uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 541 715
  • Obserwuję697
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań849 268

Robert Muchamore - Agenci Hendersona 03 - Sekretna armia

Dodano: 6 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 6 lata temu
Rozmiar :1.0 MB
Rozszerzenie:pdf

Robert Muchamore - Agenci Hendersona 03 - Sekretna armia.pdf

uzavrano EBooki R Robert Muchamore
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 6 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 89 osób, 66 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 253 stron)

Tytuł oryginalny serii: Henderson's Boys Tytuł oryginału: Secret Army Copyright © 2009 Robert Muchamore Map copyright O 2010 David McDougall First published in Great Britain in 2010 by Hodder Children's Books www.seriacherub.pl www.agencihendersona.pl www.cherubcampus.com © for the Polish edition by Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2011 Redakcja: Agnieszka Trzeszkowska Korekta: Anna Sidorek Projekt typograficzny i łamanie: Mariusz Brusiewicz Koordynacja produkcji: Jolanta Powierza Wydawca prowadzący: Maria Deskur Wydanie pierwsze, Warszawa 2011 Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o. ul. Dzielna 60, 01-029 Warszawa teł. 22 838 41 00 www.egmont.pl/ksiazki ISBN 978-83-237-7545-4 Druk: Zakład Graficzny COLONEL, Kraków Robert Muchamore SEKRETNA ARMIA Tłumaczenie Krzysztof Uliszewski EGMONT EUROPA, STYCZEŃ 1941 a MOSKWA RZEKA MORZE OKUPACJA NIEMIECKA SOJUSZNICY NIEMIEC PAŃSTWA NEUTRALNE

WIELKA BRYTANIA WRAZ Z KOLONIAMI EUROPA, STYCZEŃ 1941 Na początku 1941 roku nazistowskie Niemcy panowały już w całej Europie Zachodniej. Trwało oblężenie Wielkiej Brytanii. Bombowce atakowały miasta z powietrza, zrzucając tysiące ton bomb, a stada U-Bootów polowały na statki handlowe zaopatrujące Wyspy Brytyjskie w podstawowe towary. Rok wcześniej brytyjski premier Winston Churchill rozkazał „podpalić Europę". Miało w tym pomóc Kierownictwo Operacji Specjalnych (SOE*), tajna agencja rządowa, której zadaniem było zbieranie informacji wywiadowczych i planowanie akcji sabotażowych w okupowanej Europie. Oprócz dużej kwatery głównej na Baker Street w Londynie SOE utworzyło wiele tajnych obozów szkoleniowych na terenie całego kraju. Najbardziej kontrowersyjny z nich usytuowano na skraju poligonu artyleryjskiego głęboko na angielskiej prowincji. Była to siedziba Jednostki Szpiegow-sko-Badawczej B, którą dowodził Charles Henderson. Wcześniej Henderson pracował w okupowanej przez nazistów Francji. By wykonać jedną z istotnych misji, wziął do pomocy czwórkę nastolatków i doszedł do wniosku, że dzieci są niezwykle cennym elementem podczas prowadzenia ściśle tajnych operacji, gdyż nie znajdują się w kręgu podejrzeń dorosłych. * SOE (ang.) - Special Operations Executive (przyp. tłum.). 1 W skład pierwszego zespołu Hendersona wchodził Marc Kilgour, dwunastolatek z francuskiego sierocińca, również dwunastoletni Paul Clarke, jego trzynastoletnia siostra Rosie i piętnastoletni uciekinier z Ameryki, P.T. Bivott. Henderson, powróciwszy do Wielkiej Brytanii, trafił do SOE, gdzie rozpoczął proces rekrutacji kolejnych chłopców do tajnych operacji we Francji. ROZDZIAŁ PIERWSZY - Zostańcie przy łóżkach! - wrzasnął Evan Williams. -Światła mają być zgaszone za siedem minut! Williams był niewysokim Walijczykiem o krzaczastych, zrośniętych brwiach, które

układały się w jedną linię. W podlegającym mu skrzydle budynku mieszkało dwudziestu czterech chłopców. Biegając boso po zimnym linoleum, chowali szczoteczki do zębów w podręcznych schowkach i wieszali ręczniki na kaloryferach. Dopiero wtedy każdy z nich stawał u wezgłowia metalowego łóżka, gotowy do inspekcji. Każde łóżko było idealnie zasłane. Wszystkie prywatne przedmioty musiały być poukładane w podręcznym schowku, a ciężkie buty i tenisówki starannie wyczyszczone i równiutko ustawione na tymże schowku. - Uwaga! Wszyscy chłopcy stanęli w pozycji na baczność. Kostki razem, oczy wpatrzone w przeciwległą ścianę, plecy proste jak struna. Williams wolałby, żeby chłopcy mieli jednakowe piżamy, ale z garderobą było krucho i każdy nowo przybyły zakładał to, co ze sobą przywiózł. - Nieźle - mruknął Williams, mijając pierwsze dwa stojące obok siebie łóżka. Przy kolejnym posłaniu zatrzymał się i włożył rękę pod materac, po czym poskrobał dwoma palcami zardzewiałą ramę łóżka pod spodem. - Na litość boską! - warknął. 11 Jego krzaczaste brwi strzeliły w górę, gdy podetknął pokryty rdzą palec pod nos trzynastoletniego chłopca o kręconych brązowych włosach i głęboko osadzonych oczach. Troy LeConte wiedział, że Williams go podpuszcza. Łóżka były stare i gdy ktoś chciał wygrzebać spod nich trochę rdzy, wystarczyło, że włożył rękę pod którekolwiek. W ten sposób Williams udowadniał im, że może przyczepić się do wszystkiego. Nawet jeśli przestrzegali wszystkich jego reguł. - No i co, LeConte? - zapytał Williams. - Mowę ci odjęło? Co to ma być? Troy nie znał angielskiego określenia na rdzę. Wiedział jednak, że szybka odpowiedź jest o wiele lepsza niż żadna. - To pański palec, sir! - powiedział z silnym francuskim akcentem. Ta odpowiedź wywołała wśród chłopców falę ostrożnego śmiechu. Williams jednak wyglądał na zirytowanego. - Wiem, że to mój palec, durny żabojadzie! - warknął. - Pytam cię, co jest na

moim palcu? Troy bezwiednie zrobił zeza, gdy Williams postukał pulchnym paluchem w czubek jego nosa. - Nie znam tego słowa - wyjaśnił chłopiec. - Ty mały kretynie! - wrzasnął Williams i chwycił go za kołnierz piżamy, po czym przyciągnąwszy do siebie, trzep-nął ręką w głowę. - Zimny prysznic! O piątej rano! - warknął, zanim go puścił, i przeszedł do następnego łóżka. Troy potarł głowę i stanął na baczność. Nienawidził Wil-liamsa. Widział jednak, jak wielu innych chłopaków doświadczało o wiele gorszych rzeczy podczas inspekcji. Odwrócił lekko głowę, tylko tyle, na ile mógł sobie pozwolić, by przyglądać się uldze na twarzy każdego chłopaka, którego Williams mijał bez zatrzymywania. - Mason LeConte - powiedział Williams, gdy był już prawie na końcu sali. - No proszę! Głupota jest rodzinna, jak widzę. 12 Brat Troya - Mason - miał dopiero osiem lat. To nie przeszkodziło Williamsowi złapać go za ucho i pociągnąć w górę, tak że chłopiec ledwie stał na koniuszkach palców. - Masz pomięte prześcieradło, ty matole! - ryknął mężczyzna. Mason zawył z bólu tak głośno, że jego starszy brat aż się skrzywił. Troya ogarnęło poczucie winy, gdy Williams zrzucał z łóżka pościel jego młodszego brata. Mason był najmłodszy w ośrodku i Troy zazwyczaj pomagał mu przygotować się do inspekcji. Tym razem jednak pielęgniarka wysłała go na górę, żeby przyniósł świece, i ledwie zdążył pościelić własne łóżko. - W życiu nie widziałem takiego szamba! - ryczał Williams, zrywając metalowe wieko ze schowka Masona i wyrzucając całą jego zawartość na podłogę. - Masz coś z głową, chłopcze? - Nie, proszę pana! - chlipał mały, gdy Williams zrzucił jego metalowy schowek na podłogę i potrząsnął chłopcem brutalnie. - Zestaw do czyszczenia butów jest brudny. Nic nie jest poskładane, jak trzeba.

Dlaczego na podeszwie tenisówki jest błoto? Po każdym zdaniu Williams wbijał dwa palce w żebra Masona, wywołując u chłopaka kolejne spazmy płaczu. - Zameldujesz się w moim gabinecie! - wrzasnął Walijczyk. - I przez tydzień tylko zimne prysznice! -Nie! - jęknął Mason, próbując wyrwać się z rąk Wil-liamsa. - Niech mnie pan zostawi! Troy wiedział, że źle by się to dla niego skończyło, gdyby się wtrącił. Ale jaki człowiek mógłby tylko stać i patrzeć, gdy ktoś krzywdzi jego brata? -To niedopuszczalne! - krzyknął, używając jedynego właściwego, angielskiego słowa, które był w stanie teraz wymyślić. 13 Odszedł od łóżka i ruszył wzdłuż sypialni w stronę Wil-liamsa. Kilku chłopców szepnęło ostrzegawczo, a jeden nawet stanął na jego drodze. - On cię zabije - ostrzegł Troya. - Uważaj, przyjacielu - błagalnie szepnął drugi. Troy szedł jednak dalej. Chłopiec wyobrażał sobie jakiś bohaterski gest. Oczami wyobraźni widział, jak powala Williamsa potężnym uderzeniem w szczękę albo sprawnie odcina mu głowę jednym cięciem miecza. W rzeczywistości jednak trzynastoletni chłopiec ubrany w piżamę stawał przeciwko dorosłemu mężczyźnie, w którego oczach szalała wściekłość i który miał na nogach podkute żelazem buciory. - Zdaje się, że mam gościa - powiedział Williams, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu i rzucając Masona z powrotem na łóżko. - Czym mogę służyć? Troy drżał. Nie mógł położyć uszu po sobie i wrócić do łóżka. Patrzyli przecież na niego wszyscy koledzy. - On ma tylko osiem lat! - powiedział Troy. - Dlaczego mu nie pomóc, zamiast go ranić? - zapytał łamaną angielszczyzną. - Bo co, chłoptasiu? - zakpił Williams. - Ja tu rządzę i ja ustanawiam prawa. W swoim trzynastoletnim życiu Troy walczył już kilka razy. Więcej razy wygrał, niż

przegrał, ale cios, który wyprowadził teraz, nie był najlepszy. Otarł się tylko o ramię Williamsa, czego jedynym skutkiem był szelest jego koszuli. - Śmiałeś podnieść na mnie rękę? - ryknął Williams i Troy zorientował się, że leci na łóżko Masona. Walijczyk wykręcił mu mocno rękę za plecami i chłopak runął na nogi brata. - George! Tom! Zajmijcie się nim! - rozkazał Williams. George i Tom byli postawnymi piętnastolatkami. W tym ośrodku dla chłopców pełnili funkcję donosicieli i pomoc- 14 ników Williamsa, który w zamian za to pozwalał im dokuczać młodszym dzieciom i wyżywać się na nich. - Zamknąć ich! - rozkazał Williams i wskazał palcem Troya. - A jego wycieczka niech się okaże bardzo mało komfortowa. Troy nie wiedział, co to znaczy „zamknąć ich", ale na twarzach George'a i Toma pojawiły się sadystyczne uśmieszki. Chłopcy chwycili go za ramiona i wywlekli na korytarz. Najpierw ciągnęli go dziesięć metrów po lodowato zimnym korytarzu, po czym skręcili do nieoświetlonej ubikacji i wrzucili go w kąt. W plecy chłopca wbił się haczyk na ubrania. - Broń się, francuski pomiocie! - zaśmiał się George, przyjmując postawę boksera. Piętnastolatek był większy niż piżama, którą miał na sobie, i przez rozpiętą na piersi bluzę widać było muskularny tors. Troy uniósł ręce, ale George był zbyt silny. Już po pierwszym uderzeniu chłopcu odechciało się bronić. Drugi mocny cios trafił go w szczękę, aż zadzwoniły zęby. - Mam takich więcej - drwił George, łapiąc Troya za szyję. Trzynastolatek zgiął się wpół i w tej samej chwili kolano George'a trafiło go w żołądek. Troy jęknął i natychmiast zebrało mu się na wymioty, bo poczuł w gardle palący smak kwasu żołądkowego. Po kilku kolejnych ciosach George odsunął się, ale tylko po to, by Tom mógł wyciągnąć chłopca z rogu i wyprowadzić potężny cios nogą. Troy runął na podłogę.

- Boli, żabojadzie? - uśmiechnął się okrutnie Tom. Troy cicho jęknął, przewracając się na plecy. Po chwili usiadł i zaczął kaszleć, trzymając się za brzuch. - Możemy z tobą zrobić, co nam się podoba - dodał George. - Podniosłeś łapę na Williamsa. Podpisałeś na siebie wyrok śmierci! 15 Troy leżał bezbronny w ciemności, a nad nim górowało dwóch napastników. Był cały poobijany, z nosa sączyła mu się krew. Gdzieś z korytarza dobiegło pojękiwanie Masona i Troy zobaczył tylko nogi brata, gdy Williams ciągnął go korytarzem obok drzwi do toalety. George podniósł chłopca z brudnej podłogi. Miał zamiar uderzyć go jeszcze raz, ale w tej samej chwili dobiegł go głos Williamsa: - Dajcie mi go tutaj! Chcę być w swoim pokoju przed czytanką na dobranoc. Zadźwięczała metalowa zasuwa. Trzymając jedną ręką szyję Masona, Williams potężnym kopniakiem otworzył drzwi na oścież. Korytarz wypełnił się stęchłym powietrzem. Troy zrozumiał, co to znaczy „zamknąć ich" w chwili, gdy wywleczono go boso na lodowaty podwórzec za budynkiem. - Nie zejdę tam! - chlipał Mason, gdy Williams podnosił drewnianą klapę pokrywającą wejście do piwnicy na węgiel. - Proszę! Niech mnie tam pan nie wrzuca! - Tylko w ten sposób się nauczysz! - wrzasnął Williams. - No już! Siadaj na brzegu i skacz! Albo sam cię tam wrzucę! Węgiel piętrzył się na dużej stercie w rogu piwnicy. Mason skoczył szybko na szczyt hałdy i zsunął się po niej, grzęznąc w węglu, aż znalazł się na gołej podłodze w drugim końcu pomieszczenia. - Uważajcie na szczury - drażnił braci Tom. - Poobgryzają wam palce, gdy zaśniecie. George przygotował się, by zepchnąć Troya do piwnicy. - Momencik! - rozkazał Williams. - Przyjrzyjmy mu się! Tom przytrzymał Troya w pasie swoim muskularnym ramieniem. Walijczyk podszedł

do niego i uśmiechnął się, słysząc dobiegające z wnętrza piwnicy kwilenie Masona. - Nigdy nie lubiłem Francuzików - powiedział Williams i trzasnął chłopca na odlew w twarz. - Wrzućcie go! 16 Uderzenie odrzuciło głowę Troya w tył i w tej samej chwili Tom pchnął go do przodu. George dodatkowo kopniakiem zgiął trzynastolatkowi nogi w kolanach, przez co chłopiec poleciał na górę węgla twarzą do przodu. Drewniana klapa zamknęła się z trzaskiem nad głowami braci, a Williams zamknął ją na górze na kłódkę. - Miłych snów, chłopcy! - zaśmiał się złośliwie. - Tylko nie zapomnijcie o szczurach! - dodał George. Mason stał oparty plecami o nieotynkowaną ścianę. Było zupełnie ciemno, a na podłodze piwnicy zalegała lodowato zimna woda. Chłopiec drżał na całym ciele, wyobrażając sobie robaki i pająki pełzające wokół niego. - Troy? - zapytał cichutko, by po chwili dostać napadu kaszlu, gdy pył węglowy podrażnił mu gardło. Mason poczekał, aż ucichną głosy na górze. Dopiero wtedy, macając rękami drogę po zmarzniętym węglu, do-czołgał się do brata i położył rękę na jego plecach. -Troy? - powiedział, poklepując go delikatnie. - Co ci się stało, Troy? Żyjesz? ROZDZIAŁ DRUGI Sprężone powietrze syknęło i Marc Kilgour wzdrygnął się, gdy hydraulicznie rozkładany fotel odchylił się do tyłu, a jasne światło lampy błysnęło mu prosto w oczy. Podenerwowany chłopiec zatopił końce palców w skórzane podło-kietniki, a oczy zaszkliły mu się łzami, kiedy przyglądał się białemu sufitowi i przeszklonym szafkom pełnym sztucznych szczęk i przerażających narzędzi dentystycznych. Doktor Helen Murray, która miała swój gabinet przy Harley Street w Londynie, specjalizowała się w poważnych urazach szczękowych u dzieci. Lekarka odsunęła plamę światła od twarzy Marca i popatrzyła na niebieskie oczy i nierówno przycięte blond włosy dwunastolatka.

- Zdenerwowany? - zapytała ciepłym głosem, próbując go uspokoić. - Troszkę - przyznał Marc. - Kiedy ostatni raz byłeś u dentysty? Marc mówił z francuskim akcentem, ale miał talent do języków i trudno było się domyślić, że uczy się angielskiego dopiero od czterech miesięcy. - Mieszkałem w sierocińcu we Francji - wyjaśnił. - Gdy kogoś bolał ząb, kierownik po prostu przywiązywał do niego sznurek i wyrywał go. - Tutaj mamy nieco inne metody - uśmiechnęła się doktor Murray. - Sprowadziliśmy ze Stanów najnowocześniejszy sprzęt. No dobrze, pokaż mi te swoje perełki. 18 Marc otworzył szeroko usta, prezentując dwa rzędy całkiem przyzwoitych zębów, wśród których brakowało przedniego siekacza. - Widziałam gorsze - przyznała doktor Murray, sięgając po zakrzywiony połyskujący srebrzyście instrument. - Ale trzonowce atakuje ci próchnica. Musisz tam dokładnie sięgać szczoteczką i porządnie czyścić. Bo jak nie, to nim skończysz dwadzieścia lat, zamiast prawdziwych zębów będziesz miał sztuczne. Marc zatrząsł się ze strachu, gdy lśniący przyrząd wsunął mu się w usta i delikatnie dotknął dziąsła. - Odchyl język do tyłu. O, właśnie tak. Boli, gdy tu dotykam? - Aha - potwierdził Marc i natychmiast przypomniał sobie oficera gestapo, który poprzedniego lata brutalnie wyrwał mu ząb. - Pamiętasz ten kawałek korzenia, który pokazywałam ci na zdjęciu rentgenowskim? - zapytała doktor Murray, podnosząc w drugiej ręce lusterko. - Ten ząb został wyrwany tak gwałtownie, że korzeń ukruszył się u jego podstawy. Jego fragment został w dziąśle i dlatego rana nie mogła się poprawnie zagoić. Stąd to uczucie dyskomfortu. Muszę naciąć ci dziąsło i wyciągnąć ten kawałek. Niestety, nacięcie będzie dość głębokie, ale postaram się szybko z nim uwinąć. Pielęgniarka wytarła pot z czoła Marca. Chłopiec mocno zacisnął dłonie na podłokietnikach, gdy dentystka przesunęła lampę z powrotem w kierunku jego

twarzy. - No, dobrze. Otwórz szeroko - powiedziała z uśmiechem. - Obawiam się, że będzie trochę nieprzyjemnie. Oczy Marca łzawiły z powodu ostrego światła, ale zdołał je troszeczkę uchylić. Serce w jego piersi zamarło, kiedy przed samym nosem zobaczył ostrze skalpela. * 19 Trzy kilometry dalej Charles Henderson przebywał w o wiele wygodniejszych wnętrzach Klubu Imperialnego przy ulicy Pall Mail. Lata świetności klubu dawno minęły. Wykładane drewnem ściany były zdobione starymi wizerunkami maharadżów, a stojący przy drzwiach wypchany niedźwiedź miał smutną minę i już dawno stracił prawie całe futro. Zarówno Henderson, jak i mężczyzna towarzyszący mu przy obiedzie byli ubrani w mundury. Henderson miał na sobie kurtkę komandora marynarki ze złotymi mankietami. Jego towarzysz włożył bardziej praktyczny mundur RAF-u. Miał jednak o wiele wyższy stopień - wicemarszałka lotnictwa. Na stole stały talerze z potrawką z curry i porcją ryżu z szafranem. - Ależ to niedobre - mruknął Henderson, przeżuwając ledwie ciepłe ziemniaki i kawałek jagnięciny. Wicemarszałek Walker przytaknął. - Już żarcie w szkolnej stołówce było lepsze. A właśnie, do której szkoły pan chodził, panie Henderson? - Liceum w Burghley Road - odpowiedział mężczyzna. Walker uniósł brwi. Nieczęsto zdarzało się, by ktoś z rodziny robotniczej zostawał oficerem marynarki. A jeszcze rzadziej, by ktoś taki zyskiwał członkostwo w klubie dżentelmeńskim takim jak Klub Imperialny. Henderson poczuł się w obowiązku to wyjaśnić. - Dobrze się ożeniłem - powiedział wesoło. - Mój teść załatwił mi członkostwo w klubie. - Ach, oczywiście - zaśmiał się Walker i pozwolił, by zamiast niego przytaknęła

łyżeczka. - A co słychać u żony? Ma na imię Joan, prawda? Henderson poruszył się niezgrabnie na krześle. - Nie czuje się najlepiej - wyjaśnił. - Nasza córka zmarła na gruźlicę i od tamtej pory żona nie wróciła do równowagi. 20 1 - Wciąż mieszkacie w Mayfair? Henderson pokręcił głową. - Joan nie wytrzymywała nerwowo bombardowań. Wynajęliśmy dom żydowskiej rodzinie z Frankfurtu, a sami mieszkamy w obozie szkoleniowym. - Tak... - powiedział przeciągle Walker, zerkając podejrzliwie na swoją potrawę. - Ci pańscy chłopcy... A jak wygląda ta sprawa? Henderson uśmiechnął się szeroko. - Są wspaniali. W obozie internowania znalazłem japońskiego szkoleniowca, który się nimi zajmuje. W pierwszym zespole mamy sześciu podopiecznych, którzy zapowiadają się wspaniale. Pani dyrektor McAfferty pojechała rekrutować kolejnych chłopców. Chcemy utworzyć drugi zespół. - Jak pan myśli, Henderson, czy to mysie bobki? - zapytał Walker, wydłubując łyżeczką małą brązową kuleczkę z talerza. - Nie mam pojęcia, sir - odrzekł Henderson, kryjąc uśmiech. - Jeśli chce pan się najeść, lepiej się nad tym zbytnio nie zastanawiać. Uczciwie powiem, że mnie jeszcze nie zabiło. - To tylko przyprawy - warknęła tłusta kelnerka, nachylając się nad stołem i patrząc znacząco na wiszący na ścianie zegar. - A czego się pan spodziewał, zamawiając to zagraniczne świństwo? Jeśli chcecie, panowie, deser, lepiej się pospieszcie, bo przed zaciemnieniem wychodzę do domu, a muszę posprzątać jeszcze wszystkie stoliki do kolacji. Walker wrzucił brązową kulkę z powrotem do potrawki i odsunął od siebie talerz. - Może podstawi nam pani stoliczek z deserami?

Kelnerka obruszyła się. - Mamy tylko pudding z rodzynkami i ciasto owocowe. Stoliczek z deserami nie funkcjonuje u nas od czterech miesięcy. 21 - Wciąż mieszkacie w Mayfair? Henderson pokręcił głową. - Joan nie wytrzymywała nerwowo bombardowań. Wynajęliśmy dom żydowskiej rodzinie z Frankfurtu, a sami mieszkamy w obozie szkoleniowym. - Tak... - powiedział przeciągle Walker, zerkając podejrzliwie na swoją potrawę. - Ci pańscy chłopcy... A jak wygląda ta sprawa? Henderson uśmiechnął się szeroko. - Są wspaniali. W obozie internowania znalazłem japońskiego szkoleniowca, który się nimi zajmuje. W pierwszym zespole mamy sześciu podopiecznych, którzy zapowiadają się wspaniale. Pani dyrektor McAfferty pojechała rekrutować kolejnych chłopców. Chcemy utworzyć drugi zespół. - Jak pan myśli, Henderson, czy to mysie bobki? - zapytał Walker, wydłubując łyżeczką małą brązową kuleczkę z talerza. - Nie mam pojęcia, sir - odrzekł Henderson, kryjąc uśmiech. - Jeśli chce pan się najeść, lepiej się nad tym zbytnio nie zastanawiać. Uczciwie powiem, że mnie jeszcze nie zabiło. - To tylko przyprawy - warknęła tłusta kelnerka, nachylając się nad stołem i patrząc znacząco na wiszący na ścianie zegar. - A czego się pap spodziewał, zamawiając to zagraniczne świństwo? Jeśli chcecie, panowie, deser, lepiej się pospieszcie, bo przed zaciemnieniem wychodzę do domu, a muszę posprzątać jeszcze wszystkie stoliki do kolacji. Walker wrzucił brązową kulkę z powrotem do potrawki i odsunął od siebie talerz. - Może podstawi nam pani stoliczek z deserami? Kelnerka obruszyła się. - Mamy tylko pudding z rodzynkami i ciasto owocowe. Stoliczek z deserami nie funkcjonuje u nas od czterech miesięcy.

21 -Az jakimi owocami jest ciasto? - zapytał Henderson i natychmiast tego pożałował. - Takimi, jakie przychodzą w puszkach podpisanych „Owoce". Walker położył rękę na brzuchu. - Wie pani co, nagle poczułem, że jestem już najedzony. Zamówię więc tylko kawę. Kelnerka wskazała palcem stół na końcu jadalni. - W termosie. Samoobsługa - mruknęła. Gdy kelnerka zabrała talerze i wytoczyła się na korytarz, Henderson i Walker parsknęli zgodnym śmiechem. - Ale tu mają personel - rzekł Walker z uśmiechem. - Gdzie się podziali kelnerzy w białych rękawiczkach i ze srebrną zastawą? - Na froncie. Walczą ze szkopami - zaśmiał się Henderson. - A właśnie, skoro o nich mowa. Miałem nadzieję, że mógłby nam pan pomóc w jednej sprawie. Moi chłopcy będą potrzebować ćwiczeń ze skoków spadochronowych, bo ich zadaniem będzie infiltracja okupowanej Francji. A jednostki szkoleniowe RAF-u rzucają nam kłody pod nogi. Walker milczał przez chwilę. - Niech pan posłucha, Henderson - rzekł stanowczo. - Powiem szczerze, że ja sam i kilka innych osób w Kierownictwie Operacji Specjalnych uważamy, że cały ten pański plan, by wyszkolić chłopców do pracy szpiegowskiej, jest nieco naciągany. Ma pan większe doświadczenie w szpiegowskiej robocie we Francji niż ktokolwiek inny. Naszym zdaniem powinien pan pracować w kwaterze głównej na Baker Street i zająć się koordynacją różnych operacji. Chciałbym, żeby pan był moim zastępcą. To awans o dwa stopnie. Kierowałby pan także wszystkimi tajnymi operacjami w okupowanej Francji. Henderson rozmawiał z oficerem wyższym stopniem i jego odpowiedź musiała być taktowna. 22 - Sir, jeśli takie są moje rozkazy, stawię się w kwaterze głównej i przystąpię do

pracy najlepiej, jak umiem. Ale, z całym szacunkiem, jestem agentem i zawsze pracowałem w terenie. Nie nadaję się na zarządcę. Narady mnie nudzą, a biurokracja doprowadza do szału. - Miałem szczerą nadzieję, że pan tego nie powie - odparł smutno Walker. - Podejrzewałem jednak, że tak będzie. - Pasuję tam jak pięść do nosa. - Naprawdę pan myśli, że szkolenie chłopców dó pracy wywiadowczej da nam jakąś przewagę? - Nie mam co do tego wątpliwości, sir - powiedział stanowczo Henderson. - Myśli pan, że uda się załatwić to szkolenie spadochronowe? Walker odsunął nieco krzesło od stolika i westchnął. - Dobry z pana chłop, Henderson. Ale nie tylko ja mam wątpliwości co do pańskiego planu. Służby wywiadowcze mają bardzo ograniczone środki i nie wydaje mi się, żebyśmy słusznie wydawali je na szkolenia spadochronowe dla dwunastolatków, którzy emocjonalnie nie są przygotowani do tajnych operacji. Ten nagły zwrot w rozmowie zaniepokoił Hendersona. Poczuł, że brakuje mu powietrza, i poluzował kołnierzyk. - Sir - powiedział podniesionym głosem. - Operacja, którą prowadziłem przeciwko inwazji desantowej barek, była wielkim sukcesem. Dzieciaki, z którymi pracowałem, zachowały się wspaniale. A ich wiek dał nam przewagę, bo Niemcy w ogóle ich nie podejrzewali. Otrzymaliśmy list z ministerstwa, w którym napisano, że sam pan premier wyraził zgodę. Teraz w tonie głosu Walkera pojawiła się irytacja. - Komandorze, przecież ja doskonale wiem, w jakich okolicznościach powstał pański zespół. Premier jednak słucha wielu osób i jego decyzje wcale nie są nieodwołalne. Czy to jasne? 23 - Tak jest - przytaknął Henderson, starając się powściągnąć gniew. - W obecnej chwili nie mogę panu obiecać żadnego szkolenia spadochronowego ani żadnych dodatkowych środków dla jednostki B. I w ogóle chciałbym pana

ostrzec, że przyszłość pańskiego zespołu stoi pod wielkim znakiem zapytania. - Sir, czy mógłbym prosić, żeby moja grupa otrzymała przynajmniej szansę, by dowieść swojej sprawności? Wiem, że brakuje środków, ale jesteśmy już blisko stworzenia sprawnie działającej jednostki szpiegowskiej, która będzie w stanie utrzeć szkopom nosa. Proszę mi przynajmniej pozwolić porozmawiać z ludźmi, którzy podejmują decyzje. Walker wstał i rzucił na stół serwetkę, którą trzymał na kolanach. - Pańska jednostka to mało znaczący wycinek całości - powiedział. - Jeśli będzie pan miał cokolwiek do powiedzenia w procesie podejmowania decyzji, zostanie pan o tym poinformowany. Teraz muszę już wracać na Baker Street. - Tak jest - odrzekł Henderson. Gdy wicemarszałek Walker ruszył po grubym dywanie w kierunku szatni, Henderson rozpiął guzik kołnierzyka. Potarł poczerwieniałe czoło i zaczął rozmyślać, jak ratować swój zespół. ROZDZIAŁ TRZECI Troy spojrzał w górę. Jego sprawne, niepodbite oko dostrzegło, że światło przenikające między szparami w drewnianej klapie zaczyna znikać. Według jego obliczeń siedzieli w piwnicy od osiemnastu godzin. Kilka razy zaglądali tu chłopcy, którzy przez małe metalowe drzwi w ścianie piwnicy przychodzili z wiadrami po węgiel, a jeden z kucharzy przyniósł im trochę wody i papierową torebkę, w której znajdowały się obierki i resztki warzyw. - Przestań trzeć oczy - mruknął Troy, zwracając się do brata po francusku. - Będą cię tylko bardziej piekły. Mason odsunął poczerniałą rękę od oczu. Znów był bliski płaczu. - Nic na to nie poradzę - jęknął. - Szczypie. Węglowy pył drażnił gardła i oczy. Wdzierał się pod ubrania, powodując swędzenie skóry, a ostre odłamki węgla walające się po podłodze kaleczyły skórę stóp. - Ile jeszcze? - zakwilił Mason, rzucając kawałkiem węgla w metalowe drzwi. - Nie wiem - odrzekł starszy LeConte.

- A jak długo tu siedzimy? Troy westchnął. - Wrzucili nas tutaj wczoraj wieczorem, teraz zaczyna się ściemniać, więc pewnie jest gdzieś około czwartej po południu. Mason policzył na palcach. 25 - To prawie cały dzień - powiedział w końcu. - Ktoś wreszcie musi przyjść i nas stąd wypuścić. - Mogą nas tu trzymać i cały tydzień - odrzekł z irytacją Troy. - I przestań wciąż pytać mnie o to samo, doprowadzasz mnie do szału. - Powinniśmy stąd uciec jak najdalej, gdy już nas wypuszczą - powiedział Mason. - Dokąd? - zapytał gniewnie trzynastolatek. - Jesteśmy w samym środku Walii, wszędzie leży śnieg, nie mamy pieniędzy i od razu rzucimy się w oczy z powodu naszego akcentu. - Ja umiem mówić - powiedział Mason. - Mój angielski jest lepszy niż twój. - Dlaczego nie posłałeś łóżka tak, jak trzeba? - zapytał Troy. - Sto razy ci pokazywałem. To nie jest takie trudne! - To nie moja wina, że tu siedzimy - odparował chłopiec. - To ty walnąłeś pana Williamsa. - Zamknij się - warknął brat. - Próbowałem ci pomóc. Mason pokręcił głową i rzucił w drzwi kolejnym kawałkiem węgla, który odbił się od nich z głośnym stukiem. -Jak nie przestaniesz, to przyjdą tutaj i nas stłuką -ostrzegł go Troy. - Ja stąd zwiewam - powiedział zadziornie ośmiolatek. - Wolę zamarznąć, niż tutaj mieszkać. Dyrektor Eileen McAfferty odetchnęła z ulgą, gdy przez przednią szybę swojego małego austina zobaczyła tablicę z napisem: „Zakład Poprawczy w Hay-on-Wye". Przyjechałaby o wiele wcześniej, gdyby nie kilka stłuczek blokujących śliską drogę i gdyby nie to, że wszystkie tablice informacyjne w kraju usunięto, by nie pomagać

ewentualnym najeźdźcom w orientowaniu się w terenie. McAfferty skręciła swoim czarnym autem pod zbudowany z cegieł łuk. O podwozie samochodu zaczął stukać żwir, 26 gdy skierowała się do głównego wejścia. Czerwona wiktoriańska cegła przypomniała jej o szkole w Glasgow, tyle tylko że ta tutaj nie była poczerniała od dymu i sadzy. Ogrody wyglądały na zadbane, a śnieg pokrywający boiska i teren przed szkołą sprawiał, że całe to miejsce otaczała aura spokoju. W środku było mniej przyjemnie. Główne drzwi skrzypnęły, ukazując wysoki korytarz oświetlony gołymi żarówkami. Wewnątrz dominował zapach niedomytych chłopięcych ciał i długo gotowanych warzyw. -Jest tu ktoś?! - zawołała McAfferty, pocierając ze-sztywniałe od trzymania kierownicy ręce. - Halo?! Gdy echo jej słów umilkło, na korytarzu pojawiła się drobna skromna sekretarka. - Dzisiaj nie ma odwiedzin naszych chłopców - powiedziała oschle, zamilkła jednak, gdy zobaczyła mundur McAfferty. - Próbowałam się do was dodzwonić - wyjaśniła kobieta ze szkockim akcentem. - Szukam dwóch chłopców o nazwisku LeConte. - Czy jest pani ich krewną? - zapytała sekretarka. - Bo tylko krewni mogą przychodzić w odwiedziny do naszych podopiecznych. Należy napisać pismo i przyjeżdżać podczas ustalonych godzin. -Jestem tu w sprawach-wojskowych - wyjaśniała dalej McAfferty. - Od dłuższego czasu szukam tych chłopców. -Ach, ci Francuzi? - pokiwała głową kobieta, a ton jej głosu zrobił się cieplejszy. - Mieszkają w części, za którą odpowiada pan Williams. Teraz chyba biegają, ale mogę przyprowadzić tutaj pana Williamsa. Powinien być na herbacie w stołówce. - Rozumiem - powiedziała McAfferty. - A więc to jest placówka wychowawcza? Takie więzienie dla młodocianych, tak? 27

■ I - Zgadza się - potwierdziła pracownica. - Nie zamykamy ich w celach, ale chłopcy są tutaj kierowani przez sądy. - Jak więc trafili tu ci bracia LeConte? Nie słyszałam, żeby popełnili jakieś przestępstwo. - Wyjątkowe okoliczności - padła odpowiedź. - Jesteśmy zakładem dla młodocianych przestępców, mieliśmy jednak wolne łóżka, więc z powodu wojny i problemów z zakwaterowaniem dzieci ewakuowanych z Londynu przygarnęliśmy parę zwykłych dzieciaków. McAfferty była wzburzona. - Młodszy chłopiec ma dopiero osiem lat. - Mason - przytaknęła kobieta. - To jeden z najmłodszych podopiecznych. W czasie pokoju przebywali u nas tylko chłopcy w wieku od trzynastu do siedemnastu lat. Williams wyszedł niespiesznym krokiem z jadalni personelu oddalonej o mniej niż dziesięć metrów od wejścia. Był niższy od McAfferty, z miejsca jednak przybrał agresywny ton. - Nie będzie pani mogła dziś zobaczyć tych LeConte - powiedział szorstko. - Są poza budynkiem na ćwiczeniach z instruktorem sportowym. Potem mają obiad i obowiązkowe prace wieczorne. Nie może pani przyjeżdżać ot tak sobie. Mamy zasady. McAfferty zacisnęła usta. - Mogę poczekać, aż wrócą z biegania. Przejechałam kawał drogi i nie mam zamiaru wyjeżdżać, dopóki się z nimi nie zobaczę. Williams wyglądał na spryciarza, ale dyrektorka nie miała pojęcia, co próbuje ukryć. - Po co dokładnie pani przyjechała? - zapytał. - Mówią po francusku - wyjaśniła McAfferty. - Dlatego są przydatni w naszej pracy. Wysłałam do was pismo, próbowałam też się do was dodzwonić, ale chyba wasz telefon nie działa.

28 -Nie dostaliśmy żadnego listu - przerwał raptownie Williams, ale recepcjonistka go ubiegła. - Linia telefoniczna zerwała się pod ciężarem śniegu i do tej pory jej nie naprawiono - wyjaśniła. - Dostaliśmy jednak list, pamiętam, że przekazywałam go dyrektorowi administracyjnemu. Brwi McAfferty znalazły się wysoko w górze. - W takim razie chciałabym się zobaczyć z dyrektorem. - Wyjechał - powiedział z triumfem w głosie Williams, gdy recepcjonistka zniknęła z powrotem w swoim gabinecie. - Nasz dyrektor jest jednocześnie miejscowym radnym i musiał udać się na spotkanie do Newport. Musi pani przyjechać, gdy wróci. W piątek. - Panie Williams - stanowczym głosem rzekła McAfferty. - Dlaczego mam wrażenie, że robi pan wszystko, co w pana mocy, bym nie mogła porozmawiać z tymi chłopcami? - Mamy swoje procedury, proszę pani - z nutą wyższości odparł mężczyzna. - To zakład poprawczy, panują tu pewne zasady i przestrzegamy zasad bezpieczeństwa. - Te zasady dotyczą chłopców, których wysłał tutaj sąd - powiedziała McAfferty. - Ci Francuzi trafili tutaj z powodu ewakuacji, nie zrobili nic złego. - Wszystkich traktujemy jednakowo - odparł Williams. Kobieta otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. - Chce pan powiedzieć, że mieszacie zwykłe dzieciaki z zatwardziałymi chuliganami i łobuzami? Nim zdążyła paść odpowiedź, z gabinetu wyszła recepcjonistka z pismem w ręku. - Mam - powiedziała. - Pan dyrektor zrobił tutaj notatkę. Napisał, że może pani spotkać się z chłopcami, i nie widzi przeszkód, by zabrała ich pani stąd, jeśli zaistnieje taka potrzeba. McAfferty widziała, że recepcjonistka stara się być uprzejma. Tak naprawdę dyrektor nabazgrał: „Niech

29 f zabierze tylu gówniarzy, ilu tylko chce, i zrobi z nimi, co jej się podoba". - A więc postanowione - uśmiechnęła się, spoglądając na zegarek. - Muszę porozmawiać z tymi chłopcami i podjąć decyzję co do ich dalszego losu. Przede mną długa droga do domu, więc chciałabym zobaczyć się z nimi jak najszybciej. Twarz Williamsa zrobiła się czerwona, w oczach pojawił się niepokój. - No dobrze. W takim razie wszystko jasne - powiedział powoli. - Przyprowadzę ich tutaj, potrwa to jednak kilka minut, by doprowadzić ich do porządku. McAfferty uśmiechnęła się z politowaniem. - Może ich pan przyprowadzić prosto z dworu. Nie zemdleję przecież na widok wiejskich atrakcji, które pewnie przyklejają im się do butów. - Ktoś idzie - powiedział Mason, cofając się z obawą w stronę hałdy węgła. Metalowe drzwi w ścianie piwnicy otworzyły się ze zgrzytem i obaj bracia podskoczyli ze strachu, gdy do środka wpadł Williams. Był agresywny jak zwykle, ale chłopcy wyczuli brak towarzyszącej mu zazwyczaj pewności siebie. -Jakaś kobieta przyjechała, chce się z wami widzieć - warknął. - Pójdziecie na górę i szybko wyszorujecie się jak należy, a jeśli otworzycie gęby, zamknę wam je na zawsze. W kotłowni, przez którą prowadził ich Williams, powietrze było cudownie wolne od pyłu. Troy trzymał się za żebra i próbował otworzyć spuchnięte oko, gdy Walijczyk prowadził ich w górę po krętych schodach do kuchni. Zachowanie mężczyzny stało się jeszcze dziwniejsze, gdy zamiast zabrać czarną od węgla parę prosto do głównego korytarza i pod prysznic, poprowadził ich do bocznego 30 _ wejścia do budynku pokrytą błotnistymi odciskami butów ścieżką wiodącą z boiska do gry. - Ściągajcie te łachy - rozkazał Williams, gdy dotarli do pryszniców. Przekręcił kurki do maksymalnej pozycji i woda trysnęła z całą siłą. Gdy pierwsze

krople gorącej wody wyparowały z pokrywających ściany płytek, chłopcy chwycili kostki mydła i wskoczyli pod tryskający strumień, rozkoszując się ciepłem. Troy zacisnął mocno powieki, bo czarny pył zaczął spływać z jego włosów. Woda wokół ich stóp zrobiła się ciemna. Po skórze spływały czarne strumyki. Otaczająca ich para była wielką ulgą dla podrażnionych płuc i obaj chłopcy nabierali pełne usta wody, by wypłukać z nich pył. - Szorować się - warknął Williams. - Wyczyścić paznokcie, uszy i umyć porządnie włosy. Wracam za dwie minuty i macie się błyszczeć. Gdy mężczyzna wyszedł na zewnątrz, Mason spojrzał na brata. - Myślisz, że podpadł za to, co nam zrobił? - szepnął. Pomimo stłuczonych żeber i spuchniętego oka Troy się uśmiechnął. - Może dyrektor wrócił wcześniej i na niego nawrzesz-czał - szepnął. - Podejdź tutaj, pomogę ci umyć głowę. - Ależ ta woda jest przyjemna i gorąca - uśmiechnął się chłopiec, przyglądając się ranom i zadrapaniom, które na rękach i nogach zostawiły kawałki węgla. - Zamknij oczy - powiedział Troy i zaczął wcierać mydło we włosy brata. Mason właśnie zdążył wypłukać resztki piany, gdy nagle woda przestała płynąć i Williams rzucił im ręczniki. - Wycierać się! Biegiem! - rozkazał, spoglądając przez resztki pary i upewniając się, że chłopcy są wystarczająco czyści. 31 y Spod paznokci u stóp wciąż jednak przezierał czarny brud. Ciało Troya także nie było idealnie wyszorowane, pod ubraniem jednak nie będzie tego widać. - Mam dla was świeże ubrania - powiedział Williams, starając się nadać swojemu głosowi miły ton. Gdy już się wytarli, bracia ze zdumieniem ujrzeli lśniąco białe podkoszulki i szorty, które szły w parze z kombinezonami i prawie nowymi butami: - Pamiętajcie: słuchajcie tego, co mówi ta pani, i trzymajcie gęby na kłódkę,

chyba że zada wam bezpośrednie pytanie. McAfferty czekała na Troya i Masona przy biurku nauczycielskim w pustej klasie. Chłopcy usiedli w pierwszej ławce, a Williams stanął w drzwiach. Kombinezon Masona był dla nastolatka, więc Troy pomógł mu zawinąć rękawy. - O mój Boże - westchnęła kobieta, przyglądając się opuchliźnie pod okiem Troya. - Co ci się stało? Williams odpowiedział za niego: - Ten zawsze się wdaje w bójki. Wymaga silnej dyscypliny. Troy przytaknął pokornie, nim powiedział coś słabą angielszczyzną. - Wiem, że nie powinienem się bić. McAfferty odwróciła się do drzwi i powiedziała ponuro: - Gdy będzie pan wychodził, proszę dobrze zamknąć drzwi, panie Williams. Kiedy wyszedł, pochyliła się do chłopców i zapytała po francusku: - To chyba wredny typ, co, chłopaki? Bracia odetchnęli z ulgą, słysząc ojczysty język, choć szkocki akcent McAfferty niezbyt przypominał ten, który słychać było na bulwarach Paryża. 32 - Troy, mówiono mi, że wykazałeś niesłychaną odwagę podczas ewakuacji Dunkierki - uśmiechnęła się McAfferty. - To nie było nic wielkiego. - Troy opuścił głowę z zawstydzenia. - Mój tata miał łódź i mu pomagałem, każdy chłopak by to zrobił. - Ale twój tata zginął - dodała. Trzynastolatek przytaknął, a Mason bawił się swoim podwiniętym rękawem. - A potem popłynąłeś znowu do Francji, i to sam. Zabrałeś z domu Masona i na pokład wsadziłeś jedenastu żołnierzy, których mimo silnego ostrzału przeprawiłeś do Anglii. Troy wzruszył skromnie ramionami i uśmiechnął się słabo. - Moim zdaniem to bohater - powiedział cicho Mason. - Twoją historię opowiedział mi pewien mężczyzna z ambasady wolnej Francji w Londynie - wyjaśniła McAfferty. - Nikt jednak nie wiedział, gdzie trafiłeś. Z

Londynu ewakuowano bardzo wiele dzieci, dlatego odszukanie was zajęło mi aż dwa miesiące pisania listów i wykonywania telefonów. Bardzo mi przykro, że po tym wszystkim, co zrobiliście, musieliście się znaleźć w takim okropnym miejscu. - Nie jest tak źle. - Troy wzruszył ramionami, ale Mason postukał brata w ramię i skrzywił się ze złością. - To najgorsze miejsce na świecie - wypalił chłopiec. - Williams pobił nas i zamknął w piwnicy z węglem tylko dlatego, że trochę nierówno zasłałem łóżko. Troy próbował uciszyć brata. Chociaż Williams nie mówił po francusku, chłopak był pewien, że podsłuchuje pod drzwiami, a jękliwy ton Masona zdradzał, że chłopiec się skarży. - Co takiego zrobił? - oburzyła się McAfferty. - Jak długo tam siedzieliście? Troy popatrzył z wściekłością na Masona i ściszył głos: 33 - Od zeszłego wieczora, ale bardzo proszę, niech pani nas nie wyda przed Williamsem. Gdy pani wyjedzie, on nas zabije. - Nie zostaniecie tu ani jednego dnia dłużej - odpowiedziała ze złością i wstała gwałtownie zza biurka. - Mam pewną ofertę dla takich francuskich bohaterów jak ty, Troy, i niezależnie od tego, czy ją przyjmiesz, czy nie, i tak najlepiej będzie, jeśli stąd ze mną wyjedziecie. - Ofertę? - zapytał Troy. - Należę do pewnej organizacji o nazwie Jednostka Szpiegowsko-Badawcza B - wyjaśniła McAfferty. - Nasza baza mieści się kilka godzin jazdy stąd. Szkolimy chłopców takich jak ty do tajnej pracy w okupowanej Francji. To niebezpieczna praca i szkolenie jest ciężkie, ale jesteś takim chłopakiem, jakiego szukamy. - A ja? - zapytał Mason. - Ja też mogę? -Jesteś jeszcze trochę za mały - odpowiedziała łagodnie. - Mamy jednak kilkoro młodszych dzieci i jeśli wojna się przeciągnie, będziesz mógł przejść takie szkolenie. Mason wyglądał na podekscytowanego, Troy jednak odniósł się do pomysłu McAfferty z większą rezerwą. - A więc decyzja należy do mnie? Mogę jechać zobaczyć, ale nie muszę się na

nic zgadzać? - Tak, właśnie tak - przytaknęła McAfferty. - I nieważne, co postanowisz, obiecuję, że nigdy nie odeślę was tu z powrotem. Troy nie do końca rozumiał, dlaczego ta kobieta chciała go ze sobą zabrać, a jej przyjazd był taką niespodzianką, że niemal obawiał się, iż za chwilę obudzi się w piwnicy z węglem i zrozumie, że wszystko to było tylko snem. - Będą wam potrzebne jakieś kurtki i rękawiczki, jeśli je macie - powiedziała McAfferty, podchodząc do drzwi klasy. - Przed nami długa droga, a ogrzewanie w moim samochodzie nie na wiele się zda przy takiej pogodzie. 34 „ . Williams stał na korytarzu. Nie mówił po francusku, miał jednak pewne pojęcie o tym, co się działo w klasie. - To jeden wielki kłamczuch - powiedział, wskazując oskarżycielsko na Troya. - Jeśli spotkała go kara, to tylko dlatego, że na nią zasłużył. Najlepiej by było, gdyby wyjechała pani bez niego. McAfferty spojrzała gniewnie na Williamsa i nie znajdując słów, które wyraziłyby całe jej wzburzenie, uderzyła go z całej siły w twarz. - Ci chłopcy są warci stu takich jak pan - powiedziała z wściekłością. - A ja napiszę na pana formalną skargę do dyrektora. Jest pan zwykłą ohydną gnidą. McAfferty nie była silną kobietą, ale gniew dodał jej uderzeniu takiej mocy, że oszołomiony Williams zatoczył się na ścianę. Kobieta odetchnęła głęboko i popatrzyła na Troya i Masona. - Bierzcie szybko swoje rzeczy - powiedziała - i znajdźcie jakieś koce na podróż. Idę odpalić samochód. Czekam na was przed wejściem. Williams popatrzył krzywo na McAfferty, gdy bracia Le-Conte biegli do swojej sali z ogromnymi uśmiechami na twarzach. Mężczyzna nie wydusił z siebie jednak ani jednego słowa. ROZDZIAŁ CZWARTY

Marc oparł się o poręcz na ulicy przed gabinetem dentystycznym. Czekał na Hendersona z narastającą irytacją. Usta i dolna część nosa powoli mu drętwiały. Ręce schronił przed mrozem w kieszeniach krótkich spodenek. Dokoła jego ust i na podbródku widniały plamy z jodyny, której doktor używała przy zabiegu. Tak jak cały Londyn Harley Street także była przygotowana do wojny. Wszystkie elementy ulic - od krawężników po drzewa - pomalowano na biało, żeby były lepiej widoczne podczas nocnego zaciemnienia. Szyby w oknach zaklejono taśmą, by zapobiec ich strzaskaniu, a wokół drzwi ustawiono worki z piaskiem. Przejeżdżające ulicą samochody i ciężarówki miały białe zderzaki, a ich reflektory osłaniały maskownice, które przez wąskie szpary przepuszczały tylko niewielkie strumienie światła. Było dopiero wpół do czwartej, ale okoliczne gabinety lekarskie, z których słynęła Harley Street, zamykano dość wcześnie, by lekarze mogli dojechać przed zmrokiem swoimi roverami i jaguarami do w miarę bezpiecznych przedmieść. Dla Marca to miała być pierwsza noc w Londynie od czasu, gdy rozpoczęły się naloty na miasto. Swoisty exodus elegancko ubranych lekarzy i ciepło odzianych pielęgnia- 36 rek oraz recepcjonistek sprawił, że chłopiec poczuł się nieswojo. „Gdzie jest Henderson?". Marc wiedział, że Henderson umówił się na obiad z wicemarszałkiem lotnictwa Walkerem. Obiecał jednak, że odbierze chłopca od dentysty najpóźniej do piętnastej. Była prawie czwarta, gdy światła w oknie korytarza za plecami Marca zgasły. Doktor Murray stanęła w drzwiach z pękiem kluczy w dłoni i przekręciła jeden z nich w zamku. - Jeszcze nie przyjechał? - zapytała zaskoczona lekarka. - Mogłeś zaczekać w poczekalni, kruszynko. Musisz być zmarznięty na kość. - Kruszynko? - spytał zmieszany Marc. Doktor Murray wybuchła śmiechem. - To takie angielskie wyrażenie, jak „skarbie" albo „mój drogi".