uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 563 110
  • Obserwuję704
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań867 064

Larry Bond - Kocioł

Dodano: 6 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 6 lata temu
Rozmiar :2.0 MB
Rozszerzenie:pdf

Larry Bond - Kocioł.pdf

uzavrano EBooki L Larry Bond
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 6 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 494 osób, 159 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 704 stron)

Larry Bond Kocioł TŁUMACZYŁ PIOTR SIEMION WYDAWNICTWO Adamski i Bieliński WARSZAWA 1993 Tytuł oryginału CAULDRON Copyright ę 1993 by Larry Bond and Patrick Larkin Redaktor Franciszek Marchel Konsultant Jerzy Gawlicki Opracowanie graficzne, skład i łamanie FELBERG For the Polish edition Copyright ę 1993 by Wydawnictwo Adamski i Bielinski Wydanie I ISBN 83-85593-18-7 Wydawnictwo Adamski i Bielinski Warszawa 1993 ark, wyd. 41, ark. druk. 45 Drukarnia Wydawnicza im. W. L Anczyca w Krakowie, ul. Wadowicka 8 zam. 7881/93 Wszystkim czterem parom naszych dziadków, a więc Ruth i Deweyowi Bondom, Donowi i Beth Larkinom, L A. i Mildred Petersonom oraz Lawrence'owi i Irenę Thorntonom Autorzy Podziękowania W pisaniu tej książki dopomogło nam wiele osób. Naszą szczególną wdzięczność zaskarbili sobie: Chris Carlson, Don Hill, Jason Hunter, Ferdinand Irizarri, ppłk. Jerzy Janas z Wojska Polskiego, Don i Marilyn Larkinowie, Duncan i Chris Larkinowie, Erin Larkin- Foster, Marshall Lee, Gary Morgan, John Moser, Bili Paley i Briget Rivoli, Barbara Patrick, Tim Peckinpaugh i Pat McKinney- Peckinpaugh, Laurel Piippo, Steve St. Claire, Pat Slocomb, Thomas T. Thomas, George Thompson i Dr Tom Thompson (choć nie krewni), a także Leonard Wong. Wszyscy oni przyczynili się do tego, że

książka odniosła sukces, lecz nie będą mieli nic wspólnego z jej ewentualną porażką. Stachowi Wóbchowskiemu Tłumacz Nota autora „Kocioł" jest trzecią książką, jaką ja i Patrick Larkin napisaliśmy wspólnie od początku do końca, od pierwszego zarodka pomysłu aż po ostateczny, poprawiony maszynopis. Mówi się, że nie ma gorszej rzeczy niż zbiorowe autorstwo - naszym zdaniem, zupełnie niesłusznie. Podczas dwuletniej pracy, wspólnie nakreśliliśmy zasadnicze wątki, stworzyliśmy główne postaci i postaraliśmy się, aby ożyły. Choć style pisarskie każdego z nas często odbiegają od siebie, obaj znamy się na tym rzemiośle na tyle, że potrafimy połączyć nasze umiejętności, a także wzajemnie uzupełniać nasze braki. Każdy z nas ma swoje ulubione typy sytuacji, każdy też zna się na innych dziedzinach wojskowości i polityki. Podobno są ludzie, którzy piszą książki w pojedynkę. Naszym zdaniem, powinni się oni dobrze zastanowić czy ich metoda jest aby słuszna. Pat i ja naganiamy się wzajemnie do pracy, przerzucamy się pomysłami, pomagamy sobie nawzajem prostować zbyt zagmatwane wątki. W tym przedsięwzięciu Pat jest nie tylko moim wspólnikiem, lecz także przyjacielem. Dla uproszczenia, w angielskim tekście uprościliśmy pisownię części obcych nazwisk i nazw miejscowości. Z tych samych względów nie zawsze używamy polskich i rosyjskich nazw sprzętu wojskowego, posługując się często nomenklaturą NATO. Dramatis personae Amerykanie Kapral Tim Adams, wojska lądowe USA - łącznościowiec kompani A z 3. Batalionu 187. Pułku Piechoty, 101. Dywizja Lekka (Desantowa) Alex Banich, alias Nikołaj Uszenko - oficer tajnych służb CIA z placówki w Moskwie Podpułkownik Jeff Colby, wojska lądowe USA - dowódca 3. Batalionu 187. Pułku Piechoty, 101. Dywizja Lekka (Desantowa) Starszy sierżant Andy Ford „Zimny", wojska lądowe USA - szef kompanii A z 3 batalionu 187 Pułku Piechoty, 101 Dywizja Lekka (Desantowa) Generał Reid Galloway, wojska lądowe USA - szef Połączonych Sztabów USA Mikę Hennessy - agent CIA z placówki w Moskwie Joseph Ross Huntington ID - doradca prezydenta USA

Podpułkownik Ferdinand Irizarri, wojska lądowe USA -amerykański oficer łącznikowy przy polskiej 11. Dywizji Zmechanizowanej Pułkownik Gunnar Iverson, wojska lądowe USA - dowódca 3. Brygady w 101. Dywizji Lekkiej (Desantowej) Len Kutner - szef placówki CIA przy ambasadzie USA w Moskwie John Lucier - sekretarz obrony USA Erin McKenna - analityk i specjalny ekspert amerykańskiego Departamentu Handlu (biuro kontroli eksportu), oddelegowana do ambasady USA w Moskwie. Walter Quinn - dyrektor Centralnej Agencji Wywiadowczej Kapitan Mikę Reynolds, wojska lądowe USA - dowódca kompani A z 3. Batalionu 187. Pułku Piechoty, 101. Dywizja Lekka (Desantowa) Graton Scofield - sekretarz Departamentu Energii USA Generał dywizji Robert J. Thompson ,$utch", wojska lądowe USA - dowódca 101. Dywizji Lekkiej (Desantowej) Harris Thurman - sekretarz stanu USA Stuart Vance - agent wywiadu przydzielony do placówki CIA w Berlinie Wiceadmirał Jack Ward, marynarka wojenna USA - dowódca amerykańskiej II Floty, później dowódca połączonych sił morskich USA, Wielkiej Brytanii i Norwegii. Niemcy Pułkownik Georg Bremer - dowódca 19. Brygady Grenadierów Pancernych ze składu 7. Dywizji Pancernej Major Feist - oficer sztabowy 7. Dywizji Pancernej Major Max Lauer - dowódca batalionu rozpoznawczego 7. Dywizji Pancernej Generał Karl Leibnitz - dowódca 7. Dywizji Pancernej Jurgen Lettow - niemiecki minister obrony Podpułkownik Klaus von Okien - dowódca 192. Batalionu ze składu 19. Brygady Grenadierów Pancernych Specjalny komisarz Werner Rehling - oficer inspekcyjny Konfederacji Europejskiej przy komendzie głównej policji węgierskiej Heinz Schraeder - kanclerz Niemiec Podpułkownik Wilhelm von Seelow „Willi" - oficer opera cyjny, a później dowódca 19. Brygady Grenadierów Pancernych Podpułkownik Otto Yorck - dowódca 191. Batalionu ze składu 19. Brygady Grenadierów Pancernych Francuzi Nicolas Desaix - dyrektor DGSE (francuskich służb specjalnych), później minister spraw zagranicznych Francji Major Paul Duroc -

agent DGSE do zadań specjalnych Generał Claude Fabvier - dowódca IV. Korpusu wojsk Konfederacji Europejskiej Admirał Henri Gibierge - szef sztabu francuskiej marynarki wojennej Michel Guichy - minister obrony Generał Etienne Montagne - dowódca II. Korpusu wojsk Konfederacji Europejskiej Jacąues Morin - wicedyrektor, a następnie dyrektor DGSE Michel Woerner - agent DGSE do zadań specjalnych Węgrzy Generał brygady Imre Dozsa - naczelny komendant policji węgierskiej Pułkownik Zoltan Hradetsky - komendant policji na okręg Sopran, później odkomenderowany do komendy głównej w Budapeszcie Oskar Kiraly - szef ochrony Vlada Kusina VTad Kusin - przywódca opozycji węgierskiej Bela Silvanus - dyrektor administracyjny w komendzie głównej policji w Budapeszcie Polacy Major Marek Malanowski - dowódca 411. Batalionu Zmechanizowanego ze składu 4. Dywizji Zmechanizowanej Generał dywizji Jerzy Nowaczuk - dowódca 5. Dywizji Zmechanizowanej Major Mirosław Prażmo - dowódca resztek 314. Batalionu Zmechanizowanego ze składu 11. Dywizji Zmechanizowanej Generał armii Wiesław Staroń - minister obrony narodowej Porucznik Tadeusz Wójcik „lad" - urodzony w Ameryce pilot myśliwców F-15, służący w 11. Pułku Lotnictwa Myśliwskiego we Wrocławiu Generał broni Ignacy Zdański - szef sztabu generalnego Wojska Polskiego Rosjanie Marszałek Jury Kaminow - szef sztabu generalnego armii rosyjskiej Pułkownik Walentin Sołowiew - zaufany adiutant marszałka Kaminowa Paweł Sorokin - dyrektor pionu zaopatrzenia przy Ministerstwie Obrony * * * Prolog Listopad 1993 - „Widmo kolejnego krachu finansowego krąży po Europie" pisze „Wall Street Journal" Wobec gwałtowności, z jaką rozwarstwiają się wartości podstawowej stopy procentowej walut poszczególnych państw, a także w obliczu coraz bardziej pesymistycznych prognoz na temat światowej gospodarki, przez cały wczorajszy dzień narastała panika na wszystkich europejskich rynkach finansowych. Mimo usilnych

interwencji ze strony banków centralnych w obu krajach, kurs brytyjskiego funta i włoskiego lira wobec marki niemieckiej i franka francuskiego obniżał się w katastrofalnym tempie. Wymiana agresywnych not między przedstawicielami rządów w Londynie, Rzymie, Berlinie i Paryżu spotęgowała tylko obawy, że obecnej fali chaosu nie da się opanować bieżącymi środkami... Styczeń 1994 - „Washington Post" pisze o „fali rasistowskich zamieszek w największych miastach Europy" Ugrupowania neofaszystów, skinów i nacjonalistycznych ekstremistów, od dawna przeciwne przyjmowaniu kolejnych fal uchodźców z ogarniętej nędzą Europy Wschodniej i Afryki Północnej, zorganizowały serię krwawych manifestacji w kilku przemysłowych miastach całej zachodniej części kontynentu. Bilans całodniowych zamieszek to kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych i znaczna liczba rannych... Lipiec 1994 - przed „ostrym kryzysem w handlu międzynarodowym" ostrzega „Los Angeles Times" W opiniach polityków waszyngtońskich, ostatnie poczynania władz Francji i Niemiec, chroniące rodzimy przemysł tych krajów przed zdrową konkurencją producentów zagranicznych, stawiają Amerykę wobec widma globalnej wojny handlowej. Obecnie przewodniczący obu partii w Kongresie USA wspólnie opracowują projekt ustawy o odwetowych cłach i restrykcjach importowych w stosunku do wyrobów z obu państw zachodnioeuropejskich... Grudzień 1994 - „Europa Wschodnia idzie pod młotek", artykuł redakcyjny w „The Economist" Aby zapewnić swoim krajom pomoc finansową i dostawy żywności niezbędne dla przetrwania nadchodzącej zimy, grupy wojskowych, które w ostatnim okresie objęły władzę w paru państwach na wschodzie Europy podpisały nowe porozumienia, których efektem będzie faktyczne przekazanie niemieckim i francuskim koncernom przemysłowym kontroli nad całą wymianą handlową i rozwojem gospodarczym w tych krajach. Wśród pierwszych sygnatariuszy porozumień przekazujących suwerenność gospodarczą w ręce Paryża i Berlina znalazły się tak zwane Rządy Ocalenia Narodowego na Węgrzech, w Chorwacji, Serbii i Rumunii... Luty 1995 - o „ostatecznym rozpadzie struktury wojskowej NATO" donosi „Baltimore Sun" Bezprecedensowa w historii świata epoka międzynarodowej

współpracy wojskowej dobiegła dzisiaj końca w atmosferze swarów, podejrzeń i kłótni. Nie mogąc się pogodzić z prorecesyjną polityką Francji i Niemiec, kraje szczególnie dotknięte trwającym kryzysem gospodarczym, w tym Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Włochy, Holandia, Hiszpania i Norwegia oficjalnie poinformowały o wystąpieniu ze struktur Paktu Północnoatlantyckiego... Wrzesień 1996 - „światowy dołek gospodarczy zamienia się w przepaść" informuje dziennik „Dallas Morning News" Wobec całkowitego zastoju w wielu dziedzinach międzynarodowej wymiany handlowej, w ubiegłym miesiącu nadal powiększała się globalna recesja gospodarcza. Wobec faktu, że w wielu krajach uprzemysłowionych wskaźniki bezrobocia biją kolejne smutne rekordy, a w państwach Trzeciego Świata rozszerza się klęska głodu, wielu ekonomistów zaczyna otwarcie stosować w obecnej sytuacji od dawna zapomniane określenie „kryzys"... Komentarz dnia z sieci telewizyjnej ABC Nędza i rozpacz. Coraz większa nienawiść wobec obcych. Strach. Tak przedstawia się w naszych czasach europejska rzeczywistość. Grobowym tonom w głosie komentatora towarzyszyły kolejne migawki filmowe: kilometrowa kolejka po zasiłki dla bezrobotnych, grupka wynędzniałych dzieci o policzkach zapadniętych z niedożywienia, bezwładne ciała rozrzucone pośród zabudowań płonącej wioski. Europa w ruinie, bez nadziei, bez perspektyw, bez radości. Podzielony kontynent, na którym odżywają dawno pogrzebane przez świat, niebezpieczne ambicje. Tym razem słowom towarzyszył materiał archiwalny, na którym coraz to nowe flagi narodowe falowały nad kolejnymi zdjęciami wzburzonego tłumu. W głosie sędziwego, doświadczonego dziennikarza pojawiła się z kolei nuta smętnej zadumy: Kiedy zimna wojna przyniosła nam zwycięstwo nad komunizmem, demokratyczne kraje świata na krótko stanęły wobec szansy trwałego pokoju, opartego na wolnym handlu i dobrobycie. To, że zmarnowaliśmy tę okazję nie było kwestią pecha czy przypadku. Dziś widać, że zmarnowaliśmy taką szansę rozmyślnie. 1 Prowokacja 1 sierpnia 1997 - Zakłady Wytwórcze Wirników Śmigłowcowych na przedmieściach miasta Sopron na Węgrzech, własność koncernu EUROCOPTER

Dwie postacie, które zaległy na krzaczastym stoku wzgórza górującego nad obiektem, zachowywały zupełne milczenie. Po nocnym niebie nad okolicą przesuwały się coraz gęstsze chmury. Deszcz powinien spaść jeszcze przed świtem. Chociaż dolinę zalegała jeszcze głębsza ciemność, w żółtym pobrzasku lamp niewyraźnie majaczyły zarysy budynków - rozległych składów ze ścianami z aluminiowej blachy, hal produkcyjnych, pawilonów biurowych z betonu i szkła. Na bocznicy widać też było sznur pustych wagonów. Inny, nierówny rządek lamp wyznaczał bieg metalowego ogrodzenia wokół zakładów. Drogi dojazdowej od strony granicy austriackiej i autostrady Wiedeń-Budapeszt strzegł pojedynczy, drewniany barakowóz straży przemysłowej. Noc pogrążyła wszystko w bezruchu. Dla wycieńczonej kryzysem europejskiej gospodarki pieniądze i energia stanowiły wartości zbyt cenne, by marnować je na utrzymywanie trzeciej zmiany. Dotyczyło to nawet wyrobów tak zaawansowanych i nowoczesnych jak śmigłowcowe wirniki i głowice z wybudowanych za francuski kapitał zakładów w Sopron. Major Paul Duroc zerknął na swojego kompana. - Jak tam, Michel? Gotowy? - Jasne. - Po gardłowym akcencie można było domyślić się w zwalistym agencie Alzatczyka. Woerner rzeczywiście urodził się w północnej z dwóch prowincji, które Francuzi i Niemcy wydzierali sobie z rąk od długich stuleci. Agent był o pół głowy wyższy i co najmniej dziesięć kilo cięższy od Duroca. Dodatkowe centymetry i waga przydawały się, gdy przychodziło brać się za mniej wyrafinowane składniki planu. Woerner nasunął na oczy gogle noktowizyjne i prędko omiótł wzrokiem teren zakładów. - Ciągle czysto. - Duroc dwukrotnie stuknął paznokciem w mikrofon radiotelefonu, który miał przy uprzęży. Odpowiedzią w słuchawkach były również dwa krótkie, niegłośne stuknięcia. - Znak, że reszta grupy czuwa na stanowiskach. Doskonale. Duroc również nasunął na oczy gogle noktowizyjne, podniósł się i ruszył w dół stoku. Michel Woerner maszerował tuż za nim i mimo zwalistej sylwetki stąpał miękko jak kot. Obaj agenci bez trudności omijali drzewa, kępy kolczastych zarośli i omszałe pniaki. Optyka gogli wzmacniała każdy padający na nie odblask, zmieniając mroczny świat w przedziwny korowód wyraźnych, niebieskozielonych konturów i kształtów. Na skraju zagajnika Duroc przystanął i ostrożnie rozejrzał się po wąskim pasie otwartego terenu, jaki go dzielił od ogrodzenia zakładów. Nie

doszukał się jednak znaków, każących przypuszczać, że soprońska straż przemysłowa zamontowała na tym odcinku ogrodzenia nowe wykrywacze ruchu, kamery wideo czy inne czujniki. Jedyna kamera pilnująca tego sektora terenu wokół zakładów obracała się powoli i jednostajnie w prawo i w lewo, zawsze w tym samym rytmie. Jeśli się zawczasu zmierzyło ten ruch stoperem, można było w mgnieniu oka przemknąć aż pod ogrodzenie, cały czas w martwym polu kamery. Po szczupłej twarzy Duroca przebiegł uśmiech, choć wcale nie dlatego, by agent się z czegoś cieszył. Był po prostu zadowolony, że choć raz udało się prawidłowo zaplanować akcję. Zresztą do zakładów koncernu Eurocopter mógł wejść, kto tylko zechciał. Ogrodzenie, latarnie i cała reszta mogły może utrudnić życie złodziejom, ale nie zawodowcom, dysponującym w dodatku szczegółowymi informacjami o systemie zabezpieczeń i posterunków wokół fabryki. Powtórne spojrzenie upewniło agenta, że cały teren wygląda dokładnie tak jak na starannie przestudiowanym przez grupę planie. Zakłady trwały niczym wyspa w pierścieniu oślepiającego światła, dzięki czemu można było się upewnić co do rozkładu budynków za kolczastym drutem. Kilka kamer telewizji przemysłowej strzegło zakładów w sposób tak regularny, że tylko ułatwiały zadanie. Duroc kiwnął na Woernera i sam puścił się pędem przez pas odkrytego terenu. Tuż przy drutach rzucił się plackiem na ziemię. Sekundę później dobił do niego Woerner, w biegu sięgając do tej kieszeni kamizelki szturmowej, w której znajdowały się nożyce saperskie. Duroc zacisnął ostre jak brzytwa krawędzie własnych nożyc na najniższym z drutów i odczekał, aż to samo zrobi podwładny. Sześć prędkich cięć zlikwidowało trzy odcinki drutu, akurat, by agenci mogli się prześliznąć przez wąski przełaz. Pierwsza zapora pokonana. Para agentów podniosła się i chyłkiem przemknęła w pobliże zaciemnionych budynków. Choć nic nie mąciło nocnej ciszy, nadal poruszali się z najwyższą ostrożnością, omijając oświetlone miejsca i unikając miejsc widocznych z wartowni przy bramie głównej. Obaj mieli na koncie kilkanaście „akcji specjalnych" w szeregu obcych państw na całym świecie. Zawodowcy nie puszczają się na niepotrzebne ryzyko. Duroc znów ruszył pierwszy, obierając okrężną marszrutę wokół sztucznego labiryntu magazynów, linii produkcyjnych i ramp załadunkowych. Każdy kolejny krok agenta był wynikiem długich godzin prześlęczonych nad szczegółowym planem i zdjęciami

obiektu. Dziesięć minut od przecięcia ostatniego drutu, przykucnięci za potężnymi kołami TIR-a Francuzi lustrowali już zakładowy parking i pusty trawnik wokół zakładowego biurowca i przyległej stołówki. Duża, podświetlana tablica przy głównej drodze wewnętrznej upominała po francusku, niemiecku i węgiersku, by dbać o bezpieczeństwo pracy. Duroc skrzywił się. Zgadzał się z tą dewizą prawie w stu procentach. Po dolinie rozniósł się daleki łoskot pociągu, a potem jękliwy sygnał lokomotywy. Odgłosy zwiastowały przejazd towarowego ekspresu, regularnie o północy mijającego Sopron w drodze do Wiednia. Wszystko przebiegało zgodnie z harmonogramem. Duroc znów postukał w nadajnik. Kiedy usłyszał odzew, musiał oderwać się od kontroli sprzętu. Radio zastukało trzy razy. Pozostali członkowie grupy oznajmiali gotowość do drugiej fazy akcji. Duroc zerknął prędko na Woernera, napotykając w odpowiedzi obojętne spojrzenie bladoniebieskich oczu. Wokół zabudowań było tak jasno, że właściwie mogli się obyć bez noktowizorów. Duroc zsunął gogle na czoło, opuścił rękę i skrzywił się na widok smugi czarnej farby maskującej na opuszkach palców. Z irytacją wytarł dłoń w rękaw bluzy. Noc była przecież chłodna, skąd nagle pot na czole? Wziął głęboki oddech i odczekał chwilę zanim uczynił wydech. - Teraz - wyszeptał. Podkradli się wzdłuż burty ciężarówki i puścili biegiem przez trawnik, omijając łukiem oświetlony pas chodnika i trzymając się strefy cienia pod ścianą biurowca. Duroc czuł, jak serce zaczyna mu się tłuc w tym samym tempie, w jakim uderzają w ziemię jego stopy. Każdy hałas wydawał mu się setki razy za głośny. Pogłos własnych kroków na miękkim, mokrym od rosy trawniku przypominał mu tupot słonia rwącego przez suchy zagajnik. Każdy stłumiony, zdyszany oddech ze świstem rozcinał martwe, nocne powietrze. Znów zanurzyli się w cień i przystanęli, niepewnie czekając, aż rozlegną się okrzyki, a wycie syreny oznajmi wszem i wobec, że ich nakryto. Nic, cisza. Tylko z końca doliny dolatywało coraz słabsze dudnienie pociągu towarowego. Duroc poczuł, że znów zwalnia mu tętno. Przełknął ślinę, by pozbyć się kwaśnego smaku w ustach i potrząsnął głową, zły na siebie za te kolejne oznaki lęku. Może już nie te lata na osobisty udział w nocnych zabawach? Duroc nie raz widział, jak kończą się agenci tajnych służb. Każdy specjalista nosi w sobie skończony zapas odwagi, a kiedy go zużyje, cześć pracy. Resztę życia można już spokojnie i

bezużytecznie przesiedzieć za biurkiem. Parsknął cicho, gdyż poczuł na ramieniu dotknięcie ręki Woernera. Uciekały im kolejne drogocenne sekundy, a on tu tymczasem zabawia się w psychologa! Nie ma lepszego lekarstwa na strach niż działanie. Niezawodna recepta. Skuleni, aby nie wpaść w oko żadnego przypadkowego obserwatora z okien na parterze biurowca, przemknęli za narożnik budynku. Duroc po cichu liczył kolejne okna. Trzecie. Czwarte. Przystanął. Architekci, których dziełem był ultranowoczesny kompleks biurowy zakładów w Sopron mieli na względzie bardziej estetykę niż bezpieczeństwo. Dzięki oknom na całą ścianę, wszystkie pomieszczenia hali wydawały się od środka znacznie większe i jaśniejsze, zwłaszcza w słoneczne dni. Ceną zaś tej zalety było to, że dla ewentualnych intruzów okna stanowiły bardziej zaproszenie niż przeszkodę. Zgodnie z zapamiętanym rozkładem budynku, czwarte okno prowadziło prosto na korytarz wiodący do celu akcji, czyli do zakładowego ośrodka obliczeniowego. Trudno było sobie wymarzyć lepszą furtkę. Duroc rzucił okiem w stronę niedalekiej stołówki zakładowej. Jak na jego gust, trochę za blisko. Cóż, mówi się trudno... Agent wzruszył ramionami. Zmiana planów w ostatniej chwili to najlepszy sposób, żeby sobie napytać biedy. Trasa była wprawdzie ryzykowna, ale za to dogodna i szybka. Woerner zdążył już się zabrać do dzieła, tak sprawnie, że jego grube, nawykłe do podobnych zadań paluchy, tylko migały. Z kieszeni kamizelki szturmowej wydobył najpierw zakrzywiony metalowy uchwyt w kształcie litery U i posmarował oba końce szybkoschnącym klejem. Po chwili przylepił końce zakrzywionej metalowej sztaby do powierzchni okna i przycisnął do szyby, czekając aż klej dobrze złapie. Gdy się to stało, zadowolony odstąpił na bok, robiąc miejsce przełożonemu. Duroc przysunął się bliżej, ściskając w prawej ręce diamentowy przecinak do szkła. Metalowa klamka już czekała, teraz pozostało tylko dorobić do niej drzwi. Agent przesunął diamentowym ostrzem po powierzchni szyby, robiąc w niej cztery nacięcia - dwa w poziomie, dwa w pionie. Sapał cicho, bo wysiłek okazał się spory. Kiedy skończył, Woerner złapał oburącz za metalowy uchwyt i szarpnął nim do siebie, wyjmując z okiennej tafli prostokątną płytę. Nie czekając, aż zwalisty Alzatczyk odłoży szklany balast na trawę, Duroc rozwinął czarną płachtę i ułożył ją w przełazie. Wplecione w materiał a także w rękawice agentów stalowe włókna

chroniły ręce i nogi przed skaleczeniem podczas forsowania okna. Woerner wiedział, co ma robić dalej: przyklęknął na ziemi i splótł dłonie, czyniąc oparcie dla stopy partnera. Duroc wspiął się do góry i uczepił dolnej krawędzi szklanej tafli. Alzatczyk z wolna windował go wyżej. Duroc zdołał wreszcie podciągnąć nogę i oprzeć ją na chronionej czarną płachtą krawędzi, podciągnął tułów w głąb otworu...Tuż za nimi z trzaskiem otwarły się jakieś drzwi. Duroc obejrzał się w stronę stołówki tak raptownie, że omal nie stracił równowagi. Od niedalekich drzwi gapił się na nich strażnik w granatowym mundurze. W ręku trzymał kubek parującej kawy. Zaskoczenie i strach sprawiły, że dla agenta pojedyncza sekunda zdawała się rozciągać w nieskończoność - w całą zlodowaciałą wieczność. Złudzenie przerwał natychmiast sam strażnik, który cisnął kubek i zaczął wyłuskiwać z kabury pistolet. - Stać! - usłyszeli wreszcie obaj agenci. Duroc zaklął w duchu. Rozciągnięty w oknie jak rozgwiazda, nie mógł nawet sam sięgnąć po broń. Również Michel Woerner przy całej krzepie i masie nie był w stanie nic zdziałać. Gdyby którykolwiek z pary agentów choćby drgnął, tworzona przez nich ludzka piramida odchyliłaby się od pionu i runęła. Strażnik oburącz ścisnął pistolet i przybliżył się nieco. Kiedy się zorientował w sytuacji, wyraźnie przybyło mu pewności siebie. Duroc skupił cały wysiłek na tym, by nie patrzeć na lufę, którą miał wycelowaną w żołądek. Strażnik okazał się młody, prawie smarkacz, wbrew wrażeniu, jakie zapewne chciał sprawić zapuszczając sobie parę marsowych wąsów. Musiał niedawno wyjść z wojska i mimo odbytej służby nadal rwał się do bojowych wyczynów. Czyli kolejny kłopot. Z kimś starszym dałoby się może pertraktować czy próbować go zastraszyć. Młodym o wiele bardziej niż na życiu zależało na zdobyciu sławy. - Nie ruszać się bo ja strzelać. Duroc zacisnął zęby na te słowa, wypowiedziane niezdarnym, podręcznikowym węgierskim. Usłuchał oczywiście i zamarł ze stopami w splecionych dłoniach Woernera. W myślach modlił się, by strażnik zrobił jeszcze parę kroków. No, jeszcze kawałeczek. Jeszcze troszkę. Młody strażnik odstąpił wreszcie od drzwi stołówki i rzeczywiście ruszył przez trawnik ku miejscu, skąd łatwiej mu było trzymać obu jeńców na muszce. W marszu oderwał dłoń od broni i sięgnął po dyndający u pasa radiotelefon. Duroc

zesztywniał jeszcze bardziej. Alarm popsułby cały misterny plan. Trzask. Klatka piersiowa strażnika eksplodowała gejzerem krwi i odłamków kości. Trafiony prosto w plecy pociskiem kalibru 7,62 mm człowiek zwalił się bezwładnie na trawę. Ciało drgnęło jeszcze i znieruchomiało. Duroc z wysiłkiem wypełzł z otworu w szybie, zeskoczył na ziemię i uklęknął przy zwłokach, szukając tętna. Nie znalazł. Zerknął na oddalony o trzysta metrów stok i przycisnął guziczek mikrofonu przy nadajniku. - Potwierdzam. W słuchawkach odpowiedziało mu dwukrotne stuknięcie: znak, że snajper zaczajony na stoku wzniesienia odebrał wiadomość. Duroc wyjął pistolet z dłoni zabitego i podniósł się na nogi. - Który to? - „Monnet Jacques" - przesylabizował Woerner, sprawdzając zakrwawiony identyfikator na mundurze strażnika. Duroc smętnie pokręcił głową, gdyż pamiętał to nazwisko. Monnet miał tej nocy pilnować głównej bramy zakładów. Gdyby dureń czuwał tam, gdzie mu przykazano, włos by mu nie spadł z głowy. Cóż, widać nie mógł się z tą swoją kawą doczekać do zmiany warty. Dureń, w dodatku nieżywy dureń. Trochę szkoda. Śmierć strażnika mogła wszystko niepotrzebnie skomplikować. - Dawaj go - rzucił do partnera, patrząc w prostokąt okna. Woerner odchrząknął tylko i pochylił się nad zwłokami. Wspólnie przesadzili ciało strażnika przez otwór w szybie i zwalili je na posadzkę korytarza. Duroc skrzywił nos i wciąż czując zapach krwi oraz fekaliów wytarł rękawice o trawę. Rzut oka na zegarek upewnił go, że spóźniają się coraz bardziej. Nie szkodzi, nadal mieścili się spokojnie w przewidzianym zapasie czasu. - Dobra, Michel. Kończmy tę robotę i lulu, co? - Oui, m'sieu - Na topornej twarzy drugiego agenta zamigotał posępny uśmieszek. - Wystarczy tych nocnych atrakcji. Trzydzieści sekund później Duroc sunął już bezszelestnie wzdłuż ciemnego hallu. Woerner został na dworze, by w razie czego osłaniać odwrót. Jego przełożony także miał dosyć przykrych niespodzianek. Wejścia do ośrodka obliczeniowego zakładów broniły pancerne, ognioodporne drzwi z hartowanej stali. Na umieszczonej przy framudze tabliczce z numerowanymi przyciskami mrugała rytmicznie czerwona dioda. Strażnicy mieli prawo leniuchować w innych punktach zakładu w Sopron, lecz na pewno nie tutaj.

Komputery wytwórni stanowiły skarbnicę informacji, za które amerykańscy i japońscy konkurenci koncernu Eurocopter gotowi byli zapłacić bajeczne kwoty: harmonogramy i kosztorysy produkcji, dokładne dane na temat kompozytowych elementów wirników, raporty dotyczące ultranowoczesnych konstrukcji w stadium projektu oraz tysiące innych faktów i liczb stanowiących krwiobieg każdego wielkiego koncernu przemysłowego. Duroc skupił promień kieszonkowej latarki na przyciskach i starannie wystukał zapamiętany uprzednio sześciocyfrowy kod. Wczorajszy kod, nie dzisiejszy. Dokładnie tak, jak się tego spodziewał, uparte drzwi ani drgnęły. Doskonale. Agent powtórnie wystukał tę samą serię cyfr. Tym razem przestała migotać czerwona dioda. Jeszcze lepiej. Prostoduszny komputer strzegący przejścia zapisał w pamięci, że dwukrotnie próbowano sforsować przejście za pomocą wczorajszego kodu. Zaledwie kilka godzin wcześniej próba okazałaby się skuteczna. Duroc przesunął przycisk i wcisnął swoją paluszkową latarkę z powrotem do właściwej kieszonki. Pora na duże bum - duże, ale stosunkowo niegroźne. Agent pospiesznie rozwałkował porcję plastycznego materiału wybuchowego i przylepił ją wokół tabliczki z guzikami. Następne kęsy plastiku powędrowały tam, gdzie musiały się znajdować zawiasy pancernych drzwi. Francuz odstąpił wreszcie i fachowym okiem z zadowoleniem zlustrował własne dzieło. Druty z wciśniętych w materiał wybuchowy zapalników biegły do niewielkiego, staromodnego, elektronicznego zegarka na rękę. Wybuch miał nastąpić za dwie godziny. Duroc pokiwał głową. Wrażenie było dokładnie takie, jak trzeba. Skuteczna robota amatorów. Nawet materiał wybuchowy pasował do takiego opisu. Niegdysiejsze komunistyczne władze Czechosłowacji hojną ręką rozdały terrorystom wszystkich krajów całe tony bezwonnego, niewykrywalnego Semtexu. Duroc cofnął się w głąb korytarza. Pora na końcową kosmetykę. Zdjął pokrywkę z puszki czerwonej farby w aerozolu, potrząsnął pojemnikiem i nie żałując lakieru, metrowymi literami wypisał na jednej ze ścian „Francuzi na salami" i „Niewoli nie, swobodzie tak!". Hasła nie były przypadkowe: Duroc wybrał je z repertuaru krążącego wśród węgierskich nacjonalistów. Również krój pisma zgadzał się z wzorami z miejscowych murów. W tego typu zadaniach ważny jest najdrobniejszy szczególik. Napisy miały wskazywać, że zamachu dokonali domorośli węgierscy terroryści, w proteście przeciwko

francuskiemu „kolonialiizmowi gospodarczemu". Woerner czekał pod oknem. - Dalej cisza - szepnął. - Do czasu. - Duroc zeskoczył na trawę i odczekał, aż podwładny zwinie czarną płachtę i pieczołowicie umieści szklaną taflę z powrotem tam, skąd ją wyciął. Potem agenci zawrócili i pędem ruszyli w stronę stoku wzgórza majaczącego nad terenem zakładów. Zegarek sprzężony z bombą odliczył kolejną minutę. Kiedy kryształki cyferblatu pokazały zero, Duroca i resztę zespołu dzieliło od zakładów dobre czterdzieści kilometrów. Soproński biurowiec zatrząsł się w posadach i osiadł, rozdarty potężnym wybuchem. Na ułamek sekundy we wszystkich oknach parteru zajaśniało oślepiająco białe światło, lecz fala uderzeniowa natychmiast zmełła szyby na proszek. W ślad za falą powietrza przez otwory okienne wylała się ławica ognia i przegrzanego powietrza, zabijając na miejscu piątkę węgierskich konserwatorów, którzy zaczynali zmianę i obracając w żagiew wszystko, co palne. Nim jeszcze nad zakładami Eurocopter rozniosło się wycie syren alarmowych, w całym zgruchotanym biurowcu roztańczyły się języki ognia. 2 sierpnia - Zakłady Wytwórcze Wirników Śmigłowcowych EUROCOPTER W dziwnie bladym słonecznym świetle widać było, jak niewiele dzieli całą scenę od pogrążenia się do reszty w chaosie. Skorupę rozsadzonego bombą biurowca ze wszystkich stron otaczały zaparkowane bezładnie wozy strażackie i karetki, których koła rozryły osmalony, zasypany gruzem trawnik. Robotnicy wyciągający z wnętrza resztki mebli i sprzętu biurowego zderzali się co rusz ze skonanymi strażakami, inżynierami budowlanymi i grupką wystraszonych administratorów. Dookoła wysadzonego biurowca i przed główną bramą wściekle krążyli strażnicy, zamiast zwykłych pistoletów dzierżąc broń automatyczną. W nieruchomym, upalnym powietrzu unosiła się sina zasłona dymu i woń zwęglonych papierzysk. Stalowe drzwi i system automatycznych gaśnic halonowych zdołały uchronić zakładowe centrum obliczeniowe przed zagładą, lecz okazały się bezsilne wobec pożaru, który strawił całą resztę pomieszczeń na parterze. Krępy, pucołowaty mężczyzna, stojący parędziesiąt metrów od biurowca, po cichu kipiał z wściekłości. Nawet gdy wszystko układało się pomyślnie, pułkownik

Zoltan Hradetsky z miejscowej policji i Francois Geliard, dyrektor soprońskiej filii koncernu Eurocopter, nie darzyli się nadmiarem sympatii. Francuz wobec pyzatego Węgra okazywał niezmienną wyniosłość i arogancję - zresztą nie tylko wobec niego, bo swym chudym i długim nosem nieustannie kręcił na wszystko, co węgierskie, wliczając w to i Węgrów. Po katastrofie najgorsze we Francuzie cechy spotęgowały się po tysiąckroć. - Ostatni raz powtarzam, pułkowniku, że zabraniam panom samodzielnego śledztwa - cedził teraz, splatając ramiona. - Panów obecność nie jest wcale konieczna. Ba, nie jest nawet pożyteczna. - Nie pożyteczna? Co chce pan... - Hradetsky zdołał przełknąć cisnącą mu się przez gardło wiązankę przekleństw. - Musiał mnie pan źle zrozumieć, monsieur Gellard. To sprawa dla policji - pułkownik wycelował palcem w zrujnowany biurowiec. - Pożar, nie przypadkowa śmierć pięciu Węgrów, mało panu? Śledztwo to nie żadna usługa wobec pana, tylko mój psi obowiązek, mówię to jako najwyższy rangą policjant w okręgu. - Nic z tego - zbył go Gellard. - Niech pan pamięta, pułkowniku, że pańska jurysdykcja kończy się przed główną bramą zakładów. Może powinien pan sobie odświeżyć w pamięci ustalenia kontraktu między moją firmą a węgierskim rządem? Jak by na to nie patrzeć, stoi pan na francuskim terytorium. Terroryści wymierzyli akcję we francuski koncern. Co za tym idzie, do Francji należy także śledztwo. Zasrany kontrakt! Hradetsky najchętniej zazgrzytałby zębami. Nie potrzebował wcale czytać dopisków do klauzul kontraktu, by zdać sobie sprawę, że francuski dyrektor może robić, co mu się tylko spodoba. Kiedy budowano soprońskie zakłady, pozbawiona sojuszników węgierska junta wojskowa dosłownie skamlała o niemiecką i francuską pomoc finansową. Odstąpienie Francuzom całkowitej kontroli nad zakładami i zwolnienie Eurocoptera z jakichkolwiek podatków wydawało się budapeszteńskim generałom śmiesznie niską ceną za nowe miejsca pracy i towarzyszący inwestycji napływ nisko oprocentowanych kredytów. Taki sam status junta przyznała zresztą dziesiątkom innych firm z Niemiec i Francji. Policjant pokręcił tylko głową. Owszem, popierał powstały dwa lata wcześniej Rząd Ocalenia Narodowego, uznając juntę za środek przykry lecz niezbędny w sytuacji, gdy rozdarta podziałami i słaba postkomunistyczna demokracja przestała sobie

radzić z zapaścią gospodarczą i z katastrofą w rolnictwie. Nie tylko jemu wojskowe rządy silnej ręki wydawały się czymś mimo wszystko lepszym od bezhołowia zaprowadzonego prędko przez niedouczonych i skłóconych politykierów. Teraz jednak+iradetsky zaczynał po cichu żałować decyzji. Wykorzystując chwilowe poparcie, generałowie, by nakarmić wzburzony tłum, który ich wyniósł do władzy, zastawili niepodległość kraju w paryskim lombardzie. Po czterdziestu pięciu latach wojskowej i politycznej dominacji ze strony Moskwy, małe Węgry trafiły w ręce nowych wielkorządców - Francji i Niemiec, pary największych europejskich mocarstw wojskowych i gospodarczych. - No, więc słucham, pułkowniku? Hradetsky wyprostował się. - Zgodnie z literą prawa ma pan rację, ale moim zdaniem palnie pan głupstwo, rezygnując z naszej pomocy. - Policjant silił się na spokojny i rozsądny ton. - Jeżeli w naszym okręgu rzeczywiście grasują terroryści, zgodzi się pan chyba, że łatwiej będzie nam ich wytropić połączonymi siłami, nie osobno? - Co to znaczy Jeżeli grasują tu terroryści"? - odął się Gellard. - Ładne mi Jeżeli"! Nie tylko grasują, lecz co więcej czynią to bezkarnie, wspierani przez elementy spośród miejscowej załogi zakładów. To dla mnie jasne, że mogli liczyć na pańskich rozleniwionych, rozpuszczonych ziomków. - Francuz zmarszczył czoło i ciągnął: - A skoro tak się sprawy mają, pułkowniku, nawet idiota jest w stanie pojąć, dlaczego nie możemy powierzyć śledztwa panu i pańskim ludziom. Węgrzy mieliby ścigać Węgrów? Śmieszny pomysł. Na te słowa irytacja Hradetskego przerodziła się we wściekłość. Zgoda, pułkownik mógł ścierpieć czyjąś arogancję, ale umiał też poznać, że ktoś go jawnie próbuje obrazić. Uczynił krok w stronę Gellarda, z którego pociągłej, arystokratycznej twarzy w sekundzie zniknęła cała pewność siebie. - Powinien pan staranniej dobierać wyrażenia, monsieur. Inaczej ktoś z moich ziomków może uznać, że taki ostry język jak pański należy trochę przytemperować. Albo przyciąć nożem. Czy wyrażam się jasno? Dyrektor zbladł, świadomy, że się posunął za daleko. - Nie miałem wcale na myśli tego... Że tego... Ja tylko... Wyjąkiwane przeprosiny przerwał mu grzmot śmigłowca tuż nad głowami. Francuz i Węgier odwrócili się w stronę maszyny,

która zatoczyła półkole, zawisła i z klekotem usiadła pośrodku parkingu przy biurowcu. Hradetsky skrzywił się paskudnie na widok niebiesko-biało-czerwonej kokardy na belce ogonowej śmigłowca. Francuski rząd rzeczywiście palił się do tego, by wściubiać nos w kompetencje węgierskiej policji. Ze śmigłowca wysiadła trójka mężczyzn i chyląc głowy przed coraz wolniej kręcącym się wirnikiem podeszła bliżej. Dwaj spośród przybyłych, obstawa, wyróżniali się tylko potężną posturą. Trzeci, który miał na sobie popielaty cywilny garnitur i dźwigał wypchaną, skórzaną teczkę, zbliżał się krokiem kogoś, kto przywykł, że to on wydaje rozkazy. Gdy Hradetsky przeniósł wzrok z powrotem na Gellarda, Francuz zdążył już odzyskać równowagę ducha. - O, proszę, to właśnie ekspert od tych spraw z naszej ambasady, pułkowniku. Specjalista od terroryzmu i taktyki anty terrorystycznej. W przyszłości przyjdzie zapewne panom się jeszcze zetknąć. Węgierski policjant zmierzył wzrokiem niewysokiego, ponurego z wejrzenia faceta, który maszerował w ich stronę po asfalcie. Coś szepnęło mu w duchu, że spotkanie nie okaże się ani miłe, ani szczególnie owocne. - Kto to taki? Gellard zaszczycił Węgra chłodnym uśmiechem. - Major Paul Duroc, pułkowniku. 2 Menuet 4 sierpnia - plac Du Palais-Royal w Paryżu Pod bezchmurnym rozbłękitnionym niebem Paryż wydawał się niewiarygodnie spokojny. Niewiarygodnie, bo na szerokich, wysadzanych drzewami bulwarach i pod parasolami ulicznych kawiarni ziało pustką. Sierpień to wprawdzie dla paryżan tradycyjny okres wakacji, parotygodniowego odpoczynku od rządowych posad, hal fabrycznych i szkół, lecz tym razem zabrakło również turystów, zawsze dotychczas ściągających tłumnie latem do metropolii. Przyjezdnych zniechęcały jednak coraz bardziej restrykcje wizowe, drożyzna i rozmaite administracyjne szykany, będące częścią wojny gospodarczej toczonej na całym świecie. W stolicy pozostały więc na lato jedynie rosnące armie bezrobotnych i kloszardów - tych zaś zamiast spacerów po wyludnionych, eleganckich dzielnicach bardziej zajmowała pogoń za jakimkolwiek płatnym zajęciem czy strawą. Plac du Palais-Royal wyglądał tyleż na bezludny, co na zapuszczony. Zamknięto na głucho sklepiki i

kioski, w których zagraniczni goście kupowali dawniej kartki pocztowe i plany metra. Zamiast tasiemcowych ogonków, w których mieszały się grupy turystyczne i rozszczebiotane szkolne wycieczki z prowincji, północną bramę Luwru przekraczała ledwo garstka miłośników sztuki, wyraźnie przytłoczonych szarym masywem muzeum. Grupka znudzonych taksówkarzy kręciła się koło ruchomych schodów przy stacji metra, w sinej papierosowej chmurze wymieniając zaczepki i powtarzając sobie najświeższe plotki. Po drugiej stronie placu, gmach Palais-Royal trwał pogrążony w tym samym sierpniowym bezwładzie co reszta miasta. Żołnierze w galowych mundurach stali sztywno przy żelaznych wrotach, broniąc postronnym dostępu na dziedziniec i do głównego wejścia rezydencji. Inni, w lepszej formie, bo ubrani w mundury polowe i z bronią maszynową u boku, czuwali na swych posterunkach na dachu. Policjanci o kwadratowych szczękach krążyli parami wzdłuż ogrodzenia od strony jezdni, wypatrując rozrywki w postaci przypadkowych żebraków albo włóczących się wyrostków. Większość okien zwalistej budowli zasłaniały żaluzje albo ciężkie kotary. Na wewnętrznym dziedzińcu parkowało niewiele służbowych limuzyn, z których większość dla ochrony przed kurzem i miejskim brudem zakryto plandekami. Pasażerowie wyjechali widać na wakacje, zabierając ze sobą zaufanych kierowców. Pomimo ostrych środków bezpieczeństwa, Palais-Royal wydawał się równie wyludniony jak całe centrum miasta. Jak zwykle jednak, pozory mogły mylić. Wybudowany na początku siedemnastego wieku Palais-Royal służył zrazu jako siedziba słynnej Szarej Eminencji, kardynała Richelieu. U schyłku dwudziestego stulecia, zabytkowe pomieszczenia zajmował nie jeden, lecz kilku francuskich dostojników. Prywatny gabinet Nicolasa Desabc odznaczał się niepowtarzalnym charakterem i odzwierciedlał stylem charakter lokatora. Wyczuwało się tu dyskretną elegancję i oczywistą władzę. Parkiet zakrywał wielki dywan, podniszczony stuleciami użytkowania, lecz wciąż mieniący się bogatą mieszaniną błękitu i królewskiej purpury. Ścianę za wielkim dębowym biurkiem przyozdabiał arras zamówiony niegdyś osobiście przez Richelieuego, a pozostałe ściany służyły za tło serii malowideł, przedstawiających najznamienitsze triumfy francuskiego oręża. Obrazy stanowiły własność Luwru, który oddał je w bezterminowy depozyt. Jako zwierzchnik całej francuskiej służby wywiadowczej,

znanej jako DGSE, Desaix miał do dyspozycji jeszcze dwa biura - jedno bezpośrednio w Pałacu Elizejskim, tuż przy apartamentach prezydenta republiki, drugie zaś w gmachu swojego ministerstwa. Najważniejsze sprawy Desaix lubił jednak załatwiać w przesyconym historią gabinecie w Palais-Royal. Słabnące popołudniowe słońce wpadało smugami przez wysokie okna, rzucając na parkiet gabinetu serię rudawozłotych prostokątów. W pozostałej części wnętrza trwał cień. Alexandre Marchant przystanął w drzwiach, na mgnienie oślepiony tą serią ostrych, świetlnych kontrastów. - Mój drogi Marchand! - usłyszał. - Proszę wejść, cóż za ceregiele! Mówiąc to, Desabc powstał zza biurka i szybkim krokiem zbliżył się do gościa, prowadząc go w stronę ustawionej z boku gabinetu pary głębokich foteli. - Znakomicie pan wygląda - usłyszał jeszcze gość, który skwapliwie usiadł i co prędzej odrzekł: - Pan także, panie dyrektorze. Zaproszenie, by spocząć, było jak najbardziej na miejscu, gdyż lata spędzone za biurkiem w połączeniu z doskonałym jedzeniem i zamiłowaniem do jeszcze lepszych win rozwinęły talię Marchanda w sposób godny najwyższego podziwu. Niewielu spośród dawnych szkolnych kolegów umiałoby rozpoznać w przybyszu niskiego i chuderlawego inżyniera lotnictwa, który za młodu marzył tylko o jednym, to jest, by skonstruować najnowocześniejszy samolot na świecie. Później przyszło się Marchandowi pożegnać z marzeniami - za dużo miał codziennych zmartwień z księgowością, kosztami produkcji i trudnym charakterem partnerów, z którymi wspólnie zawiadywał potężnym konglomeratem przemysłowym znanym pod nazwą Eurocopter. Człowiek, który zasiadł w fotelu naprzeciwko Marchanda, w krańcowy sposób różnił się od swego gościa powierzchownością i zachowaniem. Z powodu patykowatej sylwetki i pokaźnego nosa, Nicolas Desaix nieodmiennie kojarzył się innym Francuzom z ostatnim z wielkich przywódców kraju, Charlesem de Gaullem. Marchand gotów był się założyć, że szef wywiadu wcale nie tępi u podwładnych podobnych skojarzeń. - Czytał pan już wstępny meldunek majora Duroca? Marchand przytaknął, przypominając sobie kamienny wyraz twarzy gońca na motocyklu, doręczającego mu w domu dokument. Goniec czekał, aż Marchand przeczyta całość, po czym zabrał mu kartki i zawiózł je do siedziby głównej DGSE, gdzie komisyjnie przepuszczono je przez niszczarkę. Sposób doręczenia przesyłki

jeszcze dobitniej niż chłodna, pełna suchych faktów treść unaocznił Marchandowi, z jak okropnie tajną i poważną sprawą przyszło się borykać. To, co planowano jako zwykły akt sabotażu na własnym terenie, przeobraziło się w strzelaninę i przyniosło niepotrzebną śmierć. Desaix, który zdawał się czytać Marchandowi w myślach, ze smutkiem pokręcił głową i rzekł: - Przykro mi, że nastąpiły tak niefortunne... komplikacje, Ale-xandre. Zwłaszcza ta śmierć twojego strażnika. Podobno żonaty? - Tak. Żona mieszka w Lionie. - Cóż, żal człowieka - Desaix westchnął i podniósł spojrzenie na gościa: - Zadbacie o nią? - Naturalnie! - Marchand zaplótł dłonie na podołku. - Wszyscy nasi pracownicy są ubezpieczeni, a w tym szczególnym wypadku moi podwładni postarali się uruchomić specjalny fundusz na odszkodowanie. - Doskonale - przytaknął tym słowom Desaix. - Francja musi pamiętać o wszystkich poległych dzieciach. Niezależnie od okoliczności zgonu. Prezes Eurocoptera zdumiał się, słysząc u rozmówcy nutę niekłamanego patosu. Kilka prostych, zdawałoby się, słów obróciło śmierć młodego Monneta w akt wzorowego obywatelskiego poświęcenia. Coś takiego! Gospodarz gabinetu miał więcej osobistego czaru i daru pozyskiwania słuchaczy niż prezydent i reszta ministrów razem wzięci. Marnował te talenty na obecnym stanowisku. Desaix jeszcze raz westchnął, by zaraz wzruszyć ramionami. - Z drugiej strony, trudno uniknąć podobnych tragedii. Takie już są realia naszego niedoskonałego świata. Świata, w którym aby osiągnąć cel, przychodzi nam nieraz się posłużyć niedoskonałymi narzędziami. - I podnosząc wzrok na Marchanda dodał: - Ale cel osiągnęliśmy niewątpliwie, czyż nie tak? - Co do joty - potwierdził Marchand, czując, że znów zaczyna stąpać po pewnym gruncie. Gubił się przy szlochających wdowach, natomiast kwestiami siły roboczej, harmonogramów produkcji i zysków można było manipulować stosownie do potrzeb. Pochylił się w fotelu i wyjawił: - Wasza bomba nie spowodowała większych zniszczeń, zgodnie z umową więc mimo wybuchu produkcja wirników prawie nie spadła. Jedyny kłopot to postawa moich dyrektorów. Proszę sobie wyobrazić, ciągle się nie mogą otrząsnąć z wrażenia, jak łatwo przyszło tym „węgierskim

terrorystom" rozwalić nam całe przedsięwzięcie. Obaj rozmówcy uśmiechnęli się nieznacznie. - A skoro tak, nie przewiduje pan również poważnych sprzeciwów wobec naszej propozycji podczas jutrzejszego posiedzenia? Roztrząsań, pytań, i tak dalej? - Ależ skądże - Marchand zaprzeczył ruchem głowy. - Mam w kieszeni wszystkie głosy, jakie nam będą potrzebne. Desabc wyraźnie zadowoliła ta odpowiedź. Na „akcję specjalną" majora Duroca zgodził się po to, by jedną małą detonacją rozwiązać dwa poważne problemy. Co więcej, Nicolas Desaix bardziej niż ktokolwiek lubił stwierdzać, że życie przyznaje mu słuszność. Mimo ustępstw węgierskiej junty w kwestiach ulg podatkowych i płac, filia Eurocoptera w Sopron nadal zamiast zysków przynosiła Francji same straty. Wprawdzie na rynkach europejskich rządowe dotacje zapewniały węgierskim wirnikom zbyt we wszystkich firmach lotniczych, ale już eksport na inne obszary stanowił poważny problem. Ostra walka o rynki zbytu z amerykańskim Boeingiem i konkurentami z Japonii oznaczała, że nieprędko skończy się konieczność wspierania koncernu pokaźnymi subsydiami od rządu. W sytuacji, gdy cały świat pogrążył się na dobre w zastoju gospodarczym, francuskie firmy, które się znalazły w tej samej sytuacji co Eurocopter, na gwałt szukały sposobów, by obniżyć koszty własne. Trudno się dziwić, że cięcia płacowe wobec cudzoziemskich robotników na wschodzie Europy przyjmowano we Francji znacznie lepiej niż podobne posunięcia na własnym podwórku. Tak się jednak niestety składało, że węgierska załoga zakładów w Sopron odnosiła się coraz gorzej do francuskiego zarządu i brygadzistów. Przerwy w pracy, masowe zwolnienia chorobowe i pokątne pogróżki o strajku mąciły atmosferę w halach montażu wirników. Było jasne, że dalsze obniżki płac doprowadzą załogę do ostateczności, a co za tym idzie, natychmiast uderzą po kieszeni fabrykę, nie mogącą wywiązać się z zamówień. Także inne firmy prowadzące działalność czy to na Węgrzech, czy w Chorwacji albo Słowenii, zaczynały stawać wobec podobnej groźby. Tak przedstawiał się pierwszy z problemów. Drugi problem również dotyczył cudzoziemców - ściślej mówiąc, cudzoziemców zamieszkałych we Francji. Podczas czterech powojennych dziesięcioleci setki tysięcy gastarbeiterów

przybywało tłumnie do Europy Zachodniej wraz z rodzinami z Algierii, Tunezji, Turcji, Portugalii i pół tuzina innych ubogich państw. W latach pięćdziesiątych czy siedemdziesiątych, gdy we Francji brakowało rąk do pracy, przydawali się doskonale, lecz obecnie stali się zbędnym bagażem. W sytuacji, gdy płatnej pracy brakowało dla milionów rdzennych Francuzów, „Arabów" traktowano jako zgraję brudnych i niebezpiecznych włóczęgów, których obecność psuje całą społeczną i polityczną harmonię. Opinia publiczna obarczała tę warstwę społeczeństwa winą za wzrost przestępczości, a także za choroby w rodzaju AIDS. Coraz częściej słyszało się też o krwawych wypadach skinów do zaniedbanych arabskich dzielnic na przedmieściach. Mówiąc bez ogródek, Francja chciała wyrzucić cudzoziemców za drzwi. W takich to okolicznościach Nicolas Desaix wymyślił skuteczne lekarstwo na wszystkie bolączki swego narodu. Dobroczynny wpływ leku miał również dopomóc potężnym imperiom przemysłowym, a jego samego wesprzeć w dalszej karierze politycznej - wszystko to za jednym zamachem. Najlepszym sposobem na obniżkę kosztów produkcji Eurocoptera i innych francuskich firm było zastąpienie niesfornych wschodnioeuropejskich robotników przesiedlonymi z Zachodu gastarbeiterami. Dzięki takiej operacji niepotrzebne stawały się rządowe dotacje, pozwalające sztucznie zaniżać cenę wyrobów. Co najlepsze, arabscy przesiedleńcy, jako posiadacze francuskich kart pobytu i takichże zezwoleń na pracę, płaciliby podatki od nowych zarobków bezpośrednio do opustoszałych skarbców Paryża. W myśl przepisów, pracując w zakładach takich jak te w Sopron, pozostawali oni także w dalszym ciągu na francuskim terytorium. Wystarczyło osiedlić ich w odosobnionych zakładowych osiedlach za drutami. Na papierze rozwiązanie prezentowało się wręcz genialnie. Akcja w Sopron stanowiła wstęp do urzeczywistnienia planu. Było jasne, że nie na żarty wystraszeni zamachem jako pierwszym objawem „kampanii terrorystycznej" przeciwko francuskim zakładom, inni producenci pójdą za przykładem Eurocoptera. Niemcy zapewne także skorzystają z okazji, by pozbyć się cudzoziemców, Marchand był o tym przekonany. Bosche nie od dziś przecież powtarzają." Auslander raus! Węgry i inne państwa wiszące u paryskiej klamki z pewnością zaczną protestować przeciwko takim poczynaniom, lecz niewiele im z tego przyjdzie. Fakt pozostawał faktem: wszystkie kraje, bez

których Francja mogła się doskonale obejść, same nadal nie umiały sobie poradzić bez wsparcia ze strony francuskiego i niemieckiego kapitału, a także bez politycznego poparcia i dobrej woli Francji i Niemiec. Wystarczy więc zagrozić przerwaniem tej pomocy albo zamknięciem zakładów, a rządy położą uszy po sobie. Marchand miał przynajmniej nadzieję, że się tak stanie. Odchrząknął jednak i na wszelki wypadek zauważył. - Niepokoi mnie tylko jedna sprawa. - Co takiego? - Desaix nachmurzył się odrobinę. - Chodzi mi o tego węgierskiego policjanta, o którym wspominał Duroc. O tego Hrad... - Marchand urwał, nie potrafiąc wykrztusić nieprawdopodobnego nazwiska funkcjonariusza. - O tego tam? - Dyrektor DSGE parsknął nie bez pogardy i machnął ręką. - To pętak. Prowincjonalne zero bez najmniejszych wpływów w Budapeszcie. Nie warto tracić czasu na takich typków, proszę mi wierzyć, Alexandre. Jeżeli nadal będzie próbował mącić, zrobię z nim porządek. Marchand ze zrozumieniem pokiwał głową. Francuskie służby specjalne włożyły wiele czasu, pieniędzy i wysiłku w szkolenie swoich węgierskich kolegów, dzięki czemu udało im się zdobyć mnóstwo tajnych i najzupełniej jawnych wpływów w tamtejszym aparacie państwowym. Obecni władcy Węgier zawdzięczali swoją pozycję wyłącznie Paryżowi, a jeśli o tym zapominali, De- saix i jego koledzy prędko odświeżali im pamięć. Polityk, który narażał się mocodawcom wojskowych władz kraju mógł nie liczyć na długą karierę. - W takim razie nie będę zabierał panu czasu. - Marchand powstał, jak zwykle zdumiony, ile kosztuje go to wysiłku. - Po zwolę sobie nie nadużywać pańskiej gościnności. - Ależ cóż znowu! Gościć pana to dla mnie prawdziwa przyjemność, Alexandre! Moje drzwi zawsze stoją dla pana otworem i proszę o tym pamiętać - uśmiechnął się uprzejmie Desabc, również powstając z fotela. Prezes zarządu Eurocoptera zadarł głowę, by odczytać wzrok gospodarza. - Ogromnie dziękuję, monsieur. Panu, no i współpracownikom. Obaj rozmówcy rozumieli się bez zbędnych słów. O tym, że sędziwy i bardzo już niedołężny prezydent republiki lada dzień urządzi okresowe przetasowanie gabinetu, wiedziała z góry cała Francja. Poparcie ze strony kilku największych

przemysłowych gigantów kraju pozwalało Nicolasowi Desabc ubiegać się o tekę dowolnego ministerstwa. Marchand nie miał zresztą nic przeciwko takiej transakcji. W sytuacji, gdy wszystko się waliło nie tylko w Europie, ale w ogóle na całym świecie, Francja potrzebowała ludzi odważnych i szczwanych: takich, którzy umieli korzystać z najdrobniejszych okazji, jakie zsyła los. Imperia tworzy się śmiałym działaniem, nie tchórzliwym kunktatorstwem. 21 sierpnia - „Wędrówka euroludów", artykuł w „The Economist" Nie czekając nawet, aż wyschnie atrament na publicznym oświadczeniu, jakie przedstawił Eurocopter, kilkanaście innych firm stanowiących własność francuskiego kapitału ogłosiło analogiczne plany zastąpienia dotychczasowych załóg we wszystkich filiach na wschodzie Europy. Zaskakujące posunięcie pojedynczego koncernu na naszych oczach przeradza się w powszechną modę. Najnowsze dane wskazują, że posunięcia te dotyczyć będą co najmniej 50 tysięcy miejsc pracy. Jeden z wysokich rangą urzędników w Paryżu ocenia, że liczba ta zacznie raptownie rosnąć już w najbliższych dniach lub tygodniach, gdy kolejne francuskie i niemieckie koncerny dołączą do wyścigu o obniżkę kosztów produkcji. Inni eksperci szacują liczbę Algierczyków, Turków i Tunezyjczyków z Francji objętych przesunięciami na ponad ćwierć miliona osób. Do liczby tej należy dodać żony i dzieci robotników, które także muszą wziąć udział w tej współczesnej wędrówce ludów. Projekt wywołał bardzo ostre sprzeciwy na całym terytorium Węgier, Chorwacji i Rumunii - krajów najbardziej dotkniętych projektowanymi zmianami. Do najpoważniejszych wystąpień doszło w mieście Braszow na północ od Bukaresztu, gdzie rumuńscy robotnicy wdarli się do kwater dla cudzoziemców, zabijając trzynastu Arabów i raniąc kilkudziesięciu innych. Wśród ofiar śmiertelnych znalazło się także czterech rumuńskich robotników i kilku policjantów. W protestach biorą udział nie tylko grupy, którym przesunięcia mogą odebrać środki do życia. Wiele spośród tych akcji odbywało się pod hasłami nacjonalistycznymi. Dotyczy to zwłaszcza Francji, gdzie głośny jest przykład jednego z działaczy związkowych. Działacz ten demonstracyjnie opuścił niedawne zgromadzenie, krzycząc: „Miejsca pracy są dla Francuzów, nie dla arabskich kundli!" Również we Francji fala wystąpień przybrała gwałtowną postać, zwłaszcza w ubiegłą środę, kiedy falanga neofaszystowskich skinów i prokomunistycznych działaczy związkowych zaatakowała w Marsylii

dzielnicę zamieszkałą przez cudzoziemców. Kilkugodzinne walki uliczne, samosądy i podpalenia przyniosły żniwo w postaci sześciu ofiar śmiertelnych i pokaźnej liczby rannych. Świadkowie zajść skarżyli się na policję, która według ich relacji nie uczyniła prawie nic, by położyć kres zamieszkom albo aresztować prowodyrów. Mimo tych sygnałów ostrzegawczych, francuskie elity przemysłowe i polityczne nie wykazują ochoty do zmiany podjętych decyzji. Niezależnie od tego czy za decyzjami stoi przeświadczenie o rasowej wyższości, czy też proza zrujnowanej gospodarki, wymuszone w ten sposób masowe przesiedlenia będą najprawdopodobniej kontynuowane... 30 sierpnia - Sopron, ruchomy punkt dowodzenia węgierskiej policji Z trawiastego pagórka górującego nad autostradą Budapeszt-Wiedeń pułkownik Zoltan Hradetsky patrzył gniewnie na obraz żywcem wyjęty z najczarniejszych snów policjanta: na rozruchy, nad którymi nikt już nie jest w stanie zapanować. Z radiostacji w wozie dowodzenia dobywały się na przemian trzaski i bezradne krzyki - znak, że podlegli Hradetsky'emu młodsi oficerowie usiłują zaprowadzić porządek we własnych szeregach. Autostrada wyglądała jak pole średniowiecznej bitwy. Pośrodku widać było kilometrową, upakowaną zderzak w zderzak kolumnę autokarów z robotnikami cudzoziemskimi i ich rodzinami. Zatrzymane autokary zdążały do zakładów Eurocoptera w Sopron. Spoza drucianych siatek przyspawanych w miejsce wybitych kamieniami szyb wyzierały na zewnątrz setki przerażonych twarzy. Nad całym terenem kłębił się czarny, gęsty dym z płonących opon samochodowych, tarasujących autostradę. Dym mieszał się z szarymi obłoczkami gazu łzawiącego, które polatywały nad falującą gromadą demonstrantów z kamieniami w rękach. Policjanci w maskach gazowych, z pałkami i plastikowymi tarczami rzucali się co rusz w stronę kolejnej bijatyki i ciosami pałek odpędzali demonstrantów próbujących siłą wedrzeć się do autokarów. Rząd blaszanych ciężarówek przeznaczonych do przewozu aresztantów nadal stał pusty. Nie było czasu na aresztowania. Cała policyjna akcja chwiała się, a sytuacja lada chwila groziła katastrofą. Hradetsky zaklął cicho. Niech szlag trafi Gellarda i jego zarozumiałych mocodawców w Paryżu! Nie pofatygowali się, żeby w porę powiadomić pułkownika. Raczyli się zgłosić dopiero