uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 541 715
  • Obserwuję697
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań849 268

Robert Jordan - Cykl-Koło Czasu (06) (1) Triumf chaosu

Dodano: 6 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 6 lata temu
Rozmiar :2.7 MB
Rozszerzenie:pdf

Robert Jordan - Cykl-Koło Czasu (06) (1) Triumf chaosu.pdf

uzavrano EBooki R Robert Jordan
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 6 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 123 osób, 80 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 875 stron)

Robert Jordan TRIUMF CHAOSU (Przełożyła Katarzyna Karłowska)

Dla Betsy Śpiewają lwy, góra skrzydeł dostaje. Księżyc o poranku, słońce nocą wstaje. Ślepa matka, głuchy ojciec i zakuty łeb, Niechaj Władca Chaosu zapanuje wnet. Fragment dziecięcej wyliczanki zasłyszanej w Wielkim Aravalonie, Czwarty Wiek

PROLOG PIERWSZA WIADOMOŚĆ Demandred wyszedł na czarne zbocza Shayol Ghul; brama, otwór w materii rzeczywistości, zamigotała i przestała istnieć. Niebo nad jego głową zasnuwały spiętrzone szare chmury - odwrócony ocean z falami barwy popiołu które ospale kłębiły się wokół ukrytego wśród nich szczytu góry. Przez pustą dolinę rozpościerającą się u stóp wzniesień pomykały dziwaczne błyski spranych błękitów i czerwieni, nie roz- praszając wszelako mętnych ciemności, które spowijały ich źródło. Smugi błyskawic mknęły nie w dół, a w górę, w stronę chmur, przy akompaniamencie wolno przetaczających się grzmotów. Z lejów w zboczu, rozrzuconych w rozmaitych odległościach, jednych małych jak ludzka dłoń, innych tak wielkich, że wchłonęłyby dziesięciu ludzi, dobywały się kłęby pary i dymu. Natychmiast uwolnił Jedyną Moc i wraz ze słodyczą odeszło charakterystyczne spotęgowanie wrażliwości zmysłów, od którego wszystko stawało się bardziej wyraziste, czystsze. Bez saidina czuł czczość, ale tutaj tylko dureń zdradziłby bodaj gotowość do przenoszenia. I tylko dureń zresztą pragnąłby w tym miejscu przyglądać się czemukolwiek dokładniej, zgłębiać istotę rzeczy, odczuwać. Kiedyś, w czasach zwanych obecnie Wiekiem Legend, w tym miejscu znajdowała się sielankowa wyspa, oblana zewsząd wodami chłodnego morza. Miłośnicy wiejskich krajobrazów uwielbiali tu przyjeżdżać. Teraz, mimo unoszących się wokół kłębów pary, panował

dojmujący ziąb; Damodred nie poczuł go - nie pozwolił sobie na to - jednak instynkt nakazał mu otulić się szczelniej podbitą futrem jedwabną pelisą. Ślad jego oddechu znaczyły w powietrzu pierzaste obłoczki, ale wątłe, przezroczyste, szybko pozbywały się zawartej w nich wilgoci. Mimo iż w odległości kilkuset lig stąd, na północy, świat przemieniał się w lity lód, w Thakan'dar, nieodmiennie ściśniętym w okowach zimy, królowała susza jak na pustyni. Woda wszakże tu była, czy raczej podobna do niej ciecz atramentowej barwy, która ściekała cienką strużką w dół skalistego zbocza, mijając po drodze zbudowaną z ciosanych kamieni, krytą szarym dachem kuźnię. Z jej wnętrza dobywał się brzęk młotów, każdemu uderzeniu towarzyszyła łuna białego światła, która rozświetlała zmętniałe szyby okien. Pod ścianą kuźni przycupnęła kobieta w łachmanach, kupka nieszczęścia tuląca w ramionach niemowlę, w jej spódnicach zaś kryła buzię dziewczynka o przerażająco cienkich nóżkach i rączkach. Bez wątpienia byli to jeńcy pojmani podczas rajdu na Ziemie Graniczne. Ale tylko garstka, Myrddraale zapewne zgrzytały zębami ze złości. Ostrza ich mieczy zawodziły po jakimś czasie i wymagały wymiany, niezależnie od ograniczeń, jakim poddane zostały wyprawy na Ziemie Graniczne. Z budynku wyszedł jeden z kowali, ociężała, człekokształtna postać, jakby wyciosana z materii samej góry. Kowale tak naprawdę nie zaliczali się do żywych istot - zagnani na dalszą odległość od Shayol Ghul zamieniali się w kamień albo pył. Nie byli też zresztą kowalami z prawdziwego zdarzenia, gdyż nie wytwarzali nic prócz mieczy. Ten

obiema rękami trzymał długie szczypce, a w nich ostrze, już zahartowane, białe niczym śnieg oświetlony srebrem księżyca. Następnie zanurzył połyskliwy metal w czarnych wodach strumienia, bardzo ostrożnie, każde bowiem, nawet najmniejsze zetknięcie z płynącą w nim cieczą mogło pozbawić go choćby resztek podobieństwa do żywej istoty. Wyciągnięty metal stał się czarny jak śmierć. Ale nie był to jeszcze koniec całego procesu. Kowal poczłapał z powrotem do wnętrza kuźni i nagle rozległ się stamtąd donośny, rozpaczliwy krzyk mężczyzny. - Nie! Nie! Nie...! - W tym momencie krzyk przeszedł w przeraźliwy wrzask, który nikł stopniowo, nie tracąc jednocześnie na intensywności, jakby krzyczący został porwany w jakąś niewyobrażalną dal. I dopiero wówczas ostrze było gotowe. Z kuźni wyłonił się następny kowal - może był to zresztą ten sam - i poderwał siedzącą pod ścianą kobietę z przytulonymi do niej dziećmi na nogi. Wszyscy troje zaczęli płakać; niemowlę zostało wyrwane z objęć kobiety i wciśnięte w ramiona dziewczynki. Kobieta nareszcie zdobyła się na śladowy chociaż opór. Łkając, kopała jak oszalała nogami, drapała paznokciami powłokę ciała kowala. Kamień zwróciłby tyleż samo uwagi. Krzyki kobiety ucichły, kiedy zawleczono ją do wnętrza kuźni. Po chwili na nowo rozległ się brzęk młotów, całkiem zagłuszając szloch dzieci. Jedno ostrze już wykute, jedno w robocie i dwa jeszcze do wykonania. Demandred nigdy przedtem nie widział, by mniej niż pięćdziesięciu jeńców czekało na swoją kolej, by złożyć ofiarę

Wielkiemu Władcy Ciemności. Myrddraale naprawdę musiały zgrzytać zębami ze złości na tak lichy wynik polowania. - Zostałeś zawezwany przez Wielkiego Władcę, a ośmielasz się mitrężyć czas? - Brzmienie tego głosu przypominało chrzęst przegniłej skóry. Demandred obrócił się powoli - Półczłowiek, a ośmiela się przemawiać takim tonem? - ale słowa reprymendy zamarły mu w ustach. Nie przez ten bezoki wyraz ciastowatej twarzy; spojrzenie Myrddraala wywoływało strach u każdego, on jednak dawno wyplenił z siebie wszelkie resztki trwogi. Chodziło raczej o sylwetkę obleczonego w czerń stwora. Myrddraale, wszystkie tak podobne do siebie, jakby je odlano z jednej formy, stanowiły zniekształconą imitację ludzi, dorównując wzrostem najwyższym spośród nich. A tymczasem ten był wyższy przeszło o głowę. - Zaprowadzę cię do Wielkiego Władcy - powiedział. - Jestem Shaidar Haran. - Odwrócił się i zaczął wspinać w górę zbocza, robił to tak zwinnie, że przywodził na myśl wijącego się z gracją węża. Atramentowej barwy płaszcz zwisał nienaturalnie nieruchomo, bez jednej fałdy. Demandred zawahał się, zanim ruszył jego śladem. Półludzie zawsze brali swe imiona z narzecza trolloków, na którym ludzie wyłamywali sobie język. “Shaidar Haran” natomiast pochodziło z ludzkiej odmiany języka, zwanej obecnie Dawną Mową; tłumaczyło się jako “Ręka Ciemności”. Kolejna niespodzianka, a Demandred nie lubił niespodzianek, zwłaszcza w Shayol Ghul.

Wejście do wnętrza góry wyglądało tak samo jak inne rozsiane w zboczu leje, z tą różnicą, że nie dobywały się zeń para ani dym. Przejście było dostatecznie szerokie, by pomieścić dwóch mężczyzn idących pierś w pierś, a jednak Myrddraal nadal szedł przodem. Droga prawie natychmiast zaczęła opadać w dół, przekształcając się w tunel o ścianach tak gładkich, jakby wyłożono je ceramicznymi płytkami. Chłód ustępował, wypierany przez żar, który potęgował się, w miarę jak Demandred, wbijając wzrok w szerokie barki Shaidara Harana, postępował naprzód; schodzili coraz niżej. Czuł narastający żar, ale postanowił nie okazywać tego. Tunel wypełniało bijące od kamienia blade światło, jaśniejsze niźli ten wiekuisty zmierzch, który panował na zewnątrz. Ze sklepienia wystawały poszarpane kolce, niczym kamienne szczęki gotowe w każdej chwili się zewrzeć, kły Wielkiego Władcy, które mogły rozedrzeć na strzępy niewiernego bądź zdrajcę. Choć nie prawdziwe, ale równie skuteczne. Nagle coś dotarło do jego świadomości. Za każdym razem, kiedy odbywał tę wyprawę, kolce ocierały się o czubek jego głowy. A teraz nawet od głowy Myrddraala dzieliła je odległość dwóch dłoni, może nawet większa. Zdziwił się. Nie faktem, że zmieniła się wysokość tunelu - dziwniejsze rzeczy były w tym miejscu na porządku dziennym - lecz tą dodatkową przestrzenią łaskawie ofiarowaną Półczłowiekowi. Wielki Władca udzielał napomnień nie tylko ludziom ale również Myrddraalom. To wyższe sklepienie było więc wskazówką godną zapamiętania.

Tunel znienacka zmienił się w szeroki występ, z którego roztaczał się widok na jezioro stopionego kamienia, czerwieni skłębionej z czernią, gdzie po powierzchni tańczyły płomienie wysokości człowieka, tańczyły, umierały i na nowo powstawały. Nie było tam dachu, tylko wielki otwór na przestrzał całej góry, ziejący ku niebu, które nie było niebem Thakan'dar. W porównaniu z nim niebo Thakan'dar wyglądało normalnie, z jego dzikimi strzępiastymi chmurami mknącymi tak chyżo, jakby napędzały je najszybsze wiatry świata. To miejsce ludzie nazwali Szczeliną Zagłady, mało kto jednak wiedział, jak trafna to była nazwa. Demandred tyle już razy odwiedzał to miejsce - pierwszą wizytę złożył przed ponad trzema tysiącami lat - a mimo to wciąż czuł przepełniającą go grozę. Tutaj zdawało mu się czuć niemalże namacalną bliskość Szybu, otworu wybitego, jakże dawno już temu, do tego miejsca, w którym od momentu Stworzenia więziono Wielkiego Władcę. Tutaj nurzał się we wrażeniu obecności Wielkiego Władcy. Tak naprawdę, to miejsce wcale nie znajdowało się bliżej Szybu niźli jakiekolwiek inne na świecie, niemniej jednak był on tu znacznie lepiej wyczuwalny, a to za sprawą rozluźnienia Wzoru. Demandred omal się nie uśmiechnął, miał na to ochotę jak nigdy dotąd w życiu. Jakimiż to głupcami są ci, którzy sprzeciwiają się Wielkiemu Władcy! To prawda, Szyb jest nadal zablokowany, znacznie jednak luźniej niż wtedy, gdy Demandred przebudził się z długiego snu i wyrwał na wolność z własnego, tamże umieszczonego więzienia. Zablokowany, a mimo to coraz szerszy. Wciąż jeszcze nie tak, jak

wtedy, gdy wraz ze swymi towarzyszami został doń zapędzony pod koniec Wojny o Moc; jednak od czasu przebudzenia, przy każdej kolejnej wizycie stawał się wyraźnie bardziej przestronny. Już niedługo blok przestanie istnieć i Wielki Władca Ciemności na powrót zagarnie świat. Już niedługo nastanie Dzień Powrotu. A wtedy on przejmie władzę nad światem i będzie ją sprawował po wsze czasy. Pod Wielkim Władcą Ciemności, ma się rozumieć. I oczywiście razem z innymi Wybranymi, przynajmniej tymi, którzy pozostaną przy życiu. - Możesz już odejść, Półczłowieku. - Nie chciał, by ten stwór zauważył narastającą w nim ekstazę. Ekstazę i ból. Shaidar Haran nie drgnął nawet. Demandred otworzył usta... i wtedy pod jego czaszką eks- plodował głos. - DEMANDREDZIE! Nazywać to głosem, to jak określić górę mianem kamyczka. Omal nie starł na proch myśli tłukących się po głowie, samej jaźni; przepełnił go uniesieniem. Demandred osunął się bezwładnie na kolana. Myrddraal stał i obserwował go obojętnie. Głos wypełniający najgłębsze zakamarki jestestwa Demandreda sprawiał, że tylko niewielką cząstką swej istoty w ogóle uświadamiał sobie obecność tamtego. - DEMANDREDZIE. CO SŁYCHAĆ NA TYM ŚWIECIE? Nigdy nie zdawał sobie do końca sprawy, ile Wielki Władca wie o rzeczach świata. Ignorancją zaskakiwał go w równym stopniu, co

przenikliwością. Nie miał jednak wątpliwości, o czym Wielki Władca chce usłyszeć teraz. - Rahvin zginął, Wielki Władco. Wczoraj. - Ból. Euforia często szybko przeradzała się w ból. Dostał skurczy w nogach i rękach. Pocił się już. - Lanfear zniknęła bez śladu, podobnie Asmodean. A Graendal twierdzi, że Moghedien nie stawiła się na umówione spotkanie. To wszystko stało się wczoraj, Wielki Władco. Nie wierzę w zbiegi okoliczności. - LICZBA WYBRANYCH ZMNIEJSZA SIĘ, DEMAN- DREDZIE. SŁABI ODPADAJĄ. TEN, KTO MNIE ZDRADZI, UMRZE ŚMIERCIĄ OSTATECZNĄ. ASMODEAN SPACZONY PRZEZ WŁASNĄ SŁABOŚĆ. RAHVIN ZABITY PRZEZ WŁASNĄ PYCHĘ. SŁUŻYŁ JAK NALEŻY, ALE NAWET JA NIE MOGŁEM GO URATOWAĆ PRZED OGNIEM STOSU. NAWET JA NIE MOGĘ OPUŚCIĆ CZASU. Przez chwilę straszliwy gniew przepełniał ten wszechwładny głos, gniew, a także... czy mogła to być rozpacz? Trwało to jednak tylko krótką chwilę. - SPRAWCĄ TEGO WSZYSTKIEGO JEST MÓJ OD- WIECZNY WRÓG, TEN, KTÓRY ZWIE SIĘ SMOKIEM. CZY UWOLNISZ OGIEŃ STOSU W MOIM IMIENIU, DE- MANDREDZIE? Demandred zawahał się. Po skroni spływała mu strużka potu, zdawała się tak toczyć już od godziny. Podczas Wojny o Moc był taki rok, kiedy obie strony do woli wykorzystywały ogień stosu. Obie

przekonały się na własnej skórze, jakie są konsekwencje. Bez żadnej ugody czy zawieszenia broni nigdy nie doszło do żadnego zawieszenia broni, podobnie jak nikomu nigdy nie darowano życia - obie strony najzwyczajniej przestały go stosować. Tamtego roku od ognia stosu wyginęły całe miasta, z Wzoru wypaliły się setki tysięcy wątków; mało co, a sama rzeczywistość byłaby się spruła, świat i wszechświat omal nie wyparowały niczym mgła. Gdyby znowu doszło do uwolnienia ognia stosu, a nuż zabrakłoby świata, którym przecież miał władać? Jeszcze jedna rzecz dotknęła go boleśnie. Wielki Władca wiedział już, że Rahvin zginął. Najwyraźniej również lepiej zdawał sobie sprawę z kolei losów Asmodeana. - Jak rozkażesz, Wielki Władco, tak się też i stanie. Jego mięśniami targały drgawki, ale mówił głosem pewnym i niewzruszonym. Od zetknięcia z rozpalonym kamiennym podłożem kolana miał już pokryte pęcherzami, ale jego ciało równie dobrze mogło teraz należeć do jakiejś innej osoby. - OKAŻ ZATEM POSŁUSZEŃSTWO. - Wielki Władco, Smoka da się zniszczyć. - Martwy człowiek nie mógł władać ogniem stosu i może wówczas Wielki Władca nie będzie już widział takiej potrzeby. - On niczego nie wie, jest słaby, rozprasza swą uwagę, kierując ją jednocześnie na kilkanaście spraw. Rahvin był próżnym głupcem. Ja... - CZY CHCIAŁBYŚ ZOSTAĆ NAE'BLIS?

Demandred poczuł, jak drętwieje mu język. Nae'blis. Ten, który stanie zaledwie stopień niżej u tronu Wielkiego Władcy i będzie rozkazywał innym. - Chcę ci tylko służyć, Wielki Władco, jak tylko mogę. - Nae'blis. - SŁUCHAJ ZATEM I SŁUŻ. USŁYSZ, KTO UMRZE, A KTO BĘDZIE ŻYŁ. Demandred krzyknął przeraźliwie, gdy brzmienie słów runęło na niego niczym lawina. Zalał się łzami radości. Myrddraal przyglądał mu się, żadnym ruchem nie zdradzając swych myśli. - Przestańcie się wiercić! - Nynaeve gniewnym ruchem przerzuciła warkocz na plecy. - Nic z tego nie wyjdzie, jeśli nie skończycie z tymi podrygami. Zupełnie jak dzieci, kiedy coś je swędzi. Żadna z kobiet siedzących po drugiej stronie rozchybotanego stołu nie wyglądała na starszą, mimo iż miały po dwadzieścia z okładem więcej lat niż ona, i żadna wcale się nie wierciła, jednak przez ten upał Nynaeve zaczynała już wychodzić z siebie. W tej niewielkiej, pozbawionej okien izbie niemal brakowało już powietrza. Ona cała ociekała potem, a tymczasem te dwie były świeże, jakby w pomieszczeniu panował miły chłód. Leane, ubrana w suknię z Arad Doman, uszytą z o wiele za cienkiego, niebieskiego jedwabiu, nieznacznie wzruszyła ramionami; wysoka kobieta o miedzianej karnacji najwyraźniej dysponowała nieskończonymi zapasami

cierpliwości. Natomiast Siuan, o jasnej cerze i krzepkiej budowie, chyba całkiem była jej pozbawiona. Siuan mruknęła coś niewyraźnie i z irytacją poprawiła fałdy sukni; przeważnie nosiła się dość pospolicie, tego ranka wszakże przywdziała cienki żółty len z taireniańskim haftem przy dekolcie, któremu niewiele brakowało do miana zbyt głębokiego. Niebieskie oczy były zimne jak woda w bardzo, bardzo głębokiej studni. To znaczy, porównanie to byłoby trafne, gdyby ta pogoda nie oszalała. Suknie Amyrlin mogła zmieniać, ale nie potrafiłaby tego zrobić z wyrazem oczu. - Tak czy siak, nic z tego nie wyjdzie - warknęła. Nie zmieniła też stylu wyrażania się. - Nie łata się kadłuba, jeśli spłonęła cała łódź. Dlatego jest to strata czasu, no ale skoro już obiecałam, to w takim razie weźmy się do rzeczy. Leane i mnie czeka jeszcze robota. Obie kierowały siatkami szpiegowskimi, pracującymi dla Aes Sedai zgromadzonych tu, w Salidarze, zawiadując poczynaniami agentów, którzy nadsyłali raporty, donoszące o faktach, a także i plotkach z całego świata. Żeby odzyskać panowanie nad sobą, Nynaeve zaczęła wygładzać spódnice. Suknię miała ze zwykłej białej wełny, z siedmioma barwnymi paskami przy rąbku, oznaczającymi poszczególne Ajah. Suknia Przyjętej. Trudno jej było sobie wyobrazić, co innego mogłoby ją mocniej zezłościć. O wiele bardziej wolałaby ten zielony jedwab, który musiała schować na dnie skrzyni. Była wprawdzie gotowa przyznać, przed sobą przynajmniej, że nabyła upodobania do pięknych strojów,

ale tę suknię wybrałaby wyłącznie dla wygody - była cienka i lekka - a wcale nie dlatego, że zieleń należała do ulubionych kolorów Lana. Wcale nie. Jałowe marzenia najgorszego rodzaju. Przyjęta, która włożyłaby coś innego prócz bieli ozdobionej różnokolorowymi paskami, rychło dowiedziałaby się, że bardzo, ale to bardzo dużo brakuje jej jeszcze do pełnej Aes Sedai. Jedną stanowczą decyzją przepędziła te myśli z głowy. Nie znalazła się w tym miejscu po to, by deliberować nad fatałaszkami. Błękit też lubi. Dosyć! Posługując się Jedyną Mocą, zaczęła delikatnie sondować, najpierw Siuan, potem Leane. Poniekąd to nie ona przenosiła. Nie potrafiła przenieść nawet strzępka, jeśli nie była dostatecznie rozwścieczona; teraz nie czuła nawet Prawdziwego Źródła. A mimo to rezultat był taki sam. Cienkie włókienka saidara, żeńskiej połowy Prawdziwego Źródła, przeciekały przez obie kobiety jak przez sito. Ale to nie ona tkała te sploty. Na lewym nadgarstku Nynaeve nosiła cienką bransoletę wykonaną z prostych srebrnych detali. Przeważnie srebrnych, przy czym srebro pochodziło ze specjalnego źródła, niczego to jednak ostatecznie nie zmieniało. Była to jedyna ozdoba, jaką nosiła, wyjąwszy pierścień z Wielkim Wężem - Przyjętym stanowczo odradzano obwieszanie się zbyt dużymi ilościami biżuterii. Identycznej roboty naszyjnik opinał szyję czwartej kobiety, która siedziała na zydlu pod niestarannie otynkowaną ścianą, z dłońmi splecionymi na podołku. Odziana w przaśną, wieśniaczą wełnę brunatnej barwy, miała pospolitą, zniszczoną twarz, na której nie znać było choć kropelki potu. Nie

poruszała ani jednym mięśniem, ale ciemne oczy rejestrowały wszystko. Otaczała ją łuna saidara, widoczna jedynie dla Nynaeve, która modelowała przenoszoną Moc. Bransoleta i naszyjnik tworzyły między nimi więź, niemalże identycznej natury, jak ta, która powstawała wówczas, gdy Aes Sedai dokonywały połączenia, by wzmóc swe siły. Opierało się to na jakichś “absolutnie identycznych matrycach”, według Elayne, ale dalsze jej wyjaśnienia były już całkiem niezrozumiałe. Zdaniem Nynaeve, sama Elayne też tylko udawała, że to rozumie; a naprawdę nie rozumiała nawet połowy. Sama nie pojmowała nic prócz tego, że czuje wszystkie emocje drugiej kobiety, że czuje ją samą, upchniętą do jakiegoś zakamarka umysłu; wiedziała też, że ma kontrolę nad panowaniem tamtej nad saidarem. Czasami zdawało jej się jednak, że byłoby lepiej, gdyby siedząca na zydlu kobieta umarła. - Tam jest coś rozdartego albo uciętego - mruknęła Nynaeve, machinalnie ocierając pot z twarzy. Było to tylko niejasne wrażenie, ledwie obecne, ale z kolei po raz pierwszy wyczuła coś więcej niż pustkę. Może zresztą dopomogła jej w tym wyobraźnia, a także rozpaczliwe pragnienie znalezienia czegoś, czegokolwiek. - Odcięcie - wyjaśniła siedząca na zydlu. - Tak to się właśnie nazywa, to, co wy nazywacie ujarzmianiem w przypadku kobiet i poskramianiem w przypadku mężczyzn. Trzy głowy obróciły się gwałtownie w jej stronę; trzy pary oczu rozjarzyły się z furią. Siuan i Leane były Aes Sedai, zanim je ujarzmiono podczas zamachu stanu w Białej Wieży, w wyniku którego na Tronie Amyrlin zasiadła Elaida. Ujarzmione. Słowo, które

przyprawiało o dreszcz. Bezpowrotnie pozbawione zdolności przenoszenia. Na zawsze jednak obarczone pamięcią i wiedzą o tym, co utraciły. Na zawsze zdolne wyczuwać Prawdziwe Źródło i skazane na świadomość, że już go nigdy nie dotkną. Ujarzmienia nie dawało się Uzdrowić, podobnie jak śmierci. Tak myślała każda z Aes Sedai, ale zdaniem Nynaeve, prócz oczywiście śmierci, Jedyną Mocą dawało się Uzdrowić wszystko. - Gadaj, pod warunkiem, że do powiedzenia masz coś sensownego, Marigan - zganiła kobietę ostrym tonem. Jeśli nie, to zamilcz. Marigan skuliła się pod ścianą, zalśniło spojrzenie jej oczu wbite w Nynaeve. Przez bransoletę przelewały się fale strachu i nienawiści, ale to akurat nie było nic nowego; w mniejszym lub większym natężeniu czuło się je przez cały czas. Pojmani do niewoli rzadko kiedy kochają tych, którzy ich pojmali, nawet wtedy - a może zwłaszcza wtedy - kiedy do nich dotrze, że zasłużyli sobie na gorszy nawet los. Cały problem polegał na tym, że również Marigan twierdziła, że odcięcia ujarzmienia - nie dawało się Uzdrowić. Zapewniała wpraw- dzie, że w Wieku Legend dawało się Uzdrowić wszystko prócz śmierci, zaś to, co Żółte Ajah nazywały obecnie Uzdrawianiem, daje się porównać co najwyżej z zabiegiem, jaki podówczas wykonywano pospiesznie w ogniu bitwy. Ale jak się ją przycisnęło do muru, by podała jakieś szczegóły czy chociaż wskazówki odnośnie do stosowanych wówczas metod, to ze zdziwieniem można się było przekonać, że tamta w istocie nic nie wie. Marigan tyle się znała na

Uzdrawianiu, co Nynaeve na kowalstwie, odnośnie do którego wiedziała, że polega na wkładaniu metalu do rozżarzonych węgli i waleniu weń młotkiem. Taka wiedza z pewnością nie mogła wystarczyć do wykonania podkowy. A w przypadku Uzdrawiania zapewne nie podołałaby niczemu więcej niż zwykłemu stłuczeniu. Wykręciwszy się w krześle, Nynaeve przyjrzała się badawczo Siuan i Leane. Tyle zmarnowanych dni; korzystała z każdej chwili, kiedy tylko mogła oderwać je od ich pracy, a jak dotąd nie dowiedziała się absolutnie niczego. Zauważyła nagle, że obraca bransoletę na przegubie dłoni. Niezależnie od korzyści, jakie dawał przyrząd, nie cierpiała łączyć się z tą kobietą. Tak intymny kontakt sprawiał, że cierpła jej skóra. “Może przynajmniej jednak czegoś się dowiem” - pomyślała. - “A poza tym nie grozi mi większe fiasko niźli w przypadku wszystkich poprzednich prób”. Ostrożnie odpięła bransoletę. - żeby to zrobić, trzeba było wiedzieć, gdzie jest zapinka - i wręczyła ją Siuan. - Włóż ją. - Poczuła gorzki smak, jak zawsze, gdy przerywała kontakt z Mocą, ale to trzeba było zrobić. Za to spokój, jaki nastąpił po przewalających się falach emocji, przypominał efekt wywierany przez kąpiel w czystym strumieniu. Marigan, jak zahipnotyzowana, wodziła wzrokiem za kawałkiem srebra. - Po co? - spytała ostrym tonem Siuan. - Sama twierdziłaś, że ten przedmiot działa jedynie... - Po prostu ją włóż, Siuan.

Siuan przez chwilę wpatrywała się w nią nieustępliwie - Światłości, ależ ta kobieta potrafiła być uparta! - zanim zapięła bransoletę na nadgarstku. Na jej twarzy natychmiast odmalowało się zdziwienie, po chwili spojrzała z ukosa na Marigan. - Ona nas nienawidzi, ale to żadna niespodzianka. Czuję jeszcze strach i... szok. Na twarzy ani śladu, ale jest wstrząśnięta do szpiku kości. Też chyba nie wierzyła, że i ja mogę się posłużyć bransoletą. Marigan poruszyła się niespokojnie. Dotychczas tylko dwie z tych, które wiedziały, kim ona jest, posługiwały się bransoletą. Jeżeli ich liczba wzrośnie, mogą zacząć się pytania. Pozornie wyglądało, jakby w pełni współpracowała, ale ile tak naprawdę ukrywała? W przekonaniu Nynaeve tyle, ile tylko była zdolna. Siuan westchnęła i pokręciła głową. - Bo też rzeczywiście nie mogę. Powinnam dotknąć Źródła za jej pośrednictwem, nieprawdaż? A niestety nie mogę. Prędzej chrząkacz wspiąłby się na drzewo. Zostałam ujarzmiona, koniec i kropka. Jak się to zdejmuje? - Zaczęła majstrować przy bransolecie. - Jak się to, do cholery, zdejmuje? Nynaeve delikatnie nakryła dłonią dłoń Siuan szarpiącą bransoletę. - Nie rozumiesz? Bransoleta, podobnie jak naszyjnik, nie będzie działać w przypadku kobiety, która nie potrafi przenosić. Nie byłaby niczym innym, jak zwykłą ozdobą, gdybym ubrała w nią którąś z kucharek.

- Kucharki kucharkami - odparła beznamiętnym głosem Siuan - a ja już nie potrafię przenosić. Zostałam ujarzmiona. - Ale w tobie jest coś, co da się Uzdrowić - upierała się Nynaeve - bo inaczej nie czułabym nic przez bransoletę. Siuan wyswobodziła dłoń i podsunęła nadgarstek. - Zdejmij to. Nynaeve usłuchała, kręcąc głową. Siuan potrafiła czasami być uparta, zupełnie jak mężczyzna! Wyciągnęła bransoletę w stronę Leane, która skwapliwie podała swój nadgarstek. Leane udawała, zresztą podobnie jak Siuan, pełnię optymizmu mimo ujarzmienia, ale nie zawsze z równym powodzeniem. Przypuszczano, że ujarzmiona kobieta tylko wtedy zdolna będzie się utrzymać przy życiu, jeśli znajdzie sobie w nim jakiś nowy cel, który pomoże wypełnić lukę powstałą po Jedynej Mocy. W przypadku Siuan i Leane taką rolę zapewne odgrywała walka z Białą Wieżą, organizacja siatek szpiegowskich i, co najważniejsze, działanie na rzecz tego, by Aes Sedai, zgromadzone tu, w Salidarze, uznały Randa al'Thora jako Smoka Odrodzonego. Wszystko to robiły w taki sposób, by pozostałe Aes Sedai nie zorientowały się, do czego one zmierzają. Pytanie jednak, czy to mogło wystarczyć. Gorycz w twarzy Siuan i zachwyt rozbłyskujący na obliczu Leane, w momencie kiedy bransoleta zatrzasnęła się z hałasem, raczej skłaniały do wniosku, że być może niczego nigdy nie będzie dosyć. - O tak! - Leane miała zwyczaj wypowiadać się szybkimi, urywanymi frazami. Z wyjątkiem rozmów z mężczyznami, w każdym

razie; ostatecznie pochodziła przecież z Arad Doman, zaś ostatnimi czasy konsekwentnie chyba nadrabiała czas stracony w Wieży. - Rzeczywiście jest oszołomiona. Ale już odzyskuje panowanie nad sobą. - Przez kilka chwil siedziała w milczeniu, przyglądając się kobiecie przycupniętej na zydlu. Marigan odpowiedziała jej czujnym spojrzeniem. W końcu Leane wzruszyła ramionami. - Ja też nie jestem w stanie dotknąć Źródła. A poza tym starałam się, by ona odniosła wrażenie, jakoby pchła ukąsiła ją w łydkę. Zdradziłaby się w jakiś sposób, gdyby mi się udało. Na tym właśnie polegała druga sztuczka, której można było dokonać z pomocą bransolety - sprawić mianowicie, że druga kobieta odbierała wrażenia cielesne. Tylko wrażenia albowiem ich iluzoryczna przyczyna nie zostawiała ani śladu prawdziwych obrażeń - a jednak już samo wrażenie, że słyszy świst szpicruty, wystarczało, by przekonać Marigan, że najlepiej zrobi, współpracując. Alternatywą zresztą był natychmiastowy proces, a zaraz po nim egzekucja. Mimo porażki Leane przypatrywała się uważnie, jak Nynaeve zdejmuje bransoletę i ponownie zapina ją na własnym przegubie. Przynajmniej ona chyba nie porzuciła do końca nadziei, że któregoś dnia będzie znowu przenosić. Odzyskanie Mocy było dla nich zapewne czymś cudownym. Nie tak wspaniałym, bez wątpienia, jak czerpanie prosto z samego .saidara, jak napełnianie się nim, ale nawet dotknięcie Źródła za pośrednictwem drugiej kobiety musiało wywoływać wrażenie takie, jakby w żyłach popłynęła podwójna porcja sił żywotnych. Kiedy się miało w sobie

saidara, to chciało się śmiać i tańczyć z czystej radości. Przypuszczała, że któregoś dnia przyzwyczai się do tego; taki był warunek stania się pełną Aes Sedai. Łączenie się z Marigan stanowiło niewygórowaną cenę, gdy rzucić to właśnie na drugą szalę. - Teraz, kiedy już wiemy, że istnieje jakaś szansa powiedziała - myślę... Drzwi otworzyły się z rozmachem i Nynaeve odruchowo poderwała się na równe nogi. Ani przez chwilę nie pomyślała, by użyć Mocy; krzyknęłaby przeraźliwie, gdyby gardło nie zacisnęło jej się kurczowo. Nie ona jedna zresztą, choć ledwie była zdolna zauważyć, jak Siuan i Leane podskakują na swoich miejscach. Strach przelewający się kaskadą przez bransoletę stanowił jakby echo jej strachu. Młoda kobieta, która zamknęła za sobą drzwi z nie heblowanego drewna, nie zwróciła uwagi na spowodowaną przez siebie panikę. Wysoka i szczupła, w białej sukni Przyjętej, ze złotymi lokami opadającymi na ramiona, sprawiała wrażenie gotowej zionąć ogniem z wściekłości. Twarz miała wykrzywioną złością, lecz mimo to grymas w niczym nie umniejszał jej urody; Elayne jakoś się to zawsze udawało. - Wiecie, co one chcą zrobić? Ślą misję poselską do... do Caemlyn! I nie pozwalają, żebym ja się z nią zabrała! Sheriam zabroniła mi więcej o tym wspominać! Zabroniła mi w ogóle o tym mówić! - Czy ty się nigdy nie nauczysz pukać, Elayne? - Nynaeve postawiła przewrócone krzesło i z powrotem usiadła. Czy raczej osunęła się: nagła ulga sprawiła, że zmiękły jej kolana. - Przestraszyłam

się, myślałam, że to Sheriam. Na samą myśl, że wszystko mogłoby się wydać, czuła, jak zamiera jej serce. Elayne, co należało jej oddać, zaczerwieniła się i natychmiast przeprosiła. Ale zaraz wszystko zepsuła, dodając: - Kiedy ja w ogóle nie rozumiem, dlaczego tak się spłoszyłaś. Birgitte nadal czuwa na zewnątrz i wiesz, że ostrzegłaby cię, gdyby szedł ktoś inny. Nynaeve, one muszą mnie puścić. - Wcale nie muszą robić nic takiego - odburknęła Siuan. Ona i Leane też zdążyły już usiąść. Siuan siedziała jak zwykle prosto, ale Leane opadła bezwładnie w krześle, zapewne nie była w lepszym stanie niż Nynaeve. Marigan opierała się o ścianę, ciężko oddychając, z zamkniętymi oczyma i dłońmi wpitymi w tynk. Przez bransoletę przepływały na przemian gwałtowne porywy ulgi i śmiertelnego strachu. - Ale przecież... Siuan nie pozwoliła jej wypowiedzieć następnego słowa. - Uważasz, że Sheriam albo któraś z pozostałych pozwolą, by Dziedziczka Tronu Andoru wpadła w ręce Smoka Odrodzonego? Twoja matka nie żyje, więc... - Nie wierzę w to! - warknęła Elayne. - Ty nie wierzysz, że zabił ją Rand - ciągnęła bezlitośnie Siuan - a to co innego. Ja też w to nie wierzę. Ale gdyby Morgase żyła, wówczas publicznie uznałaby go za Smoka Odrodzonego. Względnie zorganizowałaby ruch oporu, gdyby wbrew oczywistym świadectwom uważała jednak, że jest fałszywym Smokiem. Żadna z moich agentek

nie słyszała pogłosek ani o jednym, ani o drugim. Nie tylko w Andorze, ale również tutaj, w Altarze, jak również w Murandy. - A właśnie, że coś słyszeli - wtrąciła Elayne. - Na zachodzie wybuchła rebelia. - Przeciwko Morgase. Przeciwko, powtarzam. I to nie są żadne pogłoski. - Głos Siuan był bezbarwny, pozbawiony emocji. - Twoja matka nie żyje, dziewczyno. Lepiej pogódź się z tym wreszcie, opłacz ją raz na zawsze i koniec. Elayne, zgodnie ze swoim irytującym wszystkich zwyczajem, zadarła podbródek, stając się istnym wcieleniem lodowatej arogancji. Z jakiegoś niewiadomego powodu nawet tak wyglądając, zdawała się ponętna w oczach większości mężczyzn. - Stale biadolisz, że tyle ci czasu zajmuje nawiązanie kontaktu ze wszystkimi agentami... - zauważyła chłodno ale mnie nie interesuje, czyś usłyszała wszystko, co należało usłyszeć. Niezależnie od tego, czy matka żyje czy nie, moje miejsce jest teraz w Caemlyn. Jestem Dziedziczką Tronu. Nynaeve aż podskoczyła, usłyszawszy głośne parsknięcie Siuan. - Dostatecznie długo byłaś Przyjętą, żeby mieć więcej oleju w głowie. Od tysiąca lat nie słyszano, by pojawiła się kobieta o takich możliwościach, jakimi dysponowała Elayne. Może nie były one aż tak wielkie jak u Nynaeve, pod warunkiem, że ta wreszcie nauczy się przenosić siłą własnej woli, ale wciąż było tego dość, by każdej Aes Sedai zaświeciły się oczy. Elayne zmarszczyła nos - wiedziała

znakomicie, że gdyby już teraz zasiadła na Lwim Tronie, to wówczas Aes Sedai skłoniłyby ją do zarzucenia nauk, prośbą w miarę możliwości, albo wpychając ją do beczki, gdyby było to konieczne - po czym otworzyła usta, ale Siuan na moment nie przerwała. - To prawda, nie będą miały nic przeciwko, żebyś to ty, prędzej czy później, zasiadła na tronie. Od dawna już nie zasiadała na nim królowa, która byłaby jednocześnie jawną Aes Sedai. Ale nie wypuszczą cię z rąk, dopóki nie zostaniesz pełną siostrą, a nawet wtedy, jako że jesteś Dziedziczką Tronu oraz że niebawem będziesz miała zostać królową, nie pozwolą ci się zbliżyć do przeklętego Smoka Odrodzonego, dopóki nie upewnią się, do jakiego stopnia mogą mu zaufać. Zwłaszcza teraz, kiedy zarządził tę swoją... amnestię. - Przy wymawianiu tego słowa wydęła z niesmakiem usta, zaś Leane skrzywiła się. Nynaeve też poczuła jakiś gorzki smak na języku. Wychowano ją w strachu przed mężczyznami, którzy potrafili przenosić, mężczyznami nieuchronnie skazanymi na obłęd, mężczyznami, którzy potrafili sterroryzować całe swoje otoczenie, zanim wreszcie zabiła ich w straszliwy sposób skażona przez Cień męska połowa Źródła. Niemniej jednak, Rand, którego znała ostatecznie od dzieciństwa, był Smokiem Odrodzonym. Jego przyjście na świat stanowiło znak, że nadchodzi Ostateczna Bitwa, podczas której będzie uczestniczył w pojedynku z Czarnym. Smok Odrodzony - jedyna nadzieja ludzkości, ale jednocześnie mężczyzna, który potrafił przenosić. Co gorsza, donoszono, że próbuje zebrać wokół siebie więcej takich jak on. Rzecz

jasna nie mogło ich być wielu. Aes Sedai polowały na takich - Czerwone Ajah zajmowały się mało czym innym ponadto - z raportów wynikało, że było ich coraz mniej, znacznie mniej niż w przeszłości. Elayne nie zamierzała jednak zrezygnować. Jedna rzecz w niej była godna podziwu; nie poddałaby się nawet wtedy, gdyby jej głowa spoczywała na pniaku i właśnie opadał topór. Stała tam z zadartym podbródkiem, butnie odwzajemniając spojrzenie Siuan, co nawet samej Nynaeve niekiedy przychodziło z pewnym trudem. - Istnieją dwa oczywiste powody, dla których powinnam jechać. Po pierwsze, niezależnie od tego, co się stało z moją matką, w każdym razie zaginęła, a ja - jako Dziedziczka Tronu - mogę uspokoić ludzi i zapewnić ich, że sukcesja pozostała nie naruszona. Po drugie, ja akurat mogę zbliżyć się do Randa. On mi ufa. Byłabym o niebo lepszą kandydatką niż jakakolwiek inna osoba wybrana przez Komnatę. Przebywające w Salidarze Aes Sedai wybrały już własną Komnatę Wieży, Komnatę Na Wygnaniu. Jej członkinie rzekomo obradowały nad wyborem nowej Zasiadającej na Tronie Amyrlin, prawowitej Amyrlin, która podważyłaby roszczenia Elaidy do tytułu i władzy nad Wieżą, ale Nynaeve raczej nie dostrzegła żadnych widomych oznak, by istotnie oddawały się temu zajęciu. - Jakże szlachetnie z twojej strony, że tak się poświęcasz, dziecko - odrzekła sucho Leane. Wyraz twarzy Elayne nie uległ zmianie, ale poczerwieniała ze wściekłości. Nynaeve nie wątpiła, iż pierwszą rzeczą, jaką Elayne zrobi w Caemlyn, o czym mało kto poza tą izbą wiedział, a już z pewnością żadna Aes Sedai, będzie dopadnięcie Randa