntuch używał dziesięciu palców nie umytych od tygodnia! Mały zakrztusił się. Oczy wyszły mu z orbit. Stonoga lekko trzepnęła go po plecach. Z ust Przemka natychmiast wydostał się dziki wrzask. - Oddaj! To moooje! Stonoga czuła się silna. Miała za sobą autorytet starszeństwa, wiarę w potrzebę tresury małego człowieka i władzę członka rodziny. - Oddam, jak będziesz jadł pomalutku. Na razie wystarczy. Libijski gliniany talerz wraz z zawartością zniknął w przepaścistej głębinie wysoko wiszącej szafki. - Ja cię nie lubię! Nie lubię! - skarżył się mały, rozmazując po buzi ślady brudnych łap. - Zobaczysz, powiem mamie! Stefaniakowa przyglądała się bezradnie. Nie mogła nie przyz|ać Stonodze pewnych racji. Nie pomyślała, że należy małego posłać wpierw do łazienki, ale nie podobał jej się ton, jakim przemawiała ta zadziorna trzynastolatka. I jej sposób bycia. Spojrzała spod oka na dziewczynkę, która jakby nigdy nic stała oparta o zlewozmywak, i westchnęła: - To ja już sobie pójdę. Jutro, jakby trzeba było… to sama wiesz. Ciężkie kroki grubej kobiety brzmiały już nie tak denerwująco, jak to się Stonodze przedtem wydawało. Trzasnęły drzwi. W ciszy, jaka zapadła, tylko zegar, duży kuchenny budzik, odmierzał minuty. I ta cisza nie przyniosła ukojenia. Świt z trudem rozgarniał chmurną powłokę nieba. Nad ciemnym prostokątem okna bladł szary cień. Lekko trzepocząca firanka poddawała się bezgłośnie podmuchom wiatru. Gdzieś tam w dole, parę pięter niżej, zaskrzypiała dawno nie oliwiona brama. Miasto budziło się ze snu, który resztką sił wlókł się jeszcze ulicami, targał stare gazety, szurał podeszwami i z uporem czepiał się gasnących latarni. Tu i ówdzie rozjaśniały się okna, terkotały budziki, ludzie niechętnie unosili ciężkie głowy z wygrzanych poduszek. Do pracy szła pierwsza zmiana: szybko łykano gorącą kawę, szeleściło drugie śniadanie pakowane do wnętrz podniszczonych teczek. Jęczały windy, dudniły po schodach niecierpliwe kroki. Ulice zaludniały się milczącymi ludźmi, którzy obudzą się na dobre dopiero za parę lub kilkanaście minut.

Stonoga źle spała. Długo przewracała siew rozgrzanej pościeli, wstrząsała poduszką jakby w niej nie było pierza, lecz grzechotały kamienie. Przed oczyma majaczyła piegowata twarz Janki, surowe oblicze Jackowskiego i wąski pas bieżni, na której nie ma mety. Obudziła się zziębnięta i nieszczęśliwa. Wsłuchiwała się uważnie w odgłosy dochodzące z ulicy i żałowała, że nie ma grypy, anginy albo jeszcze czegoś gorszego. „Przynajmniej nie poszłabym do budy!” - westchnęła w duchu. - A może udać? Tak rzadko choruję, że mi uwierzą…” Znów zapadła w płytką półdrzemkę. Budzik wrzeszczał już na pełny regulator, nim dziewczynka zrozumiała, że tym razem nie ma już odwrotu. Z głową ciężką jak cebrzyk zwlokła się z łóżka i nie otwierając oczu, pomaszerowała do łazienki. Już w przedpokoju usłyszała szum wody. „Mama jeszcze tam tkwi!” - pomyślała. Zamiast wrócić do pokoju, otworzyć okno i przewietrzyć pościel, Stonoga przykucnęła pod ścianą. W zielonej piżamie w groszki, z rozkudłaną głową wygiądała jak nieszczęśliwy klown, który zszedł z areny po nieudanym występie. - Bój się Boga! - jęknęła matka, stając w drzwiach. - Co ci się stało? Stonoga w dalszym ciągu nie otwierała oczu. Z wyciągniętymi przed siebie dłońmi, macając ścianę jak lunatyczka, wkroczyła do łazienki. - Hej, czy ty mnie słyszysz? - W głosie matki pobrzmiewały nutki śmiechu. Odpowiedzi nie było. W kuchni czajnik buchał parą. W filiżance, do połowy napełnionej mocną esencją, z wolna topił się cukier. Stonoga piła, miarowo odgryzając małe kawałki chleba. Nie chciała drażnić matki, ale co ma zrobić człowiek, który wstał lewą nogą, ma swoje zmartwienia i nie lubi, gdy do niego mówią? Przecież współżycie rodzinne to nie tylko ciepło, bezpieczny kąt i długie Polaków rozmowy. To także uparte milczenie, które można uszanować, obejść, jak obchodzi się świeżo posianą grządkę. „Czy oni tego nie rozumieją, ci dorośli?” Rozumieli. Matka krzątała się bez słowa, od czasu do czasu tylko rzucając ukradkowe spojrzenie na nieobecną duchem córkę. „Dlaczego ostatnio jest taka daleka? Czy zaniedbałam coś? A może nie dostrzegłam chwili, w której najbardziej potrzebna jest matka?” Brzęknęła odłożona łyżeczka. Obie spojrzały na siebie. „Jeszcze sekunda, a wszystko jej powiem! - przemknęło Stonodze przez myśl. - Wypłaczę się na jej ramieniu, jak wtedy, nie tak znów dawno, gdy dostałam dwóję z fizyki!” Zegar, kuchenny budzik, brzęknął ostrzegawczo. - Wróć prosto ze szkoły! - Głos matki miał metaliczne brzmienie. Gdzieś umknęły w niebyt nigdy nie wypowiedziane słowa, cała ta atmosfera intymności, która nie trwała dłużej niż lot ćmy. Stonoga skinęła głową.

Na dużej przerwie gruba Mańka huknęła tak głośno, że udało jej się zagłuszyć wrzask, jaki czyniła wysypująca się z klasy piąta Ń - Dziewiątka do mnie! Ważny komunikat! Stonoga niechętnie ruszyła pod okno. Długi szkolny korytarz wydawał się ciągnąć w nieskończoność. Gładkie olejno pomalowane ściany odbijały jasność dnia. Stonodze wydawało się przez moment, że zwężają się na horyzoncie, napierają, że zamkną ją w kleszcze, z których nie ma wyjścia. Pod szerokim oknem, za którym strzelał rząd topoli, zbierali się gniewni. Niejeden z kolegów dałby wiele, by dowiedzieć się, nad czym obradować będą wybrańcy. Niestety. Mańka równie dobrze umiała przemawiać szeptem. - No? - zniecierpliwił się Mikołaj. - Szybciej, serdeńkowie, bo nie zdążę napisać satyry do gazetki! - Wybacz - zaszemrała Mańka - ale to teraz mniej ważna sprawa. Chodzi o to… - dziewczyna zawiesiła głos widząc, jak ci z szóstej  usiłują podkraść się bliżej. - Jazda stąd! - huknęła, aż zatrzęsły się szyby. Po szóstej  nie zostało ani śladu. Potężny organ Mańki zdmuchnął ich niczym huragan. - Więc? - Kuba błysnął okularami. - Bo przerwy nie starczy. Mańka zmarszczyła brwi. Była geniuszem matematyczno-szachowym, ale również dziewczyną. Nie umiała tak natychmiast i wprost powiedzieć o czymś, co wymaga delikatności i taktu. - Musimy… - Nie dane jej było dokończyć zdania. - Uwaga! - syknął Tomek. - Agfa-color na horyzoncie! Istotnie. Matematyk przepychał się niezgrabnie wśród rozwrzeszczanej dzieciarni, kierując się bezbłędnie w stronę okna. Miał na sobie dżinsowe spodnie, zjadliwie żółtą koszulkę polo i sweter o barwie cyklamenu. - Dobrze, że was widzę w zdrowiu i pełni władz umysłowych - zaczął, błyskając okularami. Był krótkowidzem, ale za tymi grubymi szkłami kryły się świdrujące oczy o wykroju jak z perskich miniatur. - Życzę sobie, żeby siódme klasy wzięły udział w olimpiadzie… - Właśnie się przygotowujemy - mruknął Mirek. - Jeśli o mnie chodzi, to nie zawiodę. - Mamy zamiar wygrać zawody ze szkołą Kilińskiego - wtrąciła basem Mańka. - Powinien pan profesor być z nas dumny! Agfa-color pogardliwie wydął pełne usta. Wśród maturzystek miałby może jakieś szanse, ale jeśli chodziło o te z siódmej… - Starożytni mawiali, że należy pozwolić mówcy dokończyć zdanie - ukłonił się dworsko. - Nic mnie nie obchodzi sport! Ani nawet walka o medale. Interesuje mnie wyłącznie udział klas w olimpiadzie matematycznej! Powtarzam: wszystkich klas! - I… tego… wszystkich uczniów? - zająknął się Mikołaj. - Ciebie to nie dotyczy! - Uśmiech Agfy mógł czasem przyprawić o dreszcz grozy.

Tylko że dziewiątka była zahartowana. - Jasne. Mogę o tym wyłącznie napisać utwór satyryczny. - Mikołaj nie poddawał się. Miał najlepsze stopnie z przedmiotów humanistycznych, geografii i biologii. Matematyka i fizyka były dla niego czymś w rodzaju żelaznej kuli u nogi. - Mam propozycję nie do odrzucenia. Oczywiście dla najlepszych: podciągnąć resztę. Jakoś to zorganizujecie, oczywiście z moją pomocą. Mirek i Mańka do środy mi zgłoszą swoje w tym względzie propozycje. A może… - efektownie zawiesił głos - to dla was zbyt ambitny plan? - Jeśli pan profesor pozwoli - zaczął flegmatycznie Tołstoj - wyrazić swoją opinię, to… przed zawodami… Agfa-color miał minę bociana, który tropi żabę. - Matematyka jest królową nauk. I tylko ona mnie interesuje. Mam w każdej siódmej klasie po czterdzieści głów, w tym trzydzieści cztery puste! Taki jest stan na dzień dzisiejszy. Czuję się nie jak nauczyciel, ale jak magazynier! Dou you understand? - Yes, sir - odparł ciepło Tołstoj. Chciał jeszcze dorzucić jeden ze swych licznych cytatów z Szekspira w oryginale, ale właśnie zajęczał dzwonek. - Do klasy! - Agfa-color zaklaskał w dłonie. Był młodym nauczycielem, któremu wydawało się, że tak właśnie należy postępować. - Po lekcjach! - zaszemrała Mańka. - To bardzo ważne… Stonoga rzuciła jej zdziwione spojrzenie. Mańka chciała jeszcze coś dorzucić, ale w tłoku i tumulcie zginąłby nawet głos ryczącego bawołu. - Mańka gruba w nosie dłuba! - pisnął jakiś zadziorny obywatel z czwartej B. Mikołaj chwycił go za ramiona i potrząsnął. Piegowaty łepek chwiał się w tył i przód. - A wiesz ty, ośle boży, że nie mówi się: w nosie dłuba, tylko… dłubie? Czwartoklasista wykrzywił się ze złości. - To jaki będzie rym do „gruba”? - Ot, i problem! - zachichotał Tołstoj. - Będziesz miał o czym myśleć na lekcji. Chyba… że Agfa-color zrobi wam klasówkę! - Zgiń, przepadnij, siło nieczysta! - Splunął przez lewe ramię. Mikołaj przejął już sporo przesądów Reny. Jeszcze trochę, a będzie wiał na widok kota dachowca. Ale sprawdzian tym razem się upiekł. Matematyk odwoływał się do obywatelskiego sumienia klasy, do jej społecznych postaw, w końcu zaś do poszczególnych jednostek, które jeśli nie zabiorą się do pracy, to nie ujrzą politury ławek klasy ósmej. - To w ósmej są meble na wysoki połysk? - zdziwiła się Ania. Agfa-color jakby zgasł. Mongolskie kości policzkowe podjechały mu ku skroniom. Okulary zmatowiały. - Kiedy mówię do was - wytarł nos w chusteczkę o barwie gencjany - to mi się przypomina pewne biblijne zdanie…

- Nie rzucać pereł przed wieprze! - mruknął Mikołaj półgłosem. - Otóż to. Lekcja potoczyła się normalnym trybem. W parku było pięknie. Kilka buków stroiło się w jesienne czerwone liście. Mimo późnej pory wrześniowej mocno pachniały smagliczki na owalnym klombie. Wśród żwirowanych alejek krążyli staruszkowie, sypiąc gołębiom okruszyny. Najedzone ptaki gruchały cicho, wydeptując w kurzu trójkątne ślady. - Dlaczego one chodzą pieszo, kiedy mogą latać? - zastanowiła się Stonoga. - Są za tłuste! - Mańka pokiwała smutno głową. - Już pewnie nigdy nigdzie nie polecą. Stonoga tupnęła. Gołąb zatrzepotał przestraszony, ale nie zrobił użytku ze skrzydeł. Mańka roześmiała się, brzmiało to tak, jakby nadciągała burza. Powoli schodziła się reszta. Kuba, jak zwykle z nosem w podręczniku historii sztuki dla drugiego roku studiów. Książka nosiła liczne ślady „oślich uszu” i niejednych wylanych nad nią łez. Ten kościsty trzynastolatek o uszach nietoperza po prostu czytał ten podręcznik jak inni czytają komiks o przygodach Supermana na planecie Íîłîő. Mirek Stolarek, przebiegając, dał mu lekkiego kuksańca w plecy, ale Kuba, zapatrzony w relief z pałacu Asurbanipala, nawet tego nie zauważył. Stonoga szóstym zmysłem wyczuła obecność Stolarka, choć zobaczyć go nie mogła. Gruba Mańka zasłaniała jej dokładnie widok na ścieżkę. Mirek rozejrzał się i niby przypadkiem stanął za drzewem, którego niskie konary pozwalały obserwować cały kąt parku. - Czy są już wszyscy? Co się chowacie po kątach? - huknęła Mańka, płosząc co nerwowsze wróble. - Nie ma Reny i Tomka - zaraportował Kuba. - Żłobik Koralowa-ty przeprasza, ale popędził do chaty. Coś tam ma ważnego… bywa. - A co z Reną, serdeńkowie? - zdziwił się Mikołaj. - Płynie dorzeczem Amazonki, czy jak? Mańka niecierpliwie machnęła dłonią. - Rena nie przyjdzie. W ogóle dziś nie była w szkole… i nawet nikt z nas tego nie zauważył. Rzeczywiście. Siódemka niepewnie popatrzyła po sobie. Jakoś nikt nie zwrócił uwagi na nieobecność geograficznego geniusza. - Czy wezwałaś nas tutaj… żeby mówić o Renie? - spytała łagodnie Basia. - Tak. Trzeba… no… musimy jej pomóc! Siedem par oczu zawisło na twarzy Mańki. - Pomóc? W czym? - zdumiał się Tołstoj. - Jeśli chodzi o olimpiadę matematyczną - odezwał się Mikołaj - to…