uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 542 625
  • Obserwuję698
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań849 809

Richard Montanari - Reżyser śmierci

Dodano: 6 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 6 lata temu
Rozmiar :2.1 MB
Rozszerzenie:pdf

Richard Montanari - Reżyser śmierci.pdf

uzavrano EBooki R Richard Montanari
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 6 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 32 osób, 33 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 515 stron)

RICHARD MONTANARI REśYSER ŚMIERCI Z języka angielskiego przełoŜył Paweł Cichawa WYDAWNICTWO SONIA DRAGA

Tytuł orygi- nału: THE SKIN GODS Copyright © 2006 by Richard Montanari Copyright © 2008 for the Polish edition by Wy- dawnictwo Sonia Draga Copyright © 2008 for the Polish translation by Wy- dawnictwo Sonia Draga Redakcja Ewa Stahnke Korekta: Anna Rzędowska ISBN: 978-83-7508-081-0 Dystrybucja: Firma Księgarska Jacek Olesiejuk Sp. z 0.0. ul. Poznańska 91,05-850 OŜarów Mazowiecki tel./fax (22)72130 00 e-mail: hurt@olesiejuk.pl, www.olesiejuk.pl SprzedaŜ wysyłkowa: www.merlin.com.pl, www.empik.com WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z 0.0. pi. Grunwaldzki 8- I0,40-950 Katowice tel. (32) 782 64 77, fax (32) 253 77 28 e-mail: info@soniadraga.pl, www.soniadraga.pl Skład i łamanie: DT Studio s.c. tel.(32) 720 28 78, e-mail:biuro@dtstudio.pl Katowice 2008. Wydanie I Drukarnia: Wojskowa Drukarnia w Łodzi

Policjantkom i policjantom z Filadelfii BRI'GH GACH CLUICHE GU DHEIREADH (ISTOTĄ GRY JEST JEJ KONIEC)

1 - Interesuje mnie wyłącznie reŜyseria. Nic. śadnej reakcji. Wpatruje się we mnie pruskim błękitem tych swoich wielkich oczu i czeka. Chyba jest za młoda, Ŝeby dostrzec w tym banał. Jeśli tak, moje zadanie okaŜe się łatwe. MoŜe jednak jest sprytniejsza, niŜ myślałem? Wtedy o wiele trudniej będzie mi ją zabić. - To fajnie - mówi. Czyli jednak łatwo. - ZałoŜę się, Ŝe miałaś juŜ do czynienia z aktorstwem. Oblewa się rumieńcem. - To nie było nic wielkiego. Opuszczam nieco głowę i unoszę brwi. Temu spojrzeniu nie sposób się oprzeć. Takie samo miał Montgomery Clift w Miej- scu pod słońcem. Widzę, Ŝe na nią działa natychmiast. - Nic wielkiego? - No tak W szkole średniej wystawialiśmy West Side Sto- ry. - I pewnie grałaś Marię. - A, gdzie tam! Byłam tylko jedną z dziewcząt na po- tańcówce. 9

- Jet czy Shark? - Jet. Potem jeszcze robiłam kilka rzeczy na uczelni. - Wiedziałem! Aktorskie zdolności rozpoznaję na ki- lometr. - Ale to naprawdę nie było nic wielkiego. Wydaje mi się, Ŝe nikt mnie chyba nawet nie zauwaŜył. - No, co ty opowiadasz? Jak mogliby cię nie zauwaŜyć? - Rumieni się jeszcze bardziej. Jak Sandra Dee w A Summer Place. - Nie zapominaj, Ŝe wiele największych gwiazd filmo- wych zaczynało od drobnego epizodu. - Naprawdę? - Naturalnie! Ma wydatne kości policzkowe, złote włosy splecione w warkocz i usta pomalowane na lśniący koral. W latach sześć- dziesiątych miałaby tapirowane włosy. Albo obcięłaby się na chłopaka i załoŜyła szmizjerkę z szerokim paskiem. A do tego moŜe sznur sztucznych pereł. Ale z kolei w latach sześćdziesiątych zapewne nie przyjęła- by mojego zaproszenia. Siedzimy w prawie pustym barze w zachodniej Filadelfii, kilka przecznic od Schuylkill River. - A którego spośród aktorów najbardziej lubisz? - pytam po chwili. Poweselała. - Z męŜczyzn czy z kobiet? Lubi się droczyć. - Kobiet. Przez chwilę się zastanawia. - Bardzo lubię Sandrę Bullock. - No proszę! PrzecieŜ Sandy zaczynała karierę w filmach telewizyjnych. - Sandy? To wy się znacie? - Oczywiście, Ŝe się znamy. - Ona naprawdę grała w filmach telewizyjnych? 10

- Bionic Showdown, 1989 rok. Wstrząsająca opowieść o ogólnoświatowym zagroŜeniu podczas igrzysk pokoju. Sandy grała dziewczynę na wózku inwalidzkim. - Zna pan wiele gwiazd filmowych? - Niemal wszystkie. - Chwytam jej dłoń. Ma miękką skórę. Nieskazitelną. - Wiesz, co łączy ze sobą wszystkie filmowe gwiazdy? - Co takiego? - A wiesz, co łączy filmowe gwiazdy z tobą? Chichocze i delikatnie tupie. - Proszę mi powiedzieć! - Wszystkie mają doskonałą cerę. Jej wolna ręka unosi się do twarzy i dotyka policzków. - Tak, tak - brnę dalej. - A to dlatego, Ŝe gdy kamera podchodzi naprawdę blisko, Ŝaden makijaŜ nie zastąpi nie- skazitelnej cery. Spogląda na swoje odbicie w lustrze za barem. - Tylko się zastanów! PrzecieŜ wszystkie kobiety, które się stały legendą kina, miały cudowną skórę - przekonuję dalej. - Ingrid Bergman, Greta Garbo, Rita Hayworth, Vivien Leigh, Ava Gardner. W kinie gwiazda nie zaistnieje bez zbli- Ŝenia kamery. A kamera nigdy nie kłamie. Widzę, Ŝe nie kojarzy niektórych wymienionych nazwisk. Szkoda. Większość ludzi w jej wieku uwaŜa, Ŝe kino się za- częło od Titanica, a o wielkości gwiazdy świadczy to, ile razy napisali o niej w „Entertainment Tonight”. Dzisiejsi młodzi nigdy nie zetknęli się z geniuszem Felliniego, Kurosawy, Wil- dera, Leana, Kubricka ani Hitchcocka. Nie liczy się dla nich talent - uwaŜają, Ŝe waŜna jest sława. Na ludzi w jej wieku działa ona jak narkotyk. Wszyscy oni tęsknią za sławą, taką lub inną. Ona takŜe jej chce. Marzy o niej. Właśnie dlatego jest teraz ze mną. Ucieleśniam obietnicę sławy. Jeszcze zanim skończy się ta noc, poniekąd urzeczywistnię to jej marzenie. 11

Pokój w motelu jest mały, wilgotny i pospolity. Podwójne łóŜko oraz przybite gwoździami do ściany laminowane płyty z reprodukcjami. Zatęchła, wyjedzona przez mole i postrzępiona kołdra oraz ohydna zasłona, która głośno szepcze o tysiącach potajemnych schadzek. W dywanie przyczaił się kwaśny odór ludzkiej słabowitości. Myślę o Johnie Gavinie i Janet Leigh. Za pokój zapłaciłem dzisiaj przed południem gotówką, po- sługując się moim najlepszym akcentem prosto ze środkowego zachodu. Jeff Daniels w Czułych słówkach. Słyszę, jak w łazience zaczyna lecieć woda z prysznica. Bio- rę głęboki oddech, skupiam się na własnym środku cięŜkości, a po chwili wyciągam spod łóŜka małą walizeczkę. Wbijam się w bawełnianą sukienkę, nakładam perukę i zmechacony kardigan. Zapinając sweter, zerkam w lustro nad toaletką. To smutne. Nigdy nie będę atrakcyjną kobietą ani nawet atrakcyjną starą kobietą. Ale staram się stworzyć odpowiednie wraŜenie. PrzecieŜ tylko iluzja się liczy. Zaczyna śpiewać. Jakiś współczesny przebój. Głos ma nawet przyjemny. Para spod prysznica wypełza przez szparę pod drzwiami ła- zienki: długie, jedwabiste palce, kiwające na mnie. Chwytam więc nóŜ i podąŜam za wezwaniem. Wchodzę w postać. Wcho- dzę w kadr. Wchodzę do legendy.

2 Przed wejściem do Vibe Club cadillac escalde zwolnił nie- mal całkowicie: mieniący się blaskiem barw rekin w wodzie neonów. Dudniące basy przeboju czarnego zespołu The Isley Brothers aŜ grzechotały szybami, gdy wielki SUV się w końcu zatrzymał. Przyciemniane szkło odbijało połyskującą paletę kolorów nocy: czerwieni, błękitu i Ŝółci. Była połowa lipca, pełnia śliskiego od potu lata. Nieznośny upał czaił się pod skórą Filadelfii jak embolia. Niedaleko drzwi frontowych Vibe Club, na rogu Ken- sington i Allegheny, pod stalowym daszkiem wejścia do stacji metra stała wysoka, posągowo piękna kobieta. Jedwabisty wo- dospad kasztanowych włosów spadał z jej odkrytych ramion przez środek pleców aŜ do bioder. Miała na sobie czarną obci- słą sukienkę na ramiączkach, opinającą jej doskonałe kształty. W uszach nosiła długie, kryształowe kolczyki. Jej lekko oliw- kowa skóra lśniła pod cieniutką warstewką potu. W tym miejscu i o tej porze była chimerą. Miejską fantazją, którą ktoś przyoblekł w ciało. Kilka metrów dalej, przy wejściu do nieczynnego od dawna warsztatu szewskiego, rozsiadł się bezdomny Murzyn w trudnym 13

do określenia wieku. Mimo bezlitosnego upału miał na sobie wełniany płaszcz i czułym gestem tulił do piersi prawie pustą butelkę jakiegoś napoju, jakby kołysał do snu małe dziecko. Obok jak wierny rumak czekał wózek ręczny, aŜ kapiący od cennych łupów zdobytych na miejskich wysypiskach. TuŜ po drugiej drzwi po stronie kierowcy escaldy otworzyły się, wypuszczając w parną noc kłęby gęstego dymu. MęŜczy- zna, który się z niego wynurzył, był wielki i groźny. Jego ol- brzymie bicepsy napinały rękawy granatowej, lnianej marynar- ki dwurzędowej. Niespełna trzydziestoletni D'Shante Jackson był kiedyś filarem futbolowej reprezentacji Edison High School w północnej Filadelfii. Mierzył ponad metr dziewięćdziesiąt i waŜył prawie sto kilogramów samej muskulatury. Wyglądał jak potęŜny stalowy dźwigar. D'Shante popatrzył uwaŜnie w górę i w dół Kensington. Uznawszy, Ŝe nie ma Ŝadnego zagroŜenia, otworzył tylne drzwi, by wypuścić z auta swojego pracodawcę: człowieka, który płacił mu tysiąc dolarów tygodniowo za ochronę. Trey Tarver, czterdziestokilkuletni Murzyn o jasnej skórze, nosił się z gracją i spręŜyście mimo ogromnej tuszy. Choć mie- rzył tylko trochę ponad metr siedemdziesiąt, dawno juŜ prze- kroczył dziewięćdziesiąt kilogramów wagi, a poniewaŜ miał wyjątkową słabość do puddingu i kanapek ze smaŜoną łopatką, kolejne rekordy wagowe były bardziej niŜ prawdopodobne. Do zapinanego na trzy guziki garnituru od Hugo Bossa załoŜył sznurowane półbuty z cielęcej skóry. Na palcach obu dłoni po- łyskiwały dumnie sygnety z diamentami - po dwa na kaŜdej ręce. Wysiadł z auta, strzepnął zmarszczki na spodniach, po czym przejechał dłonią po długich włosach, przypominających fryzu- rę Snoop Dogga. Był jednak co najmniej o jedno pokolenie za stary, Ŝeby się wzorować na gwiazdach hip-hopu; on sam po- wiedziałby pewnie, Ŝe ma włosy jak Verdine White z Ear- th,Wind&Fire. 14

Obciągając rękawy marynarki, Trey Tarver rozejrzał się po skrzyŜowaniu Kensington i Allegheny, swoim Serengeti. Oko- lica K&A, jak potocznie nazywano to miejsce, miała wielu władców, Ŝaden z nich jednak nie był tak bezwzględny jak Trey. Nie na darmo nosił przydomek TNT. JuŜ miał wejść do klubu, gdy zauwaŜył rudą piękność. Jej lśniące włosy świeciły w ciemności jak światło latarni mor- skiej, a długie nogi przywoływały przechodniów niczym syreni śpiew. Trey uniósł dłoń i podszedł do kobiety, nie zwaŜając na niezadowolenie swojego goryla. Stojąc na rogu, zwłaszcza na rogu tych dwóch ulic, Trey Tarver wystawiał się na strzał, z okazji mógł więc skorzystać pasaŜer kaŜdego z samochodów, których kilka przesuwało się i po Kensington, i po Allegheny. - Jak się masz, kochanie? - zagadnął Trey. Rudowłosa odwróciła się i rzuciła mu zaskoczone spoj- rzenie, jakby dopiero teraz go dostrzegła, choć przecieŜ musiała zauwaŜyć, gdy podjeŜdŜał. Chłodna obojętność stanowiła waŜ- ny element tego tańca. - A ty jak? - odezwała się w końcu z uśmiechem. - Masz na mnie ochotę? - Czy mam ochotę? - Cofnął się trochę, przez cały czas obmacując ją lubieŜnym wzrokiem. - Gdybyś była sosem, to bym cię zjadł, a resztki wytarł chlebem. Kobieta się roześmiała. - To mi się podoba. - Zabawimy się trochę razem? - zaproponował. - No to idziemy - zgodziła się. Trey zerknął na drzwi wejściowe do klubu, potem na swój zegarek, złoty Breitling. - Daj mi dwadzieścia minut - poprosił. - Daj mi zaliczkę - odpaliła. Trey Tarver się uśmiechnął. Był biznesmenem, zahartowanym przez ogień ulicy, wykształconym na mrocznych i brutalnych 15

przedsięwzięciach Richarda Allena. Wyjął z kieszeni portfel, z niego studolarówkę i wyciągnął przed siebie, cofnął jednak dłoń, gdy rudowłosa sięgnęła po banknot. - Wiesz, kim jestem? - zapytał. Kobieta cofnęła się o krok i oparła dłoń na biodrze. Omiotła go wzrokiem od dołu do góry. Miała brązowe oczy i pełne, zmysłowe wargi. - Niech pomyślę... Taye Diggs? Tarver wybuchnął śmiechem. - Zgadłaś! Kobieta puściła do niego oko. - Wiem, kim jesteś - zapewniła. - Jak masz na imię? - Scarlet. - Ale jaja! Naprawdę? - Naprawdę. - Jak w tym filmie? - Tak, kochanie. Trey Tarver zastanawiał się nad czymś przez chwilę. - Lepiej będzie, jeśli moje pieniądze nie przeminą z wia- trem. Słyszysz, co mówię? Rudowłosa się uśmiechnęła. - Słyszę - zapewniła. Wzięła banknot i wsunęła go do torebki. W tym samym momencie D'Shante połoŜył dłoń na ramieniu pracodawcy. Trey skinął głową. Mieli coś do załatwienia w klubie. Odeszli kawałek i juŜ mieli wejść do klubu, gdy światła reflektorów przejeŜdŜającego ulicą samochodu odbiły się w czymś me- talicznym i lśniącym, co leŜało tuŜ obok prawego buta bez- domnego Murzyna. D'Shante podąŜył wzrokiem w tamtym kierunku. Dostrzegł źródło świetlnych refleksów. Był to pistolet w zapinanej nad kostką kaburze. - Co to, kurwa, ma znaczyć? - mruknął D'Shante. 16

Zapowiedź brutalnej walki naelektryzowała atmosferę. Czas zaczął pędzić jak szalony. Gdy się spotkali oczami, obydwaj zrozumieli, co jest grane. Zaczęło się. Rudowłosa piękność - detektyw Jessica Balzano z wydziału zabójstw policji filadelfijskiej - cofnęła się szybko. Wy- ćwiczonym, pewnym ruchem wyciągnęła spod swojej czarnej sukienki policyjną odznakę na sznurku, niemal jednocześnie sięgając do torebki po siedemnastkę glocka. Trey Tarver był poszukiwany w związku z zabójstwem dwóch męŜczyzn. JuŜ od czterech nocy policja obserwowała Vibe Club oraz trzy inne lokale w nadziei, Ŝe Tarver w końcu się tam pojawi. Powszechnie wiedziano, Ŝe załatwia interesy w tym nocnym klubie. Nie było tajemnicą, Ŝe ma słabość do wy- sokich kobiet o rudych włosach. Ani to, Ŝe uwaŜa się za niety- kalnego. Dzisiejszej nocy jednak to jego przekonanie się zachwiało. - Policja! - wrzasnęła Jessica. - Ręce do góry! Wszystko, co zdarzyło się potem, wydawało się jej starannie zmontowaną serią kolorów i dźwięków. Zobaczyła, jak bez- domny się poderwał. Poczuła cięŜar glocka w dłoni. Zatrzepo- tała w powietrzu granatowa linia: poruszyło się ramię D'Shante- 'a. W jego ręku dostrzegła broń: TEC-9. Długi magazynek. Pięćdziesiąt strzałów. „Nie! - pomyślała. - Nie moje Ŝycie! Nie teraz! Nie.” - Rzuć broń! - krzyknęła na całe gardło. Przebrany za bezdomnego męŜczyzna przy wejściu do szewca, detektyw John Shepherd, był juŜ w tym momencie na nogach, zanim jednak zdąŜył wyjąć broń, D'Shante za- machnął się z półobrotu i walnął go kolbą karabinu w czo- ło, odrywając spory płat skóry nad prawym okiem. She- pherd upadł na chodnik. Fontanna krwi zalała mu oczy, kompletnie go oślepiając. 17

D'Shante podniósł karabin. - Rzuć broń! - rozkazała ponownie Jessica z glockiem gotowym do strzału. Nic jednak nie wskazywało, by D'Shante miał zamiar jej posłuchać. - Natychmiast rzuć broń! - zaŜądała po raz trzeci. D'Shante wymierzył. Jessica pociągnęła za spust pierwsza. Kula trafiła D'Shante Jacksona w prawe ramię. W powietrze trysnęła róŜowa fontanna mięśni, tłuszczu i kości. Karabin wy- padł mu z ręki, a on sam obrócił się wokół własnej osi i padł na chodnik, wrzeszcząc z bólu i zaskoczenia. Jessica natychmiast podbiegła do przodu, Ŝeby kopnąć broń gangstera w kierunku Shepherda, celując przy tym glockiem w Treya Tarvera, który stał z podniesionymi rękami w alejce wcinającej się między dwa budynki. Jeśli wierzyć policyjnym informatorom, w kabu- rze na plecach miał półautomatyczną trzydziestkę dwójkę. Jessica rzuciła okiem na Johna Shepherda. Był zamroczony, ale przytomny. Oderwała wzrok od Treya Tarvera tylko na sekundę, to jednak mu wystarczyło. Rzucił się do ucieczki. - Nic ci nie jest? - zapytała Shepherda. Detektyw otarł krew z oczu. - Dam radę - odpowiedział. - Na pewno? - Leć! Gdy Jessica popędziła alejką za uciekającym, wypatrując kaŜdego cienia, D'Shante zdołał jakoś usiąść. Spomiędzy pal- ców sączyła mu się krew. Zerkał ukradkiem na swój karabin. Shepherd wycelował lufę rewolweru Smith & Wesson pro- sto w czoło byłego futbolisty. - Tylko mi, kurwa, daj jakiś powód! - wycedził. Wolną ręką wygrzebał z kieszeni krótkofalówkę. W furgo- netce zaparkowanej na sąsiedniej ulicy czterej detektywi czekali 18

na jego sygnał. Shepherdowi wystarczyło jedno spojrzenie na obudowę urządzenia, by wiedzieć, Ŝe detektywi nie przyjadą. Upadając na chodnik po uderzeniu kolbą, zmiaŜdŜył krótkofa- lówkę. Mimo wszystko spróbował ją włączyć. Na nic. John Shepherd skrzywił się. Zerknął w alejkę, próbując przeniknąć wzrokiem panujące w niej ciemności. Dopóki nie przeszuka D'Shante'a Jacksona i go nie skuje, Jessica będzie zdana tylko na siebie. Ślepą alejkę między budynkami zagracały zniszczone me- ble, stare opony samochodowe i zardzewiałe urządzenia gospo- darstwa domowego. Mniej więcej w połowie drogi odchodziła od niej wprawo mała uliczka. Jessica przywarła do ściany i z opuszczoną bronią lustrowała okolicę. Zdjęła perukę. Jej świe- Ŝo obcięte włosy były nastroszone i mokre. Lekki wiatr trochę ją ochłodził i pozwolił zebrać myśli. Wystawiła głowę za róg. śadnego ruchu. Ani śladu Treya Tarvera. Kawałek dalej w bocznej uliczce z okna całodobowej chiń- skiej restauracji, sprzedającej na miejscu oraz na wynos, wyle- wała się gęsta para, pełna zapachów imbiru, czosnku i dymki. Za restauracją walały się jakieś rupiecie, rzucając złowieszcze cienie. Boczna uliczka była ślepa. Dobra wiadomość. Ale była teŜ wiadomość zła. Tarver mógł być którymkol- wiek z cieni widocznych na jej końcu. „Gdzie się podziało wsparcie, do cholery?” - pomyślała. Postanowiła czekać. Wtedy nagle jeden z cieni się poruszył i rzucił szybko do przodu. Najpierw Jessica zobaczyła błysk przy wylocie lufy, a dopiero chwilę później usłyszała huk. Kula uderzyła w mur kilka centymetrów od jej głowy. Posypały się drobne kawałki cegły. 19

„Wielki BoŜe!” - westchnęła w duchu. Wyobraziła sobie swoją córeczkę Sophie, siedzącą w słonecznej poczekalni ja- kiegoś szpitala. Pomyślała o ojcu, który teŜ był gliną, tylko przeszedł juŜ na emeryturę. Przede wszystkim jednak przyszła jej do głowy ściana w holu budynku policji, do której przykrę- cano tabliczki z nazwiskami policjantów poległych na słuŜbie. Znowu jakiś ruch. Tarver biegł pochylony w kierunku końca uliczki. Jessica mogła więc strzelać. Wyszła zza rogu. - Stój! - krzyknęła. Tarver zatrzymał się z rękami rozłoŜonymi na boki. - Rzuć broń! - rozkazała Jessica. Nagle otworzyły się tylne drzwi chińskiej restauracji. Mię- dzy nią a ściganym stanął pomocnik kelnera. Wynosił z restau- racji dwa wielkie plastikowe worki ze śmieciami, którymi cał- kowicie zasłonił jej widok. - Policja! Z drogi! Chłopak znieruchomiał zdezorientowany. Popatrzył naj- pierw w lewo, potem w prawo. W tym czasie za jego plecami Trey Tarver obrócił się i wypalił ponownie. Druga kula teŜ uderzyła w mur. Przeleciała bliŜej głowy Jessiki niŜ poprzed- nia. Młody Chińczyk rzucił się na ziemię. Jessica nie mogła dłuŜej czekać na wsparcie. Trey Tarver zniknął za śmietnikiem. Jessica przywarła do ściany z glockiem gotowym do strzału. Serce waliło jej jak młot. Czuła pot ściekający po plecach. W myślach przebiegła listę zasad, które podczas szkoleń wpajano im na wypadek ta- kiej właśnie sytuacji. Szybko jednak zrezygnowała. śadne szkolenie nie mogło jej na to przygotować. Przesunęła się w stronę uzbrojonego bandyty. - To koniec, Trey! - wrzasnęła. - Na dachu jest grupa spe- cjalna. Poddaj się. śadnej reakcji. Zmuszał ją, Ŝeby odkryła karty. Najwy- raźniej chciał odejść w glorii, zostać legendą ulicy. 20

Brzęk tłuczonego szkła. Czy w budynku są piwnice z okna- mi? Zerknęła w lewo. Są. Skrzydłowe okna z metalowymi fra- mugami, niektóre zakratowane, a niektóre nie. „Cholera!” Mógł się wymknąć. Musiała coś zrobić. Chyłkiem zbliŜyła się do śmietnika, oparła plecami o jeden z kontenerów i przy- kucnęła. OstroŜnie zerknęła pod kontener. Prześwit nad asfal- tem był wystarczająco duŜy, by dostrzec stopy Tarvera, gdyby wciąŜ jeszcze stał po drugiej strome. Ale nie stał. Skradała się więc dalej. Za kontenerem leŜała sterta plastikowych worków ze śmieciami i resztki materiałów po jakimś remoncie: płyty gipsowo-kartonowe, puszki po farbie i połamane deski. Tarver zniknął. Omiotła wzrokiem koniec alejki. ZauwaŜyła rozbite okno. CzyŜby przez nie przeszedł? JuŜ miała wrócić na ulicę i wezwać ekipę do przeszukania budynku, gdy dostrzegła, Ŝe spod stosu plastikowych toreb wystają męskie półbuty. Wzięła głęboki oddech, Ŝeby się uspokoić. Nie pomogło. Być moŜe miną całe tygodnie, zanim się uspokoi. - Wstawaj, Trey. Kompletny bezruch. Jessica złapała drugi oddech. - Wysoki sądzie! PoniewaŜ podejrzany dwukrotnie do mnie strzelał, nie mogłam ryzykować - powiedziała głośno. - Gdy plastik się poruszył, uŜyłam broni. Wszystko działo się tak szybko! Zanim zdąŜyłam się zastanowić, wpakowałam w po- dejrzanego cały magazynek. Szelest worków. - Nie strzelaj! Wyjdę. - Tak myślałam - rzuciła Jessica. - A teraz powoli, bardzo powoli się podniesiesz. Ale najpierw rzuć pistolet na ziemię. Po kilku sekundach spomiędzy worków wysunęła się dłoń z półautomatycznym pistoletem kaliber trzydzieści dwa na palcu wskazującym. Jessica wzięła kołyszącą się broń. 21

- Teraz moŜesz wstawać. Tylko powolutku i bez Ŝadnych numerów. Trzymaj ręce tak, Ŝebym je widziała. Trey Tarver powoli wyłonił się ze sterty plastikowych toreb. Stanął twarzą do niej. Podniósł grzecznie ręce, ale oczyma przewracał na boki. Zamierzał ją jakoś zaatakować. Po ośmiu latach słuŜby Jessica znała doskonale ten rozbiegany wzrok. Pokręciła głową. - Nawet nie próbuj mnie wkurzać jeszcze bardziej, Trey - powiedziała. - Twój ochroniarz uderzył mojego partnera, mu- siałam więc uŜyć broni. Plus fakt, Ŝe ty do mnie strzelałeś. Go- rzej jeszcze, przez ciebie złamałam obcas w moich najlepszych butach. Zachowaj się jak facet i przełknij tę pigułkę. To juŜ koniec. Wpatrywał się w nią, próbując zburzyć jej spokój, po kilku sekundach jednak dostrzegł w jej oczach, Ŝe ma twardy charak- ter dziewczyny wychowanej w południowej części miasta, i uznał, Ŝe takie więzienne sztuczki na nic się nie zdadzą. ZałoŜył ręce za głowę i zaplótł dłonie. - Odwróć się! - rozkazała. Trey Tarver otaksował spojrzeniem najpierw jej nogi, a po- tem krótką sukienkę. Roześmiał się. Światło lampy ulicznej roziskrzyło brylant w jego zębie. - Ty pierwsza, suko! „Suko?” „Suko?” Jessica spojrzała w kierunku wylotu alejki. Młody Chińczyk zniknął, drzwi do restauracji były zamknięte. Zostali tylko we dwoje. Popatrzyła pod nogi. Tarver stał na kołyszącej się nie- bezpiecznie desce, której drugi koniec opierał się o krawędź duŜej puszki po farbie. Puszka znajdowała się kilkadziesiąt centymetrów od prawej nogi Jessiki. - Chyba źle usłyszałam. Co powiedziałeś? 22

W jego oczach pojawiły się zimne błyski. - Powiedziałem: „Ty pierwsza, suko!” Jessika kopnęła puszkę. Przez moment na twarzy Treya Tarvera zagościła mina bardzo podobna do tej, która pojawia się na pysku Wiliego E. Coyote'a w chwili, gdy nieszczęśnik odkrywa, Ŝe skała pod jego nogami właśnie się skończyła. Ta- rver obalił się na ziemię jak mokre origami, waląc przy tym głową w krawędź pojemnika na śmieci. Jessica spojrzała mu prosto w oczy. Ściślej rzecz biorąc, ob- serwowała białka jego oczu. Trey Tarver stracił przytomność. „Trudno” - pomyślała. Ledwie zdąŜyła przekręcić go na brzuch, gdy pojawiło się dwóch detektywów z wydziału ścigania przestępców, którzy ukrywają się przed wymiarem sprawiedliwości. śaden z nich nie widział, co się stało. Gdyby jednak nawet coś zauwaŜyli, Trey Tarver nie miał zbyt wielu fanów wśród policjantów. Je- den z przybyłych rzucił jej kajdanki. - O, taak - mruknęła Jessica pod nosem, wykręcając ręce nieprzytomnego męŜczyzny, aby go skuć. - Jeszcze sobie po- gadamy! - Ze szczękiem zatrzasnęła kajdanki na jego nadgarst- kach. - Ja ci dam „sukę”! Po uwieńczonych sukcesem poszukiwaniach zwykle poli- cjanci zwalniają obroty. Próbują ostudzić emocje, omawiają przebieg akcji, oceniają się nawzajem i wymieniają gratulacje. Morale osiąga wtedy najwyŜszy poziom. Wszak udało im się wrócić z mrocznej strony świata do światła. Polowanie za- kończyło się sukcesem. Tym razem detektywi zebrali się w Melrose Diner, cało- dobowej restauracji przy Snyder Avenue. Udało im się schwytać dwóch wyjątkowo zdemoralizo- wanych przestępców. Obyło się bez strat w ludziach, a po- waŜne obraŜenia odnieśli tylko ci, którzy sobie na nie w pełni 23

zasłuŜyli. Zdaniem detektywów wszystko przebiegło zgodnie z procedurami, uŜycie broni takŜe. Jessica pracowała w policji od ośmiu lat. Przez pierwsze cztery patrolowała ulice, następnie przez prawie drugie tyle zajmowała się kradzieŜami samochodów w wydziale do walki z przestępczością samochodową, a w kwietniu tego roku dołączy- ła do elitarnego grona detektywów z wydziału zabójstw. Mimo krótkiego staŜu w wydziale miała juŜ za sobą całkiem sporą porcję horroru: sprawa Latynoski zamordowanej na opuszczo- nej posesji w okolicy Northern Liberties, której zwłoki owinię- to w stary dywan i na dachu samochodu przewieziono do Fair- mount Park, by je tam porzucić, czy teŜ śledztwo w sprawie młodego chłopaka, którego koledzy z klasy zwabili do parku, tam obrabowali i śmiertelnie pobili. No i oczywiście dochodze- nie w sprawie seryjnego mordercy, którego prasa okrzyknęła mianem róŜańcowego. Nie była ani pierwszą, ani jedyną kobietą w wydziale za- bójstw, na początku jednak spotykała się z rezerwą i nie- ufnością. Taki niepisany okres próbny przechodzi kaŜdy, kto dołącza do tego małego, świetnie zŜytego zespołu. Jej ojciec był co prawda legendą filadelfijskiej policji, wolała jednak mu dorównać niŜ bazować na jego osiągnięciach. Jessica dołączyła do kolegów w restauracji dopiero po zło- Ŝeniu wstępnego raportu w komendzie. Gdy tylko weszła, czte- rej koledzy - Tony Park, Eric Chavez, Nick Palladino oraz John Shepherd, którego jakoś juŜ połatano - podnieśli się z miejsc, odwrócili i oparli dłonie o ścianę, jakby gotowi się poddać przeszukaniu oraz aresztowaniu. Nie mogła się nie roześmiać. Okres próby najwyraźniej się zakończył.

3 Niełatwo mi teraz na nią patrzeć. Jej skóra nie jest juŜ do- skonała. Przypomina raczej rozdarty jedwab. KałuŜe krwi wo- kół głowy wydają się prawie czarne w słabym świetle lampki pod pokrywą bagaŜnika samochodu. Rozglądam się po parkingu. Jesteśmy sami, zaledwie kilka metrów od rzeki Schuylkill. Woda wdziera się na brzeg z plu- skiem, który od wieków odmierza takt melodii tego miasta. Wkładam pieniądze między strony gazety, po czym rzucam na jej ciało, jeszcze raz zerkam do wnętrza bagaŜnika i zatrza- skuję pokrywę. Biedna Marion. Była naprawdę ładna. Szczególnego uroku dodawały jej te delikatne piegi. Pewnie dlatego kojarzyła mi się ze wspaniałą Tuesday Weld w NajwyŜszym czasie. Zanim opuściliśmy motel, dokładnie sprzątnąłem pokój, a rachunek, który mi dali w recepcji, podarłem na drobne ka- wałki, wrzuciłem do klozetu i spuściłem wodę. Nie miałem nawet zwykłego wiadra, Ŝe o mopie nie wspomnę. Ale tak to juŜ jest, jak się kręci zdjęcia na głodowym budŜecie! 25

Wpatruje się teraz we mnie, a jej oczy nie są juŜ niebieskie. Zgoda, była ładna. MoŜe nawet ktoś uznałby ją za nic skazitel- nie piękną. Ale przecieŜ nie była Aniołem. Światła na sali gasną, ekran budzi się do Ŝycia jasnymi bły- skami. W ciągu najbliŜszych kilku tygodni Filadelfia usłyszy o mnie niejedno. Będzie się mówiło, Ŝe jestem psychopatą, sza- leńcem, wręcz wysłannikiem z samego jądra piekieł. Gdy nurt porwie kolejne ciała i zaczerwienią się wody, będą o mnie wy- pisywać najróŜniejsze rzeczy. Nie wierzcie w ani jedno słowo. PrzecieŜ ja nie skrzywdziłbym nawet muchy.

4 SZEŚĆ DNI PÓŹNIEJ Wyglądała całkowicie normalnie, moŜna by powiedzieć - przyjaźnie. Coś w niej przywodziło na myśl nadmierną czułość, okazywaną siostrzeńcom przez podstarzałe w staropanieństwie ciotki. Miała niewiele ponad metr sześćdziesiąt i nie waŜyła więcej niŜ czterdzieści kilka kilogramów. Nosiła jednoczęścio- wy kostium sportowy oraz śnieŜnobiałe buty Reeboka, cegla- storude włosy podkreślały jasnoniebieskie oczy. Długie palce kończyły się wypielęgnowanymi, ale niepomalowanymi pa- znokciami. śadnej biŜuterii. Dla całego świata była więc niebrzydką wysportowaną ko- bietą zbliŜającą się właśnie do wieku średniego. Dla detektywa Kevina Byrne'a stanowiła kombinację Lizzie Borden, Lukrecji Borgii oraz Ma Barker dla niepoznaki ukrytą w kobiecie, która urodą przypominała Mary Lou Retton. - Stać pana na więcej - stwierdziła. - Co pani ma na myśli? - wybąkał Byrne. - Wyzwiska, które w myślach rzucił pan pod moim ad- resem - wyjaśniła. - Na pewno stać pana na więcej. 27

„Ona naprawdę jest wiedźmą” - pomyślał Byrne, a głośno dodał: - A dlaczego pani sądzi, Ŝe rzucałem wyzwiskami? Wybuchnęła ostrym śmiechem, do złudzenia przypomi- nającym piskliwy rechot Craelli de Vii. Psy w kilku sąsiednich hrabstwach z pewnością podkuliły ogony. - Pracuję w tym fachu od prawie dwudziestu lat, detekty- wie Byrne. Obsypywano mnie juŜ wszystkimi moŜliwymi wy- zwiskami. Specjalnie dla mnie wymyślano takŜe nowe. Oplu- wano mnie, obgadywano i wyklinano w dziesiątkach języków, włącznie z narzeczem Apaczów. Robiono juŜ lalki wudu z moją twarzą i wznoszono modły, abym umierała w największych męczarniach. Zapewniam pana, Ŝe nie da się wymyślić tortury, której ktoś by mi wcześniej nie Ŝyczył. Byrne wpatrywał się w nią ze zdziwieniem. Nie miał po- jęcia, Ŝe tak łatwo moŜna go przejrzeć. W końcu jest przecieŜ detektywem. Kevin Byrne kończył właśnie drugi z dwunastu tygodni tra- pii, którą odbywał w szpitalu uniwersyteckim. W Wielką Nie- dzielę został postrzelony z bliskiej odległości w piwnicy domu na północy Filadelfii. Obiecywano mu, Ŝe odzyska zdrowie i sprawność, szybko jednak się przekonał, Ŝe za zwrotem „cał- kowity powrót do zdrowia” kryje się wiele poboŜnych Ŝyczeń. Kula, którą los mu przeznaczył, utkwiła w środkowej części płatu potylicznego, mniej więcej centymetr od pnia mózgu. Na szczęście uszkodziła tylko naczynia krwionośne, omijając ner- wy. Mimo to Byrne przeszedł kilkunastogodzinną operację czaszki, po której przez sześć tygodni pozostawał w śpiączce, a przez prawie dwa miesiące w szpitalu. Teraz feralna kula leŜała na nocnym stoliku przy jego łóŜku, zatopiona w sześcianie z przezroczystego plastiku - maka- bryczne trofeum podarowane przez przyjaciół z wydziału za- bójstw. 28