uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 542 206
  • Obserwuję697
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań849 561

Robin Cook - Cykl Pia Grazdan 03 - Komórka

Dodano: 6 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 6 lata temu
Rozmiar :2.0 MB
Rozszerzenie:pdf

Robin Cook - Cykl Pia Grazdan 03 - Komórka.pdf

uzavrano EBooki R Robin Cook
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 6 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 133 osób, 96 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 365 stron)

ROBIN COOK KOMÓRKA (Cell) Tłumaczenie Alexandra Górska Wydanie polskie: 2014 Wydanie oryginalne: 2014

Tytuł oryginału: Cell Copyright © 2014 by Robin Cook All rights reserved Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2014 Informacja o zabezpieczeniach W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa. Redaktor: Elżbieta Bandel Konsultacja: lek. med. Anna Karczewska Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Zbigniew Mielnik Fotografia na okładce © Natalia Siverina / Dreamstime.com Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Komórka, wyd. I, Poznań 2014) ISBN 978-83-7818-276-4 Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o. ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40; fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl www.rebis.com.pl

Książkę tę dedykuję sprawie demokratyzacji medycyny A także dla mojej Mani

Prolog Cząsteczki insuliny wtargnęły do krwiobiegu niczym miniaturowa armia. Szybko przedzierając się przez żyły, ruszyły prosto do serca i stamtąd tętnicami dalej. W ciągu kilku sekund rozprzestrzeniły się na całe ciało. Czepiały się receptorów błon komórkowych i otworzyły bramy komórkowe dla glukozy. Ta w jednej chwili wlała się do wszystkich komórek organizmu, co wywołało gwałtowny spadek jej stężenia w krwiobiegu. Jako pierwsze negatywne skutki tej zmiany odczuły neurony, które nie potrafiąc magazynować glukozy, potrzebują regularnych jej dostaw do prawidłowego funkcjonowania. W miarę upływu czasu i postępu inwazji komórki nerwowe, zwłaszcza te w mózgu, pozbawione glukozy działały coraz gorzej. Wkrótce albo wysyłały błędne informacje, albo przestały wysyłać je w ogóle. Potem zaczęły obumierać. Westwood, Los Angeles, Kalifornia poniedziałek, 7 kwietnia 2014, 2.35 Kasey Lynch wybudziła się gwałtownie ze snu. Śnił jej się koszmar, któremu towarzyszyło narastające uczucie niepokoju i grozy. Zdezorientowana nie wiedziała przez chwilę, gdzie się znajduje. Potem sobie przypomniała: w mieszkaniu swojego narzeczonego, doktora George’a Wilsona. Od miesiąca nocowała tam dwa lub trzy razy w tygodniu, ilekroć George, trzecioroczny rezydent na radiologii w Centrum Medycznym Los Angeles University, nie miał dyżuru. Spał

teraz obok niej. Słyszała jego cichy, rytmiczny oddech. Kasey studiowała podyplomowo psychologię dziecięcą na Los Angeles University i przez ostatni rok pracowała jako wolontariuszka na oddziale pediatrycznym w Centrum Medycznym. To tam na radiologii, dokąd czasami prowadziła małych podopiecznych na badania, poznała George’a. Urzekła ją jego pewność siebie, serdeczne obejście i świetny kontakt z dziećmi. Przystojna twarz i krzywy uśmiech też były niczego sobie. Był serdeczny i miły, a ona cechy te szczególnie ceniła i lubiła myśleć, że są też częścią jej osobowości. Zaręczyli się zaledwie przed czterema tygodniami, choć nadal nie ustalili daty ślubu. Oświadczyny George’a wprawdzie miło, ale jednak ją zaskoczyły: szwankujące zdrowie nauczyło ją ostrożnego podejścia do stałych zobowiązań. Tyle że oboje z George’em wpadli po uszy i nic nie dało się na to poradzić. Żartowali nawet, że szybkie tempo, w jakim rozwija się ich związek, wynika z faktu, że od lat nieświadomie siebie szukali. Ale o drugiej trzydzieści nad ranem jej myśli dalekie były od romantycznych uniesień. Gdy tylko się obudziła, wiedziała, że jest z nią źle, bardzo źle. Była zlana potem, czuła się fatalnie, i to nie tylko przez senny koszmar. Od czasów dzieciństwa chorowała na cukrzycę typu pierwszego i teraz z miejsca się zorientowała, co się stało: spadło stężenie glukozy we krwi. Incydenty hipoglikemii przydarzały jej się wielokrotnie w przeszłości i wiedziała, że musi wypić coś słodkiego, i to szybko. Jednak kiedy zaczęła się podnosić, pokój gwałtownie zawirował. Opadła z powrotem na poduszkę, do obezwładniającego zawrotu głowy dołączyło dzikie walenie serca. Sięgnęła po komórkę. Zawsze pilnowała, by mieć ją na podorędziu, i wieczorem zostawiła ją ładującą się na stoliku nocnym. Chciała zadzwonić do swojego nowego lekarza, by się uspokoić, a potem pójść do kuchni po sok pomarańczowy. Nowy lekarz był niezwykły, dostępny nawet o tej godzinie. Szybko zdała sobie jednak sprawę, że potrzebuje bezpośredniej pomocy, i próbowała wyciągnąć rękę, żeby obudzić George’a, ale jej prawa ręka ważyła chyba z tonę. Nie mogła nawet unieść jej z materaca.

George leżał blisko, tyle że twarzą w drugą stronę, całkowicie nieświadom jej szybko pogarszającego się stanu. Resztką sił spróbowała jeszcze raz podnieść rękę, tym razem lewą, ale była w stanie tylko lekko wyprostować palce. Usiłowała go zawołać, jednak z ust nie wydobył się żaden dźwięk. Potem znowu poczuła zawrót głowy, jeszcze gorszy niż poprzedni. Serce nadal waliło jak szalone, z narastającym wysiłkiem wciągała powietrze do płuc. Coraz trudniej było jej oddychać, stopniowo postępowało porażenie mięśni i w konsekwencji się dusiła. W tym momencie pokój zaczął szybciej wirować, w uszach rozległo się dzwonienie. Dźwięk narastał, a dokoła zapadała ciemność otulająca ją niczym ciepły koc. Nie mogła się poruszyć, nie mogła oddychać, nie mogła myśleć… Budzik w smartfonie George’a włączył się tuż po szóstej rano, wyrywając go ze spokojnego snu. Szybko go wyłączył i wyślizgnął się z łóżka, nie niepokojąc Kasey. Tak zwykle wyglądały ich poranki. Chciał, by Kasey spała jak najdłużej, bo często miewała problemy z zaśnięciem. Poszedł do łazienki z komórką w ręku. Jak większość osób obecnie, prawie nigdy nie rozstawał się z aparatem. Ogolił się i wziął prysznic w niecałe dziesięć minut. Był dumny ze swojej samodyscypliny, pomogła mu przetrwać siedem lat studiów medycznych i rezydentury – ponury test wytrzymałości, w którym przeżycie najlepiej dostosowanych nie było tylko pustą frazą. Szósta dwadzieścia! Pora budzić Kasey. Otworzył drzwi łazienki, wycierając energicznie włosy, i zauważył, że leży z otwartymi oczami i patrzy w sufit. Niebywałe. Zwykle spała jak zabita, wyrwanie jej ze snu wymagało kilkukrotnych prób. – Od dawna nie śpisz? – zawołał, nie przestając wycierać włosów. Żadnej odpowiedzi. Wzruszył ramionami i wrócił do łazienki wyszorować zęby. Zostawił drzwi lekko uchylone. Kasey leżała bez ruchu, jakby pogrążona w letargu, ale to go nie zdziwiło, widywał ją już w takim stanie. Kiedy naprawdę się na czymś koncentrowała, często tak się wyłączała. Od kilku tygodni łamała sobie głowę nad tematem swojego doktoratu i jak

dotąd nie udało jej się wymyślić nic sensownego. Nie dalej jak wczoraj wieczorem rozmawiali o tym przed snem. Wrócił do sypialni, ale Kasey nadal ani drgnęła. Dziwne. Podszedł do łóżka, ciągle ze szczoteczką do zębów w ustach. – Kasey? – wybulgotał, starając się jej nie opluć. – Nadal martwisz się doktoratem? Znowu żadnej odpowiedzi. Patrzyła w sufit, nie mrugając, źrenice miała rozszerzone. Nagle po plecach przebiegły mu ciarki. Coś było nie tak, bardzo nie tak! Leżała dziwnie nieruchomo. Spanikowany, wyrwał szczoteczkę z ust i nachylił się nad łóżkiem. Ma atak? – Kasey! Słyszysz mnie? Zbudź się! – Chwycił ją za ramiona i mocno potrząsnął. Wyczuł nienormalną sztywność ciała i zdał sobie sprawę, że nie oddycha. – Kasey! Kochanie. Proszę, proszę. Boże! – Wskoczył na łóżko i spróbował zmierzyć puls na szyi dziewczyny. Chłód jej skóry sprawił, że serce podeszło mu do gardła. Zwalczył atak paniki i odgarnął pościel, żeby zacząć resuscytację krążeniowo-oddechową. Już przy pierwszej próbie wyczuł nienormalny opór i zauważył, że jej oczy są nie tylko otwarte, ale całkowicie znieruchomiałe. – Mój Boże, Kasey! – Wzdrygnął się ze zgrozą. Wchodziła już w rigor mortis. Była martwa! Jego narzeczona – cały jego świat – zmarła w nocy, a on, lekarz, po prostu to przespał. Opadł na podłogę i oparty plecami o ścianę zaniósł się płaczem. Minęło dwadzieścia minut, zanim wziął się w garść na tyle, by zadzwonić pod 911.

Część pierwsza

Rozdział 1 Prawie trzy miesiące później Centrum Medyczne Los Angeles University Westwood, Los Angeles, Kalifornia poniedziałek, 30 czerwca 2014, 8.35 To był ostatni dzień trzeciego roku rezydentury George’a na radiologii w Centrum Medycznym Los Angeles University. Nazajutrz miał się zacząć czwarty, ostatni rok szkolenia, po którego ukończeniu będzie mógł wreszcie zacząć zarabiać jakieś prawdziwe pieniądze. Po tych wszystkich latach harówy nad podręcznikami i dyżurów okupionych dwustoma tysiącami dolarów długu w tunelu wreszcie pojawiło się światełko. Myśl o finansowym odkuciu się, o trzepaniu kapuchy, była jego receptą na poradzenie sobie z druzgocącą stratą kobiety, którą kochał, jedynej, którą kochał naprawdę. Choć wiedział, że nie jest to najzdrowszy sposób dochodzenia do siebie, w tej chwili tylko na to było go stać. Pensja, i to nie byle jaka pensja, będzie przynajmniej dowodem na to, że lata nauki nie poszły na marne. No i zacznie wreszcie spłacać długi. Przynajmniej jego życie zawodowe dobrze się układało. Przez ostatnie trzy posępne miesiące George silił się na sympatyczną wylewność wobec współpracowników, jednak prawda wyglądała tak, że stał się odludkiem. Wszyscy, którzy próbowali drążyć głębiej pod

maską przyjacielskości, natrafiali na kasę pancerną, w której chował uczucia. Ona trzymała jego demony na uwięzi, a przynajmniej tak mu się zdawało. Wiedział, że gwałci w ten sposób święte przyrzeczenie, jakie złożył Kasey. Kiedy prosił, by za niego wyszła, wzdragała się, tłumacząc, że nie powinien wiązać się z kimś przewlekle chorym. Ku jego konsternacji, mówiła zupełnie poważnie i ostatecznie zgodziła się dopiero, gdy obiecał, że gdyby coś jej się stało, nie odetnie się od przyjaciół i postara się stworzyć nowy związek. Zmusiła go nawet, by dał jej takie oświadczenie na piśmie. George westchnął. Leciał z nóg. Poprzedniej nocy niemal do rana przewracał się z boku na bok, jak zwykle nękany wyrzutami sumienia, że nie dotrzymał obietnicy złożonej Kasey, i jeszcze większymi, że przespał jej śmierć. Nigdy się nie dowie, czy cierpiała, czy może zmarła we śnie. Ta niepewność będzie go dręczyć już do końca życia. Przez nią właśnie prawie nie mógł zmrużyć oka od śmierci ukochanej i bezsenność z każdym dniem coraz bardziej się nasilała. Popatrzył na zegarek. 8.35. Siedział w pracowni rezonansu, nadzorując drugoroczną rezydentkę Claudine Voucher. Oddział radiologii w ogóle, a pracownia MRI w szczególności generowały spore zyski, w zamian za co administracja centrum nagrodziła ich doskonałą lokalizacją na parterze, w bezpośrednim sąsiedztwie oddziału ratunkowego. Claudine od miesiąca znajdowała się pod skrzydłami George’a i teraz już na dobrą sprawę nie potrzebowała jego nadzoru. Przeglądał na boku czasopismo branżowe. Co jakiś czas popatrywał na monitor, gdy komputer wyświetlał kolejne skany. Siedział zbyt daleko, by widzieć szczegóły, ale wszystko wydawało się w porządku. Popijał z filiżanki swoją ulubioną kostarykańską kawę. Uwielbiał kawę. Jej smak. Jej aromat. Euforyczny, pobudzający efekt. Ale był bardzo wrażliwy na kofeinę, wyglądało na to, że jego organizm nie metabolizuje jej tak jak organizmy innych osób. Jedna filiżanka rano to wszystko, na co mógł sobie pozwolić. W przeciwnym razie odbijał się od ścian do wczesnych godzin rannych, a na koniec musiał się zmagać z rozdzierającym bólem głowy. W obecnym stanie jego ducha nawet

jedna filiżanka oznaczała lot ku krawędzi. Ale George nie miał nic przeciwko, bo i tak czuł się tak, jakby już spadał. Duże termoizolacyjne okno dawało lekarzom w sterowni wgląd do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie pracował ogromny aparat MRI. Tylko nogi pacjenta, wystające z wartego wiele milionów dolarów najnowocześniejszego urządzenia, były widoczne. Wyjątkowo sprawny technik radiolog, Susan Fournier, nadzorowała postęp badania. Wszystko przebiegało bezproblemowo. Claudine siedziała obok Susan i studiowała poziome przekroje wątroby. Wyjąwszy stłumiony hałas aparatury dochodzący przez dźwiękoszczelną ścianę, pomieszczenie tonęło w ciszy. W samej sali rezonansu hałas był tak potworny, że pacjenci musieli nosić zatyczki do uszu. Pacjentem był Greg Tarkington, czterdziestoośmioletni odnoszący sukcesy menedżer funduszu hedgingowego. George, Susan i Claudine wiedzieli, że mężczyzna ma raka trzustki, i znali szczegóły historii jego choroby: rozległych zabiegów operacyjnych, które przeszedł, i chemioterapii. Skutkiem ubocznym tych pierwszych była cukrzyca, drugiej przejściowa niewydolność nerek. W chwili obecnej przy życiu utrzymywały chorego dializy. Onkolog, który skierował go na badanie, chciał się upewnić, czy nie ma zmian w wątrobie. – Jak to wygląda? – George przerwał ciszę. – Na moje oko w porządku – odpowiedziała cicho Susan. Choć pacjent nie mógł ich usłyszeć, lekarze i technicy zwykle w trakcie badania porozumiewali się szeptem. – Na moje też. – Claudine odwróciła się do George’a. – Zerkniesz? George wstał z trudem i podszedł bliżej monitora. Niespiesznie studiował w milczeniu pojawiające się obrazy. Susan uruchomiła ponownie animację przekrojów wątroby. – Zatrzymaj tutaj – polecił nagle George. – Zrób stop-klatkę. Technik zatrzymała obraz. – Pokaż poprzedni przekrój – poprosił George, nachylając się, by lepiej się przyjrzeć. Większość osób, podobnie jak on na początku, uważała radiologię za

naukę ścisłą i pewną, niezostawiającą miejsca na domysły: poszukiwane ognisko albo było obecne, albo nieobecne i kropka. Jednak w ciągu ostatnich trzech lat George się przekonał, że jest inaczej i właściwa interpretacja, zwłaszcza przy małych nieprawidłowościach, odgrywa w jego zawodzie kluczową rolę. Teraz też miał wrażenie, że dostrzega jakąś aberrację w obrazie przekroju, tuż na prawo od wnęki wątroby. Potarł oczy i spojrzał ponownie. – Opuść o centymetr. – Wbił wzrok w obraz i nagle był pewien. Dwie małe zmiany. – Wróć dopierwotnego obrazu, tego, który się jeszcze tworzy. – Już. Na tym obrazie ogniska również były widoczne. George wyjął laserowy wskaźnik z kieszeni kitla i je podświetlił. – To nie wygląda dobrze – oznajmił. Claudine i Susan studiowały obraz. Teraz same pośród różnych odcieni szarości mogły wypatrzyć dwa ogniska. – Mój Boże – powiedziała Claudine. – Masz rację. – Ledwo widoczne – stwierdziła Susan. George podszedł do monitora szpitalnego komputera, wyświetlił poprzedni rezonans Tarkingtona i szybko znalazł przekroje tego samego miejsca wątroby. Były prawidłowe. Zmiany pojawiły się niedawno. George zastanowił się chwilę nad wymową tego odkrycia. Z jednej strony oznaczało, że on jako lekarz świetnie sobie radzi. Ale dla zdenerwowanego człowieka w sąsiednim pomieszczeniu z głową wepchniętą w tunel magnesu o natężeniu pola równym trzem teslom – sześćdziesiąt tysięcy razy silniejszego niż pole Ziemi – oznaczało coś zgoła innego. Ambiwalentność tej sytuacji zawsze wprawiała George’a w konsternację. Poruszała także ciągle żywe wspomnienia śmierci Kasey. Przed oczami stanęło mu znowu jej zmrożone śmiercią oblicze – blade, nieruchome z pustym spojrzeniem rozszerzonych źrenic. – Dobrze się czujesz? – Claudine przyglądała się mu badawczo. – Tak. Dobrze. Dzięki.

Ale wcale tak się nie czuł. Próby zagrzebania wspomnień tylko zaogniały problem. Wyrazistość, z jaką ujrzał w duchu twarz zmarłej Kasey, go przeraziła. Już po jej śmierci dowiedział się, że w piątek, na trzy dni przed feralnym poniedziałkiem, podczas tomografii, którą miała w klinice Santa Monica University, wykryto u niej IV stadium wyjątkowo agresywnego raka jajnika o trzecim stopniu złośliwości. Nie zdążyła odebrać wyników i umarła w nieświadomości. Ponieważ klinika była siostrzanym ośrodkiem szpitala George’a, obejrzał badanie, wykorzystując swój kod dostępu rezydenta. Stanowiło to pogwałcenie ustawowego prawa do prywatności i ochrony danych zdrowotnych pacjentów, ale wtedy nie był w stanie się powstrzymać. Miał szczęście, że z uwagi na okoliczności nie został pociągnięty do odpowiedzialności. – Dokończmy badanie – powiedział teraz, odganiając nieprzyjemne myśli. – Jeszcze niecały kwadrans – odpowiedziała Susan. George wrócił na krzesło i zmusił się do przeglądania czasopisma, starając się nie myśleć. Przez jakiś czas panowało całkowite milczenie. Badanie nie ujawniło więcej nieprawidłowości, jednak implikacje znalezienia dwóch poprzednich ognisk zwarzyły atmosferę w sterowni. – Obawiam się – przerwała ciszę Claudine, ubierając w słowa to, co wszystkim chodziło po głowie – że z uwagi na historię choroby pacjenta te dwie zmiany to najprawdopodobniej przerzuty pierwotnego raka trzustki. George skinął głową i rzucił obcesowo, głównie pod adresem Claudine: – Dobra, szybkie przypomnienie. Nie mówimy pacjentowi ani w żaden inny sposób nie dajemy mu do zrozumienia, co znaleźliśmy, oprócz informacji, że badanie przebiegło dobrze, co jest zgodne z prawdą. Wyniki zostaną zinterpretowane przez specjalistę radiologa i przesłane onkologowi oraz lekarzowi pierwszego kontaktu pacjenta. To oni poinformują chorego. Zrozumiano? Claudine skinęła głową. Nie trzeba jej było powtarzać dwa razy, ale samo upomnienie i jego ton zabrzmiały ostrzej, niż George zamierzał,

wywołując niezręczne milczenie. Susan spuściła głowę i udawała, że przegląda papiery. George, świadom, że go poniosło, usiłował naprawić sytuację. – Przepraszam. To było niepotrzebne. Świetnie się spisujesz, Claudine. Nie tylko dzisiaj, ale przez cały ten miesiąc. – Naprawdę tak uważał. Dziewczyna wyraźnie się odprężyła, a nawet uśmiechnęła. George westchnął z ulgą, gdy atmosfera się rozluźniła. Musi wziąć się w garść. – Co mamy w grafiku na resztę dnia? – spytał. Claudine zajrzała do swojego iPada. – Jeszcze dwa rezonanse. Jeden o jedenastej, drugi o trzynastej trzydzieści. No i, oczywiście, wszystkie nagłe przypadki z SOR-u. – Przewidujesz jakieś problemy z tymi dwoma planowanymi badaniami? – Nie. Dlaczego pytasz? – Muszę wyskoczyć na dwie lub trzy godzinki. Chcę wpaść na konferencję w Century City1. Amalgamated Healthcare, ten gigant ubezpieczeniowy i nowy właściciel naszego szpitala, ma zaplanowaną prezentację dla potencjalnych inwestorów. Coś na temat rozwiązania, które ma zlikwidować niedobór lekarzy pierwszego kontaktu. To odwieczna bolączka. Tylko sobie wyobraźcie: firma od ubezpieczeń zdrowotnych rozwiązuje braki kadrowe w podstawowej opiece zdrowotnej! – Taa, jasne. Likwidacja deficytu lekarzy pierwszego kontaktu. – Claudine sarknęła sceptycznie. – Tozakrawa na bajkę, zwłaszcza teraz, gdy Obamacare ma dorzucić trzydzieści milionów nieubezpieczonych do systemu, który już wcześniej kiepsko funkcjonował. – Jesteś pewien, że ta prezentacja nie odbywa się przypadkiem w Disneylandzie? – spytała Susan, kierując się do sali badań, by dopilnować pacjenta, którego pomocnik wysuwał z tunelu aparatu. – Niewykluczone – powiedział George. Mimo żartów, jakie sobie robili, problem był poważny. – Naprawdę jestem ciekaw, co powiedzą. 1 Dzielnica mieszkaniowo-biznesowa Los Angeles.

Z dziesięć lat, w najlepszym razie, zajęłoby przeszkolenie wystarczającej liczby lekarzy do wypełnienia luki, pod warunkiem że w ogóle udałoby się ich skłonić do specjalizowania się w medycynie rodzinnej, co wcale nie jest pewne. Tak czy owak, chciałbym zobaczyć, z czym wyskoczą, jeśli to nie problem. – Niby dla kogo? – żachnęła się Claudine, kręcąc głową. – Żaden problem. Możesz spokojnie spadać. – Na pewno? – Na mur beton. – W porządku. Esemesuj, gdybym był ci potrzebny. W razie czego w kwadrans mogę tu być z powrotem. – Nie ma sprawy. Wszystkim się zajmę. – Przejrzymy to, gdy wrócę. – Urwał i znowu się zawahał. – Jesteś pewna, że mogę cię zostawić samą? – Jasne. Będę pracowała z Susan. A jej żadne z nas nie jest potrzebne. Susan uśmiechnęła się na ten komplement. – Dobra, świetnie. To wejdźmy tam i porozmawiajmy z pacjentem. – George wskazał na drzwi. Z kamiennym wyrazem twarzy weszli do pomieszczenia diagnostycznego. Tarkington siedział na skraju stołu aparatu i uśmiechał się nerwowo. Bardzo pragnął usłyszeć coś optymistycznego. Lekarze uważali, by nie wyjawić złych wieści, świadomi, że najpewniej oznaczają konieczność kolejnej chemioterapii, pomimo upośledzonej funkcji nerek pacjenta. Claudine powiedziała to, co miała powiedzieć, możliwie jak najbardziej krzepiącym tonem, podczas gdy George i Susan kiwali głowami. Potem lekarze wycofali się do bezpiecznego zacisza sterowni. Rozmowa z pacjentem, który lada chwila ma usłyszeć wyrok, unaoczniała kruchość życia. Nie dało się pozostać wobec tego obojętnym. – O, w dupę. Co za parszywa sytuacja. – Claudine opadła na krzesło. – Nie cierpię tego kręcenia i mydlenia oczu. Nie sądziłam, że

będzie należało do moich obowiązków jako lekarza. – Przyzwyczaisz się – rzucił George z beztroską, której nie czuł. Popatrzyła na niego zaskoczona. – Nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało. Ale przyzwyczaisz się. – Nie wiedział, dlaczego to mówi. Sam ani się z tym nie oswoił, ani do tego nie przyzwyczaił. – W każdym razie do pewnego stopnia. Musisz, bo inaczej nie będziesz w stanie wykonywać swojej pracy. Mnie doskwiera nie tyle „mydlenie oczu”, ile sama parszywość sytuacji. Przed chwilą ucięliśmy sobie pogawędkę z bardzo miłym mężczyzną w kwiecie wieku, ojcem rodziny, który wedle wszelkiego prawdopodobieństwa niedługo zawinie się na tamten świat. To zawsze jest do dupy. – George wsadził nos w historie chorób następnych pacjentów, by nie patrzeć na Claudine. – Ale musisz panować nad uczuciami, by robić swoje i ratować życie tym, którym można je uratować. – Wyczuł jej badawcze spojrzenie i poczuł się źle. Tak naprawdę nadrabiał miną. Wielokrotny kontakt z beznadziejnymi przypadkami nie stępił jego własnych odczuć. Podniósł głowę. – Posłuchaj… – Urwał, szukając właściwych słów. – Po części właśnie z tego powodu wybrałem radiologię. By mieć jakiś bufor oddzielający mnie od pacjenta. Myślałem, że jeśli skupię się na obrazach zamiast na chorych, będę mógł lepiej wykonywać swoją pracę. – Wskazał na sąsiednie pomieszczenie, w którym zostawili Tarkingtona. – Ale, jak widzisz, bufor ma szczeliny. Oboje siedzieli przez chwilę w milczeniu, potem George ruszył do drzwi. – Dobra, muszę spadać… – Ja też – powiedziała cicho Claudine. Spojrzał na nią zbity z tropu. – Co ty też? – Z tego powodu wybrałam radiologię. I dzięki… za szczerość. George posłał jej smutny uśmiech i wyszedł z pracowni.

Rozdział 2 Hotel Century Plaza Century City, Los Angeles, Kalifornia poniedziałek, 30 czerwca 2014, 9.51 W auli, w której odbywała się prezentacja, George z miejsca poczuł się jak słoń w składzie porcelany. Było jasne, że wykład skierowany jest głównie do potencjalnych inwestorów towarzystwa ubezpieczeniowego. W sali roiło się od „ludzi z zasobami”. Czyli innych niż on. Ich szyte na miarę garnitury, fryzury za czterysta dolców i poczucie wyższości kłuły go w oczy. Wiedział, że towarzystwo Amalgamated Healthcare nabyło ostatnio kilka spółek medycznych i szpitali, w tym także centrum medyczne, w którym sam pracował. Perspektywa oferowania ubezpieczeń zdrowotnych na skalę krajową zamiast stanowej stanowiła podstawę ich strategii przejęć. George przypuszczał, że zarząd towarzystwa wnikliwie przestudiowały 2700 stron z hakiem Ustawy o dostępności opieki medycznej i ochronie praw pacjenta – zwanej Obamacare – zdecydowane skorzystać ze zmian gwarantujących ubezpieczenie zdrowotne wszystkim obywatelom. George przepchnął się przez tłum na tyłach sali, zadowolony, że zostawił swój kitel w szpitalu. Wcale by się nie zdziwił, gdyby próbowano go wyrzucić z tego elitarnego grona jako nieproszonego gościa. Gdy szedł przejściem wzdłuż krzeseł, ktoś wręczył mu elegancki

prospekt z arkuszami kalkulacyjnymi i danymi finansowymi. Nagle ogarnęło go wrażenie déja`vu. Kiedy lata temu po raz pierwszy przestąpił mury Cornell University jako świeżo upieczony student, nie był jeszcze pewien ostatecznego wyboru kierunku dalszej edukacji: ekonomia pociągała go w takim samym stopniu co medycyna. Pod koniec pierwszego roku zdecydował się w końcu na tę ostatnią, a motywy tej decyzji pomogła mu zrozumieć dopiero wiele lat później Kasey. Gdyby zamiast przepływów płynów ustrojowych zgłębiał przepływy pieniądza, czułby się teraz tutaj jak ryba w wodzie. Pewnie nosiłby markowe obuwie i być może dorobiłby się nawet już okrągłej sumki w banku zamiast góry długów. Starał się przegonić te myśli, to była inna rzeczywistość, inny świat, inne marzenie. Zmusił się, by skupić się na chwili obecnej. W auli przygotowano miejsca dla kilkuset osób. George zauważył kilku baronów IT reprezentujących Apple, Oracle, Google i Microsoft, a także paru dobrze znanych przedstawicieli funduszy hedgingowych w zarezerwowanej części na przedzie. Na dyżurach często oglądał CNBC, zatem teraz rozpoznawał bez trudu kilku graczy. To zgromadzenie przypominało oskarową galę Fortune 500. Stadko pięknych strzelistych dziewcząt w futurystycznych białych strojach serwowało przybyłym drinki. Na podium na przedzie pokoju ustawiono cztery nowoczesne fotele klubowe ze stali nierdzewnej i ultramikrofibry. Nawet z daleka wyglądały na nieziemsko drogie, każdy prawdopodobnie kosztował więcej niż samochód George’a. Bezpośrednio za nimi znajdował się ogromny ekran LED z dwoma dodatkowymi równie wielkimi ekranami po bokach umieszczonymi pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Na każdym jaśniała grubą czcionką nazwa Amalgamated Healthcare. W wystroju sali dominowała biel: rzędy wyściełanych ultramikrofibrą białych siedzisk ze składanymi stoliczkami do pisania. Oczywiście także białymi. George był pod wrażeniem. Zastanawiał się, czy przygotowaniem prezentacji zajmowali się ci sami konsultanci, którzy opracowywali dla Apple kampanię wprowadzenia na rynek iPhone’a

i iPada. George zajął miejsce w ostatnim rzędzie i czekał. Punktualnie o dziesiątej światła w auli przygasły, a na podwyższeniu dla mówców pojawiły się cztery osoby: trzech mężczyzn i kobieta. Jednocześnie z ukrytych głośników zaczęła się sączyć cicha pieśń chóralna. Kojarzyła się z celtyckim popem i nadawała wydarzeniu cokolwiek nieziemską, podniosłą oprawę. Uwaga George’a skupiła się na kobiecie. Miała na sobie elegancki kostium biznesowy ozdobiony delikatnym żabotem wokół szyi, który dodawał mu kobiecości. Była atrakcyjna na klasyczną uniwersytecką modłę. Mimo tego szykownego stroju rozpoznał ją natychmiast. Nazywała się Paula Stonebrenner i to jej zawdzięczał zaproszenie na prezentację. Swego czasu studiowali medycynę na jednym roku na Columbia University i przez jakiś czas nawet byli ze sobą blisko: raz czy dwa umówili się na randkę i w końcu wylądowali na dachu Bard Hall, akademika wydziału medycznego. George nadal uważał ów incydent za najbardziej pikantne doświadczenie erotyczne w swoim życiu. Zauroczenie Paulą szybko mu jednak minęło, kiedy w oko wpadła mu inna studentka z roku, Pia Grazdani: śniada, egzotyczna, zwalająca z nóg mieszanka włosko-albańskich genów. Już na sam jej widok miękły mu kolana, a rezerwa, samotnictwo i obojętność dziewczyny na jego umizgi sprawiły, że zupełnie stracił dla niej głowę. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się jeszcze, by jakaś dziewczyna nie chciała się z nim umówić. Otwarty i ujmujący był duszą każdego towarzystwa i wybijał się w sporcie. Zwykle wystarczyło, żeby kiwnął palcem, a mógł przebierać w chętnych jak w ulęgałkach. Ale Pii to nie dotyczyło. Zanim ją poznał, unikał stałych związków. Szybko kończył romanse, upatrując w tym nawet swego rodzaju miłosierdzia: takie zerwanie było dla dziewczyny jak użądlenie pszczoły – bolało krótko i szybko odchodziło w niepamięć. Odżegnywał się przy tym od egoizmu: w szkole średniej i w college’u pragnienie odniesienia sukcesu, czy to jako lekarz, czy biznesmen, było dla niego ważniejsze niż życie osobiste,

w którym widział raczej przyjemność niż okazję do samopoznania. Wtedy tego nie rozumiał, ale teraz już tak. Oczywiście dzięki Kasey. Miała wrodzoną intuicję, wyczucie relacji interpersonalnych i ogromny dar empatii, które przyciągnęły do niej George’a niczym wygłodniałą mysz do sera. Kasey była pierwszą kobietą, z którą się zaprzyjaźnił i która najpierw stała się jego powierniczką, a dopiero potem kochanką. Możliwość przyjaźnienia się z dziewczyną to była dla niego rewelacja, prawdziwe objawienie, dzięki któremu zrozumiał, za czym tak naprawdę tęsknił. Dzisiaj musiał przyznać, że Paula wygląda fantastycznie. Uświadomił sobie jednocześnie, że tak naprawdę nie wie o niej nic ponadto, że jest kuta na cztery nogi, zabawna i pełna energii, jak to mówią, żywe srebro. Na studiach, po tym jak ją rzucił dla Pii, zachowywała się jak odtrącona kochanka. Nie odzywała się nawet do niego do końca pierwszego roku. Ale na drugim już jej przeszło. Ich pokoje w akademiku sąsiadowały ze sobą i trudno było w tej sytuacji się ignorować. Na ostatnim roku zakopali ostatecznie topór wojenny, stając się na powrót serdecznymi znajomymi. Przez chwilę się zastanawiał, czy wejść teraz na podium i się z nią przywitać, ale ostatecznie stchórzył. Patrzył tylko z rosnącą fascynacją, jak swobodnie konferuje z trójką mężczyzn na podwyższeniu i kilkoma finansistami z zarezerwowanej sekcji na przedzie. W końcu spoczęła na jednym z foteli klubowych z dwójką mężczyzn po bokach, podczas gdy trzeci wystąpił naprzód. Zrobił wrażenie na George’u: elegancko ubrany, stał prosty jak świeca we władczej, niemal żołnierskiej postawie. Siwiejące włosy lśniły w przyćmionym blasku halogenowych lamp. Na ogromnym ekranie za jego plecami pojawiło się nazwisko: Bradley Thorn, prezes i dyrektor naczelny Amalgamated Healthcare. – Witajcie! – huknął z szerokim uśmiechem na twarzy. Jego głos wypełnił ogromną aulę, mimo że nie widać było, by posiłkował się mikrofonem. George wzruszył ramionami. W tych czasach wszystko jest bezprzewodowe. Gwar rozmów ucichł. Osoby, które jeszcze nie znalazły sobie miejsca,

rzuciły się teraz do krzeseł. George zerknął na Paulę, a potem na dwóch mężczyzn, między którymi siedziała. Nagle poznał jednego z nich i zszokowany skulił się na krześle, jakby dzięki temu mógł zostać niedostrzeżony. Puls mu przyspieszył. – O cholera – wymruczał.

Rozdział 3 Century Plaza Hotel Century City, Los Angeles, Kalifornia poniedziałek, 30 czerwca 2014, 10.02 Na podium siedział doktor Clayton Hanson, radiolog o międzynarodowej sławie, szef programu kształcenia rezydentów w Centrum Medycznym Los Angeles University i przełożony George’a w jednej osobie. Wilson znał go jak zły szeląg. Stary pies na baby, miał się za donżuana (oprócz kobiet uwielbiał też łechtać swoje ego) i swego czasu uderzał do Kasey, choć wiedział, że jest dziewczyną George’a. Rok przed początkiem rezydentury George’a Clayton rozwiódł się z podstarzałą aktorką po dwunastu latach nieudanego małżeństwa. Wieść gminna niosła, że to właśnie częste skoki w bok radiologa były powodem odejścia jego małżonki. Tak czy owak Clayton pragnął powetować sobie stracony czas i liczył, że George, jako jeden z kilku nieżonatych rezydentów, poda mu receptę na, jak to ujął, „wyhaczenie paru młodych klaczek”. Wprawdzie przepisu nigdy nie dostał – George, nawet gdyby taki znał, nigdy by mu go nie powierzył w trosce o swoje koleżanki – jednak z czasem zrodzona na tym gruncie komitywa przekształciła się w swego rodzaju przyjaźń: w jej ramach Clayton usiłował umawiać George’a z różnymi kobietami, po to by przy okazji próbować uwodzić ich przyjaciółki.

Jednak teraz co innego zwarzyło humor George’owi. Urwał się z pracy i wiedział, że pryncypał – jeśli go tu zobaczy – uzna to za samowolkę: przed udaniem się na prezentację nie zadał sobie trudu uzyskania oficjalnej zgody na opuszczenie szpitala. Mimo że zapewnił sobie zastępstwo i był to ostatni dzień trzeciego roku jego rezydentury, czuł się nieswojo. Chciał nawet wstać i wyjść, ale uznał, że wtedy na pewno ściągnie na siebie uwagę szefa. Już lepiej było zostać na miejscu. Na szczęście siedział w sporej odległości od podium i nic nie wskazywało na to, że Clayton go zauważył. George wziął głęboki oddech, żeby się uspokoić, i z powrotem przeniósł wzrok na Paulę. Bez dwóch zdań, wyglądała nieziemsko i sprawiała wrażenie osoby pewnej siebie i kompetentnej. Pluł sobie teraz w brodę, że zerwał z nią kontakt po studiach, i zastanawiał się, czy wskrzeszenie tej znajomości da mu szansę wypełnienia obietnicy złożonej Kasey. Jego rozmyślania przerwał głos Thorna. Prezes Amalgamated przeszedł teraz do omówienia spektakularnego rozwoju firmy. Wyjaśnił, że ma zamiar w pełni skorzystać z Ustawy o opiece, co władze innych spółek ubezpieczeniowych uznawały za niewykonalne z uwagi na przewidziane ustawą ograniczenia zysku. Jednak on sam i jego niebywale kompetentny zespół znaleźli metodę na ich obejście i wybili się na czoło stawki. Teraz potrzebowali już tylko kolejnego zastrzyku kapitału, by kontynuować spektakularną ekspansję. – Politycy, w sposób zamierzony lub nie, powierzyli sektorowi ubezpieczeń zdrowotnych kontrolę nad kawałkiem tortu, który prawdopodobnie lada moment rozrośnie się do blisko 20 procent PKB – ciągnął. – Większość z nas wie w głębi ducha, że powinni byli uchwalić program ubezpieczeń społecznych Medicare dla wszystkich. Jednak nie mieli na to dość odwagi. Zatem tylko podali nam klucze na tacy. To jest ogromna, bezprecedensowa szansa, zwłaszcza w świetle tego, czego się dzisiaj państwo dowiecie. Niezależnie od oporu lekarzy medycyna i sektor usług zdrowotnych wchodzą w erę cyfrową i cały świat, nie tylko Stany Zjednoczone, stanął w obliczu konieczności zmiany