uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 720 559
  • Obserwuję750
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 007 791

Monika Feth - Malarz młodych dziewcząt

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :1.3 MB
Rozszerzenie:pdf

Monika Feth - Malarz młodych dziewcząt.pdf

uzavrano EBooki M Monika Feth
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 37 osób, 42 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 361 stron)

Èçöê"Ïñðëíã" " Ïãîãôü"ïłñæûåê" æüëçùåüąö" Ilka znika bez śladu. Jej chłopak szaleje z niepokoju, a Jette, która nie zdążyła jeszcze dobrze poznać Ilki, ma złe przeczucia. Policja działa po omacku, więc Jette rozpoczyna dochodzenie na własną rękę. Wkrótce wpada na trop ciemnego rozdziału z przeszłości Ilki. Kim tak naprawdę była ta dziewczyna? Malarz młodych dziewcząt to wciągający thriller psychologiczny opowiedziany z perspektywy kilku postaci."

1 Szary mercedes podjechał bezszelestnie, z wyłączonymi światłami, i się zatrzymał. Było parę minut po ósmej. Latarnie spowijała delikatna mgła. Zaparkowane samochody pokrywała warstewka lodu. Na dachach i gałęziach drzew osiadł ledwie dostrzegalny szron. Okna domów wyglądały jak żółte oczy. Ich spojrzenie było chłodne i obojętne. Szczekał pies. Zza uchylonej mimo zimna bramy garażu dobiegał głos z radia. Gdzieś trzasnęły drzwi. W oddali dał się słyszeć sygnał karetki pogotowia, policji albo straży pożarnej. Dym z kominów płożył się ku ziemi. Zapowiadał się ciężki, pochmurny dzień. Nikt nie zauważył szarego mercedesa. Nikt nie zwrócił uwagi na to, że siedzący w nim mężczyzna uważnie obserwuje jeden z domów. Siedział tam, w ciemności i ciszy za przyciemnionymi szybami, bez drgnienia, jak kamień. A ponieważ nikt go nie widział, można by odnieść wrażenie, że w ogóle go tam nie było. "

Ilka czuła się rześka i wypoczęta. Bliźnięta mimo silnego przeziębienia spały spokojnie, nie budząc jej naprzemiennymi napadami kaszlu, jak poprzednich nocy. Rzuciła przelotne spojrzenie za okno i zdecydowała się na gruby sweter z golfem. Był ostatnim prezentem od mamy, cieszył ją każdy dzień, gdy go nosiła. Czasem wydawało jej się, że jeszcze czuje zapach perfum, których używała mama. Ale potem mówiła sobie, że to niemożliwe. Może ciocia Marei ma rację, przypisując jej bujną wyobraźnię. Sweter miał rdzawoczerwony kolor i wspaniale pasował do jej ciemnorudych włosów. Mama nazywała ją jesienną dziewczyną, lice podobało się to określenie. I podobała się sama sobie. Przynajmniej czasami, kiedyś. Tymczasem wszystko się zmieniło. Jesienna dziewczyna stała się wspomnieniem. Ale Ilka już od dawna nie dopuszczała do siebie wspomnień. Zanim zgasiła światło, rozejrzała się badawczo. Wszystko w porządku. Pamiętnik schowany. Nigdzie nie leżało nic takiego, czego nikt nie powinien znaleźć. Ilka zbiegła po schodach. Ciocia Marei siedziała przy resztkach śniadania, czytając gazetę. Bliźnięta poszły już do szkoły. Dwa dni wolnego przy przeziębieniu musiały wystarczyć, pod tym względem ciocia Marei była niezłomna. Póki człowiek nie jest umierający, musi wypełniać obowiązki. I basta! - No to lecę. Ilka włożyła kurtkę z jagnięcej wełny. Kupiła ją niedrogo w second-handzie i uwielbiała ponad wszystko. - Nie zjesz śniadania? Czasem głos cioci Marei miał żałosny ton. Jakby wszystko, co się robi lub czego się nie robi, było wymierzone przeciwko

niej. A przecież w zasadzie była silną, energiczną kobietą. Biadolenie w ogóle do niej nie pasowało. - Jestem spóźniona. Wezmę coś ze sobą. Ilka przyjrzała się zawartości półmiska z owocami, zdecydowała się na dwa banany, włożyła je do plecaka i pocałowała ciocię w policzek. - Dziecko! Jakaś ty się zrobiła chudziutka! - Ciocia objęła ramieniem biodra liki, patrząc na nią z troską. W jej spojrzeniu było wiele pytań. - Dziś wieczorem sobie podjem — obiecała Ilka. — Słowo honoru. Ciocia odprowadziła ją spojrzeniem, lekko się uśmiechając. Ilka poczuła ukłucie. Jakby przy stole siedziała jej mama. „Bujna fantazja — pomyślała, owijając szal wokół szyi. — To fakt. Powinnam stać obiema nogami na ziemi, a nie wszędzie widzieć zjawy". Idąc nieposprzątanym korytarzem, znowu poczuła, jak bardzo lubi ten dom. Nie był ani szczególnie ładny, ani jakiś nadzwyczajny, niezbyt nowoczesny, ale też nie tak stary, żeby obrosnąć licznymi opowieściami - dom jak wiele innych na tym osiedlu. Ale była tu mile widziana. I to czyniło go wyjątkowym. Zapewniał schronienie, zawsze gotowy ją przyjąć. Czy nie tym powinien być dom? Czy nie za tym tęskniła? Za spokojem, schronieniem i poczuciem bezpieczeństwa. Ten dom to wszystko jej zapewniał. Tu czuła się bezpieczna. Po raz pierwszy od dawna. Gdy zamknęła za sobą drzwi, chłód uderzył ją w twarz, głęboko zaczerpnęła powietrza. Szczekanie psa z oddali brzmiało jak obietnica. Zycie jest piękne. Niemal była gotowa w to uwierzyć. "

Okna zaparowały. I dobrze. To zatrzymywało ciekawskie spojrzenia. Ruben ostrożnie przetarł palcami przednią szybę. I wtedy ją zobaczył. Pochylił się, wstrzymując oddech. Była przepiękna. Nawet z tej odległości rzucało się to w oczy. Jej twarz połyskiwała jasno w świetle latarni, włosy wepchnęła (niedbale, wiedział o tym) pod wełnianą czapkę. Wolał, kiedy opadały jej na ramiona. Miała cudowne włosy, które nie znosiły poskramiania. Ruben nie rozumiał, dlaczego wybrała takie życie. Mały, typowy drobnomieszczański dom, otoczony takimi samymi budynkami. Ciągnęły się wzdłuż ulicy jak nanizane na sznurek, nic niewarte szklane paciorki. Stały wciśnięte w wąskie ogródki, w których chłodne światło chromowanych lamp solarnych padało na poprzycinane krzewy. Czego szukała w okolicy z marszczonymi tiulowymi firankami w oknach? Z pedantycznie ustawionymi w rzędzie pojemnikami do sortowania śmieci, czarnym, żółtym i niebieskim? Gdzie nikt się nie wyróżniał, nawet łaciaty kot, który grzecznie, lecz daremnie, prosił pod jednymi z drzwi, by go wpuszczono do środka, zamiast poszukać sobie miejsca gdzieś indziej, gdzie spotka się z większym zrozumieniem? Zadzwoniła jego komórka. Spojrzał na wyświetlacz. Ar-chitektka. To może poczekać. Nie chciał, żeby mu teraz ktokolwiek przeszkadzał. Wyłączył telefon. Każdy dźwięk zakłócał ten szczególny nastrój, gdy rozmyślał o dniu wczorajszym, dzisiejszym i jutrzejszym. Ilka wyprowadziła rower z garażu. W pierwszym szarym świetle, które wypełzało sponad dachów, snując się po ogołoconych gałęziach drzew, sprawiała wrażenie drobnej

i zagubionej. Kiedy mijała go na rowerze, odwrócił głowę. Serce waliło mu tak, że omal nie pękło. Zamknął oczy. Stopniowo się uspokajał. Nie pojedzie za nią. Nie zrobi tego. Odzwyczaił się od ulegania uczuciom. Musi pozostać chłodny i opanowany, a wtedy wszystko pójdzie dobrze. Przez chwilę patrzył na dom, w którym mieszkała. Numer siedemnaście. Jej ulubiona liczba. Ale to oczywiście przypadek. Chociaż zapewne uznała to za zrządzenie losu. Lubiła zdawać się na los, gwiazdy i siły wyższe. Za oknem w kuchni poruszył się cień. Ruben zacisnął zęby. Jego ręce kurczowo ścisnęły kierownicę. Nie. Nie może sobie pozwolić na słabość. Ważne, żeby zachować trzeźwość umysłu. Uczucia już nieraz płatały mu figle. To nie może się znów zdarzyć. Ilka. Będzie myślał tylko o niej. O niczym innym. Po jego wychudłej twarzy przemknął uśmiech. Nasunął na nos okulary, których używał do jazdy samochodem. Ilka. Uwielbiał jej imię. I cieszył się, że przynajmniej ono mu zostało. Wszystko inne mu odebrała, wtedy, gdy zniknęła w nocy i obwarowała się w tym prowincjonalnym koszmarze. Jakie życie tutaj wiedzie? Fałszywe i zakłamane. Zycie, które się nie liczy, bo nie jest jej prawdziwym życiem. Nie może być szczęśliwa. Tylko tak udaje przed innymi. Czy ktoś się domyśla, że jest oszustką? Czy to się czuje, stojąc przed nią i patrząc jej w oczy? Czy też ludzie, którzy ją znają, wierzą jej? Wszyscy zawsze wierzyli lice. Zawsze. On też. Dopiero pod koniec przeważyły wątpliwości. Ale zbyt późno zareagował i nie mógł już nic zmienić. "

Wyjął gąbkę ze schowka w drzwiach i przetarł nią przednią szybę. Potem włączył silnik. Powoli ruszył. Bez świateł do najbliższego rogu. Naprawi swój błąd. I będzie uważał, żeby nie popełnić kolejnego. Wepchnęłam książki do plecaka i jeszcze raz rozejrzałam się po kuchni. Wszystkie urządzenia wyłączone, okna zamknięte, więc dlaczego jeszcze nie wychodzę? Tej zimy czułam się jak sparaliżowana. Miałam wrażenie, jakby wszystkie moje ruchy były spowolnione. Nie tak jak na zdjęciach w zwolnionym tempie, ale też niewiele się od tego różniły. Wszystko sprawiało mi trudność. Musiałam się starać, żeby przy chodzeniu unosić stopy, a nie powłóczyć nogami. Zaspałam. Po wstaniu z łóżka zbierało mi się na wymioty. Miałam zawroty głowy. Pod prysznicem opierałam się o ścianę, żeby nie upaść. To pewnie niskie ciśnienie. A może moje dolegliwości biorą się z tego, że jestem nieszczęśliwa. Znalazłam miłość i"straciłam ją. Czułam się tak przeraźliwie samotna jak nigdy dotąd. Nie. Nie! Nie chcę o tym myśleć! I nie wolno mi. Przez całe tygodnie byłam chora, dochodziłam do siebie z trudem, krok po kroku. Nie mogę dopuścić do nawrotu choroby, nie chcę znów stać się bezwolną istotą, która przeżyła tylko dzięki niezmiernej cierpliwości i wsparciu rodziny oraz przyjaciół. Były przy mnie moja mama i Merle. Osłaniały mnie i chroniły. Bardzo pomogła mi też babcia. Przynosiła książki

i płyty, czytała mi i słuchała ze mną muzyki. A czasem po prostu tylko przy mnie siedziała i razem milczałyśmy. Tilo, przyjaciel mamy, stał mi się w tamtym czasie znacznie bliższy. - W jakiś sposób się zmieniłeś - powiedziałam mu. Potrząsnął głową i obdarował mnie tym swoim specjalnym uśmieszkiem, z przymrużonymi oczami i niemal szyderczo wykrzywionymi wargami. Typowy uśmiech psychologa, jak określa to moja mama. — Nie — odparł. — To ty się zmieniłaś. Pewnie wszyscy staliśmy się inni. Wskutek strasznych doświadczeń, jakie zebraliśmy. Moja przyjaciółka Caro została zamordowana, a ja zakochałam się w jej zabójcy. Dzięki swemu uporowi Merle uratowała mi życie. Pisały o tym wszystkie gazety. Każdy się na ten temat wymądrzał. To już nie była historia Caro, Merle i moja. Nagle stała się własnością wszystkich. Mówili o tym nawet ludzie na ulicy. I mówią do tej pory. „Przestań! Nie myśl o tym". Niektóre dni udawało mi się przetrwać tylko dlatego, że wypierałam wszelkie wspomnienia z tamtego czasu. Opróżniałam głowę i nie dopuszczałam żadnej myśli, która mogłaby mnie niepokoić. Nie powinnam wszystkiego traktować tak poważnie. Są po prostu takie dni, kiedy nic się nie udaje, kiedy już ranek źle się zaczyna. To był właśnie taki dzień. Na dworze chłód uderzył mnie w twarz. Postanowiłam jechać samochodem, chociaż wyglądał jak wyciągnięty z zamrażarki. To oznaczało co najmniej pięć minut skrobania "

i nie było najlepszym sposobem na poprawę mojego samopoczucia. Ocieplacze na nadgarstki, które babcia podarowała mi na Gwiazdkę, były już mokre, a przednia szyba wciąż do połowy zamarznięta. Poczułam, że prawie nie mam już czucia w palcach i najchętniej wróciłabym do domu. „Ofiaro losu - odezwał się we mnie dokuczliwy, pełen pretensji głos, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy zaczynałam się nad sobą użalać. - Czy nie za długo wylegiwałaś się w łóżku?". Tak, całe tygodnie. Stopniowo znowu zaczęłam wystawiać nos na powietrze. Może moja słabość wcale nie oznaczała nawrotu depresji. Może tylko wylęgało się u mnie przeziębienie i dlatego chwiałam się na nogach. Albo brakowało mi śniadania. Nie należę do tych, którzy wypijają na czczo filiżankę kawy, wybiegają z domu i w dobrej kondycji stawiają czoło złośliwościom dnia. Nie potrafię się obyć bez fińskiego chrupkiego chleba, sera i herbaty, żeby zmierzyć się z ludźmi i z samą sobą. Przede wszystkim z sobą. W samochodzie było równie zimno jak na dworze, w każdym razie tak mi się wydawało. Z ust buchała biała para. Kierownica była lodowata w dotyku. - Błagam! Zapal! - wyszeptałam, usiłując uruchomić silnik. Za piątym razem się udało. Zapięłam pasy i ruszyłam. Włączyłam radio i nastawiłam ogrzewanie na najwyższy stopień. Ramiona miałam tak napięte, że z trudem zmieniałam biegi. Kłujący ból wszedł mi w kark, a stamtąd do głowy.

Świtało. Ogołocone drzewa rysowały się czarno na tle niepostrzeżenie rozjaśniającego się nieba. Ich konary i gałęzie wyglądały jak wycinanki z papieru trzymane pod światło. Pięknie. Przepięknie. Jak szybko się umiera, wjeżdżając na drzewo z prędkością stu kilometrów? Czuje się jeszcze ból czy koniec następuje natychmiast? Czy ujrzę świetlaną postać, która mnie poprowadzi? Caro. Nie wolno mi tak myśleć. Muszę się czymś zająć. Spędziłam o wiele za dużo czasu ze śmiercią. Caro. Gdzie jest teraz? Czy dobrze jej się wiedzie? Na rondzie zawróciłam. Nie starczy mi sił na długie popołudnie w szkole. Potrzebuję spokoju. I snu. Żebym mogła oderwać się od myśli dręczących mnie od tamtego czasu. Od czasu, kiedy wszystko się skończyło. * Ruben umówił się z architektką i właśnie do niej jechał. Nie podejmowała już żadnych istotnych decyzji, dopóki się z nim nie naradziła. Niełatwo było ją wychować. Początkowo prezentowała się jako odnosząca sukcesy kobieta interesu, której działania nie podlegają dyskusji. Ale uświadomił jej, że to on płaci. W końcu to zrozumiała. Pieniądze zawsze były niezawodnym argumentem. Co by zrobił, gdyby ich nie miał? Poczuł dreszcze, więc podkręcił ogrzewanie. Nie miałby tego samochodu, domu, w którym mieszka, nie mógłby zrealizować całego projektu. Czasem chciał paść na kolana i dziękować bogom. Za swój talent. I za szczęście, które utorowało mu drogę na szczyt. "

Przede wszystkim jednak był wdzięczny bogatym snobom, którzy tak się ekscytowali jego obrazami, że zanim stare zdążyły porządnie wyschnąć, już kupowali nowe. Ruben Helmbach stal się malarzem kultowym. A całe środowisko z wdzięcznością biło się o okruchy, które im rzucał. Nie brano mu za złe tego, że rzadko się pokazywał. Przeciwnie. To wzbudzało zainteresowanie. Pewna doza mi-zantropii służyła legendzie, która zaczynała się wokół niego tworzyć. Jego sukces przyjmował groteskowe formy. Ostatnio żona pewnego fabrykanta zaproponowała mu nawet pieniądze za upaćkaną farbami paletę. Niedługo będą mu wyrywać z ręki wysłużone pędzle i ustawiać je w swoich salonach jak rzeźby. Ruben myślał o kolegach, którzy w zdecydowanej większości mieli stałe posady, pozwalające im finansować malowanie. Zdzierali sobie podeszwy, żeby znaleźć galerię, która wystawi ich obrazy. Całymi latami studiowali w akademiach sztuk pięknych. W odróżnieniu od nich Ruben był samoukiem. Wprawdzie brał lekcje u Emila Grossacka i Elisabeth Schwanau, ale oni prowadzili zajęcia prywatne. Nie mógł okazać żadnego dyplomu, świadectwa, nie zdawał żadnych egzaminów. Miał tylko swoje uzdolnienia. Nigdy nie łamał sobie nad tym głowy. Po prostu tak się stało. Zanim w ogóle pojawiły się pytania o jego studia, został uznanym malarzem. Malarstwo było dla niego wszystkim. Albo prawie wszystkim. By naprawdę mógł czuć się szczęśliwy, brakowało mu liki, dziewczyny, którą kochał. Jego dziewczyny.

* Mike zobaczył, jak odstawiła rower, i serce zaczęło mu bić jak szalone. Był zakochany w lice, odkąd pierwszy raz ją spotkał. Wyszła wtedy z pokoju dyrektorki szkoły i zapytała go o drogę do sali muzycznej. Jej głos. Pojawił się w jego głowie jak błysk pioruna i tam się zagnieździł. Już się go nie pozbył. I wcale nie chciał. Uwielbiał nie tylko jej głos, lecz także uśmiech, który wciąż był tak nieśmiały, że zrobiłby nie wiadomo co, by go chronić. Uwielbiał w niej wszystko. Dołeczki widoczne w kącikach ust, gdy się śmiała. Jej oczy, brązowe, z bursztynowymi cętkami. Jej szczupłe dłonie. I oczywiście włosy. Jeszcze nigdy nie widział tak pięknych włosów. - Hej! — Ilka stanęła na czubkach palców, całując go w policzek. Mike chętnie przytuliłby ją do siebie, ściągnął jej czapkę i zanurzył twarz we włosach. Były takie miękkie. I tak ładnie pachniały. Zamiast tego musnął ją palcem wskazującym po nosie. -Hej. - Jak poszło? - Zdjęła czapkę, potrząsając głową. - Dziś po południu mam obejrzeć mieszkanie. - Super! — Uśmiechnęła się i ścisnęła jego ramię. - To jeszcze nic nie znaczy. - Nie chciał polegać na czymś tak niepewnym jak nadzieja. — Na pewno zaprosiły nie tylko mnie. I cały czas zadaję sobie pytanie, dlaczego dwie dziewczyny chcą przyjąć chłopaka na współlokatora. Nie uważasz, że to dziwne? - Dlaczego? - Ilka wzięła go pod rękę. - Nie zakładają zakonu, tylko wynajmują pokój. "

Mike czuł, że jest obserwowany ze wszystkich stron. Wiedział, że chłopcy mu zazdroszczą. Każdy z nich chętnie znalazłby się na jego miejscu. Sam nie pojmował, co Ilka w nim widzi. Był pod każdym względem przeciętny. Nigdy nie ośmieliłby się mieć nadziei, że ta dziewczyna kiedyś na niego spojrzy. — Zabierzesz mnie ze sobą? — zapytała. Dlaczego nie? Ilka miała niesamowicie intensywną aurę. Może jej odrobina przejdzie na niego. — Nie będę się wtrącać do rozmowy — dorzuciła. Mike roześmiał się i przyciągnął ją do siebie. -Jasne, że możesz iść ze mną. I spokojnie się wtrącaj. Może przyniesiesz mi szczęście. Może chętniej oddadzą pokój chłopakowi, który ma dziewczynę. — A może nie. — Zaryzykuję. Doszli do klasy. Druga lekcja. Matma. Żywiołowość Uki została na zewnątrz wraz z kurtką i czapką na wieszaku. Na jej twarzy pojawił się wyraz najwyższego skupienia. Szkołę traktowała bardzo poważnie. Mike wyczuwał, że musi być jakiś powód takiego podejścia, ale nie miał pojęcia jaki. W ogóle bardzo niewiele wiedział o lice. Pojawiła się w tej szkole dopiero trzy lata temu. Nie wiadomo skąd. Jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Od tamtej pory mieszkała u ciotki. I to było właściwie wszystko, czego się o niej dowiedział. Nie mówiła o przeszłości. Rzadko kiedy udawało mu się wydobyć z niej jakiś strzęp informacji. Jakby istniała zasłona, którą spuszczała za każdym razem, gdy on wykonywał krok w zakazanym kierunku.

Mike nerwowym ruchem wyjął podręcznik do matematyki. Nie mógł się doczekać, kiedy obejrzy pokój. Jednocześnie bał się tego. W Bróhl było niewiele mieszkań wynajmowanych wspólnie przez uczniów. Miał nadzieję, że pokój mu się spodoba i że bez problemu dogada się z dziewczynami. Ogłoszenie zostało sformułowane bardzo powściągliwie. Właściwie nic nie mówiło. „Szukamy współlokatora do naszego mieszkania". Nic więcej. Rozmawiał przez telefon z jakąś Merle. Nie była zbyt rozmowna. Dowiedział się jedynie, że lokal zamieszkują obecnie dwie dziewczyny, obie są uczennicami gimnazjum Ericha Kastnera i zdecydowanie życzą sobie współlokatora płci męskiej. To go wprawiało w zakłopotanie. Z drugiej strony nie stać go było na sceptycyzm. Tak długo szukał pokoju w przystępnej cenie, że nie mógł zmarnować takiej szansy. Może wyjaśnią mu powód. Pochylił się ku lice, żeby ustalić z nią godzinę. Zauważył, że patrzy przed siebie. Tym wzrokiem, którego tak się bał. W takich chwilach była niedostępna. Także dla niego. Delikatnie dotknął jej ramienia. Ocknęła się, jakby jej myśli powróciły z daleka. Spojrzała na niego, jakby powoli sobie o nim przypominała. Uśmiechnęła się. Mike również starał się uśmiechnąć. W rzeczywistości miał ochotę wyć. Ale nie chciał być zazdrosny. Nie zamierzał wnikać w jej rozmyślania. Choć burzyła się w nim i pieniła przytłumiona, wstrętna zazdrość i nie mógł nic na to poradzić.

2 Imke Thalheim złożyła sweter i schowała go do walizki. Nienawidziła pakowania. Nienawidziła pożegnań. Nie znosiła wyjeżdżać. Przede wszystkim nie cierpiała być poza domem. Tym razem sprawiało jej to szczególną trudność, bo Jette jeszcze nie wyszła na prostą. Sama sobie nie poradzi. - Nonsens - stwierdził Tilo, gdy z nim o tym rozmawiała. - Powinnaś mieć więcej zaufania do swojej córki. To silna dziewczyna, co udowodniła tobie i całemu światu. - Omal nie została zamordowana, Tilo! Ujął ją za ramiona i spojrzał na nią stanowczo. - Tyle osób jej pilnuje. Nikt jej nic nie zrobi. - To mój pierwszy wyjazd na spotkania autorskie, odkąd. .. odkąd... - Zarzuciła mu ręce na szyję. - Wiem. Obiecuję, że będę się troszczył o Jette. Możesz spokojnie jechać. Nic się nie stanie, słyszysz? Absolutnie nic. Pogłaskał ją po plecach i Imke uświadomiła sobie, że nie chce wyjeżdżać także z jego powodu. Podczas podróży autorskich była najbardziej samotnym człowiekiem na świecie.

Policzyła figi, pończochy, wyjęła z szafy kilka wełnianych szali. Zrobiło się bardzo zimno. Spakuje głównie ciepłe rzeczy. Edgar i Molly gdzieś się zaszyły. Pakowanie walizek kojarzyły z jazdą samochodem, a jazdę z gabinetem weterynarza albo innymi miejscami, których nie lubiły. Chociaż Imke już od dawna nie umieszczała ich w pensjonacie dla kotów. Dokładnie od dnia, w którym okazało się, że pani Bergerhausen jest nie tylko znakomitą sprzątaczką, lecz także namiętną miłośniczką zwierząt. Imke była więcej niż wdzięczna za to, że ta kobieta szczęśliwym zrządzeniem losu parę lat temu pojawiła się na jej drodze. Stary młyn, który przebudowano na mały raj, leżał w zbyt odludnej okolicy, by przez dłuższy czas mógł pozostawać nieza-mieszkany. Kiedy Imke wyjeżdżała, pani Bergerhausen przychodziła tam dwa razy dziennie, podciągała i opuszczała rolety, karmiła koty i podlewała rośliny. Sortowała korespondencję, a czasem nawet odbierała telefony. Imke nazywała ją perłą. Jette i Tilo również mieli klucze do młyna i obiecali czasem do niego zaglądać. Naprawdę nie było powodu do zmartwień. Imke mogła się przejmować najwyżej nową powieścią, którą zaczęła pisać kilka dni temu. Niechętnie przerywała pracę nad nią. Dlaczego więc czuła ten silny, dręczący niepokój? Dawno uznała, że nie powinna lekceważyć swojej intuicji. Od lat żyła z głosami, które ostrzegały ją przed katastrofami. Oczywiście nie były to zwyczajne głosy ani takie, które słyszałaby w głowie. Raczej pewne oznaki, takie jak uczucie strachu, ból głowy, niejasny niepokój. Często nie potrafiła ich interpretować i rozpoznawała je dopiero po czasie. Ale gdy chodziło o Jette, rzadko się myliła. "

Jej dziecko jest nieszczęśliwe. Czy ludzie nieszczęśliwi nie mają magicznej siły przyciągania nieszczęścia? Jak może zostawić córkę samą w tak złej duchowej kondycji? Złożyła dżinsy, przerwała pakowanie i sięgnęła po telefon. Skrycie modliła się, żeby nikt nie odebrał. To by znaczyło, że wszystko jest w porządku. O tej porze dziewczyny powinny być w szkole. Trwał okres przygotowań do matury. - Jette Weingartner. Imke od początku publikowała swoje książki pod nazwiskiem panieńskim, do którego wróciła oficjalnie po rozwodzie. Nie przeszkadzało jej, że Jette nadal nosi nazwisko swojego ojca. Tylko czasem, gdy je słyszała, miała poczucie pewnej obcości. - Jesteś w domu? W zasadzie nie zamierzała tego powiedzieć. Zabrzmiało to jak pretensja. - Nie czułam się dobrze. Jette nie należała do osób, które skarżą się z byle powodu. Potrafiła sporo wytrzymać. Skoro nie poszła do szkoły, to miała powody. - A teraz? Już ci lepiej? - Zwinęłam się w pokoju i trochę pospałam. - Przykro mi. Nie chciałam cię obudzić. - Nie obudziłaś. Już nie spałam. Zresztą nie chcę spędzić całego dnia w łóżku. - Przerwała na chwilę. - Dlaczego dzwonisz? Nie miałaś dziś wyjechać? - Właściwie tak, ale zastanawiam się, czy nie zostać w domu. Na wszelki wypadek. - Innymi słowy - z mojego powodu?

-Jette, twój stan nie jest jeszcze dostatecznie stabilny. Potrzebujesz... - Mamo! Przestań trzymać mnie pod kloszem! - Ależ dziecko! Wcale cię nie trzymam pod... - Daję sobie radę, mamo. Tylko niekiedy zdarza mi się mała wywrotka. Nie ma o czym mówić. Nie chcę, żebyś stale się nade mną trzęsła. - Trzęsła? Wcale się nad tobą... - Właśnie że tak! Bardzo to miłe z twojej strony, ale zrobiłaś, co mogłaś. Dalej muszę iść sama. Iść dalej? Dokąd? Imke przełknęła ślinę. - Dobrze się zastanowiłaś, Jette? - Dałaś mi długą na łokieć listę adresów i telefonów hoteli i wszystkich organizatorów spotkań w kolejności chronologicznej. Co miałoby mi się stać? - Naprawdę zadzwonisz, kiedy będziesz mnie potrzebować? - Taaak, mamo. Obiecuję. Święte słowo honoru, trzy razy przyklepane. Dziecięca przysięga Jette. Imke mimo woli się uśmiechnęła. - Dobrze. Więc pakuję się dalej. Zadzwonię jeszcze raz z drogi. - Dzwoń. - Jette westchnęła z ulgą. - Życzę ci wspaniałej podróży. Imke zamyślona odłożyła telefon na łóżko. Wyjęła z szafy żakiet, podeszła z nim do okna i wyjrzała. Zima trzymała wieś w mocnym uścisku. Na słupie ogrodzenia przysiadł zmarznięty myszołów. Zadomowił się kiedyś na ziemi należącej do Imke, jego obecność była pocieszająca. Jest jej stróżem. "

Dopóki tu przebywa, jej i tym, których kocha, nic złego się nie przydarzy. Imke nadal będzie w to mocno wierzyła. Myszołów obrócił głowę w jej stronę. Jakby słyszał jej myśli. - Pilnuj mojej córki - poprosiła go cicho i znów zajęła się pakowaniem. * Ruben zatrzymał się pod przydrożnym barem. Nie jadł jeszcze śniadania i z głodu zaczynał go boleć żołądek. Nie był to szczególnie ładny bar, ale który jest? Wszystko w nowoczesnym stylu, wysokie, duże okna, dużo drewna i szkła, ale ani odrobiny klasy. W sali jadalnej zebrały się zapachy z kuchni, mieszając się z szarym dymem papierosów snującym się ponad stołami, aż Ruben na chwilę wstrzymał oddech. Zdecydował się na bułkę z serem, nalał sobie kawy z ekspresu i przeszedł z tacą do kasy. Młoda kasjerka żartowała z jednym z gości. Kiedy się roześmiała, Ruben dostrzegł, że brakuje jej jednego siekacza. Mimo to wydała mu się ładna, podobał mu się zwłaszcza jej śmiech. Znalazłstolikpod oknem i zaczął jeść. Bułka była zadziwiająco świeża, chrupiąca. Gdy ją gryzł, okruszki leciały na wszystkie strony. Ruben upił pierwszy łyk kawy i poczuł, ze w jakiś wręcz idiotyczny sposób jest szczęśliwy. Mógłby objąć cały świat, począwszy od figlarnej kasjerki, aż po biznesmenów przy sąsiednim stoliku, którzy wyglądali jak sklonowani, ale w ich głosach nagle odnalazł coś urzekającego. - Ty to sprawiasz - szepnął. I się uśmiechnął.

Po długich, mozolnych poszukiwaniach wreszcie znalazł. Kontaktował się z pięcioma pośrednikami w handlu nieruchomościami. Każdy z nich na pierwszym spotkaniu przyglądał się zdjęciu, a potem unosił głowę. - Na ile poszukiwany obiekt musi być podobny do tego? -Jak najbardziej podobny - odpowiadał Ruben. Nie dawali mu wielkiej nadziei, że taki dom się znajdzie. Niektórzy radzili mu wybudować nowy według oryginalnego wzoru. To będzie prostsze i pewnie też wyjdzie taniej. Lecz nowo wybudowany miałby wyraźną wadę - byłby nowy. A musiał to być dom stary, w którym mieszkali ludzie. Który nosiłby tego ślady, tak jak twarz starego człowieka. Ruben nie chciał atrapy. Chciał czegoś prawdziwego. - Nie - odpowiadał z nutą pogardy w glosie. - Nie nadaję się do budowania domów. - Dlaczego nie nabędzie pan po prostu oryginału? - zapytał jeden z pośredników, wskazując zdjęcie. - Już nie istnieje. - Ruben wypowiedział to bez żadnych emocji. Nie zamierzał zdradzać zbyt wiele. Każde niewłaściwe słowo mogło zapoczątkować trop, który później doprowadziłby do niego. - Szczerze mówiąc - dodał, ponieważ pośrednik sprawiał wrażenie człowieka, który szczerość przedkładał ponad wszystko - szczerze mówiąc, chodzi o czysty sentyment. Chcę odnaleźć coś, co straciłem, rozumie pan? Ruben nie szukał dokładnej kopii domu swoich rodziców. Dom powinien mieć tego samego ducha, tę samą aurę. Jednak bez upiorów przeszłości. I potem go zobaczył. Prawie wszystko zgadzało się z obrazem w jego wspomnieniach. Ogarnęło go tak porywające uczucie, że z trudem chwytał powietrze. "

Dotarł do celu. Nareszcie. Ruben otrząsnął się ze swoich myśli i zaczął przyglądać się ludziom siedzącym przy innych stolikach. Wszyscy byli w drodze. Większość z nich miała jakiś cel. Jak mrówki przemieszczali się z jednego miejsca do drugiego, dźwigali ze sobą swoje ciężary i budowali gniazda. Bez wytchnienia, niezmordowanie. Wyszedł, nie odniósłszy tacy. Przejechał jeszcze niewielki odcinek i opuścił autostradę. Drogi wylotowe były zapchane. Spaliny unosiły się nad ziemią jak mgła. Ruben włączył radio. Wyłączył je, posłuchawszy przez chwilę kilku audycji. Zdarzały się dni, kiedy lubił jeździć przy muzyce, wtedy ze spokojem znosił zatrzymywanie się na każdych światłach i powolne posuwanie się naprzód. Ale czasem jazda samochodem i wszystko, co z tym związane, zamieniało się w piekło. Dziś był taki dzień. Jazda działała Rubenowi na nerwy. Zaczęły mu się pocić dłonie. Przy pierwszej lepszej okazji skręcił w boczną drogę. Po kilku kilometrach poczuł, jakby spadł z niego ciężar. Podczas jazdy samochodem Ruben lubił rozmyślać. To przyjemny sposób myślenia, lekki i łatwy, bez konsekwencji. Nie trzeba cenzurować pomysłów, odczuwać wstydu i walczyć ze skrupułami. Myśli są wolne. Prawie nie musiał zważać na drogę. Samochód był wyposażony w system nawigacji. Trasa wyświetlała się na ekraniku, zapowiadana mile modulowanym kobiecym głosem. Jak na jego gust nieco zbyt chłodnym, ale w końcu głos nie miał poruszać jego uczuć, a jedynie bezpiecznie i wygodnie doprowadzić go do celu.

Ruben zatrzymał się przy polnej drodze. Wysiadł, żeby się trochę rozruszać. Rozejrzał się po samotnym krajobrazie. W powietrzu czuło się zapach śniegu. Przez chwilę wydawało się, że wyjrzy słońce, ale potem chmury jeszcze nieco pociemniały. Krajobraz odpowiadał jego gustowi - pagórkowaty, a jednak rozległy. Nie te wąskie, przytłaczające doliny, w których nie można oddychać i które przywodziły mu na myśl powieść Via Mala. Jako chłopiec znalazł ją na regale rodziców i po kryjomu przeczytał. Książki rodziców stanowiły dla dzieci tabu, ale Ruben pochłaniał je wszystkie, bez wyjątku. W tym przypadku miał wrażenie, że czyta coś niesłychanego. Popadł w wir sprzecznych uczuć, których nie potrafił kontrolować, które były mu obce, napawały go strachem i jednocześnie podniecały. Jeszcze dziś pamiętał, że czytał tę książkę w zimie. Ponure dni się dłużyły. Od rana do wieczora mżyło, a stwardniały śnieg topniał na drogach. Tamta zima w pełni zlała się z powieścią. Była to tylko jedna z zakazanych książek, ale jako jedyna wywarła na niego trwały wpływ. Zaczął się zastanawiać nad zakazanymi uczuciami, wsłuchiwać w siebie, zadawać sobie pytania. W pewnym momencie Via Mala stała się dla niego obrazem jego własnego życia. Ciasnym. Mrocznym. Zimnym. Pewnie dlatego dzisiaj lubił tylko rozległe i swobodne krajobrazy. Takie jak ten. Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Miał wszelkie powody, by patrzeć w przyszłość. I się cieszyć. Wreszcie ujrzał światełko w tunelu. * "

Po rozmowie z mamą natychmiast zasnęłam. Czasem aż się dziwiłam, ile snu mi potrzeba. Wiedziałam, że łóżko stało się dla mnie schronieniem. Tylko tutaj czułam się bezpieczna. Tylko w łóżku mogłam zapominać na całe godziny. Chyba że dosięgały mnie koszmary. Wtedy budziłam się zlana potem, serce mi waliło, w uszach słyszałam jeszcze własny krzyk. Bałam się tych snów, od których nie potrafiłam się uwolnić, które od tamtego czasu prześladowały mnie nie tylko w nocy. Czyhały wszędzie i atakowały mnie, kiedy nie byłam na to przygotowana. Mogły się czaić w cieniach pokoju, za rogiem domu albo na końcu uliczki. Ukrywały się w książce, w śmiechu albo w jakimś słowie. Przez sekundy nie dostrzegałam rzeczywistości. Dopóki jakiś dźwięk łub dotyk nie wyrwał mnie z tego stanu. Najgorsza jednak była pustka, jaką odczuwałam. Naprawdę starałam się sobie nie pobłażać. Ulegałam namowom Merle, która stale próbowała mnie czymś zająć, chodziłam z nią na zebrania obrońców zwierząt, do kina, czasem nawet na przechadzkę po polach. Ale to wcale nie zmniejszało pustki. Nie czułam nic, ani miłości, ani czułości, ani pożądania. Włożyłam wygodny dres i poszłam do kuchni. Może kawa dobrze mi zrobi. Koty z miauczeniem ocierały się o moje nogi. Stale były głodne. Odkąd grupa przyjaciół Merle uwolniła je z laboratorium doświadczalnego, z drżących, wychudzonych, niepozornych stworzeń przemieniły się we wspaniałe, pewne siebie indywidualności. Miały lśniącą sierść, wyraziste i błyszczące oczy. Tak się przyzwyczaiłyśmy do ich towarzystwa, że już nie wyobrażałam sobie życia bez nich. Otworzyłam puszkę z karmą dla kotów, napełniłam nią

miseczki Donny i Julci. Wprawdzie były gotowe dzielić się pokarmem jak siostry, ale Donna jadła tak szybko, że dla Julci nigdy nie wystarczało. Ekspres do kawy piekielnie hałasował, ale koty znosiły nawet i to. Nawet się nie wzdrygnęły, gdy rozpoczął się rumor, tylko spokojnie pożywiały się dalej. Intensywny zapach kawy ostatecznie mnie rozbudził. Przysunęłam do okna jedno z kuchennych krzeseł i patrzyłam na ulicę, pijąc kawę powoli i z lubością. Ludzie przemierzali ulicę w pośpiechu, jakby chcieli uciec przed zimnem. A ja czułam jeszcze upał lata. Straciłam poczucie upływającego czasu. Miałam wrażenie, jakbym całymi miesiącami czołgała się w długim, ciemnym korytarzu, w którym po obu stronach wszystkie drzwi były zamknięte. Może powinnam trochę posprzątać. Po południu odwiedzi nas ten Mike jakiś tam, który ma obejrzeć mieszkanie. Nie chcę mu prezentować naszego codziennego bałaganu. Nie zamierzałyśmy niczego zmieniać w pokoju Caro. Ale potem zjawili się jej rodzice i wszystko wynieśli. Kiedy ich córka żyła, nie łączyły ich żadne więzy. Jej śmierć tego nie zmieniła. Na koniec zniszczyli to, co po niej zostało. Pusty pokój codziennie przypominał nam, że Caro nie żyje. Drzwi pozostawały zamknięte, ale to tylko pogarszało sytuację. Wiedziałyśmy, że za nimi nic nie ma... Jakby nigdy nie istniała. Pewnego dnia moja mama powiedziała: — Myślę, że Caro chciałaby, żeby znowu ktoś zamieszkał w jej pokoju. Żebyście myślały o niej z radością, nie ze smutkiem. "

Spojrzałyśmy na siebie z Merle, wiedząc, że ma rację. Ale nie mogłyśmy się przełamać, by poszukać nowej współlokatorki. - Bo każdą dziewczynę porównujecie z nią - stwierdziła mama. Nie myliła się. W ten sposób zrodził się pomysł, żeby wynająć pokój nie dziewczynie, tylko chłopakowi. Jakiemuś wyjątkowemu, który by do nas pasował. Chociaż kompletnie nie wiedziałyśmy, jaki miałby być. - Poczekajcie na rozwój wydarzeń — powiedziała mama. — Zdajcie się na własną intuicję. Wtedy wszystko będzie dobrze. ¹"żyli długo i szczęśliwie do końca swoich dni. A jeśli nie umarli, to żyją do dziś. W każdym razie dałyśmy ogłoszenie, telefon się rozdzwonił i uzgodniłyśmy terminy z trzema chłopakami. Ten Mike był pierwszy, przyjdzie o czwartej. Miałam jeszcze dosyć czasu, by zaprowadzić jaki taki porządek. - No to do dzieła - powiedziałam sama do siebie, a mój głos spłoszył koty, które przyzwyczajone do ciszy spokojnie lizały sierść. - Dosyć próżniaczego życia. Gdzieś w tyle głowy rozbudziło się nieokreślone zainteresowanie i usiłowałam sobie wyobrazić tego Mikea. Może faktycznie nie będzie źle, jeśli wniesie w nasze życie powiew świeżości. Ale czy nie oczekiwałam zbyt wiele od kompletnie obcego chłopaka?