uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 542 625
  • Obserwuję698
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań849 809

Roman Bratny - Rok w trumnie

Dodano: 6 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 6 lata temu
Rozmiar :539.7 KB
Rozszerzenie:pdf

Roman Bratny - Rok w trumnie.pdf

uzavrano EBooki R Roman Bratny
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 6 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 185 osób, 76 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 131 stron)

tytuł: “ROK W TRUMNIE” autor: Roman Bratny Projekt okładki: KRZYSZTOF SUCHAR Redaktor techniczny ANDRZEJ WIELOCHOWSK1 Korekta: BARBARA CZECHOWICZ Copyright by Roman Bratny, Warszawa, 1983 ISBN 83-03-00433-6 Co się właściwie stało? Co może mnie zmusić, abym odebrał sobie ostatnie tygodnie wolności przed powrotem do więzienia po to, by spisać dzieje mojego bez mała rocznego urlopu z kryminału? „Przerwa w karze” dobiega końca. Żadnej ze swych spraw nie załatwiłem. Chyba, żeby brać serio prognozy kardiologów, że jestem „w normie”. Czy ci ludzie, którzy zawodowo piszą książki, też ulegają takiemu złudzeniu, którego nie sposób odeprzeć: że bez tego co napiszą świat, jakiś kawa- łek świata, nie da się zrozumieć? I kto ma „zrozumieć” ten rok, ten kawałek świata między sierpniem 1981 a majem 1982, który mi się odsłonił, gdy stanąłem za bramą więzienia? Na dobrą sprawę nie wiem, czy wyszedł ten, którego zamknęli, czy ktoś zupełnie inny. Co zosta- ło ze mnie, skoro uczeni powiadają, że organizm ludzki co siedem lat „wymienia” wszystkie swoje składowe ko-mórki? Chyba poza szarymi z kory mózgowej, skoro zachowują pamięć? Tak, pamięć to jedyne co stanowi o tożsamości. Może dla jakiejś pamięci wyższego rzędu potrzebny jest obraz tego czasu odbity w moim koś- lawym „na trzy kwartały” życiu? Nie wiem. Przecież nigdy nie miałem skłonności do pióra. Nawet w więzieniu nienawidziłem tych rhwil, w których musiałem pisać za kolegów listy do narzeczonych. Tak, bo do matki czy siostry pisali jakoś sami. Ale te „zasadnicze” musiały być inne. Takie tylko ja w celi, a ponoć „na całym korytarzu”, umiałem pisywać, „Tak mnie wzruszyło, że musiałem polecieć w konia, ledwom przepisał” - przyznawał się taki szczerze do onanistycznej ekstazy. Tak. To chyba sukces więźnia Juliana Patryka, syna Anatola, jako »pisarza”. Jedyny dotychczas. Ale wiem, że jednak przepa-skudzę parę dni czy tygodni, żeby opisać ten czas, ten wspaniały i obrzydliwy, a także straszny okres mojej wolności, który się rychło skończy. Moja siostra, Basia, dokonała cudu. Napisałem kiedyś, że z moim sercem jest „raczej średnio” i ona dokonała cudu. Po wielu komis-jach lekarskich nagle dowiedziałem się, że w „celu prze-prowadzenia obserwacji klinicznej (nie wyklucza się operacji zastawki) zostaje mi udzielona przerwa w karze”.

‘ „Przerwa w karze” w papierach zaczyna mi się od pierwszego sierpnia i nie wiem, jaki diabeł ukradł mi dwa pierwsze dni wolności, gdyż dopiero 3 sierpnia zamknęły się za moimi plecami wrota więzienia. Prze- straszyłem się. Tak. Wcale nie radość - przestrach. Ludzie byli szaleni. Każdy dokądś się spieszył. Szedł sam. Jeden naprzeciw drugiego. Czasem po dwóch. Ja też ruszyłem stamtąd szybko. Nie chciałem, żeby widzieli tę bramę za mymi plecami. Zresztą w tym miejscu czułem na sobie spojrzenia wszystkich. Wiedzieli, oglądali mnie. I ta przestrzeń. Poczucie własnej małości, bo horyzont jest za daleko - na długość ulicy, nie korytarza. Ściany domów po przeciwległej stronie nieosiągalnie daleko. Przyspieszyłem kroku… Na rogu ulicy przystanąłem, bo nie wiedziałem, gdzie jestem. Skąd mogłem wiedzieć, skoro przywieźli mnie tu suką z zakratowanymi szyba-mi, a wszystko co widziałem z okien naszych cel, w któ- rych przyszło mi spędzić lata, to kominy okolicznych kamienic. Zatrzymałem się na rogu ulicy i zrozumiałem, że skoro nie wiem, gdzie jestem, to jestem na wolności. Samochody jechały każdy w swoją stronę. Kupiłem gazetę. Po prostu. Żeby się wprawić. A potem zobaczyłem tramwaj. Tramwaj był wreszcie do czegoś podobny. Nie rozumiałem z początku, dlaczego tak mnie uspokajał widok tramwaju, aż za trzecim - bo stałem tam bardzo długo przy tej budzie z gazetami („kiosk Ruchu” - nauczyłem się potem mówić)— więc za trzecim tramwajem to już wiedziałem, dlaczego mam zaufanie. Szyny - jechał tam, gdzie musiał jechać, nie tam gdzie mu się podoba. Więc wsiadłem do tramwaju i dopiero potem spytałem, jak dojechać do dworca autobusowego. Bo Basia napisała w ostatnim liście, że mam do Warszawy Eojechać autobusem. Podała nawet godziny. Ale teraz yło mi wszystko jedno - musiałem jechać „dokądś”, a więc na ten dworzec. Nawet okazało się, że wsiadłem jak trzeba. Jedna przesiadka. Nie, nie byliśmy tak cał- kiem ciemni tam za murem. Trafiały się gazety. Ze dwa razy miałem w ręku i „Solidarność”. Z tą „Solidarnością” była zresztą heca. Po jakimś tam więziennym strajku-głodówce uzgodniono, że na od-dział wolno będzie abonować 3 egzemplarze tygodnika. Na nasz wpuścili jeden. Otrzymywał go siedzący w izo-latce więzień z dwudziestopięcioletnim wyrokiem, kompletnie ślepy. No, ale udało mi się parę razy dorwać ten jego egzemplarz… Niektórym funkcjonariuszom miękła rura. Woleli być za „swoich”. Słyszeliśmy o buncie więźniów w Kamieńsku, a i u nas mieliśmy głodów-kę, co poskutkowała. W końcu dziś też wyglądam inaczej, niż gdybym wyszedł za mur przed pół rokiem. Zaprowadzili mnie do fryzjera. Strażnik, z którym by- łem zawsze dobrze, dogadał się z magazynierem i jego żona przeprasowała mi w domu ubranie zmięte w wię- ziennym depozytowym worku. Całkiem normalny ze mnie mężczyzna. Przystojny -

mogłem się ze zdziwie-niem przekonać w lustrze dworcowej toalety. Człowiek odzwyczaił się od widoku odbicia własnej gęby. Tak, świat się zmienił. Coś drgnęło nawet w więzieniu. Ale co innego domyślać się, co innego zobaczyć. Zresztą per-spektywa spędzonych na wolności miesięcy już mi coś zafałszowała w opisie pierwszych godzin. Tak, widzę, że dzisiaj już niemal zapomniałem, co było najważniejsze. Naprawdę najważniejsze - to kobieta. Miejsce mi wypadło dobre. Nie przy oknie, ale przy pani. Pachnąca czterdziestka. Ładna. Dla takich jak ja, wyposzczonych, ładne było wszystko, co miało nogL Ale ta była ładna. Przyglądać się mogłem swobodnie, bo niby na to co za oknem. Ale ona szybko zauważyła, i jak się uśmiechnęła, to byłem całkiem gotów. Autobus koły-sał. Było jak na pierwszym w życiu filmie. Dziś zastana-wiam się, już jako człowiek odzyskany przez swój dawny świat, kim byłem tego dnia. Aktorem? Kiedyś wybit-nym i cenionym, jednym z tych młodych, o których się mówiło? (W naszym zawodzie człowiek, który ma powodzenie, odnosi sukcesy, jest „młody”, jak długo nie zaproponują mu Króla Leara). Czy raczej już tylko więźniem? Człowiekiem o umyśle odłączonym od kultury, od wrażliwości, od myślenia właściwie. Kim bym nie był, to tam w autobusie byłem tylko nabrzmiały wściekłym pożądaniem kobiety; Patrzyłem na moją sąsiadkę coraz bezczelniej. Z początku jakby się spłoszyła, ale zaraz ją wzięło. Widziałem drobny ruch ręki, jakim poprawiła włosy. Uśmiechnęła się kącikiem warg. Zobaczyłem lekki rysunek zmarszczek i jeszcze bardziej mnie wzięło. Wiele było godzin przegadanych w ciemności celi, w pospiesznym sapaniu mechanicznego szu-kania ulgi, i częste było to nawijanie o „czterdziestce” jako „chętnej”, „nauczonej”, że z taką można „z przodu, z tyłu, z boczku i jeszcze pod pazur i jak chcesz” (cytuję naszego celowego seksuologa Zenka Siekierkę). A tymczasem coś się działo wokół nas. Na najbliższym przy-stanku na peryferiach miasta wsiadł do autobusu młody człowiek w dżinsach, rozpiętej koszuli. Zajął miejsce plecami do kierowcy, którego zresztą pozdrowił cał- kiem prywatnie. Usiadł na swój sposób. Tyłek na porę- czy, nogi na siedzeniu. Przedstawił się. Był „Informacyj-ną Służbą Solidarności”. Wyjął jakąś kartkę i zaczął uświadamiać podróżnych, dokąd zmierzamy. Usłysza- łem, że wkrótce będziemy jednym z najbogatszych krajów Europy… Ta pani była ciepła, udało mi się tak prze-sunąć w fotelu, że biodra nam się zetknęły - była to niby moja próba zbliżenia się do umieszczonej pod oknem popielniczki… W Złotoryi, jak sama nazwa wskazuje, znajdują się ogromne nie eksploatowane wobec presji wielkiego sąsiada złoża drogocennego kruszcu. Boją się naszej konkurencji na światowych rynkach złota… W tym momencie uczułem ciepło na moim udzie. To ona przysunęła nogę. Spojrzałem bezczelnie, ale patrzyła niewinnie przez okno. Złoty kosmyk włosów za uchem drgał w rytm wstrząsów autobusu, serce podchodziło mi pod gardło… Ropy naftowej mamy w bród. Najlepiej świadczy o tym niekontrolowany wybuch w Karlinie. Sam wybuch zresztą też jest świadectwem. Ale teraz knowania zewnętrznego wroga,

który chce nas trzymać na uwięzi monopolu swoich dostaw, zostaną przerwane… Gdyby energię z jaką wierciliśmy co noc nasze wię- zienne sienniki obrócić na takie poszukiwania - pomyś- lałem ze zgrywą, czując jak strasznie uwierają mnie spodnie. Chyba to było widać. Moja sąsiadka miała oczy spuszczone. - Pan do Warszawy? - usłyszałem jej pytanie i przestały do mnie dochodzić słowa agitującego „informatora”. Dowiedziała się, że jestem” aktorem. W końcu prawda. Skoro przestałem być więźniem, to kim jestem? Tym kim byłem! I było nieprawdopodobnie. Za oknem zielony świat. Dokąd leci? Tam, gdzie ja chcę. Uwierzyć trudno, że gdzieś tam daleko stoi nieruchomy budynek, kraty, skrzynia na oknach, a w celach… Gdyby mnie widzieli, całą noc waliliby w konia. Bo już trzymałem za rączkę. Skóra kobiety. A rękę miała delikatną. W domu gosposia. Dużo podróżowała. Truła mi o Grecji. Kupowała wina dla naszej centrali. „Ubóstwiam słodkie”. Wy-pijemy? - pytam. - Figlarz - drapie mi paznokciem wnętrze dłoni, a ja już nie wiem, co mam w spodniach. Tamten nawija uparcie. Teraz o jakichś workach rzeko-mego cementu, w których nasz rząd wysyła do NRD smalec. Świat jest nieprawdopodobny. Dziś, kiedy głaszczę ją przez sukienkę po biodrze, zgadzam się: niech wysyłają. Ale czemu w tych workach? Jasne, ze strachu przed głodującym ludem. Moja dłoń spoczywa na jej udzie. To śmieszne, jak człowiek pisze frazesem. Chyba świadomi - pisarze - spostrzegają takie rzeczy od razu. Bo jak „spoczywa”, skoro drży. Naprawdę drży mi ręka, jak pijakowi gdy wyciąga ją do kieliszka. Ręka drży. To się posunie o centymetr, to lekko zbierze trochę materiału… Widzę opięte jedwabiem pończochy kola-no… A ja mówię. Coś o graniu w filmie. Ona, że nigdy mnie nie widziała na ekranie. Ja, że zerwałem z filmem. Ona, że rzadko ma czas bywać w teatrze. Często w dele-gacjach za granicą (kupuje te słodkie wina, o Jezu!), a jak w kraju to mąż, „człowiek już starszy”, często choru-je… (No, teraz już jasne, śmiało naprzód. Zameldowała, że szpara wolna - no tak, tak pomyślałem, trudno. Ja mam czterdzieści lat, a może tylko te dziesięć, które spę- dziłem w więzieniu. Nauczyłem się mówić tamtym językiem, ale także nim myślę.) Upuszczam paczkę papierosów na podłogę. Zsuwam się w ciasnotę, przyciskam plecami do fotela z poprzedniego rzędu, aż czuję jak tamten pasażer kręci się niespokojnie, ale mam czego szukać. Gdy lewa ręka udaje, że zbiera z podłogi, prawa jest pod sukienką pani… Cudowny poślizg dłoni po jed-wabiu pończochy… Nie broni… Nawet po sekundach rozsuwa kolana. Młoty w skroniach. Ręka już czeka na pasek nagiej skóry powyżej pończochy i sekunda roz-czarowania - rajstopy - żadnego dostępu. Ale już czuję jej paznokcie wbijające się w moją rękę i błogie spełnienie. Wstrząsa mną raz i drugi pełnym wyzwoleniem z napięcia. Jakbym te dziesięć lat wyrzucił tamtędy z siebie. Wilgoć i cisza. Teraz słychać,’ że Ameryka jest potęgą, która nas nie opuści. Ona sama bierze mnie za

rękę. Ile to lat? Te rajstopy… były już, były, oczywiście. Ale pamięć dyktowała dłoni ten dotyk nagiej skóry nad pończochą z tamtych czasów, w których opuściłem świat pełen kobiecych nóg… Cały świat, który teraz idzie znów w moją stronę. 10 Chyba pani nie spostrzegła co się ze mną stało. Klepie mnie uspokajająco po dłoni, dostaję wizytówkę - telefon do pracy - instruuje mnie cicho, jakby mąż siedział na sąsiednim fotelu. Ale naprawdę to będzie na nią czekał na dworcu. Pa. Jesteśmy w Warszawie; To było dziwniejsze, niż gdybym tym autobusem wy-lądował na lotnisku w Buenos Aires. (Kiedyś po raz pierwszy i jedyny poleciałem na festiwal). Od pierwszych kroków prześladowało mnie wrażenie absurdal-nej egzotyki. Nie, że dokądkolwiek „wróciłem”, tylko że gdzie się „znalazłem”. Ale gdzie? Już na dworcu megafon huczący triumfalnym marszem, moja pani zniknęła, zanim zdążyłem wypatrzyć tego jej męża, byłem sam, ale megafon mnie uratował. Triumfalnie komunikował, że moim obywatelskim obowiązkiem („każdego Polaka”) jest znaleźć się wraz ze społeczeństwem stolicy, aby „wziąć udział”, w sposób „niepowtarzalny udowodnić” i „dać nareszcie wyraz…” „Na dwadzieścia pięć lat pozbawienia wolności oraz pozbawienie praw publicznych na lat…” Tak mówił wyrok. Ale miałem „przerwę w karze”. A ten megafon zachęcał, abym wierzył, że i przerwę w owym „pozba-wieniu” - no, zwracał mi prawa. Kiedy znalazłem się tam, gdzie mnie wzywano - na Marszałkowskiej - poją- łem, że trafiłem na czas, gdy każdy tworzy sobie prawa. Byłem z wolnymi ludźmi. Gigantyczny ludowy festyn. Nie widziałem karnawału w Rio, ale to musiało być to. Więc wyszedłem niemal prosto z więzienia na tę ulicę ubraną jak na pierwszego maja… Ale pierwszy maja bez czerwieni, jakby nagle zmieniła się moda i miasto jak kobieta pokazywało się pełne kokieterii w nowym stroju. Biało-czerwone. Flagi. Transparenty. Ciężarówki obandażowane wypisywanymi na białych szarfach ha-słami. Wszystko stłoczone na ulicy w bezruchu, ale żyją- ce szalonym życiem. Na platformie gigantycznej maszy-ny zespół jazzowy. Gdzieś z megafonu usłyszałem nagle 11 nazwisko swego scenicznego kolegi i zaraz lawinowe brawa. Jak nieprzytomny zacząłem się pchać w tamtą stronę. Słyszałem skandowany phóralny śpiew. Rozumiałem słowa - śpiewali młodzi ludzie stojący na dachu autobusu. Trzymali się za ręce. Mogłem żyć, mogłem patrzeć, mogłem szukać mego kolegi, zapowiedź wystę- pu którego usłyszałem przez megafon, mogłem prze-chodzić koło kobiet wydekoltowanych, w letnich su-kienkach. Były moje. Dzięki mojej pani z autobusu wszystkie były moje i nie musiałem ich mieć w tej chwili. W portkach było już sucho. Byłem w Mar del Pląta, w Rio, a to była tylko Warszawa. Ani

jednego psa… (Już znów blisko więzienna brama. Za trzy tygodnie wracam. Czy zdążę opisać to, co się przydarzyło - napisałem „psa” - tak jak się mówi w celi. Już niedługo. Już wraca tamten świat, tamten język.) Ani jednego milicjanta. Sami ludzie. No i znalazłem mojego scenicznego kolegę. Przytył. Stał na zmontowanej ad hoc estradzie. Tak, to on śpiewał. On dyktował rytm tłumowi, tamtym na dachu autobusu. Wszystkim. „Aby Polska”. Mój Miś z Okienka był teraz, nie wiem, Robespierre’em, czy Rouge de Lisie tworzącym Marsyliankę nowych czasów. Miś z Okienka. Ale to były czasy, gdy jeszcze panie nie opan-cerzały się latem w rajstopy. Tak, ten paseczek delikatnego ciała nad pończochą stał się dla mnie granicą, Ru- bikonem, przekroczoną smugą cienia. Znów o kobietach. Ale tak wtedy było. Może bliskość dziewczyny w kwiaciastej sukience. Znowu złapała mnie chcica. Przywołałem się do porządku. Naprzód! Jak tu się do niego dopchać? Ale po co? Gotów się przestraszyć. Był świadkiem na moim procesie. Adwokat twierdził, że od takich świadków obrony jak on, tylko przybywa lat wyroku. Wycofałem się z tego zgromadzenia. Wiedziałem już, że do nikąd nie wróciłem. Ze świat jest nowy i ja się po prostu na nim pojawiłem. Komunikacja była sparali- żowana, żeby dojechać do mieszkania Basi, musiałem zrobić z dziesięć kilometrów przez miasto. Ruszyłem 12 torując sobie drogę w tłumie. Dochodząc do ronda u zbiegu Alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej zorientowałem się, że tu jest centrum jakiejś sprawy. Tak sobie myślę, że egzotyka tej sceny, zmiana powszedniej scene-rii w gruncie rzeczy ułatwiły mi adaptację. Nie może być chyba nic paskudniejszego niż stwierdzenie, że stary świat, twój dobry znajomy, istniał bez najmniejszych zmian swych obyczajów, nie zauważając twej nieobecności. To przygnębiające. A ja nie byłem przygnębiony. Odwrotnie, ogarnął mnie nastrój euforii. Nawet się tego nieco przestraszyłem czując jak serce mi przyspiesza. Gdzieś w jakiejś bramie połknąłem pigułę. Do tej pory, choć czułem, że z moim sercem nie jest najlepiej, nie wiedziałem, czy ową „przerwę w karze” zawdzięczam istotnie niebezpieczeństwom wynikającym z mego „układu krążenia”, czy też „układ” jest wynikiem innych układów, które uruchomiła Basta, by mnie wyciągnąć zza muru. Rozgryzłem pigułę, rozpuściłem pod językiem i powędrowałem dalej. Byli. Jednak byli. Poczułem, że wróciłem do siebie, na moje śmiecie. Kordon milicji blokował wejście w Aleje. Ale moja trasa prowadziła prosto. Teraz przestałem się bawić. Chciałem jak najprędzej schronić się u Basi. Biedna moja bogata siostrzyczka. Blada jak kubeł wapna. Co innego jest wiedzieć, że się siedziało dziesięć lat, a co innego jest to zobaczyć. A zobaczyłem przez nią. Chyba najpaskudniejszy los karze nas za. rozłąkę konfrontacją z kimś zmienionym nie do poznania przez czas naszej nieobecności.

Tak samo zaszokował mnie Kuba. Mój siostrzeniec był już dorosłym człowiekiem. Ośmioletni dzieciak - a dziś mógłby już pójść pod celę… Tak pomyślałem. Pięk-ny chłopak. Twarz z charakterystyczną mocną szczęką, ale duże szare oczy patrzą lirycznie, bujna grzywa płowych włosów. Sama młodość. Nie wiedziałem, że witam się… Tak, popełnić samobójstwo mając lat osiemnaście. 13 ukochaną matkę, prymus w klasie. Wiedziałem. Jak tylko to się stało, wiedziałem, że go zamordowali. No, ale teraz witał mnie żywy, poważny, przejęty… „Pan domu” - wkurwił mnie jakimś odezwaniem. Było to jakby: „gdzie też cię, wujku, umieścimy”, czy coś takiego. Ona była jak nieżywa, wypełniona próchnem, jakie w niej zostawił ten cholerny Laniewicz. I ona miała żyć, to ona pożegna mnie, kiedy będę wracał za mur, a on, ten mło-dy mój siostrzeniec, będzie już nadjedzony przez robaki, nim minie te parę miesięcy. Nie umiem pisać jak należy - po kolei. A w końcu niech się męczą ci, o ile tacy będą, co zechcą zajrzeć w ten paskudny opisany świat, który chcę, nie wiem po co i nie wiem komu, zostawić. Więc Basia. Zawsze nie znosiłem jej męża… tego Laniewicza. W jakiś sposób przypominał mi ojczyma. Powtórne małżeństwo matki po śmierci naszego ojca było dla nas obojga nie do przyjęcia. Może gdyby nie to nie miałbym wyroku dwudziestu pięciu lat. Więc nie do przyjęcia: obcy znalazł się wśród nas. Miałem dziesięć lat Pamiętam, którejś nocy obudziłem się z jakiegoś paskudnego snu. „Mamo!” i usłyszałem jej głos z sąsied-niego pokoju, jakiś… dziwny. „Mamo!” - byłem jeszcze bardziej wystraszony. „Co synku?” Chodź do mnie. „Nie mogę”. Co robisz? „Czytam” - przyszła odpowiedź z ciemnego pokoju i potem jakieś brutalne męskie ponag-lenie, nie rozumiałem słów… Nie wiedziałem, co robią. Matka kłamała. Ona, która była samą prawdą… Basia też go nienawidziła. Starsza o trzy lata może rozumiała więcej. Wspominam to tylko dlatego, bo myś- lę, że mój stosunek do jej męża był apriorycznie („apriorycznie”? dobrze to zastosowałem?) niechętny. Określo-ny przez tamtą sprawę. Znów ktoś obcy wchodzi mię- -dzy nas. Bo od śmierci matki stosunek Basi do mnie stał się jakby na wpół macierzyński. Tak, nie znosiłem tego Laniewicza. W dodatku partyjny bonza. Otrzymana w więzieniu wiadomość, że się rozchodzą, właściwie mnie ucieszyła. Jakbym odzyskiwał za murami, bo ja wiem-14 „dom”. Ale to była jej klęska. Wiało od niej zmęczeniem, do cholery - rozpaczą. Przecież ucieszył ją mój widok. Ja na wolności to jej triumf. Niemal się popłakała, a właściwie to się popłakała, bo skoro wyrwała mi się z uścisku i pognała do kuchni to przecież nie po to, by zrobić herbatę, ale by skryć się na krótką chwilę. Zosta- łem ze szczeniakiem. Dla niego najważniejsze było, że przychodzę z miasta. Bo matka nie chciała go wypuścić.

Przychodziłem. Bolały mnie łydki. Ze Śródmieścia na Mokotów to kawał drogi dla faceta, który przez dziesięć lat łaził po celi albo odwalał swoje pól godziny na spacerniaku. Ładna ta ich willa. „Prominencka”, jak teraz się mówi i pisze. Musi im być marnie we dwoje. A ja byłem czujny. Od razu pomyślałem, że chyba będzie gdzie sprowadzić moją panią z autobusu. Baśka zrozumie-Opowiedziałem małemu to i owo z ulicy. Słuchał z otwartymi ustami. Wyraziste szare oczy chwilami mru- żył, jakby raziło je jakieś światło. Przerwał mi, gdy mó- wiłem, że nie puścili ich pod KC. Puścili - ironizował - trzeba się było przebić. Ja widziałem wujka w„. - wymienił film z lat okupacji z moją młodzieńczą rolą. Od razu się połapałem, co tu jest grane. Chłopak został z matką - musiał nienawidzić ojca - eks-sekretarza. - A chciałbyś, żeby odwiedzili tatusia? - sprowokowałem. - Jego tam już nie ma. Nawet „oni” nie mogli trzymać takiego… - zrobił się czerwony. Pomyślałem sobie, że muszę być u niego dobry. Przecież prokurator nazywał mnie w czasie procesu „ojcobójcą” i nie pomagały protesty obrony, że ofiara nie była moim ojcem. A on pewnie miałby ochotę… A chłopaczek ogólnie był miły. Porządnie znerwico-wany. Rumienił się jak dziewczynka, ale politgramotę wstawiał nieprzytomną. Znalazły się jakieś drukowane informacje przekazane mi spiesznie - widocznie Basia tego nie tolerowała. Spostrzegłem tytuł: „Jak partia chce zagłodzić naród polskL”. Wróciła Basia z tą herbatą. 15 Miała czerwone oczy. Już dawno nikt tak na mnie nie patrzył. To prawda, że rodzeństwo może się po swojemu kochać. Nie znałem dokładnie jej spraw, bo i skąd - dziesięć lat za murem - i nie myślałem, że tak szybko opowie mi o wszystkim. - Kubełku - zwróciła się do syna - idź do swego pokoju.- Ale nigdzie nie poszedł, bo zrobiła się sprawa, gdzie to ja będę mieszkać. W którym pokoju. Moja pani z autobusu od razu przypomniała mi się tak ostro, że wo-lałem nie wstawać od stołu, żeby czego nie spostrzegli. Powiedziałem więc, że nie ma pośpiechu, do snu daleko, a prośbę to mam jedną, żeby w razie możliwości pokój z wejściem tak więcej niekrępującym. - Nie zmieniłeś się - westchnęła z pobłażliwym uśmiechem i skapowałem, że jakoś mi się to dymanko ułoży. Może od razu jutro. Piszę jak mi lecą myśli, ale sam widzę coś zabawnego. Oto jak tylko wyszedłem, nie tylko myślało mi się po celowemu, ale czasem i palną- łem coś takiego, że ludzi w towarzystwie zamurowało. Ale przecież po miesiącu mi przeszło. Jakbym po emi-gracji wrócił do rodzonego języka. I „ą” i „ę” (pardą -

pierdolę) - jak trzeba - wydrzeźniał w celi inteligentów mój nieodżałowany Siekierka. Więc tak, wróciłem do języka środowiska”, ale teraz, gdy piszę o tych pierwszych dniach, to piszę tak, jak wówczas myślałem. Samo się tak pisze. A jest to jakby logiczne i gdyby jaki krytyk kiedyś coś o tym napisanym kombinował, to bę- dzie w tym widział „świadomy zamysł artysty”. Bo z początku to był z tym moim językiem kłopot Pamiętam na kolacji u Witka Sanojcy grzmotnąłem coś takiego, że on dla ratowania sytuacji opowiedział całą historię, jak to przez dwa wakacyjne miesiące uczył się w Anglii języka zarabiając jako koniuch w wyścigowej stajni jakiegoś lorda. Witek ma jednego joba. - „Koń i Broń, i Barwa” - jak się z niego żartowało w teatrze. Jest synem oficera kawalerii i całe jego nieudane aktorstwo i inspi-cjenturaz powołania to żarty złośliwego losu. Więc tam w Anglii po stażu u koniuchów zaprosiła go na londyń- skie salony jakaś emigracyjna ciotka. I aż się zdziwił, lakie miał powodzenie. Rozgadał się. Brylował. A Ang-lików dokoła coraz więcej. Zwłaszcza pań. Czasem coś między sobą poszepczą, ale rozpytują go bez przerwy. I śmieją się częściej niż trzeba. Jak ciotka podeszła bliżej, omal nie zemdlała. Bo angielszczyzna stajni różni się od salonowej. Także polski z celi od tego języka, co za murem. Ale ja nie o tym. Więc pokój dostałem na parterze i z oddzielnym wejściem. Marzenie. Prosto z ogródka. Takiej willi to się nie spodziewałem. Basia pisała, że mają „duże mieszkanie”. Co te bidaki we dwoje tu robią. Straszny dwór. Ale na najwyższy pić i chrom. Kuba mi opowiadał, że „stary” (nigdy nie powiedział ojciec) będzie jeszcze za to odpowiadał. Bo ich willę, jak już była całkiem gotowa, to jeszcze wykańczano na „najwyższy standard wyposażenia”. Jakieś przedsię- biorstwo- z Rzeszowa. „Zęby było dalej. Żeby się nie wydało. A wydało się - triumfował mały. Wyszło. Jak i te talony-” Ale więcej nie chciał mówić. Naprawdę był miły, delikatny i ta zajadłość dziwnie mu nie pasowała. Ale od początku był taki, że jak się to stało, wiedziałem, że nie mógł popełnić samobójstwa. W każdym razie z tej dwójki na pewno Basia była bardzie] podejrzana, raczej o nią bałbym się, nie o małego. Nieprędko doszedłem prawdy, jak to z nimi było w tym małżeństwie naprawdę. O romansie Laniewicza dowiedziałem się już wkrótce od Witka Sanojcy w teatrze, ale cała reszta odsłaniała się przede mną powoli. Oto moja siostrzyczka kierowana babską zasadą poszukała rewanżu. Nie musiała mieć z tym kłopotów - tak by się wydawało - bo przecież jest, a raczej była, naprawdę piękną kobietą. Ale cóż, „pozycja” czasem przysparza kłopotów. Okazało się, że przy pierwszym zagrożeniu jej partner zmył się w obawie przed mężem, a potem, gdy ona sama doprowadziła do rozwodu, nazwisko „Laniewicz” było już dla tego gnoja skażone „prominenckim odium”. Podobno jej

powiedział, że nosi „skompromitowane nazwisko” i człowiek w jego sytuacji i tak dalej. „Sytuacja” to była jego aktualna pozycja w „środowisku”. Bydla-czek był swoistym ważniakiem w kręgach „opozycji ar-tystycznej”. Coś takiego miałem okazję też poznać przez ten rok wolności - rok w trumnie. I została moja opiekuńcza, piękna, dobra, z tym chłopcem, którego mieliśmy grzebać za parę miesięcy, w willi podejrzanej, wygodnej, wspaniałej i teraz ze mną - chorym na serce kryminalistą, „ojcobójcą”… Tak, było mi dobrze w tym domu strachu i nienawiści. Bo ona bała się o małego, a on po prostu nienawidził. Jak na lata, które nas dzieliły, dużo z pętakiem rozmawiałem. Łączyła nas ta nienawiść. Nie wyniosłem jej zza muru, ona tam wykiełkowa- ła, ale ziarno rzuciły te lata - ostatnie czterdzieste, pierwsze pięćdziesiąte. Te lata, w których do szkoły aktor-skiej dostałem się tylko jako „szwagier towarzysza Laniewicza”. Cóż z tego, że był wówczas jakimś pętaczyną w stołecznym komitecie… Ale w komitecie. Te lata, w których na szkolnych próbach „Brygady szlifierza Kar-hana” nasz przewodniczący Zetempe protestował, że politycznym błędem jest obsadzanie mnie w roli pozytywnego bohatera, gdyż moje przekonania i tak dalej. Jakby gówniarz znał moje przekonania, to by się bał chodzić ze mną na wykłady. Ale już wówczas ratowało mnie to, co potem poniosło mnie dalej. Ktoś tam w teatrze powiedział, że ja „mogę zagrać wszystko - krzesło i rodzącą matkę”. Tak było. W najlepszych latach przed moją sprawą zazdrośni koledzy mnie nienawidzili, a niech mi kto pokaże niezazdrosnych, więc nienawidzili mnie wszyscy. Mawiali, że jak Dyrektor wkrótce obsadzi mnie w roli Marii Stuart, też się nie zdziwią… Ale czemu ja teraz piszę o sobie i to o tym, którego już nie ma. No więc, wracam do właściwej kolejności. Zasy-piam na miękkim tapczanie w świeżej pachnącej pościeli i wiem, że jutro będzie tu ze mną moja pani z autobu- su. Co tam serce. Serce się trzyma. Powiedziałem Basi, że pierwszy tydzień wolności jest dla mnie. Żadnych lekarzy. Następnego dnia byłem w teatrze. Droga trwała dłu-go, bo żeby się trochę „oswoić z miastem”, jak powiedziałem, a tak naprawdę to z wolnością, wybrałem się na piechotę. Co chwila przystawałem poczytać. To jakiś Ruch Obrony Praw Człowieka zapowiadał „Marsz gwiaździsty” w obronie więzionych za przekonania/to przebrany za psa spiker wychylał się z okienka telewizora z wyciągniętą w stronę widza pięścią. Co jakiś czas smarowane smołą napisy żądały „dostępu do środków masowego przekazu”. Nie spieszyłem się. Zwłaszcza że tak naprawdę ta pierwsza wyprawa „do teatru” stresz-czała się do spotkania z Witkiem Sanojcą. W teatrze, czy u Witka Sanojcy, ale przecież to na jedno wychodzi. Mówi się, że przyjaźń zdarza się rzadko. Prawdziwa przyjaźń. Ja myślę, że równie nieczęsto trafia się mieć dla kogoś szacunek. To właśnie dziwne. Ja, pupil dyrekcji i publiczności, i on - starszy o dziesięć lat aktor na posadzie inspicjenta. Grywał te swoje ogony, aż przy kolejnej umowie dyrektor „musiał” z niego zrezygnować - w obliczu pierwszej delikatnej politycznie - jak się wyraził - sytuacji. Wówczas to przeszedł na stanowi-sko inspicjenta. To już w naszej hierarchii niemal pracownik fizyczny sceny. Ale został w teatrze. To śmieszne, dziwaczne nawet, ale był jedynym człowiekiem, z którego

zdaniem się liczyłem. On jeden nie grał na siebie, niczego dla siebie nie chciał, jeśli przeżył swoje wygnanie ze sceny, to przecież nie dopuścił do wygnania z teatru, bez którego życia nie widział. A ów skandal wyniknął, gdy z uwagi na nietypowe warunki zewnętrzne zaoferowano mu rolę w wielkim serialu poświęconym czasom okupacji. Odmówił. Nie podobała mu się rola generała Okulickiego, dowódcy poakowskiej konspiracji londyńskiej. „Fasony naszego Witusia” powiedział z niesmakiem dyrektor po powrocie ze zdjęć. Bo on w tym serialu kreował. „Odmówić takiemu reżysero-wi F Pytano mnie, czy to aktor z mojego teatru. Na szczęście mogłem zaprzeczyć. Przestał być aktorem i nigdy nim nie będzie. Mówiło się przy mnie takie rzeczy. Raz - bo byłem „ulubieńcem”, dwa - bo Teresa (potem to wyjaśnię, Teresa to żona dyrektora, kiedyś moja dziewczyna). Więc napisałem, że „byłem w teatrze”, a byłem u Witka. Jako że teatr ma w sierpniu urlop. A mój abnegat siedzi w Warszawie. Dla mnie, człowieka zza muru, było najzupełniej oczywiste, że go zastanę. Zapomniałem, co to jest urlop. Lato w Warszawie było dla mnie festiwa-lem, zielenią. Corso, chciałoby się napisać. No, przesada. Co to, to nie. Zatłoczone kolejkami ulice były czymś, co mi przypominało, że odszedłem stąd dawno. Gdy istnia- ły jeszcze sklepowe wystawy. Przecież to były początki radosnego żarcia. Dziewczyny w importowanych ciu- chach. Mój Boże, coca-cola. Gdzie się podziała coca-cola? Ale miało być o Witku Sanojcy. Trafiłem jakbym wpadł po próbie™ Bo mieszkał opodal teatru i robił świetną kawę. „Księga jazdy polskiej” a jakże, na swoim miejscu, na stoliku z telefonem. „Broń i Barwa” ha pół- kach. Witek! Mój Boże, teraz zrozumiałem, co to jest dziesięć lat. Każdy rok zapewne coś zabierał z mego Witka. Dość, że został wysoki, chudy, siwo-łysy, tylko szczoteczka wąsów starannie przystrzyżonych była nie-naruszona. Wiedział od Basi, że mam być w tym miesią- cu zwolniony, ale osłupiał, jakbym spadł z księżyca w pełni. Coś mamrotał łaskocząc mnie swoimi wąsami, klepał, poklepywał, macał, czy jestem naprawdę, jakby podejrzewał, że ktoś mu podrzucił makietę zamiast żywego faceta. No i było gadanie. Najpierw, oczywiście, jakbyśmy grali w obyczajowym serialu, „czy herbatę?!” Roześmiałem się. Jeszcze tydzień temu w celi takie pytanie „czy chlapnąłbym czaju” byłoby towarzyskim żartem,a ja teraz mówię serio, żeby dał spokój. Gadajmy. No i wypłynął w tym gadaniu cały mój stary świat, 20 którego nie mogłem poznać. Bo czy mogłem w działa-czu „Solidarności”, prezesie Towarzystwa Pomocy Wię- zionym za Przekonania, poznać mego Dyrektora Konrada, przezwanego „Wszystek”, który zawdzięczał swój teatr memu eks-szwagrowi Laniewiczowi… (Może i z tego spływało na mnie nieco dyrektorskich łask, chociaż to nie tylko wygórowana ambicja każe mi w to wierzyć).

Dyrektora, posła na Sejm. Postać. Dyrektora recytują- cego na galowym koncercie „Odę do młodości” mimo sporego już brzuszka. Nikt się nie śmiał. Towarzystwo Więzionych za Przekonania. Jezus Maria. To przecież w ostatnim roku mego pobytu na wolności zdarzyła się ta wsypa z okazji uroczystej premiery w naszym teatrze, który dzięki łaskawej protekcji Sekretarza dorobił się drugiej sceny mimo chronicznego budowlanego kryzysu. Oto po premierze „skromne przyjęcie”. Do towarzysza Laniewicza podbiega z kwiatami dziewczątko i w chwili, gdy sekretarz pochyla się, by ucałować je w policzek, jak każe specjalny bon ton towarzyszy sekretarzy, dziecko buch - całuje sekretarza w rękę. Laniewicz jaki był, taki był, ale zrobiło się głupio. I wówczas Dyrektor: no, cóż, nieporozumienie, nikt dziecku nie kazał, ale słyszy tu u nas co dzień, że jesteście dla nas jak ojciec-Chóralny śmiech i nastrój, i sukces. Teraz prezes Towarzystwa Pomocy Więzionym za Przekonania. Śmiejemy się, ale mój Witek robi mi pryncypialny wykład, że to co się stało, ta cała „niemal rewolucja” wynikła z po- wszechnej świadomości, że utrwalony ład jest z gruntu zły. Nie o to, że ktoś kradł, ktoś tam w inny sposób nadużywał władzy, a to, że porządek społeczny, cały porzą- dek, uległ rozkładowi. I nie wolno mi oceniać niczego przez pryzmat naszego środowiska („nasze” to łaska- wym zdaniem Witka aktorskie, czy coś takiego), które-go pozerski, moralizatorski, karierowiczowski akces tylko kompromituje sprawę… Strasznie jest pryncypialny, ale o herbacie nią zapomina. Przekrzykiwaliśmy się przez korytarz, gdy gospodarzył w kuchni. 21 - Jest pojarunek i czaj - mówię grypserą zaciągając się papierosem. Śmiejemy się. Jemu nie muszę nic mówić - wie, że teraz tłumaczę ten świat, który moim być przestał, na tamten, z którego powróciłem. Żeby skończyć z tematem „Dyrektor”, Witek pokazuje mi ulotkę „Towarzystwa”. - Nie masz co teraz czytać, weź do domu. A wiesz, kto jest autorem? Nie zgadniesz… Ale zgaduję. Od razu chwyciłem ton. Witek mnie podziwia. Autorem jest Kostuś, nadworny krytyk Laniewicza, piewca Dyrektora. Wydał za moich czasów na welurowym papierze drukowaną broszurę o naszym teatrze. W drugim roku jego istnienia. No bo któż, jak nie Laniewicz umożliwił, a Dyrektor stworzył… Było tam i moje zdjęcie. Wstyd się przyznać-niejedno. Pytam, co robi Towarzystwo i dowiaduję się, że Dyrektor miał wczoraj konferencję prasową w… Paryżu. - A więzionych na razie tak na dobrą sprawę dwóch - uśmiecha się wstydliwie Witek. W tym momencie dochodzi mnie jakieś walenie. - Ktoś się dobija? Witek nadsłuchuje. Łomot jak diabli. Widać słuch mu się stępił. - Ach tak - mówi. - To Andrzej… - wymawia imię syna. Pamiętam, coś się czasem pętało pod nogami, gdy wpadałem przed spektaklem…

- Już w maturalnej klasie. Chodzą razem z Kubą Basi - informuje przepraszając, że zostawi mnie na chwilę. - Leży. Złamał nogę. Wakacje w siodle… - skrzywił się. A ja się śmieję. Mnie jest dobrze. Jakbym się napił. - Naoglądał się „Księgi Jazdy Polskiej”, to i masz. A głowa w porządku? - Jak to głowa? - przyjaciel przestaje w progu. - No, głowa? - Jechał w toczku. - Myślałem, że dałeś mu czako dziadka… 22 Sławne czako. Był czas, że tak przezywaliśmy w teatrze Witka. „Czako”. Ale w końcu się nie przyjęło. Bo Witek jest synem legionisty - „beliniaka”. Ż tych dwudziestu, co w tysiąc dziewięćset czternastym roku prze-kraczali granicę Kongresówki niosąc siodła na plecach, bo konie mieli sobie dopiero zdobyć. I czako jego ojca stało zawsze na stojaku w kącie pokoju, jakoś go tutaj na starym miejscu nie widzę. - Chodź, przywitasz gówniarza to i czako zoba-czysz… Stoję w progu pokoju i patrzę na leżącego na tapczanie z nogą w gipsie pryszczatego chłopaka. Coś tam mówię. Śmiejemy się. On mnie pyta, czy nie mam pa-pierosa, odruchowo patrzę na ojca. Witek pobłażliwie wzrusza ramionami. Wyciągam swoje extra mocne, wi-dzę, że paluchy małego są aż żółte od nikotyny. Grzebie w pudełku, bierze dwa papierosy mrugając do mnie. Podaję mu ogień. Pryszczata gęba w siódmym niebie-A będę go trzymał za kark wyłamując mu rękę z pistoletem, a będzie chwila, gdy już rozbrojonemu będę wgniatał lufę w ustępliwy brzuch spazmatycznie broniąc się przed sprawiedliwym odruchem, by nacisnąć cyngiel… Nie umiem pisać. To, co przeżyłem, wyłamuje mi po-rządek chronologiczny, który pragnę zachować dla prawdy. Ale jak go zachowam, gdy już widzę, że zapomniałem napisać, jak znów zatkało mnie miasto, jakby ponownie po raz pierwszy zobaczone. Po wczoraj-szym festiwalu teraz posępne, znudzone kolejkami, zmordowane i przecież jakoś bardziej zrozumiałe. Więc nie napisałem: trzeba by to gdzieś wstawić przed tą rozmową z Witkiem. No i to jeszcze, że w samo południe zerwałem z biura od tych win moją panią z autobusu i teraz byłem całkiem spokojny. Ale wracam do gówniarza. Przygląda mi się, jakby zobaczył we własnym mieszkaniu wielbłąda: wiadomo, facet zza kraty. I co weselsze „ojcobójca”. Ciekawe, jak mu się z ‘ 23 Witkiem układa? Może ja mu imponuję? Ojciec usłużył jak trzeba, coś tam mu podał i poprawił i znów możemy sobie gadać swobodnie.

- Widziałeś te jego paluchy? - mruczy ojciec. - O co ci chodzi-? - Smaruje sobie co tydzień jodyną. Żeby żółkły. Bo ma być nałogowym palaczem. To mu daje autorytet Witek umie w paru słowach zakapować wszystko i wszystkich. - Nie chciałbym, żebyś na mnie pisał donosy - powiedziałem w pewnej chwili, jak już omówił plajtę mojej Teresy. Nie miałem do niej żalu. Nigdy. Ale przyznaję, że odczułem coś w rodzaju głupiej satysfakcji. Bo ten baran Wszystek, nasz Dyrektor, związał się teraz z Ma-lała Wrzoskiewicz-. Kto to jest, do cholery. Malała Wrzoskiewicz? Nie pamiętasz Wrzoskiewicza? Owszem, pamiętam, kto by nie pamiętał takiego błazna. Więc Malała to jego żona. Witek pokazuje mi okładkę „Ekranu”. I już wiem. Znam Malalę lepiej niż dobrze. Przemycone okładki tych pism to nasze pin up girl. Leciało się pod taką w konia lepiej niż w naturze. Właśnie tę Malalę wypożyczaliśmy sobie ostatnio z Zenkiem Siekierką. Podpis był obdarty. No, ale nie będę truł takich opowieści poczciwemu Witkowi On zresztą może myślał, że jeszcze w jakiś sposób obchodzi mnie Teresa. Bo mówił, że podziwia, jak ona wspaniale gra, że niczego nie wie, niczego nie zauważyła, nic się nie dzieje. W teatrze gra nadal panią dyrektorową. Ale sprawa poszła tak daleko, że on (baran - Dyrektor - umiejętnie bezpartyjny eks-pieszczoch Laniewicza, dziś prezes Towarzystwa Opieki nad Więzionymi za Przekonania) zaangażował Wrzoskiewicza z żoną na stałe. - Wyobrażasz sobie, Wrzoskiewicz w naszym teatrze- - lojalność Witka wobec instytucji, która tyle razy okazała, że ma go w dupie, była wzruszająca-. No tak. Chyba mi nie pójdzie, nie nauczę się pisać. Już pora przestać rzucać mięsem. Jestem z tej strony muru. 24 A temu co będzie czytać, o ile taki się znajdzie, powinienem może wyjaśnić co za Teresa. Bo jeśli się o kimś pisze, to powinno być wiadomo, kto to jest. Moja pierwsza miłość ze szkoły teatralnej: najzdolniejsza na roku. Szare włosy. .Duża uroda, ale jak chciałem przywołać ją w pamięci to zawsze te szare włosy. Wspaniałe. Ja od razu byłem zaangażowany. Jeszcze przed przed-stawieniem dyplomowym. A jakże - Dyrektor Konrad. Ktoś pokazał mu palcem. Bo wówczas w szkole nie wykładał. Ja zaangażowany, a ona choć piękna i zdolna jeszcze nie. Ktoś tam obiecywał, coś miała zaklepane… A ja wpadłem od razu w wielkie obroty. Duża rola. Wprawdzie w zastępstwie nagłym, ale od razu sukces. Tamten wyzdrowiał, a Dyrektor zostawił mnie w pierwszej obsadzie. Ale ja wówczas byłem oszalałym kibi-

cem. Mecz był w Katowicach. Ludzie mnie lubili, ale żeby Wszystek miał zwolnić z przedstawienia, co to to nie. Ale ludzie mnie lubili - „zachorowałem” - zaświadczenie się znalazło. Pech chciał, że operator Kroniki Fil-mowej, mój koleś, chciał mi zrobić przyjemność… Dość, że Dyrektor w parę dni potem, gdy już wróciłem do zdrowia, ujrzał nas na ekranie. Akurat w porze, gdy rozgrywa się przedstawienie w Warszawie, Jego” aktor wydziera się na stadionie. A obok ta piękna szarowłosa, czyli Teresa. Zebrałem za swoje, ale jakoś się udobruchał i pyta co to za jedna, którą całowałem jak nasi strzelili gola. No i w ten sposób w miesiąc po meczu Teresa została do nas zaangażowana. Tyle o niej. Żadnego żalu, kiedy spostrzegłem, co się dzieje. Sam druż- bowałem na ich ślubie… A teraz słyszę: Malała. - Stary - spytałem nagle Witka - co by się stało, jakbym zaproponował „gościnne występy”? Jeśli serce pozwoli - nie byłem jeszcze w klinice… - sam nie wiedzia- łem, co mi strzeliło do głowy. Nagle zachciało mi się „wrócić”, choć na chwilę… - Oczywiście żartuję z „goś- cinnym”, ale gdyby tak chyłkiem postatystować- Należy mi się coś od życia. 25 No i stało się. Pierwszy kiedyś aktor sceny zgłasza się na statystę do inspicjenta. Ale tak naprawdę były to tylko pogaduszki przyjaciół. Mój Witek był przetrącony. Zaangażował się bardzo mocno w .sierpień osiemdzie-siątego, podpisywał jakieś apele, organizował „środowisko”. A teraz? Żeby go streścić najzwięźlej, to by było tak: były (i są) autentyczne powody do gniewu, do buntu, do rozpaczy. I wtedy chciał w tym być… Ale teraz. Już nie tylko to, że ogarnął ludzi amok, że przestali mieszkać tu nad Wisłą, wyprowadzili się na jakiś amerykań- ski księżyc, ale w dodatku, co to za ludzie! Ci, co teraz wypłynęli… Co z tego, że gniew, że bunt, że tamto wszystko było autentyczne. Teraz ludzie co tym rządzą, autentyczni nie są. Ani trochę. A najgorzej to wygląda w naszym środowisku. Romantyzm, ekstaza, idealizm - wszystko cacy, jak mówią z kolegami mego syna. Ale to samo plecie twój przyjaciel Zajączkowski - przecież go pamiętasz? (pytanie, któżby nie pamiętał starego Zają- ca). Więc z jednej strony idealizm głupich gówniarzy, a z drugiej co? Czy może „romantyzm” starszego zdziecin-nienia? Naprawdę bardzo był rozgoryczony i kwaśny mój wspaniały Jedyny i wierny Witek Sanojca. Tak w ogóle i tak „ideowo”. Ale niezależnie od tego wkrótce zobaczyłem „coś z życia”. Bo dotychczas (poza panią z autobusu, wina słodkie) - wszystkiego dowiady-wałem się z ludzkiego gadania. Aż do chwili gdy pojawiła się żona Witka. Przecież nie należy chyba do obowiązku piszącego przedstawianie każdej pojawiającej się postaci. W czasie gdy zabierano mnie za mur, Sanoj-cowie byli przykładnym małżeństwem. Chowali tego, dziś pryszczatego, kłócili się w normie. Ona jakoś znosi- ła degradację męża, który za jej czasów zmienił status aktora na inspicjenta. Tak było. Ela - lekarz z zawodu.

Piszę o tym, bo stałem się mimowolnym świadkiem sytuacji, która mi uprzytomniła, że i tutaj zmieniło si^ wszystko. Bo rozległ się dzwonek^jakieś głosy w korytarzu. Nie poznałem Eli. I z nią ktoś drugi… Również nie ‘•. 26 poznałem. No, bo nie znałem, jak się miało wkrótce okazać. Coś tam poszeptali i usłyszałem, jak wkroczyli do pokoju gówniarza. Teraz egzaltowane okrzyki matki pozwoliły mi rozpoznać Elę. Wrócił Witek. Bez objawów entuzjazmu oznajmił, że matka Andrzejazawiado-miona o wypadku syna wróciła właśnie znad morza. No i przywitałem żonę mego przyjaciela. Rzeczywiś- cie - baba nie do zdarcia. Jakbym ją wczoraj pożegnał. No, może odrobinkę przydymiona przez tę podróż. Bądź co bądź paręset kilometrów. Ale wóz luksusowy. BMW - zaraz się dowiedziałem ściskając dłoń szczupłe-go pana w mocno średnim wieku. Jeszcze wówczas nie wiedziałem, że witam „Elę Audi” i „Króla Szczypiorku” - oto jakie imiona nosiła ta para, bo była to jak, się wnet okazało, para. „Audi” to od samochodu, którym jeździła, kupiwszy go „okazyjnie” właśnie od tego pana, jak się okazuje podwarszawskiego superbadylarza. Ów „za-kup”, zdaniem teatralnego środowiska, dokonany został w ramach „wymiany naturalnej”, jak określił to jakiś dowcipniś. Tak więc dowiedziałem się od Witka o klęsce mojej Teresy i obejrzałem klęskę jego. Bo dość łatwo przyszło mi się zorientować, co tu jest grane. Więcej o tym nie napiszę - ani słowa. W końcu to nie należy do mojej opowieści. Ale czy na pewno? Z Basią nie przelewki. Następnego dnia z wypchaną teką udaję się w drogę. Nowa piżama (gdzie ona to kupiła - a może to po Laniewiczu?), maszynka do golenia, pędzel. Na widok mojej wytartej resztki siostrzyczka się wzruszyła. Zresztą pędzel to już na pewno w spadku po Laniewiczu. Gdzieżby dziś można kupić… Dość, że z całym majątkiem w teczce. Dopchanej jeszcze gazetami. Bo czytałem w tych dniach łapczywie. Wszystko. Ale do rzeczy. Więc „spakowany”, prowadzony za rączkę jadę do Anina. Lecznica Kardiologiczna. Kiedyś „rządowa”. Bystry przedostatni premier próbo-27 wal rozmaitych gestów - przekazał obiekt dla „lecznic-twa otwartego” (tak się to u nich nazywa: „otwarte”, znaczy „dla ludzi”, chociaż ja przychodzę z „zamknięte- go”, co jest także dla ludzi). W końcu cały mój urlop, całą przerwę w karze, zawdzięczam mojemu sercu. Wię-

zienna medycyna przyzwyczajona do krojenia żołądka i kich po „połykach” nie ważyła się podnieść noża na moją zastawkę. Siostrzyczka umiejętnie wykorzystała mój sygnał o stanie zdrowia i oto jedziemy. Co zabaw-niejsze, to do tej „otwartej” lecznicy trafiam zapewne dawnymi jej chodami z czasów Laniewicza. Ale obojęt-ne. Na razie jadę podobno na badania, obserwację itd. W zależności od diagnozy: albo zaraz pod nóż, albo „okres przygotowawczy” w domu. Bo nacisk pacjentów duży, a ja z kolei nie wyobrażam sobie, żebym tu wytrzymał zbyt długo. „Stawał, stawał, aż zawał” zauważył ponoć znajomy satyryk powalony przez atak, ale ja jeszcze nie zostałem powalony, a teraz po więzieniu wytrzymać choćby parę dni bez pani z autobusu będzie ciężko. Chyba żeby się na miejscu coś znalazło. Nie ujawniam moich kosmatych myśli, bo siostrzyczkę cał- kiem zasuszyło. Ta sprawa z Laniewiczem po prostu ją przetrąciła. Nie ujawniam jej także, że w teczce mam sporo zatajonych lektur wręczonych mi przez Kubę w tajemnicy przed mamą. Książka, parę broszur- Nauczy- łem się nawet nomenklatury - z obiegu nieoficjalnego, czy jakoś tak… i „niezależna oficyna wydawnicza”. To wszystko od Kuby. Kuba to jakiś poważny „klasowy” (w znaczeniu „szkolny”) polityk. Myślę, że nawet „działacz” - może kolporter. Chyba dobrze rozumiem te tęsknoty. Sam z pokolenia „młodszych braci”, tych co patrzyli jak starsi, nieszczęśni „Kolumbowie”, robili pokracznie i krwawo tę niedorobioną nigdy przez nas Rzeczpospoli-tą. Po ich klęsce my daliśmy się zwariować. Z miejsca przestaliśmy chcieć tego, co dla nich było święte. Dla nas stało się śmieszne, bo przegrane. Te pierwsze lata zetempowskiej euforii i to co potem? Ciekawe skąd ten y,

28 f r mój „stan przedzawałowy” czy może ta cholerna „zastawka” - może to dziedzictwo tamtego okresu, gdy nie było dość czasu by przeczytać jak należy „Jak hartowała się stal”. Korczagin. Tak, z pewnością tak nazywał się bohater. „Ty, Julek, nigdy nie dorośniesz, by zagrać taką rolę” - dobitnie skanduje słowa nasz przewodniczący. Dziekan wydziału aktorskiego posłusznie kiwa głową. Wychłodło mi moje zaangażowanie i już mogłem zagrać wszystko. Komisarza, sekretarza, księcia Jorku, „Księdza Marka” i „Bogurodzicę” - jak powiedział kiedyś Dyrektor Wszystek komplementując moje możliwości po próbie Słowackiego… („Aktor w roli musi być cały, wszystek, nic nie wolno mu zostawić dla siebie, aktor nie ma życia osobistego, wszystek wciela się w rolę” - ulubione słowo zrodziło jego przezwisko, które nieomal stało się teatralnym pseudo- nimem). Ale o czym ja piszę, gdy mam przed sobą pierwszy pobyt w lecznicy. Chyba nigdy się nie nauczę. Ale do cholery, nie piszę powieści. W powieści nie może być niczego, czego mogłoby nie być. U mnie jest życie, a w życiu inaczej. Ale wróćmy do kliniki. Biele, dywany, telefony, bufet z prawdziwym czynnym ekspresem - to wszystko dla mnie, bo Basia gdzieś biega, kogoś szuka. Wreszcie ewidencja. „Zawód” - co mam wpisać. Prawdziwe byłoby „więzień” - wpisuję „aktor”. No i masz… Wrzoskiewicz. Pokoje na tym piętrze dwuosobowe. Gdy wszedłem do swojego, aż mnie zatkało. On mnie nie poznał w pierwszej chwili. - Wrzoskiewicz - powiedział podając mi rękę. Widać było, że mnie awansuje przez taką znajomość. - Przecież widzę - powiedziałem. Jeszcze mnie nie poznał. Zaśmiał się po swojemu brzuchomówczym śmieszkiem z nieruchomą gębą, biorąc to za komplement bywalca teatralnego czy telewi-zyjnego gapia. 29 - Przed zawałem, a pan? - przedstawił mi się. - Julian P. - powiedziałem. Zbaraniał. - Jezus Maria! - wykrzyknął po chwili rzucając się na mnie, jakbyśmy kiedykolwiek byli blisko.

- Wyszedłeś? - Nie, uciekłem- - nie wiem jaki bies podpowiedział m? te słowa. Przecież w tym czasie możliwe było wszystko. Niedawno skończyły się pertraktacje z grupą więźniów, która ogłosiła strajk głodowy na kominie. Dlaczego nie miałem uciec? Wrzoskiewicza zatkało. - A tutaj? Ukrywasz się? Nie wytrzymałem. Mój śmiech mocno go skonfundo-wał. Rozgniewał się. - W końcu po tym, za co cię zamknęli, możesz zrobić Bóg wie co… - oznajmił w końcu polubownie. - Zastawka.. - przedstawiłem mu się. Geniusz loci już przemówił przeze mnie. - Kolega! - zawołał radośnie, jakby dopiero owa zastawka nas zrównała. Ten tydzień z Wrzoskiewiczem w celi… To śmieszne, ale ja wciąż jestem stamtąd. W tym co myślę. Więc cały ten tydzień w separatce z dwoma łóżkami Wrzoskiewicz wypełnił opowiadaniem o sobie. Ja, który wysłuchałem za murem życiorysów równie mało prawdopo-dobnych co prawdziwych, miałem ucztę: tu nie było nikogo. Żadnego człowieka. Tu były pieniądze. Opowiadał o pieniądzach, jak kto inny o miłości, albo jeszcze kto inny o Żydach… No, oprócz pieniędzy były jeszcze rzeczy. Ale raczej jak statyści przy głównych bohaterach sztuki. „Stereo - wideo - pprno”, tak go sobie w myślach nazwałem, gdy zapowiadał po wyjściu seanse u siebie w przepychu wi-deokaset, kolorowych filmów… Więc pieniądze w jego opowieściach miały swoją dramaturgię, fabułę nawet. 30 Oto ostatni sezon „przed tym całym bałaganem”,, jak określał ostatni rok, w którym zarabianie podlegało niezrozumiałym dla niego wstrząsom… Podwieczorek przy mikrofonie tysiąc pięćset, a po drugiej stronie ulicy leci kabaret. Przebiegam trzysta metrów i dwa siedemset pięćdziesiąt za dwadzieścia minut… Ale Wrzoskiewicz biegał nie tylko na dystansach krótkich. Były i długie. Nowy Jork, Chicago. „Bardzo mnie nasza Polonia kocha”. Za ile? - zapytałem nietaktownie, ale Wrzoskiewicz się nie obrażał. Roześmiał się i wytłumaczył, że tam - na przykład w Nowym Jorku - to ludzie nawet do łóżka dobierają się według dzielnicy, bo im dla miłości nie chce się jechać pięćdziesiąt kilometrów… A ja przez ocean. To ich musi kosztować. W końcu jesteśmy zawo-dowcy, nie ma się czego wstydzić. Zresztą amatorzy też biorą, ale użebrane i co łaska. Ja zarabiam. Jak zechcesz, -możesz z nami pojeździć, jak stąd wyjdę. Robimy program „Aby Polska”. Z Malała. Mógłbyś być inspicjen-tem. Jeżeli ci zdrowie pozwoli. A zresztą - nagle po-smutniał -jeśli mnie zdrowie pozwoli. Cholera wie, co z moją zastawką, może przyjdzie czekać na operację.

Teraz o Malali. Bo na tym się Wrzoskiewicz kończy, a Malała dopiero zaczyna. I będzie ważna z uwagi na wszystko, co potem. To nieprawdopodobne. Jakbym dopiero zobaczył, co to jest kobieta. Czym może być kobieta. Cudowny opię- ty kuperek, piersi jakby je obliczył, wymodelował i umieścił osobiście sam Stwórca Esteta. Nogi niby dwie, ale starczy, żeby człowiek pomyślał, że nigdy nic nie oglądał. I ta buźka naiwnego aniołka, który już wylizał wszystkie słodycze i świństwa… Żadne zdjęcie tego nie pokaże, ale oczywiście to było jej zdjęcie z okładki „Ekranu”, toples w bikini wąskim jak palec, który by się chciało pod nie włożyć. Jej zdjęcie wypożyczane w celi… 31 Nie było się co dziwić etatowi Wrzoskiewicza w naszym teatrze… Nie wytrzymałem, gdy mąż jej mnie przedstawił. - My się znamy - palnąłem. _ ? ‘ - Z konia - oznajmiłem bezczelnie. - Chyba mnie pan z kimś pomylił… - Panią pomylić! - wykrzyknąłem szczerze. Było tak, jakby w ogóle nie było pani z autobusu, jakby wszystkie godziny majaczenia o kobietach wróciły przebrane w to ciało ukoronowane bezczelną gębusią, która nawet nic nie mówiąc kazała tylko o tym myśleć, myśleć, myśleć… Biedny Wrzoskiewicz. • Badania, analizy, mocz, krew, opad… kto się ha tym wyzna, co z człowiekiem wyrabiają. Nie te czasy kiedy w ambulansie wyrywa się obcążkami igłę wbitą w pierś, gdzie bije serce. „Samouszkodzenia”. Obsesja więźniów. Poza rzeczową kombinacją, aby dostać się do szpitala czy coś dla siebie „załatwić”, żywiołowy protest przeciw… Przeciw wszystkiemu. Obrócony przeciw sobie. Moja choroba to też „samouszkodzenie”, tylko że ci tutaj nic o tym nie wiedzą. Przecież pojawiło się to moje „serce” dopiero za murem. A tutaj po tygodniu dowiedziałem się tylko, że „nie jest tak źle”, po drugim, że „bę- dziemy mogli siostrzyczkę uspokoić” i nareszcie, że spo-tkamy się ponownie za sześć tygodni. Zobaczymy, co zrobi z pana sercem farmakologia. Bo moje więzienne konowały iiagnozę spartoliły. Żadna „zastawka”. Nie będzie operacji. A więc „wypiska”. Półtora miesiąca swobodnego życia dla mnie. Życia w świecie, który zapomniał sam siebie, zapomniał czym był. Trudno mi się było oswoić, ale to wszystko co nowe było jakoś moje, powinno być moje. I w tym wymiarze patetycznym - giną ci, opici

władzą i posiadaniem, przychodzą jacyś nowi nieznani, a przeto „sprawiedliwi”. Dla wszystkich chyba ta „Soli-32 darność” ma w sobie coś ze szlachetnego Janosika. Zabiera możnym, biednych obdziela. A ja, więzień, jak mogłem inaczej niż entuzjazmem powitać spór o to, czy nowy gmach Komendy Wojewódzkiej obrócić na szpital czy na dom starców. Sama wspaniała sprawiedliwość. Przecież byłem dorosły, przecież wiedziałem, że wszystko, co trąci zrealizowaną bajką, jest po prostu bujdą, musi okazać się bujdą. Ale akceptowałem. Wolność. Ja, wychodząc na urlop z totalnej więziennej nie-woli, dostawałem się na wolność, ale tu była jeszcze inna wolność. Ta z dużej litery. Ta, która sprawia, że wreszcie my, Polacy, powiemy sobie całą prawdę. A jednak akceptując wiedziałem, że nie wierzę do -końca. Byłem jak sceptyk w obliczu mistycznego objawienia przyjętego przez naród. To nie była rzeczywistość. To była wizja! Ja, człowiek zza muru, wiedziałem, że świat nie da się przerobić przez zwyczajne odwrócenie go podszewką na wierzch. Co było wywyższone, będzie poniżone, i tak dalej. Sam się po jakimś czasie wystraszyłem, widząc jak ten ruch zaczął nabierać cech świętości. Przywódcy to już byli ludzie święci, choćby i nieraz pasowali do mnie pod celę. Jeden Witek to był człowiek, który choć się z nimi związał, zachował dystans. Ponoć chciał im wytłumaczyć co i jak, że świat, że Europa, ale został za zgniłka i oportunistę. Dla nich nawet strajk nie był na-rzędziem osiągania celów, tylko aktem moralnego oczyszczenia. Wyglądało na to, że nie obejdzie się bez butelek zapalających. Cieszyłem się i byłem pełen strachu. Wszyscy mówili i pisali jedno tylko słowo „Odnowa”. Koniecznie z dużej litery. Nikt nie pisał słowa „rzeczywistość” nawet petitem. Jakby przestała istnieć. Istniał tylko moralny imperatyw, godność narodowa, świę- ty obowiązek Odnowy wszystkich i wszystkiego. I w dodatku nawiedzeni byli „wszyscy”. Zenek Siekierka później ocenił ów stan euforii po swojemu. Brzmiało to mniej więcej tak: „Znaczy się babka klozetowa się cieszy, że jak jest „Solidarność”, to . 33 już nikt nie nasra na deskę. Chorzy, że jak się gliniarzom odbierze koszary na szpital, to ich przestanie boleć wą- troba. Ale jest i trochę racji. Że robotnik może zobaczy, że się obejdzie bez głupoty w robocie. A tak w ogóle kto ma krzywdę, to wierzy, że już z tym koniec. Każdego do raju… Może być druga Japonia, jak kto niewierzący… Tak to jest. Ale ja popieram” - skończył swój krytyczny wywód. Jak niemal każdy, kto jeszcze ośmielał się trochę myśleć… A w ogóle dla tych co myśleli i teraz czas nie był łatwy. Mnie było lżej. Ja miałem myśleć o sobie. Przez cały ten czas w szpitalu męczyła mnie świadomość, że nie wypełniłem przyrzeczenia wobec Zenka Siekierki. Obiecałem mu zaraz po wyjściu odwiedzić jego babkę, żyjącą na kieleckiej wsi. Jedyną, jak twierdził, „rodzinę”. Chodziło o to, by wydębić od sołtysa oświadczenie, że staruszka nie jest w stanie bez pomocy

obrobić swej ziemi. Miał to być nieodzowny załącznik do starań Zenka o przedterminowe warunkowe zwolnienie. Jego adwokat twierdził, że na żadne urzędowe pisma sołtys nie odpowiada, a babka odezwała się tylko raz donosząc w dyktowanym komuś liście, „że z sołty-sem nic nie pójdzie, bo jak konia zabrał, to i przez tydzień bez prawa trzymał, poręczenia żadnego teraz nie da, bo się Zenka boi”… Zenek to był ktoś w naszej celi. Miał legendę i auten-tyczny autorytet mimo młodego wieku. Więc się nie łamał. Ani wobec psów, ani w celi. Co powiedział - świę- te. Miał tylko jeden tatuaż i to bardzo nietypowy: na lewej piersi toporek wbity w serce niczym w pień do rąbania drewna. A sprawa, o której mówił ten rysunek też nietypowa, świadcząca o wielkim Zenkowym sercu. Był to czas, gdy Zenek jako trzynastolatek żył przy bracie w miasteczku opodal babcinej wsi. Rodziców już nie było. Brat dorosły „miał swoje sprawy” i kiedy przyszedł po niego milicjant, porwał się na władzę z siekierką. 34 Zenek wiedząc, że pełnoletni dostanie za to wyrok śmierci, wyręczył brata - sam zarąbał władzę i trafił do poprawczaka. Potem już samo poszło. Siedział „na czwartym wyroku”. I oto ja, druh spod celi, po tygodniu wolności jeszcze nje spełniłem posłania. Wychodząc teraz z lecznicy wierzyłem, że zaraz będę „u babci”. Ale już w autobusie oglądając to i owo… (lato, kobiety ubrane czy rozebrane, że jest na co popatrzeć) pojąłem, że najpierw będzie pani z autobusu. „Przekonałem ją” jakoś do siebie, odwiedziła mnie nawet w klinice… Wrzoskiewicz był dżentelmenem, zostawił nas sa-mych w pokoju, ale ona okropnie się bała i w ogóle kiepsko nam poszło. Ale teraz wyszedłem. Na zewnątrz święto. Mogłem sobie wyobrażać, że jestem dyktatorem i obchodzę imieniny. Autobusy z flagami, na bramach fabryk flagi. Jakieś pogotowie strajkowe… Usiłowałem pojąć o co chodzi podsłuchując rozmowę sąsiadów, ale i oni różnili się w ocenie wydarzeń. W każdym razie świę- to - dla mnie. Błogosławiony czas, gdy więcej patrzy- łem, niż myślałem. Dotelepałem się do Śródmieścia, gdy nagle autobus stanął. Przerwa w kursie. Strajk popiera-jący. Dwugodzinna miała być ta przerwa. I pomyśleć - wszyscy wysiadają, nikt nie psioczy. Może tam jeden i drugi milczy ze strachu, ale tak w ogóle to dlatego, że widocznie tak trzeba. Ulica dostaje w dupę ale popiera… Tak to jest. Dokąd miałem się wlec na piechotę? Telefonować do mojej pani z autobusu nie mogłem. „Tylko do pracy - mąż strasznie podejrzliwy” (nie można mu się dziwić). Więc zaniosło mnie do Witka Sanojcy. Stojąc przed jego drzwiami zrozumiałem, jak mało człowiek ma na świecie. Bo jeśli go nie będzie, to na dobrą sprawę pew- na jest tylko moja biedna robaczywiejąca w samotności siostra i ten jej przyszły trupek… (Kuba miał jeszcze kusy kwartalik życia przed sobą). Próby odnawiania starych

kontaktów nieco mnie speszyły, gdy wchodząc do 35 kawiarni, gdzie tradycyjnie siadywali znajomi, przekonałem się, że kawiarnia jest i owszem, znajomi także, tylko z tą znajomością jakoś niewyraźnie. „No proszę, kryminalnych to zwalniają” - usłyszałem od jakiegoś stolika. Gdy powtórzyłem Witkowi, kto to powiedział, roześmiał się: cóż chcesz, działacz Towarzystwa Pomocy Więzionym za Przekonania. Kurwa mać, prezydium Związku liczniejsze niż ci uwięzieni… (Witek powiedział, jakby tych dwóch Kowalczyków puścili, to by sam prezes, nasz Dyrektor Wszystek był liczniejszy). A o ludzi pozamykanych z nieprzytomnymi wyrokami, co ich los skazał, żaden kutas się nie upomni.., Widzę, że staję się kryminalistą „zawodowym”, skoro tyle mam solidarności wobec tamtych „swoich”. Bo swoi wydają mi się wszyscy, co za murem. Ale wracam pod drzwi mojego Witka. Na szczęście otworzyły się. Ucieszył się. Naprawdę. Co z tego, że od początku zauważy- łem, że był lekko „zaprawiony”. Po oczach. Jego zawsze zdradzały oczy. Bo głowę miał mocarną, nikt go na czterech łapach nie widział. - Spadłem ci z nieba… - oznajmiłem siadając przy stole, na którym stała butelka i samotny kieliszek. Gadał coś, pytał o to moje serce, ale kieliszek postawił. Dopiero jak go spytałem, czy jest pewny, że dobrze mi zrobi, okropnie się zawstydził. Kochałem tego Witka. (Ojca mordercy mojego siostrzeńca - tak wyszło, nim strzelił, kwartalik od tego wieczora). Ale Andrzeja tego dnia nie było. Ani Eli. Spytałem. - Ela Audi… - nieobecna. - Może u Króla Szczypiorku, może gdzie indziej… Nalał mi pewną ręką. Powiedział, że choć tego może nie było widać, ale Elą to przestał się przejmować już przed moim wyrokiem. Zobaczyłem rozłożony na stole maszynopis sztuki. Zajrzałem mechanicznie na kartę tytułową. - „Góra Żałoby”… - Odczytałem hiszpańskie nazwisko autora. 36 - Właśnie. Dyrektor się zainteresował. Peruwiańcźyk o Boliwii czy Boliwijczyk o Peru. Rząd morduje robotników, ściślej górników. Czyli coś dla niego. Aluzja… Dziwny był status mojego Witka w naszym teatrze… Na pewno przewyższał nas wszystkich inteligencją. W potrzebie umiał sięgnąć i po pióro. Sławna była jego polemika z Henrykiem Zajączkowskim, wówczas skromnym recenzentem teatralnym trapionym przez ciężkiego joba antyromantycznego. Otóż akt wiary Za-jączkowskiego był prosty: romantyzm był szkołą politycznej nieodpowiedzialności Polaków i „tułanie się tego repertuaru” po naszych scenach jest przekleństwem narodu. Bo jego historii prawdziwej, która na- tchnęłaby Polaków do kultu pracy, odpowiedzialności, pozytywnego działania, nikt nie zna i nie pamięta, a działa na wyobraźnię tylko utrwalony w wiekowych dziełach sztuki

„bełkot romantycznej nieodpowiedzialności”. Kiedy więc zaatakował naszą inscenizację „Kor-diana”, nie kto inny, jak Witek Sanojca, sprawił mu bolesne cięgi na łamach któregoś tygodnika. Był ci więc od nas mądrzejszy. A że abnegat dla nikogo niegroźny, nikt z jego mądrością nie walczył. On nie był dla nikogo „konkurencyjny”. „W walce na miny przegram ze stu-dentem drugiego roku” wypowiedział się kiedyś o swoim aktorstwie. A dla Dyrektora! Błogosławiony cichy doradca. Bo sam Witek jako dyrektor… No, to już mogłaby być tylko rola komediowa. Więc i dawniej czę- sto działo się tak, że właściwie Witek, niezależnie od opinii naszego leciwego kierownika literackiego, przesądzał repertuarowe decyzje. On zresztą sam wprowadził na naszą scenę niejednego debiutującego autora. - Więc mówisz „Góra Żałoby”? I co, pójdzie to u nas? - Dyrektor walczy z myślami. Bo z jednej strony dobrze, bo brutalne państwo pastwi się nad górnikami, ale z drugiej co za aluzja, kiedy.u nas jakoś państwo nie ma siły nie tylko, by się pastwić.ale wogóle po prostu bvć 37 Wypiliśmy. Wieczór u Witka pozwolił mi trochę wię- cej zrozumieć z tej Polski, na którą wylazłem zza muru. Zdziczały. A i ona jakby niespełna rozumu. Ten wieczór wrześniowy wypadł po dniu, w którym nasi zbuntowani ogłosili apel do narodów krajów socjalistycznych, czy jak tam to nazwali. Mój Witek był sfru-strowany. Usprawiedliwiał się w ten sposób z flachy i samotnego picia. Znaliśmy się jak łyse konie. Ale go skręciło. Zajączkowski miał rację. Jesteśmy narodem romantycznych idiotów. Zresztą w Polsce jak chcesz powiedzieć, że coś jest bezdennie głupie, mówisz, że „romantyczne” i wszyscy to głupstwo szanują. Ale teraz nikt nie szanuje nawet własnej mądrości. Jakbym napisał list otwarty do Zajączkowskiego, że przyznaję mu rację, byłaby to podła dywersja. Bo dziś on jest na czele „romantyków odnowy”. Coś ci pokażę… Zaczął przewracać kartki maszynopisu „Góry Żało-by”. Nie mógł znaleźć jakiegoś fragmentu, nalał sobie lewą ręką (bezbłędnie) pełny kieliszek, o mnie zapomniał, wypił… - O, jest. Popatrz. W trakcie dyskusji politycznej przed decyzją strajkową jeden działacz ostrzega kolegów cytując prezydenta Meksyku Diaza: „Biedny Meksyk, tak daleko od Boga, a tak blisko Stanów Zjednoczonych”. Wierz jakby to strawestował dziś Zajączkowski, gdyby jeszcze pisywał recenzje (gdzie te czasy): „Biedna Polska, tak blisko Boga, a tak daleko od Stanów Zjednoczonych”. Bo on ci jest teraz i romantyczny, i katolicki, i bardzo reaganowski. Tak zmieniają się czasy i pozytywiści… l kogo mają te bidne robotnicze wodze „Solidarności” słuchać… Monolog trwał długo. Dowiedziałem się z niego, że Witek należał u nas do pierwszych sygnatariuszy apelu wspierającego strajkujących stoczniowców, ale teraz - po roku - w obliczu rosnącego szaleństwa nie popiera nikogo i niczego. „Nawet samego

siebie nie chce mi się popierać. Mam w dupie…” - zakończył jedną z tyrad. 38 Byłem nieco przerażony nie tyle jego stanem, ile zakre-sem sprowokowanej przez alkohol szczerości. Bo było i o synku Andrzeju, i o Eli Audi. Ela Audi - to wymysł Andrzeja. Pierwszy tak nazwał matkę. Rozwieść się? Żeby ten gówniarz wiedział, że nie rozwiodłem się tylko przez niego. Wie, bo mu mówiłem. Zaczęła tak sobie żyć na boku, jak nasz gówniarz miał pięć lat. I co? Zabrać matkę takiemu. W naszym „środowisku” żon się nie bija. A była okazja. A teraz gówniarz ma mamę Audi, a ojca rogacza. Kiedyś mi to sam powiedział. Dostał w ucho… No w porządku, nie dostał, czego się śmiejesz, znasz mnie za dobrze. Ale ona raz o mało na serio nie oberwa- ła. Mieliśmy wyjazd ze spektaklem na festiwal do Kali-sza i wróciłem o dzień wcześniej. Coś tam zapomnieli z rekwizytów, więc kto pojedzie - Sanojca. No i wchodzę do domu. Na palcach, żeby nie budzić. Otwieram drzwi… - gówniarz był na obozie żeglarskim - więc otwieram i co widzę. Nie śmiej się. Najpierw sutannę. Na krześle przewieszona równo przez poręcz sutanna… Wiesz, by- łem jak ogłupiały. On się ocknął pierwszy, podniósł się na łokciu, ona śpi… Pewnie byli po alkoholu… Przystojny brunet. Mocny, pierś owłosiona… - No i co? - nie wytrzymałem czekając na puentę. Dolał sobie i tym razem o mnie nie zapomniał. - I co? I nic. Powiedziałem, wyobraź sobie: „niech będzie pochwalony…” - Odpowiedział ci? Jak to się odpowiada…? - Nie pamiętam. Zresztą nie myśl, że to było takie ważne. Po prostu śmieszne. Już wcześniej żyliśmy każde .sobie. Poza tym to były inne czasy, nie miało to ze strony Eli cech koniunkturalnych. Jeszcze nie byliśmy tacy katoliccy… Jeszcze Wojtyła nie był papieżem. Jak ja żyję? - zadał nagle pytanie patrząc mi w oczy. - No jak?- ponaglił, czekając chyba odpowiedzi na retoryczne pytanie. Ale ja nie mogłem „uradzić” komiezności opisanej sytuacji. Po prostu zacząłem się śmiać. 39< Nie mogłem się powstrzymać. - Niech będzie pochwalony… - A wiesz, że nasz Dyrektor chciał wystawić sztukę papieża… - Witek nagle zmienił temat. Widocznie coś go jednak zabolało. - Na szczęście Wszystek się spóźnił, ubiegła nas inna scena… - No cóż, łatwiej bytt papieżem niż Szekspirem.