uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 542 625
  • Obserwuję698
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań849 809

Rebecca Brandewyn - Wszystko albo nic

Dodano: 6 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 6 lata temu
Rozmiar :1.1 MB
Rozszerzenie:pdf

Rebecca Brandewyn - Wszystko albo nic.pdf

uzavrano EBooki R Rebecca Brandewyn
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 6 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 39 osób, 35 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 370 stron)

REBECCA BRANDEWYNE WSZYSTKO ALBO NIC

Przeszłość odzyskana To dzień, gdy otwierają się puste otchłanie, By pod czarem Tytana drwić z Nieba tyranii, Zdobywca ujarzmiony, już w lochu niewoli. Oto Miłość cierpliwie panować zaczyna W mądrości serca; mija udręki godzina Przepastna i jęk, który przeraża i boli, Jak konania na grani skalistej cierpienie, Miłość światu na skrzydłach niesie uzdrowienie. Reguły gry, polityczne działanie i wytrwałość. To pieczęcie pewności, której nic nie złamie, Ona strzeże lochu, skąd prze siła zniszczenia. I gdyby wieczność, macierz wielu czynów, godzin, Miała dłonią niepewną węża oswobodzić, Który by ją chciał zdusić w ciasnych opleceniach, Te pieczęcie moc mają przez której działanie Rozpętany zły los ujarzmiony zostanie. Znosić nieszczęście, które bez końca się toczy, Wybaczać zło, ciemniejsze od śmierci i nocy, Wyzwać władzę, co zda się wszechmocnie panować,

6 WSZYSTKO ALBO NIC Rebecca Brandewyne Kochać i cierpieć, czekać z nadziei choć cieniem, Aż się nadzieja z szczątków w swój przedmiot przemieni. Nie zmieniać się, nie wahać, nigdy nie żałować, To znaczy przebywać jak ty, w chwale, Tytanie, W dobra, wielkości, piękna i wolności stanie. I to jest życie, radość, triumf, panowanie. według poematu Percy Bysshe Shelleya Prometeusz wyzwolony, przekład Leszek Elektorowicz

PROLOG Utracone dziedzictwo Władza deprawuje. Władza absolutna deprawuje w sposób absolutny. Lord Acton Z listu do biskupa Mandella Creightona

Burzliwa noc Nadzy biedacy, w której bądź wy stronie Znosicie ostre pociski powietrza, Jak mogą wasze głowy bez okrycia, Wasze od głodu wycieńczone członki Pod rozpadłymi łachmanami obstać Wśród takiej jak ta burzy? William Szekspir, Król Lear Tłum. Józef Paszkowski Rezydencja na Południowym Zachodzie, trzydzieści lat temu - Zabiją nas - szepnęła drżącym głosem Nathalie Marlow i podniosła pełne przerażenia oczy na męża. - Nie zabiją, Nathalie. Nie dopuszczę do tego. - Odpowiedź Rolanda Marlowa zdawała się brzmieć stanowczo i pewnie, ale na jego twarzy malowało się napięcie. Zeszli pospiesznie do wyłożonego marmurami ho­ lu rezydencji, po czym Nathalie odezwała się po­ nownie:

10 WSZYSTKO ALBO NIC Rebecca Brandewyne - Nie rozumiem, dlaczego nie chcesz zawiado­ mić policji - powtórzyła po raz chyba dwudziesty tego wieczoru, uspokajając przy tym niemowlę po­ płakujące w jej ramionach. Angelina, ich jedyne jak dotąd dziecko, była głodna, dlatego kaprysiła. Rytm snu i karmienia, do którego przywykła, został bru­ talnie zakłócony za sprawą koszmarnych wydarzeń tej nocy. - Policja? I co niby miałbym im powiedzieć? - W głosie Rolanda dało się słyszeć złość i zniecier­ pliwienie wywołane głębokim niepokojem o rodzi­ nę. - Rozmawialiśmy już o tym, prawda? Nie mamy absolutnie żadnych dowodów, wyłącznie podejrze­ nia, być może bezpodstawne. Bez dowodów wyj­ dziemy na głupców, pomyleńców. Całkiem możliwe, że sami wzbudzimy podejrzenia policji, a na to nie możemy sobie pozwolić. Nie. Musisz mi zaufać, ko­ chanie. Naprawdę wiem, co robię. Jeśli uda nam się stąd wydostać, znikniemy na jakiś czas. Mamy dość pieniędzy, by zebrać informacje na temat naszych wrogów. Unieszkodliwimy ich. Na razie nie wiemy, kto jest z nami, a kto przeciwko nam, ale jedno jest pewne: ich jest więcej, są bezwzględni, dobrze uz­ brojeni. Cholera, wszystko przez ojca! Ostatnie słowa zagłuszyło wycie wiatru. Ktoś rap­ townie otworzył frontowe drzwi rezydencji. Z gardła Nathalie wyrwał się paniczny krzyk, przycisnęła mocniej niemowlę do piersi, po czym stała przez

PROLOG 11 chwilę niczym sparaliżowana, wpatrzona w mężczy­ znę, którego potężna, groźna sylwetka pojawiła się progu na tle rozświetlonego błyskawicą nieba. Strach minął, kiedy intruz wszedł do holu i w łagodnym blasku lamp ukazała się zdradzająca indiańskie po­ chodzenie twarz zaufanego szofera i ochroniarza Marlowów. Nathalie odetchnęła z ulgą i zaraz potem się rozpłakała. - Proszę wybaczyć, pani Marlow, nie chciałem pani przestraszyć - mruknął Jim Tallcloud. W jego głosie słychać było współczucie i troskę. Równie do­ brze, jak chlebodawcy zdawał sobie sprawę z nie­ bezpieczeństwa. - Przyprowadziłem mercedesa, sir - zwrócił się do Rolanda. - Stoi przed wejściem. Wszystkie bagaże już zapakowane. Jeśli są państwo gotowi, możemy ruszać. - Jesteśmy gotowi. Chyba tak... - W takim razie trzeba jechać, sir, najwyższy czas - ponaglił go szofer, widząc, jak Roland ze smutkiem rozgląda się wokół i jak trudno mu się roz­ stać z domem, gdzie przeżył tyle szczęśliwych chwil. Marlowowie z ociąganiem wyszli na podjazd, prosto w szalejącą burzę. Byli ostrożni, czujni, nie mogli wiedzieć, czy nie są obserwowani przez tych, którzy zmusili ich do potajemnej ucieczki. W ogromnej, czarnej limuzynie, wtulona w skó­ rzane siedzenie, czekała już żona Jima i gospodyni

12 WSZYSTKO ALBO NIC Rebecca Brandewyne Marlowów, Faith. Na kolanach trzymała małą córe­ czkę, Leę. Dziewczynka urodziła się zaledwie kilka dni wcześniej niż mała Angelina Marlow. Kuląc się przed wiatrem i siekącym deszczem, Nathalie wślizgnęła się na tylne siedzenie, obok Faith. Faith znaczy „wiara", pomyślała niejasno. Jakże odpowiednie imię. Faith jednak była tak samo prze­ rażona, jak pozostała trójka, choć starała się nie tracić spokoju. W tych trudnych chwilach podtrzymywała resztę domowników na duchu, dodawała im otuchy. Nathalie nie potrafiła sobie wyobrazić, co by poczęli bez niej. - Proszę mi dać Angelinę, nakarmię ją - powie­ działa łagodnie Faith, rozpięła guziki bawełnianej bluzki i wyciągnęła dłonie, by wziąć od matki gry­ maszące niemowlę. - Powinna się zaraz uspokoić. Naje się i zaśnie. Nathalie często myślała, że to dobrze, iż dziew­ czynki przyszły na świat prawie w tym samym cza­ sie. Kilka dni po porodzie, zaraz po opuszczeniu szpitala, nieoczekiwanie straciła pokarm. Na szczę­ ście Faith miała wystarczającą ilość mleka dla dwóch niemowląt i obydwie dziewczynki otaczała tą samą serdeczną opieką. - Tak, tak, moja maleńka Angel. Niespokojna je­ stem i głodna, prawda, biedactwo moje kochane? - przemawiała czule Nathalie, patrząc na ciemnowło­ są, kruchą istotkę pełnym miłości wzrokiem. - Faith

PROLOG 13 zaraz cię nakarmi, nie płacz już, malutka. - Przytu­ liła dziewczynkę mocniej, po czym oddała ją Faith, sama zaś wzięła Leę. Lea spała spokojnie, szczęśli­ wie nieświadoma burzliwych wydarzeń. Mężczyźni usadowili się na przednich siedze­ niach, Jim uruchomił silnik. Przed wyjazdem zrobił staranny przegląd samochodu, ale ciągle się niepo­ koił, że coś przeoczył. Jakiś detal, niezauważalny, a skomplikowany, jakiś błąd, który mógł się pojawić w elektronice superwozu, zaprojektowanej przez oj­ ca Rolanda, odludka, chimeryka i wspaniałego na­ ukowca, którego twórczy umysł zamienił Marlow Micronics Incorporated w prawdziwe imperium na rynku urządzeń elektronicznych. Na szczęście samo­ chód zamruczał po chwili niczym wielki, prężący się gepard, sprawny i gotowy do skoku. Jim nacisnął na gaz i przezornie, z wygaszonymi światłami, skie­ rował auto kolistym podjazdem w stronę bramy na tyłach rozległej posiadłości. Sekundy wlokły się nieznośnie. W samocho­ dzie panowała napięta, ciężka atmosfera. Było tak cicho, że Nathalie słyszała bicie własnego serca. Pomimo włączonej klimatyzacji, zimny pot spływał jej po czole. Kiedy Roland pstryknął zapalniczką i przytknął płomień do papierosa, podskoczyła prze­ rażona. - Otworzę bramę - zabrzmiał głos Jima pośród martwego milczenia.

14 WSZYSTKO ALBO NIC Rebecca Brandewyne - Nie, ja to zrobię. - Roland wyskoczył z auta w gęsty mrok nocy, zanim szofer zdążył zaprotes­ tować. Brama była tak rzadko używana, że zasuwa za­ rdzewiała z upływem lat. Nathalie z coraz większym niepokojem czekała na powrót zmagającego się z opornym żelastwem męża. W końcu kute w me­ talu skrzydła rozwarły się z głośnym skrzypieniem dawno nieoliwionych zawiasów. Jim przejechał na drugą stronę, odczekał, aż Ro­ land zamknie na powrót skrzydła bramy i usadowi się w fotelu. Trzasnęły drzwiczki i zaraz potem sa­ mochód ruszył z chrzęstem opon na mokrym żwirze. Ulewa się wzmogła, deszcz zalewał szyby, wy­ cieraczki rytmicznie zgarniały wodę, lecz i tak wi­ doczność była prawie żadna. Pomimo to Jim nadal jechał z wyłączonymi reflektorami w obawie, że dojrzy ich ktoś, kto być może obserwuje posiadłość, przyczajony na jednym z pobliskich wzniesień. W taką pogodę wydawało się to mało prawdopodob­ ne, ale pasażerowie mercedesa nie mogli ryzykować. Ciągle czujni, spięci i ostrożni, odprężyli się tro­ chę, ujechawszy szczęśliwie pierwszą milę. Drogę rozświetliły wreszcie światła reflektorów i potężna maszyna pomknęła do przodu z maksymalną szyb­ kością, na jaką można było sobie pozwolić przy tej pogodzie. Lejący od rana gęsty deszcz był dla uciekinierów

PROLOG 15 i przekleństwem, i błogosławieństwem jednocześ­ nie. Przekleństwem, ponieważ kałuże i strugi wody na szybie spowolniały jazdę po bocznej, pełnej kolein i nierówności drodze; błogosławieństwem, bo utrud­ niała pogoń za mercedesem, jeśli zupełnie jej nie umożliwiała. Po raz pierwszy od długiego czasu Jim ośmielił się mieć nadzieję, że uda im się umknąć przed sza­ leńcami, którzy zawładnęli Marlow Micronics Incor­ porated i obrócili jej prezesa, Merritta Marlowa, przeciwko własnemu synowi. Merritt, co do tego wszyscy się zgadzali, był ge­ niuszem. Był też ekscentrykiem i mizantropem w tak ogromnym stopniu, że w potocznej opinii uchodził za rąbniętego paranoika. Tkwiło może w tym określeniu ziarno prawdy, ale ci którzy znali M.M. - także ci, wcale liczni, którzy chcieli się znaleźć w gronie znajomych tego jednego z najwię­ kszych bogaczy w kraju - mieli o nim zgoła od­ mienne zdanie. Swego czasu, zanim poślubił matkę Rolanda, piękną i błyskotliwą aktorkę Isabel Standish, ucho­ dził za bodaj najlepszą partię w Stanach. Miał za­ ledwie dwadzieścia cztery lata, gdy zobaczył swoją przyszłą żonę na ekranie i natychmiast uległ jej uro­ kowi. Był już wówczas prezesem świetnie prospe­ rującej kompanii - wtedy jeszcze nosiła ona nazwę Marlow Manufacturing - która w czasie II wojny

16 WSZYSTKO ALBO NIC Rebecca Brandewyne światowej realizowała lukratywne zlecenia rządowe na wysokiej klasy urządzenia dla marynarki wojen­ nej i lotnictwa. Kiedy inni pracowali nad konstrukcją bomby atomowej, Merritt rozumiał, że przyszłość należy do komputerów, i inwestował w raczkujący dopiero przemysł elektroniczny. Ta dalekowzrocz¬ ność miała przynieść mu w nadchodzących deka­ dach prawdziwą fortunę. Tak długo ubiegał się o względy Isabel, z taką wytrwałością wysyłał jej egzotyczne bukiety, obda­ rowywał biżuterią i zapraszał na wystawne kolacje, iż jej znajomi zgodnie uznali, że jeśli nie chce wyjść na skończoną idiotkę, powinna zarzucić obiecującą karierę gwiazdy kina i przyjąć oświadczyny. W rok po bajkowym ślubie urodził się jedyny syn państwa Marlowów, Roland. Minął następny rok i Isabel ode­ szła z tego świata - przedwcześnie i tragicznie. Sa­ molot, którym wracała do Stanów z wakacji na fran­ cuskiej Riwierze, runął do oceanu, a ona zginęła na miejscu wraz z całą załogą i kompletem pasażerów. Nagła strata żony miała stać się punktem zwrot­ nym w życiu Merritta. To wtedy, jak później twier­ dziły brukowce, rozpisujące się z upodobaniem o tym potentacie przemysłu elektronicznego, Merritt zdziwaczał i odsunął się od świata. Po śmierci żony obudziła się w nim tak silna aerofobia, że kupił kompanię kolejową i kilka stat­ ków pasażerskich, by już nigdy nie podróżować sa-

PROLOG 17 molotami. Jego prywatna salonka przypominała czołg - opancerzony wagon został specjalnie zapro­ jektowany, by przetrzymać każdą katastrofę kolejo­ wą. Merritt posiadał też niewielką łódź podwodną, która towarzyszyła mu w podróżach morskich jako zabezpieczenie na wypadek, gdyby jego statek miał zatonąć. Na zupełnym odludziu, wśród nagich pustynnych wzgórz, zbudował ogromną rezydencję dla wciąż ukochanej, choć nieżyjącej już Isabel, kazał wypo­ sażyć tam w odpowiedni sprzęt salę kinową i prze­ siadywał w niej godzinami, oglądając bez końca fil­ my z udziałem żony. Po jakimś czasie znał je wszy­ stkie na pamięć, ale wciąż oglądał. W czasie proje­ kcji pił wyłącznie coca-colę i nie jadł nic poza pra­ żoną kukurydzą firmy Poppin' Hot. Kiedy rozeszły się pogłoski, że Poppin' Hot popadła w poważne tarapaty finansowe i bliska jest bankruc­ twa, Merritt, niewiele myśląc, odkupił ją, byle mieć zawsze na podorędziu ulubiony przysmak. W kilka tygodni po dokonaniu transakcji doszedł raptem do wniosku, że kolby przerabiane w Poppin' Hot spryski­ wane są pestycydami i odtąd jadał już tylko galaretki Jewel-Box. Jakby mało było tych ekstrawagancji, Mer­ ritt po otwarciu każdego nowego pudełka galaretek ka­ zał usuwać z niego wszystkie białe, ubzdurał sobie bo­ wiem, że to trujące owoce jemioły, podstępnie dorzu­ cane do innych, smacznych i niegroźnych.

18 WSZYSTKO ALBO NIC Rebecca Brandewyne Nieco później, przekonany, że groźne zarazki przenikają do jego ciała przez linie papilarne, tak jak spękania na spieczonej słońcem pustyni chłoną wodę deszczową, nieustannie mył ręce środkami de­ zynfekującymi. Z czasem i to zabezpieczenie uznał za niewystarczające - odtąd co rano, ledwie wstał z łóżka, zakładał na dłonie rękawiczki chirurgiczne, a na twarz maseczkę. Nie raz słyszano, jak mruczy do siebie pod nosem, że nigdy za wiele ostrożności. „Zobaczcie - mówił podobno - jak skończyła Isabel. Zginęła tylko dla­ tego, że nie miała pojęcia o istnieniu zdradliwych czynników powodujących korozję, która przeżarła kadłub odrzutowca. To jasne, że skorodowany sa­ molot, nie przetrzymał lotu i rozpadł się w powie­ trzu." To, że teorii tych nie można było poprzeć żadnym empirycznym dowodem, nie miało najmniejszego znaczenia. On, Merritt Marlow, i tak wiedział swoje. Rozumiał tajemnicze siły rządzące wszechświatem, siły, które siały chaos i miały ostatecznie doprowa­ dzić do zagłady całej planety i jej nieszczęsnych mieszkańców. Gdyby nie te podstępne, destrukcyjne siły, powtarzał, człowiek mógłby żyć wiecznie. On sam wierzył w swoją nieśmiertelność. Tymczasem teraz być może już nie żył. Być może, bowiem Roland przez ostatnich kilka lat nie miał z nim żadnego kontaktu. Decyzja wyszła ze

PROLOG 19 strony ojca, który rozpowiadał wokół, że ma do syna ogromny żal i nie chce go widzieć na oczy nigdy więcej. - Przykro mi, stary - powtarzał Winston Pryce, złote dziecko MMI, kiedy Roland usiłował dotrzeć do swojego genialnego ojca, fanatycznego pustelnika i najpewniej paranoika. - Przykro mi, ale Merritt nie może ci wybaczyć sposobu, w jaki dysponujesz swoimi udziałami. Powiada, że zapomniałeś, czyim jesteś synem, że czekasz tylko, kiedy umrze, by prze­ jąć jego interesy. - Wiesz, że to nieprawda - zapewniał Winstona Roland, lecz jego zapewnienia były próżne. Nigdy nie został dopuszczony do ojca. Nie zdołał mu nawet podziękować, kiedy ten na wieść o ślubie syna prze­ pisał na niego swoją rezydencję. Sam zamieszkał w luksusowym penthousie na szczycie wieżowca, w którym mieściła się centrala MMI. W korporacji, ale i poza nią, apartament Merritta nazywano Pentagonem, tak mocno był strzeżony. Dwa piętra poniżej stały zupełnie puste i zamknięte na cztery spusty. Nikt nie mógł tam wejść, a dwie prywatne windy, którymi można było dotrzeć do apartamentu, zabezpieczone zostały elektronicznymi kluczami oraz kodami. Te ostatnie zmieniano co ty­ dzień. Gdyby nie owe wszystkie środki bezpieczeństwa, Roland pojechałby po prostu do miasta i zażądał, że-

20 WSZYSTKO ALBO NIC Rebecca Brandewyne by ojciec przyjął go i wysłuchał. Pozbawiony jakich­ kolwiek wpływów w korporacji, odcięty całkowicie od jej struktur, nie miał jednak najmniejszych szans na dostęp do kodów uruchamiających windy, a pry­ watny, nowy numer telefonu Merritta był zastrzeżo­ ny. Oczywiście, próbował słać do ojca listy, ale te wracały nieczytane. Początkowo, dotknięty i rozgoryczony, obwiniał siebie za to, że ojciec z nim zerwał, chociaż nie po­ trafił powiedzieć, czym sobie zasłużył na takie tra­ ktowanie. Dopiero z czasem, gdy zaczął się zasta­ nawiać nad całą sprawą, doszedł do wniosku, że w MMI muszą się dziać dziwne rzeczy. Poza garstką ludzi zarządzających potężną kor­ poracją nikt od lat nie widział Merritta na oczy. Do­ piero kiedy Roland sobie to uświadomił, zaczął po­ dejrzewać, że ojciec albo do reszty zwariował, albo już nie żyje. To ostatnie przypuszczenie wydawało się absur­ dalne. Mało prawdopodobne, by zarząd przejął wła­ dzę nad korporacją i nikt poza ścisłym gronem by się o tym nie dowiedział. A jednak, zważywszy dzi­ wactwa ojca, jego sposób życia i rozmaite idiosyn¬ krazje, wykluczyć takiego wariantu nie było można. Ojciec nie był normalny, teraz Roland był tego pewien, choć w dzieciństwie uchodziło to jakoś jego uwadze. Dopiero niedawno zrozumiał, że gdyby nie ów genialny umysł i ogromne bogactwo, Merritt

PROLOG 21 Marlow od dawna tkwiłby w jakiejś zamkniętej kli­ nice psychiatrycznej. To pieniądze i intelekt sprawiały, że ludzie chęt­ nie przymykali oczy na jego niezwykłe przekonania i zachowania. Składali je na karb ekscentryczności, tak naturalnej dla twórczych jednostek. Wiadomo przecież, że artyści, naukowcy i wynalazcy myślami przebywają zawsze gdzie indziej, są oderwani od rze­ czywistości, pochłonięci całkowicie swoją pracą, po­ datni na obsesje, fobie i natręctwa. Roland również chętnie sięgał po podobne usprawiedliwienia. Nie chciał myśleć o ojcu jako o człowieku niezrów­ noważonym. Który syn by chciał? Jako dziecko wiedział tylko tyle, że tata jest trochę inny, że należy do grona wybitnych naukowców i że jest wielkim biznesmenem. Uwielbiał wędrować z Merrittem, trzymając go za rękę, przez tonące w półmroku, rozbrzmiewające echem kroków kory­ tarze pustych biur korporacji. Albo siedzieć u boku ojca w mrocznej sali kinowej i oglądać filmy, z któ­ rych uśmiechała się do nich jego matka. Merritt odnosił się do niego w tamtych czasach z miłością. Troskliwie sprawdzał, czy w pudełku z galaretkami nie została, broń Boże, żadna z tych białych, trujących i czy jego mały synek ma dość lodu w swojej coli. Pełen takich właśnie, czasem trochę dziwnych, lecz z pewnością wzruszających wspomnień, Roland

22 WSZYSTKO ALBO NIC Rebecca Brandewyne nie mógł uwierzyć, że ten niegdyś czuły choć nieco rąbnięty ojciec miałby nagle obrócić się przeciw nie­ mu. Równie nieprawdopodobne wydawało mu się, by to Merritt podejmował decyzje, jakie w ostatnich latach zapadały w MMI. Nie, wszystko wskazywało na to, że Marlow senior został skutecznie pozbawio­ ny władzy nad korporacją, być może nawet zgła­ dzony. Jeśli zaś tak, to co należało zrobić, jakie kroki przedsięwziąć, do kogo się zwrócić? Spośród ścisłego kierownictwa MMI każdy mógł być uwikłany w spi­ sek. Bez współudziału przynajmniej części zarządu nie dałoby się przecież ukryć zbrodni. Ktoś najwyraźniej podejmował decyzje w zastępstwie Merritta, fałszował jego podpisy na dokumentach i z ukrycia dyrygował międzynarodowymi interesami korporacji. Roland zaczął prowadzić swoje prywatne, dys­ kretne śledztwo. Wiedział, że przy braku jakichkol­ wiek dowodów na poparcie własnych przypuszczeń, nikt - łącznie z policją - nie uwierzy w jego opo­ wieść. Ludzie uznają, że pokręciło mu się w głowie, jak ojcu. A jednak nie myliła go intuicja. Oto kilka tygodni przed ucieczką ktoś usiłował go zabić, ktoś czyhał na jego życie. Jako jedyny syn i dziedzic Merritta Marlowa znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie i był pe­ wien, że stało się tak z powodu jego nagłego zain-

PROLOG 23 teresowania sprawami firmy. Dochodzenie, chociaż nieudolne i poronione, wzbudziło czyjś niepokój. W obawie, że syn wielkiego Merritta odkryje pra­ wdę, być może przejmie korporację i zdemaskuje winnych, spiskowcy postanowili usunąć go z drogi. Gdyby nie refleks Jima Tallclouda, Roland już by nie żył. Zginąłby pod kołami rozpędzonego wozu, który usiłował go przejechać. Dzięki Bogu szofer odepchnął go na czas, ratując tym samym życie. - Wszystko w porządku, sir? - zapytał niespo­ kojnie, pomagając Rolandowi podnieść się z ziemi i otrzepując jego marynarkę z kurzu. - Tak, chyba tak... To jakiś wariat! Omal mnie nie rozjechał! I rozjechałby, gdyby nie ty. Wypił kil­ ka piw do obiadu, a potem usiadł za kierownicą... Wariat, naprawdę wariat. - Pan wybaczy, panie Rolandzie, ale nie sądzę. - Na twarzy Jima malowało się zakłopotanie i nie­ pokój. - Zauważyłem go już wcześniej, parkował przy krawężniku, kilkadziesiąt metrów stąd. Odnio­ słem wrażenie, że czeka na kogoś. Kiedy wyszedł pan z biura MMI, gość od razu włączył silnik i ru­ szył prosto na pana. Na mój rozum on specjalnie chciał pana przejechać. Krew stężała Rolandowi w żyłach na te słowa. To właśnie wtedy błysnęła mu w głowie po raz pier­ wszy ta szalona, zdawałoby się, myśl, że spiskowcy, pozbywszy się ojca, postanowili teraz usunąć i jego.

24 WSZYSTKO ALBO NIC Rebecca Brandewyne Może również Nathalie i małą Angelinę, kto wie? Wszak po jego śmierci to one dziedziczyłyby wszy­ stko. Stanowiły przeszkodę równie niewygodną, jak Marlow junior. Sprawy zaszły tak daleko, że musiał wtajemni­ czyć we wszystko Nathalie i Jima Tallcloudów. Ji­ mowi można było chyba zaufać, nie mógł przecież należeć do spisku, skoro uratował życie swojemu chlebodawcy. Początkowo cała trójka odniosła się sceptycznie do rewelacji Rolanda na temat Merritta i MMI. I nic dziwnego, w końcu on sam też długo nie mógł uwierzyć w zasadność własnych podejrzeń. Fakt pozostawał jednak faktem: ktoś usiłował go przejechać. Po drugim - na szczęście także nieudanym - za­ machu na jego życie, Nathalie i Tallcloudowie uwie­ rzyli wreszcie, że niebezpieczeństwo jest realne i w równym stopniu dotyczy samego Rolanda, jak je­ go żony, dziecka oraz pozostałych domowników. Mógł przecież wtajemniczyć w sytuację swoich bli­ skich, a skoro tak, to wszyscy stanowili potencjalne zagrożenie dla czającego się w ukryciu przeciwnika. Z tego właśnie powodu Roland, Nathalie, Faith i Jim postanowili uciekać. Długo myśleli nad tym, gdzie będą bezpieczni. Ostatecznie zdecydowali się przekroczyć granicę, znaleźć schronienie gdzieś w Meksyku i ukrywać się tam, dopóki nie znajdą przekonujących dowodów na

PROLOG 25 potwierdzenie, że władzę w MMI przejęła grupa po­ zbawionych skrupułów konspiratorów, którzy zabili lub unieszkodliwili Merritta, a potem próbowali po­ zbyć się jego syna. Roland dysponował sporymi za­ sobami finansowymi, sądził więc, że teraz, kiedy zdradził się już przed wrogiem, może otwarcie stawić mu czoło, wykupując, na przykład, większą ilość akcji MMI i tym samym gwarantując sobie wpływ na decyzje podejmowane wewnątrz firmy. Tymcza­ sem jednak wysłał do MMI list, w którym oficjalnie rezygnował z zasiadania w zarządzie. Ucieczka samochodem zdawała się najbezpiecz­ niejszym sposobem opuszczenia kraju. Porty lotni­ cze, dworce kolejowe i autobusowe mogły być pod obserwacją, ale przejścia drogowe między Stanami i Meksykiem można było przekroczyć przez nikogo niezauważonym. Roland zapalił kolejnego papierosa i odwrócił się z ciepłym uśmiechem do siedzącej na tylnym sie­ dzeniu żony. Była znacznie spokojniejsza niż jeszcze kilkanaście minut temu, choć nadal blada jak płótno. Trzymała w ramionach śpiącą Leę, Faith karmiła je­ szcze Angelinę. - Zobaczysz, Nat, wszystko będzie dobrze - za­ pewnił ją uspokajająco. - Obiecuję ci, że to się szyb­ ko skończy. Kiedy zarząd dostanie mój list, być może o mnie zapomną. Odczekamy trochę, a potem... Nathalie modliła się w duchu, by mąż miał rację,

26 WSZYSTKO ALBO NIC Rebecca Brandewyne w głębi duszy czuła jednak, że prześladowcy nie da­ dzą im spokoju, że będą ich szukać aż do skutku. Gra szła o zbyt wysoką stawkę, o ogromną władzę i równie ogromne pieniądze, o przejęcie wielkiej międzynarodowej korporacji, która mogła odegrać jedną z głównych ról w nadchodzącej rewolucji technologicznej. - Kocham cię, Rolandzie - szepnęła z uśmie­ chem, powstrzymując napływające do oczu łzy. - Ja też cię kocham, Nat. To były ostatnie słowa, jakie wymienili. Zaraz po­ tem rozległ się bowiem potężny huk, a potężny mer­ cedes uniósł się w powietrze niczym blaszana zaba­ wka, opadł z łoskotem na ziemię i zatańczył na dro­ dze. Jim stracił kontrolę nad wozem, który z dzikim wizgiem opon obrócił się kilka razy w poślizgu, po czym wypadł na pobocze, przekoziołkował i z całym impetem walnął w samotne drzewo. Jim stracił przy­ tomność. Kiedy się ocknął, tkwił nieruchomo w swoim fo­ telu, z głową na klaksonie. Wokół szalała burza, ulewa waliła w blachę mer­ cedesa, którego pokiereszowana karoseria połyski­ wała smętnie blaskiem jedynego nie rozbitego pod­ czas kraksy reflektora. Ciężkie krople bębniły o po­ gięty dach, siekły strzaskaną szybę przednią. Niebo rozdarła błyskawica, rozległ się grzmot. Hulający po pustyni wiatr zawył przeciągle.

PROLOG 27 A jednak to nie wiatr, lecz dojmujący dźwięk kla­ ksonu sprawił, że Jim odzyskał przytomność. Otwo­ rzył oczy. W fotelu obok tkwił nieruchomo Roland. Zmasakrowana twarz stanowiła jedną krwawą miaz­ gę, bezwładnie pochylona głowa świadczyła o zła­ manym karku. Na wpół jeszcze przytomny, szofer wyciągnął rękę i chociaż już znał odpowiedź, do­ tknął przegubu Marlowa. Nie wyczuł najmniejszego śladu pulsu. Roland zginął. Zginął tragicznie w wieku dwu­ dziestu pięciu lat. Jim odpiął pas bezpieczeństwa i wydostał się z wraku. Tylne drzwiczki od strony Faith zabloko­ wały się podczas wypadku i nie był w stanie ich otworzyć. Chwiejnie obszedł mercedesa, zbliżył się do drugich drzwiczek, które szeroko otwarte, po¬ skrzypywały jękliwie w powiewach wiatru. Obok auta, wyrzucona siłą zderzenia, leżała na mokrym piasku Nathalie. Opadł na kolana, do­ tknął przegubu leżącej. Nie chcąc wierzyć, że i ona nie żyje, lekko przycisnął palcem tętnicę szyjną. I tu­ taj nie wyczuł pulsu. Miał się już podnieść, gdy do­ strzegł maleńką rączkę wystająca spod ciała zmarłej. Gardło mu się ścisnęło, na moment przestał od­ dychać. Które z niemowląt trzymała w ramio­ nach, gdy samochód zaczął koziołkować? Nie po­ trafił powiedzieć. Był tak skupiony na prowadze­ niu wozu, na tym, by wywieźć uciekinierów

28 WSZYSTKO ALBO NIC Rebecca Brandewyne w bezpieczne miejsce, że na nic innego nie zwracał uwagi. Przewrócił powoli Nathalie, a kiedy rozpoznał w znieruchomiałym ciałku swoją córeczkę, z jego pier­ si wyrwał się głuchy krzyk rozpaczy. Dziecko nie od­ dychało. Nie wiedział, czy zginęło podczas wypadku, czy zadusiło się potem, przygniecione ciężarem Natha­ lie. Chciał wziąć je w ramiona, ukołysać, pożegnać, pomodlić się za nie. Nie miał na to czasu. Nie mógł już nic zrobić dla swojej maleńkiej Lei. Musiał sprawdzić, co dzieje się z jego żoną - i z Angeliną.

CZĘŚĆ PIERWSZA Reguły gry W bitwie, w interesach, czy w innej rozgrywce, W miłości, w rzeczach prawa, te same grają skrzypce. Czy po władzą sięgasz, czy o złoto zabiegasz Jedną miej maksymą - na sobie polegaj! Lubo ci tron nagrodą alboć jeno chwała, Niechby tylko od ciebie ona zależała! Eugene Pottier, Reguły życia