uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 720 559
  • Obserwuję750
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 007 791

Mo Hayder - Jack Caffery 05 - Zaginione

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :1.5 MB
Rozszerzenie:pdf

Mo Hayder - Jack Caffery 05 - Zaginione.pdf

uzavrano EBooki M Mo Hayder
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 60 osób, 62 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 434 stron)

Mo Hayder ZAGINIONE Tytuł oryginału: Gone Data wydania: 27 sierpnia 2013 Tłumaczenie: Maria Kabat Cykl: Detektyw Jack Caffery (tom 5) Wydawnictwo: Sonia Draga ISBN9788375087048

1 Detektyw Jack Caffery z bristolskiego MCIU, wydziału kryminalnego do spraw poważnych przestępstw, przez dziesięć minut rozglądał się po centrum Frome, gdzie doszło do porwania. Minął policyjną blokadę, migające niebieskie światła, taśmy policyjne, grupki obładowanych zakupami gapiów, którzy wyciągali z zaciekawieniem szyje, przyglądając się pracownikom wydziału kryminalistyki uzbrojonym w pędzelki i plastikowe torebki na dowody. Przez długi czas stał bez ruchu w miejscu, w którym dokonano zbrodni, na podziemnym parkingu, pośród plam oleju samochodowego i porzuconych wózków sklepowych. Chłonął atmosferę otoczenia i zastanawiał się, jak bardzo powinien się niepokoić. Mimo ciepłego płaszcza było mu coraz zimniej, ruszył więc po schodach do maleńkiego biura kierownika sklepu. Zebrali się tam już miejscowi policjanci i pracownicy CSI. W skupieniu oglądali nagrania z kamer przemysłowych na małym kolorowym ekranie. Stali w półokręgu, trzymając w dłoniach papierowe kubki z kawą z automatu. Niektórzy ciągle jeszcze mieli na sobie kombinezony ochronne. Kiedy tylko Caffery wszedł do pomieszczenia, wszyscy niemal jednocześnie podnieśli na niego wzrok, ale on pokręcił tylko głową na znak, że nie ma żadnych nowych wieści. Rozczarowani odwrócili się z powrotem do ekranu, poważni i skupieni. Obraz był niewyraźny, typowy dla sprzętu monitorującego niższej klasy. Nagranie pochodziło z kamery skierowanej na wjazd na parking. Kod czasowy w rogu obrazu migał to na biało, to na czarno. Na ekranie widać było rzędy zaparkowanych samochodów. Ostre, zimowe światło wpadało przez rampę wjazdową. Tyłem do kamery, przy otwartym bagażniku jednego z samochodów – toyoty yaris – stała kobieta zajęta wyładowywaniem zakupów z wózka. W trakcie osiemnastu lat pracy w policji Jack Caffery widział już niejedno – wcześniej pracował w londyńskim „szwadronie śmierci”, jednostce zajmującej się najpaskudniejszymi sprawami. Mimo to nawet on

poczuł zimny dreszcz na myśl o tym, co za chwilę miało się wydarzyć na filmie. Dzięki zeznaniom zebranym przez miejscowych policjantów wiedział już sporo na temat ofiary: kobieta nazywała się Rose Bradley i była żoną pastora Kościoła Anglii. Miała około pięćdziesiątki, ale na nagraniu wyglądała starzej. Ubrana była w krótki, ciemny żakiet z jakiegoś grubego materiału, tweedową spódnicę i czółenka na niewielkim obcasie. Miała krótkie, gładko zaczesane włosy. Wyglądała na rozsądną osobę, taką, która zawsze ma przy sobie parasol albo chustkę na głowę na wypadek deszczu, jednak ten dzień, chociaż zimny, był pogodny, jej głowa była więc odkryta. Rose spędziła popołudnie na przeglądaniu asortymentu butików odzieżowych w centrum, a zakończyła je cotygodniowymi zakupami spożywczymi w Somerfield. Zanim zaczęła pakować torby do bagażnika, położyła kluczyki i bilet parkingowy na przednim siedzeniu toyoty. Światło słoneczne padające zza jej pleców zadrgało niespodziewanie. Uniosła głowę i spostrzegła biegnącego w jej kierunku wysokiego, barczystego mężczyznę. Miał na sobie dżinsy i puchową kurtkę, a jego twarz zakrywała gumowa maska. Maska Świętego Mikołaja. Właśnie ten szczegół przyprawił Caffery’ego o dreszcze – gumowa maska o szerokim uśmiechu, który nie zniknął, kiedy mężczyzna zbliżył się do Rose. – Powiedział tylko trzy słowa – odezwał się miejscowy gliniarz, wysoki, surowy mężczyzna w mundurze. Sądząc po jego czerwonym nosie, on również musiał niedawno stać na zimnie przez dłuższy czas. – Dokładnie w tym momencie, kiedy do niej podbiegł. „Na kolana, suko!” Kobieta nie rozpoznała jego głosu, a przez to, że krzyczał, nie potrafi też określić, czy miał jakiś charakterystyczny akcent. Mężczyzna chwycił Rose za ramię i gwałtownym szarpnięciem odepchnął od samochodu, tak że uderzyła biodrem o tył wozu obok i upadła na pokrywę bagażnika, zupełnie jakby była z gumy. Osunęła się na ziemię i wylądowała na kolanach. Bransoletka na jej prawym ręku pękła, a koraliki rozsypały się wokoło. Zamaskowany mężczyzna siedział już za kierownicą toyoty. Widząc to, Rose z trudem poderwała się na nogi i podbiegła do okna samochodu.

W panice szarpała za klamkę, kiedy mężczyzna wkładał kluczyk do stacyjki. Po chwili rozległ się warkot silnika i odgłos zwalnianego hamulca ręcznego. Samochód z piskiem opon ruszył na wstecznym biegu. Rose zachwiała się i niemal upadła, jednak w dalszym ciągu kurczowo trzymała się klamki. Po chwili samochód gwałtownie zahamował, kierowca zmienił bieg i wyrwał do przodu. Kobieta straciła równowagę i upadła na ziemię. Przeturlawszy się kilkukrotnie, zatrzymała się wreszcie, otrząsnęła i podniosła głowę, ale zobaczyła tylko tył samochodu pędzącego w stronę wyjazdu z parkingu. – I co dalej? – spytał Caffery. – Niewiele. Namierzyliśmy go na nagraniu z jeszcze jednej kamery. – To mówiąc, policjant wziął do ręki pilota i przez chwilę przestawiał kanały w poszukiwaniu właściwego ustawienia. – O, tutaj. Wyjeżdża z parkingu. Wsadza bilet do automatu. Niestety obraz nie jest tutaj zbyt wyraźny. Na ekranie widać było tył toyoty. Światła hamowania rozbłysły, kiedy wóz zwalniał, zbliżając się do szlabanu. Mężczyzna otworzył okno i wysunął rękę z biletem. Po krótkiej chwili szlaban się uniósł. Światła hamowania zgasły, a samochód powoli odjechał. – Żadnych odcisków palców – ponownie odezwał się funkcjonariusz. – Cały czas ma rękawiczki, widzicie? – Zatrzymajcie na chwilę to nagranie – poprosił nagle Caffery. Gliniarz wcisnął pauzę. Caffery pochylił się w stronę ekranu i lekko przekrzywił głowę. Wpatrywał się uważnie w tylne okno samochodu, tuż nad podświetloną tablicą rejestracyjną. Kiedy sprawa ta została zgłoszona do MCIU, nadinspektor, zawzięty sukinsyn, który bez mrugnięcia okiem przyszpiliłby staruszkę do podłogi komisariatu, gdyby tylko miał pewność, że jej zeznania poprawią jego wskaźniki wykrywalności, oznajmił Caffery’emu, że ten ma przede wszystkim sprawdzić, czy zgłoszenie jest autentyczne. Dlatego właśnie detektyw przyglądał się teraz uważnie cieniom i odbiciom na tylnej szybie. Wyraźnie dostrzegał coś na tylnym siedzeniu samochodu, jakby bladą, rozmazaną plamę. – To ona?

– Tak. – Jesteście pewni? Policjant posłał mu badawcze spojrzenie, jakby chcąc się upewnić, czy jest właśnie poddawany jakiemuś testowi. – Tak – odparł. – Czemu pan pyta? Caffery nie odpowiedział. Nie chciał mówić na głos o obawach zwierzchnika, że i w tym wypadku powtórzy się historia tych wszystkich dupków, którzy wymyślali historię o dzieciach pozostawionych na tylnym siedzeniu skradzionego samochodu tylko po to, aby zmusić policję do intensywniejszych poszukiwań. Takie historie się zdarzały. Wyglądało jednak na to, że nie tym razem. – Pokażcie mi ją na jakimś wcześniejszym ujęciu. Funkcjonariusz skierował pilota w stronę odbiornika i ustawił odtwarzanie poprzedniego filmu, dziewięćdziesiąt sekund przed atakiem na Rose. Parking podziemny był pusty. Tylko światło słoneczne padające z bramy wjazdowej i samochody. Kiedy licznik na ekranie pokazał 4.31, drzwi supermarketu otworzyły się i ukazała się w nich Rose Bradley, która pchała przed sobą duży wózek sklepowy. Obok niej szła mała dziewczynka o jasnej karnacji i z blond grzywką. Ubrana była w brązową budrysówkę, różowe rajstopki i pastelowe buciki w stylu Mary Jane. Ręce miała schowane w kieszeniach. Rose wcisnęła guzik centralnego zamka, a mała otworzyła sobie tylne drzwi i wgramoliła się do środka. Rose zamknęła za nią, położyła kluczyki i bilet na fotelu kierowcy i ruszyła do bagażnika. – W porządku, możecie zatrzymać nagranie. Policjant wyłączył telewizor i wyprostował się. – Pana zdaniem kto przejmuje dowodzenie nad sprawą? Wy? My? – Nikt – odpowiedział krótko Caffery, wyciągając z kieszeni kluczyki swojego samochodu. – Nie będzie z tego żadnej sprawy. Gliniarz uniósł pytająco brew. – Kto tak twierdzi? – Statystyki. Ten facet popełnił błąd. Najwyraźniej nie wiedział, że dziewczynka jest w samochodzie. Porzuci ją gdzieś przy najbliższej okazji.

Bardzo możliwe, że już to zrobił, tylko jeszcze nie zostaliśmy o tym poinformowani. Spodziewam się, że niedługo otrzymamy w tej sprawie telefon. – Minęły prawie trzy godziny. Caffery zmierzył go wzrokiem. Facet miał rację – te trzy godziny wykraczały poza statystyki. Bardzo mu się to nie podobało. Długo jednak pracował w policji i wiedział, że od czasu do czasu zdarzały się takie nietypowe sytuacje. Nagły zwrot akcji, niespodziewane utrudnienia. Fakt, te trzy godziny nieco go niepokoiły, próbował jednak przekonać samego siebie, że jest na to jakieś logiczne wytłumaczenie. Może mężczyzna chciał najpierw uciec wystarczająco daleko, znaleźć miejsce, w którym nikt go nie zauważy, i dopiero tam porzucić dziewczynkę? – Ta mała wróci. Macie moje słowo. – Naprawdę? – Naprawdę. Caffery zapiął płaszcz i wyszedł z pokoju. Za pół godziny kończył służbę i miał parę pomysłów na spędzenie nadchodzącego wieczoru: kilka piw z innymi policjantami w barze w Staple Hill, loteria fantowa w knajpie niedaleko komisariatu albo samotny wieczór w domu. Cóż za przygnębiające możliwości. Jeszcze bardziej jednak przygnębiała go świadomość tego, co musi zrobić przedtem: odwiedzić Bradleyów i dowiedzieć się, czy poza błędem statystycznym jest jakikolwiek powód, dla którego ich młodsza córka, Martha, nie wróciła jeszcze do domu.

2 O szóstej trzydzieści stanął przed domem ulokowanym na obrzeżach Oakhill, niewielkiej wsi w dystrykcie Mendip. Był to elegancki budynek w nowoczesnym stylu, na oko dwudziestoletni. Prowadziła do niego szeroka droga, a teren wokół otoczony był wawrzynami i cisami. Nie tak wyobrażał sobie plebanię. Spodziewał się raczej wolno stojącego domu porośniętego glicyniami, z dużym ogrodem i napisem „Plebania” wyrytym na kamiennej kolumnie bramy wjazdowej. Zamiast tego zobaczył bliźniak z asfaltowym podjazdem i oknami z PCW. Caffery zatrzymał się przed domem i wyłączył silnik. Spotkania z poszkodowanymi to była ta część jego pracy, która przyprawiała go o dreszcze. Przez chwilę miał ochotę zawrócić. Nie iść tą żwirową ścieżką. Nie pukać do drzwi. Otworzyła mu przydzielona Bradleyom funkcjonariuszka do spraw kontaktów z rodzinami ofiar. Była wysoką, trzydziestokilkuletnią kobietą o lśniących czarnych włosach. Najwyraźniej miała kompleksy na punkcie swojego wzrostu, bo nosiła buty na płaskim obcasie i spodnie z szerokimi nogawkami, ponadto garbiła się nieustannie, zupełnie jakby się bała, że zaraz uderzy głową w sufit. – Powiedziałam im już, z jakiej pan jest jednostki – wyjaśniła, robiąc krok w tył, żeby wpuścić go do przedpokoju. – Nie chciałam ich straszyć, ale powinni chyba wiedzieć, że traktujemy tę sprawę poważnie. Powiedziałam im też, że nie ma pan jeszcze żadnych nowych wiadomości i jest pan tu po to, żeby zadać kilka dodatkowych pytań. – Jak oni się czują? – A jak pan myśli? Wzruszył ramionami. – Fakt. Głupie pytanie. Funkcjonariuszka zamknęła za nim drzwi, po czym obrzuciła go długim, uważnym spojrzeniem.

– Dużo o panu słyszałam. W środku było ciepło, więc Caffery zdjął płaszcz. Nie zapytał jej, co o nim słyszała, czy było to coś dobrego, czy wręcz przeciwnie. Był przyzwyczajony do tego, że wzbudzał nieufność u pewnego typu kobiet. Jakimś cudem jego reputacja, którą zdobył na poprzednim stanowisku, jeszcze w Londynie, zawędrowała za nim aż tutaj, na zachód, do West Country. To między innymi właśnie dlatego nadal był samotny. Właśnie dlatego musiał zapełniać sobie wieczory bezsensownymi zajęciami, jak loterie fantowe i łażenie po pubach. – Gdzie oni są? – W kuchni. – To mówiąc, zręcznym kopnięciem umieściła z powrotem pod drzwiami zwinięty w rulon koc, chroniący przed przeciągiem. Na zewnątrz było zimno, wręcz lodowato. – Ale proszę tędy, chcę najpierw pokazać panu zdjęcia. Policjantka zaprowadziła go do jednego z pokoi. Panował w nim półmrok. Meble były solidne, ale nieco sfatygowane. Pod ścianą stało pianino z ciemnego drewna, był również telewizor na szafce i dwie wytarte kanapy przykryte czymś, co wyglądało na dwa zszyte ze sobą koce w indiańskie wzory. Wszędzie – na dywanach, ścianach, meblach – widać było wyraźnie długoletnią obecność dzieci i zwierząt. Na jednej z kanap leżały dwa psy – czarno-biały collie oraz spaniel. Obydwa podniosły głowy i uważnie obserwowały Caffery’ego, jakby chciały zapytać, co też on, do cholery, ma właściwie zamiar zrobić. Przystanął przy niskim stoliku, na którym rozłożono ponad dwadzieścia fotografii. Wszystkie powyciągane z albumów w takim pośpiechu, że na części z nich pozostały samoprzylepne rogi. Martha była drobna i blada, z grzywką z jasnych włosów. Na nosie okulary – jedne z tych, które niezmiennie są źródłem żartów ze strony kolegów z klasy. W środowisku detektywów panowało przekonanie, że jeśli chodzi o zaginione dzieci, jedną z najważniejszych kwestii było wybranie odpowiedniego zdjęcia do przedstawienia społeczeństwu. Musiało być jak najbardziej zgodne z rzeczywistością, a jednocześnie wzbudzać sympatię. Powoli wodził palcem po rozłożonych fotografiach. Niektóre robione były w szkole, inne na

wakacjach, na przyjęciach urodzinowych. Nad jedną zatrzymał się na dłużej. Martha miała na niej jasnoróżową koszulkę, a włosy zaplecione w dwa warkoczyki. Pozowała na tle letniego błękitnego nieba i zalesionych wzgórz. Sądząc po krajobrazie, zdjęcie zostało zrobione w ogrodzie na tyłach posiadłości. Wziął je do ręki i pokazał funkcjonariuszce. – Wybrała pani to zdjęcie? Kobieta przytaknęła. – Tak. Przesłałam je już e-mailem do biura prasowego. Uważa pan, że jest odpowiednie? – Sam bym je wybrał. – Czy teraz chce pan poznać rodzinę? Westchnął ciężko i rzucił spojrzenie na drzwi, które mu wskazała. Szczerze nienawidził tego momentu. Miał poczucie, że stoi przed jaskinią lwa. Nigdy nie potrafił w rozmowach z poszkodowanymi zachować równowagi pomiędzy chłodnym profesjonalizmem a współczuciem. – Dobrze, chodźmy. Miejmy to już z głowy. Wszedł do kuchni. Na jego widok wszyscy członkowie rodziny Bradleyów zatrzymali się w pół ruchu i zwrócili się ku niemu wyczekująco. – Nie mam żadnych nowych wieści – powiedział na wstępie, unosząc ręce w przepraszającym geście. – Żadnych wieści. Wszyscy westchnęli niemal jednocześnie i przyjęli z powrotem zgarbione, przygnębione pozy. Caffery przyglądał im się po kolei, identyfikując ich na podstawie informacji, które otrzymał na komisariacie policji we Frome: wielebny Jonathan Bradley stał przy zlewie, pięćdziesięciokilkuletni mężczyzna, wysoki, ciemny blondyn, którego gęste włosy falowały nad wysokim czołem. Prosty, szeroki nos nadawał jego twarzy nieco psi wyraz. Ubrany był w dżinsy i fioletowy podkoszulek, na którym widniało wyhaftowane na piersi słowo „Iona” pod logo harfy. Starsza córka Bradleyów, Philippa, siedziała przy stole. Była typową zbuntowaną nastolatką, z kółkiem w nosie i ufarbowanymi na czarno włosami. Gdyby to był zwyczajny dzień, garbiłaby się właśnie na kanapie i ze znudzonym wyrazem twarzy wpatrywała w telewizor. Zamiast tego siedziała

teraz przy kuchennym stole z rękami między kolanami, a na jej twarzy malowało się przerażenie. Przy tym samym stole siedziała również Rose. Kiedy tego ranka wychodziła z domu, wyglądała pewnie jak ktoś, kto spieszy się na spotkanie rady parafialnej – starannie ułożone włosy, naszyjnik z pereł. Jednak w ciągu tych kilku godzin jej twarz zmieniła się nie do poznania. Caffery już nieraz był świadkiem takiej przemiany. Teraz widać było, że Rose Bradley jest na granicy obłędu, kiedy siedziała tak w wymiętym kardiganie i poliestrowej sukience. Jej cienkie blond włosy były oklapnięte, oczy opuchnięte, a na skroni przyklejony miała opatrunek szpitalny. Najwyraźniej też zaaplikowano jej środki uspokajające, bo nienaturalnie opadały jej kąciki ust. Niedobrze. Wolałby rozmawiać z całkowicie przytomnym świadkiem. – Dobrze, że pan tu jest – odezwał się Jonathan Bradley, a na jego twarzy pojawił się wymuszony uśmiech. Podszedł bliżej i dotknął ramienia Caffery’ego. – Proszę siadać. Zaraz podam herbatę, właśnie zaparzyliśmy cały imbryk. Kuchnia, podobnie jak reszta mieszkania, była nieco podniszczona i wyblakła, panowała w niej jednak ciepła atmosfera. Na parapecie nad zlewem stały w rządku kartki z życzeniami urodzinowymi. Niewielka półka przy drzwiach zapełniona była prezentami, a na paterze ułożono tort, którego ktoś nie zdążył jeszcze posmarować kremem. Na środku kuchennego stołu leżały trzy telefony komórkowe, każdego z członków rodziny, ułożone na widoku, tak jakby spodziewano się, że któryś może w każdej chwili zadzwonić. Caffery uważnie oglądał całe pomieszczenie, próbując wyłapać przedmioty i punkty pomieszczenia powiązane z Marthą, pilnował jednak, aby rodzina tego nie zauważyła. Usiadł na krześle naprzeciwko Rose i uśmiechnął się do niej zdawkowo. W odpowiedzi na sekundę uniosła kącik ust. Tylko tyle. Jej policzki były pokryte pajączkami, które zazwyczaj pojawiają się, kiedy ktoś bardzo długo płacze. Obwódki oczu były czerwone, a skóra wokół gałek ocznych obwisła – czasem przy obrażeniach głowy tak to właśnie wyglądało. Nieobecne spojrzenie. Zanotował w pamięci, że musi spytać funkcjonariuszkę o to, jakie środki dostała Rose i od kogo. Oraz

upewnić się, że jest pod kontrolą lekarza, a nie samowolnie korzysta z zasobów domowej apteczki. – Jutro są jej urodziny – wyszeptała. – Czy przywieziecie ją do domu na jej urodziny? – Pani Bradley – zaczął. – Pragnę wyjaśnić, dlaczego tu jestem, i chciałbym zrobić to tak, żeby państwa nie zaniepokoić. Przypuszczalnie mężczyzna, który ukradł pani samochód, zrozumiał swój błąd, to znaczy zorientował się, że Martha jest na tylnym siedzeniu, i zaczął się zastanawiać, gdzie ją wypuścić. Proszę pamiętać, on też się boi. Chciał po prostu ukraść samochód, a nie porwać dziecko. Zawsze tak się dzieje w podobnych sytuacjach. Mam w swoim biurze materiały na ten temat. Czytałem je nawet przed przyjściem do państwa i mogę przesłać państwu kopie do przejrzenia, jeśli wyrażą państwo zainteresowanie. Z drugiej jednak strony... – Tak? Z drugiej strony? – Nasza jednostka musi traktować ten incydent jako porwanie, ponieważ tak nakazuje rozsądek. Jest to standardowa procedura i nie oznacza to wcale, że mamy jakieś powody do niepokoju. Przez cały czas czuł na sobie badawcze spojrzenie funkcjonariuszki. Wiedział, że w rozmowach z rodzinami, które padły ofiarą przemocy, trzeba niezwykle starannie dobierać słowa. Dlatego słowo „porwanie” wypowiedział ostrożnie i cicho, tak jak pokolenie jego rodziców wypowiadało słowo „rak”. – System identyfikacji tablic rejestracyjnych bez przerwy monitoruje wszystkie główne drogi w poszukiwaniu pani samochodu. Jeśli pojawił się na jakiejkolwiek większej trasie, namierzymy go bez problemu. Dodatkowo nasza jednostka podzieliła się na kilka mniejszych podzespołów, które prowadzą przesłuchania. Wydaliśmy również oświadczenie dla prasy, co oznacza, że o państwa sprawie głośno będzie w lokalnych, a pewnie i krajowych mediach. Bardzo możliwe, że gdyby już teraz włączyli państwo telewizor, zobaczylibyśmy wzmiankę na pasku informacyjnym wiadomości. Poza tym niebawem pojawi się u państwa ktoś z naszego działu technicznego. Będą musieli udostępnić mu państwo swoje telefony. – Na wypadek, gdyby ktoś zadzwonił? – spytała Rose rozpaczliwie. – To ma

pan na myśli? Że ktoś będzie do nas dzwonił? To wszystko brzmi tak, jakbyście rzeczywiście sądzili, że to porwanie. – Ależ, pani Bradley, tak jak mówiłem wcześniej: to wszystko są absolutnie rutynowe procedury. Proszę mi wierzyć, nic więcej się za tym nie kryje, nie mamy też jeszcze żadnych teorii. Jestem pewien, że ta sprawa nie zagrzeje długo miejsca w aktach naszego wydziału. Wierzę, że Martha wróci do domu cała i zdrowa na swoje jutrzejsze przyjęcie urodzinowe. Niemniej mam obowiązek zadać państwu teraz kilka pytań. – To mówiąc, wyciągnął z kieszeni niewielki dyktafon i umieścił go na stole obok telefonów. Zapaliło się czerwone światełko. – Od tego momentu rozmowa jest nagrywana. Czy wyrażają państwo na to zgodę? – Tak. To jest... – Rose zamilkła w pół zdania. Po chwili uśmiechnęła się przepraszająco, zupełnie jakby na moment zapomniała, kim właściwie on jest i co tu wszyscy robią. – To znaczy... tak, zgadzamy się. Jonathan Bradley postawił przed Cafferym kubek z herbatą, po czym usiadł obok żony. – Rozmawialiśmy i rozmyślaliśmy o tym wszystkim. Zastanawialiśmy się, dlaczego nie mamy jeszcze żadnych wieści. – Jest na to jeszcze za wcześnie. – Ale mamy pewną teorię – dodała Rose. – Martha klęczała na siedzeniu, kiedy to wszystko się wydarzyło. Jonathan przytaknął. – Co chwila powtarzaliśmy jej, żeby tego nie robiła, bezskutecznie. Kiedy tylko wsiądzie do samochodu, od razu pochyla się między przednimi siedzeniami w stronę radia i wyszukuje piosenkę, która by się jej podobała. Kiedy złodziej ruszył, zrobił to tak gwałtownie, że pewnie odrzuciło ją w tył i uderzyła głową o podłogę. Niewykluczone, że złodziej nawet nie wie, że ona tam jest – może leży nieprzytomna, a on po prostu jedzie, coraz dalej i dalej. Może nawet porzucił już ten samochód, a ona ciągle w nim jest, nieprzytomna. – Bak jest pełen. Zatankowałam po drodze do Bath. Sam pan widzi, że

mogą już być daleko, daleko stąd. – Nie mogę tego słuchać. – Philippa gwałtownie poderwała się z krzesła, podeszła do kanapy i zaczęła przetrząsać kieszenie dżinsowej kurtki. – Mamo, tato. Wiem, że to nie najlepszy moment na takie wyznania, ale palę. Od miesięcy. Przepraszam. – To mówiąc, wyciągnęła paczkę benson & hedges i ruszyła do wyjścia. Rose i Jonathan patrzyli na nią bez słowa. Nie powiedzieli nic nawet wtedy, kiedy stała w otwartych drzwiach i męczyła się z zapalniczką. Nad jej głową widać było postrzępione chmury pędzące po rozgwieżdżonym niebie. W oddali, w dolinie, migotały światła domów. Caffery pomyślał, że jest wyjątkowo zimno jak na listopad. O wiele za zimno. Niemal czuł, jak przytłacza go ogrom tego mroźnego krajobrazu. Ciężar tysiąca dróg, przy których mogła zostać porzucona Martha. Toyota yaris to niewielki samochód ze stosunkowo dużym bakiem, który starczyłby pewnie na jakieś pięćset mil drogi, jednak Caffery wątpił, żeby złodziej jechał cały czas w jednym kierunku. Był miejscowym, prawdopodobnie wiedział dokładnie, na których ulicach zamontowano kamery. Poza tym był zbyt zdenerwowany, żeby wyjeżdżać poza dobrze znane rejony. Najpewniej wciąż przebywał gdzieś w pobliżu, w miejscu, w którym czuł się pewnie, ale wystarczająco odludnym, żeby bez problemu porzucić dziewczynkę. Caffery był pewien, że dokładnie tak to wszystko przebiegło, a jednak wciąż odczuwał wewnętrzny niepokój na myśl o tym, ile minęło już czasu. Trzy i pół godziny. Prawie cztery. Zamieszał swoją herbatę. Wpatrywał się w trzymaną w ręku łyżeczkę, tak żeby przypadkiem nie spojrzeć na wiszący na ścianie zegar. Nie chciał, żeby zauważyła to rodzina. – Panie Bradley – odezwał się wreszcie. – Słyszałem, że jest pan tutejszym pastorem? – Zgadza się. Wcześniej byłem dyrektorem szkoły. Otrzymałem święcenia trzy lata temu. – Wyglądacie państwo na szczęśliwą rodzinę. – Jesteśmy szczęśliwą rodziną. – Dobrze się wam powodzi? Przepraszam za tę bezpośredniość. Jonathan uśmiechnął się słabo.

– Owszem, powodzi nam się całkiem nieźle. Nie mamy długów. Nie mam skrywanego problemu z hazardem ani narkotykami. I nikt z nas nie zrobił nic, żeby kogoś rozgniewać. Czy tego miało dotyczyć pana następne pytanie? – Tato – wymamrotała Philippa – nie bądź chamski. Zignorował ją zupełnie. – Bo jeśli do tego pan właśnie zmierza, panie Caffery, to obawiam się, że obrał pan zły kierunek. Nie ma żadnego powodu, dla którego ktoś chciałby odebrać nam córkę. Żadnego. Nie jesteśmy tego typu rodziną. – Rozumiem pana frustrację. Nie zamierzałem nikogo urazić, po prostu chcę mieć pełny obraz sytuacji. – Nie ma żadnego pełnego obrazu! Moja córka została porwana, a wy jesteście po to, żeby coś z tym zrobić! – Przerwał nagle, kiedy zdał sobie sprawę, że krzyczy. Usiadł na krześle, oddychając ciężko. Był czerwony z wściekłości. – Przepraszam – rzucił i zaczął nerwowo przeczesywać włosy palcami. Wyglądał na zmęczonego i pokonanego. – Naprawdę bardzo przepraszam. Nie chciałem wyładowywać na panu swojej złości. Po prostu... nawet pan sobie nie wyobraża, przez co przechodzimy. Jeszcze kilka lat wcześniej tego rodzaju komentarz wzbudziłby wściekłość młodego, porywczego Caffery’ego – to święte przekonanie, że nie ma pojęcia, przez co oni przechodzą! – jednak z wiekiem nauczył się zachowywać spokój w takich sytuacjach. Jonathan Bradley nie wiedział, co mówi, nie miał pojęcia, jak jest naprawdę – bo i skąd miałby wiedzieć? Dlatego Caffery bez słowa położył ręce na stole. Dłonie płasko na blacie. Chciał pokazać w ten sposób, że jest opanowany. W pełni kontroluje sytuację. – Proszę mnie posłuchać. Nie twierdzę, że mam stuprocentową pewność, ani tym bardziej, że potrafię przewidywać przyszłość, mogę jednak z przekonaniem powiedzieć, że mam przeczucie, i to bardzo silne, że ujrzymy niebawem szczęśliwe zakończenie tej historii. – Dobry Boże – szepnęła Rose, a po jej policzku popłynęła łza. – Tak pan sądzi? Naprawdę tak pan sądzi? – Naprawdę. – To mówiąc, uśmiechnął się krzepiąco i powiedział jedną z najgłupszych rzeczy, jaką zdarzyło mu się w życiu powiedzieć: – Co więcej,

chętnie zobaczyłbym zdjęcie Marthy zdmuchującej urodzinowe świeczki na torcie. Mam nadzieję, że prześlecie mi odbitkę.

3 Fabryka cementu w Mendip Hills nie działała od ponad szesnastu lat. Jej właściciele zamontowali bramę, która miała powstrzymywać intruzów przed samochodowymi wygłupami na terenie kamieniołomu. Pchła Marley zaparkowała auto jakieś sto jardów od ogrodzenia, za krzakami na skraju drogi. Ułamała parę gałęzi z pobliskiego drzewa i ułożyła je na samochodzie, tak żeby nie był zbyt widoczny dla kierowców jadących główną drogą. Co prawda rzadko ktokolwiek tędy jeździł, mimo wszystko jednak lepiej było zachować ostrożność. Dzień był zimny. Niebo pokrywały szare chmury znad Atlantyku. Wiał też nieprzyjemny wiatr, dlatego Pchła miała na sobie kurtkę przeciwdeszczową i ciepłą czapkę. Do plecaka schowała woreczek z magnezją, kostki mechaniczne i ochraniacze na łokcie i kolana. Jej „samoprzylepne” buty do wspinaczki wyglądały z daleka jak zwykłe buty trekkingowe. Gdyby kogoś spotkała, wzięto by ją za spacerowicza, który zboczył z trasy. Przecisnęła się przez szczelinę w ogrodzeniu i ruszyła wyjeżdżoną przez samochody ścieżką. Pogoda była coraz gorsza. Kiedy dotarła wreszcie na brzeg, nawałnica trwała już w najlepsze. Pod kopułą białych chmur pędziły te mniejsze, ciemniejsze, niczym stada ptaków. Nikomu by przez myśl nie przeszło wychodzić z domu w taką pogodę. Mimo to jednak trzymała głowę nisko i szła szybkim krokiem. Ściana skalna, do której zmierzała, była niewidoczna z kamieniołomu. Przystanęła teraz u jej stóp i obejrzała się za siebie ostatni raz, chcąc się upewnić, że w pobliżu nikogo nie ma. Znalazła miejsce, które ją interesowało, zdjęła plecak i wyciągnęła z niego kilka potrzebnych jej rzeczy. Najważniejsze było teraz szybkie tempo i determinacja. Nie myśl, działaj. Po prostu zrób to, miej to za sobą. Wbiła pierwszą kostkę w wapienną powierzchnię. Jej nieżyjący od wielu lat ojciec był typem poszukiwacza przygód. Nurek, grotołaz, alpinista. Odziedziczyła po nim zapał do przygód, ale akurat do wspinaczki nigdy się

w pełni nie przekonała. Nie była z tych, którzy potrafią podciągnąć się na dwóch palcach. Ta wapienna skała powinna być łatwa do pokonania, z tymi wszystkimi szczelinami, a jednak ona strasznie się z nią męczyła – co chwila źle się chwytała. Wszędzie widać było białe ślady po magnezji, pozostałość po jej wcześniejszych próbach. Podczas wspinaczki zatrzymywała się co kilka stóp, żeby wygrzebać biały proszek spomiędzy kolejnych pęknięć. Zostawianie śladów nigdy nie pomagało. Nigdy. Pchła była drobna, ale silna niczym małpa. Życie nie szczędziło jej niespodzianek. Nigdy nie wiedziała, co czeka ją za kolejnym zakrętem – musiała być gotowa na wszystko. Dlatego codziennie ćwiczyła. Co najmniej przez dwie godziny. Biegała, podnosiła ciężary. Była w świetnej formie. Mimo kiepskiej techniki wspięła się na szczyt skały w niecałe dziesięć minut. Nawet nie dostała zadyszki. Na tej wysokości wiatr hulał z jeszcze większą siłą i wzdymał jej kurtkę. Targane wiatrem włosy wpadały jej do oczu. Odgarnęła je, odwróciła głowę i spojrzała w dal, na spowitą deszczem dolinę. Skała, na której się znajdowała, była niemal zupełnie niewidoczna, z wyjątkiem tego właśnie fragmentu, na którym teraz stała. Gdyby miała wyjątkowego pecha, mogłaby zostać dostrzeżona przez któregoś z przejeżdżających motocyklistów. Ale droga była praktycznie pusta, jeśli nie liczyć paru samochodów z włączonymi światłami i wycieraczkami działającymi na pełnych obrotach. Mimo wszystko jednak trzymała się z dala od krawędzi, tak żeby jak najmniej rzucać się w oczy. Przesunęła się nieco w lewo, aż znalazła miejsce, którego szukała. Chwyciła w obydwie ręce gałęzie krzewu janowca i rozchyliła je krótkim szarpnięciem. Zawahała się przez chwilę. Nie chciała tego robić. Po chwili jednak zanurzyła twarz między korzenie. Wciągnęła powietrze głęboko do płuc. Wstrzymała oddech. Smakowała ten zapach, napawała się nim. Ciszę rozerwał jej długi, ochrypły kaszel. Odwróciła się i przycisnęła wierzch dłoni do twarzy, oddychając ciężko. Zwłoki ciągle tam były. Czuła ich zapach. Gorzki, dławiący smród gnijącego ciała. Był przytłaczający, ale jednak coraz mniej wyraźny. Słabszy niż wcześniej, tak jak powinno być. W lecie odór stawał się nie do zniesienia.

Bywały dni, kiedy przychodziła tutaj i czuła go już na drodze, tam gdzie poczuć mógł go zwykły przechodzień. Teraz było już lepiej. O wiele lepiej. To znaczyło, że ciało kobiety ulegało rozkładowi. Niewielka szpara, do której Pchła wetknęła nos chwilę wcześniej, stanowiła początek głębokiej szczeliny, pełznącej daleko w głąb skały. Dużo, dużo niżej, niemal dwadzieścia pięć stóp w dół, znajdowała się jaskinia. Prowadziło do niej tylko jedno wejście – podwodne – którego nie sposób było znaleźć bez specjalistycznego sprzętu do nurkowania i szczegółowej znajomości najróżniejszych zakamarków kamieniołomu. Ona sama nurkowała tam już dwukrotnie w ciągu sześciu ostatnich miesięcy, w czasie których znajdowały się tam zwłoki. Chciała mieć pewność, że nikt ich nie znalazł. Obecnie wciśnięte były w dziurę w ziemi, przykryte kamieniami. Nikt nie wiedział, że tu są. Jedynym śladem, który mógł naprowadzić kogokolwiek na to, co zrobiła Pchła, był smród, którego nie można było pomylić z żadnym innym, a który wydostawał się na zewnątrz przez naturalny system wentylacyjny jaskini, wił się przez liczne pęknięcia i wylatywał na powierzchnię. Z drugiego końca kamieniołomu dało się słyszeć hałas: ktoś otwierał bramę. Pchła momentalnie zsunęła się w dół, rozczapierzając ręce i nogi. Poobcierała sobie przy tym kolana, a na jej nieprzemakalnym ubraniu została długa pomarańczowa smuga. Skuliła się, kiedy tylko jej stopy dotknęły ziemi, i tak przycupnięta nasłuchiwała odgłosów z kamieniołomu. Deszcz i wiatr mocno jej to utrudniały, niemniej odniosła wrażenie, że słyszy warkot silnika samochodowego. Ukradkiem wychyliła się zza skały, rozejrzała szybko i natychmiast schowała się z powrotem. Tak, to był samochód. Z włączonymi reflektorami. Sunął powoli w tę stronę. Ale to nie było jeszcze najgorsze. Dla pewności wychyliła się jeszcze raz. Tak. Miała rację. To był radiowóz. Ładne rzeczy. I co teraz, mądralo? Błyskawicznie zdjęła nakolanniki, schowała woreczek z magnezją i rękawiczki. Nie była w stanie dosięgnąć wszystkich zamontowanych kostek, pospiesznie wyjęła jednak te, które były w zasięgu jej rąk, i schowała je między pobliskie krzaki. Opadła na ziemię i zaczęła rakiem wycofywać się

spod skały, osłonięta przez krzaki, do momentu, aż natknęła się na inną skałę, przy której mogła się bezpiecznie wyprostować i rozejrzeć. Radiowóz zatrzymał się po drugiej stronie kamieniołomu, tam gdzie piętrzyły się niewykorzystane materiały należące do firmy betoniarskiej. Jego światła były zachlapane błotem. Może ten policjant zatrzymał się tutaj po to, żeby się wysikać. Albo zadzwonić. Albo zjeść kanapkę. Policjant wyłączył silnik i otworzył okno. Wychylił się przez nie na chwilę, rozejrzał, po czym schował się z powrotem do środka i zaczął szukać czegoś na siedzeniu pasażera. Kanapki? Niech to będzie kanapka, na litość boską. Albo telefon. Nic z tego. To była latarka. Cholera jasna. Otworzył drzwi. Przez ulewny deszcz i gęste chmury było teraz tak ciemno, że w snopie światła latarki widać było krople deszczu. Odłożył ją na chwilę, żeby włożyć płaszcz przeciwdeszczowy. Trzasnęły drzwi samochodu. Policjant podszedł do brzegu i skierował światło na powierzchnię wody. Obserwował przez chwilę, jak jej tafla drży i faluje pod uderzeniami kropli deszczu. Na zewnątrz za bramą, nieco dalej przy drodze spostrzegła leżącą na ziemi jedną z gałęzi, której użyła, żeby ukryć swój samochód. A zatem policjant wiedział, że ktoś tu jest. No, to ładnie, kochana – pomyślała – masz przegwizdane. Niespodziewanie policjant odwrócił się gwałtownie, jakby usłyszał jakiś hałas, i skierował światło latarki w jej stronę. Przylgnęła całym ciałem do skały. Ostry wiatr sprawił, że zaczęły łzawić jej oczy. Jej serce waliło jak oszalałe. Policjant zrobił niepewnie kilka kroków. Gruby żwir chrzęścił pod jego butami. Raz, dwa, trzy, cztery. Potem bardziej zdecydowanie. Pięć, sześć, siedem. Był coraz bliżej. Wzięła głęboki oddech, ściągnęła kaptur z głowy i wystąpiła naprzód, wprost w światło latarki. Policjant przystanął w odległości kilku stóp od niej, z latarką wyciągniętą przed siebie. Strużki deszczu spływały mu po kapturze, kapiąc na twarz. – Dobry wieczór. – Dobry wieczór.

Oświetlił jej całą sylwetkę od góry do dołu. – Czy wie pani, że znajduje się pani na prywatnym terenie? Należy do firmy betoniarskiej. – Tak, wiem. – Pracuje pani w kamieniołomach? Uśmiechnęła się do niego krzywo. – Chyba zajmuje się pan tym od niedawna, co? Od kiedy na służbie? – Proszę mi powiedzieć – policjant zignorował jej uwagę – czy rozumie pani znaczenie słów „teren prywatny”? Prywatny. – Że nie powinno mnie tu być? To by się zgadzało, gdybym nie miała do tego upoważnienia. Uniósł brwi. – Świetnie. Czyli wie pani, o co chodzi. Czy to pani samochód? Tam przy drodze? – spytał, kierując snop światła w odpowiednim kierunku. – Tak. – Nie chciała go pani chyba ukryć, prawda? Pod tymi gałęziami? Roześmiała się. – Mój Boże, oczywiście, że nie, dlaczego miałabym to robić? – Więc to nie pani umieściła na nim te gałęzie? Podniosła dłoń na wysokość czoła, żeby osłonić oczy przed deszczem, i udała, że usilnie wpatruje się w majaczący w oddali samochód. – Najwyraźniej wiatr połamał pobliskie drzewo. Ale rzeczywiście, rozumiem pana niepokój, wygląda to tak, jakby ktoś chciał go ukryć. Policjant ponownie skierował na nią latarkę i uważnie oglądał jej strój. Nawet jeśli zauważył, że ma na nogach buty do wspinaczki, nie przywiązał do tego wielkiej wagi. Podszedł kilka kroków bliżej. Sięgnęła do wewnętrznej kieszeni kurtki. Policjant zareagował błyskawicznie: w ułamku sekundy latarka znalazła się pod jego pachą, prawa ręka spoczywała na krótkofalówce, a lewa na trzymanej w kaburze puszce z gazem łzawiącym. – Spokojnie, spokojnie. – Wyjęła dłoń, rozpięła kurtkę i rozchyliła, tak żeby widział dokładnie, co robi. – W tej wewnętrznej kieszeni znajduje się dowód

na to, że mogę tu przebywać. Mogę go panu pokazać? Policjant nie spuszczał oczu z kieszeni. – Dowód? Jakiego rodzaju dowód? – Proszę, niech pan sam go wyjmie. – Zrobiła krok w jego stronę. – Jeśli dzięki temu mniej się pan będzie stresował. Policjant nerwowo oblizał usta. Podniósł rękę, która spoczywała na krótkofalówce, i sięgnął do kieszeni, o której mówiła Pchła. Koniuszkami palców dotknął krawędzi materiału. – Nie ma tam nic ostrego, prawda? Czegoś, czym mógłbym się skaleczyć? – Nie. – Lepiej, żeby mówiła pani prawdę, młoda damo. – Mówię prawdę. Powoli wsunął rękę do kieszeni i pomacał jej zawartość. Momentalnie zrzedła mu mina. Wyciągnął przedmiot, który się tam znajdował, i zaczął go uważnie oglądać. Legitymacja policyjna. W standardowej czarnej, skórzanej oprawie. – Jest pani policjantką? – spytał wreszcie. – Sierżant Marley? Słyszałem o pani. – Mhm. Jestem dowódcą oddziału poszukiwań podwodnych. Oddał jej legitymację. – Ale co właściwie pani tu robi? – Zastanawiałam się, czy nie przeprowadzić tutaj treningów w przyszłym tygodniu. Chciałam zrobić rozeznanie. – Spojrzała z powątpiewaniem w niebo. – Przy takiej beznadziejnej pogodzie wszystko jedno, czy odmrażasz sobie tyłek na lądzie, czy pod wodą. Policjant wyłączył latarkę i nieco ciaśniej opatulił się płaszczem. – Oddział poszukiwań podwodnych? – Właśnie. Prowadzimy poszukiwania pod wodą. – Dużo o was słyszałem. Nie dzieje się u was najlepiej, prawda? Nic nie odpowiedziała, poczuła jednak zimne, nieprzyjemne ukłucie na wspomnienie o kłopotach w jej jednostce. – Słyszałem o wizytach komendanta. Komisja Etyki i Standardów

Zawodowych ma przeprowadzać jakieś śledztwo, zgadza się? Pchła starała się nadać swojej twarzy wyraz beztroski. Z miłym uśmiechem schowała legitymację z powrotem do kieszeni. – Cóż, nie możemy wiecznie roztrząsać błędów z przeszłości. Musimy iść naprzód. Mamy dużo do roboty, tak samo zresztą jak wy. Policjant przytaknął. Przez chwilę wyglądał tak, jakby chciał dodać coś jeszcze, ale najwyraźniej w ostatniej chwili zmienił zdanie. Zasalutował, odwrócił się na pięcie, powoli skierował swoje kroki do samochodu i wsiadł do środka. Odjechał tyłem jakieś dziesięć jardów, po czym zawrócił szerokim łukiem i wyjechał przez bramę. Zwolnił nieco, kiedy mijał schowany w krzakach samochód Pchły. Jeszcze raz przyjrzał mu się dokładnie, po czym wcisnął pedał gazu i po chwili zniknął jej z oczu. Przez dłuższą chwilę stała jeszcze bez ruchu w ulewnym deszczu. „Dużo o was słyszałem. Nie dzieje się u was najlepiej, prawda?” Wzdrygnęła się, zapięła kurtkę pod szyję i rozejrzała po opuszczonym kamieniołomie. Krople deszczu niczym łzy spływały jej po policzkach. Nikt wcześniej nie był tak bezpośredni w komentowaniu sytuacji w jej jednostce. Aż do teraz. Wsłuchała się w siebie, próbując określić, jak właściwie się z tym czuje. Ku swojemu zaskoczeniu naprawdę martwił ją fakt, że zespół miał kłopoty. Poczuła w piersi nieprzyjemny ucisk, pojawił się też w tym momencie, gdy ukryła zwłoki w jaskini. Wzięła głęboki oddech, zbierając się w sobie. Powoli wdychała i wydychała powietrze, aż wreszcie niemiły ucisk w piersi zniknął.

4 O ósmej trzydzieści wieczorem Marthy w dalszym ciągu nie było, jednak w śledztwie poczyniono pewne postępy – pojawił się trop. Jakaś kobieta zobaczyła w wiadomościach informację o porwaniu samochodu i uznała, że ma do powiedzenia coś, co mogłoby się okazać pomocne dla policji. Złożyła zeznania u miejscowych policjantów, którzy przekazali je z kolei do MCIU. Caffery jechał teraz do niej, wybierając mniej popularne, wiejskie drogi, którymi mógł jechać szybko bez ryzyka, że zostanie złapany przez gliniarzy z drogówki. Wreszcie przestało padać, ale porywisty wiatr ciągle jeszcze mocno dawał się we znaki. Za każdym razem, kiedy się wydawało, że się uspokaja, kolejny podmuch pojawiał się jakby znikąd i strząsał krople deszczu z drzew prosto na samochód. W mieszkaniu kobiety kaloryfery grzały pierwszorzędnie, wiedział jednak, że nie może zostać tam zbyt długo. Odmówił herbaty, porozmawiał z nią dziesięć minut i wyszedł. Potem pojechał na stację benzynową, gdzie wziął na wynos cappuccino, i wrócił na ulicę, przy której mieszkała kobieta. Stał dłuższą chwilę przed jej domem, sącząc kawę, zapięty pod samą szyję. Chciał zrobić małe rozeznanie, wczuć się w klimat okolicy. Wcześniej tego dnia, w porze lunchu, a więc około godziny przed tym, jak Rose Bradley została zaatakowana, zaparkował tutaj mężczyzna w granatowym samochodzie. Kobieta zauważyła go przez okno i obserwowała dłuższą chwilę, ponieważ zachowywał się podejrzanie nerwowo. Miał podniesiony kołnierz, więc nie udało jej się zobaczyć jego twarzy, była jednak przekonana, że był biały i ciemnowłosy. Miał na sobie czarną puchową kurtkę, a w lewej ręce trzymał coś, na co w tamtym momencie nie zwróciła specjalnej uwagi. Teraz jednak wydawało jej się, że mogła to być gumowa maska lub coś w tym rodzaju. Widziała, jak wysiadał z samochodu, niestety, potem rozdzwonił się telefon, który odciągnął jej uwagę od okna. Kiedy wróciła, mężczyzny nie było, jednak jego samochód stał tam nadal. Przez cały

dzień. Dopiero później, kiedy zobaczyła informację w wiadomościach i wyjrzała przez okno, zobaczyła, że pojazd też zniknął. Ktoś musiał go zabrać pod wieczór. Odniosła wrażenie, że był to vauxhall, aczkolwiek nie miała stuprocentowej pewności – za bardzo nie znała się na markach samochodów. Za to na karoserii na pewno widniał rysunek smoka. Caffery poprosił ją, żeby wyszła z nim na chwilę na zewnątrz, i znalazł innego vauxhalla zaparkowanego kilka budynków dalej. Kiwnęła twierdząco głową – tak, to był właśnie taki samochód. Tylko granatowy. I niezbyt czysty. I możliwe, że miał „WW” na końcu numeru rejestracyjnego, ale tego też nie była stuprocentowo pewna. Niczego więcej nie zdołała sobie przypomnieć, chociaż bardzo chciała pomóc. Caffery stał teraz w miejscu, w którym wcześniej parkował podejrzany samochód. Próbował zwizualizować sobie całą scenę, ustalić, kto jeszcze mógł widzieć wóz. Na samym końcu ciemnej, wietrznej uliczki jarzył się neon lokalnego sklepiku. Z daleka dostrzegł poprzyklejane do okien plakaty, stojący przy wejściu kosz na śmieci i strzępy gazet powiewające na drucianej siatce. Przeszedł na drugą stronę ulicy, dopił kawę, wyrzucił styropianowy kubek do śmieci i wszedł do sklepu. – Dzień dobry – zaczął i pokazał swoją legitymację stojącej za ladą Azjatce. – Czy jest może kierownik sklepu? – Ja jestem kierownikiem sklepu – odpowiedziała, zerkając na legitymację. – A kim pan jest? – Nazywam się Caffery. Jack, jeśli woli pani zwracać się do mnie po imieniu. – I jest pan detektywem? – Można mnie tak nazwać – przytaknął, po czym ruchem głowy wskazał kamerę przemysłową nad kasą sklepową. – Ten sprzęt działa? Zerknęła do góry. – Czy to znaczy, że oddacie mi mój chip? – Co takiego? – No, ta kradzież. – Jaka kradzież? Nic o tym nie wiem. Nie jestem z lokalnej policji, tylko