uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 728 908
  • Obserwuję754
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 012 257

Lisa Scottoline - Spojrz mi w oczy

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :1.3 MB
Rozszerzenie:pdf

Lisa Scottoline - Spojrz mi w oczy.pdf

uzavrano EBooki L Lisa Scottoline
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 153 osób, 111 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 311 stron)

Mojej ukochanej córce

Skądżeś ty przyszło, dzieciątko miłe? – Zewsząd i znikąd tutaj przybyłem. Skąd błękit wzięły twe oczy duże? – Z niebios, którymi płynąłem w górze.1 1 George MacDonald, Na skrzydłach Północnej Wichury, tłum. Irena Tuwim, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1957, s. 224. George MacDonald, NA SKRZYDŁACH PÓŁNOCNEJ WICHURY Gdzie się podziewałeś, mój błękitnooki synu? Bob Dylan, A HARD RAIN’S A-GONNA FALL

Rozdział 1 Ellen Gleeson właśnie otwierała drzwi wejściowe do domu, kiedy coś w poczcie przyciągnęło jej uwagę. Biała ulotka ze zdjęciami zaginionych dzieci – jeden z chłopców był łudząco podobny do jej synka. Wpatrując się w zdjęcie, przekręciła klucz w zamku, ale mechanizm się zaciął, zapewne z powodu zimna. Śnieg pokrywał auta i ogrodowe huśtawki, a wieczorne niebo przypominało kolorem mrożone borówki. Nie mogła oderwać wzroku od białej kartki z nagłówkiem CZY WIDZIAŁEŚ TO DZIECKO? Podobieństwo między chłopcem ze zdjęcia a jej synkiem było doprawdy niezwykłe. Obaj mieli szeroko rozstawione oczy, mały nosek i krzywy uśmiech. Może to wina oświetlenia na ganku. Specjalna żarówka w lampie miała odstraszać owady, a jak na razie tylko nadawała żółtawy odcień. Ellen przysunęła kartkę bliżej oczu, ale doszła do tego samego wniosku: Chłopcy mogliby być bliźniakami. Dziwne, pomyślała. Jej synek nie miał brata bliźniaka. Adoptowała go jako jedynaka. Gwałtownie pokręciła kluczem w zamku, nagle zniecierpliwiona. Była naprawdę zmęczona całym dniem w pracy, a teraz na dodatek o mało nie wypuściła z rąk torebki, aktówki, listów i torby z chińszczyzną na wynos. Wydobywający się z tej ostatniej zapach pieczonych żeberek przyprawił ją o burczenie w brzuchu, więc zdwoiła wysiłki. Gdy wreszcie udało się jej pokonać opór materii i otworzyć drzwi, rzuciła trzymane w rękach przedmioty na stolik i zdjęła płaszcz, drżąc lekko w przyjemnym cieple przytulnego salonu. W oknach wisiały koronkowe firanki, na samym środku pokoju pyszniła się kanapa w biało-czerwoną kratę, a na ścianach wykonane za pomocą szablonu urocze wizerunki krów i serduszka, które podobały się Ellen bardziej, niż przystało to rasowej dziennikarce. Plastikowa komoda na zabawki aż uginała się od pluszaków, książeczek z przygodami psa Spota i figurek z zestawów Happy Meal, stanowiących dekoracje, jakich nie widywano na kartach „Home & Garden”. – Mamusiu, zobacz! – Will pędził już w jej stronę, w rączce ściskał kartkę. Powiew powietrza odgarnął mu loczki z buzi, a Ellen stanęła przed oczami twarz zaginionego chłopca z ulotki znalezionej w skrzynce pocztowej. Podobieństwo wręcz ją poraziło, by chwilę później zniknąć w zalewie miłości, tak samo silnej jak więzy krwi. – Cześć, kochanie! – Rozłożyła ramiona, a kiedy Will dopadł jej kolan, chwyciła

go w objęcia i przytuliła twarz do jego buzi, wdychając owsiany zapach suchych płatków cheerios i słaby migdałowy aromat ciastoliny przyklejonej do jego ogrodniczków. – Ojej, mamo, masz strasznie zimny nos. – Wiem, mój nos potrzebuje mnóstwa miłości. Will zachichotał, próbował oswobodzić się z uścisku i wymachiwał rysunkiem. – Zobacz, co narysowałem! To dla ciebie! – Obejrzyjmy. – Postawiła synka z powrotem na podłodze, a potem popatrzyła na rysunek – przedstawiał konia pasącego się pod drzewem – wykonany ołówkiem i zbyt staranny, by stanowić dzieło wyłącznie małych rączek. Will nie miał w sobie nic z Picassa, a jego ulubionym tematem były ciężarówki. – Śliczny rysunek! Bardzo ci dziękuję! – Cześć, Ellen – powitała ją opiekunka z szerokim uśmiechem na ustach, która właśnie stanęła w drzwiach kuchni. Connie Mitchell była niewysoką, uroczą, puszystą niczym pianka kobietą w białej bluzie z logo uniwersytetu stanowego Pensylwanii, dżinsach z szerokimi nogawkami i miękkich bezkształtnych butach typu ugg. Brązowe oczy otaczała siateczka zmarszczek, a zebrane w kucyk ciemne włosy miała poprzetykane siwizną, jednak Connie charakteryzowała się entuzjazmem, jeśli już nie energią, nastolatki. – Jak ci minął dzień? – Mnóstwo pracy. A co u was? – Świetnie – odparła Connie, i to był właśnie jeden z powodów, dla których Ellen uważała ją za prawdziwe błogosławieństwo. Miała mnóstwo problemów ze znalezieniem dobrej opiekunki, a nie ma przecież nic gorszego, niż zostawianie dziecka pod opieką niani, która nam nie odpowiada. A tymczasem podekscytowany Will wciąż wymachiwał rysunkiem. – To ja go narysowałem! Zupełnie sam! – Przerysował z kolorowanki – szepnęła cicho Connie, po czym skierowała się do holu i wyjęła swoją kurtkę. – Ja go narysowałem! – Will zmarszczył czoło. – Wiem, to naprawdę świetna robota. – Ellen pogładziła jego jedwabiste włosy. – Jak było na basenie, Con? – W porządku. Super. – Connie włożyła kurtkę, po czym zgrabnym ruchem ręki wyjęła kucyk na kołnierz. – Will udawał rybkę. – Zabrała z siedziska pod oknem swoją brązową torebkę i wypchaną torbę. – Will, opowiedz mamie, jak świetnie sobie radziłeś bez deski. Chłopczyk wydął wargi, prezentując zmianę nastroju typową dla maluchów i osób, które mają zaburzenia maniakalno-depresyjne. Connie zasunęła suwak kurtki. – A potem razem rysowaliśmy, prawda? Mówiłeś, że mama lubi koniki. – Ja go narysowałem – powtórzył ze złością Will.

– Kochanie, bardzo mi się podoba ten rysunek. – Ellen miała nadzieję, że uda się jej zażegnać wybuch rozpaczy synka, za który nie mogła go przecież winić. Will był ewidentnie zmęczony, a w obecnych czasach wymagano od trzylatków naprawdę wiele. – Mały pewnie w ogóle nie spał w ciągu dnia? – zapytała niani. – Położyłam go, ale nie zasnął. – Szkoda. – Ellen z trudem ukryła rozczarowanie. Jeśli Will nie uciął sobie drzemki w ciągu dnia, nie miała co liczyć, że zdoła spędzić z synkiem choć trochę czasu. – Do zobaczyska… – Connie nachyliła się nad chłopcem. Will powinien jej odpowiedzieć: „oczyska”, ale tego nie zrobił, wydął tylko dolną wargę. – Pożegnasz się ze mną? – zapytała Connie. Pokręcił głową i odwrócił wzrok. Jego małe rączki zwisały nieruchomo wzdłuż ciała. Pewnie nie zdoła wysłuchać nawet bajki na dobranoc, a Ellen tak lubiła mu czytać. Jej matka przewróciłaby się w grobie, gdyby wiedziała, że Will będzie zasypiał bez książki do poduszki. – W porządku, w takim razie cześć – odparła Connie, ale chłopiec, spuściwszy tylko główkę, milczał. Opiekunka dotknęła jego ramienia. – Kocham cię, Will. Ellen poczuła ukłucie zazdrości, choćby najbardziej irracjonalnej. – Jeszcze raz dziękuję – powiedziała, a kiedy Connie wyszła, wpuszczając do środka powiew lodowatego powietrza, natychmiast zamknęła za nią drzwi i przekręciła klucz w zamku. – To ja go narysowałem! – Will wybuchnął płaczem, a obrazek sfrunął na parkiet. – Och, kochanie. Zaraz zjemy kolację. – Zupełnie sam! – Chodź do mnie, słoneczko. – Ellen wyciągnęła ręce, ale przy okazji strąciła na podłogę torbę z chińszczyzną i całą pocztę, która rozsypała się po podłodze. Chwyciła torbę, żeby jedzenie nie wypadło, i w tym momencie jej wzrok padł na kartkę ze zdjęciem zaginionego chłopca. Niesamowite. Podniosła torbę z chińszczyzną, zapominając o listach. Przynajmniej na razie.

Rozdział 2 Ellen ułożyła Willa do snu, zrobiła pranie, a potem chwyciła widelec, serwetkę, kartonowy pojemnik z resztkami chińszczyzny i wreszcie usiadła przy stole w jadalni. Domowy ulubieniec natychmiast zajął miejsce naprzeciwko niej, nie odrywając bursztynowych oczu od jedzenia, z ogonem owiniętym wokół pulchnego ciałka. Kociak był cały czarny, poza paskiem bieli biegnącym przez środek pyszczka i białymi łapkami przypominającymi kreskówkowe rękawiczki, a Will wybrał go dlatego, że zwierzak wyglądał zupełnie jak Figaro z „Pinokia” na DVD. Nie mogli się też zdecydować, czy ochrzcić nowego pupila Figaro, czy Oreo, toteż ostatecznie otrzymał imię Oreo Figaro. Otworzyła opakowanie, wygarnęła na talerz curry z kurczaka i dodała trochę ryżu, który wypadł w postaci zbrylonego prostokąta, niczym piasek z dziecinnego wiaderka. Rozgniotła go widelcem, przy okazji zerknęła na synów Coffmanów, sąsiadów z naprzeciwka, dzielących z nią jedną drogę dojazdową. Obaj właśnie odrabiali lekcje przy stole w jadalni. Byli wysocy i silni, a do tego należeli do szkolnej drużyny lacrosse w Lower Merion High School. Zastanawiała się, czy Will też polubi w liceum sport, choć nie tak dawno przecież nie potrafiła sobie wyobrazić, że będzie w ogóle zdrowy, już nie wspominając o tym, że miałby wymachiwać kijem do lacrosse. Zjadła kawałek kurczaka, lepki od żółtego sosu curry i wciąż jeszcze ciepławy, po czym zaspokoiwszy pierwszy głód, sięgnęła po pocztę. Od razu wyłowiła z niej rachunki i odłożyła je na bok. Koniec miesiąca jeszcze nie nadszedł, więc na razie nie musiała się nimi przejmować. Przełknąwszy kolejny kęs kurczaka, właśnie miała oddać się marzeniom nad katalogiem firmy Tiffany, kiedy nagle kątem oka dostrzegła białą kartkę i zamarła z widelcem uniesionym do ust. Czym prędzej chwyciła ulotkę. CZY WIDZIAŁEŚ TO DZIECKO? A pod spodem podpis: Amerykańskie centrum poszukiwań zaginionych i uprowadzonych dzieci. Odłożyła widelec i przyjrzała się uważniej zdjęciu. Tym razem nie mogła zrzucić winy na słabe oświetlenie. Jadalnię ozdabiał potężny żyrandol z mosiądzu, a w jego jasnym świetle chłopiec z fotografii jeszcze bardziej przypominał Willa. Fotografia była czarno-biała, więc Ellen nie mogła się zorientować, czy obaj mają oczy w tym samym kolorze, z uwagą przeczytała jednak informacje zamieszczone pod zdjęciem: Imię i nazwisko: Timothy Braverman Miejsce zamieszkania: Miami, Floryda Data urodzenia: 19.01.2005

Oczy: Niebieskie Włosy: Blond Data uprowadzenia: 24.01.2006*. Przez chwilę wpatrywała się ze zdumieniem w kartkę. Obaj chłopcy mieli niebieskie oczy i jasne włosy. Byli też w tym samym wieku. Will skończył trzy lata trzydziestego stycznia. Ellen przyjrzała się fotografii, uważnie studiując buzię zaginionego malucha. Podobieństwo zaczynało się już od oczu, okrągłych i dosyć szeroko rozstawionych, obaj chłopcy mieli też niewielki nosek i krzywy uśmiech, z lekko opadającym prawym kącikiem ust. Przede wszystkim łączyła ich jednak ogólna postawa, ten sam spokojny, zrównoważony sposób, w jaki przypatrywali się światu. Dziwne, pomyślała Ellen. Jeszcze raz przeczytała informacje umieszczone pod zdjęciem, zauważyła gwiazdkę i zerknęła na sam dół kartki, gdzie znajdowała się adnotacja: „Timothy Braverman, progresja wiekowa do trzeciego roku życia”. Przez chwilę zastanawiała się nad znaczeniem słowa „progresja”, po czym wreszcie zrozumiała. Zdjęcie chłopca nie było aktualne, chociaż na takie właśnie wyglądało. Stanowiło po prostu przybliżone wyobrażenie tego, jak Timothy mógł teraz wyglądać, sporządzone przez rysownika lub komputer. Na myśl o tym Ellen odetchnęła z ulgą, po czym wróciła myślami do dnia, w którym po raz pierwszy ujrzała Willa. Przygotowywała reportaż o pielęgniarkach pracujących na oddziale intensywnej opieki kardiologicznej w Dupont Hospital w Wilmington. Will przebywał tam z powodu ubytku przegrody międzykomorowej, dziury w przegrodzie rozdzielającej komory serca; maleńki chłopczyk w pieluszce, leżał w białym szpitalnym łóżeczku z wysokimi barierkami na samym końcu zalanego słońcem oddziału. Był wyjątkowo drobny, wręcz niedożywiony, co sprawiało, że jego głowa przypominała kiwającą się główkę maskotki doczepioną do wychudzonego ciałka. Najbardziej wyraziste miał oczy, ogromne, niebieskie, i przypatrywał się wszystkiemu, co go otaczało, choć już nie ludziom. Nie umiał nawiązać ani podtrzymać kontaktu wzrokowego z kimkolwiek, co – jak dowiedziała się później Ellen – mogło stanowić oznakę zaniedbania, i tylko przy jego łóżeczku nie dyndały pluszowe zabawki, nie kręciły się kolorowe karuzele przyczepiane do barierek. Kiedy Ellen zobaczyła go po raz pierwszy, był już po operacji i czekał na kolejną – najpierw załatano otwór w jego serduszku za pomocą specjalnej łatki z syntetycznego materiału, druga operacja miała na celu uszczelnienie miejsca, w którym rozszedł się szew. Leżał w swoim łóżeczku cichutko, bez płaczu czy choćby kwilenia, otoczony monitorami informującymi pielęgniarki o jego stanie milionem jaskrawoczerwonych, zielonych i niebieskich cyfr. Spowijała go taka plątanina rurek, że sprawiał wrażenie wręcz związanego – jedna z tych przymocowanych do małego noska dostarczała tlen, inna składniki odżywcze,

a z nagiej klatki piersiowej wystawała groteskowo przezroczysta rurka, która odprowadzała płyny do plastikowego pojemnika. Do rączki biegła kroplówka, z wenflonem przyklejonym taśmą i zabezpieczonym wykonaną naprędce osłonką z połówki plastikowego kubka, uniemożliwiającą wyrwanie igły. W przeciwieństwie do innych dzieci Will nigdy nie próbował tego robić. Ellen wciąż zajmowała się przygotowywaniem dokumentacji do swojego artykułu, kiedy nagle zorientowała się, że odwiedza Willa częściej niż to konieczne. Reportaż zamienił się w całą ich serię, której bohaterami stały się zamiast pielęgniarek dzieci. I Will. Wśród gaworzących czy płaczących maluchów właśnie ten cichutki chłopczyk przykuł jej uwagę. Zgodnie z zasadami panującymi na oddziale nie mogła podchodzić do jego łóżeczka, jednak często obserwowała go z niewielkiej odległości, nawet jeśli maluch ciągle odwracał wzrok i wbijał go w pustą białą ścianę. Aż wreszcie któregoś ranka udało się im nawiązać kontakt – Will sam odszukał ją spojrzeniem swoich oczu błękitnych jak wody oceanu. Oczywiście natychmiast na powrót uciekł wzrokiem, ale takie sytuacje zdarzały się coraz częściej, taka nić porozumienia łączącego, jak się zdawało Ellen, dwa serca. Później, kiedy wszyscy pytali ją, dlaczego postanowiła adoptować właśnie jego, niezmiennie odpowiadała: Z powodu tego, jak na mnie patrzył. Nikt nigdy nie odwiedzał chłopca, a jedna z kobiet, która bywała na oddziale, matka dziewczynki czekającej na przeszczep serca, opowiedziała Ellen, że jego mamą była młoda, niezamężna dziewczyna, która nie odwiedziła synka od czasu pierwszej operacji. Ellen skontaktowała się więc z pracownikiem opieki społecznej i uzyskała informację, że adopcja wchodzi w grę. Tamtego wieczoru wróciła do domu jak na skrzydłach, zbyt podniecona, by zasnąć. Ten nastrój uniesienia nie opuszczał jej, aż wreszcie w czasie owych dwóch lat, które minęły od tamtej pory, uświadomiła sobie, że chociaż nie wydała Willa na świat, to urodziła się, by być jego matką. Jeszcze raz zerknęła na ulotkę ze zdjęciem, a potem odłożyła ją na bok, pełna współczucia dla Bravermanów. Nie potrafiła sobie nawet wyobrazić, co czuje rodzic, gdy straci dziecko, ani jak sama by postąpiła, gdyby ktoś porwał Willa. Kilka lat temu napisała artykuł o ojcu, który uprowadził własne dzieci po kłótni z żoną, chodziło o to, komu powinna przypaść opieka nad nimi. Od tamtej pory co jakiś czas nawiedzała ją myśl, by skontaktować się z bohaterką reportażu, Susan Sulaman, i dowiedzieć się, jak potoczyła się ta sprawa. Musiała zresztą wynajdywać nowe tematy, jeśli chciała utrzymać się w pracy, a poza tym zyskałaby pretekst do rozmowy z nowym redaktorem naczelnym, Marcelo Cardoso, seksownym Brazylijczykiem, który trafił do ich gazety rok wcześniej, porzuciwszy posadę w „L.A. Times” i dziewczynę o figurze modelki. Może samotna matka stanowiłaby dla niego miłą odmianę, bo jeśli Marcelo rzeczywiście miał dosyć życia wiecznego

podrywacza, Ellen była gotowa pokazać mu inne rozwiązanie. Uśmiechnęła się mimo woli, co jej samej wydało się zresztą dosyć krępujące, nawet jeśli jedynym świadkiem tej żenującej sytuacji był kot. Dawniej sądziła, że jest zbyt mądra, żeby zakochać się w przełożonym, jednak Marcelo przypominał Antonio Banderasa z dyplomem dziennikarza. No a poza tym minęło sporo czasu, odkąd w jej życiu gościł mężczyzna starszy od trzylatka. Jej były facet twierdził, że jest wyjątkowo „wymagająca”, ale Marcelo z pewnością potrafiłby z tym sobie poradzić. A kobieta wymagająca to tak naprawdę jedyna kobieta warta zainteresowania. Ellen zdrapała widelcem resztki curry z mięsa i podsunęła talerz Oreo Figaro, który zabrał się do jedzenia z głośnym mruczeniem, wygiąwszy koniuszek ogona na kształt szydełka. Odczekała, aż pupil skończy konsumpcję, i posprzątała ze stołu, a potem odłożyła rachunki do wiklinowego koszyka i wyrzuciła wszystkie ulotki i reklamy, w tym również kartkę ze zdjęciem zaginionego chłopca. Ta wpadła jednak do worka na śmieci tak, że Timothy Braverman wpatrywał się teraz w Ellen tymi swoimi niesamowitymi oczami. „Prawdziwa z ciebie gospodyni”, usłyszała w głowie głos matki tak wyraźnie, jakby ta stała tuż koło niej. Ale tak naprawdę Ellen wierzyła, że to samo można powiedzieć o każdej kobiecie. Taki dodatek do jajników. Zamknęła drzwiczki szafki i spróbowała wyrzucić tę białą kartkę z pamięci. Załadowała i włączyła zmywarkę, a potem jeszcze raz pomyślała o tym wszystkim, co było w jej życiu wspaniałe. Solidne drewniane blaty, białe szafki z przeszklonymi drzwiczkami, ściany pomalowane własnoręcznie na biało, z rysunkami kwiatów polnych w charakterze ozdoby. Babska kuchnia, aż po nazwę różowawego odcienia farby na ścianach – Kopciuszek. Chociaż nigdzie w zasięgu wzroku nie było widać księcia. Dokończyła swoje codzienne obowiązki, przekręciła klucz w kuchennych drzwiach prowadzących na tyły domu, po czym wyciągnęła zużyty filtr z ekspresu do kawy. Kiedy otworzyła szafkę z zamiarem wyrzucenia fusów do kosza, uważne spojrzenie Timothy’ego Bravermana na nowo wytrąciło ją z równowagi. Nie namyślając się wiele, wyciągnęła kartkę spomiędzy odpadków i wsunęła ją do kieszeni dżinsów.

Rozdział 3 O szóstej piętnaście zadzwonił budzik. Ellen wstała z łóżka po ciemku, poczłapała boso do łazienki i wskoczyła pod prysznic, pozwalając, aby gorąca woda ją dobudziła. Nawet ludzie, którzy często powtarzali sobie w myślach, jak wiele dobrego spotkało ich w życiu, nigdy nie robili tego rano. Zwyczajnie nie było na to czasu. Do siódmej zdążyła się już ubrać, więc mogła przygotowywać Willa do przedszkola, które otwierano o ósmej trzydzieści. Connie powinna się zjawić o wpół do ósmej, żeby dać małemu śniadanie i odprowadzić go do przedszkola, a Ellen jak zwykle przekaże jej synka w biegu, niczym pałeczkę w domowej sztafecie. Matki pokonywały identyczny tor przeszkód każdego ranka i zasługiwały na złoty medal w najważniejszej dyscyplinie na świecie – codziennym życiu. – Kochanie? – Ellen włączyła lampkę z Babarem, ale Will spał wyjątkowo mocno, z lekko uchylonymi ustami. Oddychał ciężko, a kiedy Ellen pogłodziła go po czole, wydało się jej rozpalone. Próbowała przekonać się w myślach, że nie ma się czym przejmować, ale w wypadku chorego dziecka człowiek jest skazany na wieczny niepokój. – Will? – szepnęła, wciąż nie do końca przekonana, czy w ogóle powinna wysyłać dzisiaj synka do przedszkola. Wokół nozdrzy uformowała się mu warstewka zaschniętego śluzu, a policzki w łagodnym świetle lampki wyglądały na pobladłe. Zadarty nos Willa przypominał młodszą wersję jej własnego, ludzie często brali ją nawet za biologiczną matkę chłopca, co podobało się jej bardziej niż powinno. Teraz jednak zaczęła się zastanawiać, czy Timothy Braverman też przypominał swoją matkę. Delikatnie dotknęła ramienia Willa, ale kiedy ten nawet nie drgnął, postanowiła nie posyłać go tego dnia do przedszkola. Nie warto przesadzać, a tekturowe płatki śniegu mogły przecież zaczekać jeszcze jeden dzień. Nie pocałowała nawet synka, żeby przypadkiem go nie zbudzić, zamiast tego pogłaskała tylko Oreo Figaro, który spał w nogach, zwinięty w kłębek. Wyłączyła lampkę, na paluszkach wycofała się z pokoju i wróciła do swojej sypialni, żeby jakoś spożytkować dodatkowe piętnaście minut. – Świetnie wyglądasz! – powiedziała, wyłaniając się z jadalni, uśmiechnięta Connie na widok pracodawczyni zbiegającej na palcach po schodach. Ellen odpowiedziała jej uśmiechem. Wykorzystała nadprogramowy kwadrans na przebranie się w popielatą sztruksową marynarkę, dopasowaną w pasie, i buty z brązowego zamszu, z wyższymi cholewkami, w które wpuściła nogawki dżinsów.

Przyłożyła się też bardziej niż zwykle do makijażu, wysuszyła włosy i przeprosiła się z tuszem do kresek. Tego ranka miała się spotkać z Marcelo, ale nadal nie wiedziała, czy chciała wyglądać seksownie, profesjonalnie czy też może i tak, i tak. – Will ma stan podgorączkowy, więc uznałam, że lepiej będzie, jeśli zostanie dzisiaj w domu. – Mądra decyzja. – Opiekunka pokiwała głową. – Na zewnątrz prawie minus dziesięć. – Rany. – Ellen natychmiast wyciągnęła z szafy czarną puchową kurtkę. – Zostańcie w domu, nie forsuj małego. Może trochę mu poczytasz? – Jasne. – Connie postawiła torbę na podłodze i wyjęła z niej złożoną na pół gazetę. – Fajna ta twoja dzisiejsza historia, o tym starszym panu, który tresuje gołębie. – Dzięki. – Ellen włożyła kurtkę, z trudem wciskając ręce w rękawy. Może wybór marynarki nie był jednak najlepszy. – Bo wiesz, wszystkie nianie czytają twoje artykuły, traktują mnie jak prawdziwą gwiazdę. – Więc zacznij sprzedawać autografy – poradziła jej z uśmiechem Ellen. Wiedziała, że inne opiekunki są jej ciekawe, jej – samotnej dziennikarki wychowującej adoptowane dziecko. Jak w tej piosence z „Ulicy Sezamkowej”, nie było drugiej takiej jak ona. – Wrócisz o zwykłej porze? – Aha. Dzięki. – Ellen poczuła znajome ukłucie w sercu. – Nienawidzę wychodzić bez pożegnania z Willem. Ucałuj go ode mnie, dobrze? – Oczywiście. – Connie sięgnęła do klamki. – Powtórz mu, że go kocham. – Jasne. – Connie otworzyła drzwi przed Ellen, która wreszcie niechętnie przekroczyła próg. Zimny wiatr natychmiast zaatakował jej policzki, niebo przypominało barwą ołów. Ellen żałowała, że nie może tak po prostu zawrócić, odesłać Connie do domu i zająć się chorym synkiem. Ale frontowe drzwi już się za nią zamknęły, pozostawiając ją zdaną na łaskę kapryśnej aury. Przez cały ten czas ani razu nie pomyślała o Timothym Bravermanie. W każdym razie aż do momentu, kiedy dotarła do redakcji.

Rozdział 4 Ellen wkroczyła do budynku z kupioną po drodze kawą i błysnęła strażnikowi swoim laminowanym identyfikatorem. Chciała zabrać się od razu do pracy nad artykułem o dalszych losach bohaterów jej wcześniejszej historii, ale myślami wciąż krążyła wokół Timothy’ego Bravermana. Pokonała kilka mrocznych korytarzy starego budynku, żeby wreszcie wylądować w newsroomie, jasnym, prostokątnym pomieszczeniu, które przypominało ogromną, ciągnącą się na długość całego kwartału halę, z sufitem na wysokości drugiego piętra. Przez wysokie, przysłonięte staromodnymi żaluzjami okna sączyło się światło, a nad rozmaitymi częściami sali wisiały niebieskie tablice z napisami WIADOMOŚCI MIEJSKIE, BIZNES, WYDARZENIA, INTERNET i KOREKTA. Ellen ruszyła w stronę swojego biurka, ale wszyscy zdawali się tłoczyć przed przeszklonymi gabinetami szefostwa, otoczywszy ciasno Marcelo. To nie wróżyło nic dobrego. Ellen podchwyciła wzrok przyjaciółki, Courtney Stedt, która lawirowała między biurkami tak, żeby spotkać się z nią w pół drogi. Jak zwykle przypominała zwolenniczkę wypraw na świeżym powietrzu, wystrojona w zielony polar i dżinsy, ale minę miała wyjątkowo jak na nią ponurą. Courtney matkowała wszystkim pracownikom redakcji i zawsze pamiętała o kupieniu jubilatowi tortu na urodziny. Jeśli nawet ona się martwiła, coś było bardzo nie w porządku. – Błagam cię, powiedz, że to przyjęcie niespodzianka – powiedziała Ellen, zrównawszy się z nią. – Nie mogę. Jako rasowa dziennikarka nienawidzę kłamstwa. Wreszcie obie dołączyły do tłumu kolegów tłoczących się w alejkach między biurkami, by ulokować się na pożyczonych od cudzych biurek krzesłach. Wszyscy byli zaniepokojeni, rozmawiali przyciszonymi głosami albo chichotali nerwowo. Ellen przysiadła razem z Courtney na jednym z biurek, a wszelkie myśli na temat Timothy’ego Bravermana natychmiast wywietrzały jej z głowy. Groźba bezrobocia potrafi świetnie ukierunkować mózg, a to za sprawą swojego powiązania z płatem hipotecznym. Marcelo poprosił gestem o spokój, przykuwając natychmiast uwagę, i wszyscy, jak jeden mąż, posłusznie umilkli. Był na tyle wysoki, że widziało się go z każdego miejsca, szczupły mężczyzna o gęstych ciemnych włosach, opadających nieporządnie na kołnierzyk koszuli. W jego ciemnobrązowych oczach malowało się napięcie, zmarszczone brwi znaczyły się wyraźną linią na czole, a zaciśnięte usta nie pozostawiały zbyt wielu złudzeń.

– Witam, moi drodzy – powiedział Marcelo swoim głębokim, miękkim głosem z wyraźnym portugalskim akcentem. – Przepraszam, że zaskakuję was z samego rana, ale mam naprawdę niedobre wieści. Przykro mi, czekają nas znowu zwolnienia. Wszyscy zesztywnieli, ktoś zaklął pod nosem. Ellen i Courtney wymieniły spojrzenia, ale żadna nie pisnęła nawet słówka. Nie musiały nic mówić, tak właśnie wygląda przyjaźń. – Muszę dzisiaj zwolnić dwie osoby i kolejną do końca tego miesiąca. – Dwie, dzisiaj? Ellen poczuła, jak serce ściska się jej w piersi, miała ochotę zadać dokładnie to samo pytanie. Potrzebowała tej pracy. – Nic się nie da zrobić? – zawołał ktoś. – Nie tym razem, przykro mi. – Marcelo zaczął podwijać rękawy swojej czarnej koszuli o europejskim kroju, do której zawsze nosił krawat. – Dobrze znacie powody cięć. Żadna gazeta nie cieszy się tak wielką popularnością, jak dawniej. Robimy, co w naszej mocy, bawimy się w blogi i podcasty. Wiem, że bardzo się staracie, cała ta sytuacja to nie wasza wina, kierownictwa zresztą też nie. Właściwie już pracujemy niemal ponad siły. – To prawda – mruknął ktoś z tłumu. – Musimy się więc zmierzyć z koniecznością kolejnych zwolnień, co jest naprawdę okropne, bo przecież dobrze wiem, że wszyscy macie rodziny. Będziecie musieli znaleźć sobie nowe zajęcie, przeprowadzić się do innego miasta, zabrać dzieciaki z dotychczasowej szkoły, powiadomić mężów i żony, że i oni muszą zmienić pracę. Ja to wszystko wiem. – Urwał na moment, przesuwając posępnym spojrzeniem po przerażonych twarzach. – Wiecie, kiedy moja mama sprawiała mi lanie, zawsze mówiła przy tym: „To zaboli bardziej mnie niż ciebie”. Ale, sabia que nao era verdade. W przekładzie na nasze? Wiedziałem, że to bzdura. Wszyscy, nie wyłączając Ellen, wybuchnęli śmiechem. Uwielbiała, kiedy Marcelo mówił po portugalsku. Gdyby mógł zwolnić ją w tym języku, byłaby szczęśliwa. – Tak więc nie zamierzam przekonywać was, że zwolnienia zabolą bardziej mnie niż was. Za to powiem wam, że wiem, co czujecie. Bo wiem. – Wreszcie się uśmiechnął. – Na pewno każdy z was pamięta, że zwalniano mnie z najlepszych gazet. Nawet z „Folha de São Paulo” w moim rodzinnym mieście. – Tylko tak dalej, szefie – krzyknął któryś z webmasterów, wywołując tym kolejny wybuch śmiechu. – W każdym razie jakoś udało mi się przetrwać. Przeżyję, jeśli zwolnią mnie i z tej gazety, ale nigdy nie zrezygnuję z bycia dziennikarzem, bo zwyczajnie kocham tę robotę. Uwielbiam dotyk papieru pod palcami. – Z zawadiackim uśmiechem potarł opuszkami palców o siebie. – Uwielbiam zapach dobrego wstępniaka. Uwielbiam dowiadywać się czegoś, o czym nikt nie wie, i obwieszczać

to całemu światu. To właśnie robimy każdego dnia, na każdej stronie. Wiem, że wy też to kochacie. – Dobrze powiedziane! – rozległo się wśród tłumu i nawet Ellen poczuła się podniesiona na duchu. Też uwielbiała tę robotę. Wyrosła w domu, gdzie na kuchennym stole tuż obok filiżanki kawy matki zawsze leżała gazeta, złożona na czworo, żeby łatwiej było rozwiązywać krzyżówkę. A Ellen do tej pory czuła falę podniecenia na widok własnego nazwiska zaraz pod nagłówkiem. Ta praca zdawała się dla niej stworzona jak żadna inna, no może poza macierzyństwem, gdzie płaca była jednak znacznie gorsza. – Niestety, ta praca nas nie kocha, a już z pewnością nie ostatnio. – Marcelo pokręcił głową. – Mimo całego naszego poświęcenia, mimo naszego uwielbienia, to niewierna kochanka. – Błysnął zabójczym uśmiechem. – Zdradza nas z innymi i zawsze się rozgląda w poszukiwaniu kogoś nowego. I wiecznie wymyka się nam z rąk. Rozległy się śmiechy. Wszyscy byli jakby bardziej odprężeni, nawet Ellen, która niemal zapomniała, że może stracić pracę. – Mimo wszystko nadal ją kochamy i trwamy przy niej, dopóty nas zechce. Zawsze będzie istnieć miejsce dla gazety i dla nas, zakochanych w niej do szaleństwa wariatów bez protestu gotowych znosić jej humory. – Mów za siebie! – zaprotestował jeden z dziennikarzy działu finansowego, co wywołało kolejny wybuch śmiechu. Atmosfera znowu nieco się rozluźniła, jednak Marcelo na powrót przybrał marsową minę, marszcząc czoło tak, że wyglądał starzej niż na swoje czterdzieści parę lat. – Tak więc będę zmuszony podjąć tę trudną decyzję i zwolnić dwoje z was jeszcze dzisiaj, plus kolejną osobę do końca tego miesiąca. Chciałbym jednak, aby zwolnione osoby wiedziały, że nie zamierzam tak po prostu oddać ich w ręce ludzi z działu kadr i o nich zapomnieć. Ktoś z przednich rzędów pokiwał głową, bo wszyscy doskonale pamiętali, że Marcelo pomógł znaleźć jednemu z dziennikarzy zwolnionych z działu finansowego pracę w „Seattle Times”. – Uważam was za świetnych dziennikarzy i zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby pomóc wam znaleźć nowe zajęcie. Mam mnóstwo znajomych w różnych redakcjach, więc mogę wam dać na to moje słowo. – Dziękujemy – powiedział jeden z reporterów, potem następny, a chwilę później rozległy się nawet lekkie brawa, którym początek dała Courtney. Ellen też zaczęła klaskać, ponieważ Marcelo poruszył w niej jakąś czułą strunę, czego nie dało się wytłumaczyć jedynie tym, że szef wydawał się jej wyjątkowo atrakcyjnym mężczyzną, chociaż to pewnie też nie pozostawało bez znaczenia. Może chodziło o jego otwartość, szczerość, pełne żaru słowa. Żaden inny naczelny nie wspomniałby przecież, że zwyczajnie kocha to zajęcie, ani nie wziąłby strony

żadnego reportera. Marcelo przesunął spojrzeniem po tłumie, na krótką chwilę zatrzymał je na Ellen, którą tak to poruszyło, że niemal nie zwróciła uwagi na kuksańca w bok, który dała jej Courtney, szepcąc przy tym z przebiegłym uśmiechem: – Spokojnie, mała.

Rozdział 5 Damska toaleta zazwyczaj stanowi dla kobiet prawdziwe centrum dowodzenia, nic więc dziwnego, że ostatecznie Ellen, Courtney i jeszcze jedna dziennikarka, Sarah Liu, stały przy umywalkach, zajęte omawianiem kwestii zwolnień. Od razu po zebraniu wypowiedzenie otrzymał jeden z fotografików, a teraz wszyscy czekali, kto będzie następny. Courtney i Sarah pracowały w dziale wiadomości, ale Ellen zajmowała się informacjami lokalnymi, a zgodnie z niepisanym prawem w razie zwolnień to właśnie dziennikarze z tego działu pierwsi zwykle szli pod nóż. Ellen umyła ręce, woda zdawała się wręcz parzyć, choć może była to wina wyłącznie wyobraźni. – Marcelo nie wyrzuci nikogo z działu sportowego – orzekła Sarah, a niepokój sprawił, że mówiła jeszcze szybciej, niż zwykle. Była szczupłą, drobną kobietą o pięknych oczach i małych, starannie umalowanych ustach, które nigdy się nie zamykały. – Moim zdaniem to będzie jakiś reporter, ktoś z wiadomości albo z lokalnych. – Na dzisiaj została jeszcze jedna osoba – odparła Courtney z wyraźnym bostońskim akcentem. – Obstawiam kogoś z działu wiadomości. – Nie, to niemożliwe. Jesteśmy im potrzebni. – Sarah przeczesała palcami lśniące ciemne włosy wycieniowane wokół uszu, w których połyskiwały małe diamentowe kolczyki, jak zawsze szykowna w bezpretensjonalnej białej koszuli, czarnych spodniach i obcisłym czarnym sweterku w prążki. – Nie wszystko można znaleźć w serwisach Associated Press. – Dlatego właśnie Bóg stworzył Reutersa – prychnęła Courtney. Ellen sięgnęła po papierowy ręcznik i przy okazji spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Usta same zaciskały się jej w wąską linijkę, a do tego była gotowa przysiąc, że ma więcej kurzych łapek, niż kiedy wstawała rano. Wyjątkowo staranny makijaż podkreślał odcień jej piwnych oczu, ale Ellen nie mogła się pozbyć wrażenia, że odstawiła się tak dzisiaj tylko po to, by wylecieć z pracy. – Mylisz się, Courtney – zaoponowała Sarah, a Ellen natychmiast przypomniała sobie, dlaczego nigdy jej nie lubiła. Napastliwość to immanentna cecha każdego dziennikarza, ale Sarah przekraczała w tej kwestii wszelkie granice. – Potrzebują dziennikarzy zajmujących się najnowszymi wiadomościami, ktoś musi pisać o sytuacji w Iraku i poczynaniach nowego rządu. – A cóż to za problem? Przecież i tak nikt od nas nie bywa na konferencjach prasowych w Białym Domu. – Courtney pokiwała głową. – Na dodatek teraz nasza kolej, skoro ostatnio zwolnili kogoś z działu lokalnego. Pamiętacie Suzanne?

– Jej się akurat należało – odparła Sarah, a Ellen, która właśnie wyrzucała papierowy ręcznik do kosza, poczuła, jak żołądek zaciska się jej w supeł. – Nieprawda. Nikt z nas nie zasługuje na coś takiego. – Jeżeli poleci ktoś z wiadomości, to na pewno nie ja. To niemożliwe. – Sarah skrzyżowała ramiona na piersi. – Mam za dużo dojść w ratuszu, ci z góry doskonale o tym wiedzą. – Na sto procent wywalą mnie – orzekła Courtney grobowym głosem, który sprawił, że Ellen odwróciła się w jej stronę. – Nie, Court, nie mogą cię zwolnić. – Mogą, i to właśnie zrobią. Założysz się? – Popatrzyła z rezygnacją na przyjaciółkę oczami całkowicie pozbawionymi makijażu. – Posłuchaj, tak to już jest. Mój wujek pracował jako zecer na linotypach, ale kiedy w latach siedemdziesiątych wprowadzili skład komputerowy, stracił pracę, tak jak jego koledzy. Zwolnienia, które dotknęły produkcji, obejmą i dziennikarzy, to wszystko. – Wzruszyła ramionami. – Zresztą przyda mi się odpoczynek. – Na pewno cię nie zwolnią. – Ellen z trudem zdobyła się na uśmiech, chociaż doskonale wiedziała, jak wygląda prawda. – To raczej ja jestem na wylocie, wszyscy o tym wiedzą. Marcelo uważa wiadomości lokalne za zwykłe michałki, więc mogę się już zacząć pakować. Przynajmniej wyrzuci mnie wyjątkowo seksowny facet. – Zawsze to jakiś plus – zauważyła z uśmiechem Courtney. – Słyszałam, że trafił na listy najseksowniejszych kawalerów we wszystkich gazetach w Filadelfii. Ellen przewróciła oczami. – Nie mogę uwierzyć, że nadal publikują te głupie zestawienia. – A ja nie mogę uwierzyć, że ciągle używają słowa „kawaler”. Courtney i Ellen wybuchnęły śmiechem, aż zamyślona Sarah podniosła na nie wzrok. – To na pewno będziesz ty, Courtney. – Sarah! – Ellen zmarszczyła brwi. – No naprawdę, nie krępuj się, wal prosto z mostu. – Przecież Courtney sama tak powiedziała – odcięła się Sarah. – Nie w tym rzecz. – Ellen okręciła się na pięcie, sama zawstydzona tym, co właśnie przyszło jej do głowy. Mąż Courtney był właścicielem trzech ośrodków wczasowych w Maine, a mąż Sarah chirurgiem. Tylko ona nie miała męża, koła ratunkowego wyposażonego w stałą pensję. – El, nie wyglądasz za dobrze. – Courtney zmierzyła ją uważnym spojrzeniem. – Będziesz rzygać? – Nie, proszę pani, nie zamierzam – odpowiedziała, naśladując bostoński akcent przyjaciółki. Za chwilę najprawdopodobniej straci pracę, a na dodatek ta cholerna ulotka wciąż nie dawała jej spokoju. – Posłuchajcie, może po prostu spróbujemy się

opanować, dobrze? Za chwilę pewnie się dowiemy, która z nas dostanie wypowiedzenie. To nic nie da, jeśli będziemy dalej wałkować ten temat. Sarah natychmiast odwróciła się w jej stronę. – Och, daj spokój. Dobrze wiesz, że Marcelo nigdy cię nie wyrzuci. Facet czuje do ciebie miętę. – Bzdura. – Ellen poczuła, że się rumieni. – Przygląda ci się ze swojego gabinetu, jakbyś była złotą rybką w akwarium – odparła Sarah z błyskiem w oku. – Małą jasnowłosą rybką. – To niedorzeczne – obruszyła się Ellen, ale Courtney położyła jej dłoń na ramieniu. – El, oto moje wiekopomne pożegnalne słowa. Jesteś wolna, on też, a życie jest naprawdę krótkie. Więc mówię ci, bierz się do dzieła. W tym momencie ktoś zastukał do drzwi łazienki. Wszystkie trzy jak na komendę odwróciły głowy w stronę wyjścia.

Rozdział 6 W dziale wiadomości znajdowało się ponad pięćdziesiąt biurek w kształcie litery L zastawionych komputerami i wyposażonymi w kilka linii telefonami w charakterystycznym nieładzie, ale tylko kilka z nich było zajętych. Ellen pracowała w redakcji na tyle długo, by pamiętać czasy, kiedy przy każdym biurku ktoś siedział, a w pomieszczeniu było prawdziwe centrum wydarzeń, przywodziło na myśl istny ul, dokładnie takie, jakie widuje się w telewizji i na filmach, miejsce, gdzie powietrze jest aż naelektryzowane świadomością, że zajmują się czymś ważnym. Teraz to centrum przeniosło się do Internetu i pozostało dużo pustych biurek, od dzisiaj o jedno więcej. To należące do Courtney. Ellen miała wrażenie, że w pokoju zrobiło się jeszcze puściej, chociaż wiedziała przecież, że to niemożliwe. Większość kolegów opuściła miejsce zbrodni i wyruszyła na miasto w poszukiwaniu najświeższych nowinek. Jedynie Sharon Potts z działu ekonomicznego i Joey Stampone ze sportowego siedzieli przy swoich biurkach, pracowicie stukając w klawisze, i unikali swojego wzroku nawzajem, zdjęci poczuciem winy tych, którzy przeżyli tragedię. I tylko Sarah paplała wesoło przez komórkę, nie zważając, że jej radosny ton jest tak samo niestosowny jak śmiech na pogrzebie. Ellen odstawiła wystygłą kawę i usiadła do komputera. Najpierw sprawdziła pocztę, a potem otworzyła swoją książkę adresową. Powinna zabrać się do pisania dalszego ciągu historii Susan Sulaman i odszukać jej telefon, ale czuła się zbyt wstrząśnięta. Courtney nie uroniła nawet jednej łzy, kiedy pakowała rzeczy ze swojego biurka, co tylko pogorszyło sytuację. Oczywiście uścisnęły się z Ellen na pożegnanie i obiecały utrzymywać kontakt, ale obie wiedziały, że nie będą miały na to czasu. „Jesteś wolna, on też, a życie jest naprawdę krótkie. Więc mówię ci, bierz się do dzieła”. Ostatecznie Ellen po raz kolejny wróciła myślami do Timothy’ego Bravermana, sięgnęła więc do torebki, wyciągnęła ulotkę i popatrzyła na zdjęcie. Znowu uderzyło ją nieprawdopodobne wręcz podobieństwo między Willem a tym chłopcem, nawet jak na zdjęcie stanowiące komputerową symulację progresji wiekowej dziecka. U dołu kartki znajdował się napis ACMAC, więc wpisała ten skrót do wyszukiwarki, a potem weszła na stronę organizacji zajmującej się poszukiwaniem zaginionych i uprowadzonych dzieci i przejrzawszy ją pobieżnie, kliknęła na zakładkę „O nas”. Organizacja zajmowała się poszukiwaniami dzieci porwanych i tych, które uciekły z domu, a na stronie znajdowały się przede

wszystkim informacje dotyczące poszczególnych dzieci. Ellen, wpisała w okienko wyszukiwarki nazwisko Timothy’ego Bravermana i nacisnęła enter. Obraz na ekranie uległ zmianie. Z trudem zdusiła jęk.

Rozdział 7 Patrzyła na kolorowe zdjęcie Timothy’ego Bravermana jako niemowlęcia. Chłopiec wyglądał identycznie jak Will, zwłaszcza oczy szokowały niesamowitym wręcz podobieństwem. Timothy również miał niebieskie oczy o odcieniu, którego Ellen nie widziała u nikogo innego poza Willem. Mój Boże. Uważnie przeczytała tekst. Na górze znajdował się nagłówek: Timothy Braverman, pod spodem umieszczono obok siebie dwa zdjęcia. Czarno-białą fotografię po prawej, przedstawiającą prawdopodobny wygląd chłopca po upływie lat, znała już z ulotki, ale po lewej znajdowało się kolorowe zdjęcie Timothy’ego w wieku niemowlęcym, które przyprawiło ją o westchnienie. Timothy w wieku jednego roku, brzmiał podpis pod fotografią. Zrobione gdzieś na zewnątrz, na tle zielonego żywopłotu, zdjęcie zostało skadrowane tak, aby jak najlepiej było widać buzię malucha. Padające na główkę chłopca światło uwydatniało refleksy w jasnych włoskach chłopca, który uśmiechał się szeroko, z prawym kącikiem ust wygiętym lekko do dołu, ukazując jedynie dwa ząbki z przodu. Ellen widywała dokładnie ten sam uśmiech u Willa, kiedy chłopiec wyzdrowiał. Uważnie przyjrzała się zdjęciu, zastanawiając się, jak też mógł wyglądać Will w tym wieku. Zobaczyła go po raz pierwszy, kiedy chłopiec skończył półtora roku, a buzię miał już wtedy szczuplejszą niż Timothy, głównie za sprawą choroby. Był też bledszy, o skórze cienkiej i dziwacznie postarzałej. Timothy miał identyczną buzię, tyle że o zdrowszym wyglądzie, z wesoło zaróżowionymi pulchnymi policzkami. Ellen czytała dalej, starając się zdusić w zarodku strach. Pod zdjęciami znajdował się napis: Jeśli chcesz uzyskać więcej informacji, odwiedź stronę www.SzukamyTimothyegoBravermana.com. Kliknęła na link. Obraz na ekranie uległ zmianie. U góry znajdował się napis: Pomóż nam odnaleźć naszego ukochanego syna, Timothy’ego Bravermana. Strona była dosyć prosta, z parowozem Tomkiem krążącym u dołu w tę i z powrotem. Serce zatrzepotało Ellen w piersi, szybko opanowała jednak niepokój. Przecież to nic takiego, że Will też uwielbiał tę bajkę. To samo można by pewnie powiedzieć o wszystkich małych chłopcach. Pospiesznie przebiegła wzrokiem stronę. Znajdowało się na niej dokładnie takie samo zdjęcie, jak na stronie organizacji zajmującej się poszukiwaniem zagionionych dzieci, jednak tym razem fotografia nie została przycięta, toteż Ellen miała okazję obejrzeć ją całą. Timothy był ubrany w niebieską koszulkę Lacoste