uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 542 625
  • Obserwuję698
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań849 809

Richard Castle - Nikki Heat. 02 - Nagi zar

Dodano: 6 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 6 lata temu
Rozmiar :1.3 MB
Rozszerzenie:pdf

Richard Castle - Nikki Heat. 02 - Nagi zar.pdf

uzavrano EBooki R Richard Castle
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 6 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 80 osób, 65 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 328 stron)

Wydawnictwo 12 Posterunek SPIS TREŚCI OD TŁUMACZKI: ………………………………………………………………………………………….. 3 ROZDZIAŁ PIERWSZY ………………………………………………………………………………….. 5 ROZDZIAŁ DRUGI ………………………………………………………………………………………. 16 ROZDZIAŁ TRZECI ……………………………………………………………………………………… 33 ROZDZIAŁ CZWARTY ………………………………………………………………………………… 51 ROZDZIAŁ PIĄTY ……………………………………………………………………………………….. 66 ROZDZIAŁ SZÓSTY …………………………………………………………………………………….. 86 ROZDZIAŁ SIÓDMY ………………………………………………………………………………….. 104 ROZDZIAŁ ÓSMY ……………………………………………………………………………………… 121

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY ……………………………………………………………………………. 140 ROZDZIAŁ DZIESIĄTY ……………………………………………………………………………… 151 ROZDZIAŁ JEDENASTY ……………………………………………………………………………. 163 ROZDZIAŁ DWUNASTY ……………………………………………………………………………. 176 ROZDZIAŁ TRZYNASTY …………………………………………………………………………… 190 ROZDZIAŁ CZTERNASTY …………………………………………………………………………. 208 ROZDZIAŁ PIĘTNASTY …………………………………………………………………………….. 223 ROZDZIAŁ SZESNASTY ……………………………………………………………………………. 234 ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY ……………………………………………………………………….. 244 ROZDZIAŁ OSIEMNASTY …………………………………………………………………………. 252 ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY …………………………………………………………………… 268 ROZDZIAŁ DWUDZIESTY …………………………………………………………………………. 276 PODZIĘKOWANIA …………………………………………………………………………………….. 286 OD TŁUMACZKI: Dziękuję Jen, Lindzie, László, Susan, Kelly i wielu innym osobom na Twitterze oraz na forum The 12th, które wspomagały mnie w tłumaczeniu Nagiego żaru. Jesteście lepsi niż wyszukiwarka Google!☺ I would like to thank Jen, Linda, László, Susan, Kelly and many others on Twitter and The 12th discussion board, who were answering my “HELP!!!” shouts and helping me with my “Naked Heat” translation. You’re even better than Google Search! ☺ Prawdziwej Nikki Heat, z wdzięcznością

ROZDZIAŁ PIERWSZY Czerwone światła zdają się trwać całą wieczność, szczególnie wtedy, gdy nie ma korków, rozmyślała Nikki Heat. Te, które zatrzymały ją właśnie na rogu Amsterdam i Osiemdziesiątej Trzeciej, chyba nigdy nie zamierzały zmienić się na zielone. Detektyw jechała do pierwszego wezwania tego ranka i na dobrą sprawę mogła włączyć koguta na dachu, po czym skręcić w lewo, nie zważając na światła, ale od samej zbrodni upłynęło już trochę czasu, na miejscu była lekarka sądowa, a zwłoki nigdzie się nie wybierały. Korzystając z przedłużającej się przerwy, sprawdziła, czy kawa na wynos osiągnęła już temperaturę umożliwiającą wypicie jej bez ryzyka poparzenia ust. Tanie plastikowe wieczko pękło i jedna jego część została jej w ręku, podczas gdy druga w dalszym ciągu tkwiła na kubku. Heat zaklęła głośno i rzuciła bezużyteczną połówkę na dywanik pod siedzeniem pasażera. Już miała pociągnąć łyk, desperacko potrzebując kofeinowego kopa, który odpędzi poranną senność, gdy tuż za nią rozległ się dźwięk klaksonu. Światła w końcu zmieniły się na zielone. Oczywiście. Przechylając kubek wprawnym gestem, tak aby w momencie zwrotu kawa nie wylała się jej na palce, Nikki skręciła w lewo w Osiemdziesiątą Trzecią. Wyprostowała właśnie koła, mijając Cafe Lalo, kiedy przed maskę samochodu znienacka wyskoczył pies. Heat ostro zahamowała. Kawa rozlała się jej na kolana, plamiąc całą spódnicę. W tym momencie jednak była bardziej przejęta psem. Na szczęście go nie potrąciła. Co więcej, nawet się nie przestraszył. Przypominające niewielkiego owczarka niemieckiego albo mieszańca husky zwierzę zuchwale stało tuż przed nią bez ruchu na jezdni, wpatrując się w nią z przekrzywionym łbem. Nikki uśmiechnęła się i pomachała ręką. Pies jednak ani drgnął. Jego wyzywające i natarczywe spojrzenie wytrąciło ją z równowagi. Oczy psa miały złowrogi wyraz, przeszywały świdrującym wzrokiem spod ciemnych zmarszczonych brwi. Gdy tak na niego patrzyła, coś jeszcze wydało jej się dziwne. To chyba w ogóle nie był pies. Za mały na owczarka albo husky, a jego szorstka jasnobrązowa sierść miejscami nabierała szarego

odcienia. Pysk był zbyt wąski i wydłużony. Zwierzę bardziej przypominało lisa. Nie. To był kojot. Ten sam niecierpliwy kierowca za nią znów nacisnął klakson i zwierzę się oddaliło, nie w panicznej ucieczce, ale spokojnym truchtem, prezentując dziką elegancję, potencjalną szybkość i coś jeszcze. Arogancję. Heat patrzyła, jak kojot dociera do krawężnika, zatrzymuje się i odwraca głowę. Rzucił jej bezczelne spojrzenie prosto w oczy, a potem pomknął w stronę ulicy Amsterdam. Dla Nikki był to niezwykle niepokojący początek dnia: najpierw strach, że potrąciła zwierzę, a potem to niesamowite spojrzenie. Pojechała dalej, wycierając serwetkami kawę, którą na siebie wylała, i żałując, że zamiast czarnej spódnicy wybrała kolor khaki. * * * Z czasem odkrywanie zwłok na miejscu zbrodni nie stało się dla Nikki ani trochę łatwiejsze. Siedząc teraz w samochodzie zaparkowanym za furgonetką lekarzy sądowych na rogu Osiemdziesiątej Szóstej i Broadwayu i obserwując zza szyby koronera przy pracy, raz jeszcze pomyślała, że może tak jest lepiej. Lekarz sądowy przykucnął na chodniku przed witryną wspólną dla sklepu z damską bielizną i nowej cukierni z wykwintnymi babeczkami. Dwie sprzeczne informacje, o ile w ogóle był jakikolwiek przekaz. Heat nie była w stanie dojrzeć ofiary. Panujący w całym mieście strajk śmieciarzy sprawił, że góry śmieci piętrzące się na wysokość metra zajmowały większą część chodnika, skutecznie uniemożliwiając Nikki dojrzenie zwłok. Dwudniowy smród rozkładających się odpadków był wyczuwalny nawet w chłodzie poranka. Ale przynajmniej sterty śmieci tworzyły dogodną barierę dla gapiów. U szczytu ulicy już zgromadziło się kilkunastu rannych ptaszków i taka sama liczba osób stała za żółtą taśmą na rogu ulicy, w pobliżu wejścia do metra. Spojrzała na znajdujący się na budynku banku cyfrowy zegar wskazujący godzinę i temperaturę. Była dopiero 6.18. Coraz częściej jej zmiany zaczynały się w taki właśnie sposób. Kryzys gospodarczy dotknął wszystkich bez wyjątku. Jak wynikało z jej własnych

obserwacji, niezależnie od tego, czy powodem były cięcia etatów w policji, czy jedynie niesprzyjająca sytuacja ekonomiczna – albo jedno i drugie – detektyw Heat miała obecnie do czynienia z większą liczbą ofiar. Nie potrzebowała Diane Sawyer wygłaszającej na wizji statystyki kryminalne, aby wiedzieć, że jeśli nawet liczba zwłok nie wzrastała, to zwiększyło się tempo popełniania zbrodni. Ale niezależnie od tego, co mówiły statystyki, dla niej istotne były poszczególne ofiary. Nikki Heat obiecała sobie, że nigdy nie będzie rozpatrywała zabójstw pod względem liczby. To nie leżało w jej naturze ani doświadczeniu. Jej własna strata sprzed prawie dziesięciu lat niemal zniszczyła ją od środka, lecz mimo blizny, jaka powstała w niej po śmierci matki, wciąż udawało jej się zachować dozę empatii. Kapitan Montrose, jej dowódca na posterunku, powiedział kiedyś, że to właśnie czyniło ją najlepszą spośród jego detektywów. Wolałaby mimo wszystko osiągnąć tę pozycję bez bólu, ale ktoś inny rozdawał karty i w ten oto sposób znalazła się tutaj, we wczesny październikowy poranek, znów boleśnie świadoma swojego czułego miejsca. Nikki przestrzegała swojego osobistego rytuału: krótka refleksja nad ofiarą, wywołująca u niej poczucie związku ze sprawą w świetle tego, że sama była ofiarą, a zwłaszcza w świetle oddania czci matce. Zajęło jej to całe pięć sekund. Sprawiło jednak, że poczuła się gotowa. Wysiadła z samochodu i poszła do pracy. Zanurkowała pod żółtą taśmą w szczelinie w stercie śmieci i stanęła jak wryta, z przerażeniem ujrzawszy samą siebie na okładce porzuconego egzemplarza magazynu First Press, wystającego z worka na śmieci obok opakowania na jajka i poplamionej poduszki. O Boże, nienawidziła tej swojej pozycji – jedna stopa na posterunkowym krześle, skrzyżowane ramiona, sig sauer w kaburze na biodrze tuż obok odznaki. I ten koszmarny nagłówek: FALA ZBRODNI SPOTYKA FALĘ UPAŁU Przynajmniej ktoś miał na tyle rozsądku, żeby to wyrzucić, pomyślała i ruszyła naprzód, aby dołączyć do dwóch detektywów, Raleya i Ochoi.

Jej partnerzy, pieszczotliwie nazywani „Roach”, już pracowali na miejscu zbrodni. – Dzień dobry, pani detektyw – przywitali ją niemalże unisono. – Dzień dobry, panowie. – Zaproponowałbym ci kawę, ale widzę, że masz ją już na sobie – rzucił Raley, spoglądając na nią. – Dowcipniś. Powinieneś prowadzić swój program w telewizji śniadaniowej – odparła. – Co my tu mamy? – Heat przeprowadziła własną wizję lokalną, podczas gdy Ochoa udzielał jej informacji na temat ofiary. Był to mężczyzna latynoskiego pochodzenia, w wieku od trzydziestu do trzydziestu pięciu lat, ubrany w kombinezon roboczy. Leżał twarzą do góry na stercie toreb ze śmieciami na chodniku. Miał koszmarnie porozrywane ciało i ślady ugryzienia na podgardlu. Jeszcze więcej znajdowało się na brzuchu, gdzie T-shirt był cały w strzępach. Nikki przypomniała sobie kojota i zwróciła się do lekarza sądowego: – Co to za ślady ugryzienia? – Moim zdaniem powstały pośmiertnie – odpowiedział. – Widzi pani te rany na rękach i przedramionach? – Wskazał otwarte dłonie ofiary ułożone po bokach. – Nie są dziełem zwierzęcia. Powstały od uderzeń zadanych ostrym narzędziem. Powiedziałbym, że to nóż albo rozcinacz do kartonów. A gdyby ofiara żyła, kiedy dopadł ją pies, to miałaby też ślady ugryzienia na rękach, a nie ma. I proszę spojrzeć tutaj. – Ukląkł obok ciała, a Heat przykucnęła przy nim. Dłonią w rękawiczce wskazał rozdarcie w podkoszulku mężczyzny. – Cios nożem – stwierdziła Nikki. – Będziemy mieli pewność po autopsji, ale mogę się założyć, że to jest przyczyna śmierci. Pies przypuszczalnie tylko żerował w śmieciach. – Zamilkł na chwilę. – Przy okazji, pani detektyw. – Tak? – Wpatrywała się w niego, zastanawiając się, jakie jeszcze informacje mógł dla niej mieć. – Bardzo mi się podobał artykuł w najnowszym numerze First Press. Gratuluję.

Poczuła ucisk w żołądku, ale podziękowała mu i wstała, a potem szybko się oddaliła, dołączając do Raleya i Ochoi. – Tożsamość ofiary? – zapytała. – Nieznana – odparł Ochoa. – Żadnego portfela ani dokumentu. – Mundurowi przeszukują okolicę – powiedział Raley. – W porządku. Jacyś naoczni świadkowie? – Na razie nic – odrzekł Raley. Heat odwróciła głowę, aby przyjrzeć się wieżowcom po obu stronach Broadwayu. Ochoa ubiegł ją, mówiąc: – Nasi ludzie już chodzą po tych budynkach, żeby sprawdzić, czy ktoś coś widział albo słyszał. Spojrzała na niego i lekko się uśmiechnęła. – Dobrze. Sprawdźcie też, czy któryś z pracowników tutejszych firm zauważył cokolwiek. Ludzie z cukierni mogli się tu zjawić bardzo wcześnie. I nie zapomnijcie o kamerach bezpieczeństwa. Przy odrobinie szczęścia ta u jubilera naprzeciwko mogła coś uchwycić. – Przechyliła głowę, wskazując mężczyznę trzymającego na smyczy pięć psów, wszystkie w komendzie „siad”. – Kto to jest? – Ten facet znalazł ciało. Zadzwonił na policję o 5.37. Nikki przyjrzała mu się uważnie. Miał około dwudziestki, szczupły, obcisłe dżinsy i fikuśny szaliczek. – Niech zgadnę. AMTC. – Pracując na posterunku w Upper West Side, stworzyła wraz z ekipą system zdrobniałych kodów dla niektórych typów ludzi mieszkających w tej dzielnicy. AMTC to akronim oznaczający „aktora-modela—tancerza- cokolwiek”. – Blisko, pani detektyw. – Ochoa przestudiował stronę z notatnika i kontynuował: – Pan T. Michael Dove, student aktorstwa w Juilliard, natknął się na ciało, gdy atakował je już pies. Powiedział, że jego czworonogi przejęły kontrolę nad terytorium, a tamto zwierzę uciekło. – Hej, dlaczego mówisz, że blisko? – zdziwiła się Heat. – Jest aktorem. – Tak, ale w tym przypadku to AMWP, czyli aktor-model- wyprowadzacz psów. Nikki uchyliła marynarkę, aby niepostrzeżenie dla innych pokazać mu palec. – Spisałeś jego zeznania? – Ochoa uniósł notes i przytaknął. – W takim razie tu skończyliśmy – powiedziała. A potem znowu przyszedł jej do głowy kojot. Spojrzała na

AMWP. – Chcę go zapytać o tamtego psa. Natychmiast pożałowała swojej decyzji. Gdy znalazła się w odległości dziesięciu kroków, mężczyzna wykrzyknął: – O mój Boże, to naprawdę pani! To pani jest Nikki Heat! Gapowicze znajdujący się w dalszej części chodnika przysunęli się bliżej, przypuszczalnie zwabieni nagłym poruszeniem, a nie dlatego, że ją rozpoznali, ale Nikki nie chciała ryzykować. Instynktownie wbiła wzrok w chodnik i odwróciła się bokiem, przyjmując znaną z czasopism plotkarskich pozę osaczonych przez paparazzi celebrytów wychodzących z restauracji. Zbliżyła się do AMWP i spróbowała nakłonić go do ściszenia głosu, mówiąc cicho: – Dzień dobry, tak, to ja jestem detektyw Heat. AMWP nie tylko nie obniżył głosu, ale jeszcze bardziej się podniecił. – O mój Boże! – A potem, jakby tego było mało, zapytał: – Czy mogę sobie zrobić z panią zdjęcie, pani Heat? – Chciał podać towarzyszącym jej detektywom swój telefon komórkowy. – Chodź, Ochoa – odezwał się Raley. – Zobaczmy, co robią patolodzy. – Czy to… Roach? To oni, prawda? – zawołał świadek. – Zupełnie jak w artykule! Detektywi Raley i Ochoa popatrzyli na siebie, nie próbując nawet ukryć lekceważenia, i odeszli. – No trudno – westchnął T. Michael Dove. – To będzie musiało wystarczyć. – Wyciągnął przed siebie rękę, w której trzymał komórkę, zbliżył głowę do stojącej obok Nikki Heat i sam pstryknął zdjęcie. Jak większość osób z pokolenia „proszę o uśmiech”, Nikki była zaprogramowana, żeby wyszczerzyć się do zdjęcia. Nie tym razem. Serce jej zamarło i była pewna, że ujęcie przypomina zdjęcie z kronik policyjnych. Jej fan spojrzał na ekran komórki i zapytał: – Dlaczego tak skromnie? Kobieto, jest pani na okładce wysokonakładowego pisma. W zeszłym miesiącu Robert Downey Jr., w tym miesiącu Nikki Heat. Jest pani celebrytką. – Może później o tym porozmawiamy, panie Dove. Chciałabym się skupić na tym, co

mógł pan widzieć na miejscu zbrodni. – Nie wierzę – odrzekł. – Jestem naocznym świadkiem najlepszej detektyw z nowojorskiego wydziału zabójstw. Nikki zastanawiała się, czy Wysoki Sąd postawiłby ją w stan oskarżenia, gdyby wpakowała kulkę w tego faceta, tu i teraz. Ale zamiast tego odparła: – To niezupełnie tak. A teraz chciałabym spytać… – Nie jest pani najlepsza? Z artykułu wynika co innego. Ten artykuł. Ten cholerny artykuł. Niech diabli wezmą Jamesona Rooka za to, że go napisał. Od samego początku czuła, że to nie w porządku. Kiedy w czerwcu tego roku redakcja magazynu przydzieliła Rookowi zadanie, miało ono polegać na obserwacji ekipy nowojorskiego wydziału zabójstw, posiadającej wysoki wskaźnik wykrywalności. Wydział chętnie współpracował, gdyż zależało im na wizerunku policjantów odnoszących sukcesy, zwłaszcza jeśli przestawali być anonimowi. Gdy wybrano ekipę detektyw Heat, policjantka z niechęcią przyjęła utratę prywatności, ale nie protestowała, gdyż polecenie wyszło od kapitana Montrose’a. Kiedy Rook zaczął swoją tygodniową obserwację, miała się ona odbywać rotacyjnie ze wszystkimi osobami w zespole. Pod koniec pierwszego dnia zmienił zdanie, twierdząc, że opowie lepszą historię, gdy skupi się na liderce zespołu, której oczyma będzie mógł zobaczyć pełny obraz. Nikki od razu zorientowała się, na czym polega jego plan. Był to nieumiejętnie skrywany fortel, dzięki któremu mógł przebywać jedynie w jej towarzystwie. No i jak można się było tego spodziewać, od razu zaczął proponować wyjścia na drinka, na obiad, wspólne śniadania, oferował wejściówki za kulisy na koncert Steely Dan w Beacon Theatre czy uroczyste koktajle z Timem Burtonem w Muzeum Sztuki Nowoczesnej na otwarcie wystawy jego szkiców. Rook lubił się popisywać znajomościami, ale rzeczywiście miał koneksje. Wykorzystał swoją znajomość z burmistrzem, aby kontynuować „badania” długo po tym, gdy upłynął oficjalny termin zakończenia współpracy. Z czasem, wbrew sobie samej,

Nikki doszła do wniosku, że ten facet ją intryguje. I to wcale nie dlatego, że był na ty z Mickiem Jaggerem, Bono czy Sarkozym. Albo że był uroczy i przystojny. Świetny tyłek to tylko świetny tyłek i nic ponadto – chociaż nie można go nie doceniać. To był… cały komplet. Rook w całej swojej okazałości. Czy sprawiła to kokieteria Jamesona Rooka, czy też jej namiętność do niego, w każdym razie skończyło się tym, że wylądowali w łóżku. A potem znowu. I jeszcze raz. I ponownie… Seks z Rookiem zawsze był gorący, ale nie zawsze był wynikiem trzeźwej oceny sytuacji, jak sobie później uświadomiła. Gdy jednak byli razem, rozsądek schodził na dalszy plan, a jego miejsce zajmowały fajerwerki. Jak ujął to pewnej nocy Rook, gdy kochali się u niego w kuchni, gdzie schronili się przed ulewnym deszczem: „Nie możesz zaprzeczyć, że jest upał”. Pisarz, pomyślała wtedy. I tak było naprawdę. Stopniowo zaczęła wychodzić na jaw prawda dotycząca tego głupiego artykułu. Rook nie dał jej jeszcze do przeczytania roboczej wersji, kiedy na posterunku zjawił się fotograf i pierwszą wskazówką było to, że bohaterką wszystkich zdjęć była ona. Domagała się zdjęć swojej ekipy, zwłaszcza Raleya i Ochoi, jej oddanych pomocników, zdołała jednak wywalczyć tylko kilka grupowych ujęć z jej ekipą w tle. Najgorsze dla niej było pozowanie. Kiedy kapitan Montrose powiedział, że musi współpracować, Nikki pozwoliła na kilka niepozowanych zdjęć, ale fotograf, jeden z najbardziej rozchwytywanych specjalistów, arogant o podejściu buldożera, zaczął ją ustawiać. – To na okładkę – powiedział. – Niepozowane nie będą się nadawały. Dała się więc ustawić. Do momentu gdy fotograf nie polecił jej, aby spoglądając przez kraty do celi w areszcie, przybrała groźniejszy wygląd. – No, pokaż mi trochę tej żądzy zemsty za twoją matkę, o której czytałem – rzucił. Tego wieczoru zażądała, aby Rook pokazał jej artykuł. Przeczytała go, po czym poprosiła autora, aby wykreślił z niego jej osobę. Chodziło nie tylko o to, że zrobił z niej gwiazdę posterunku i zminimalizował wysiłki jej kolegów, czyniąc z nich mało znaczących statystów. Czy też, że celem artykułu było wysunięcie jej osoby na pierwszy plan.

„Kopciuszek” to wprawdzie jeden z jej ulubionych filmów, ale Nikki wolała tę opowieść jako bajkę, a nie własną rzeczywistość. Jej największy sprzeciw budził fakt, że artykuł był zbyt osobisty. Zwłaszcza w części dotyczącej zabójstwa jej matki. Rook wydawał się zaślepiony własnym dziełem. Na każdy zarzut Nikki miał gotową odpowiedź. Powiedział, że wszyscy, o których do tej pory pisał, też mieli zastrzeżenia przed publikacją. Odrzekła mu na to, że może powinien był ich wysłuchać. Zaczęli się kłócić. Stwierdził, że nie może wykreślić jej z artykułu, bo to ona stanowi jego treść. – A nawet gdybym chciał, już za późno. Właśnie składają go do druku – dodał. Wtedy widziała go po raz ostatni. Trzy miesiące temu. Nikki myślała, że jeśli już więcej się nie spotkają, to wystarczy. Ale Rook nie zniknął po cichu z jej życia. Może sądził, że za pomocą swojego uroku zdoła z powrotem wkraść się w jej łaski? Bo dlaczego wydzwaniał do niej w nieskończoność, mimo że za każdym razem odpowiedź brzmiała „nie”, a potem przestała już w ogóle odpowiadać? W końcu musiało to do niego dotrzeć, bo przestał dzwonić. Do czasu, kiedy dwa tygodnie temu magazyn trafił na półki, a Rook wysłał jej sygnał w postaci podpisanego egzemplarza czasopisma wraz z butelką tequili Silver Patrón i koszykiem limonek. Nikki zutylizowała egzemplarz First Press, a alkohol oddała w prezencie na imprezie pożegnalnej detektywa Uletta, który za odprawę otrzymaną z okazji przejścia na wcześniejszą emeryturę przewiózł na przyczepie swoją łódź do Fort Leonard Wood w stanie Missouri, gdzie zamierzał wędkować. Podczas gdy inni dorwali się do tequili, Nikki została przy piwie. To była ostatnia noc jej anonimowości. Miała nadzieję, że zgodnie z przepowiednią pana Warhola jej sława potrwa przysłowiowy kwadrans i szybko przeminie, ale przez ostatnie dwa tygodnie gdziekolwiek by nie poszła, wszędzie było tak samo. Czasem spojrzenia, czasem komentarze, a za każdym razem ból. Sam aspekt bycia rozpoznawaną był dla niej nieprzyjemny, ale chodziło o coś jeszcze. Każde spojrzenie, każdy komentarz, każde zdjęcie

zrobione komórką, wszystko przypominało jej Jamesona Rooka i nieudany romans, który chciała zostawić za sobą. Pokusa okazała się za silna dla olbrzymiego sznaucera, który zaczął zlizywać mleko i cukier z rąbka spódnicy Nikki. Pogłaskała go po łbie i spróbowała sprowadzić T. Michaela Dove’a z powrotem na ziemię. – Czy każdego ranka wyprowadza pan psy w tej okolicy? – Zgadza się, sześć razy w tygodniu. – A czy spotkał pan tu wcześniej ofiarę? Zrobił dramatyczną pauzę. Miała nadzieję, że dopiero zaczął studia w Juilliard, gdyż jego zdolności aktorskie były na poziomie przedstawień w rodzaju popołudniówek. – Nie – odpowiedział. – W swoich zeznaniach stwierdził pan, że gdy się zjawił, ofiarę atakował pies. Czy mógłby pan go opisać? – Był jakiś dziwny, pani detektyw. Trochę jak mały owczarek, ale bardziej dziki, wie pani? – Tak jak kojot? – Można tak powiedzieć. Ale bez przesady, w końcu jesteśmy w Nowym Jorku. Nikki pomyślała dokładnie to samo. – Dziękuję za współpracę, panie Dove. – Żartuje pani? Dziś wieczorem opiszę wszystko na blogu. Heat odeszła na bok, żeby odebrać telefon. Dzwonili z centrali – wpłynęło anonimowe zgłoszenie o połączonym z zabójstwem włamaniu do prywatnego mieszkania. Rozmawiając, podeszła do Raleya i Ochoi, a oni od razu odczytali mowę jej ciała i zaczęli przygotowywać się do drogi, jeszcze zanim się rozłączyła. Nikki rzuciła okiem na miejsce zbrodni. Mundurowi zaczęli przesłuchiwać świadków, pozostałe sklepy będą zamknięte jeszcze przez kilka godzin, a śledczy byli zajęci szczegółowym przeszukiwaniem terenu. Dla nich nie było tu nic więcej do roboty. – Mamy następne zgłoszenie, panowie. – Wydarła kartkę z notesu i podała adres Raleyowi. – Jedź za mną. Siedemdziesiąta Ósma, między Columbus a Amsterdam. Nikki przygotowywała się na odkrycie kolejnych zwłok. * * *

Pierwszą rzeczą, na jaką detektyw Heat zwróciła uwagę, gdy wyjechała z ulicy Amsterdam na Siedemdziesiątą Ósmą, była cisza. Minęła siódma, a pierwsze promienie słońca oświetliły wieżyczki Muzeum Historii Naturalnej, oblewając je złotym światłem, które zmieniło bryłę budynku mieszkalnego w uroczy miejski krajobraz. Aż prosił się, żeby uwiecznić go na zdjęciu. Ale ten spokój wydał jej się dziwny. Gdzie były niebiesko-białe wozy? Gdzie był ambulans, żółta taśma i tłum gapiów? Jako prowadząca dochodzenia była przyzwyczajona, że nie przyjeżdżała na miejsce jako pierwsza. Raley i Ochoa też na to zareagowali. Widziała to w geście, jakim odsłonili broń znajdującą się pod kurtkami, gdy wysiedli z samochodu, a następnie w spojrzeniach, jakimi obrzucili okolicę, zbliżając się do Nikki. – To właściwy adres? – upewnił się Ochoa. Raley odwrócił się, aby przyjrzeć się bezdomnemu, który w oddali, na końcu ulicy od strony Columbus przeszukiwał pozostawione do wywozu śmieci w nadziei, że znajdzie coś nadającego się do powtórnego użytku. Poza tym Siedemdziesiąta Ósma Zachodnia była praktycznie wymarła. – Wygląda na to, że pierwsi przybyliśmy na imprezę – rzucił Raley. – A zapraszają cię w ogóle na imprezy? – odparował jego partner, gdy zbliżali się do kamienicy z elewacją z piaskowca. Raley już na to nie odpowiedział. Wejście na krawężnik zakończyło pogawędkę, zupełnie jakby przekroczyli niewidzialną i niepisaną granicę. Gęsiego przecisnęli się w szczelinie, jaką ktoś utworzył w rzędzie worków na śmieci i odpadków, i otoczyli detektyw Heat, gdy ta przystanęła przed następną kamienicą z piaskowca. – Z adresu wynika, że to mieszkanie na parterze – powiedziała cicho, wskazując apartament z ogródkiem znajdujący się pół piętra poniżej poziomu ulicy. Na małe wybrukowane patio otoczone metalową barierką ozdobioną drewnianymi donicami, w których znajdowały się kwiaty, prowadziło pięć granitowych stopni. Za zdobionymi kratami z kutego żelaza, które chroniły okna, widać było ciężkie zasłony. Kunsztownie rzeźbione w kamieniu panele dekoracyjne tworzyły nad nimi fasadę. Drzwi wejściowe, znajdujące się

pod łukowatym sklepieniem utworzonym przez schody prowadzące do mieszkania na piętrze, stały szeroko otwarte. Nikki dała sygnał ręką i poprowadziła ich do drzwi. Detektywi podążali tuż obok, kryjąc ją. Raley obserwował tylną flankę, a Ochoa stanowił dla Heat dodatkową parę oczu. Nikki położyła rękę na kaburze i stanęła po drugiej stronie drzwi. Upewniwszy się, że zajmują właściwe pozycje, krzyknęła w głąb apartamentu: – Policja! Jeśli ktoś tu jest, proszę się odezwać. Czekali i nasłuchiwali. Nic. Jako że od lat tworzyli zgraną drużynę, takie akcje były dla nich rutyną. Raley i Ochoa utrzymywali kontakt wzrokowy z Nikki. Na jej trzecie skinienie głowy wyciągnęli broń i podążyli w ślad za nią do środka w pozycji strzeleckiej Weavera. Heat szybko przemierzyła małe foyer i skierowała się do holu, tuż za nią szedł Ochoa. Chodziło o to, żeby poruszać się szybko i sprawdzić każdy pokój, kryjąc się wzajemnie, ale nie zbijać się w grupę. Raley trzymał się za nimi, żeby pilnować tyłów. Pierwsze drzwi po prawej stronie prowadziły do jadalni. Heat i Ochoa weszli tam razem, każde z nich zajęło pozycję po przeciwnej stronie pokoju. W jadalni nie było nikogo, ale panował tam straszny bałagan. Szuflady i antyczne kredensy były szeroko otwarte, pod nimi walała się rozrzucona srebrna zastawa i porcelana roztrzaskana na drewnianej podłodze. Po drugiej stronie korytarza znajdował się pokój gościnny, w stanie identycznego nieładu. Poprzewracane krzesła spoczywały na podartych na strzępy bogato ilustrowanych albumach. Potłuczone wazony i wyroby ceramiczne pokrywało pierze z rozdartych poduszek. Z ram, z których wcześniej ktoś wydarł lub wyciął obrazy olejne, zwisało płótno malarskie. Sterta popiołu z kominka pokrywała palenisko i leżący przed nim orientalny dywanik, zupełnie jakby jakieś stworzenie próbowało zrobić tam podkop. W przeciwieństwie do reszty apartamentu, w sąsiednim pomieszczeniu w głębi paliło się światło. Heat odgadła, że było to studio. Dała ręką znak Raleyowi, żeby zajął miejsce i obserwował, podczas gdy ona wraz z Ochoą ponownie zajęli pozycje po przeciwnych stronach drzwi. Na jej skinienie wkroczyli razem do studia.

Martwa kobieta mogła mieć jakieś pięćdziesiąt lat. Siedziała za biurkiem w fotelu z głową odchyloną do tyłu, zupełnie jakby zastygła podczas nabierania powietrza do potężnego kichnięcia. Heat zatoczyła w powietrzu krąg lewą ręką, przekazując w ten sposób partnerom, żeby mieli się na baczności, sama zaś przedarła się przez rozrzucone na podłodze szczątki sprzętów i podeszła do biurka, aby sprawdzić puls kobiety. Oderwała rękę od zimnego już ciała ofiary, podniosła głowę i potrząsnęła nią przecząco. Z przeciwległego końca korytarza dobiegł ich jakiś dźwięk. Na ten odgłos wszyscy troje natychmiast się odwrócili. Brzmiało to tak, jakby ktoś chodził po rozbitym szkle. Drzwi do pokoju, z którego doszedł ich dźwięk, były zamknięte, ale przez szczelinę na wypolerowane linoleum padało światło. Heat szybko ułożyła sobie w głowie plan tego piętra. Jeśli tam była kuchnia, to drzwi, które widziała na końcu jadalni, też musiały do niej prowadzić. Wskazała Raleya i poleciła mu iść naokoło do tych drzwi i tam czekać na jej ruch. Pokazała na zegarek i stuknęła w niego, sygnalizując pół minuty. Spojrzał na swój zegarek, skinął głową i poszedł. Detektyw Ochoa już zajął miejsce po jednej stronie drzwi. Heat stanęła po przeciwnej i uniosła zegarek. Na jej trzecie skinienie skoczyli do przodu, krzycząc głośno: – Policja, stać! Kiedy siedzący za stołem w kuchni mężczyzna zobaczył trzy pistolety wycelowane w niego z dwóch stron pomieszczenia, wrzasnął, wyrzucając jednocześnie obie ręce wysoko w górę. Uświadomiwszy sobie, kto to jest, Nikki Heat zawołała: – Co to, do diabła, ma znaczyć? Mężczyzna powoli opuścił jedną rękę i wyjął z uszu słuchawki firmy Sennheiser. Przełknął głośno ślinę i zapytał: – Słucham? – Zapytałam, co ty, do diabła, tutaj robisz? – Czekam na was – odpowiedział Jameson Rook. Na ich twarzach najwyraźniej

odmalowało się coś, co mu się nie spodobało, bo dodał: – No cóż, nie spodziewaliście się chyba, że będę czekał tam razem z nią, prawda? ROZDZIAŁ DRUGI Detektywi schowali broń do kabury, a Rook wydał z siebie głębokie westchnienie. – O rany, mam wrażenie, że zabraliście mi dziesięć lat życia. – Ciesz się, że w ogóle żyjesz – odpowiedział mu Raley. – Dlaczego się nie odezwałeś? – Wołaliśmy, żeby sprawdzić, czy ktoś tu jest – przytaknął mu Ochoa. Rook tylko podniósł swojego iPhone’a. – Zremasterowani Bitelsi. Musiałem jakoś się oderwać od myśli o zwłokach. – Skrzywił się i wskazał na sąsiedni pokój. – Ale odkryłem, że piosenki „A Day in the Life” nie można zaliczyć do podnoszących na duchu rozrywek. Wpadliście tutaj pod koniec, akurat na wielkie fortepianowe bim-bom. Serio. – Odwrócił się do Nikki i uśmiechnął się znacząco. – Niezłe wyczucie czasu, co? Heat próbowała zignorować podtekst, który wydał jej się aż nadto czytelny. Ale prawdopodobnie była przewrażliwiona. U Raleya i Ochoi nie zaobserwowała żadnej reakcji, co skłoniło ją do zastanowienia się, że może ta cała sytuacja dotknęła ją bardziej niż sądziła. Albo doznała po prostu szoku na jego widok właśnie tutaj, spośród wszystkich możliwych miejsc. Drogi Nikki i jej wcześniejszych kochanków krzyżowały się już wcześniej, bo komu się to nie zdarza? Ale dochodziło do tego najczęściej w Starbucksie albo w kinie – ale nie na miejscu zbrodni. Jednego była pewna. Nie chciała odrywać się z tego powodu od pracy, musiała odsunąć od siebie te myśli. – Roach, sprawdźcie resztę pomieszczeń – powiedziała bardzo rzeczowo i oficjalnie. – Tam nikogo nie ma, sprawdziłem. – Rook uniósł obie dłonie. – Ale niczego nie dotykałem, przysięgam. – Tak czy inaczej, sprawdźcie – odrzekła na to Nikki i detektywi się oddalili. – Miło cię znowu widzieć, Nikki – odezwał się Rook, kiedy zostali sami. No i znowu

ten przeklęty uśmiech. – Przy okazji, dzięki, że mnie nie zastrzeliłaś. – Co ty tutaj robisz, Rook? – Włożyła cały wysiłek, aby w tonie jej głosu nie było ani cienia żartobliwości, z którą dotychczas wymawiała jego nazwisko. Ten facet potrzebował jasnego przesłania. – Jak już powiedziałem, czekałem na was. To ja zadzwoniłem z informacją, że tu jest ciało. – Nie o to mi chodzi. Pozwól więc, że zapytam inaczej. Czemu w ogóle jesteś na miejscu zbrodni? – Znam ofiarę. – Kto to jest? – Mimo że Nikki pracowała w wydziale zabójstw wiele lat, z trudem przychodziło jej używanie czasu przeszłego w stosunku do ofiary. A już na pewno nie udawało jej się to w chwili odkrycia zwłok. – Cassidy Towne. Heat nie mogła się powstrzymać. Odwróciła się, aby spojrzeć na studio, ale z miejsca gdzie stała, nie była w stanie dostrzec ofiary, a jedynie efekt tornada w postaci sprzętów porozrzucanych po pokoju. – Ta redaktorka rubryki towarzyskiej? – Piła tarczowa we własnej osobie – potwierdził Rook skinieniem głowy. Nikki od razu szybko oszacowała, w jakim stopniu to oczywiste morderstwo wpływowej ikony New York Ledgera , od której rubryki „Buzz Rush” większość mieszkańców Nowego Jorku rozpoczynała lekturę gazety, podniesie stawkę tego śledztwa. Gdy Raley i Ochoa wrócili z potwierdzeniem, że w apartamencie nikogo nie ma, powiedziała: – Ochoa, zadzwoń do medycyny sądowej. Daj im wyraźnie do zrozumienia, że czeka tu na nich ważna osobistość. Raley, ty dzwoń do kapitana Montrose’a, żeby wiedział, że pracujemy nad sprawą Cassidy Towne z Ledgera i nie był tym zaskoczony. Dopilnuj też, żeby udało mu się ponaglić techników i przysłać tu paru mundurowych, natychmiast. – Już mogła sobie wyobrazić tę spokojną, piękną okolicę, która cieszyła jej oczy jeszcze parę minut temu, jako targowisko uliczne z udziałem mediów. Gdy tylko Raley i Ochoa ponownie opuścili kuchnię, Rook podniósł się z miejsca i

zrobił krok w kierunku Nikki. – Mówię poważnie. Tęskniłem za tobą. Jeśli ten ruch oznaczał nieświadomą próbę wywołania odzewu z jej strony, ona też miała w zanadrzu kilka własnych niewerbalnych sygnałów. Odwróciła się do niego tyłem, wyjęła notes i długopis i wbiła wzrok w czystą kartkę. Ale znała samą siebie wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, iż ta studząca zapał wiadomość, którą chciała przekazać, była skierowana w równym stopniu do niej, co do niego. – O której godzinie odkryłeś zwłoki? – Około szóstej trzydzieści. Nikki, posłuchaj… – A bardziej precyzyjnie? Która dokładnie mogła być godzina? – Byłem tu dokładnie o szóstej trzydzieści. Czy dostałaś któryś z moich e-maili? – Tutaj, czyli w pokoju, gdzie ją znalazłeś, czy tutaj, czyli na zewnątrz? – Na zewnątrz. – I jak tu wszedłeś? – Drzwi były otwarte. Tak jak wy je zastaliście. – I po prostu wszedłeś do środka? – Nie. Zapukałem. A potem zawołałem. Zobaczyłem bałagan w korytarzu i wszedłem, żeby sprawdzić, czy z nią wszystko w porządku. Pomyślałem, że może był tu włamywacz. – Czy przyszło ci do głowy, że mógł być tu ktoś jeszcze? – Było cicho, więc wszedłem. – Odważnie. – Zdarza mi się, jeśli sobie przypominasz. Nikki sprawiała wrażenie, jakby uważnie studiowała notatkę, w rzeczywistości jednak odtwarzała w pamięci tamtą letnią noc w korytarzu budynku Guilford, kiedy Noah Paxton użył Rooka jako żywej tarczy, celując mu w plecy, a dziennikarzowi udało się własnym ciałem odepchnąć Paxtona, tak że Heat mogła oddać czysty strzał. Podniosła głowę i spytała: – Gdzie ją znalazłeś? – Tam, gdzie jest teraz. – Nie ruszałeś jej? – Nie. – A czy jej dotykałeś?

– Nie. – To skąd wiedziałeś, że nie żyje? – Ja… – Zawahał się, zanim dokończył: – Wiedziałem. – Skąd wiedziałeś, że ona nie żyje? – Ja… klasnąłem. Nikki nie wytrzymała i parsknęła śmiechem. Była za to na siebie zła, ale takiego śmiechu nie da się cofnąć. Można tylko spróbować powstrzymać następny. – Co zrobiłeś? Klasnąłeś? – No tak. Głośno, wiesz… żeby zobaczyć. O rany, nie śmiej się, może ona spała albo była pijana, nie wiedziałem. – Czekał, aż Heat powstrzyma rozbawienie, a potem sam zachichotał. – To nie były oklaski. Po prostu… – Klaśnięcie. – Obserwowała, jak kąciki jego oczu marszczą się w uśmiechu, i poczuła, że mięknie w sposób, który wcale jej się nie podobał, zmieniła więc temat. – Skąd znałeś ofiarę? – zapytała, ponownie wpatrując się w notes. – Pracowałem z nią przez kilka ostatnich tygodni. – Zacząłeś pisać do rubryki towarzyskiej? – Do diabła, nie. Sprzedałem First Press pomysł, żeby mój następny artykuł dla nich był o Cassidy Towne. Nie chodziło o rozbuchane plotki, ale naszkicowanie portretu silnej kobiety w biznesie zdominowanym przez mężczyzn, miłosno-nienawistny stosunek do sekretów, wiesz, o co chodzi. W każdym razie obserwowałem Cassidy w ciągu ostatnich kilku tygodni. – Obserwowałeś ją. Masz na myśli… – Przerwała, aby pytanie zawisło w powietrzu. Temat stał się dla Nikki niewygodny. – Zgadza się, podobnie jak ciebie. Dokładnie tak. Tyle że bez seksu. – Zamilkł, czekając na jej reakcję, a Nikki ze wszystkich sił starała się nic po sobie nie pokazać. – Mój artykuł o tobie został znakomicie przyjęty i wydawcy chcieli czegoś w podobnym stylu, a może nawet cyklu o silnych kobietach. – Znów uważnie ją obserwował, ale nic nie odczytał z jej twarzy, więc dodał: – To był ładny artykuł, prawda, Nik? Dwukrotnie stuknęła końcówką długopisu w notes. – Czy dzisiaj też przyszedłeś tu w tym samym celu? Aby obserwować?

– Tak. Cassidy zaczynała każdy dzień bardzo wcześnie albo może kończyła sprawy z poprzedniej nocy, nigdy nie mogłem tego odgadnąć. Czasami przychodziłem rano i widziałem ją przy biurku w tym samym ubraniu, które miała na sobie poprzedniego dnia, zupełnie jakby pracowała całą noc. Gdy chciała rozprostować nogi, to szliśmy do H&H po parę bajgli, potem po sąsiedzku do Zabary po łososia i twarożek, no i z powrotem tutaj. – Więc w ciągu ostatnich paru tygodni spędziłeś dość dużo czasu z Cassidy Towne. – Zgadza się. – W takim razie jeśli będę musiała poprosić cię o współpracę, będziesz miał informacje, z kim się spotykała, co robiła, i tak dalej. – Nie musisz prosić, i tak, wiem dużo. – Kto mógł chcieć ją zabić według ciebie? – Przekopmy się przez ten bajzel i znajdźmy książkę telefoniczną. Możemy zacząć od litery A – odparł kpiąco Rook. – Nie bądź taki mądrala. – Rekin musi pływać. – Wyszczerzył się w uśmiechu, po czym mówił dalej: – Daj spokój, pisząc do tej swojej rubryki towarzyskiej, Cassidy grzebała w błocie, oczywiście że miała wrogów. To było wpisane w jej zawód. Usłyszawszy dobiegające od drzwi wejściowych kroki i głosy, Nikki odłożyła notes na bok. – Pozwolę ci później złożyć zeznania, a na razie nie mam do ciebie więcej pytań. – Dobrze. – Z wyjątkiem jednego. Nie zabiłeś jej, prawda? Rook zaczął się śmiać, ale przestał, jak tylko zobaczył wyraz jej twarzy. – No więc? Skrzyżował ramiona na piersi i rzucił: – Chcę adwokata. Odwróciła się i wyszła z pokoju, a on zawołał w ślad za nią: – Żartowałem! Odhacz mnie w rubryce „nie”. * * * Rook nie opuścił miejsca zbrodni. Powiedział Heat, że chce tu być na wypadek, gdyby mógł w czymś pomóc. Miotały nią sprzeczne uczucia: z jednej strony chciała, żeby był jak najdalej od niej, gdyż jego obecność rozpraszała ją emocjonalnie; z drugiej strony jednak

jego wiedza na temat rozbebeszonego miejsca, które aktualnie przeszukiwali, mogła się bardzo przydać. Dziennikarz był z nią na wielu miejscach zbrodni, mogła mieć więc pewność, że procedury nie są mu obce, a przynajmniej że jest na tyle wyszkolony, aby nie wziąć dowodu gołą ręką, pytając „Co to jest?”. No i był też naocznym świadkiem śmierci osoby, z którą pracował nad artykułem, co stanowiło teraz jego najważniejszy element. Niezależnie od mieszanych uczuć Nikki nie miała zamiaru odmawiać Jamesonowi Rookowi tej zawodowej grzeczności. Kiedy weszli do biura Cassidy Towne, w pewien sposób odwzajemnił tę niewypowiedzianą przysługę, schodząc jej z drogi i zajmując miejsce przy drzwiach balkonowych prowadzących do ogródka. Detektyw Heat zawsze zaczynała takie sprawy od dokładnego przestudiowania zwłok. Nieboszczycy wprawdzie milczeli, ale jeśli poświęcało się im szczególną uwagę, to czasami można się było jednak od nich czegoś dowiedzieć. Przyglądając się Cassidy Towne, Nikki mogła wyczytać z niej tę siłę, o której mówił Rook. Jej gustowny żakiet w ciemnogranatowe prążki i niebieska bluzka z wykrochmalonym białym kołnierzykiem doskonale pasowałyby na spotkanie w agencji artystycznej lub na przyjęcie po premierze. Świetnie na niej leżały, podkreślając wysportowane kształty kobiety, co świadczyło o tym, że regularnie ćwiczyła na siłowni. Heat miała nadzieję, że też będzie tak wyglądała w wieku pięćdziesięciu kilku lat. W uszach Towne i na jej szyi widniała biżuteria Davida Yurmana, co wykluczało napad rabunkowy. Nie miała obrączki na palcu, więc o ile nie została skradziona, można też było wykluczyć małżeństwo. Prawdopodobnie. Twarz Towne nosiła już znamiona śmierci, ale była szczupła i atrakcyjna – większość osób uznałaby ją za przystojną – co nie zawsze jest największym komplementem dla kobiety. Parafrazując George’a Orwella, po skończeniu czterdziestki miała około dziesięciu lat, żeby zapracować na

tę twarz. Nikki nie osądzała, ale zdała się na instynkt, przyglądając się Cassidy Towne, i obraz, jaki się wyłonił, przedstawiał osobę przygotowaną do walki. Mocne ciało, którego siła wydawała się tkwić głębiej niż tylko w kształcie mięśni. Migawka utrwaliła tę kobietę w sytuacji, w jakiej przypuszczalnie nigdy się nie znalazła – jako ofiarę. Parę minut później na miejscu pojawiła się ekipa kryminalistyczna i zajęła się zdejmowaniem odcisków palców z tych miejsc, co zwykle, oraz robieniem zdjęć zwłok i przedmiotów porozrzucanych po pokoju. Detektyw Heat i jej zespół pracowali razem, ale bardziej aby uzyskać całościowy obraz, niż badać szczegóły. W błękitnych lateksowych rękawiczkach przechadzali się to w jedną, to w drugą stronę, a potem znów w tym samym kierunku, zupełnie jakby wyceniali szacunkową wartość biura, w taki sposób, w jaki golfiści szacują odległość na trawie, zanim oddadzą strzał. – No dobrze, koledzy. Mam tu coś, co mi nie pasuje – powiedziała Heat. Jej sposób pracy na miejscu zbrodni, nawet w takim nieładzie jak tutaj, polegał na tym, aby maksymalnie uprościć pole widzenia. Zredukowała wszystko, aby zrozumieć logikę życia, jakie do tej pory toczyło się w tej przestrzeni, i użyć empatii, aby dostrzec niezgodności, tę małą rzecz, która nie pasowała do wzorca. Taką skarpetkę nie do pary. Raley i Ochoa przecięli pokój, aby do niej dołączyć. Rook ustawił się w rogu, aby po cichu asystować na odległość. – Co masz? – zapytał Ochoa. – Przestrzeń jej pracy. Przeładowana, zgadza się? Redaktorka dużej gazety. Wszędzie długopisy, ołówki, notatniki i materiały biurowe. Pudełko chusteczek do nosa. Spójrzcie na to, co znajduje się za nią. – Ostrożnie okrążyła zwłoki, które cały czas leżały odchylone do tyłu na fotelu biurowym. – Maszyna do pisania, na litość boską. Czasopisma i gazety z wyciętymi z nich artykułami, prawda? To wszystko razem tworzy dużo czego? – Pracy – odpowiedział Raley. – Śmieci – odezwał się Rook, a obydwaj detektywi odwrócili się lekko w jego stronę i z powrotem w kierunku Heat, nie chcąc uznać go za partnera w tej wymianie zdań. Tak jakby

upłynął termin ważności jego zezwolenia. – Zgadza się – kontynuowała Nikki, bardziej skupiona na tym, gdzie zmierzała jej myśl, niż na Rooku. – Co z koszem na śmieci? Raley wzruszył ramionami. – Jest tam. Przewrócony, ale jest. – Jest pusty – powiedział Ochoa. – Racja. Biorąc pod uwagę, że ktoś przetrząsnął ten pokój, można by pomyśleć, że jego zawartość się wysypała. – Przykucnęła obok kosza, a detektywi razem z nią. – Żadnych wycinków, skrawków, chusteczek do nosa czy pogniecionych kartek papieru. – Może sama go wcześniej opróżniła – zasugerował Ochoa. – Może. Ale spójrzcie tam. – Wskazała na szafę, której redaktorka używała jako zastępczej garderoby. Też została przetrząśnięta. A pomiędzy jej zawartością rozrzuconą na podłodze znajdowało się pudełko worków na śmieci firmy Simplehuman, rozmiarem dopasowanych do kosza. – W koszu nie ma worka – powiedział Raley. – Żaden też nie wala się po podłodze. Skarpetka nie do pary. – W rzeczy samej – przytaknęła Heat. – Gdy tu szliśmy, widziałam na patio drewnianą skrzynię na worki ze śmieciami. – Już się robi. – Raley i Ochoa skierowali się do przedpokoju. W wejściu minęli Lauren Parry z biura wydziału medycyny sądowej. W ciasnej przestrzeni poprzewracanych mebli ona i Ochoa wykonali coś w rodzaju zaimprowizowanego kroku tanecznego, obchodząc siebie nawzajem. Szybki rzut oka wystarczył Nikki, aby dostrzec, jak Ochoa zatrzymuje się, żeby popatrzeć na Lauren. Zanotowała sobie w pamięci, aby ostrzec przyjaciółkę przed mężczyznami z odzysku. Detektyw Ochoa był świeżo po rozstaniu z żoną. Przez miesiąc udawało mu się ukrywać to przed kolegami z ekipy, ale w zgranym zespole nie da się długo utrzymać tego rodzaju sekretów. Sprawa wyszła na jaw dzięki pralni – zaczął przychodzić do pracy w koszulach z charakterystycznymi zagięciami na torsie, mówiącymi „zapakowane dla twojej wygody”. Tydzień temu, gdy po pracy poszli na piwo, Nikki i Ochoa zostali sami przy

stoliku, skorzystała więc z okazji, żeby zapytać go, jak mu się układa. Na jego twarzy zagościło przygnębienie, po czym rzucił: „No wiesz. To jest proces”. Chciała na tym poprzestać, ale dokończył swoją butelkę Dos Equis i lekko się uśmiechnął. „Wiesz, to jest tak jak z reklamami samochodów. Chodzi mi o to, co się stało z naszym związkiem. Oglądałem telewizję w moim nowym mieszkaniu i któregoś wieczoru zobaczyłem jedną z reklam. Było w niej powiedziane: «Przez dwa lata brak zainteresowania». Pomyślałem sobie, że to dokładnie tak jak z nami”. Zamilkł i widać było, że takie nieoczekiwane zwierzenia wywołały u niego zmieszanie. Zostawił pod pustą szklanką trochę pieniędzy i pożegnał się. Żadne z nich nie wracało później do tego tematu. – Nikki, przepraszam, że nie udało mi się tu dotrzeć wcześniej – powiedziała Lauren Parry, rozstawiając na podłodze swój arsenał plastikowych pudełek. – Pracowałam nad podwójnym morderstwem na FDR Drive od czwartej… – Urwała, gdy dostrzegła Rooka opierającego się ramieniem o drzwi prowadzące do kuchni. Wyciągnął jedną rękę z kieszeni i pomachał do niej na przywitanie. Skinęła głową i uśmiechnęła się do niego, a następnie zwróciła się w kierunku Heat i dokończyła: – …od czwartej rano. – Odwrócona plecami do Rooka zrobiła do Nikki minę „co jest grane?”. Nikki ściszyła głos i wyszeptała do przyjaciółki: – Później ci powiem. – Następnie już normalnym tonem dodała: – Rook znalazł ofiarę. – Rozumiem… Podczas gdy jej najlepsza przyjaciółka z biura wydziału medycyny sądowej przygotowywała się do zbadania ciała ofiary, Heat zdała jej szczegółową relację z okoliczności znalezienia zwłok, które otrzymała od dziennikarza, gdy rozmawiali w kuchni. – Jeśli masz chwilę, zauważyłam tam plamę krwi. – Doktor Parry podążyła w ślad za Heat do tych samych drzwi, którymi przed chwilą weszła. Tuż obok framugi na wiktoriańskiej tapecie w kwiaty widać było ciemne przebarwienie. – Wygląda na to, że mogła próbować wydostać się stąd, zanim upadła na fotel.