uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 542 625
  • Obserwuję698
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań849 809

Richard Castle - Nikki Heat. 01 - Fala upalu

Dodano: 6 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 6 lata temu
Rozmiar :1.4 MB
Rozszerzenie:pdf

Richard Castle - Nikki Heat. 01 - Fala upalu.pdf

uzavrano EBooki R Richard Castle
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 6 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 44 osób, 48 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 230 stron)

Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym

Wydawnictwo 12 Posterunek ===LUIgTCVLIA5tAm9Pfk10Q3VMbDxFNl8+DzsKOwIwcAd3WSlF

Spis treści Karta redakcyjna Od Tłumaczki Motto Rozdział pierwszy Rozdział drugi Rozdział trzeci Rozdział czwarty Rozdział piąty Rozdział szósty Rozdział siódmy Rozdział ósmy Rozdział dziewiąty Rozdział dziesiąty Rozdział jedenasty Rozdział dwunasty Rozdział trzynasty Rozdział czternasty Rozdział piętnasty Rozdział szesnasty Rozdział siedemnasty Rozdział osiemnasty Rozdział dziewiętnasty Rozdział dwudziesty Podziękowania ===LUIgTCVLIA5tAm9Pfk10Q3VMbDxFNl8+DzsKOwIwcAd3WSlF

Tytuł oryginału: HEAT WAVE Redakcja: JUSTYNA ŻEBROWSKA Korekta: JUSTYNA ŻEBROWSKA, JOANNA MYŚLIWIEC Skład i łamanie: 12 Posterunek, we współpracy z Joanną Myśliwiec Castle © ABC Studios. All rights reserved. Copyright for the Polish translation by Katarzyna Godycka Copyright for this edition by 12 Posterunek, 2012 Originally published in the United States and Canada in 2009 as HEAT WAVE by Richard Castle. This translated edition published by arrangement with Hyperion. ISBN 978-83-63737-01-6 Wydawnictwo 12 Posterunek e-mail: kontakt@12posterunek.pl Strona internetowa: www.12posterunek.pl Konwersja: eLitera s.c. ===LUIgTCVLIA5tAm9Pfk10Q3VMbDxFNl8+DzsKOwIwcAd3WSlF

Od tłumaczki: Moje tłumaczenie książki Heat Wave pragnę zadedykować Stanie Katic, wspaniałej aktorce, dzięki której detektyw Kate Beckett na zawsze stała się ulubioną policjantką telewidzów na całym świecie, i przeuroczej osobie, którą w 2011 roku miałam okazję poznać osobiście. Stana – dziękuję za to, że jesteś taka, jaka jesteś. I would like to dedicate my translation of “Heat Wave” to Stana Katic – a totally awesome and extremely talented actress, thanks to whom Detective Kate Beckett will be forever a favourite detective of TV audiences all around the world, and the most charming person, whom I had the great pleasure and honor of meeting in late spring of 2011. Stana – thank you for being who you are. ===LUIgTCVLIA5tAm9Pfk10Q3VMbDxFNl8+DzsKOwIwcAd3WSlF

Dla nadzwyczajnej K.B. i wszystkich moich przyjaciół na Dwunastym Posterunku ===LUIgTCVLIA5tAm9Pfk10Q3VMbDxFNl8+DzsKOwIwcAd3WSlF

ROZDZIAŁ PIERWSZY Kiedy przyjeżdżała do zwłok, zawsze wszystko przebiegało tak samo. Odpinała pas bezpieczeństwa i wyciągała długopis z gumowego futerału przyczepionego do osłony przeciwsłonecznej. Jej długie palce muskały biodro, aby poczuć bezpieczny kształt odznaki policyjnej. Potem przez krótką chwilę, trwającą jeden głęboki oddech, siedziała bez ruchu. Wszystko po to, aby nie zapomnieć, że inne zwłoki czekają. Nabierała powietrza, wolno je wypuszczała. Kiedy już poczuła ostre krawędzie wyrwy w życiorysie, detektyw Nikki Heat była gotowa. Otwierała drzwi samochodu i ruszała do pracy. Fala czterdziestostopniowego upału nieledwie wbiła ją na powrót do samochodu. Nowy Jork był jak piec, a po miękkim chodniku na Siedemdziesiątej Siódmej Zachodniej szło się zupełnie jak po mokrym piasku. Heat mogła ułatwić sobie sprawę, parkując bliżej, ale spacer był jeszcze jednym z jej rytuałów. Te sto metrów dawało jej jedyną szansę na stopniowe zebranie wrażeń przed zapadnięciem się w chaos, jaki zazwyczaj panował na każdym miejscu zbrodni. Duszne popołudnie sprawiło, że chodnik był prawie pusty. Zniknął już gorączkowy pośpiech, tak charakterystyczny dla pory lunchu. Po drugiej stronie ulicy turyści zażywali chłodu w Amerykańskim Muzeum Historii Naturalnej albo szukali ucieczki przed upałem w kawiarni Starbucks, siedząc nad szklankami pełnymi zimnych napojów. Jej pogarda dla amatorów kawy zniknęła, zastąpiło ją postanowienie, aby skorzystać z tego dobrodziejstwa w drodze powrotnej na posterunek. Przed taśmą otaczającą chodnik przy kawiarni dostrzegła portiera apartamentowca. Siedział na zniszczonych marmurowych stopniach budynku, trzymając głowę między kolanami. Obok leżała służbowa czapka. Mijając go, zobaczyła w górze zieloną markizę z nazwą budynku: Guilford. Czy znała mundurowego, który się do niej uśmiechnął? Błyskawicznie przemknęły jej przez pamięć setki twarzy. Nagle zdała sobie sprawę, że on po prostu się na nią gapi. Detektyw Heat odwzajemniła uśmiech i lekko rozchyliła swój lniany żakiet, żeby chłopak mógł sobie pofantazjować. Zmienił się na twarzy, kiedy dostrzegł odznakę na jej pasku. Młody gliniarz uchylił żółtą taśmę, aby mogła się pod nią prześlizgnąć. Prostując się, przyłapała go znowu na tym erotycznym rentgenie i nie mogła się powstrzymać. – Zawrzyjmy układ – powiedziała. – Ja będę obserwować mój tyłek, a ty tłum. Detektyw Heat weszła na miejsce zbrodni, mijając puste stanowisko hostessy na chodniku należącym do kawiarni. La Chaleur Belle była pusta, z wyjątkiem jednego

tylko stolika. Siedział tam detektyw Raley z jej ekipy w towarzystwie zszokowanej rodziny o spalonych słońcem twarzach, próbując zanotować choć część z tego, co mówili mu po niemiecku. Ich niedojedzony lunch obsiadły muchy. Jaskółki, które również były zwolenniczkami posiłków na świeżym powietrzu, to przysiadały na oparciach krzeseł, to śmiało nurkowały po frytki. Detektyw Ochoa siedział przy drzwiach wejściowych i przesłuchiwał pomocnika kelnera ubranego w biały fartuch poplamiony krwią. Gdy wchodziła do kawiarni, podniósł wzrok znad notesu i szybko skinął głową na powitanie. Reszta personelu była w środku przy barze, racząc się drinkami po wydarzeniu, którego byli świadkami. Heat spojrzała w kierunku miejsca, gdzie klęczała lekarka sądowa, i uznała, że trudno ich za to winić. – Niezidentyfikowany mężczyzna, brak portfela, brak dokumentów, wiek od sześćdziesięciu do sześćdziesięciu pięciu lat. Poważne urazy głowy, szyi i klatki piersiowej. – Lauren Parry dłonią w rękawiczce uchyliła prześcieradło, aby jej przyjaciółka Nikki mogła się przyjrzeć zwłokom leżącym na chodniku. Detektyw spojrzała i szybko odwróciła wzrok. – Ma zmasakrowaną twarz, przeszukamy więc okolicę, żeby znaleźć jakieś zęby. Po takim uderzeniu nie ma wiele do zidentyfikowania. Czy to tutaj wylądował? – Tam. – Lekarka sądowa wskazała oddalone o kilka kroków stanowisko pomocników kelnera. Było tak wgniecione od góry, że przełamało się na pół. Gwałtowny rozprysk lodu i krwi zdążył wtopić się w chodnik w ciągu paru minut od upadku ciała. Kiedy Heat się zbliżyła, zauważyła, że parasole kawiarniane i kamienne ściany budynku również nosiły ślady zaschniętej krwi, odłamków lodu i fragmentów tkanki. Podeszła do szczątków tak blisko, jak tylko mogła, aby nie zadeptać miejsca, i spojrzała w górę. – Z nieba pada facetami[1]. Nikki Heat nawet się nie odwróciła. Wypowiedziała tylko z westchnieniem jego imię: – Rook. – Alleluja. – Wciąż jeszcze się uśmiechał, kiedy w końcu spojrzała na niego i potrząsnęła głową. – No co? Nie sądzę, żeby mógł mnie usłyszeć – usprawiedliwił się. Zastanawiała się, co za mściwa karma dopadła ją w postaci tego faceta. Nie było to zresztą po raz pierwszy w tym miesiącu. Praca była wystarczająco ciężka, jeśli wykonywało się ją porządnie. Dodaj do tego reportera udającego, że jest gliniarzem, i twój dzień od razu staje się dłuższy.

Cofnęła się do długich skrzyń z kwiatami, które wyznaczały zewnętrzne granice kawiarni, i jeszcze raz popatrzyła w górę. Rook przesunął się w ślad za nią. – Byłbym tu wcześniej, ale nikt mnie nie powiadomił. Przegapiłbym to, gdybym nie zadzwonił do Ochoi. – Tragedia goni tragedię, co? – Rani mnie twój sarkazm. Wiesz przecież, że nie mogę robić badań do mojego artykułu o nowojorskiej policji bez dostępu do informacji, a moja umowa z komendantem określa zwłaszcza… – Wierz mi, znam twoją umowę. Jestem na nogach dniem i nocą. Obserwujesz wszystkie moje sprawy zabójstw tak jak prawdziwi detektywi, którzy zarabiają na życie. – Więc zapomniałaś. Przeprosiny przyjęte. – Nie zapomniałam i nic nie wiem o żadnych przeprosinach. A przynajmniej nie z mojej strony. – Trochę je wywołałem. Emanuje z ciebie podtekst. – Któregoś dnia powiesz mi, jaką przysługę wyświadczyłeś burmistrzowi, żeby zgodził się na te twoje obserwacje. – Przykro mi, pani detektyw. Jestem reporterem i jest to ściśle tajne. – Uwaliłeś historię, która stawiała go w złym świetle? – Tak. O Boże, sprawiasz, że czuję się tani. Ale nic więcej ode mnie nie wyciągniesz. Detektyw Ochoa skończył przesłuchiwać pomocnika kelnera i Heat przywołała go skinieniem dłoni. – Minęłam portiera tego budynku. Facet wygląda, jakby miał bardzo zły dzień. Sprawdź, czy nie zna naszego Kowalskiego. Kiedy się odwróciła, Rook zwinął dłonie, imitując lornetkę, i wpatrywał się w budynek wznoszący się nad kawiarnią. – Stawiam na balkon na szóstym piętrze. – Rook, w swoim artykule do gazety możesz wymienić każde piętro, jakie ci się spodoba. Czy wy, reporterzy, właśnie nie to robicie, spekulujecie? – Przytknęła palec wskazujący do jego ust, zanim zdążył odpowiedzieć. – Ale my tutaj nie jesteśmy dziennikarzami od sław. Jesteśmy tylko policją i, do licha, mamy takie nieznośne sprawy,

jak fakty do ustalenia i zdarzenia do zweryfikowania. Ja tu próbuję wykonywać swoją pracę i proszę cię tylko, abyś wykazał choć odrobinę przyzwoitości. Czy to naprawdę zbyt wiele? – Jasne. Nie ma problemu. – Dziękuję. – Jameson? Jameson Rook? – Oboje odwrócili się i zobaczyli za linią policji młodą kobietę machającą ręką i podskakującą, żeby zwrócić na siebie uwagę. – O Boże, to on, to Jameson Rook! – krzyczała. Rook uśmiechnął się do niej i odmachał, co tylko zwiększyło entuzjazm jego wielbicielki. Chwilę potem przemknęła pod żółtą taśmą. – Hej! Nie, wracaj! – Detektyw Heat dała znak dwóm mundurowym, ale kobieta w bluzce wiązanej na szyi i obciętych dżinsach była już na ogrodzonym terenie i zbliżała się do Rooka. – To miejsce zbrodni, musi pani stąd odejść. – Czy mogę chociaż dostać autograf? Heat rozważyła względy praktyczne. Ostatnim razem, kiedy próbowała odpędzić jedną z jego fanek, skończyło się na dziesięciu minutach awantury i godzinie pisania odpowiedzi na oficjalną skargę. Najgorsi są wykształceni fani. Skinęła głową w kierunku mundurowych, którzy czekali. – Widziałam pana wczoraj rano w The View. O Boże, na żywo jest pan jeszcze bardziej uroczy. – Grzebała w słomianej torbie, ale wzrok cały czas miała skierowany w jego stronę. – Po programie pobiegłam kupić magazyn, żeby przeczytać pana reportaż, widzi pan? – Wyciągnęła najnowszy numer First Press. Zdjęcie na okładce prezentowało Rooka i Bono w centrum pomocy humanitarnej w Afryce. – O! Mam pisak. – Doskonale. – Wziął od niej marker i sięgnął po czasopismo. – Nie, proszę tu podpisać. – Zrobiła jeszcze krok do przodu i odchyliła bluzkę. Rook się uśmiechnął. – Myślę, że będę potrzebował więcej tuszu. Kobieta parsknęła śmiechem i ścisnęła ramię Nikki Heat. – Widzi pani? Dlatego jest moim ulubionym autorem. Ale uwaga Heat była skierowana na schody frontowe apartamentowca Guilford, gdzie

stał detektyw Ochoa i z wyrazem współczucia kładł dłoń na ramieniu portiera. Opuścił cień markizy, zanurkował pod taśmą i podszedł do niej. – Portier mówi, że nasza ofiara mieszkała w tym budynku. Na szóstym piętrze. Nikki słyszała, jak stojący za nią Rook chrząka znacząco, ale się nie odwróciła. Albo się chełpił, albo podpisywał na biuście fanki. Nie była w nastroju, aby oglądać jedno ani drugie. Godzinę potem w pełnej powagi ciszy, jaka panowała w apartamencie ofiary, detektyw Heat, uosobienie współczującej cierpliwości, siedziała w antycznym fotelu naprzeciwko żony zmarłego i ich siedmioletniego syna. Niebieski notatnik leżał zamknięty na jej kolanach. Naturalnie wyprostowana postawa tancerki i ułożenie dłoni na zagiętym drewnianym oparciu fotela przydawały jej królewskiego majestatu. Rook, którego przyłapała na gapieniu się na nią z przeciwległego kąta pokoju, odwrócił się i pilnie studiował wiszący przed nim na ścianie obraz Jacksona Pollocka. Pomyślała, że rozbryzgi farby niesamowicie przypominają fartuch pomocnika kelnera z dołu i chociaż próbowała powstrzymać te skojarzenia, jej umysł policjantki zaczął odtwarzać klatka po klatce obrazy zmiażdżonego stanowiska pomocniczego, zastygłe twarze zszokowanego personelu i samochód koronera odjeżdżający z ciałem potentata nieruchomości Matthew Starra. Heat zastanawiała się, czy Starr był typem skoczka samobójcy. Gospodarka – albo ściślej, jej brak – wywołała serię dodatkowych tragedii. Każdego dnia kraj wydawał się o jedno przekręcenie klucza hotelowego od odkrycia następnego samobójstwa lub morderstwa-samobójstwa jakiegoś prezesa lub potentata. Czy ego stanowiło antidotum? Jak mówili deweloperzy nowojorskich nieruchomości, Matthew Starr nie napisał książki o swoim ego, ale z pewnością stworzył pracę semestralną. Wiecznie przegrywał w wyścigu o to, aby jego nazwisko przylgnęło do wszystkiego, co miało dach, ale trzeba przyznać, że przynajmniej utrzymywał się w stawce. Wynajęte pokoje, w których mieszkał, świadczyły najwyraźniej o tym, że przetrwał najgorsze, pławiąc się w bogactwie na dwóch luksusowo urządzonych piętrach charakterystycznego budynku tuż przy Zachodnim Central Parku. Każdy znajdujący się tu mebel był albo antykiem, albo wykonano go na specjalne zamówienie. Pokój gościnny był wielkim salonem wysokim na dwa piętra, a jego ściany aż po katedralny sufit były pokryte sztuką kolekcjonerską. Można się było założyć, że nikt nie zostawiał na progu tego mieszkania żadnych ulotek reklamujących usługi ślusarskie ani menu z pizzerii za rogiem.

Odgłos tłumionego śmiechu skierował uwagę Nikki Heat na balkon, gdzie pracowali detektywi Raley i Ochoa, duet pieszczotliwie nazywany „Roach”. Kimberly Starr kołysała syna w ramionach i wydawała się tego nie słyszeć. Heat przeprosiła ją i przeszła przez pokój, zręcznie przemykając w strumieniach rzucającego na nią aurę światła, które przez górne okno wpadało do pokoju. Minęła technika sądowego oczyszczającego z kurzu francuskie drzwi, po czym wyszła na balkon i otworzyła swój notes na pustej stronie. – Udawajcie, że przeglądamy notatki. – Raley i Ochoa wymienili zakłopotane spojrzenia, po czym przysunęli się do niej. – Słyszałam, jak się tu śmialiście. – O rany… – powiedział Ochoa. Skrzywił się i kropla potu ześlizgnęła mu się z czubka nosa na kartkę w jej notesie. – Słuchajcie. Wiem, że to dla was tylko kolejne miejsce zbrodni. Ale dla tej rodziny tam w środku to jedyne, jakiego kiedykolwiek doświadczyli. Słuchacie mnie? Dobrze. – Zrobiła pół obrotu w kierunku drzwi i ponownie się odwróciła. – Jeszcze jedno. Jak stąd wyjdziemy, chcę usłyszeć ten żart. Mogłabym go wykorzystać. Kiedy Heat wróciła do pokoju, niania właśnie wyprowadzała syna Kimberly. – Agda, wyjdź z Mattym na chwilę na zewnątrz. Ale nie przed budynek. Słyszysz mnie? Nie przed budynek. – Wdowa wyciągnęła następną chusteczkę i wytarła nos. Agda przystanęła w drzwiach. – W parku jest dzisiaj dla niego za gorąco – powiedziała. Skandynawska niania była śliczna i mogłaby być studiującą siostrą Kimberly. To porównanie sprawiło, że Heat zastanowiła się nad różnicą wieku między Kimberly Starr, która wyglądała na jakieś dwadzieścia osiem lat, i jej zmarłym mężem, człowiekiem sześćdziesięcioparoletnim. Młoda żonka, można by powiedzieć. Matty wybrał kino. Na ekrany wszedł właśnie nowy film ze studia Pixar i chociaż widział go w dniu premiery, chciał iść jeszcze raz. Nikki zanotowała sobie w pamięci, żeby w weekend wybrać się na ten film razem z siostrzenicą. Ta mała dziewczynka kochała kreskówki. Prawie tak samo jak Nikki. Siostrzenica dostarczała najdoskonalszego pretekstu, aby spędzić dwie godziny, rozkoszując się czystą niewinnością. Matty Starr wyszedł, niepewnie machając ręką, wyczuwając, że coś jest nie w porządku, ale jak dotąd nieświadomy wieści, które niedługo na niego spadną. – Pani Starr, proszę jeszcze raz przyjąć wyrazy współczucia z powodu pani straty. – Dziękuję, pani detektyw. – Jej głos dobiegał z oddali. Siedziała sztywno, wygładzając

plisy letniej sukienki, i czekała nieruchomo, miętosząc jedynie nieświadomie chusteczkę na kolanach. – Wiem, że to nie jest najlepszy moment, ale muszę pani zadać kilka pytań. – Rozumiem. – I znowu słaby głos, wyważony, odległy, i jaki jeszcze? Nikki chwilę pomyślała. Ach, tak. Stosowny. Heat odkręciła pióro. – Czy pani i pani syn byliście tutaj, gdy to się stało? – Dzięki Bogu nie. Byliśmy na zewnątrz. – Detektyw Heat zanotowała to i skrzyżowała dłonie. Kimberly czekała, obracając w palcach kawałek czarnego onyksu z jej naszyjnika z kolekcji Davida Yurmana, po czym znowu zaczęła mówić: – Poszliśmy do restauracji Dino-Bites w alei Amsterdam. Jedliśmy mrożoną zupę smołową. To po prostu rozpuszczone lody czekoladowe z żelkami w kształcie dinozaurów. Matty to uwielbia. Rook usiadł na krześle u skrzydła toaletki chippendale naprzeciwko Heat. – Wie pani może, czy ktoś jeszcze był w domu? – Nie, nie sądzę. – Wydawało się, że dopiero go dostrzegła. – Czy my się znamy? Wygląda pan znajomo. Heat wtrąciła się szybko: – Pan Rook jest dziennikarzem. Autorem artykułów w czasopiśmie współpracującym z nami nieoficjalnie. Bardzo nieoficjalnie. – Reporter… Nie ma pan zamiaru napisać historii o moim mężu, prawda? – Nie, niespecjalnie. Po prostu robię badania na temat pracy tej jednostki policji. – To dobrze, ponieważ mój mąż nie życzyłby sobie tego. Dla niego wszyscy reporterzy to dupki. Nikki Heat powiedziała, że doskonale to rozumie, ale mówiąc to, patrzyła na Rooka. Potem kontynuowała: – Czy zauważyła pani ostatnio jakieś zmiany w nastroju lub zachowaniu pani męża? – Matt się nie zabił, zapewniam panią. – Jej skromna, elegancka postawa wyparowała w przypływie gniewu. – Pani Starr, chcemy tylko ustalić wszystkie…

– Nie! Mój mąż kochał mnie i naszego syna. Kochał życie. Budował wieloużytkowe, kilkupiętrowe budynki w technologii ekologicznej, na litość boską. – Po bokach jej równo obciętej grzywki pojawiły się krople potu. – Dlaczego zadaje pani głupie pytania, zamiast szukać jego zabójcy? Detektyw Heat pozwoliła jej się wyładować. Przechodziła przez to wystarczającą liczbę razy, aby wiedzieć, że to właśnie ci opanowani mieli do wyrzucenia z siebie największe pokłady wściekłości. A może tylko przypomniała sobie siebie samą z czasów, gdy doznała największej straty, dziewiętnastolatkę, której nagle rozpadł się świat. Czy naprawdę wyrzuciła z siebie całą wściekłość, czy tylko narzuciła na nią przykrywkę? – Jest lato, do diabła, i powinniśmy być w Hamptons. Gdybyśmy byli w Stormfall, to wszystko by się nie wydarzyło. – Teraz odezwały się pieniądze. We Wschodnim Hamptons nie tylko kupujesz posiadłość, ale ją nazywasz. Stormfall to był dom na plaży, położony na uboczu w sąsiedztwie Seinfelda i z częściowym widokiem na dom Spielberga. – Nienawidzę tego miasta! – krzyczała Kimberly. – Nienawidzę, nienawidzę! Co to jest, morderstwo numer trzysta w tym roku? Jakby to w ogóle coś dla was znaczyło. – Uspokoiła się i najwyraźniej skończyła. Heat zamknęła notes i obeszła dookoła stolik do kawy, aby usiąść obok niej na sofie. – Proszę mnie wysłuchać. Wiem, jakie to jest dla pani trudne. – Nie, nic pani nie wie. – Obawiam się, że wiem. – Odczekała chwilę, aż znaczenie tych słów dotrze do Kimberly, i mówiła dalej: – Morderstwa nie są dla mnie tylko liczbami. Umarł człowiek. Ktoś kochany. Odszedł ktoś, z kim miało się zjeść dziś kolację. Mały chłopiec stracił swojego ojca. Ktoś jest za to odpowiedzialny. I ma pani moje słowo, że bardzo dokładnie zbadam tę sprawę. Ułagodzona albo może po prostu już nieco mniej zszokowana Kimberly skinęła głową i zapytała, czy mogłyby dokończyć później. – Teraz chcę tylko iść do mojego syna – wyjaśniła. Zostawiła ich w apartamencie, aby dalej prowadzili śledztwo. Po jej wyjściu Rook powiedział: – Zawsze się zastanawiałem, skąd się biorą te wszystkie Marthy Stewart. Muszą hodować je na ukrytej farmie w Connecticut. – Dzięki, że nie przerywałeś, kiedy się wyładowywała – odrzekła Nikki.

Rook wzruszył ramionami. – Chciałbym powiedzieć, że to przez delikatność, ale tak naprawdę to z powodu krzesła. Trudno, by facet brzmiał jak autorytet, kiedy jest otoczony muślinem. No dobrze, teraz kiedy sobie poszła, czy mogę ci powiedzieć, że wyczułem w niej coś, co mi się nie podoba? – Nie dziwi mnie to. Wytoczyła ciężką artylerię przeciwko twojej profesji. No i było to celne. – Heat odwróciła się, w razie gdyby na jej twarz wypłynął wewnętrzny uśmiech, i zaczęła iść w kierunku balkonu. Rook podążył za nią, mówiąc: – Daj spokój, mam dwie nagrody Pulitzera, nie potrzebuję twojego uznania. – Gdy spojrzała na niego z ukosa, dorzucił: – Chociaż miałem ochotę jej powiedzieć, że cykl artykułów, które napisałem o moim miesiącu spędzonym w podziemiu z czeczeńskimi rebeliantami, jest brany pod uwagę jako materiał na film. – Czemu tego nie zrobiłeś? Twoja autokreacja mogłaby być dobrą odskocznią od faktu, że jej mąż właśnie zmarł śmiercią tragiczną. Wyszli na popołudniową spiekotę, w której koszule Raleya i Ochoi były już kompletnie przepocone. – Roach, co macie? – zapytała Heat. – Samobójstwo zdecydowanie odpada – powiedział Raley. – Spójrz na te świeże odpryski farby i kurz na kamieniu. Ktoś dość mocno walnął w te francuskie drzwi, zupełnie jak podczas walki. – A po drugie – podchwycił Ochoa – widać ślady zadrapań prowadzące od drzwi przez… co to jest? – Płytka terakoty – powiedział Rook. – Racja. Ślady są całkiem dobrze widoczne, co? Prowadzą tutaj. – Zatrzymał się przy balustradzie. – W tym miejscu nasz człowiek wypadł. Wszyscy czworo wychylili się, aby spojrzeć w dół. – O kurde – powiedział Rook. – Sześć pięter w dół. To jest sześć, prawda, koledzy? – Daj spokój, Rook – odparła Heat.

– A tutaj jest nasz informator. – Ochoa uklęknął, aby wskazać coś długopisem na balustradzie. – Będziecie musieli podejść bliżej. – Cofnął się, robiąc miejsce dla Heat, która przykucnęła, aby zobaczyć, co wskazywał Ochoa. – Skrawek materiału. Technik sądowy mówi, że to niebieskie dżinsy. Nasza ofiara nie nosiła dżinsów, więc pochodzi to od kogoś innego. Rook uklęknął obok niej, aby rzucić okiem. – Od kogoś, kto go wypchnął – uzupełnił Ochoa. Heat przytaknęła, Rook zrobił to samo. Odwrócili się, aby spojrzeć na siebie, i jego bliskość trochę ją zaskoczyła, ale się nie cofnęła. Zastygli tak twarzą w twarz w tym upale. Pochwyciła jego spojrzenie i obserwowała taniec odbitego światła słonecznego igrającego w jego oczach. A potem zamrugała. O cholera, pomyślała, co to było? Ten facet nie może mnie pociągać. Nigdy w życiu. Detektyw Heat szybko się podniosła, rzeczowa i oficjalna. – Roach? Chcę, żebyście dokładnie zbadali przeszłość Kimberly Starr. I sprawdźcie jej alibi w tej lodziarni na Amsterdam. – A więc – powiedział Rook, wstając tuż obok niej – też wyczułaś te fluidy, co? – Nic nie wyczuwam. Wykonuję policyjną robotę. – Odwróciła się i poszła szybko do apartamentu. Później, gdy zjeżdżali na dół windą, zapytała swoich detektywów: – Dobra, co było tak zabawne, że mogłabym was obu zabić gołymi rękami? A jak wiecie, jestem do tego szkolona. – Och, nic takiego, po prostu coś dla rozładowania atmosfery, wiesz, jak to jest – powiedział Ochoa. – Zgadza się, nic takiego – zawtórował mu Raley. Przejechali dwa piętra w milczeniu i obaj zaczęli cicho nucić „It’s Raining Man”, zanim parsknęli śmiechem. – To? To właśnie z tego się śmialiście? – To – stwierdził Rook – może być najwspanialszy moment w moim życiu. Kiedy wyszli ponownie na zewnątrz, w podmuch żaru, i schronili się pod markizą

budynku Guilford, Rook powiedział: – Nigdy nie zgadniecie, kto napisał tę piosenkę. – Człowieku, ja się nie wyznaję w autorach piosenek – oświadczył Raley. – Tego powinieneś znać. – Elton John? – Źle. – Podpowiedź? Kobiecy krzyk przedarł się przez miejski gwar godzin szczytu. Nikki Heat przywarła do chodnika, obracając głowę, aby od góry do dołu przeszukać budynek wzrokiem. – Tam! – zawołał portier, wskazując w kierunku alei Columbus. – Pani Starr! Heat podążyła za jego wzrokiem na róg ulicy, gdzie rosły mężczyzna chwycił Kimberly Starr za ramiona i rzucił nią o okno sklepu. Zabrzęczało od uderzenia, ale nie pękło. Nikki zerwała się do biegu, z pozostałą trójką za plecami. Wymachiwała swoją odznaką i krzyczała na przechodniów, aby usunęli się z drogi, przeciskając się przez tłum ludzi wracających z pracy. Raley pomagał sobie pięściami i wzywał wsparcie. – Policja, stać! – zawołała Heat. W tym samym ułamku sekundy, w którym napastnik zorientował się w sytuacji, Kimberly spróbowała kopnąć go w pachwinę, ale chybiła. Mężczyzna już zerwał się do biegu, a ona upadła na chodnik. – Ochoa – rzuciła Heat, wskazując na Kimberly, kiedy ją mijała. Ten zatrzymał się, aby pomóc kobiecie, podczas gdy Raley i Rook podążyli za Heat do skrzyżowania na Siedemdziesiątej Siódmej, unikając nadjeżdżających samochodów. Autobus wycieczkowy zablokował im drogę, wykonując niedozwolony skręt. Heat okrążyła tył autobusu, wpadając w podmuch gorących spalin diesla, i wybiegła na brukowany chodnik otaczający kompleks muzealny. Nigdzie nie było śladu napastnika. Od budynku Evelyn na Siedemdziesiątej Ósmej zwolniła bieg do szybkiego marszu. Raley cały czas był za nią, podając przez walkie- talkie ich położenie i opis podejrzanego: „…biały mężczyzna, trzydzieści pięć lat, łysiejący, biała koszula z krótkimi rękawami, niebieskie dżinsy…”. Na rogu Osiemdziesiątej Pierwszej i Columbus przystanęła i odwróciła się. Pot

błyszczał na jej klatce piersiowej, znacząc ciemny znak V z przodu bluzki. Po detektyw nie było widać ani śladu zmęczenia, tylko czujność, gdy przeczesywała wzrokiem bliższą i dalszą okolicę, wiedząc, że wszystko, czego potrzebuje, to mignięcie jakiegokolwiek fragmentu faceta, aby znowu rzucić się za nim w pogoń. – Nie był w aż tak dobrej formie – zabrzmiał obok nieco zdyszany Rook. – Nie mógł dotrzeć aż tak daleko. Odwróciła się do niego, trochę pod wrażeniem, że dał radę dotrzymać jej kroku. I trochę zła z tego samego powodu. – Co ty, do diabła, tutaj robisz, Rook? – Dodatkowa para oczu, pani detektyw. – Raley, wezmę Zachodni Central Park i okrążę muzeum. Ty weź Osiemdziesiątą Pierwszą do Amsterdam i wróć na Siedemdziesiątą Dziewiątą. – Rozumiem. – Raley przeciął strumień ludzi na Columbus. – A co ze mną? – Czy nie zauważyłeś, że mogę być zbyt zajęta, aby cię teraz niańczyć? Jeśli chcesz być pomocny, weź tę dodatkową parę oczu i zobacz, co z Kimberly Starr. Heat zostawiła go tam na rogu, nawet się nie obejrzawszy. Musiała się skoncentrować, nie chciała się rozpraszać, nie przez niego. Te obserwacje reportera stawały się wystarczająco męczące. I co to było tam na balkonie? Przysuwał się do jej twarzy jak jakaś reklama perfum w Vanity Fair, perfum obiecujących ten rodzaj miłości, którego życie nigdy nie daje. Na szczęście odpędziła od siebie ten obrazek. Pomyślała jednak, że może potraktowała go trochę za ostro. Kiedy się odwróciła, aby sprawdzić, gdzie jest Rook, w pierwszym momencie go nie zauważyła. Potem dostrzegła jego sylwetkę w połowie alei Columbus. Co on, do licha, robił, czając się za tą skrzynką z kwiatami? Wyglądał, jakby kogoś szpiegował. Przeskoczyła ogrodzenie parku dla psów i biegiem przecięła trawnik w jego kierunku. W tym momencie zobaczyła jak Biała Koszula–Niebieskie Dżinsy wysuwa się ze śmietnika przy tylnym wejściu do kompleksu muzealnego. Przyśpieszyła do sprintu. Przed nią Rook podnosił się zza kwietnika. Facet wyminął go i pognał podjazdem, znikając w czeluściach metra. Nikki Heat zawołała za nim, ale Rook już wbiegał do tunelu w ślad za jej przestępcą. Zaklęła i przeskoczyła ogrodzenie z drugiej strony parku dla psów, pędząc za nimi.

[1] W oryginale „It’s raining men” – pierwsze słowa popularnego przeboju o tym tytule (przyp. tłum.). ===LUIgTCVLIA5tAm9Pfk10Q3VMbDxFNl8+DzsKOwIwcAd3WSlF

ROZDZIAŁ DRUGI Kroki Nikki Heat odbijały się echem, gdy biegła betonowym tunelem. Korytarz był szeroki i wysoki, wystarczająco duży, aby przewozić eksponaty dla obydwu muzeów znajdujących się w kompleksie: Amerykańskiego Muzeum Historii Naturalnej i Centrum Ziemi i Przestrzeni Kosmicznej Rose, czyli planetarium. Pomarańczowy odcień lamp sodowych umożliwiał dobrą widoczność, ale nie mogła zobaczyć, co znajduje się za załomem ściany. Nie pochwyciła również żadnych innych odgłosów stąpania i wychodząc zza zakrętu, przekonała się dlaczego. Na końcu ładowni tunel się skończył i nikogo tam nie było. Zeskoczyła na podest, z którego prowadziło dwoje drzwi – jedne po prawej stronie do muzeum, a drugie do planetarium po jej lewej stronie. Dokonała wyboru zen i nacisnęła klamkę do drzwi muzeum. Były zamknięte. Do diabła z instynktem, pora na proces eliminacji. Drzwi do pomieszczenia serwisowego planetarium otworzyły się z trzaskiem. Wyciągnęła broń i weszła. Heat szła w pozycji strzeleckiej Weavera, przyciskając plecy do znajdujących się w tunelu skrzyń. Jej trener z akademii uczył ją, aby używać bardziej stabilnej postawy zwanej trójkątem, ale w ciasnych kwaterach, gdzie trzeba się często obracać, dokonała własnej oceny i przybrała pozycję, która pozwoliła jej się płynnie przesuwać i mniej wystawiać na cel. Szybko pokonała pomieszczenie, raz tylko dając się zaskoczyć przez kosmiczny skafander Apollo dyndający na starej wystawie. Na przeciwległym końcu znalazła wewnętrzne schody. Gdy się zbliżała, usłyszała, jak ktoś na górze uderzył drzwiami o ścianę. Zanim się zamknęły, Heat już wbiegała na górę, przeskakując po dwa stopnie. Weszła prosto w morze zwiedzających, którzy zajmowali dolny poziom planetarium. Minął ją opiekun kolonii prowadzący gromadę dzieciaków w identycznych T-shirtach. Detektyw zapięła kaburę, zanim młode oczy zdążyły dostrzec broń i się wystraszyć. Heat przedarła się przez tłum dzieci, mrużąc oczy w oślepiającej bieli Sali Kosmosu i szukając wzrokiem Rooka albo napastnika Kimberly Starr. Nad meteorytem wielkości nosorożca dostrzegła ochroniarza, który coś wskazywał: był to Rook przeskakujący przez poręcz i wspinający się na rampę, która otaczała salę i pięła się spiralnie na wyższe piętro. W pół drogi w górę po pochyłości głowa jej podejrzanego wychyliła się znad poręczy, aby sprawdzić, czy nie ma za nim Rooka. Ścigany pobiegł naprzód, a reporter ruszył za nim

w pogoń. Znak mówił, że znajdują się na Drodze Kosmicznej, w pasażu ukazującym oś czasową ewolucji wszechświata o długości boiska do futbolu. Nikki Heat przebyła trzynaście miliardów lat w swoim najlepszym czasie. Na górze pochyłości zatrzymała się, aby jeszcze raz uważnie się rozejrzeć. Ani śladu po żadnym z nich. A potem usłyszała krzyki tłumu. Heat oparła dłoń na kaburze i przemknęła pod ogromną centralną kulą, aby ujrzeć kolejkę gości na pokaz kosmiczny. Zaalarmowany tłum rozstępował się, odsuwając się od Rooka, który leżał na ziemi, przyjmując kopniaki w żebra od jej podejrzanego. Napastnik zamierzył się do następnego kopniaka i w momencie, gdy próbował utrzymać równowagę, Heat stanęła za nim i użyła swojej nogi, aby pozbawić go tej równowagi. Całym ciężarem rąbnął ciężko na marmury. Skuła go w mgnieniu oka, a tłum zaczął wiwatować. Rook usiadł o własnych siłach. – Nic mi nie jest, dzięki, że spytałaś. – Dzięki, że go spowolniłeś. Niezła robota. Czy tak właśnie rzucałeś się w Czeczenii? – Facet skoczył na mnie, gdy się potknąłem. – Wskazał na torbę ze sklepu muzealnego. – O to. – Rook otworzył ją i wyciągnął szklany przycisk do papieru w kształcie planety. – Zobacz. Potknąłem się o Urana. _______ Gdy Heat i Rook weszli do sali przesłuchań, więzień wyprostował się za stołem w sposób, w jaki czwartoklasiści reagują, kiedy do klasy wchodzi dyrektor. Rook usiadł na krześle z boku. Nikki Heat położyła akta na stole, ale pozostała w pozycji stojącej. – Wstań – powiedziała. Barry Gable spełnił jej polecenie. Detektyw zatoczyła wokół niego krąg, czerpiąc radość z jego zdenerwowania. Pochyliła się, aby przyjrzeć się uważnie, czy jego niebieskie dżinsy nie mają jakichś rozdarć, które pasowałyby do skrawka materiału zostawionego przez zabójcę na balustradzie. – Skąd to masz? Gable sam wygiął się w łuk, żeby przyjrzeć się zadrapaniu z tyłu nogi, na które ona wskazywała.

– Nie wiem. Może rozdarłem je na śmietniku. Są zupełnie nowe – dodał, jak gdyby miało go to postawić w lepszym świetle. – Będziemy potrzebować twoich spodni. – Mężczyzna zaczął je rozpinać, ale detektyw powiedziała: – Nie teraz. Później. Siadaj. Usłuchał, a ona zajęła krzesło naprzeciw niego, swobodna i rozkazująca. – Chcesz nam powiedzieć, dlaczego zaatakowałeś Kimberly Starr? – Spytajcie ją – odparł, starając się, by jego głos brzmiał twardo, ale nerwowe spojrzenia rzucane na swoje odbicie w lustrze zdradzały, że nigdy przedtem nie był przesłuchiwany. – Pytam ciebie, Barry – powiedziała Heat. – To sprawa osobista. – Dla mnie też. Takie pobicie kobiety? Mogę to potraktować bardzo osobiście. Chcesz się przekonać jak bardzo? – No i napadł na mnie – dorzucił Rook. – Hej, ścigałeś mnie. Skąd mogłem wiedzieć, co chciałeś mi zabrać? Na kilometr mogę wyczuć, że nie jesteś gliną. Heat nawet się to podobało. Spojrzała na Rooka, marszcząc brwi, i natychmiast usiadł z powrotem. Odwróciła się do Gable’a. – Widzę, że to nie jest twoja pierwsza napaść, co, Barry? – Z otwierania akt zrobiła małe przedstawienie. Nie było tam wiele stron, ale jej teatr sprawił, że więzień poczuł się jeszcze bardziej niepewnie, wykorzystała to więc maksymalnie. – Rok 2006: zatarg z bramkarzem w SoHo. W 2008 uderzyłeś człowieka, który przyłapał cię na dobieraniu się do jego mercedesa. – To były wykroczenia. – To wszystko były napaści. – Czasami mnie ponosi. – Wymusił z siebie chichot w stylu Johna Candy’ego. – Chyba powinienem trzymać się z dala od barów. – I może spędzać więcej czasu na siłowni – dodał Rook. Heat rzuciła mu spojrzenie mówiące „uspokój się”. Barry znowu odwrócił się do lustra i poprawił sobie koszulę na brzuchu. Heat zamknęła akta i powiedziała:

– Czy możesz nam powiedzieć, gdzie byłeś dzisiejszego popołudnia, powiedzmy między pierwszą a drugą? – Chcę mojego adwokata. – Jasne. Wolisz zaczekać na niego tutaj czy na dole w areszcie tymczasowym? – Była to czcza pogróżka, która działała tylko na nowych, i oczy Gable’a rozszerzyły się z przestrachu. Wciąż utrzymując minę twardzielki na potrzeby przesłuchania, Heat cieszyła się, jak łatwo się złamał. Areszt tymczasowy. Działa za każdym razem. – Byłem w Beacon, wie pani, w Hotelu Beacon na Broadwayu. – Zdajesz sobie sprawę, że sprawdzimy twoje alibi. Czy jest ktoś, kto cię widział i mógłby to potwierdzić? – Byłem sam w swoim pokoju. Może rano ktoś w recepcji. – Ten fundusz inwestycyjny, którym dysponujesz, opłaca całkiem ładny adres na Pięćdziesiątej Drugiej Wschodniej. Po co ci hotel? – Niech pani da spokój, naprawdę chce pani, żebym to powiedział? – Wpatrzył się w swoje błagające oczy odbijające się w lustrze i sam do siebie skinął głową. – Chodzę tam kilka razy w tygodniu. Żeby z kimś się spotkać. No wie pani. – Dla seksu? – zapytał Rook. – O rany, tak, seks jest tego częścią. Ale to coś więcej. – I co się dzisiaj stało? – spytała Heat. – Nie przyszła. – Tym gorzej dla ciebie, Barry. Mogła być twoim alibi. Czy ma jakieś nazwisko? – Tak. Kimberly Starr. _______ Kiedy Heat i Rook opuścili salę przesłuchań, detektyw Ochoa czekał w kabinie obserwacyjnej, patrząc na Gable’a przez lustro weneckie. – Nie mogę uwierzyć, że skończyłaś przesłuchanie i nie zadałaś najważniejszego pytania. – Gdy skupił na sobie ich uwagę, kontynuował: – Jak taki pacan wyrwał taką laskę jak Kimberly Starr? – Jesteś taki powierzchowny – powiedziała Heat. – Tu nie chodzi o wygląd. Tu chodzi

o pieniądze. _______ – Dziwny Al – powiedział Raley, gdy wszyscy troje weszli do sali odpraw. – „It’s Raining Men”. Zgaduję, że to Al Yankovic. – Źle – odparł Rook. – Ta piosenka została napisana przez… No, mógłbym ci powiedzieć, ale gdzie tu sport? Zgaduj dalej. Ale żadnego szperania w Googlach. Nikki Heat usiadła przy swoim biurku i obróciła się w fotelu, aby popatrzeć na zespół. – Czy mogę przerwać dzisiejszy quiz „Jeopardy!” dla odrobiny pracy śledczej? Ochoa, co wiemy na temat alibi Kimberly Starr? – Wiemy, że się nie potwierdza. To znaczy ja wiem, a teraz ty też. Była dzisiaj w Dino- Bites, ale bardzo szybko stamtąd wyszła. Jej dzieciak jadł zupę czekoladową z nianią, a nie z matką. – O której wyszła? – spytała Heat. Ochoa przejrzał notatki. – Kierownik mówi, że w okolicach pierwszej, pierwszej piętnaście. – Mówiłem wam, że miałem przeczucie co do tej Kimberly Starr, prawda? – wtrącił Rook. – Podoba ci się Kimberly Starr jako podejrzana? – zapytał Raley. – Według mnie tak to się układa. – Rook usiadł na biurku Heat. Zauważyła, że skrzywił się z bólu wywołanego kopniakiem w żebro, i pożałowała, że nie poszedł się zbadać. – Nasza urocza młoda żonka i matka miała na boku kochanka – kontynuował. – Jej kumpel, bokser Barry, żaden z niego przystojniak, twierdzi, że rzuciła go jak worek ziemniaków, gdy jego fundusz inwestycyjny szlag trafił i źródło pieniędzy się wyczerpało. Stąd dzisiejsza napaść. Kto wie, może nasz martwy miliarder trzymał swoją żonkę na krótkiej smyczy, jeśli chodzi o pieniądze. Albo może Matthew Starr dowiedział się o jej romansie i ona go zabiła. Raley skinął głową i przytaknął: – Kiepsko. Wygląda na to, że go oszukiwała.