uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 542 625
  • Obserwuję698
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań849 809

Robert Galbraith - Cormoran Strike 02 - Jedwabnik

Dodano: 6 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 6 lata temu
Rozmiar :2.1 MB
Rozszerzenie:pdf

Robert Galbraith - Cormoran Strike 02 - Jedwabnik.pdf

uzavrano EBooki R Robert Galbraith
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 6 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 147 osób, 94 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (1)

Gość • 5 lata temu

czy wszystko jest takie rozszczelone dla mnie to nie czytelne

Transkrypt ( 25 z dostępnych 374 stron)

Tytuł oryginału The Silkworm Projekt okładki i fotografie Sian Wilson © Little Brown Book Group Limited 2014 Redakcja MAŁGORZATA GROCHOCKA Korekta ANNA KURZYCA Redakcja techniczna ADAM KOLENDA Copyright © 2014 Robert Galbraith Limited. Polish editions © Publicat S.A. MMXIV (wydanie elektroniczne) Powieść wydana po raz pierwszy w Wielkiej Brytanii w 2014 roku przez Sphere. Osobiste prawa autorskie zastrzeżone. Wszelkie postaci i wydarzenia opisane w tym utworze, poza znajdującymi się w domenie publicznej, są fikcyjne, a jakiekolwiek podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych jest całkowicie przypadkowe. Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment niniejszego utworu nie może być reprodukowany, przechowywany ani przesyłany w żadnej formie ani żadnymi środkami, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy. Utwór nie może też być rozpowszechniany w oprawie lub okładce innej niż oryginalna oraz w formie innej niż ta, w której został wydany. ISBN 978-83-271-5216-9 jest znakiem towarowym Publicat S.A. Publicat S.A. 61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: office@publicat.pl, www. publicat.pl Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Jenkinsowi, bez którego... już on dobrze wie

[...] krew i zemsta sceną, śmierć fabułą, miecz splamiony krwią – piórem, które pisze, a poeta straszliwym, tragicznym człekiem w rzymskich sandałach, w wieńcu z płonącego lontu zamiast z wawrzynu. Thomas Dekker The Noble Spanish Soldier

1 PYTANIE Czymże się żywisz? ODPOWIEDŹ Niespokojnym snem. Thomas Dekker, The Noble Spanish Soldier – Lepiej, żeby chodziło o śmierć kogoś cholernie sławnego, Strike – powiedział zachrypnięty głos w słuchawce. Wielki nieogolony mężczyzna idący ciężkim krokiem w mroku wczesnego poranka z telefonem przyciśniętym do ucha wyszczerzył zęby w uśmiechu. – O coś w tym rodzaju. – Jest pieprzona szósta rano! – Wpół do siódmej, ale jeśli chcesz dostać to, co zdobyłem, będziesz musiał przyjść – powiedział Cormoran Strike. – Jestem niedaleko twojego domu. Spotkajmy się w... – Skąd wiesz, gdzie mieszkam? – spytał rozmówca ostrym tonem. – Sam mi powiedziałeś – odrzekł Strike, powstrzymując ziewnięcie. – Sprzedajesz mieszkanie. – A – uspokoił się ten drugi. – Masz dobrą pamięć. – Jest tu całodobowy bar... – Mam to w dupie. Przyjdź później do redakcji... – Culpepper, dziś rano jestem umówiony z innym klientem, płaci lepiej niż ty, a poza tym nie spałem całą noc. Jeśli chcesz tę informację, musisz po nią przyjść teraz. Jęknięcie. Strike usłyszał szelest pościeli. – Lepiej żeby to naprawdę był jakiś hicior. – Smithfield Café przy Long Lane – powiedział Strike, po czym się rozłączył. Lekka nierówność jego kroku uwidoczniła się bardziej, gdy schodził z górki w stronę Smithfield Market – monolitycznej w zimowych ciemnościach, olbrzymiej, prostokątnej wiktoriańskiej świątyni mięsa. W dni powszednie wyładowywano tu od czwartej rano zwierzęce zwłoki, od wieków tak samo, rozbierano je, porcjowano, a potem sprzedawano rzeźnikom i restauracjom w całym Londynie. Strike słyszał w mroku głosy, wykrzykiwane polecenia oraz warkot i popiskiwanie cofających się ciężarówek wyładowanych tuszami. Na Long Lane wtopił się w tłum okutanych mężczyzn idących raźnym krokiem, żeby załatwiać poniedziałkowe poranne sprawy. Pod kamiennym gryfem strzegącym rogu targowiska grupka kurierów w odblaskowych kamizelkach ściskała w urękawiczonych dłoniach kubki z herbatą. Po drugiej stronie ulicy żarzyło się

w ciemności niczym otwarty kominek Smithfield Café – działająca dwadzieścia cztery godziny na dobę kryjówka wielkości kredensu, pełna ciepła i tłustego jedzenia. W barze nie było toalety, ale właściciel miał umowę z pracującymi po sąsiedzku bukmacherami. Ladbrokes otwierano jednak dopiero za trzy godziny, więc Strike skręcił w boczną uliczkę i w ciemnej bramie ulżył pęcherzowi nabrzmiałemu od słabej kawy wypitej podczas nocnej pracy. Odczuwszy przyjemność, jakiej doświadcza jedynie mężczyzna, który przezwyciężył cielesne ograniczenia, wyczerpany i głodny, ruszył w stronę smażonych jaj i bekonu oraz wytwarzanej przez nie atmosfery ociekającej tłuszczem. Dwaj mężczyźni w polarach i płaszczach przeciwdeszczowych właśnie wstali od stolika. Strike wpasował cielsko w małą przestrzeń i z pomrukiem zadowolenia opadł na krzesło z drewna i stali. Zanim zdążył się odezwać, właściciel, Włoch, postawił przed nim herbatę w wysokim białym kubku, serwując do niej trójkątne kawałki białego chleba z masłem. Pięć minut później na wielkim owalnym talerzu stało przed Strikiem pełne angielskie śniadanie. Strike bez trudu wtopił się w tłum silnych mężczyzn hałaśliwie wchodzących do lokalu albo wychodzących na ulicę. Był duży i ubrany na ciemno, miał gęste, krótkie, kręcone włosy, które cofnęły się trochę z wysokiego zaokrąglonego czoła wieńczącego szeroki, bokserski nos i krzaczaste, nastroszone brwi. Szczękę Strike’a przybrudził lekki zarost, a ciemne oczy wydawały się jeszcze większe niż zwykle, gdyż otaczały je sine cienie. Jadł w zamyśleniu, patrząc na budynek targowiska naprzeciwko. Najbliższe łukowate wejście, opatrzone numerem dwa, nabierało kształtu w rzednącym mroku: surowa kamienna twarz, stara i brodata, gapiła się na Strike’a znad bramy. Czy istniał kiedyś bóg zwierzęcych tusz? Gdy Strike zabrał się do jedzenia, przyszedł Dominic Culpepper. Dziennikarz prawie dorównywał mu wzrostem, ale był chudy i miał cerę chłopca z kościelnego chóru. Dziwna asymetria – jakby ktoś przekrzywił mu twarz w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara – ratowała go przed wywoływaniem skojarzeń z dziewczęcą urodą. – Lepiej, żeby to było coś ważnego – powiedział Culpepper, siadając. Zdjął rękawiczki i z lekko podejrzliwą miną rozejrzał się po barze. – Chcesz coś do jedzenia? – zagadnął Strike z ustami pełnymi kiełbaski. – Nie – powiedział Culpepper. – Wolisz zaczekać na croissanta? – spytał z szerokim uśmiechem. – Wal się, Strike. Jakże łatwo było zdenerwować tego absolwenta prywatnej szkoły, który z pewną siebie miną zamówił herbatę, zwracając się do obojętnego kelnera per „kolego”, co Strike odnotował z rozbawieniem. – No więc? – spytał ostro Culpepper, trzymając gorący kubek w długich, bladych dłoniach. Strike pogmerał w kieszeni płaszcza, wydobył kopertę i przesunął ją na drugi koniec stołu. Culpepper wyjął zawartość i zaczął czytać.

– O ja pierdolę – powiedział po chwili ściszonym głosem. Zaczął gorączkowo przerzucać kartki, niektóre były pokryte notatkami Strike’a. – Skąd to wytrzasnąłeś? Strike, wciąż z ustami pełnymi kiełbaski, postukał palcem w jedną z kartek, na której widniał nabazgrany adres biura. – Od jego bardzo wkurwionej asystentki – wyjaśnił, kiedy w końcu połknął przeżuwany kęs. – Dymał ją, podobnie jak dwie inne, o których wiesz. Właśnie odkryła, że nie będzie następną lady Parker. – A o tym skąd, kurna, wiedziałeś? – spytał podekscytowany Culpepper, gapiąc się na Strike’a znad kartek, które trzymał w drżących w dłoniach. – Detektywistyczna robota – powiedział niewyraźnie Strike, żując kolejny kęs kiełbaski. – Wam chyba też nie była obca, zanim zaczęliście się wyręczać takimi typami jak ja? Rzecz w tym, Culpepper, że ona musi mieć na względzie swoje szanse na rynku pracy, więc nie chce występować w tej historii. Culpepper prychnął. – Powinna była o tym pomyśleć, zanim zakosiła... Strike zręcznym ruchem wyrwał kartki z dłoni dziennikarza. – Niczego nie zakosiła. Wczoraj po południu kazał jej to wydrukować. Jej jedyne przewinienie polega na tym, że pokazała to mnie. Ale jeśli zamierzasz ją obsmarować w gazecie, Culpepper, zabieram to z powrotem. – Nie chrzań – powiedział Culpepper, próbując wyjąć z owłosionej ręki Strike’a dowód na uchylanie się od płacenia ogromnych podatków. – W porządku, nie będziemy jej w to mieszać. Ale on i tak się domyśli, skąd to mamy. Przecież nie jest skończonym durniem. – I co jej zrobi? Zaciągnie ją do sądu, gdzie będzie mogła opowiedzieć o wszystkich innych podejrzanych sprawkach, które widziała w ciągu ostatnich pięciu lat? – No dobra, zgoda – westchnął Culpepper po chwili namysłu. – Oddaj mi to. Nie wspomnę o niej, ale przecież muszę z nią porozmawiać, prawda? Sprawdzę, czy przypadkiem nie kręci. – Te papiery nie kręcą. Nie musisz z nią rozmawiać – oznajmił Strike zdecydowanym tonem. Roztrzęsiona, zadurzona i boleśnie zdradzona kobieta, z którą niedawno się pożegnał, nie byłaby bezpieczna sam na sam z Culpepperem. Owładnięta wściekłym pragnieniem zemsty na mężczyźnie, który obiecał jej ślub i dzieci, bezpowrotnie zniszczyłaby samą siebie i przekreśliła swoje perspektywy na przyszłość. Strike nie musiał się długo starać, żeby zdobyć jej zaufanie. Miała prawie czterdzieści dwa lata, myślała, że urodzi potomków lorda Parkera. Teraz ogarnęło ją coś w rodzaju żądzy mordu. Strike spędził z nią kilka godzin, słuchając opowieści o jej zauroczeniu, patrząc, jak cała we łzach krąży po salonie, jak kołysze się na kanapie w przód i w tył, przyciskając knykcie do czoła. Wreszcie się na to zgodziła: na zdradę oznaczającą pogrzebanie jej wszystkich nadziei. – Nie będziesz jej do tego mieszał – powiedział Strike, mocno ściskając kartki w pięści prawie

dwukrotnie większej od dłoni Culpeppera. – Rozumiemy się? Temat jest zajebisty nawet bez niej. Po chwili wahania Culpepper skrzywił się i ustąpił. – No dobra. Daj mi to. Dziennikarz wsunął dokumenty do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wielkimi łykami wypił herbatę. Jego chwilowy żal do Strike’a najwidoczniej przygasł w obliczu wspaniałej szansy zszargania reputacji rodaka. – Lordzie Parker z Pennywell – szepnął wesoło – masz naprawdę przesrane, kolego. – Rozumiem, że twój wydawca to weźmie? – spytał Strike, kiedy wylądował między nimi rachunek. – Tak, tak... Culpepper rzucił na stolik dziesięciofuntowy banknot i mężczyźni wyszli razem z baru. Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi, Strike zapalił papierosa. – Jak ją skłoniłeś do mówienia? – spytał Culpepper, kiedy ruszyli zimną ulicą, mijając motory i ciężarówki, które wciąż kursowały na targowisko i z powrotem. – Słuchałem – odrzekł Strike. Culpepper spojrzał na niego z ukosa. – Inni prywatni detektywi, których wynajmuję, ograniczają się do podsłuchiwania wiadomości głosowych. – To nielegalne – powiedział Strike, wydmuchując dym w rzednącą ciemność. – No więc jak...? – Ty chronisz swoje źródła, a ja chronię swoje. W milczeniu pokonali pięćdziesiąt metrów. Z każdym krokiem utykanie Strike’a stawało się bardziej widoczne. – To będzie coś. To będzie coś! – powiedział z zadowoleniem Culpepper. – Stary zasrany hipokryta biadoli na chciwość korporacji, a sam upchnął na Kajmanach dwadzieścia milionów... – Cieszę się, że sprawiłem ci radość – powiedział Strike. – Fakturę prześlę mejlem. Culpepper znów spojrzał na niego z ukosa. – Widziałeś wywiad z synem Toma Jonesa w ubiegłotygodniowej gazecie? – spytał. – Toma Jonesa? – Tego walijskiego piosenkarza – podpowiedział Culpepper. – Aa, jego – odrzekł Strike bez entuzjazmu. – Znałem jednego Toma Jonesa w wojsku. – Widziałeś ten artykuł? – Nie. – Facet udzielił pięknego, długiego wywiadu. Mówi, że nigdy nie widział się z ojcem, że nie zamienił z nim ani słowa. Założę się, że dostanie więcej, niż wyniesie twoje honorarium. – Poczekaj, aż zobaczysz fakturę – powiedział Strike. – Tak tylko mówię. Jeden piękny wywiadzik i będziesz mógł odpocząć od nocnego

wysłuchiwania sekretarek. – Jeśli nie przestaniesz tego proponować, Culpepper – zniecierpliwił się Strike – zmusisz mnie do zerwania naszej współpracy. – Jasne – odrzekł Culpepper. – Zresztą mógłbym napisać ten artykuł już teraz. Odtrącony syn gwiazdy rocka jest bohaterem wojennym, nigdy nie widział się z ojcem, pracuje jako prywatny... – Słyszałem, że nakłanianie ludzi do zakładania podsłuchów telefonicznych też jest nielegalne. Na końcu Long Lane zwolnili i stanęli naprzeciwko siebie. Culpepper nerwowo się roześmiał. – W takim razie zaczekam na fakturę. – To mi się podoba. Każdy z nich ruszył w swoją stronę, Strike skierował się ku stacji metra. – Strike! – Głos Culpeppera odbił się echem w ciemności. – Zaliczyłeś ją? – Nie mogę się doczekać twojego artykułu, Culpepper – odkrzyknął Strike zmęczonym głosem, nie odwracając głowy. Wkuśtykał do mrocznego tunelu i zniknął Culpepperowi z oczu.

2 Jak długo mamy się pojedynkować – bo zostać nie mogę Ani nawet nie chcę! Mam ważne sprawy na głowie. Francis Beaumont i Philip Massinger, The Little French Lawyer Metro już się zapełniało. W poniedziałek wczesnym rankiem jak zwykle królowały w nim zapadnięte, mizerne, napięte, zrezygnowane twarze. Strike znalazł miejsce naprzeciwko młodej blondynki z opuchniętymi oczami, która co chwila osuwała się na bok, pogrążając się we śnie. Za każdym razem gwałtownie się prostowała, gorączkowo wodząc wzrokiem po nazwach stacji i sprawdzając, czy przypadkiem nie przegapiła swojego przystanku. Pociąg terkotał i stukał, pędząc ku skromnym dwóm i pół pokojom pod słabo zaizolowanym dachem, które Strike nazywał domem. W odmętach swojego zmęczenia, otoczony przez puste twarze kojarzące się z owcami, detektyw zaczął rozmyślać o przypadkach, które powołały ich wszystkich do życia. Każde narodziny, jeśli trzeźwo na nie spojrzeć, były jedynie ślepym trafem. Gdy setki milionów plemników płynęły na oślep przez ciemność, prawdopodobieństwo, że człowiek nie stanie się sobą, gwałtownie rosło. Zdrętwiały ze zmęczenia Strike zastanawiał się, ilu ludzi wypełniających metro było zaplanowanych, a ilu, tak jak on, urodziło się przez przypadek. W podstawówce chodził do klasy z dziewczynką, która miała na twarzy plamę w kolorze porto, i czuł z nią sekretne pokrewieństwo, ponieważ obydwoje od urodzenia nosili w sobie, choć nie z własnej winy, coś niezaprzeczalnie odróżniającego ich od innych. Sami tego nie zauważali, ale reszta klasy owszem, a na dodatek dzieci były tak źle wychowane, że ciągle im to wypominały. W końcu zrozumiał, że fascynacja, jaką od czasu do czasu budzi w zupełnie obcych ludziach – do piątego roku życia myślał, że ma ona coś wspólnego z jego wyjątkowością – bierze się stąd, iż widzą w nim jedynie zygotę sławnego piosenkarza, przypadkowy dowód na skok w bok niewiernego celebryty. Strike spotkał się ze swoim biologicznym ojcem tylko dwa razy. Dopiero test DNA zmusił Jonny’ego Rokeby’ego do pogodzenia się z ojcostwem. Dominic Culpepper był chodzącą kwintesencją wścibstwa i domysłów, z którymi Strike miewał do czynienia, odkąd wszyscy kojarzyli gburowatego byłego żołnierza z podstarzałą gwiazdą rocka. Ich myśli od razu mknęły ku funduszom powierniczym i okrągłym sumkom, ku prywatnym samolotom i salom dla VIP-ów, ku strumieniowi hojności multimilionera. Zniecierpliwieni skromnością życia Strike’a i jego morderczym grafikiem pracy, zadawali sobie pytanie: co takiego zrobił, że ojciec się od niego odwrócił? Może udawał nędzę, żeby wyciągnąć od Rokeby’ego więcej forsy? Co zrobił z milionami, które jego matka z pewnością wycyganiła od bogatego kochasia? W takich chwilach Strike z tęsknotą myślał o wojsku, o anonimowości kariery, w której

pochodzenie prawie się nie liczy w zestawieniu ze zdolnością do wykonywania roboty. W Wydziale do spraw Specjalnych najbardziej osobiste pytanie, jakie usłyszał podczas rozmowy kwalifikacyjnej, miało formę prośby o powtórzenie dziwacznego zestawu imienia i nazwiska, którymi obarczyła go przesadnie niekonwencjonalna matka. Kiedy Strike wynurzył się z metra, na Charing Cross Road panował już spory ruch. Właśnie nastawał listopadowy ranek, szary i niemrawy, pełen ociągających się cieni. Strike skręcił w Denmark Street. Był wycieńczony i obolały, nie mógł się doczekać krótkiej drzemki, licząc, że uda mu się ją upchnąć przed spotkaniem z następnym klientem o wpół do dziesiątej. Pomachał do dziewczyny ze sklepu z gitarami, która w przerwach na papierosa często paliła z nim na ulicy. Wszedł do budynku czarnymi drzwiami za 12 Bar Café i zaczął wspinaczkę po metalowych schodach zakręcających wokół popsutej żelaznej windy. Na pierwszym piętrze minął studio grafika, a na drugim – własną agencję ze szklanymi drzwiami z grawerunkiem. Wszedł na trzecie, najmniejsze piętro, na którym teraz znajdował się jego dom. Poprzedni lokator, menedżer baru na dole, przeniósł się w przyjemniejsze miejsce i Strike, który przez kilka miesięcy spał w swojej agencji, natychmiast skorzystał z okazji wynajęcia sąsiedniego lokalu, ciesząc się z tak prostego rozwiązania problemu swojej bezdomności. Mieszkanie na poddaszu było małe, zwłaszcza dla mężczyzny mierzącego metr osiemdziesiąt siedem. Ledwie mógł się obrócić pod prysznicem. Kuchnia została z trudem połączona z salonem, a podwójne łóżko wypełniało prawie całą sypialnię. Część dobytku Strike’a nadal stała w pudłach na klatce schodowej, mimo pretensji właściciela budynku. Z małych okien mieszkania roztaczał się widok na dachy, daleko w dole biegła Denmark Street. Ciągłe dudnienie basu z baru na parterze rozbrzmiewało na tyle daleko, że Strike często zagłuszał je własną muzyką. W każdym kącie było widać wrodzone zamiłowanie Strike’a do porządku: łóżko zostało posłane, naczynia umyte, wszystko leżało na swoim miejscu. Strike musiał się ogolić i wziąć prysznic, ale to mogło poczekać. Powiesił płaszcz, nastawił budzik na dziewiątą dwadzieścia i rozciągnął się w ubraniu na łóżku. Zasnął w kilka sekund, a po kilku kolejnych – przynajmniej tak mu się wydawało – znów się obudził. Ktoś pukał do drzwi. – Przepraszam, Cormoran, bardzo mi przykro... Jego asystentka, wysoka młoda kobieta z długimi jasnorudymi włosami, wydawała się skruszona, ale na jego widok zrobiła przerażoną minę. – Nic ci się nie stało? – Dopiero się obudziłem. Nie spałem całą noc... Dwie noce. – Naprawdę mi przykro – powtórzyła Robin – ale jest dziewiąta czterdzieści, przyszedł William Baker i zaczyna się... – Cholera – mruknął Strike. – Musiałem źle nastawić budzik... Daj mi pięć minut...

– To nie wszystko – powiedziała Robin. – Zjawiła się jakaś kobieta. Nie jest umówiona. Poinformowałam ją, że nie masz dzisiaj czasu, ale nie chce wyjść. Strike ziewnął, potarł oczy. – Pięć minut. Zrób im herbaty albo coś. Sześć minut później w czystej koszuli, pachnąc pastą do zębów i dezodorantem, ale z zarostem na twarzy, Strike wszedł do poczekalni, gdzie Robin siedziała przy komputerze. – Cóż, lepiej późno niż wcale – powiedział William Baker z cierpkim uśmiechem. – Całe szczęście, że masz taką ładną sekretarkę, bo inaczej bym się znudził i wyszedł. Strike zauważył, że Robin czerwieni się ze złości i odwraca w drugą stronę, udając, że porządkuje stanowisko pracy. W tonie, jakim Baker wymówił słowo „sekretarka”, pobrzmiewało coś jednoznacznie obraźliwego. Dyrektor firmy, ubrany w nieskazitelny garnitur w prążki, zatrudnił Strike’a, żeby sprawdzić dwóch kolegów z zarządu. – Dzień dobry, William – powiedział Strike. – Żadnych przeprosin? – mruknął Baker, patrząc na sufit. – Witam, kim pani jest? – spytał Strike, ignorując go i zwracając się do siedzącej na sofie drobnej kobiety w średnim wieku, ubranej w stary brązowy płaszcz. – Nazywam się Leonora Quine – odrzekła, a wprawne ucho Strike’a wyłowiło akcent z West Country. – Strike, mam przed sobą bardzo pracowity poranek – powiedział Baker. Nie czekając na zaproszenie, wszedł do gabinetu. Gdy Strike nie poszedł za nim, dyrektor na chwilę zapomniał o dobrych manierach. – Wątpię, czy w wojsku takie spóźnialstwo uchodziło panu na sucho, panie Strike. Proszę natychmiast tu przyjść. Strike zachowywał się tak, jakby go nie słyszał. – Co właściwie miałbym dla pani zrobić, pani Quine? – spytał zaniedbaną kobietę na sofie. – Cóż, chodzi o mojego męża... – Panie Strike, za godzinę mam spotkanie – powiedział William Baker, podnosząc głos. – ...pańska sekretarka wspomniała, że nie ma pan czasu, ale postanowiłam zaczekać. – Strike! – warknął William Baker, jakby przywoływał psa do nogi. – Robin – wycedził wyczerpany Strike, tracąc w końcu cierpliwość – przygotuj rachunek dla pana Bakera i przekaż mu akta, są zaktualizowane. – Co? – odezwał się zaskoczony William Baker. Wrócił do poczekalni. – Wylał pana – oznajmiła z zadowoleniem Leonora Quine. – Nie dokończył pan pracy – powiedział Baker do Strike’a. – Mówił pan, że jest więcej... – Niech ją dokończy ktoś inny. Ktoś, kto nie ma nic przeciwko pracowaniu dla takiego dupka. Atmosfera w agencji jakby stężała. Robin z kamienną twarzą wyjęła akta Bakera z szafy i podała

je Strike’owi. – Jak pan śmie... – W środku jest mnóstwo informacji, które przydadzą się w sądzie – powiedział Strike, podając teczkę dyrektorowi. – To były dobrze wydane pieniądze. – Nie skończył pan... – Z panem skończył – wtrąciła Leonora Quine. – Zamkniesz się wreszcie, ty głupia kobie... – zaczął William Baker, ale po chwili gwałtownie się cofnął, gdyż Strike zrobił pół kroku w jego stronę. Nie padło żadne słowo. Były żołnierz wyglądał tak, jakby nagle zaczął zajmować dwa razy więcej przestrzeni niż przed chwilą. – Proszę usiąść w moim gabinecie, pani Quine – powiedział cicho Strike. Zrobiła, co kazał. – Myślisz, że będzie ją na ciebie stać? – prychnął wycofujący się William Baker, kładąc rękę na klamce. – Moje stawki podlegają negocjacji – powiedział Strike. – Jeśli lubię klienta. Wszedł do gabinetu za Leonorą Quine i zatrzasnął drzwi.

3 [...] pozostawiony sam, by znosić te wszystkie niedole [...] Thomas Dekker, The Noble Spanish Soldier – Ale pacan, prawda? – podsumowała Leonora Quine, siadając na krześle przed biurkiem Strike’a. – Tak – zgodził się Strike, opadając ciężko na miejsce naprzeciwko niej. – Nie da się ukryć. Mimo zaróżowionej, tylko nieznacznie pomarszczonej skóry i czystych białek błękitnych oczu, Leonora Quine wyglądała na mniej więcej pięćdziesiąt lat. Cienkie, słabe, siwiejące włosy odgarnęła z twarzy i upięła dwoma plastikowymi grzebieniami. Spoglądała na Strike’a zza staromodnych okularów w zbyt dużej plastikowej oprawie. Jej płaszcz był wprawdzie czysty, ale bez wątpienia kupiła go w latach osiemdziesiątych. Miał poduszki na ramionach i ogromne plastikowe guziki. – Więc przyszła pani w sprawie męża? – Tak – potwierdziła Leonora. – Zaginął. – Dawno? – spytał Strike, odruchowo sięgając po notes. – Dziesięć dni temu – powiedziała Leonora. – Była pani na policji? – Nie potrzebuję policji – zniecierpliwiła się, jakby wyjaśnianie tego ją męczyło. – Już kiedyś po nią zadzwoniłam i wszyscy mieli do mnie pretensje, bo Owen po prostu był z przyjaciółką. Czasami wychodzi sobie z domu i nie wraca. Jest pisarzem – dodała, jakby to wyjaśniało sprawę. – Znikał już wcześniej? – Jest bardzo uczuciowy – powiedziała z ponurą miną. – Ciągle się o coś wykłóca. Tylko że minęło już dziesięć dni. Wiem, że naprawdę się zdenerwował, ale potrzebuję go z powrotem. Jest przecież Orlando, mam sprawy do załatwienia, a poza tym... – Orlando? – powtórzył Strike, a w jego zmęczonym umyśle pojawił się kurort na Florydzie. Nie miał czasu na podróż do Ameryki, a zresztą Leonora Quine w staromodnym płaszczu bynajmniej nie wyglądała na kogoś, kogo byłoby stać na kupienie mu biletu. – Orlando to nasza córka – wyjaśniła Leonora. – Wymaga opieki. Musiałam poprosić sąsiadkę, żeby jej popilnowała, kiedy tu będę. Rozległo się pukanie do drzwi i ukazała się jasnozłota głowa Robin. – Napije się pan kawy, panie Strike? A pani? Kiedy obydwoje złożyli zamówienia i Robin znikła, Leonora dodała: – To nie zajmie panu dużo czasu, bo chyba wiem, gdzie on jest. Po prostu nie mogę zdobyć

adresu, nikt nie odbiera moich telefonów. Minęło dziesięć dni – powtórzyła. – Potrzebujemy go z powrotem. Strike uznał za wielką ekstrawagancję zwracanie się w tych okolicznościach do prywatnego detektywa, zwłaszcza że wygląd pani Quine tchnął ubóstwem. – Jeśli to wyłącznie kwestia rozmowy telefonicznej – powiedział łagodnie – czy nie ma pani jakichś przyjaciół albo...? – Edna nie może tego zrobić – odrzekła kobieta, a Strike poczuł nieproporcjonalnie duże wzruszenie (czasami wyczerpanie uwrażliwiało go właśnie w taki sposób) w obliczu jej milczącego przyznania, że na całym świecie ma tylko jedną przyjaciółkę. – Owen zabronił im mówić, gdzie jest. Potrzebuję pomocy mężczyzny – dodała z prostotą. – Niech ich pan zmusi do gadania. – Pani mąż ma na imię Owen? – Tak – odrzekła. – Nazywa się Owen Quine. Napisał Grzech Hobarta. Ani nazwisko, ani tytuł książki nic Strike’owi nie mówiły. – I wie pani, gdzie on jest? – Tak. Niedawno był na przyjęciu z mnóstwem wydawców i tak dalej. Nie chciał mnie zabrać, ale powiedziałam: „Załatwiłam już opiekunkę do dziecka, idę z tobą”. No i słyszałam, jak Christian Fisher mówił Owenowi o takim jednym miejscu, o kryjówce pisarzy. Potem spytałam Owena: „Co to za miejsce?”, a on mi na to: „Niech mnie szlag, jeśli ci powiem. Przecież chodzi o to, żeby się wyrwać od żony i dzieci”. Leonora Quine wręcz zachęcała Strike’a, żeby pośmiał się z niej razem z jej mężem. Była to duma, jaką czasami udają matki w obliczu bezczelności swoich dzieci. – Kto to jest Christian Fisher? – spytał Strike, usiłując się skupić. – Wydawca. Młody, modny facet. – Próbowała pani do niego zadzwonić i spytać o adres tej kryjówki? – Tak, od tygodnia dzwonię do niego codziennie. Obiecują, że przekażą wiadomość i do mnie oddzwoni, ale nie oddzwania. Owen chyba zabronił mu mówić, gdzie jest. Ale panu uda się wydobyć z Fishera ten adres. Wiem, że jest pan dobry – powiedziała. – Rozwiązał pan sprawę tej Luli Landry, a policja nie. Zaledwie osiem miesięcy temu Strike miał tylko jednego klienta, jego interes kulał, a przyszłość malowała się w czarnych barwach. Potem, ku zadowoleniu Koronnej Służby Prokuratorskiej, dowiódł, że sławna młoda kobieta wcale nie popełniła samobójstwa, lecz została zepchnięta z balkonu na trzecim piętrze. W ten sposób zrobił sobie reklamę, która przyniosła mu falę zleceń. Przez kilka tygodni był najbardziej znanym prywatnym detektywem w metropolii. Jonny Rokeby stał się jedynie przypisem do jego opowieści. Strike sam wyrobił sobie nazwisko, aczkolwiek większość ludzi nadal je przekręcała... – Przerwałem pani – powiedział, ze wszystkich sił starając się nie gubić wątku. – Naprawdę?

– Tak – zapewnił Strike i mrużąc oczy, spojrzał na swoje ledwie czytelne notatki. – Mówiła pani: „Jest przecież Orlando, mam sprawy do załatwienia, a poza tym...”. – A, racja – przyznała. – Poza tym odkąd zniknął, dzieją się dziwne rzeczy. – Na przykład? – Gówno – wyjaśniła Leonora Quine rzeczowym tonem. – W skrzynce na listy. – Ktoś wciska odchody przez otwór w drzwiach? – spytał Strike. – No. – Odkąd zniknął pani mąż? – Tak. Psa – uściśliła Leonora i dopiero ułamek sekundy później Strike wydedukował, że drugie słowo odnosiło się do odchodów, a nie do męża. – Zawsze nocą, już trzy albo cztery razy. Niezbyt miło jest znaleźć coś takiego z samego rana. Poza tym przychodziła jakaś dziwna kobieta. Pani Quine zamilkła, czekając, aż Strike wyrazi zainteresowanie. Najwidoczniej dobrze się czuła w roli osoby odpowiadającej na pytania. Strike wiedział, że skupianie na sobie całej uwagi rozmówcy sprawia wielu samotnym ludziom przyjemność i że pragną, by to nowe doświadczenie trwało jak najdłużej. – Kiedy ją pani widziała? – W zeszłym tygodniu. Pytała o Owena. Mówiłam: „Nie ma go”, a ona na to: „Proszę mu przekazać, że Angela nie żyje” i odchodziła. – Nie zna jej pani? – Nigdy wcześniej jej nie widziałam. – A zna pani jakąś Angelę? – Nie. Ale czasami jego fanki dziwnie się zachowują – powiedziała Leonora z nagłą wylewnością. – Kiedyś taka jedna pisała do niego listy i przysyłała mu swoje zdjęcia w kostiumach postaci z jego książki. Niektórym czytelniczkom się wydaje, że on je rozumie albo coś. Głupie, no nie? – powiedziała. – Przecież wszystko w tych książkach jest zmyślone. – Czy fanki wiedzą, gdzie mieszka pani mąż? – Nie – powiedziała Leonora. – Ale ta mogła być studentką albo kimś takim. On czasem uczy pisania. Drzwi się otworzyły i weszła Robin z tacą. Postawiwszy przed Strikiem czarną kawę, a przed Leonorą Quine herbatę, wycofała się i zamknęła drzwi. – Czy poza tym działo się coś dziwnego? – spytał Strike. – Poza odchodami w skrzynce na listy i pojawianiem się tej kobiety? – Chyba ktoś mnie śledzi. Wysoka, ciemnowłosa, przygarbiona dziewczyna – powiedziała Leonora. – Inna niż tamta...? – Tak, tamta, która pukała do drzwi, była przy kości. Miała długie rude włosy. Ta ma ciemne i chodzi jakby pochylona.

– Jest pani pewna, że panią śledziła? – No, chyba tak. Zauważyłam ją za sobą już ze dwa, trzy razy. Nie jest z okolicy, nigdy wcześniej jej nie widziałam, a mieszkam w Ladbroke Grove trzydzieści lat z okładem. – No dobrze – powiedział powoli Strike. – Mówiła pani, że mąż się zdenerwował. Z jakiego powodu? – Strasznie się pokłócił ze swoją agentką. – Wie pani, o co poszło? – O jego ostatnią książkę. Liz, jego agentka, najpierw powiedziała, że to najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek napisał, a następnego dnia zabrała go na kolację i usłyszał, że to się nie nadaje do publikacji. – Dlaczego zmieniła zdanie? – Ją niech pan spyta – odparła Leonora, po raz pierwszy okazując złość. – To jasne, że się zdenerwował. Każdy by się zdenerwował. Pracował nad tą książką dwa lata. Wrócił do domu wściekły, wszedł do gabinetu, chwycił to wszystko... – Co konkretnie? – Swoją książkę. Maszynopis, notatki i w ogóle. Klął przy tym jak szewc. Wrzucił to do torby, wyszedł i więcej go nie widziałam. – Ma komórkę? Dzwoniła pani do niego? – Tak, nie odbiera. Nigdy nie odbiera, kiedy tak znika. Raz cisnął telefon przez okno samochodu – dodała i w jej głosie znowu zabrzmiała nutka dumy z temperamentu męża. – Proszę pani – zaczął Strike, gdyż bez względu na to, co powiedział Williamowi Bakerowi, jego altruizm miał pewne granice – będę z panią szczery: nie jestem tani. – Nic nie szkodzi – nie ustępowała Leonora. – Liz zapłaci. – Liz? – Liz. Elizabeth Tassel. Agentka Owena. To przez nią zniknął. Będzie to mogła potrącić ze swojej prowizji. Owen jest jej najlepszym klientem. Kiedy Liz zda sobie sprawę, co narobiła, na pewno będzie chciała, żeby wrócił. Strike nie przywiązywał do tych zapewnień tak wielkiej wagi jak sama Leonora. Wrzucił do kawy trzy kostki cukru i wypił ją wielkimi łykami, próbując znaleźć najlepsze wyjście z sytuacji. Było mu trochę szkoda Leonory Quine, która wydawała się uodporniona na napady złości swojego nieobliczalnego męża, godziła się z tym, że nikt nie raczy do niej oddzwonić i była pewna, że jedyna pomoc, jakiej może oczekiwać, to ta, za którą trzeba zapłacić. Pomijając lekką ekscentryczność zachowania, miała w sobie jakąś wojowniczą uczciwość. Odkąd interes niespodziewanie rozkwitł, Strike był jednak bezwzględny i przyjmował wyłącznie dochodowe zlecenia. Nieliczne osoby, które zjawiły się w agencji z historiami swojego pecha i nadzieją, że problemy osobiste Strike’a (opisane i ubarwione przez dziennikarzy) predysponują go do nieodpłatnego niesienia pomocy, wyszły zawiedzione.

Leonora Quine wypiła herbatę prawie tak szybko jak Strike kawę i zdążyła już wstać, jakby uzgodnili warunki i wszystko zostało postanowione. – Lepiej już pójdę – powiedziała. – Nie lubię, kiedy Orlando jest długo sama. Tęskni za tatusiem. Mówiłam jej, że idę wynająć człowieka, który go znajdzie. Ostatnio Strike pomógł kilku bogatym młodym kobietom pozbyć się mężów z City, gdyż w czasie kryzysu finansowego stali się o wiele mniej atrakcyjni dla swoich żon. Zwrócenie kobiecie męża było miłą odmianą i z jakiegoś powodu wydało mu się pociągające. – W porządku – powiedział i ziewnął, podsuwając jej swój notes. – Potrzebuję pani danych kontaktowych. Przydałoby się też zdjęcie pani męża. Leonora Quine zapisała swój adres i numer telefonu okrągłym, dziecinnym pismem, ale prośba o zdjęcie wyraźnie ją zdziwiła. – Po co panu zdjęcie? On jest w tej kryjówce pisarzy. Niech pan po prostu zmusi Christiana Fishera do podania adresu. Zniknęła za drzwiami, zanim zmęczony i obolały Strike zdążył wyjść zza biurka. Usłyszał tylko, jak Leonora Quine mówi do Robin: „Dzięki za herbatę”, a potem szklane drzwi na korytarz otworzyły się, zamknęły z lekkim drżeniem i jego nowa klientka zniknęła.

4 Cóż, rzadka to rzecz, pomysłowego mieć przyjaciela [...] William Congreve, The Double-Dealer Strike wszedł do poczekalni i opadł na kanapę. Była prawie nowa, a wydatek okazał się niezbędny, gdyż poprzednia – mebel z drugiej ręki, który początkowo stał w agencji – zarwała się pod jego ciężarem. W sklepie sztuczna skóra wyglądała elegancko, ale jeśli siedzący na niej człowiek wykonał niewłaściwy ruch, wydawała pierdzące odgłosy. Asystentka Strike’a – wysoka, apetycznie zaokrąglona, z czystą, świetlistą cerą i jasnymi niebiesko-zielonymi oczami – przyjrzała mu się znad kubka kawy. – Wyglądasz okropnie. – Przez całą noc wyciągałem od rozhisteryzowanej kobiety szczegóły rozwiązłości seksualnej i malwersacji finansowych członka Izby Lordów – powiedział Strike i przeciągle ziewnął. – Mówisz o lordzie Parkerze? – wykrztusiła Robin. – O nim samym – potwierdził Strike. – Lord Parker... – Bzykał trzy kobiety jednocześnie i gromadził miliony na zagranicznych kontach – wyjaśnił Strike. – Jeśli masz mocne nerwy, zajrzyj w niedzielę do „News of the World”. – Skąd o tym wszystkim wiesz, na miłość boską? – Od informatora informatora informatora – zaintonował Strike. Znowu ziewnął, i to tak szeroko, że musiało go zaboleć. – Powinieneś się położyć – powiedziała Robin. – Tak, powinienem – przyznał, ale nie ruszył się z miejsca. – Gunfreya masz dopiero o drugiej. – Gunfreya – westchnął Strike, masując powieki. – Dlaczego pracuję dla samych zasrańców? – Pani Quine nie wygląda na zasrańca. Rozchylił grube palce i spojrzał na nią załzawionymi oczami. – Skąd wiesz, że wziąłem tę sprawę? – Nie miałam wątpliwości, że to zrobisz – powiedziała Robin, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. – Ta kobieta jest w twoim typie. – Relikt lat osiemdziesiątych w średnim wieku? – Jest w twoim typie jako klientka. Poza tym chciałeś zrobić na złość Bakerowi. – Chyba mi się udało, prawda? Zadzwonił telefon. Robin, wciąż szeroko uśmiechnięta, podniosła słuchawkę.

– Agencja Cormorana Strike’a – powiedziała. – O, cześć. To był jej narzeczony Matthew. Kątem oka spojrzała na szefa. Strike zamknął oczy i odchylił głowę do tyłu, splatając ręce na szerokiej klatce piersiowej. – Słuchaj – powiedział Matthew do ucha Robin. Kiedy dzwonił z pracy, jego głos nigdy nie brzmiał zbyt przyjaźnie. – Muszę przełożyć nasz piątkowy wypad do baru na czwartek. – Och, Matt – powiedziała Robin, starając się stłumić zarówno rozczarowanie, jak i złość. Umawiali się na to spotkanie po raz czwarty. Spośród trzech mających w nim uczestniczyć osób tylko Robin ani razu nie zmieniła pory, dnia ani lokalu, zawsze była chętna i dyspozycyjna. – Dlaczego? – mruknęła. Od strony kanapy dobiegło nagłe donośne chrapanie. Strike zasnął na siedząco z założonymi rękami, opierając wielką głowę o ścianę. – Dziewiętnastego idę na drinka z ludźmi z pracy – powiedział Matthew. – Źle by wyglądało, gdybym nie poszedł. Muszę się pokazać. Miała ochotę na niego warknąć, ale się powstrzymała. Pracował dla dużego biura rachunkowego, a czasami zachowywał się tak, jakby pociągało to za sobą zobowiązania towarzyskie właściwe pracy w placówce dyplomatycznej. Była jednak pewna, że prawdziwym powodem zmiany planów jest coś innego. Wcześniej kilkakrotnie przesuwali termin spotkania na prośbę Strike’a. Za każdym razem jej szefowi wypadała jakaś pilna wieczorna robota i choć usprawiedliwienia były szczere, irytowały Matthew. Nigdy nie powiedział tego głośno, ale najprawdopodobniej – Robin nie miała co do tego wątpliwości – podejrzewał, że Strike ceni swój czas wyżej niż czas księgowego, a swoją pracę uważa za ważniejszą. Robin pracowała u Cormorana Strike’a od ośmiu miesięcy, lecz jej szef i narzeczony jeszcze ani razu się nie spotkali. Nawet tej pamiętnej nocy, kiedy Matthew przyjechał na pogotowie, gdzie Robin, ciasno owinąwszy poranioną rękę szefa własnym płaszczem, towarzyszyła Strike’owi po tym, jak przyparty do muru morderca próbował go wykończyć. Gdy roztrzęsiona i umazana krwią wyszła z sali, w której zszywano Strike’owi ramię, Matthew odrzucił ofertę poznania jej rannego pracodawcy. Mimo zapewnień Robin, że ani przez chwilę nie groziło jej niebezpieczeństwo, cała ta sprawa go rozwścieczyła. Matthew nigdy nie chciał, żeby zatrudniła się u Strike’a na stałe, gdyż od początku traktował go podejrzliwie, pogardzając jego ubóstwem, bezdomnością i profesją, którą najwyraźniej uznawał za niedorzeczną. Przynoszone przez Robin strzępy informacji – kariera Strike’a w Wydziale do spraw Specjalnych wśród tajniaków Królewskiej Żandarmerii Wojskowej, odznaczenie za odwagę, utrata prawej nogi, znajomość stu dziedzin, o których Matthew, tak przywykły do bycia ekspertem w jej oczach, wiedział niewiele albo wręcz nic – nie zdołały (wbrew temu, na co naiwnie liczyła) zbudować mostu między tymi dwoma mężczyznami i tylko wzmocniły dzielący ich mur. Niespodziewana sława Strike’a, jego nagłe przejście od klęski do sukcesu, jeszcze bardziej

pogłębiły niechęć Matthew. Robin poniewczasie zdała sobie sprawę, że tylko pogorszyła sprawę, wytykając narzeczonemu niekonsekwencję: „Nie podobało ci się, że jest bezdomny i biedny, a teraz ci się nie podoba, że jest sławny i dostaje mnóstwo zleceń!”. Dobrze wiedziała, że najgorszą zbrodnią Strike’a w oczach Matthew była jednak obcisła modna sukienka, którą szef kupił jej po wspólnej wyprawie do szpitala – sukienka miała być wyrazem wdzięczności i prezentem pożegnalnym. Robin z dumą i zachwytem pokazała ją Matthew, ale zobaczywszy jego reakcję, nigdy nie odważyła się jej włożyć. Miała nadzieję, że to wszystko uda się naprawić podczas spotkania, lecz gdy Strike kilka razy przesunął termin, niechęć Matthew wzrosła jeszcze bardziej. Poprzednim razem Strike po prostu się nie zjawił. Robin, znająca szczegóły pewnej wyjątkowo krwawej sprawy rozwodowej, przyjęła jego usprawiedliwienie – musiał jechać okrężną drogą, żeby zgubić ogon nasłany przez podejrzliwego małżonka swojej klientki. Jednakże Matthew utwierdził się w przekonaniu, że Strike to arogant lubiący być w centrum zainteresowania. Z pewnym trudem udało jej się namówić Matthew do podjęcia czwartej próby spotkania. Jej narzeczony sam wybrał czas i miejsce, ale teraz, gdy Robin uzgodniła szczegóły ze Strikiem, Matthew postanowił zmienić termin. Miała nieodparte wrażenie, że zrobił to tylko dla zasady: chciał pokazać Strike’owi, że on też ma inne zobowiązania – że on też (jak, chcąc nie chcąc, pomyślała Robin) może olewać ludzi. – W porządku – westchnęła do słuchawki. – Spytam Cormorana, czy czwartek mu pasuje. – Nie zachowujesz się, jakby było w porządku. – Nie zaczynaj, Matt. Spytam go, okej? – W takim razie do zobaczenia później. Robin odłożyła słuchawkę. Strike chrapał już na cały regulator z otwartymi ustami, wydając odgłosy silnika trakcyjnego. Szeroko rozstawił nogi, stopy ułożył płasko na ziemi i dalej siedział z założonymi rękami. Westchnęła, patrząc na śpiącego szefa. Strike nigdy nie przejawiał niechęci do Matthew, nie rzucał żadnych uwag pod jego adresem. To Matthew ciągle krytykował Strike’a i rzadko przepuszczał okazję, by wytknąć Robin, że mogłaby zarabiać o wiele więcej, gdyby przyjęła któreś z oferowanych jej stanowisk, zanim postanowiła zostać z hałaśliwym prywatnym detektywem tonącym w długach, który nie był w stanie płacić jej tyle, na ile zasługiwała. Jej życie prywatne wyglądałoby o wiele prościej, gdyby Matthew dał się przekonać i podzielił opinię narzeczonej na temat Cormorana Strike’a, gdyby go polubił, a nawet zaczął podziwiać. Robin była optymistką: lubiła ich obu, więc dlaczego oni nie mieliby się polubić? Strike obudził się z nagłym parsknięciem. Otworzył oczy, spojrzał na nią i zamrugał. – Chrapałem – stwierdził, wycierając usta. – Nie za bardzo – skłamała. – Słuchaj, Cormoran, czy moglibyśmy przesunąć to spotkanie w pubie z piątku na czwartek?

– Jakie spotkanie? – Ze mną i z Matthew – podpowiedziała. – Pamiętasz? W King’s Arms przy Roupell Street. Zapisałam ci – ciągnęła z lekko wymuszoną wesołością. – Racja – przypomniał sobie. – Tak. W piątek. – Nie, Matt chce... On w piątek nie może. Pasowałby ci czwartek? – Jasne, w porządku – powiedział zaspany. – Chyba spróbuję się trochę zdrzemnąć. – Dobrze. Zostawię ci notkę w sprawie czwartku. – A co będzie w czwartek? – Spotkanie z... Och, nieważne. Idź się wyspać. Kiedy szklane drzwi się zamknęły, Robin utkwiła puste spojrzenie w monitorze komputera. Gdy znów się otworzyły, podskoczyła jak oparzona. – Robin, mogłabyś zadzwonić do gościa, który nazywa się Christian Fisher? – spytał Strike. – Powiedz mu, kim jestem, wyjaśnij, że szukam Owena Quine’a i że potrzebuję adresu tej kryjówki pisarzy, o której mu wspomniał na przyjęciu. – Christian Fisher... Gdzie on pracuje? – Niech to szlag – mruknął Strike. – Nie spytałem. Jestem wykończony. To jakiś wydawca... Modny wydawca. – Nie ma sprawy. Znajdę go. Idź spać. Kiedy szklane drzwi zamknęły się po raz drugi, Robin skupiła się na Google. W ciągu trzydziestu sekund odkryła, że Christian Fisher jest założycielem małego wydawnictwa o nazwie Crossfire z siedzibą przy Exmouth Market. Wybierając numer wydawnictwa, myślała o zaproszeniu, które już od tygodnia nosiła w torebce. Nie powiadomiła jeszcze Strike’a o terminie swojego ślubu z Matthew i nie powiedziała Matthew, że chciałaby zaprosić swojego szefa. Jeśli czwartkowe spotkanie się uda... – Crossfire – odezwał się piskliwy głos w słuchawce. Robin skupiła się na pracy.

5 Cóż bardziej Drażnić nas może niż własne myślenie? John Webster, Biała diablica (tłum. W. Melcer) O dziewiątej dwadzieścia wieczorem Strike leżał w koszulce i bokserkach na kołdrze, pochłonięty lekturą dodatku sportowego. Na krześle obok stały resztki curry na wynos, a telewizor naprzeciwko łóżka pokazywał wiadomości. Metalowy pręt służący Strike’owi za prawą kostkę lśnił srebrnym blaskiem w świetle taniej lampki biurkowej ustawionej na skrzynce obok. W środowy wieczór miał się rozegrać towarzyski mecz Anglii z Francją na Wembley, ale Strike’a o wiele bardziej interesowały derby Arsenalu ze Spursami zapowiedziane na najbliższą sobotę. Od najwcześniejszej młodości kibicował Arsenalowi, naśladując wujka Teda. I nigdy nie pytał, dlaczego ktoś, kto całe życie spędził w Kornwalii, jest fanem Gunnersów. Niebo za maleńkim okienkiem obok Strike’a wypełniała mglista poświata, w której usiłowały migotać gwiazdy. Kilka godzin snu w środku dnia właściwie ani trochę nie złagodziło zmęczenia, ale detektyw nie był jeszcze gotowy iść spać – nie po ogromnym birjani z jagnięciną i kuflu piwa. Na łóżku obok niego leżała odręczna notka od Robin. Dostał tę kartkę, kiedy wieczorem wychodził z agencji. Były na niej szczegóły dwóch spotkań. Te dotyczące pierwszego brzmiały tak: Christian Fisher, jutro o 9, Crossfire Publishing, Exmouth Market EC1 – Po co ten Fisher chce się ze mną zobaczyć? – spytał zaskoczony Strike. – Potrzebuję tylko adresu kryjówki, o której mówił Quine’owi. – Wiem – powiedziała Robin. – Wyjaśniłam mu to, ale wydawał się naprawdę podekscytowany tym spotkaniem. Dodał, że pasuje mu jutro o dziewiątej i nie chce słyszeć odmowy. „W co ja się wpakowałem?” – spytał się w myślach rozdrażniony Strike, patrząc teraz na kartkę. Rano był wyczerpany i pozwolił, by temperament wziął nad nim górę: wyrzucił nadzianego klienta, który mógł mu zapewnić kolejne zlecenia. Potem dopuścił do tego, by Leonora Quine przeforsowała swoją sprawę, składając mu bardzo wątpliwą obietnicę zapłaty. Teraz, kiedy nie miał już przed sobą tej kobiety, trudno mu było sobie przypomnieć mieszaninę litości i zaciekawienia, która skłoniła go do przyjęcia zlecenia. W surowej, zimnej ciszy pokoju na poddaszu zgoda na odnalezienie jej męża wydawała się donkiszotowskim i nieodpowiedzialnym posunięciem. Czy nie po to podejmował próby spłacenia długów, żeby odzyskać odrobinę wolnego czasu: sobotnie popołudnia na stadionie Emirates, niedzielne leniuchowanie? Wreszcie zaczął zarabiać. Przez wiele miesięcy pracował niemal bez przerwy, przyciągając klientów nie tylko dzięki wielkiemu szumowi

wokół swojej pierwszej głośnej sprawy, lecz także dzięki temu, że jedni dyskretnie polecali go drugim. Czy naprawdę nie mógł wytrzymać z Williamem Bakerem jeszcze trzech tygodni? Spoglądając na notkę od Robin, Strike zastanawiał się, co tak bardzo podekscytowało Christiana Fishera, że wydawca nalegał na spotkanie. Może zainteresował go sam Strike: albo jako detektyw, który rozwiązał sprawę śmierci Luli Landry, albo (co gorsza) jako syn Jonny’ego Rokeby’ego? Bardzo trudno ocenić wielkość własnej sławy. Strike zakładał, że nieoczekiwany szum wokół jego osoby już cichnie. Przez pewien czas było o nim naprawdę głośno, ale kilka miesięcy temu dziennikarze przestali wydzwaniać i minęło prawie drugie tyle czasu, odkąd zdarzyło mu się podać swoje nazwisko w jakimś neutralnym kontekście i usłyszeć w odpowiedzi o Luli Landry. Nieznajomi znowu robili to, co przez większość jego życia: nazywali go „Cameronem Strickiem” albo jakoś tak. Z drugiej strony wydawca mógł coś wiedzieć na temat zaginionego Owena Quine’a i chcieć jak najszybciej podzielić się tym ze Strikiem – tylko dlaczego w takim razie odmawiał pomocy żonie Quine’a? Pod notką dotyczącą Fishera Robin zapisała szczegóły innego spotkania: Czwartek 18 listopada, 18.30, The King’s Arms, Roupell Street 25, SE1 Strike wiedział, czemu zapisała tę datę tak dokładnie: postanowiła, że tym razem – było to chyba już ich trzecie czy czwarte podejście – nareszcie przedstawi szefa swojemu narzeczonemu. Nieznany księgowy pewnie by w to nie uwierzył, ale Strike cieszył się z jego istnienia, podobnie jak z pierścionka z szafirem i brylantami, który połyskiwał na trzecim palcu Robin. Matthew sprawiał wrażenie dupka (Robin nie miała pojęcia, jak doskonale Strike pamięta jej spontaniczne wypowiedzi na temat narzeczonego), ale pełnił funkcję pożytecznego bufora między Strikiem i kobietą, która w przeciwnym razie mogłaby zakłócić wewnętrzną równowagę detektywa. Strike nie potrafił stłumić ciepłych uczuć do Robin, która była przy nim w najgorszych chwilach i pomogła mu wyjść na prostą. Jako człowiek o dobrym wzroku nie mógł także przeoczyć tego, że jest bardzo ładną kobietą. Jej zaręczyny traktował zatem jak osłonę przed leciutkim, ale uporczywym wiaterkiem, który – gdyby pozwolić mu dmuchać bez ograniczeń – mógłby zacząć poważnie zakłócać jego spokój. Strike uważał się za mężczyznę liżącego rany po długim, burzliwym związku, który zakończył się – tak jak się zresztą zaczął – wśród kłamstw. Nie miał ochoty rozstawać się ze statusem singla, uważając go za wygodny i korzystny, i miesiącami skutecznie unikał kolejnych związków emocjonalnych, mimo że jego siostra Lucy próbowała go swatać z kobietami sprawiającymi wrażenie zdesperowanych resztek z jakiegoś portalu randkowego. Oczywiście istniało ryzyko, że po ślubie Matthew wykorzysta swój umocniony status, żeby przekonać młodą żonę do porzucenia pracy, która najwyraźniej była mu nie w smak (Strike dobrze zinterpretował wahanie i uniki Robin, kiedy poruszali ten temat). Detektyw był jednak pewny, że gdyby narzeczeni wyznaczyli datę ślubu, Robin by mu o tym powiedziała, więc na razie uznawał

niebezpieczeństwo za odległe. Znowu przeciągle ziewnął, złożył gazetę, rzucił ją na krzesło i skupił się na wiadomościach w telewizji. Jedynym luksusem, na jaki sobie pozwolił po przeprowadzce do maleńkiego mieszkania na poddaszu, była telewizja satelitarna. Jego przenośny telewizor stał na pudle z logo Sky, a obraz, teraz już niezależny od słabej anteny pokojowej, był ostry, a nie ziarnisty. Minister sprawiedliwości Kenneth Clarke ogłaszał plany obcięcia budżetu na pomoc prawną o 350 milionów funtów. Strike patrzył przez mgłę swojego zmęczenia, jak rumiany, brzuchaty mężczyzna mówi parlamentowi, że chciałby „odwieść ludzi od zwracania się do prawników, ilekroć stają przed jakimś problemem, a zamiast tego zachęcić ich do rozważenia odpowiedniejszych metod rozstrzygania sporów”. Oczywiście chodziło mu o to, że zrezygnować z usług prawniczych powinni ubodzy. Osoby w rodzaju typowego klienta Strike’a wciąż wynajmowałyby drogich adwokatów. Ostatnio Strike pracował przede wszystkim dla nieufnych i wiecznie zdradzanych bogaczy. To jego informacjami karmili się ich eleganccy prawnicy, to one pozwalały im wynegocjować lepsze ugody w przesyconych jadem sprawach rozwodowych i zaciekłych sporach handlowych. Nieprzerwany strumień nadzianych klientów przekazywał jego nazwisko podobnym mężczyznom i kobietom z nużąco podobnymi problemami. W jego profesji należało to uznać za nagrodę za doskonałe wyniki i nawet jeśli robota często bywała monotonna, przynosiła niezłe zyski. Kiedy wiadomości się skończyły, Strike zgramolił się z łóżka, sięgnął po leżące na krześle resztki posiłku i sztywnym krokiem poszedł do małej kuchni, żeby pozmywać. Nigdy nie zapominał o takich sprawach: zdobyty w wojsku nawykowy szacunek dla samego siebie nie opuścił go nawet w głębokiej nędzy, a zresztą nie wynikał jedynie z pobytu w wojsku. Strike był schludny już jako chłopiec, naśladował wujka Teda, który miłował porządek wszędzie bez wyjątku, poczynając od skrzynki z narzędziami, a kończąc na hangarze dla łodzi, co bardzo mocno kontrastowało z chaosem otaczającym matkę Strike’a, Ledę. Dziesięć minut później, po wysikaniu się do sedesu wiecznie mokrego z powodu bliskiego sąsiedztwa prysznica i po umyciu zębów przy zlewie w kuchni, gdzie było trochę więcej miejsca, Strike znowu leżał na łóżku i zdejmował protezę. Wiadomości kończyły się prognozą pogody na następny dzień: ujemne temperatury i mgła. Strike wmasował puder w koniec amputowanej nogi. Kikut był mniej obolały niż kilka miesięcy temu. Pomijając zjedzone tego dnia pełne angielskie śniadanie i curry na wynos, Strike znów sobie gotował i trochę schudł, a to zmniejszyło nacisk na nogę. Skierował pilota w stronę ekranu telewizora. Uśmiechnięta blondynka z proszkiem do prania zniknęła, zastąpiona czernią. Strike niezgrabnie wsunął się pod kołdrę. Oczywiście jeśli Owen Quine zaszył się w kryjówce pisarzy, wyciągnięcie go stamtąd było zadaniem dość łatwym. Quine sprawiał wrażenie egoistycznego drania, odszedł w siną dal razem ze swoją cenną książką... Zamglony obraz wściekłego mężczyzny wybiegającego z domu z torbą na ramieniu rozpłynął się