uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 542 206
  • Obserwuję697
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań849 561

Raymond E.Feist - Cykl-Opowieść o wojnie z Wężowym Ludem (1) Cień Królowej Mroku

Dodano: 6 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 6 lata temu
Rozmiar :2.1 MB
Rozszerzenie:pdf

Raymond E.Feist - Cykl-Opowieść o wojnie z Wężowym Ludem (1) Cień Królowej Mroku.pdf

uzavrano EBooki R Raymond E.Feist
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 6 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 98 osób, 71 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 433 stron)

RAYMOND E. FEIST CIEŃ KRÓLOWEJ MROKU (Tłumaczył Andrzej Sawicki)

2 Jonathanowi Matsonowi, nie tylko mojemu agentowi, ale i przyjacielowi SPIS TREŚCI KSIĘGA PIERWSZA OPOWIEŚĆ ERIKA 5 PROLOG PRZEJŚCIE 6 ROZDZIAŁ 1 WYZWANIE 17 ROZDZIAŁ 2 ŚMIERĆ 34 ROZDZIAŁ 3 MORDERSTWO 57 ROZDZIAŁ 4 ZBIEGOWIE 73 ROZDZIAŁ 5 KRONDOR 90 ROZDZIAŁ 6 ODKRYCIE 108 ROZDZIAŁ 7 ROZPRAWA 127 ROZDZIAŁ 8 WYBÓR 144 ROZDZIAŁ 9 PRZEŁOM 160 ROZDZIAŁ 10 ZMIANA 177 ROZDZIAŁ 11 PODRÓŻ 192 ROZDZIAŁ 12 U CELU 210 ROZDZIAŁ 13 POSZUKIWANIA 226 ROZDZIAŁ 14 PODRÓŻ 245 ROZDZIAŁ 15 WIOSKA 265 ROZDZIAŁ 16 SPOTKANIE 282 ROZDZIAŁ 17 ODKRYCIE 302 ROZDZIAŁ 18 UCIECZKA 320 ROZDZIAŁ 19 ODKRYCIE 332 ROZDZIAŁ 20 PRZEJŚCIE 345 ROZDZIAŁ 21 STRATA 360 ROZDZIAŁ 22 INFILTRACJA 380 ROZDZIAŁ 23 RZEŹ 398 ROZDZIAŁ 24 UCIECZKA 415

3 Postaci występujące w naszej opowieści Aglaranna – Królowa elfów w Elvandarze. Alika – „demoniczny” kucharz na Wyspie Czarnoksiężnika. Althal – elf z Elvandaru. Avery Rupert „Roo” – chłopiec z Ravensburga, towarzysz i kompan Erika von Darkmoor, późniejszy więzień i na koniec członek kompanii Calisa. Bysio – więzień, późniejszy członek kompanii Calisa. Calis – mieszaniec, na poły elf, na poły człowiek, syn Aglaranny i Tomasa, znany pod przydomkiem „Orła Krondoru”, dowódca kompanii. Culli – morderca i najemnik. Dawar – najemnik z kompanii Nahoota. De Longueville Robert „Bobby” – sierżant w kompanii Calisa. De Savona Luis – więzień, późniejszy członek kompanii Calisa. Durany – najemnik z kompanii Calisa. Ellia – elfia kobieta uratowana przez Mirandę. Embrisa – dziewczyna z wioski Weanat. Esterbrook Jacob – kupiec z Krondoru. Fadawah, Generał – Najwyższy Dowódca armii Szmaragdowej Królowej. Finia – kobieta z wioski Weanat. Foster Charlie – kapral straży z kompanii Calisa. Freida – matka Erika. Galain – elf z Elvandaru. Gapi – generał w armii Szmaragdowej Królowej. Gerta – stara wiedźma ze smołami, znajoma Erika i Roo. Goodwin Billy – więzień, później członek kompanii Calisa. Greylock Owen – Mistrz Miecza u Barona Darkmoor, później członek kompanii Calisa. Grindle Helmut – kupiec. Poręczny Jerome – członek kompanii Calisa. Jarwa – Sha-shahan Siedmiu Narodów Saaur. Jatuk – syn Jarwy, dziedzic i późniejszy Sha-shahan ocalałych Saaurów. Kaba – przyboczny i Tarczownik Jarwy. Kelka – kapral w kompanii Nahoota. Khali-shi – novindyjskie imię Bogini Śmierci. Lalial – elf z Elvandaru. Lender Sebastian – Asesor i Radca Domu Kawowego Barreta w Krondorze. Lims-Kragma – Bogini Śmierci. Macros Czarny – legendarny czarodziej, uważany powszechnie za największego z kiedykolwiek żyjących i praktykujących magów. Marsten – marynarz z „Zemsty Trencharda”. Mathilda – Baronowa Darkmoor. Milo – oberżysta z gospody Pod Szpuntem w Ravensburgu.

4 Miranda – tajemnicza przyjaciółka Calisa. Monis – Tarczownik Jatuka. Mugaar – novindyjski handlarz końmi. Murtag– wojownik Saaurów. Nakor Isalańczyk – tajemniczy towarzysz i przyjaciel Calisa. Nathan – nowy kowal z gospody Pod Szpuntem w Ravensburgu. Natombi – kiedyś legionista keshański, potem więzień, na koniec członek kompanii Calisa. Pug– znany również pod imieniem Milamber, mag wielkiej mocy, ustępujący wiedzą – wedle opinii wielu mędrców – jedynie Macrosowi. Rian –jeden z najemników Zila. Rosalyn – córka Mila. Ruthia – Bogini Szczęścia. Shati Jadów – członek kompanii Calisa. Shila – rodzinny świat Saaurów. Sho Pi – Isalańczyk, kiedyś mnich w służbie Dali, później więzień, na koniec członek kompanii Calisa. Taber – oberżysta w LaMut. Tarmil – wieśniak z Weanat. Tomas – książę, małżonek Aglaranny, ojciec Calisa, dziedzic zbroi Ashen-Shugara, ostatniego ze Smoczych Władców. Tyndal – kowal z gospody Pod Szpuntem w Ravensburgu. Von Darkmoor Erik – nieślubny syn Barona Darkmoor, późniejszy więzień, na koniec najemnik w kompanii Calisa. Von Darkmoor Manfred – najmłodszy syn Ottona, późniejszy Baron. Von Darkmoor Otto – Baron Darkmoor, ojciec Erika, Stefana i Manfreda. Von Darkmoor Stefan – najstarszy z synów Ottona. Zila – zdradziecki dowódca najemników.

5 Księga pierwsza Opowieść Erika Był to czas, gdy marzenia graniczyły z wizją I jak orły ku słońcu leciały z radością; Dłoń łuk dzierżąca była jednaka z decyzją, Oko zaś, cel i strzała stały się jednością. Uciechy, niczym fale człowieka topiły, Obiecując nam pełnię życia i przetrwanie; Rozkoszami łupiestwa wszystkich nas mamiły Jak ogniki płonące nocą na kurhanie... George Meredith Oda do wspomnień o junackiej młodości

6 Prolog PRZEJŚCIE Bębny łomotały nieustannie. Wojownicy Saaurów śpiewali swe wojenne pieśni i przygotowywali się do nieuchronnej bitwy. Nad nimi powiewały postrzępione sztandary bojowe, łopoczące wśród gęstego dymu, który zasnuwał całe niebo. Zielone, pomalowane żółcią i czerwienią oblicza wpatrywały się w zachodnią część nieboskłonu, gdzie pożary barwiły całun dymu purpurą i ochrą, zasłaniając zachodzące słońce i znajomy wszystkim wzór gwiaździstego nieba. Jarwa, Sha-shahan Siedmiu Narodów, władca Imperium Traw i Pan Dziewięciu Oceanów nie mógł oderwać wzroku od rozciągającego się przed nim obrazu zniszczenia i spustoszenia. Przez cały dzień obserwował wielkie ognie, i nawet z tej odległości słyszał wrzaski zwycięzców i okrzyki nieszczęsnych ofiar. Wiatry, które niegdyś niosły słodkie wonie kwiatów i bogate w odcienie zapachy przypraw, teraz przepojone były zaduchem pogorzelisk i smrodem spalonego mięsa... Nie musiał też patrzeć wstecz, by wiedzieć, że stojący za nim przygotowywali się do ostatniego boju, choć świadomi byli daremności wysiłków i nieuchronności zagłady całej rasy. – Panie mój... – odezwał się Kaba, jego przyboczny, Tarczownik i wierny towarzysz. Jarwa odwrócił się ku najstarszemu z przyjaciół i ujrzał w jego oczach wyraźny niepokój. Oblicze Kaby było zawsze i dla wszystkich nieprzeniknioną maską, stary nie miał jednak tajemnic przed Jarwa; Sha-shahan potrafił czytać w jego twarzy równie łatwo, jak szaman czyta stary pergamin. – Pantathianin już jest... Jarwa skinął głową, nie ruszył się jednak z miejsca. Mocniej tylko ścisnął w potężnych dłoniach rękojeść swego miecza bojowego Tual-masoka – miano to w starym języku znaczyło Chłeptacz Krwi – który był trwalszą i ważniejszą oznaką jego władzy niż korona, tę bowiem wkładał rzadko, tylko podczas oficjalnych wystąpień. Wbił ostrze w ziemię należącą do Tabar – najstarszego z narodów świata Shili. Od siedemnastu lat walczył tu z najeźdźcami, którzy wypierali jego hordy ku sercu Imperium Traw. Kiedy w młodości przejął z rąk poprzednika miecz Sha-shahana, przedefilowali przed nim wojownicy Saaurów, wypełniając szczelnie starą kamienną drogę, która ciągnęła się w poprzek Takadorskiej Cieśniny, łączącej Morze Takador i Ocean Castak. Paradę tworzyły setki jeźdźców jadących obok siebie, a sto setek składało się na dziesięciotysięczny jatar. Dziesięć jatarów tworzyło zastęp, a dziesięć zastępów – hordę. Kiedy potęga Jarwy sięgnęła

7 zenitu, na głos jego bojowego rogu zbiegało się siedem hord, za jego sztandarem szło siedem milionów wojowników. Hordy zawsze były w ruchu, ich konie pasły się na całym obszarze niezmierzonego Imperium Traw, podczas gdy dzieci dorastały, bawiąc się w wojnę wśród starych namiotów i powozów Saaurów, rozstawionych od miasta Cibul aż po odległe o dziesięć tysięcy mil najdalsze granice. Dziedziny te były tak rozległe, że nawet najlepszy jeździec, zmieniający w galopie najszybsze konie, potrzebował półtora miesiąca, by dotrzeć ze stolicy do jednej z granic... a dwa razy tyle, by przemierzyć Imperium od krańca do krańca. Podczas każdej pory roku jedna horda czuwała nieopodal stolicy, pozostałe zaś wędrowały wzdłuż granic kraju, utrzymując porządek przez nieustanne podboje plemion odmawiających płacenia trybutu. Tysiące miast znad dziewięciu wielkich oceanów słały żywność oraz niezliczone bogactwa, a wraz z tym do stolicy, na dwór Sha-shahana, przybywali niewolnicy. Raz na dziesięć lal na wielkie igrzyska do Cibul, prastarej stolicy Imperium Traw, zjeżdżali najlepsi wojownicy siedmiu hord. Od najdawniejszych czasów wszyscy Saaurowie – z wyjątkiem tych, którzy zamieszkiwali najbardziej odległe krańce świata – zbierali się pod sztandarami Sha-shahanów. Jednak dopiero Jarwa zdołał ziścić marzenie jego przodków, kiedy zdobywszy ostatnie grody, podbił cały świat. Hordy Jarwy zajęły cztery wielkie miasta, kolejne pięć poddało się bez walki, poza władzą Imperium zostało więc mniej niż tuzin grodów. I właśnie wtedy jeźdźcy hordy Patha dotarli do wrót Ahsartu, Miasta Kapłanów. Wkrótce potem zaczęły się nieszczęścia i klęski. Jarwa siłą woli stłumił ból, jaki czul, słysząc niosące się wśród wieczornej ciszy okrzyki agonii. To krzyczeli członkowie jego ludu, prowadzeni do stosów. Sądząc z tego, co opowiadali nieliczni, którym udało się ujść z łap najeźdźców, ofiary zabijane na miejscu miały chyba najwięcej szczęścia – oczywiście oprócz poległych w boju. Mówiono, że oprawcy mogą uwięzić dusze konających torturując ich przez całą wieczność, odmawiając cieniom poległych miejsca wśród przodków, w szeregach Niebiańskiej Hordy. Jarwa spojrzał na starą ojczyznę swego ludu z wysokości wzniesienia, na którym stał obecnie. Tu, w odległości mniejszej niż pół dnia jazdy od Cibul, obozowały nędzne resztki potężnej niegdyś armii. Choć dla Imperium nastały najbardziej mroczne czasy, w obecności Sha-shahana wojownicy prężyli się dumnie i rzucali odległym wrogom wyzywające spojrzenia. Mimo jednak tej dumnej postawy, Pan Dziewięciu Oceanów widział w ich oczach coś, co nigdy wcześniej tam nie gościło: strach. Wódz westchnął i bez słowa wrócił do swego namiotu. Wiedział doskonale, że nie zostawiono mu możliwości wyboru, nadal jednak na myśl o przybyszu odczuwał odrazę.

8 Zanim wszedł, zatrzymał się na moment i powiedział: – Kabo... nie wierzę temu kapłanowi z innego świata. – Słowo „kapłan” zostało przezeń jakby wyplute. Kaba, którego łuski posiwiały od wieloletniej, ciężkiej służby Sha-shahanowi, podczas której przeważnie galopował konno po całym kraju, kiwnął tylko głową. – Wiem, panie, że żywisz wątpliwości. Ale twój Podczaszy i Mistrz Wiedzy są w tej kwestii zgodni. Nie mamy innego wyjścia. – Zawsze jest inne wyjście – szepnął Jarwa. – Możemy rzucić się w bój i polec śmiercią wojowników! Kaba delikatnie dotknął ramienia Jarwy – za taką poufałość każdy inny Saaur natychmiast zapłaciłby gardłem. – Stary druhu – odezwał się łagodnie. – Ów kapłan ofiarowuje bezpieczne schronienie naszym dzieciom. Możemy podjąć bój i zginąć, pozwalając zimnym wiatrom wyśpiewać pieśń o ostatniej walce Saaurów. Nie zostanie po nas nikt, by opowiedzieć Niebiańskiej Hordzie sagę o naszych cnotach... gdy wrogowie pożerać będą nasze ciała. Albo... możemy zapewnić bezpieczeństwo naszym kobietom i dzieciom. Czy można wybrać inaczej? – Ale on jest inny... – Owszem – westchnął Kaba. – Jego krew jest zimna – szepnął Jarwa. Kaba zrobił znak, chroniący przed złem. – Zimnokrwiści to stwory z legend... – A tamci? – Jarwa wskazał na odległe pożary stolicy. Kaba w odpowiedzi tylko wzruszył bezsilnie ramionami. Jarwa już bez słowa wprowadził swego najwierniejszego przyjaciela do namiotu Sha-shahana. Był on największy w całym obozowisku – stanowił coś w rodzaju pawilonu z połączonych kilku zwykłych namiotów. Rozejrzawszy się wewnątrz, Jarwa poczuł chłód na sercu – tak wielu z jego doradców i najpotężniejszych Mistrzów Wiedzy było nieobecnych. Ci jednak, którzy przeżyli, spoglądali na niego z nadzieją. Był w końcu Sha-shahanem –jego obowiązkiem było ocalić naród. Kiedy jego wzrok natrafił na obcego, władca raz. jeszcze zaczął się zastanawiać, czy dokonał mądrego wyboru. Stwór był podobny do każdego z Saaurów, jego ramiona i oblicze pokrywały łuski, ale reszta ciała, ukryta pod długą szatą z kapturem, nie przypominała bynajmniej krzepkiego ciała wojownika. Wedle miar Saaurów, był nikczemnego wzrostu – liczył sobie mniej niż podwójną rozpiętość ramion wojownika, pysk miał o połowę za długi, oczy zaś czarne z czerwonymi, a nie białymi jak u Saaurów tęczówkami. W miejscu gdzie inni mieli grube, białe paznokcie, przybyszowi wyrastały czarne szpony, mowa jego zaś

9 przypominała syk węża – zapewne z powodu rozdwojonego języka. Zdejmując poobijany hełm i podając go słudze, Jarwa powiedział głośno to, co skrycie myślał każdy wojownik i każdy Mistrz Wiedzy obecny w namiocie: – Wąż! Stwór pochylił łeb, jakby zamiast śmiertelnej obrazy usłyszał przyjazne powitanie: – Tak, mój panie... – syknął w odpowiedzi. Kilku wojowników Jarwy położyło dłonie na rękojeściach mieczy, ale stary Podczaszy, ustępujący godnością jedynie Kabie, przypomniał z naciskiem w głosie: – Jest naszym gościem... Wśród jaszczurzych narodów Shili, Saaurów, od dawien dawna krążyły legendy o wężowym ludzie. Podobni do ciepłokrwistych Saaurów, a jednak zupełnie od nich różni, byli stworami, którymi matki straszyły wieczorami niegrzeczne dzieci. Pożeracze własnych ziomków, składający jaja w gorących źródłach, członkowie wężowej rasy byli znienawidzeni, lecz także napawali strachem wszystkich Saaurów, choć żadnego nie widziano na Shili od niepamiętnych czasów. Twórcy legend i opowieści utrzymywali, że obie rasy zostały stworzone przez Boginię u zarania dziejów, kiedy wykluli się z jaj pierwsi jeźdźcy Niebiańskiej Hordy. Słudzy Zielonej Pani, Bogini Nocy, węże, zostali w jej domu, Saaurowie zaś odeszli wraz z jej boskimi braćmi i siostrzycami. Od Bogini otrzymali świat, gdzie wzrastali w potędze i dobrobycie, zawsze jednak żywa była wśród nich pamięć o wężowych braciach. Jedynie pierwszy z Mistrzów Wiedzy mógł orzec, które z tych mitów i opowieści są prawdziwe, Jarwa zaś był pewien jednego: każdemu z dziedziców tytułu Sha-shahana od urodzenia wpajano, że nie wykluł się jeszcze wąż godzien zaufania. – Panie... – zaczął wężowy kapłan – portal jest gotowy, a czasu mamy coraz mniej. Tym. którzy obżerają się ciałami twoich ziomków, wkrótce sprzykrzy się zabawa, a jak wiesz, wraz z nastaniem mroku, ich potęga rośnie... zjawią się więc i tutaj. Jarwa ignorując obcego kapłana, zwrócił się do towarzyszy z pytaniem: – Ile jatarów ocalało? Odpowiedział mu Tasko, Shahan Watiri: –Cztery i niewielka cześć piątego. – Po chwili dodał, mówiąc tak, jakby ostatecznie chciał zamknąć sprawę: –Wszystkie jatary są jednak poważnie zdziesiątkowane. To wszystko, co zostało z Siedmiu Hord. Jarwa nie bez trudu powstrzymał się od głośnego wyrażenia rozpaczy. Nieco ponad czterdzieści tysięcy jeźdźców! To wszystko, co pozostało po budzących grozę Siedmiu Wielkich Hordach Saaurów! Poczuł, że krew ścięła mu siew sercu. Świetnie pamiętał swoją wściekłość, kiedy posłańcy Hordy Patha przywieźli mu pierwsze wieści o kapłanach, którzy odmówili płacenia

10 daniny i złożenia hołdu. Wskoczył na konia i pognał przez stepy Jadąc przez siedem miesięcy, by osobiście poprowadzić atak na Ahsart, Miasto Kapłanów. Przez chwilę czuł ukłucie wyrzutów sumienia, zaraz jednak odegnał je od siebie – czyż ktokolwiek w świecie potrafił przewidzieć, że szaleni kapłani raczej pogrążą cały świat w chaosie i zniszczeniu, niż pogodzą się z poddaństwem i zjednoczeniem wszystkich pod berłem jednego władcy? Najwyższy kapłan, Myta, odpieczętował portal i przepuścił pierwsze demony. Niewielką pociechą była wieść, że demon bez namysłu rozszarpał Myte na strzępy i skazał jego duszę na wieczne potępienie. Jeden ze zbiegów z Ahsart utrzymywał, że stu kapłanów-wojowników zaatakowało demona, gdy ten pastwił się nad ciałem Myty – i żaden nie przeżył. Przeciwko demonom, które powoli, ale nieodparcie przebijały się od granic Imperium do jego centrum, walczyło dziesięć tysięcy kapłanów i Mistrzów Wiedzy wespół z siedmioma milionami wojowników. Sto tysięcy demonów poległo, ale unicestwienie każdego trzeba było okupić krwią wielu tysięcy wojowników, którzy nieustraszenie atakowali przerażające stworzenia. Mistrzowie Wiedzy dosyć skutecznie używali swej sztuki, demony jednak zawsze wracały. Walka trwała przez całe lata, a pole bitwy objęło obszar między czterema z dziewięciu oceanów. W obozie Sha-shahana dzieci rodziły się, dorastały, ruszały w bój – a demonów wciąż przybywało. Mistrzowie Wiedzy na próżno usiłowali znaleźć sposób na zamknięcie i zapieczętowanie portalu oraz odwrócenie nieuchronnego biegu wydarzeń na korzyść Saaurów. Legiony demonów nieustannie wylewały się z portalu między światami, aż wojna z odległych krańców świata dotarła do Cibul. I wreszcie otworzono nowy portal, który ofiarował Saaurom nadzieję: możliwość ucieczki. Kaba odchrząknął znacząco, i Jarwa wrócił myślami do rzeczywistości i chwili obecnej. Wiedział, że rozpacz i żal prowadzą donikąd, a poza tym, na co zresztą zwrócił uwagę jego Tarczownik, nie mieli wyboru. – Zwracam się do ciebie, Jatuk – odezwał się Sha-shahan, i młody wojownik wystąpił przed towarzyszy. – Z siedmiu moich synów, władców każdej z hord, zostałeś tylko ty – ciągnął dalej z goryczą. Młody wojownik milczał. – Tyś jest Ja-shahanem – oznajmił Jarwa, oficjalnie mianując syna dziedzicem tronu. Młodzik dołączył do ojca przed dziesięcioma dniami, przybywając w otoczeniu swej osobistej gwardii. Miał dopiero osiemnaście lat i zaledwie rok temu opuścił obóz ćwiczebny, a jego doświadczenie wojenne ograniczało się do udziału w trzech bitwach. Jarwa pojął nagle, że niemal nie zna własnego syna, którego widział ostatnio wiele lat temu, kiedy opuszczał stolicę, by ugiąć i złamać Ahsart. – Kto jeździ po twojej lewicy? – spytał.

11 – Monis, towarzysz narodzin – odpowiedział Jatuk. Wskazał dłonią na młodzieńca z blizną na lewym ramieniu, który stał dumnie w pobliżu. Jarwa kiwnął głową. – On będzie nosił twą tarczę, będzie Tarczownikiem. Pamiętaj – zwrócił się do Monisa – że twoim obowiązkiem jest strzec życia twojego pana choćby za cenę własnego, co więcej, twoim obowiązkiem jest strzec jego honoru. Nikomu nie będzie dane dzielić z Jatukiem większej zażyłości, niż tobie... żadnemu dziecku, żadnej kobiecie i żadnemu Mistrzowi Wiedzy. Zawsze mów mu prawdę, nawet gdyby nie chciał jej wysłuchać... – On jest twoją tarczą – teraz mówił do Jatuka. – Zawsze miej na uwadze jego mądrość, ponieważ ignorowanie uwag Tarczownika jest jak ruszanie do boju z unieruchomionym prawym ramieniem, zasłoniętym jednym okiem i zatkanym jednym uchem. Jatuk kiwnął głową. Monisowi przyznano oto najwyższy zaszczytny tytuł dostępny komuś, kto nie miał w żyłach królewskiej krwi; od tej chwili mógł mówić to, co myśli, nie obawiając się wywołania niechęci czy gniewu władcy. Młodzieniec zasalutował, uderzając prawą pięścią w swe lewe ramię. – Twoja wola, Sha-shahanie! – powiedział i na znak szacunku opuścił wzrok. – Kto strzeże twego stołu? – wypytywał dalej Jarwa. – Chiga, towarzysz narodzin – odpowiedział syn. Jarwa kiwnął głową z aprobatą. Wybrańcy z tej samej wylęgarni doskonale znali się nawzajem, a więź pomiędzy nimi była najsilniejsza z możliwych. – Zrezygnujesz z miecza i zbroi i zawsze będziesz z tyłu – powiedział Jarwa, zwracając się do wymienionego Saaura. W tym przypadku uczucie dumy mieszało się z goryczą, bo choć z tytułem Podczaszego wiązał się wielki zaszczyt, rezygnacja z walki była ciężka dla każdego prawdziwego wojownika. – Broń swego pana przed ręką. która kryje się w mroku, i przed podstępami, knutymi przy kielichu przez fałszywych przyjaciół... Chiga zasalutował. Podobnie jak Monis, od tej chwili mógł mówić swemu panu wszystko, bez obawy kary czy wywołania pańskiego gniewu – Podczaszy miał bronić życia pana równie zaciekle i troskliwie, jak jadący obok niego Tarczownik. Teraz Jarwa zwrócił się do swego Mistrza Wiedzy, otoczonego przez kilkunastu akolitów. – Kogo wśród swoich uważasz za najbardziej utalentowanego? – To Shadu – odparł mistrz Wiedzy. – Nie zapomina niczego.

12 – Weź zatem relikwie i święte tablice – zwrócił się Jarwa do młodego kapłana- wojownika – ponieważ od tej chwili ty będziesz głównym strażnikiem i obrońcą wiary. Ty będziesz Mistrzem Wiedzy Ludu. – Oczy młodego akolity rozszerzyło niedowierzanie, które szybko jednak rozproszył stary Mistrz Wiedzy, podając mu święte tablice: spore karty pergaminu osadzone pomiędzy drewnianymi okładkami i zapisane niemal zupełnie wyblakłym inkaustem. Wraz z nimi młodego Saaura obciążono odpowiedzialnością za zachowanie wiedzy i tradycji, ich interpretację... oraz za tysiące słów, przypadających na każdy z zapisanych przez starożytnych skrybów znaków. – Zwracam się teraz do was, którzy byliście ze mną od początku – zakończył Jarwa – z ostatnim poleceniem. Wkrótce wrogowie natrą po raz ostatni. Nikt z nas zapewne nie zdoła ujść z życiem. Śpiewajcie zatem głośno swoje pieśni śmierci i wiedzcie, że wasze imiona żyć będą we wspomnieniach waszych dzieci... na odległym świecie i pod obcym niebem. Nie umiem wam rzec, czy ich głosy i pieśni będą miały dość siły, by przedrzeć się przez pustkę i podtrzymać pamięć o Niebiańskiej Hordzie, czy może pod tym obcym niebem stworzą własną Hordę... Ale kiedy przyjdą po nas demony, niechaj każdy wojownik umiera ze świadomością, że w odległej krainie przetrwa bezpiecznie nadzieja naszej rasy... kość z naszej kości i krew z naszej krwi. Wszelkie uczucia, jakie mógł żywić, ukrył teraz pod maską obojętności. –Jatuk, pójdziesz za mną – rzekł beznamiętnie. – Pozostali niech się rozejdą do swoich zadań. – Do wężowego kapłana zaś powiedział: – Idź tam, gdzie snujesz swe zaklęcia, wiedz jednak, że jeśli prowadzisz z moim ludem oszukańczą grę, mój cień wyrwie się z najgłębszych nawet piekielnych czeluści i podąży za tobą, by cię dręczyć przez całą wieczność... Kapłan skłonił się nisko i syknął: – Panie, niechże wolno mi będzie przypomnieć, że moje życie i śmierć należą do ciebie. Zossstanę tu, by ssswoją mizerną sztuką osssłaniać cię do ossstatniej chwili. W ten nędzny ssspossób okażę mojemu ludowi szacunek... pragnę bowiem przywieść Sssaurów, którzy pod wieloma względami przypominają nassss ssamych, do mojej ojczyzny... Nawet jeżeli ofiara wężoluda zrobiła wrażenie na Jarwie, stary Saaur nie zdradził się z niczym. Kiwnięciem dłoni poprosił syna, by wyszedł z nim z namiotu. Obaj stanęli na szczycie wzgórza i spojrzeli na odległe miasto, które na skutek ogarniających je pożarów wyglądało niczym piekło. Wieczorną ciszę rozdzierały wrzaski, znacznie głośniejsze niż te, jakie mogłoby wydać ludzkie gardło. Młody wódz z trudem zwalczył pokusę odwrócenia wzroku od tej wizji chaosu i rzezi. – O tej samej porze, Jatuk, na odległym świecie, ty będziesz Sha-shahanem Saaurów.

13 Młodzieniec zdawał sobie sprawę, że tak się stanie, choćby nie wiedzieć jak bardzo pragnął odwrócić bieg wypadków. Nie wyraził jednak najmniejszego protestu. – Nie ułam tym wężowym kapłanom – wyznał szeptem Jarwa. – Może i wyglądają jak my, ale nigdy nie zapominaj, że to mimo wszystko zimnokrwiści. Nie znają uczuć, a ich języki są rozdwojone. Pamiętaj także, co legendy mówią o ich ostatniej u nas wizycie... i o zdradzie, wkrótce po tym, gdy Matka stworzyła ciepłokrwistych i zimnokrwistych. – Ojcze... Stary położył sękatą dłoń na ramieniu syna – dłoń, na której lata walk i ćwiczeń z mieczem wy gniotły wiele odcisków i zmarszczek. Czując pod palcami sprężyste mięśnie młodzieńca, Jarwa odzyskał nikłą iskierkę nadziei. – Złożyłem przysięgę... ale to ty będziesz musiał jej dotrzymać. Nie chciałbym, byś jakimkolwiek czynem zasmucił naszych przodków, bądź jednak czujny i zwracaj uwagę na najmniejsze choćby oznaki zdrady. Obiecaliśmy służyć wężom przez jedno pokolenie... trzydzieści obrotów obcego świata. Pamiętaj jednak – jeśli węże pierwsze złamią ugodę, możesz postąpić, jak uznasz za właściwe. Stary Saaur zdjął dłoń z ramienia syna i lekkim skinieniem wezwał do siebie Kabę. Tarczownik Sha-shahana podszedł bliżej a jego wielki, poorany zmarszczkami łeb pochylił się ku władcy. Tymczasem stajenny przyprowadził konia. Wielkie konie bojowe dawno już poginęły w czasie walk, z tych zaś, które zostały, najlepsze miały pójść z Jatukiem i jego ludźmi. Jarwa wraz z towarzyszami musieli zadowolić się niemal kucykami. Przywiedzione przez Kabę zwierzę było niewielkie i z trudem unosiło Sha-shahana w pełnej zbroi. To jednak – jak pomyślał Jarwa – nie miało znaczenia. Nie spodziewał się, że walka będzie długa... Gdzieś za nimi i na wschodzie rozległ się głośny trzask wyładowania energetycznego i noc rozświetliły tysiące błyskawic. Po kilku sekundach dobiegł ich odgłos gromu, wszyscy jednak już zwrócili się na wschód, by zobaczyć migotliwą poświatę na niebie. – Droga została otwarta – odezwał się Jarwa. W tejże chwili podbiegł do nich wężowy kapłan, wskazując dłonią coś w dole. – Zechciej spojrzeć, panie! Jarwa zwrócił się ku zachodowi. Na tle odległych płomieni widać było lecące ku nim drobne sylwetki demonów. Stary Saaur pomyślał z goryczą o tym, jak złudna bywa perspektywa. Wrzeszczące dziko stwory nie ustępowały wzrostem rosłemu Saaurowi, a niektóre były znacznie większe. Ich skórzaste skrzydła cięły powietrze jak trzask bicza, wszędzie zaś rozlegały się dzikie zawodzenia, od których mógłby oszaleć najdzielniejszy nawet wojownik. Spoglądając na swą dłoń i szukając oznak drżenia, Jarwa powiedział do syna: – Daj mi swój miecz.

14 Młodzik uczynił, co mu kazano, a wtedy stary wódz przekazał broń Kabie. Potem wyjął z pochwy Tual-masoka i podał go synowi. – Weź to, co należy ci się prawem krwi i idź... Młodzieniec zawahał się przez chwilę, ale potem chwycił rękojeść. Do tej pory, jak świat światem, było tak, że to Mistrz Wiedzy wyjmował miecz z dłoni martwego ojca i przekazywał go dziedzicowi. Po raz pierwszy w historii Saaurów Sha-shahan sam dobrowolnie oddawał dziedziczny miecz, podczas gdy jego serce jeszcze biło... Jatuk bez słowa oddał ojcu honory, odwrócił się i ruszył ku swoim towarzyszom. Skinieniem dłoni polecił wszystkim dosiąść koni i w sekundę później wszyscy galopowali tam, gdzie pozostali Saaurowie czekali, by wkroczyć do nowego świata. Cztery jatary przemknęły pod portalem, resztki zaś piątego, wespół ze świtą Jarwy, zostały, by odeprzeć ostatni atak demonów. Powietrze wypełniły zaśpiewy zaklęć, gdyż mistrzowie wiedzy zabrali się do swej roboty. I nagle od nieba do ziemi rozbłysły białe płomienie, od horyzontu zaś do horyzontu rozciągnęła się ściana energii. Trafiające w nią demony zawyły z bólu i wściekłości. Te, które zdążyły się szybko cofnąć, zdołały ocaleć – ale wiele z nich zbyt daleko zagłębiło się w migotliwą zaporę, i teraz z ich licznych ran unosiły się smugi obrzydliwego, czarnego dymu. Kilka najsilniejszych i najodporniejszych stworów dotarło do krawędzi płaskowyżu, gdzie natychmiast zostały zaatakowane przez bezlitośnie tnących szerokimi mieczami jaszczurzych wojów. Jarwa wiedział jednak, że za wcześnie na tryumf, ponieważ zdołali pokonać tylko te bestie, które w starciu z magiczną osłoną odniosły najpoważniejsze rany. I wtedy wężowy kapłan krzyknął radośnie: – Odchodzą, panie. Odchodzą! Jarwa obejrzał się przez ramię i zobaczył zawieszony w powietrzu wielki, migotliwy srebrny portal, który kapłan nazywał przetoką. Przejeżdżały przezeń wozy z saauriańską młodzieżą i przez chwilę Jarwie zdawało się, że widzi znikającego za zasłoną syna – choć wiedział, że to tylko złudzenie. Odległość była zbyt duża, by rozróżnić takie szczegóły, jak rysy twarzy. Zaraz potem Jarwa skierował wzrok na tajemniczą barierę, która rozjarzyła się bielą w miejscu, gdzie demony chciały ją przełamać za pomocą czarów. Wiedział, że latające bestie nie stanowiły większego zagrożenia – ich szybkość pozwalała im wprawdzie zaatakować nawet jeźdźca i z lubością dobijały rannych, ale krzepki wojownik bez trudu mógł się uporać z każdym z nich. Śmierć niosą dopiero te, które idą za polatuchami. Wzdłuż całej powierzchni bariery widać już było rozdarcia, przez które majaczyły mroczne sylwetki znacznie roślejszych i zbliżających się nieubłaganie wrogów. Były to

15 potężnie zbudowane bestie, które nie mogły latać – chyba że dzięki magii – potrafiące jednak w biegu sprostać galopującemu koniowi i gnające teraz ku barierze z dzikim rykiem. W tejże chwili wężowy kapłan uniósł dłoń, z której strzeliły płomienie ku miejscu, gdzie jeden z demonów usiłował się przedrzeć przez szczelinę w zaporze, Jarwa jednak zobaczył, że Pantathianin zachwiał się z wysiłku. Stary wódz wiedział, że śmierć jest tuż-tuż i że się jej nie wymiga. – Powiedz mi jedną rzecz, wężu – odezwał się. – Dlaczego postanowiłeś zginąć wraz z nami? Czy nie obawiasz się śmierci z rąk tych tam? – Kiwnął dłonią ku zbliżającym się demonom. Pantathianin parsknął śmiechem, który władca Imperium Traw powinien uznać za obraźliwy i drwiący. – Nie, panie. Śmierć oznacza wolność, o czym się zresztą szybko przekonasz. My, którzy służymy Szmaragdowej Królowej, dobrze o tym wiemy. Usłyszawszy to, Jarwa zmrużył oczy. A więc stare legendy były prawdziwe! Ten stwór pochodził od istot będących dziełem Bogini Matki. Nagły gniew ogarnął Jarwę, ponieważ zrozumiał, że jego rasa została zdradzona i że stojący obok nędznik był wrogiem gorszym i zacieklejszym niż te, które gnały teraz ku niemu, by pożreć jego serce. Z okrzykiem rozpaczy i wściekłości ciął synowskim mieczem i jednym ruchem ramienia zdjął łeb z. karku zdradzieckiego Pantathianina. W tej samej chwili demony dopadły pierwszych szeregów grupy osłonowej i Jarwa miał zaledwie kilka sekund, by pomyśleć o losie, jaki czekał Jatuka i jego dzieci na odległym świecie, pod obcym niebem. Potem Pan Dziewięciu Oceanów wzniósł oblicze ku niebu, błagając w duchu skupionych w Niebiańskiej Hordzie przodków, by wejrzeli na dzieci Saaurów. Nagle napastnicy rozdzielili się. tworząc przejście dla ogromnej bestii. Bydlę było dwukrotnie wyższe niż najroślejszy z Saaurów, miało ponad dwadzieścia pięć stóp wzrostu i zmierzało prosto na Jarwę. Potężne i zbudowane podobnie jak jego ofiary, miało wąskie biodra, szerokie bary i długie, muskularne nogi. Na tym jednak podobieństwa się kończyły, gdyż z jego pleców wyrastały skórzaste, czarne skrzydła, a jego głowa... Trójkątna czaszka, podobna do końskiej, obciągnięta była cienką skórą, w paszczy błyskały niemal zwierzęce kły, oczy przypominały ogniste jamy, a czarci łeb otaczała korona ognia. Demoniczny śmiech zmroził krew w żyłach starego wodza. Potwór przecisnął się przez tłumek swych pośledniejszych braci, zupełnie nie zwracając uwagi na obrońców, którzy rzucili się przed Sha-shahana. Rozerwał wszystkich

16 równie łatwo, jak najsłabszy z Saaurów rozrywał bochen chleba. Jarwa stał spokojnie, wiedząc, że każda chwila zwłoki zwiększa szansę dzieci na ucieczkę przez przetokę. Demon górował nad Jarwa jak rosły wojownik góruje nad dzieckiem. Stary Sha- shahan uderzył z całej siły, kierując miecz na wyciągniętą w jego stronę łapę. Bydlę zawyło, ale ignorując ranę, chwyciło Jarwę szponami nie ustępującymi wielkością sztyletom. Pazury przeszyły zbroję i ciało starego wodza, gdy tylko bestia zacisnęła paluchy. Demon podniósł władcę Saaurów ku pyskowi i przez chwilę trzymał go na wysokości swych ślepiów. Gdy w oczach starego wodza zaczęło gasnąć światło życia, bestia zaśmiała się okrutnie. – Głupi śmiertelniku, nie władasz już niczym i nikim! Twoja dusza należy do mnie, nędzna istoto! Pożrę cię, ale będziesz trwał, by zabawiać mnie pomiędzy jednym a drugim posiłkiem! I po raz pierwszy od chwili przyjścia na świat, Jarwa, Sha-shahan Siedmiu Narodów, Władca Imperium Traw, Pan Dziewięciu Oceanów poczuł śmiertelny strach. Jego umysł zawył, sprzeciwiając się okrutnemu losowi, ciało zaś zwisło bezwładnie w czarnych szponach bestii. Czuł, że jego duch pragnie ulecieć ku Niebiańskiej Hordzie, coś jednak wiąże go i każe mu zostać. Patrzył z góry na swe pożerane przez demona ciało i słyszał jego słowa: – Jam jest Tugor, Pierwszy Sługa Maarga Wielkiego, Władcy Piątego Kręgu... a ty jesteś moją zabawką... Jarwa chciał krzyczeć, nie posiadał jednak głosu, wyrywał się, ale nie miał ciała. Tajemnicze, mistyczne więzy trzymały jego duszę niczym żelazne okowy. Zawodzące głosy przyjaciół powiedziały mu, że i oni wpadli w tę samą pułapkę. Natężając resztki woli, Jarwa spojrzał ku niedalekiej przetoce i zobaczył, że ostatnie z dzieci jego ludu opuszczały Shilę. Spostrzegłszy, że migotliwe lśnienie portalu znikło nagle z nieba, cień starego wodza ostatnią wolną myśl poświęcił synowi i jego ziomkom, życząc im bezpiecznej przystani pod obcym niebem i ochrony przed oszustwami węży w świecie, który Pantathianie nazwali Midkemią.

17 Rozdział 1 WYZWANIE Trąbka rozbrzmiała radośnie. Erik wytarł dłonie o fartuch. Po uporaniu się ze zwykłymi, porannymi obowiązkami niewiele miał roboty poza dokładaniem drew do ognia w palenisku, tak by nie musiał rozniecać go od nowa, kiedy później będzie potrzebny żar. Doszedł do wniosku, że jest chyba jedynym mieszkańcem miasteczka, który nie oczekuje na rynku na przyjazd Barona; konie jednak są na tyle przewrotnymi stworzeniami, że gubią podkowy w najbardziej niespodziewanych okolicznościach, wozy zaś zwykle ulegają uszkodzeniom wtedy, kiedy wszystkim najmniej to odpowiada. Tego przynajmniej nauczył się podczas ostatnich pięciu lat, kiedy pomagał kowalowi. Spojrzał ku miejscu, gdzie spał Tyndal, miłośnie obejmujący ramieniem dzban dość podłej okowity. Zaczął pić tuż po śniadaniu, twierdząc, że musi wznieść „kilka kielichów za zdrowie Barona”. Oczywiście urżnął się w trupa już po godzinie i Erik musiał dokończyć zań robotę. Na szczęście nie były to zadania, z jakimi nie dałby sobie rady, był bowiem ponad wiek wyrośnięty, krzepki, a poza tym od dawna przywykł do wad i słabości swego mistrza. Skończył przykrywać węgle warstewką popiołu, gdy usłyszał głos matki, wzywającej go do kuchni. Zignorował jej ponaglenia – czasu mieli aż nadto i nie musieli się śpieszyć, gdyż Baron nie dotarł jeszcze do granic miasteczka. Trąbki oznaczały, że dostrzeżono dopiero jego powóz. Erik nigdy nie przywiązywał zbytniej wagi do swego wyglądu, wiedział jednak, że skoro dziś będzie musiał wystąpić publicznie, powinien przynajmniej się ogarnąć. Zdjął fartuch, który starannie powiesił na kołku; potem zaś włożył ręce do wiadra z wodą. Przez dość długa, chwilę tarł zaciekle dłonią o dłoń, usiłując zetrzeć ślady czarnej sadzy i brudu, a potem zmoczył głowę. Sporą szmatą używaną do wycierania polerowane j stali osuszył twarz, usuwając z niej brud, którego –jak sądził – nie zmyła woda. Gdy powierzchnia wody nieco się ustała, przyjrzał się swemu rozedrganemu odbiciu. Zobaczył niebieskie oczy, kryjące się w cieniu mocno zarysowanych łuków brwiowych, i wysokie czoło okolone jasnymi włosami, spadającymi z tyłu aż na barki. Nikt dziś nie powinien wątpić w to, że jest synem swego ojca. Nos i oczy miał po matce, ale zarys szczęki i uśmiech, który często pojawiał się na wargach, nieuchronnie przywodziły na myśl twarz ojca. Posturą jednak różnił się od niego – ojciec był smukły, Erik zaś odziedziczył po nim jedynie wąskie biodra. Miał szerokie bary swego dziadka ze strony matki i potężne ramiona,

18 których krzepa rozwinęła się jeszcze podczas wieloletniej pracy w kuźni. Mógł zginać żelazne sztaby lub kruszyć palcami orzechy. Nogi miał umięśnione równie mocno – zawdzięczał to pomaganiu przy kuciu koni. które zwykły opierać się na kowalu, gdy ten dopasowywał podkowy, gładził je pilnikiem i wbijał hufnale. Podczas napraw powozów też trzeba się było nieźle wysilić, by podnieść oś do zdjęcia uszkodzonego lub osadzenia na niej na nowo okutego koła. Potarłszy dłonią brodę, wyczuł szczecinę. Jako że był jeszcze dość młody, mógł golić się co trzeci dzień, miał bowiem bardzo jasny zarosi – wiedział jednak, że matka będzie się dziś upierać, by ogolił się ponownie. Starając się nie obudzić kowala, przeniknął chyżo do swej pryczy i wyjął spod siennika brzytwę oraz zwierciadło. Mógł wprawdzie wyobrazić sobie kilka rzeczy przyjemniejszych od golenia się w zimnej wodzie, wszystko jednak i tak zakończyłoby się tym, że po dokładnych oględzinach jego twarzy, matka postawiłaby na swoim. Raz jeszcze zmoczył policzki i zaczął bohaterskie zmagania z jednodniowym zarostem. Skończywszy, przyjrzał się swemu obliczu odbitemu w lśniącej wodzie. Żadna kobieta nie powiedziałaby o nim, że jest przystojny – miał grubo ciosane rysy, mocno zarysowaną szczękę i szerokie czoło – ale jego oblicze było szczere i otwarte, i zjednywało mu przyjaźń mężczyzn, kobietom zaś zaczynało się podobać, gdy tylko przywykły do nadmiernej witalności młodzieńca. Choć miał dopiero piętnaście lat, osiągnął już wzrost rosłego męża, a siłą niewiele ustępował kowalowi; żaden chłopiec nie mógł sprostać mu w zapasach, zresztą niewielu próbowało. Dłonie Erika były może niezgrabne, gdy przychodziło do trzymania talerza czy sztućców w jadalni, stawały się jednak zręczne i pewne, gdy pracował w kuźni. Spokojny poranek zakłócił głos matki domagającej się, by natychmiast do niej przyszedł. Opuszczając kuźnię – mały budyneczek przylepiony do tylnej ściany stajen – rozwinął podwinięte rękawy. Mijając drzwi stajni, rzucił okiem na zostawione pod jego opieką konie. Oberżysta gościł dziś trzech podróżnych, których wierzchowce spokojnie objadały się sianem. Czwarty koń, a właściwie cierpiąca kobyła, leżała na boku i na widok młodzieńca zarżała radośnie. Erik nie mógł powstrzymać uśmiechu – leczył ją już od dwu tygodni, toteż zwierzę przyzwyczaiło się do jego przedpołudniowych wizyt. – Wrócę tu jeszcze, staruszko – pocieszył ją cicho. Zwierzę parsknęło, nie kryjąc niezadowolenia. Mimo swego młodego wieku Erik zdążył już wyrobić sobie reputację najlepszego „końskiego medyka” w Darkmoor i okolicy. Mówiono, że potrafi dokonywać niemal cudów. Większość ludzi nie podjęłaby się leczenia tej klaczy, ale Owen Greylock, Mistrz Miecza Barona Darkmoor, wysoce cenił sobie chore zwierzę. Zaryzykował i oddał ją

19 pod opiekę Erika, wyjaśniając chłopcu, że gdyby ten potrafił przywrócić jej zdrowie na tyle, że zdołałaby się oźrebić, potomstwo chyżej klaczy mogłoby się okazać bardzo cenne. Erik obiecał, że piękne zwierzę będzie jeszcze brało udział w wyścigach. W tejże chwili Erik ujrzał w tylnych drzwiach gospody Pod Szpuntem swoją matkę – a wyraz jej twarzy nie wróżył niczego dobrego. Była to mała kobietka o nieugiętej woli i determinacji. Dawniej uchodziła za piękność... dziś widać było, że ciężka praca i nieprzychylne koleje losu zrobiły swoje. Kasztanowe niegdyś włosy pani Freidy całkowicie pokrywała siwizna, a zielone oczy, za spojrzenie których przed laty dałaby się porąbać połowa darkmoorskich hołyszów, otaczała już siateczka drobnych zmarszczek. – Szybko! – ponagliła syna. – Mamy jeszcze trochę czasu – odrzekł Erik, ledwie ukrywając irytację. – Wszystko będzie trwało zaledwie moment – odparła matka. – Jeśli go nie wykorzystamy, szansa nigdy się już nie powtórzy. On jest chory i może tu nigdy nie wrócić... Erik zmarszczył brwi, czując, że matka czegoś nie dopowiedziała, ona jednak nie rzekła nic więcej. Baron rzadko zwiedzał swe niezbyt rozległe posiadłości. Zwyczaj wymagał jednak, by podczas żniw składał wizyty w wioskach i miasteczkach, które dostarczały Darkmoor większość z bogactw, jakimi szczyciła się baronia. Bogactwem tym były pyszne winogrona i najprzedniejsze wino w Królestwie. Baron odwiedzał tylko niektóre winnice, a ta nieopodal Ravensburga była jedną z najmniejszych. Erik był zresztą przekonany, że podczas ostatnich siedmiu lat Baron celowo unikał Ravensburga i domyślał się powodów, dla których tak czynił. Spojrzawszy na matkę, przypomniał sobie z goryczą, jak dziesięć lat temu niemal na siłę przeprowadziła go wśród tłumu obserwującego przybycie Barona. Erik pamiętał zdumienie i strach malujące się na twarzach miejskich urzędników, mistrzów gildii, właścicieli winnic i kupców, kiedy matka zażądała od Barona, by uznał w Eriku swego syna. Radosne święto winobrania przekształciło się w jedną wielką konsternację – a najbardziej nieswojo czuł się oczywiście Erik. Kilku ważnych mieszczan przychodziło później do Freidy, żądając, by na przyszłość zrezygnowała z absurdalnych roszczeń, czego matka wysłuchiwała grzecznie i bez słowa. – Weź swe najlepsze szaty i chodź do środka – zażądała Freida. Odwróciła się i ruszyła przed siebie, nie patrząc nawet, czy syn podąża za nią. Gdy Erik wszedł do kuchni, siedząca tam Rosalyn uśmiechnęła się doń przyjaźnie, na co młody terminator kowalski odpowiedział skinieniem głowy. Córka oberżysty miała tyle samo lat co on, byli więc od dawna przyjaciółmi i powierzali sobie wszystkie swoje sekrety.

20 Ostatnio Erik zauważył jednak, że siostrzana miłość, jaką darzyła go Rosalyn, przeradza się w coś głębszego, i nie bardzo wiedział, co z tym począć. Kochał ją jak brat, ale nigdy nie myślał o niej jako o przyszłej małżonce – obsesja matki uniemożliwiała zresztą rozmowy o takich rzeczach, jak małżeństwo, zajęcie się handlem lub podróżami. Ze wszystkich miejskich chłopców w jego wieku on jeden nie był oficjalnie mianowany czeladnikiem u żadnego mistrza rzemiosła. Owszem, pomagał Tyndalowi, ale wszystko to było niezobowiązujące i pomimo smykałki do kowalstwa i innych zajęć nie był związany z jakąkolwiek gildią – niw Krondorze, ni w królewskim mieście Rillanonie. Matka nie pozwalała też, by kowal dotrzymał niejednokrotnie powtarzanej obietnicy, że wyśle petycję do Gildii Kowali w sprawie przyjęcia Erika na czeladnika. W normalnych okolicznościach młodzieniec kończyłby pierwszy rok nauki. Co prawda potrafił znacznie więcej niż czeladnicy nawet z trzy letnim stażem, ale nawet jeśli matka pozwoli mu zacząć od następnej wiosny, będzie opóźniony o dwa lata! Tymczasem matka, która sięgała mu zaledwie do brody, spojrzała nań krytycznie i ze słowami: „Czekajże, niech ci się przypatrzę...” ujęła go za podbródek. Wykręciwszy mu głowę w lewo i w prawo, jakby był dzieckiem, sarknęła: – Jesteś usmolony sadzą! – Mamo, przecież pracuję w kuźni! – zaprotestował. – Umyj się jeszcze raz! – zabrzmiał rozkaz. Erik wiedział, że lepiej się nie sprzeciwiać. Jego matka była istotą o stalowej woli popartej niezachwianą wiarą w słuszność własnych czynów. Młodzik dość szybko pojął daremność sporów z rodzicielką – nawet gdy niesłusznie oskarżano go o jakiś występek, kiwał w milczeniu głową i czekał na wyrok. Wszelkie protesty i tłumaczenia zwiększały jedynie surowość kary. Teraz także bez słowa zdjął koszulę i położył na poręczy krzesła stojącego obok stołu, który służył do przygotowywania posiłków. Kątem oka ujrzał, że Rosalyn bawi jego bezwarunkowe posłuszeństwo i wykrzywił ku niej twarz w niby to groźnym grymasie. Dziewczyna uśmiechnęła się szerzej i odwróciła, by wziąć spory kosz świeżo umytych warzyw. Wychodząc, odwróciła się, pchnęła drzwi tyłeczkiem i jednocześnie pokazała mu język. Erik uśmiechnął się, zanurzając ramiona w wodzie zostawionej przez dziewczynę po opłukaniu warzyw. Rosalyn umiała skłonić go do uśmiechu częściej niż ktokolwiek inny. Nie potrafił w pełni zrozumieć dziwnych uczuć, jakie ogarniały go nocami, gdy marzył o tej czy innej młodej dziewczynie z miasteczka, doskonale zaś, jak każde dziecko wychowane pośród zwierząt, znał znaczenie płci i sposoby rozmnażania – obce jednak mu były związane z tym emocje. Przy Rosalyn przynajmniej nie czuł się skrępowany jak przy innych, bardziej od niej

21 doświadczonych dziewczętach, jedno zaś wiedział na pewno – była jego najlepszą i najwierniejszą przyjaciółką. Pośród tych rozważań usłyszał głos matki: – Użyj mydła... zapewniam, że to cię nie zabije. Westchnął ciężko i wziął w dłonie leżący na krawędzi zlewu kawał niezbyt pachnącego mydła. Była to mocno żrąca mieszanina ługu, popiołu, łoju i piasku, używana do oczyszczania garnków i talerzy, która– przy odrobinie nieuwagi – mogła zedrzeć mu skórę z twarzy i dłoni. Erik wziął najmniejszy z możliwych kawałek, lecz skończywszy ablucje, musiał przyznać, że w zlewie została imponująca ilość sadzy. Zdołał jakoś zetrzeć resztki mydła, zanim zaczęła piec go skóra, i wziął ręcznik, który podała mu matka. Otarłszy twarz i dłonie, ponownie wdział koszulę. Matka i syn wyszli z kuchni i wkroczyli razem do jadalni, gdzie Rosalyn kończyła właśnie wrzucanie warzyw do wielkiego, wiszącego nad paleniskiem kotła. Wszystko będzie się razem powoli gotowało przez cały ranek aż do południa, wypełniając pomieszczenie zapachem, który w porze kolacji stanie się nieodpartą pokusa. Rosalyn uśmiechnęła się do przechodzącego obok Erika, jednak jej wesołość była dziś nieco udawana – dziewczyna przewidywała rozwój wydarzeń i wcale jej się to nie podobało. Przy drzwiach wyjściowych Erik i Freida natknęli się na oberżystę, jegomościa o imieniu Milo. Był to krępy mężczyzna o nosie wyglądającym jak zgnieciony ziemniak – zostało mu to jako pamiątka z czasów, kiedy wyrzucał z izby różnych rozrabiaczy i hałaburdów. Oberżysta spokojnie pociągał dym z długiej fajeczki. – Wygląda na to, Freido, że będziemy mieli spokojne popołudnie – zauważył enigmatycznie. – Wieczorem może być jednak gorąco, ojcze – powiedziała Rosalyn, która zatrzymała się właśnie obok Erika. – Kiedy ludziom się sprzykrzy czekanie na Barona, przyjdą niechybnie prosto do nas. Milo uśmiechnął się i patrząc na córkę, znacząco mrugnął okiem: – O co wszyscy gorąco się pomódlmy. Ufam, że Pani Fortuny o nas nie zapomni. – Milo – sarknęła z przyganą w głosie Freida. – Ruthia ma chyba ważniejsze sprawy na głowie, niż dobrobyt mizernego oberżysty. – Z tymi słowy wzięła swego potężnie zbudowanego syna za rękę, jakby był małym chłopczykiem, i przeprowadziła go przez drzwi. – Ona jest... bardzo uparta, ojcze – mruknęła Rosalyn, gdy Freida i jej syn zniknęli za najbliższym rogiem. – Zawsze taka była – odparł Milo, kiwając głową i pykając z fajeczki. – Nawet jako dziecko... nigdy nie pozwoliła narzucić sobie czyjegoś zdania... –Objąwszy córkę ramieniem, dodał: – Cieszę się, że twoja matka była zupełnie inną osobą.

22 – Plotkarze mówią – zauważyła z przekąsem Rosalyn – że wiele lat temu i ty kręciłeś się koło Freidy... – Tylko tyle mówią? – zachichotał Milo. – No cóż... – dodał, poważniejąc. – To prawda. Prawie wszyscyśmy się za nią uganiali. – Uśmiechnął się, patrząc z góry na córkę. – Najlepszą rzeczą, jaka trafiła mi się w życiu, była odmowa Freidy, kiedy poprosiłem ją o rękę. I oczywiście zgoda twojej matki. – Odsunąwszy się nieco, zakończył: – Prawic wszyscy chłopcy kochali się we Freidzie. Była w tym czasie pięknością co się zowie... Miała wspaniałe, zielone oczy, kasztanowe włosy, była szczupła, ale... hm... pulchna tam, gdzie trzeba... i na jej widok każdemu chłopcu serce biło szybciej. A nosiła się dumnie jak królowa i poruszała wdzięcznie jak najlepszy wyścigowy źrebiec... To dlatego wpadła w oko Baronowi... Gdzieś od strony rynku zabrzmiały odgłosy fanfar. – Wrócę lepiej do kuchni – mruknęła Rosalyn. Milo kiwnął głowa; – Ja zaś pójdę zobaczyć, co tam się wyrabia, ale zaraz wracam... Rosalyn uścisnęła dłoń ojca i Milo ujrzał w jej oczach skrywaną troskę o Erika. Oberżysta kiwnął głową na znak, że wszystko rozumie i odwzajemnił uścisk dłoni. Potem odwrócił się i ruszył ulicą, podążając drogą, którą niedawno poszli Freida i Erik. Erik przeciskał się przez tłum, wykorzystując swój wzrost i wagę. Pomimo siły, jaką dysponował, był raczej dobrodusznym chłopcem i świadomie nie popchnąłby nikogo, mimo to sam jego widok wystarczał, by tłum się rozstępował. Erik miał szerokie bary i potężne ramiona jak u wojownika, nie cierpiał jednak konfliktów. Cichy i refleksyjny z natury, po robocie najchętniej przysiadał gdzieś w kącie nad kubkiem herbaty, czekając na posiłek, i przysłuchiwał się opowieściom starych bywalców oberży. W tym samym czasie jego rówieśnicy zajmowali się igraszkami z dziewczętami lub płataniem figlów. Erik natomiast wpadał w panikę na samą myśl o zbliżeniu się do obcej dziewczyny. Usłyszawszy nagle znajomy głos, wołający jego imię, odwrócił się i zobaczył przepychającego się przez tłum obszarpańca, który tam gdzie Erikowi wystarczał wzrost i krzepa, nadrabiał zręcznością i sprytem. Kiedy przyjaciel dotarł do niego, obaj uśmiechnęli się szeroko. – Hej! – rzekł młody kowal, witając kompana. – Eriku... Freido... – odparł młodzieniec, kłaniając się przesadnie. Rupert Avery, znany szerzej pod imieniem Roo, był najlepszym przyjacielem z dzieciństwa, chociaż matka wielokrotnie zabraniała Erikowi bawić się z nim. Ojcem Roo był woźnica, najczęściej nieobecny w miasteczku – prowadził swój wóz do Krondoru, Krzyża Malaka lub Doliny Durrony – a gdy tego nie czynił, leżał pijany jak bela w swej izdebce. Roo wychowywał się

23 zupełnie samopas i dość wcześnie objawiły się pewne niepokojące cechy, które tak nieodparcie pociągały ku niemu Erika. Różnili się zresztą całkowicie – Erik na przykład zupełnie nie umiał rozmawiać z kobietami, a Roo był mistrzem sztuki uwodzenia – a przynajmniej sam tak twierdził. Łotrzyk, zawołany łgarz i od czasu do czasu złodziejaszek – taki był najbliższy po Rosalyn przyjaciel młodego kowala. W odpowiedzi na powitanie Freida ledwie dostrzegalnie kiwnęła głową. Nie lubiła go – choć znała od dawna – i wciąż podejrzewała, że maczał palce w każdym łajdactwie i oszustwie, jakie wydarzyły się w promieniu kilku dni drogi od Ravensburga. Spojrzawszy na twarz syna, w porę ugryzła się w język i powstrzymała od złośliwych komentarzy. Erik miał już piętnaście lat i niechętnie poddawał się woli mateczki. Wykonywał przy tym niemal całą robotę za Tyndala, który ostatnio by wał pijany w sztok przez pięć dni w tygodniu. – Aaa... więc znów zasadzacie się na Barona? – rzekł Roo. Freida obdarzyła młodego urwipołcia spojrzeniem, po którym powinien był zaskwierczeć i wyparować, Erik zaś zrobił zakłopotaną minę. Roo uśmiechnął się niczym uosobienie niewinności. Miał pociągłą twarz, bystre oczy i mimo nierównych zębów, potrafił zjednać sobie ludzi miłym uśmiechem. Daleki był od ideału młodzieńczej urody, miał jednak coś sympatycznego w twarzy o nieustannie zmieniającym się wyrazie, a jego maniery, na osobliwy, łotrzykowski sposób były nawet pociągające. Erik wiedział również, że przyjaciel potrafi niekiedy zachować się bardzo nierozsądnie – bywało, że tylko przyjaźń (i niemała krzepa) terminatora kowalskiego wyciągały go z nielichych opałów. Niewielu chłopców w mieście zaryzykowałoby starcie z Erikiem: był zbyt silny. Zwykle spokojny syn Freidy stawał się niebezpiecznym przeciwnikiem, gdy tylko ktoś go rozjuszył. Kiedyś wpadł w gniew, stracił panowanie nad sobą i złamał rówieśnikowi ramię. Uderzony chłopak niespodzianie przeleciał przez dziedziniec oberży, rąbnął o ścianę, a jego ręka trzasnęła niczym zapałka. Roo odsunął na bok połę swego obszarpanego płaszcza, odsłaniając znajdującą się pod spodem kurtkę – w znacznie lepszym stanie niż płaszcz – i Erik ujrzał, że jego przyjaciel trzyma w dłoni butlę z długą szyjką. Na szyjce widać było wyraźnie pieczęć z herbem Barona. Młody kowalczyk wzniósł oczy do nieba. – Spieszno ci, by stracić dłoń? – spytał z desperacją w głosie. – E... nie... po prostu wczoraj w nocy pomagałem ojcu rozładować wóz. – A to?

24 – Osobiście przeze mnie wybrana butelka wina gronowego. Erik skrzywił się, jakby nagle rozbolał go ząb. Darkmoor był uznanym w całym Królestwie Wysp ośrodkiem handlu winem, i to właśnie wino stanowiło najbardziej znany towar produkowany w baronii i okolicznych miasteczkach. W rozciągających się na północy lasach dębowych cieśle robili potężne beki do fermentacji i mniejsze, w których trunek dojrzewał i nabierał mocy, na południu zaś szklarze wydmuchiwali z roztopionego piasku butelki. Ośrodkiem tego wszystkiego była jednak baronia i jej winnice. Choć w Wolnych Grodach prowincji Natal i Yabon produkowano doskonałe wina, żadne z nich nie mogło się równać pod względem bogactwa bukietu czy smaku z tymi, które dojrzewały w winnicach i piwnicach Darkmoor. Rosły tu nawet niezwykle trudne w pielęgnacji grona Pinot Noir z Bas Tyra – a nigdzie indziej w Królestwie nie chciały się przyjąć. W Darkmoor produkowano ciężkie, czerwone wina i białe wytrawne musujące – doskonałe do celebracji rozmaitych uroczystości. Trunki z darkmoorskich winnic osiągały najwyższe ceny nawet na rynkach dalekiego Kesh. Jednym z najbardziej cenionych przez znawców było niezwykle słodkie wino deserowe zwane gronowym. Toczono je z winogron zarażonych przez tajemniczą słodkawą pleśń, która niekiedy nawiedzała winnice. Trunek ten był rzadki i drogi; za butelkę, jaką Roo krył pod płaszczem, trzeba by zapłacić równowartość połowy rocznego dochodu przeciętnego wieśniaka. Herb zaś świadczył o tym, że pochodziła z prywatnych piwnic Barona i przywieziono ją ze stolicy baronii Darkmoor do Ravensburga na spotkanie Jego Dostojności ze starszyzną gildii i cechów. Wprawdzie złodziejom nie obcinano już dłoni, gdyby jednak Roo został złapany z tą butelką, mógłby zostać skazany na pięć lat ciężkich robót w królewskich kopalniach. Ponownie rozległ się głos trąbek i na ryneczku pojawił się oddział jazdy Barona. Nad jeźdźcami trzepotały barwne proporce, a podkowy ich koni krzesały skry na miejskim bruku. Erik odruchowo zerknął na końskie nogi, szukając obluzowanych podków, ale nie znalazł żadnej – cokolwiek by nie mówić o sposobie zarządzania majątkiem przez Barona, jego jeźdźcy umieli dbać o swe konie. Oddział wjechał na rynek i skręciwszy ku niewielkiej fontannie na jego środku, uformował dwa szeregi, wypierając pospólstwo na boki. Po kilku minutach fragment rynku przed budynkiem Gildii Winiarzy i Ogrodników był już pusty – gotowy na przyjęcie zbliżającej się karety baronostwa. Pojawili się kolejni żołnierze w jednolitych szarych koletach ozdobionych godłem Darkmoor: czarnym krukiem w czerwonym polu, trzymającym w dziobie gałązkę jałowca.

25 Dodatkiem do godła była też złota obręcz wyszyta tuż nad nim – co wskazywało, iż oznaczeni tak żołnierze należeli do osobistej straży Barona. W końcu pokazała się kareta, Erik zaś nagle zdał sobie sprawę z tego, że wstrzymuje oddech. Choć matka nieustannie mu powtarzała, że powinien się kontrolować, wypuścił powietrze z płuc i zmusił się do przyjęcia swobodniejszej postawy. Jednocześnie zaczął rejestrować uwagi, padające w tłumie pod adresem Barona. Od roku już krążyły po całej baronii plotki o jego podupadającym zdrowiu. Ujrzawszy, że siedzi on wewnątrz karety obok małżonki, zamiast jak przedtem jechać konno obok powozu, wszyscy obserwatorzy doszli do wniosku, że w plotkach musi być sporo racji. Uwagę Erika przykuli dwaj młodzieńcy dosiadający jednakowych kasztanków. Za każdym z nich jechał żołnierz dzierżący proporzec Darkmoor. Oznaki starszeństwa na proporcach wskazywały, że jadącym z lewej strony jest Manfred von Darkmoor, młodszy z synów Barona. Po prawej jechał kłusem Stefan von Darkmoor, starszy syn i dziedzic tytułu oraz włości. Obaj byli dość podobni do siebie – na tyle, że mogliby uchodzić za bliźniaków – i dosiadali koni z wdziękiem, którego Erik nie mógł nie podziwiać. Manfred zmierzył wzrokiem zbiegowisko, a kiedy w końcu dostrzegł Erika, zmarszczył brwi. Kiedy spojrzenie Stefana podążyło w tym samym kierunku, starszy brat powiedział coś do Manfreda, odwracając jego uwagę. Obaj młodzieńcy ubierali się podobnie: mieli wysokie buty do konnej jazdy, obcisłe spodnie wzmocnione w kroku skórą, luźne białe jedwabne koszule okryte kurtkami bez rękawów z miękko wyprawionej skóry oraz czarne filcowe berety obszyte na brzegach złotą taśmą i ozdobione barwionym na czerwono orlim piórem. Obaj też mieli przy bokach rapiery, których –jak mówiono – mimo młodego wieku potrafili zaskakująco dobrze używać. Freida wskazała podbródkiem na Stefana i mruknęła szorstko: – To twoje miejsce, Eriku. Erik poczuł, że policzki czerwienieją mu z zakłopotania, wiedział jednak, że najgorsze ma dopiero przed sobą. Tymczasem karoca się zatrzymała, woźnica zeskoczył, by otworzyć drzwiczki, z tłumu oczekujących zaś wysunęli się dwaj przedstawiciele władz miejskich, którzy mieli powitać dostojnych gości. W drzwiach karety pierwsza ukazała się urodziwa dama, której rysy zastygły w wyrazie lekkiej pogardy dla otoczenia – i to nieco ją szpeciło, tak że nie można było jej nazwać doskonałą pięknością. Jeden rzut oka na dwu młodzieńców, którzy właśnie zsiadali z koni, wystarczył, by upewnić każdego patrzącego, że ma przed sobą matkę obu dziedziców. Cała trójka była wysoka, ciemnowłosa i szczupła.