uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 772 224
  • Obserwuję775
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 040 405

Stanislaw Pagaczewski - Gabka i latajace talerze

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :495.8 KB
Rozszerzenie:pdf

Stanislaw Pagaczewski - Gabka i latajace talerze.pdf

uzavrano EBooki S Stanislaw Pagaczewski
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 253 osób, 103 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 127 stron)

STANISŁAW PAGACZEWSKI Gąbka i latające talerze Rozdział I BARDZO DŁUGA NOC Naprzód spadło kilka kropli jakiegoś płynu, a potem puszka po makrelach w oleju. O tym, że to były makrele, a nie śledzie w sosie węgierskim, przekonał się profesor Gąbka przy pomocy latarki elektrycznej, którą namacał w kieszeni skafandra. Jedna z kropli zwilżyła zeschnięte wargi profesora. Oblizał się i poczuł w ustach smak piwa. Nie spał już od pewnego czasu, lecz leżał z zamkniętymi oczyma, usiłując sobie przypomnieć, skąd się tu wziął. Mimo grobowych ciemności jedno było jasne: nie spoczywał w swym własnym łóżku, tylko na twardej i nierównej powierzchni, przypominającej dno jaskini. Nie miał na sobie piżamy, lecz puchowy skafander z kapturem. Zdrętwiałe od długiego bezruchu nogi tkwiły w spodniach, których nogawki ginęły w cholewach gumowych butów. Nie ulega wątpliwości - myślał profesor - że jestem w ciemnym pomieszczeniu, które nie ma okien, ale za to jakiś otwór, przez który wpadają puszki z konserw rybnych. Cóż by to mogło być za miejsce? Chyba nie Smocza Jama... I nagle uderzył się dłonią w czoło. - Już wiem! Że też wcześniej na to nie wpadłem. W tej samej chwili szarpnęła nim trwoga o przyjaciół. Snop światła omiótł skalną pieczarę, pełną ostrych występów, półek, gzymsów, o stropie usianym stalaktytami. Na prawo od profesora leżał Smok z głową opartą na kamieniu, na lewo zaś mistrz Bartolini, pochrapujący z lekka przez półotwarte usta. Nieco dalej widniała sylwetka księcia Kraka, leżącego na wznak, z szeroko rozłożonymi rękami. W świetle latarki błysnął złoty łańcuch, z którym książę nigdy się nie rozstawał. Profesor zerwał się i z wielkim trudem zrobił kilka kroków na zesztywniałych nogach.

Bolały go wszystkie stawy i mięśnie. Wykonał szereg głębokich wdechów i ku swemu zdumieniu poczuł zapach fiołków. Skąd by się tu wzięły fiołki? - pomyślał z niedowierzaniem. - To przecież niemożliwe, żeby w tej ciemności mogły istnieć jakiekolwiek kwiaty. Może to złudzenie? Podszedł do Smoka. - Hej, hej, obudź się, stary! - zawołał ciągnąc go za ramię. Smok usiadł i otworzył oczy. - Co się dzieje? - Pospaliśmy się jak susły - odparł profesor i skierował się ku Bartoliniemu. Z obudzeniem kucharza i księcia nie poszło tak łatwo, ale po dłuższej chwili i oni przetarli zaspane oczy, ziewając przy tym od ucha do ucha. - Która godzina? - zapytał Krak. - Za piętnaście czwarta - odparł profesor. - Ale zdaje mi się, że zegarek stoi. Smok rozprostował ramiona. - Już dawno się tak nie wyspałem - rzekł z zadowoleniem. - Chyba z dwanaście godzin... Profesor nic nie odpowiedział, tylko założył na nos okulary i pochylił się nad puszką. Przyświecając z bliska latarką odczytał znajdujący się na niej napis: MAKRELA W OLEJU AROMATYZOWANYM. - Dobra rzecz - mlasnął Bartolini. Profesor czytał dalej: - Surowce: ryby, olej roślinny, ocet, przyprawy... Spółdzielnia Pracy Rybołówstwa i Przetwórstwa Rybnego „Certa” w Szczecinie... Cena 11 złotych, data produkcji... Nagle przerwał i przez chwilę przyglądał się puszce z niedowierzaniem i głęboką uwagą, o czym świadczyły zmarszczki, które zarysowały się na jego czole. - Co cię tak zatkało? - zapytał książę, masując sobie zesztywniałe kolana. - Puszka jak puszka. Zdaje się, że wczoraj jedliśmy jakieś konserwy. - To nie nasza puszka - rzekł profesor głosem, w którym dźwięczała niezwykła powaga. - Słuchajcie: data produkcji 15 III 1978. - Co? Jaki? - Tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty ósmy - powtórzył profesor. - Coś ty... - mruknął książę. - Wcale nie żartuję. Tu jest wyraźnie napisane 1978 r. A który rok mamy obecnie? - Siedemset siedemdziesiąty ósmy - rzekł Bartolini. - Pamiętam dobrze, bo to dwudziesta rocznica mojego ślubu z Balbinką. Czy te rybki nie są przypadkiem nieświeże?

Profesor pokiwał głową przecząco. - Nie, moi drodzy, wystarczy powąchać to, co w puszce zostało. Obawiam się, że to my jesteśmy bardzo, ale to bardzo starzy. Starsi o tysiąc dwieście lat od chwili, gdy wybraliśmy się na inspekcję garnizonu Śpiących Rycerzy w Górach Skalistego Południa. W głębokiej ciszy, jaka zapadła po tych słowach, zrodził się nagle daleki gwar i stukot licznych kroków. Jak na komendę podnieśli głowy, bo owe dziwne odgłosy dolatywały z górnej części jaskini. - Pst - szepnął Smok i nadstawił swe ogromne uszy, przypominające do złudzenia anteny radaru. - Nic teraz nie mówcie. Wstrzymali oddechy. - Tak - stwierdził Smok po chwili. - Tam, nad nami, idzie dużo ludzi. Ktoś gra na gitarze. Słyszałem nawet słowa piosenki śpiewanej przez młode głosy... - Jestem głodny - rzekł książę Krak do kucharza. - Masz coś jeszcze w plecaku? - Suchary i szynka z żubra. Zrobić kanapki? - Oczywiście. A ty, Baltazarku kochany, powiedz, co sądzisz o tym wszystkim. Jest to chyba najdziwniejsza przygoda w mym życiu. - Nie tylko w twoim - powiedział profesor. - Wygląda na to, że naprawdę spaliśmy przez tysiąc dwieście lat. Ale wciąż jeszcze nie mogę w to uwierzyć. - W takim razie jak wytłumaczyć, że wszyscy mamy długie i w dodatku siwe brody. No i to, że byliśmy przysypani grubą warstwą pyłu... - Tak, tak - rzekł profesor kiwając głową. - Nie ma innego wytłumaczenia, ale przez to prawda wcale nie jest łatwiejsza do przyjęcia... Choć istnieje odrobina nadziei. Krak zerwał się z kamienia. - Co masz na myśli? - Skoro weszliśmy tutaj, to zapewne będziemy mogli wyjść z powrotem. Może na zewnątrz wszystko zostało po staremu? Może tylko w tej grocie czas biegnie inaczej? - Oby tak było - westchnął Smok. - Wobec tego szukajmy wyjścia. W tym miejscu robię znak pazurem. Obejdziemy całą jaskinię dookoła. Po godzinie poszukiwań czwórka przyjaciół pozbyła się resztek nadziei. - Ani śladu szczeliny, przez którą weszliśmy tu wczoraj. - Nie wczoraj, tylko 1200 lat temu - sprostował książę. - Nic w tym dziwnego, przez tak długi czas skały mogły się obsunąć, a gruz zasypał przejście. Gąbka zgasił latarkę. - Musimy oszczędzać światła. Kto wie, kiedy się stąd wydostaniemy. A więc, wracając

do naszych rozważań, przypomnijmy sobie, co było przed zaśnięciem. - Jedno jest pewne - rzekł Smok - że szukając wejścia do koszar Śpiących Rycerzy zabłądziliśmy w tym podziemnym labiryncie, a ponieważ poczuliśmy senność, ułożyliśmy się tu na spoczynek. Przed zaśnięciem pomyślałem o tym, że po powrocie do Jamy będę musiał naprawić kurek w wannie. Woda wciąż kapała, bo nigdzie nie mogłem dostać uszczelek, - Widziałem je w sklepie Błażeja Rączki przy placu Wielkiej Ryby - powiedział profesor - ale obawiam się, że już ich nie ma, tak jak zapewne nie ma ani Błażeja Rączki, ani placu Wielkiej Ryby. Oczywiście, jeśli data na puszce nie jest po prostu wynikiem pomyłki. A może ta spółdzielnia rybacka wykonuje już plan 1978 roku? To też jest możliwe. Wtedy odezwał się książę. - Od pewnego czasu patrzę ku górze i zdaje mi się, że widzę słaby poblask światła. To może być otwór, przez który wleciała puszka. - Nie mamy drabiny - rzekł kucharz. - Ale ja jestem - ryknął Smok. - Szkoda czasu na gadanie. Na moich ramionach stanie Bartolini, na nim książę, a na księciu Baltazarek, jako że jest lekki i szczupły. Do dzieła! Po kilku nieudanych próbach udało się wreszcie sformować chwiejną piramidę, sięgającą do zbawczego otworu. Profesor Gąbka, z sercem mocno bijącym z powodu wysiłku i emocji, zdołał wysunąć głowę przez ciasną szczelinę w skałach. Odetchnął świeżym powietrzem tak głęboko, że przez chwilę czuł zawrót głowy. Jednocześnie zmrużył oczy, gdyż blask bijący z otworu był wprost bolesny. Dopiero po chwili spostrzegł nad sobą skrawek błękitnego nieba. - Co tam widzisz? - krzyczał z dołu książę. - Jesteśmy uratowani! Widzę niebo! - A przeciśniemy się przez otwór? - Chyba tak, ale z wyjątkiem Smoka. - Spokojna głowa - mruknęła podpora piramidy. - Nie takie numery odstawiałem. Profesor podciągnął się na rękach i po chwili stanął nad otworem. - Idą jacyś ludzie! - zawołał do przyjaciół. - Jest ich bardzo dużo. Zaraz tu będą. Hej, na pomoc! Gwar głosów przybliżył się. - Jeżeli nam nie spuszczą drabinki sznurowej, nigdy stąd nie wyjdziemy - rzekł książę. - Profesor jest już wolny, ale my się musimy uzbroić w cierpliwość. - Cierpliwość jest cnotą - mruknął Smok sentencjonalnie - a cnota powinna być nagrodzona. Tak przynajmniej jest w każdym uczciwym westernie. Złaźcie ze mnie, bo już ledwo mogę ustać. Baltazarek nas nie opuści.

* * * Tymczasem profesor Gąbka przeciągnął się z ulgą, poczuwszy na swej twarzy ciepło słonecznych promieni. Natychmiast otoczył go tłum młodych i w najwyższym stopniu podnieconych turystów. - Tam są moi przyjaciele - wskazał ręką na otwór w skałach. - Trzeba ich koniecznie wyciągnąć! Ukląkł nad szczeliną i zawołał: - Wszystko w porządku. Wyłaźcie! W odpowiedzi usłyszał głos Smoka: - Nie da rady. Otwór jest za wysoko. Bez liny ani rusz. - Potrzebna będzie lina - rzekł Gąbka, zwracając się do swych wybawicieli. - Ba - odparł ktoś. - Któż chodzi z liną na Giewont? - Przecież oni nie mogą tam zostać! - To jasne. Trzeba sprowadzić goprowców. - A co to takiego? - zdziwił się profesor. - Goprowcy, czyli członkowie Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Oni mają wszystko co trzeba, a w dodatku jeszcze wiele innych rzeczy. - A długo to potrwa? - Co najmniej dwie godziny - rzekł młody brodacz z zawieszoną na piersiach gitarą. - Ktoś z nas musi zejść do schroniska na Kondratowej i sprowadzić ratowników. A przez ten czas pańscy przyjaciele będą sobie mogli przeczytać najnowszy numer „Przekroju”. Tam jest fajna krzyżówka z kociakiem. To mówiąc cisnął w otwór zwinięty w rulon tygodnik. - Ilu ich tam jest? - zapytał profesora. - Trzech. - A mają co jeść? - Jest jeszcze szynka z żubra - odparł profesor. W tłumie rozległy się okrzyki: - Fenomenalne! Mają szynkę! To jakaś znakomicie zaopatrzona wyprawa! Przez twarz Gąbki przemknął uśmiech: - Nic w tym dziwnego. Książę nigdzie się nie rusza bez kucharza. Bartłomiej Bartolini dba o jego podniebienie. Brodacz położył dłoń na plecach profesora. - Chyba nie chce pan twierdzić, że tam na dole siedzi mistrz Bartolini? - Oczywiście że siedzi - zawołał profesor. - Może w tej chwili chodzi, ale zaręczam

wam, że to prawda. Brodacz wyraźnie posmutniał. - Rozumiem, że ciężkie przejścia mogły trochę nadwerężyć pański system nerwowy. Chyba jednak pan wie, że Bartolini jest postacią z telewizyjnego serialu „Porwanie Baltazara Gąbki”. - Ale ze mnie gapa - rzekł uczony. - Zapomniałem się przedstawić. Jestem Baltazar Gąbka. Brodacz uścisnął podaną sobie rękę. - Wojtek. Gitarzysta zespołu Crazy Black Cats, czyli Zwariowane Czarne Koty. Wspaniałe sukcesy w kraju i za granicą! Tłumy wielbicieli! Czy chce pan mój autograf? - Oczywiście. Ale w tej chwili wolałbym linę albo drabinkę sznurową. - Koledzy już poszli do schroniska - rzekł brodacz. - Ale czemu pan ze mnie żartuje? - Nic podobnego. - A jednak żartuje pan - powtórzył brodacz. - Ja naprawdę jestem gitarzystą Czarnych Kotów, ale pan nie może być Baltazarem Gąbką. Profesor usiadł na kamieniu i westchnął: - Młody człowieku - powiedział z powagą w głosie. - Gdy goprowcy wyciągną z jaskini moich przyjaciół, przekonasz się, że wcale nie mam zamiaru kpić z ciebie i twoich towarzyszy. Są bowiem na świecie rzeczy, o których nie śniło się filozofom. - Chyba że po zjedzeniu zbyt wielkiej ilości szynki z żubra - mruknął półgłosem Wojtek. A głośno dodał: - No, to czekajmy... * * * Dopiero wtedy profesor Gąbka znalazł trochę czasu, aby rozejrzeć się po tak dawno nie oglądanym świecie. Wodził więc zachwyconym wzrokiem po górskich kolosach, których ośnieżone wierzchołki odcinały się ostro od ciemnobłękitnego nieba. Głęboko w dole rozciągała się łąka, w znacznej części pozbawiona już śniegu. Lasy kusiły z dala czystą, jakby świeżo wymytą zielenią. Z każdym oddechem czuł przypływ nowych sił. Rzeźwe powietrze działało na niego tak, jak na znużonego wędrowca działa kąpiel w zimnej i czystej wodzie potoku. Wciąż jeszcze musiał mrużyć oczy odzwyczajone od słonecznego światła. Widząc to Wojtek zaproponował mu nałożenie ciemnych okularów. Profesor odmówił. - Dziękuję, ale wolę oglądać świat w naturalnych kolorach. Tak długo przebywałem w ciemnościach, że stęskniłem się już za słońcem.

- Właśnie, jak długo siedział pan w tej jaskini? - zainteresował się gitarzysta. - Z moich obliczeń wynika, że tysiąc dwieście lat - odparł profesor głosem tak naturalnym, jakby chodziło o dwa lub trzy dni. Na te słowa Wojtek wzruszył ramionami i pomyślał, że lepiej będzie nie zadawać już żadnych pytań człowiekowi wyciągniętemu niedawno z otchłani nie znanej nikomu jaskini. Pomyślał też, że człowiek ten najwidoczniej kpi sobie z niego - i zrobiło mu się trochę przykro. Tymczasem większość uczestników wycieczki, aby wykorzystać piękną pogodę, postanowiła pójść na niedaleki już szczyt Giewontu. Na miejscu zostały tylko dwie licealistki - Ala i Ola, oraz jeden bardzo tęgi pan. Ala i Ola liczyły na to, że Wojtek specjalnie dla nich zaśpiewa piosenkę pt. „Zbzikowany kotek wyskoczył na płotek”, która na ostatniej giełdzie przebojów uzyskała pierwsze miejsce. Tęgi pan stwierdził zaś, że skoro do tej pory nie schudł, to dalsza wspinaczka nie ma żadnego sensu. Gdy Wojtek skończył śpiewać, doleciało spod ziemi stłumione wołanie kucharza: - Baltazarku, Baltazarku! Profesor zerwał się i podbiegł do szczeliny w skałach. - Słucham. - Co to może być: najlepszy lekarz? Gąbka zadrżał. Czyżby Bartolini oszalał? - O czym mówisz? - zawołał w ciemną czeluść. - Rozwiązujemy krzyżówkę - odparł niewidoczny Bartolini. - I nie wiemy, co to może być: „najlepszy lekarz”. - Oczywiście że Koyot. - Nie zgadza się. Tylko cztery litery. Pierwsza „c”, a ostatnia „s”. - Czas - krzyknął profesor. - Przecież to jasne. Czas jest najlepszym lekarzem! - W porządku - odparł kucharz. - A długo będziemy czekać na pomoc? - Powinni być za godzinę. Wtedy Gąbka usłyszał głos księcia: - To dobrze, bo przez ten czas damy radę krzyżówce, choć jest okropnie trudna. A kto tam śpiewa na górze? - Wojtek. To miły chłopak. - Ma dobry głos. Powiedz mu, że chętnie zaangażuję go do zamkowej kapeli. Pomoc nadeszła szybko. Sześciu ratowników, obładowanych linami i czekanami, zabrało się niezwłocznie do roboty. Pierwszy wyjechał na powierzchnię książę Krak, następnie kucharz, na końcu zaś Smok. Z tym ostatnim poszło nawet łatwiej, niż początkowo

przypuszczano, gdyż z powodu długiego postu zeszczuplał na tyle, że wydostał się bez większych trudności. Na widok osobliwego grotołaza, odznaczającego się paszczą pełną ostrych zębów i usianym kolcami ogonem, śmiertelna bladość pokryła twarze ratowników. Choć byli to ludzie zahartowani w niezliczonych, często bardzo niebezpiecznych wyprawach, odskoczyli od niego z okrzykami przerażenia i popychając się nawzajem, jęli szukać kryjówek wśród skał. Ala i Ola piszczały, jakby je ktoś obdzierał ze skóry, zaś tęgi pan, niepomny na swą tuszę, ruszył biegiem ku szczytowi Giewontu, gubiąc po drodze teczkę wypchaną smakołykami. Tylko Wojtek żar chował zimną krew i z wyciągniętą ręką podszedł do Gąbki. - Przepraszam pana, profesorze - rzekł tonem, w którym można było wyczuć zawstydzenie. - Widzę, że jednak pan nie żartował ze mnie. Teraz wierzę, że są na świecie rzeczy, o których się nie śniło filozofom. - I gitarzystom - dodał Baltazar, przy czym pociesznie mrugnął okiem do młodego człowieka. Rozdział II PIERWSZE CHWILE Nazajutrz, a było to dnia l kwietnia 1978 r., wszystkie dzienniki przyniosły sensacyjną wiadomość o przeprowadzonej na Giewoncie akcji ratunkowej, w której wyniku uratowano cztery osoby, zabłąkane w nie znanej dotychczas jaskini. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż uratowani przeżyli w owej jaskini aż 1200 lat i że znajdował się między nimi najprawdziwszy Smok Wawelski, który dotychczas uchodził za postać wymyśloną przez bajkopisarzy. Co więcej: towarzyszami potwora byli książę Krak, profesor Baltazar Gąbka oraz mistrz sztuki kulinarnej wszech czasów - Bartłomiej Bartolini. Nic więc dziwnego, że to niezwykłe zdarzenie zostało jednomyślnie nazwane największą sensacją Tysiąclecia. Wiadomość o nim podały nawet zagraniczne agencje prasowe, poczynając od Reutera, a kończąc na agencji Mniam-mniam, reprezentującej państwo powstałe niedawno na wyspie Bumburumbu, w Archipelagu Homofagów. W ciągu kilku godzin wszystkie kwatery w Zakopanem zostały zarezerwowane dla sprawozdawców prasowych, radiowych i telewizyjnych. W związku ze spodziewanym napływem gości Milicja Obywatelska została postawiona w stan ostrego pogotowia, a kierownicy wszystkich restauracji zamówili dziesięciokrotnie więcej żywności niż zwykle.

Oczywiście nie brakło niedowiarków. Jednym z wielu był sprzedawca gazet w kiosku „Ruchu”, pan Mydełko, który ową wiadomość potraktował jak primaaprilisowy dowcip. - Nasi redaktorzy mają zbyt bujną fantazję - powiedział do swego stałego klienta, kierownika stacji benzynowej. - Nie sądzę - odparł klient. - Mój brat, który jest portierem w hotelu „Kasprowy”, widział Smoka na własne oczy. - Czy pański brat nie wypił wczoraj zbyt wielkiej ilości alkoholu? - Wykluczone. Od dziecka jest abstynentem. A co pan powie na to, że do Zakopanego przyjechał już samochód transmisyjny krakowskiej Telewizji? Niech pan obejrzy dzisiejszy „Wieczór z dziennikiem”. - To wszystko bajki dla grzecznych dzieci - upierał się sprzedawca. - Przecież dziś jest prima aprilis. Natomiast fotograf, przechadzający się po Krupówkach w skórze białego misia, potraktował sprawę z innego punktu widzenia: - Czuję w tym wszystkim rękę konkurencji - tłumaczył swej żonie. - Któż teraz zechce fotografować się z niedźwiedziem, skoro będzie mógł to zrobić z prawdziwym Smokiem? Pójdziemy z torbami, moja droga. Ja ci to mówię! Profesor Gąbka obudził się wkrótce po wschodzie słońca. Choć łoże w apartamencie hotelu „Kasprowy” było znacznie wygodniejsze od pełnego kamyków dna jaskini, uczony nie miał zamiaru pozostawać w nim do południa. Zawsze był zdania, że człowiek powinien postępować zgodnie z odwiecznym rytmem przyrody. Nie budząc przyjaciół ubrał się i zbiegł po schodach do hallu. Stało tu kilka wazonów z palmami, których ogromne liście przypominały mu dawne podróże do ciepłych krajów. Zupełnie jak w Słonecji - pomyślał ze wzruszeniem i odruchowo rozejrzą! się dokoła w nadziei zobaczenia stada wesołych małpiszonów. Zamiast nich ujrzał jednak człowieka ubranego w nieskazitelnie skrojony mundur. - Dzień dobry panu - powiedział portier, zgiąwszy się w ukłonie. - Jak się spało? - Wybornie. Jak na razie mam dość spania i chcę trochę pospacerować. - Słusznie. Piękną pogodę mamy w tym roku. Gąbka zawahał się. - Przepraszam, ale gdzie tu są drzwi? - Proszę się zbliżyć do szklanej ściany. Profesor posłuchał rady i ze zdumieniem spostrzegł, że rozsunęły się przed nim dwie przezroczyste tafle. Przekroczył próg i znalazł się na hotelowym podjeździe. Szklane tafle

zsunęły się bezszelestnie. - Nawet nie trzeba było powiedzieć: Sezamie, otwórz się - mruknął do siebie. - Wspaniały wynalazek! A jaka stąd nauczka dla ciebie, mój Baltazarku? Ta, że nie należy się niczemu dziwić, aby nie uchodzić za prostaka... Słońce różowiło grań Giewontu i wyłaniające się spoza niego obłe kopuły Czerwonych Wierchów. W porządku - pomyślał Gąbka. - Góry są takie same jak dawniej. Tysiąc dwieście lat to dla nich pestka. Na ile jednak zmienili się ludzie? Sądząc po Wojtku - niewiele. Za moich czasów tacy młodzieńcy jak on także lubili grać i śpiewać, a takie kozy jak Ala i Ola zawsze były gotowe do słuchania piosenek. Co najwyżej nie goniły w spodniach po Giewoncie, tylko siedziały w domu i zajmowały się tkaniem na krosnach... Narastające od dłuższej chwili buczenie zwróciło myśli profesora w innym kierunku. Zadarł głowę ku niebu i spostrzegł jaskrawą białą kreskę, posuwającą się w stronę Czerwonych Wierchów. Tuż przed nią leciał mikroskopijny, silnie błyszczący punkcik. - Co to jest? Jakiś wielki ptak, może orzeł? Ale dlaczego tak huczy? I co może znaczyć ta biała smuga? Żaden ptak nie potrafiłby udźwignąć tak potężnego ogona... Zajęty obserwowaniem dziwnego zjawiska omal nie wpadł pod koła szybko jadącego samochodu. Kierowca wychylił się przez okienko i zawołał: - Jak leziesz, gamoniu! Samochód zniknął na zakręcie drogi, zostawiwszy po sobie niebieską mgiełkę. - Fuj, co za smród - skrzywił się profesor. - Nie dość że pędzi jak szaleniec, to jeszcze fatalnie psuje powietrze... Nauczony doświadczeniem wszedł na chodnik. Trzeba się będzie mieć na baczności - pomyślał. - Nie po to przespałem taki kawał czasu, żeby wpaść pod samochód, w dodatku prowadzony przez źle wychowanego kierowcę... Z powodu wczesnej pory Gąbka spotkał tylko kilku ludzi. Mijając dwie góralki, obładowane bańkami z mlekiem, usłyszał fragment ich rozmowy: - Moja kumo - mówiła jedna z kobiet. - Pędom wom prowde. Jak na świętyj spowiedzi. Te weredy, co to ik naśli wcora na Giewoncie, to diobły. Syćka mieli rogi, ogony i pazury. A najpaskudniejsy z nich to som Belzebub. Jesce będzie z tego niescęście! - Kuniec świata albo i co gorse - odparła druga. - No i tak wyszedłem na diabła - uśmiechnął się w duchu profesor i bezzwłocznie zawrócił w kierunku hotelu.

Gdy wszedł do westybulu, podbiegł ku niemu chłopiec w brązowym uniformie i ruchem ręki zaprosił go do małego pokoiku. Zanim Gąbka zdołał zapytać, o co chodzi, chłopiec nacisnął guzik w ścianie, a wtedy pokoik drgnął i z cichym szmerem poszybował na szóste piętro budynku. Drzwi się rozsunęły i Gąbka wkroczył w długi korytarz. - Piąte drzwi na prawo - krzyknął za nim chłopiec i zniknął w windzie. Wchodzącego Gąbkę powitał radosny okrzyk Kraka: - Jesteś nareszcie! Już się martwiłem o ciebie. - Byłem na małym spacerze. A gdzie reszta? - Smok szaleje w łazience. Nie słyszysz? Istotnie, spoza zamkniętych drzwi dolatywały pełne zadowolenia pomruki, zmieszane z pluskiem wody. - A Bartłomiej? - Poszedł do kuchni, żeby przygotować śniadanie. W tej samej chwili na korytarzu rozległy się odgłosy sprzeczki. - To oburzające - wołał Bartolini. - Tylko ja mam prawo gotować dla księcia. Kto inny może go otruć! - Przysięgam panu, że nie trujemy gości... W otwartych nagle drzwiach stanął mistrz patelni w towarzystwie dyrektora hotelu. Na okrąglutkiej twarzy kucharza malował się gniew. - Co się stało? - zapytał książę. - Może Jego Wysokość wytłumaczy temu człowiekowi - rzekł dyrektor - że nie ma zwyczaju, aby goście wchodzili do kuchni. Bartolini wzniósł ręce w geście świętego oburzenia. - Mamma mia! Ja wcale nie jestem jakimś tam człowiekiem, tylko kucharzem dworu książęcego! Krak zwrócił się do dyrektora. - Proszę wybaczyć - rzekł z ujmującym uśmiechem. - Ale mój przyjaciel nie przywykł jeszcze do nowej sytuacji. Dyrektor skłonił się: - To zrozumiałe. Ale mogę zapewnić, że śniadanie będzie znakomite. Niedawno był tu ambasador Szejkistanu i nie mógł znaleźć słów zachwytu dla naszej kuchni. A jest to jeden z najsłynniejszych smakoszy świata. - Dobrze, dobrze - udobruchał się Bartolini. -Tylko zaznaczam, że jajka na miękko muszą być gotowane przez trzy minuty oraz piętnaście i dwie dziesiąte sekundy! Ani krócej,

ani dłużej. W drzwiach od łazienki stanął Smok, otulony w biały płaszcz kąpielowy. - A ja poproszę o jajka surowe, bo trochę zachrypłem w tej wilgotnej jaskini. Nie musi ich być dużo, wystarczy kopa... Rozdział III PRACOWITY DZIEŃ To, co się zaczęło po śniadaniu, przeszło najśmielsze oczekiwania Smoka i jego przyjaciół. Parking przed hotelem zaroił się od samochodów, a od strony miasta dążyły tłumy gapiów, ściągniętych nadzieją obejrzenia egzotycznych gości sprzed dwunastu stuleci. Fotoreporterzy okupowali westybul i klatkę schodową, a pracownicy Telewizji uwijali się jak w ukropie, ustawiając kamery i reflektory. Co chwila ktoś przewracał się na kablach, które pokrywały podłogę, lampy zapalały się i gasły, dzwoniły wszystkie telefony, a dyrektor hotelu bez najmniejszej przerwy odpowiadał na pytania dziennikarzy, których interesowało wszystko, co miało związek z niezwykłymi gośćmi. Pytano, co jedli na śniadanie, jaki mieli apetyt, czy dobrze spali, czy nie zdumiewały ich różne techniczne wynalazki XX wieku. Jedni chcieli wiedzieć, czy Krak sypia w koronie na głowie i czy Bartolini umie przyrządzać włoską potrawę, zwaną pizzą, innych zaś interesowało zagadnienie, czy profesor Gąbka zechce przyjąć godność członka Akademii Nauk oraz czy Smok zmieści się w fiacie 126 p. Najwięcej pomysłowości w zmyleniu milicjantów, broniących wstępu do pokoju nr 5 na szóstym piętrze, wykazał fotoreporter „Świata Młodych”, który w przebraniu kominiarza wydostał się na dach hotelu, a następnie, korzystając z drabinki sznurowej, znalazł się na wysokości okna, które na szczęście dla niego było szeroko otwarte. Jednym skokiem znalazł się w pokoju, pstrykając bez opamiętania. Na widok kominiarza zaopatrzonego zamiast szczotki w aparat fotograficzny Smok ryknął śmiechem, co natychmiast zostało uwiecznione na błonie filmowej, podobnie jak zdumione oblicze profesora, który w pośpiechu kończył kanapkę z serem. Wykonawszy swe zdjęcia fotoreporter zniknął równie szybko, jak się pojawił, unosząc w dodatku autograf Kraka, wręczony mu przez księcia na pamiątkę. - Stajemy się sławni - rzekł Smok. - Kto wie, czy nie zaangażują nas do filmu. - Mamma mia! - krzyknął Bartolini i klasnął w pulchne dłonie. - Nie miałbym nic przeciwko temu. Jaka by to była radość dla Balbinki i moich dzieci z Nasturcją na czele! Wypowiedziawszy te słowa, nagle spoważniał. - Ale powiedzcie mi, moi kochani, kiedy wrócimy do domu? I czy w ogóle wrócimy?

Zapanowało milczenie. Pytanie, które Bartolini postawił z taką otwartością, nurtowało ich wszystkich od chwili wyjścia z jaskini. Książę ukrył twarz w dłoniach, profesor odwrócił się i nieznacznie otarł łzę z policzka, a Smok z niezwykłym zainteresowaniem począł oglądać swe pazury. Bartolini powtórzył: - Wrócimy? I nie słysząc odpowiedzi, przeniósł wzrok na okno, ku widniejącej na tle nieba sylwetce Giewontu. Ale i ten milczał jak zaklęty. Zresztą nie było w tym nic dziwnego, bo przecież każde dziecko wie o tym, że Giewont to zaklęty i w dodatku Śpiący Rycerz. A ci, którzy śpią, na ogół nic nie mówią. W sali gimnastycznej szkoły przy ulicy Bartusia Obrochty zgromadziło się kilkaset dzieci. Wiecie sami z doświadczenia, jak to jest, gdy na jednym miejscu znajduje się tak wielka gromada obywatelek i obywateli liczących sobie od siedmiu do piętnastu lat. Jak wiadomo Konstytucja PRL zapewnia wszystkim wolność słowa. Daję głowę (nawet siwą), że nikt jeszcze nie korzystał z tego przywileju w takim stopniu, jak zakopiańska młodzież czekająca na czwórkę znakomitych gości! Zróbmy mały rachunek, przyjmując, że w ciągu dziesięciu minut oczekiwania każda ze zgromadzonych 400 osób wypowiedziała tylko 200 słów (czyli bardzo niewiele). Nawet bez pomocy komputera łatwo obliczyć, że w tym krótkim czasie padło na sali 80 000 słów, z których co najmniej połowa odnosiła się do Smoka. Jaki to musiał być hałas! Nic więc dziwnego, że nauczycielki i nauczyciele wyglądali na lekko oszołomionych, starając się zaprowadzić jaki taki porządek. Punktualnie o godzinie jedenastej pan dyrektor wprowadził na salę Smoka, Kraka, Gąbkę i Bartoliniego. Nie czuję się na siłach, aby pisać o tym, co się wówczas działo. Nawet taśma magnetofonowa, na której nagrano przebieg powitania, nie wytrzymała hałasu i zerwała się w kilku miejscach. Pan dyrektor nie mówił długo, ponieważ był mądrym człowiekiem, a mądrzy ludzie nie lubią tracić czasu na gadanie. Wiedział także, że w tej chwili nie on jest najważniejszy, tylko jego goście. Wyraził więc im wdzięczność za przybycie do szkoły oraz za zgodę na nazwanie jej Szkołą imienia Smoka Wawelskiego! Słysząc to dzieci wpadły w szał radości i zaczęły tak głośno klaskać, że w okamgnieniu wyleciały szyby ze wszystkich okien sali gimnastycznej. Goście zasiedli za długim stołem. Na znak dany przez panią bibliotekarkę czwórka dziewcząt i chłopców obdarowała przybyszów wiązankami kwiatów, a dyrektor zapowiedział,

że teraz dwóch uczniów z siódmej klasy odegra krótką scenkę z książki „Porwanie Baltazara Gąbki”. Jeden z chłopców przebrany był za Deszczowca, drugi za Bartoliniego. Deszczowiec uzbrojony był w maczugę, a Bartolini w swą słynną rożnoszpadę. Walka zakończyła się wspaniałym zwycięstwem kucharza, co wszyscy zebrani przyjęli rykiem radości. - Nie myślałem, że jestem aż tak sławny - szepnął Bartłomiej do siedzącego obok księcia. - Ci chłopcy wyrosną kiedyś na znakomitych aktorów. - A teraz - rzekł pan dyrektor - prosimy naszych gości, żeby zechcieli opowiedzieć coś o sobie. Dzieci na pewno będą miały wiele pytań. Gdy Smok podniósł łapę na znak, że chce przemówić, dzieci umilkły jak na komendę. Tylko mała Marysia Chowańcówna z Antałówki pisnęła głośno, bo Antek Rój pociągnął ją za warkoczyk. - Kochane dzieci - zaczął Smok - jestem szczęśliwy, że mogę się z wami spotkać w tak pięknej i nowoczesnej szkole, która w dodatku od dziś będzie nosić moje imię. - My się też cieszymy - krzyknął Wacek Gąsienica z piątej klasy. - To bardzo ładnie z waszej strony - uśmiechnął się Smok. - Myślę, że się już dobrze znamy, bo na pewno oglądałyście w telewizji film o naszych przygodach. Weronka Pach z siódmej klasy podniosła dwa palce. - Słucham - rzekł Smok. - Ale nie mówcie wszyscy naraz, bo zagłuszacie waszą koleżankę. - Dlaczego nie przyjechał Don Pedro Carramba de Pommidore? - zapytała Weronka. - Don Pedro jest obecnie w Nasturcji, dokąd się udał na zaproszenie senatora Stuk- Puk. Czy są jeszcze jakieś pytania? Nie chciałbym mówić zbyt długo, bo moi przyjaciele też sobie chętnie z wami porozmawiają. Wtedy odezwał się drobny, niebieskooki blondynek z czwartej klasy, Józek Ganobczyk. - Powiedz mi, Smoku, w jaki sposób zmieścił ci się ogon w samochodzie? Ja czytałem w książce, że to był bardzo długi i mocny ogon, którym przewróciłeś naraz aż trzech Deszczowców rotmistrza Siąpawicy. - Brawo - ucieszył się przedstawiciel smoczego rodu. - Widzę, że dokładnie czytasz książki i masz dobrą pamięć. Otóż wiedz, że mój ogon jest skonstruowany na podobieństwo anteny teleskopowej. Mogę go dowolnie wsuwać i wysuwać, zależnie od potrzeby. - Dziękuję - rzekł Józek i zarumieniony z emocji usiadł na ławce między kolegami. - A czy ty jesteś prawdziwym smokiem? - zapytała jedna z dziewcząt, ubrana w piękny strój góralski.

- Jak najprawdziwszym. Udowodnić ci? Nie czekając na odpowiedź nabrał powietrza do płuc, wspiął się na palce i po chwili wydał ryk zdolny zagłuszyć nie tylko łoskot halnego wiatru, lecz także hałas wszystkich zakopiańskich dyskotek produkujących się jednocześnie! Jak się później okazało, ryk ten dotarł aż do Krakowa, powodując alarm w Straży Pożarnej, a nawet w jednostkach ORMO. Oczywiście pytań było więcej, ale niemożliwością jest przytaczanie wszystkich. Powiem tylko, że dzieci interesowały się nawet tym, jak się zwał ulubiony koń księcia, czy Ares miał pchły i dlaczego w Dawnych Czasach nie znano gumy do żucia. Ale pisarz, który chciałby napisać w książce wszystko, co się da, szybko by uśpił swych czytelników. A kto by wtedy książki czytał! W dalszej części spotkania książę Krak mówił dzieciom o polowaniach w Puszczy Niepołomickiej, zaś profesor Gąbka opowiedział o swych przygodach w Krainie Deszczowców oraz o ciekawych zwyczajach mypingów. Największy kłopot był z Bartolinim, który stwierdził, że nie ma nic do powiedzenia po tak znakomitych poprzednikach, jak Smok, Krak i Gąbka. W końcu, uproszony przez dzieci, podyktował im przepis na kogel-mogel z rodzynkami i zaśpiewał po włosku arię z opery „Wesołe kumoszki z placu Szczepańskiego”. Rozdawanie autografów trwało przeszło godzinę. Dzieci otoczyły stół tak zwartą gromadą, że naszym bohaterom zabrakło powietrza do oddychania. Najmłodsza dziewczynka dostała na pamiątkę jeden kolec ze smoczego grzbietu, a najmłodszy chłopiec piękny guzik z łosiowej kurtki księcia Kraka. Zakończenie uroczystości odbyło się przed budynkiem szkolnym. Uproszony przez dyrektora książę odsłonił marmurową tablicę, głoszącą, że w dniu l kwietnia 1978 roku Szkoła Podstawowa nr 5 przy ulicy Bartusia Obrochty w Zakopanem otrzymała imię Smoka Wawelskiego. Nasi przyjaciele, obdarowani bukietami kwiatów i żegnani dźwiękami góralskiej kapeli, udali się pieszo do Urzędu Miejskiego, gdzie wkrótce miała się rozpocząć konferencja z dziennikarzami, reprezentującymi najważniejsze dzienniki świata. - To jest chyba najpracowitszy dzień w naszym życiu - powiedział Smok obcierając czoło z potu. - Już mi łapa spuchła od tych podpisów... - Twój podpis jest Krótki - rzekł z zazdrością kucharz. Ale ja mam dłuższe nazwisko. Początkowo podpisywałem: Bartłomiej Bariolini, potem Bartolini, a pod koniec stawiałem tylko dwie literki: B.B. - Zupełnie jak Brigitte Bardot - uśmiechnął się na to książę. - A kto to taki?

- Nie pamiętasz? Aktorka filmowa. Występowała już w pierwszych latach mego panowania. Z każdą chwilą rósł tłum przechodniów otaczających naszą czwórkę. Kierowcy samochodów, zapatrzeni w Smoka, wjeżdżali na latarnie i rozbijali szyby wystaw, na skrzyżowaniach ulic tworzyły się zatory, kupcy zamykali sklepy, wieszali na nich kartki z napisem „remanent” i biegli oglądać egzotycznych gości. Nawet nieufny pan Mydełko z kiosku „Ruchu” uwierzył w istnienie przybyszów z Dawnych Czasów. Drodzy Czytelnicy! Nie będę was karmić sprawozdaniem z konferencji prasowej, gdyż przerastałoby to moje skromne siły. Nie mogę się jednak powstrzymać od zacytowania wypowiedzi profesora Gąbki, gdyż jego oświadczenie zabrzmiało wprost sensacyjnie. Pozwólcie, że w tym celu skorzystam ze stenogramu spotkania. Sprawa jest bowiem zbyt ważna, by móc sobie pozwolić na literackie fantazje. Oto rozmowa profesora z przedstawicielem włoskiego dziennika „Tiribomba”, redaktorem Tuttifrutti. Red. Tuttifrutti: Co spowodowało tak długi sen pana i jego przyjaciół? Profesor Gąbka: Rozmyślałem o tym dziś w nocy, w hotelu, i doszedłem do wniosku, że trafiliśmy do jaskini wypełnionej gazem usypiającym. Od dawna wiedzieliśmy, że we wnętrzu Giewontu znajdują się Śpiący Rycerze, których jednak nikt nigdy nie widział. Obecny tu książę Krak postanowił zbadać ich tajemnicę, i w tym celu wybrał się z nami w Góry Skalistego Południa. Tuttifrutti: Czyli w Tatry. Gąbka: Tak jest. Obecnie nazywacie te góry Tatrami. Długo błądziliśmy w labiryncie jaskiń i korytarzy. Dwa razy natrafiliśmy nawet na jeziorka, w których woda sięgałaby nam po szyje, gdyby jej Smok nie wypił. Z każdą chwilą ogarniała nas coraz większa senność. Wszyscy ziewali na potęgę, a najgłośniej robił to nas/ kochany Smok... Senność ta wskazywała na to, że zbliżamy się do koszar Śpiących Rycerzy. W jakiejś dużej jaskini postanowiliśmy się przespać, aby na drugi dzień dalej prowadzić poszukiwania. Oczywiście nikt z nas nie przypuszczał, że sen potrwa aż tysiąc dwieście lat! Ale to drobiazg. Najważniejsze, że po przebudzeniu czujemy się nadal tak młodo jak przedtem. Nawet nie przybyło nam zmarszczek. Jaki z tego wniosek? Ten, że ów usypiający gaz o zapachu fiołków ma jednocześnie własności konserwujące życie ludzkie. Tuttifrutti: To jest największe odkrycie wszystkich czasów! (gwar na sali) Gąbka: W tej chwili najważniejszą sprawą jest przeprowadzenie naukowej analizy gazu. W tym celu trzeba pobrać jego próbki i wykonać wiele doświadczeń. Jeżeli się okaże, że mam rację, zyskamy środek na dowolne przedłużanie życia ludzkiego, (oklaski)

Tuttifrutti: Proponuję, żeby na cześć profesora nazwać ten gaz baltazaronem! ( burzliwa owacja) Gąbka: Nie mogę się na to zgodzić. Odkrycia tego dokonałem zupełnie przypadkowo. Wiele ważnych wynalazków powstało dzięki przypadkowi. Tuttifrutti: Jest pan zbyt skromny, profesorze. Zaręczam, że w ciągu godziny cały świat będzie już mówić o bałtazaronie - gazie długiego życia. Pytaniom ze strony dziennikarzy nie było końca. Reporter japońskiego pisma „Harakiri”, pan Jaki-Taki, pytał, czy w Krakostanie wiedziano już coś o istnieniu Kraju Kwitnącej Wiśni, a wysłannik chińskiego radia, Hej-Ping-Pong, zaprosił naszych bohaterów do odwiedzenia swej ojczyzny, w której smoki od dawna cieszyły się ogromną sympatią. Dziennikarza z Archipelagu Homofagów szczególnie interesowało, czy Smok Wawelski zjadał niegdyś co piękniejsze krakowianki, a redaktor „Przekroju” zapowiedział, że obecnie zamiast krzyżówki z kociakiem w tygodniku tym będą się ukazywać krzyżówki ze Smokiem. Natychmiast po zakończeniu konferencji wszyscy dziennikarze pobiegli na pocztę, aby zawiadomić swe redakcje o największym odkryciu XX wieku. Jeżeli jednak sądzicie, że na tym zakończył się pracowity dzień, jesteście w grubym błędzie. Odbyło się jeszcze wiele spotkań, rozmów i bankietów. Dopiero późnym wieczorem nasza czwórka, śmiertelnie zmęczona, wróciła do hotelu.1 Tuż za nią zajechała duża ciężarówka wyładowana kwiatami. Pierwszą rzeczą, jaką spostrzegli po wejściu do swego pokoju, był leżący na stole telegram: „Jutro rano przylatuję specjalnym samolotem. Niezmiernie ważna konferencja. - Minister Przemysłu Chemicznego”. - O jejku! - westchnął książę. - Znowu konferencja! Czyżby wiek XX był wyłącznie wiekiem narad i konferencji? Rozdział IV NA RATUNEK Na wiślanym moście, przerzuconym przez rzekę tuż u stóp Wawelu, zastukały kopyta kilkunastu koni. Gdy jeźdźcy znaleźli się na prawym brzegu Wisły, zamkowy zegar wydzwonił godzinę piątą. W osadzie rybackiej skrzypiały już studzienne żurawie, a zaspani ludzie, przecierając oczy, spoglądali ku niebu, które od wschodniej strony z lekka już pojaśniało. Na czele oddziału jechał Janko z Kłaja, dowódca gwardii książęcej, człek rosły i

szeroki w barach, przybrany w krótki barani kożuszek, ściągnięty rzemiennym pasem. Na smagłym obliczu dowódcy rysował się niepokój, zrodzony już przed kilkoma dniami, kiedy to książę i jego towarzysze nie wrócili do grodu w zapowiedzianym czasie. Po trzech dobach daremnego oczekiwania Janko postanowił wyruszyć na poszukiwania, w obawie że zaszło coś niedobrego. Kraina leżąca między Wisłą a Górami Skaliątego Południa pokryta była niemal w całości starą i gęstą puszczą, w której tylko gdzieniegdzie tkwiły drobne osady bartników i smolarzy. Wprawdzie kręciły się po lasach grupki rozbójników, ale nie one powodowały niepokój dowódcy. Wiedział dobrze, że nawet najsroższy zbój nie ośmieliłby się podnieść ręki na księcia i jego przyjaciół, a zwłaszcza na Smoka, o którego sile i odwadze krążyły wśród ludzi pieśni i legendy. O wiele poważniejsze niebezpieczeństwo mogło grozić ze strony dzikiej i nieujarzmionej natury Słyszał Janko o tym, że w Górach Skalistego Południa często szaleją potężne wichury, kładące pokotem setki i tysiące drzew. Słyszał też wiele o kamiennych i śnieżnych lawinach, spadających znienacka ze szczytów, a także o groźnych i lęk budzących burzach z piorunami! Ale po cóż myśleć o lawinach i huraganach, skoro przyczyną ewentualnego nieszczęścia mogło być zwyczajne złamanie nogi lub żeber albo po prostu choroba, łatwa do wyleczenia w domu, ale niebezpieczna w podróży. Najgorsze było to, że czwórka przyjaciół wyruszyła w góry, jakby chodziło o małą podmiejską przechadzkę - bez lekarza, pachołków, a nawet bez krótkofalówki. Czterem wierzchowcom towarzyszyły dwa juczne konie, niosące wory z zapasami żywności wystarczającymi najwyżej na dziesięć dni. Na wieść o zamierzonej wyprawie Janko z Kłaja proponował księciu eskortę z gwardzistów, musiał jednak ustąpić, gdyż książę wyśmiał jego obawy i zapewnił, że wróci do grodu po dziesięciu wschodach słońca. Dodał też, że czuje się znużony Bardzo Ważnymi Sprawami i w związku z tym pragnie trochę odpocząć, tym bardziej że już od kilku lat nie wykorzystał żadnego urlopu. „Nawet dzieci szkolne - powiedział - mają wakacje i ferie świąteczne. - Zresztą nie jadę sam...” Wkrótce po minięciu Wisły oddział gwardzistów dotarł do skraju Puszczy Myślimickiej. Na widok drzew obsypanych młodziutkimi listkami Janko z Kłaja uśmiechnął się pod wąsem i pomyślał, że wyglądają one tak, jakby na ich gałązkach zatrzymały się zielone, przelotne obłoczki. Nad rowami złociły się kwiatki podbiałów, przemieszane ze stokrotkami i zawilcami. Niebo pojaśniało, zapowiadał się piękny dzień, a ptasi koncert wzmagał się z każdą chwilą. Dowódca uniósł rękę. - Za mną - krzyknął głośno, ubódł konia ostrogami i ruszył galopem. Grudki błota prysnęły spod kopyt, z drzew zerwało się stado wron. Oddział rwał przez las w chrzęście

uprzęży i brzęku mieczy, odprowadzany lękliwymi spójrzeniami saren i pełnym przerażenia skrzekiem żab, wskakujących w popłochu do licznych kałuż. Pierwsze promienie słońca zaróżowiły czuby drzew. * * * Komendant posterunku w Myślimicach, zapytany przez Janka, czy ma jakieś wiadomości o księciu i jego towarzyszach, bezradnie rozłożył ręce. - Byli tu w drodze do gór, ale od tego czasu nie wiem, co się z nimi dzieje. Zjedli obiad, odpoczęli i pojechali dalej. - Śniegi w górach srogie? - Ho, ho, na chłopa! - Niedźwiedzie śpią jeszcze? - Pewnikiem... Ale się wnet poczną budzić, a złe będą, bo głodne. - Książę nie boi się niedźwiedzi. A zbóje? - U nas zbójów nie ma - obruszył się komendant. - Jest jeden, ale już dawno nie pracuje w swym fachu. - Co robi? - Chodzi do szkół na spotkania z dziećmi i opowiada im bajki o krasnoludkach. Czasem fotografuje się z turystami, i tak sobie dorabia do emerytury. Książę pan mówił z nim łaskawie, nawet rękę podał na pożegnanie. Wielgosz, to znaczy ten zbój, powiedział potem, że odtąd nigdy już tej ręki myć nie będzie. - A co słychać w gospodzie „Pod Wesołym Karakonem”? - Barnaba bardzo się już zestarzał, ale żyje. Jego wnuczka, Marysia, skończyła szkołę hotelarską i pomaga dziadkowi. - Jedziemy więc dalej - zdecydował Janko z Kłaja. - Może spotkamy księcia w drodze. A ty - zwrócił się do komendanta - siedź tu i mniej oczy na wszystko otwarte. - Według rozkazu! Ja nawet w nocy zamykam tylko jedno oko. Oddział gwardzistów ruszył z kopyta. Droga wiodła teraz brzegiem kamienistej rzeki, która z głośnym szumem toczyła wezbrane tającym śniegiem fale. Słońce stało już wysoko na niebie, gdy gwardziści odbili od rzeki i zapadli w gęsty, jodłowo-świerkowy las porastający zbocza wysokiej góry, z dawien dawna Luboniem zwanej. * * * Wieczorem w oberży „Pod Wesołym Karakonem”, stojącej jak wiadomo na Dzikiej

Przełęczy, między Diablakiem a Baranim Wierchem, odbywała się huczna zabawa. Wszystkie okna budynku były jasno oświetlone, a z wnętrza dolatywały głośne dźwięki harmonii i skrzypiec. Przy długim dębowym stole zgromadziło się jedenastu byłych zbójców, którym przewodził herszt, znany jako Krwawa Kiszka. Tak, tak, nie przecierajcie oczu ze zdumienia: Krwawa Kiszka, słynny swego czasu dowódca Antyzbójów, mających zwyczaj obdarowywania swych ofiar worami pieniędzy i częstowania ich najbardziej wyszukanymi potrawami... Ten sam, który swego czasu tak gościnnie podejmował w swym obozie Smoka, Koyota i Bartoliniego, udających się na ratunek profesorowi Gąbce. Mimo groźnego przydomka Krwawa Kiszka był człekiem łagodnych obyczajów, toteż nic dziwnego, że po rozdaniu całego majątku rozwiązał swój oddział i począł zarabiać jako wytwórca drewnianych zabawek dla Cepelii. Jedni z jego kamratów zostali przewodnikami górskimi, inni zaś zabrali się do hodowli owiec i produkcji smacznych serków zwanych oszczypkami. Raz w roku, w dniu imienin starego oberżysty, byli rozbójnicy zbierali się „Pod Wesołym Karakonem”, aby przy wtórze śpiewów i muzyki wspominać dawne czasy. Barnaba, grzejący swe kości przy kominku, brał żywy udział w rozmowie, a Marysia, która była już piękną i zgrabną panną, dbała o to, by gościom nie brakowało mięsiwa, miodu ani piwa. Krwawa Kiszka, rozgrzany wspomnieniami swych bohaterskich czynów, kończył właśnie opowiadać o dawnym spotkaniu ze Smokiem Wawelskim, gdy nagle zastukał ktoś głośno do drzwi oberży. - Prosimy, prosimy - zawołał Barnaba. - Gość w dom, Bóg w dom... W otwartych podwojach pojawiła się rosła postać Janka z Kłaja, za nią sylwetki kilkunastu wojaków. - Witajcie - rzekł dowódca gwardzistów. - Nie myślałem, że zastanę w tym pustkowiu tylu zacnych kawalerów. Zbóje zsunęli się przy stole, dając miejsce przybyłym. Obsypani śniegiem, zmarznięci i zmęczeni gwardziści po-rozsiadali się na ławach, rozcierając ręce i chuchając na skostniałe palce. - Czego się panowie napiją? - zapytała Marysia. - Miodu, oczywiście że miodu - i to grzanego, korzeniami - odparł Janko z Kłaja. - Sroga jeszcze zima u was panuje, choć w Grodzie. Kraka przedwiośnie się zaczyna. A cóż to za uroczystość? - Imieniny gospodarza - wyjaśnił Krwawa Kiszka. - Spójrzcie tylko na kalendarz, a zobaczycie, że dziś jest świętego Barnaby...

Janko zerwał się z ławy, podbiegł do oberżysty i uściskał go tak mocno, że staremu łzy w oczach stanęły. - Wszystkiego najlepszego - zawołał. - Zdrowia, szczęścia i pomyślności! Wybaczcie, że zapomnieliśmy o waszym święcie, ale przywiodła nas tu inna, ogromnie ważna sprawa. I w krótkich żołnierskich słowach opowiedział zebranym o celu swego przybycia w Góry Skalistego Południa, zapytując, czy nie mają jakichś wiadomości o księciu i jego drużynie. - Przecież byli tu w zeszłym tygodniu - rzekł Barnaba - przenocowali w pokojach na poddaszu i na drugi dzień rano ruszyli ku Giewontowi. Książę mówił, że chce odszukać Śpiących Rycerzy i zapytać się, czy im czego nie trzeba. - Nareszcie coś konkretnego - uradował się Janko. - Jutro, skoro świt, jedziemy pod Giewont. Może znajdziemy jakieś ślady. - Żadnych śladów nie będzie - odezwał się Krzywo-nos, jeden z ludzi Krwawej Kiszki. - Wczoraj w nocy spadły duże śniegi. Janko uderzył dłonią w głowicę miecza. - To nic, ale wiemy już, gdzie ich szukać. Krwawa Kiszka wskoczył na ławę i gwizdnął przeraźliwie. Na ten znajomy dźwięk zagrała krew w żyłach dawnych rozbójników. - Panowie - zawołał dowódca bandy. - Książę pan w niebezpieczeństwie! Tej zimy mnóstwo wilków goni po lasach, nie mówiąc już o strachach, widmach i upiorach. Pomożemy go odszukać? Odpowiedział mu zgodny chór głosów: - Pomożemy! Wzruszony Janko podał dłoń byłemu zbójowi. - Dziękuję. Wasza pomoc bardzo się nam przyda. Poprowadźcie nas najkrótszą drogą. - Bądźcie spokojni - odparł Krwawa Kiszka. - Znamy tu każdą ścieżkę i każdą dziurę. - Za pomyślność wyprawy - zawołał Janko i jednym haustem wypił pełny kubek gorącego miodu. Obtarłszy wąsy wierzchem dłpni, spojrzał na zebranych, i widząc w ich oczach błyski szczerego zapału, dodał: - I za pomyślność gospodarza. Niech nam żyje sto lat! Trzydzieści niezbyt zgranych głosów zaintonowało pradawną pieśń Krakostanu: Sto lat, Sto lat, Niech żyje, żyje nam!

Słysząc to stado wilków, podchodzących już pod oberżę, w popłochu runęło w las. * * * Autor do Czytelników: Wierzycie mi chyba, że chciałbym opisać radosne chwile odnalezienia zaginionych. Że chciałbym wam przekazać wesołe okrzyki ratowników na widok księcia, Smoka, Gąbki i Bartoliniego. Niestety! Prawdy nie wolno fałszować nawet w najlepszych intencjach. Wiem, że przyjemnie by się wam czytało o triumfalnym powrocie na Wawel, o dźwiękach trąb witających ukochanego władcę, o wspaniałej defiladzie wojów, o wesołych zabawach mieszkańców grodu. Nic z tego! Życie, moi drodzy, nie jest usiane różami i nie składa się wyłącznie z przyjemnych zdarzeń. Im wcześniej będziecie o tym wiedzieć, tym lepiej dla was. Prawda zaś jest taka: zaginionych nie odnaleziono. Natrafiono jedynie na szałas, w którym znajdowało się sześć książęcych koni. Wynikało z tego, że czwórka podróżników udała się w dalszą drogę pieszo, zabrawszy z sobą żywność, która mogła wystarczyć zaledwie na dwa dni. Wynikało też z tego, że książę i jego towarzysze liczyli się z krótkim pobytem w siedzibie Śpiących Rycerzy. Dlaczego jednak nie wrócili w planowanym terminie? Czy dotarli do celu, czy też spotkało ich jakieś nieszczęście? Mimo dokładnych oględzin Giewontu Janko i jego ludzie nie odkryli żadnej szczeliny, która wiodłaby do wnętrza. Znaleźli wprawdzie wiele grot w skalistym cielsku góry, ale każda, prędzej czy później, kończyła się litą skałą. Po trzech dniach daremnych poszukiwań zmarznięci, głodni i do cna wyczerpani ratownicy powrócili do gospody na Diabelskiej Przełęczy, przynosząc Barnabie i Marysi tragiczną wiadomość. Po krótkim odpoczynku Janko na czele gwardzistów wrócił do Grodu Kraka, aby zorganizować nową wyprawę ratowniczą. Tym razem wzięły w niej udział tysiące poddanych księcia. Przez cały miesiąc przetrząsano najtrudniej dostępne zakątki Giewontu i jego okolicy. Przy sposobności dwóch giermków księcia, Zbyszko i Stanko, dokonało pierwszego wejścia na północną ścianę góry. Poszukiwania prowadzono dniami i nocami, nie bacząc na śnieżne lawiny, oblodzone” skały i wściekłe ataki halnych wiatrów. Na próżno! Nawet specjalnie tresowane owczarki nie natrafiły na żaden ślad zaginionych. Wyniosły, stromy i tajemniczy Giewont jakby kpił sobie z wszelkich ludzkich wysiłków. Rada Starców, rządząca w zastępstwie nieobecnego władcy, ogłosiła ogromną nagrodę za jakąkolwiek wiadomość mogącą się przyczynić do odszukania zaginionych. Ale i to nie dało żadnego rezultatu. Po upływie wielu miesięcy zgasły resztki nadziei. Na wezwanie Rady Starców

mieszkańcy Grodu Kraka usypali własnymi rękoma wysoki kopiec, który nazwali kopcem Krakusa. Na szczycie kopca dzień i noc płonęło ognisko. Jego płomień miał świadczyć przez wieki o tym, że pamięć o księciu i jego towarzyszach nigdy nie zagaśnie w sercach teraźniejszych i przyszłych pokoleń! Rozdział V NIE MA JAK NARTY Mimo pełnego wrażeń dnia profesor Gąbka długo nie mógł zasnąć. Leżąc na wznak, z rękoma pod głową, nieustannie rozmyślał o trudnym do pojęcia fakcie przeniesienia się czterech ludzi do nowej epoki, i to epoki tak odległej od czasów, w których żyli... Jako przyrodnik zdawał sobie sprawę z tego, że wszystko, co się dzieje na świecie, musi mieć swą przyczynę, którą prędzej czy później można będzie określić z największą dokładnością. Wyjaśnienie, którym podzielił się z uczestnikami konferencji prasowej, miało wszelkie cechy prawdopodobieństwa. Prawdopodobieństwa - pomyślał profesor - ale nie całkowitej pewności. Dopóki nie zbadam chemicznego składu powietrza wypełniającego jaskinie Giewontu, nie będę mógł niczego twierdzić w sposób zgodny z wymaganiami nauki. Trzeba będzie o tym powiedzieć ministrowi na jutrzejszym spotkaniu. Rzuciwszy okiem na fosforyzującą tarczę zegarka, poprawił się: - Na dzisiejszym, bo jest już pierwsza trzydzieści. Leżący na sąsiednim łóżku Bartołini poruszył się przez sen i wymamrotał: - Bierzemy sześć żółtek i rozcieramy z cukrem... Poczciwy Bartłomiej - pomyślał profesor. - Nawet we śnie nie zapomina o tym, że jest kucharzem. Oto nauczka dla mnie. Ja też nie śmiem zapomnieć, że moim zadaniem jest dążenie do stałego odkrywania prawdy. Tak było przedwczoraj, przepraszam, tysiąc dwieście lat temu, i tak musi być obecnie. Za oknem srebrzył się sierp młodziutkiego księżyca. Na jego widok Gąbka odczuł w sercu ukłucie tęsknoty. Oczyma wyobraźni ujrzał swój domek otoczony wiśniowym sadem, gderliwą, ale jakże serdeczną Pelasię i wiernego Aresa, którego nie wziął na wyprawę ze względu na nieodpowiednią porę. W górach panowała jeszcze zima i biedne psisko mogłoby sobie łapy odmrozić. Pożegnał się z nim serdecznie w myśl ludowego porzekadła: „całuj psa w nos”, i wyszedł z domu na palcach, nie chcąc obudzić kudłatego przyjaciela, śpiącego przed kominkiem. Czyż mógł przypuszczać, że widzi go po raz ostatni? Ejże - pomyślał uczony, tknięty nagłym przypływem nadziei - czy naprawdę po raz ostatni? Może jednak jest jakiś sposób na powrót do dobrych, starych czasów? Dałbym

połowę swego życia za odkrycie go. Na razie jednak nic mądrego nie przychodzi mi do głowy. Wynika z tego, że łatwiej jest wybrać się na wycieczkę w przyszłość, niż z niej powrócić. Tak jak łatwiej jest rozebrać zegarek, niż go z powrotem złożyć. To była już ostatnia świadoma myśl profesora. Obrócił się na prawy bok, nasunął koc na głowę i w ciągu sekundy zapadł w mocny, pokrzepiający sen. Obudził się o szóstej rano. O tej samej porze ze startowego pasa stołecznego lotniska wzbił się odrzutowy samolot, wiozący Ministra na spotkanie z odkrywcą baltazaronu. Ministrowi towarzyszyły dwie sekretarki, Główny Księgowy z komputerem i liczydłem oraz tłumacz z języka urzędowego na polski. Natychmiast po starcie samolot wziął kurs na południe. Urocza i uśmiechnięta stewardesa (wiadomo, że stewardesy zawsze są takie) przyniosła pasażerom pierwsze śniadanie. * * * Po kilku godzinach rozmowy z ministrem profesor Gąbka wrócił do hotelu. Powitały go okrzyki przyjaciół: - Baltazarek! Baltazarek! Gąbka pogłaskał swą kozią bródkę i rzekł z uśmiechem: - Stoi przed wami Dyrektor Instytutu do Badań nad Baltazaronem. Jak się wam podobam w tej roli? - Ty się nam zawsze podobasz! - ryknął Smok. - Ale powiedz, co było na konferencji? - Kruche ciastka i sok z czarnej porzeczki. - Żartujesz, a my tu podskakujemy z niecierpliwości. Czy może dostałeś Nagrodę Państwową pierwszego stopnia? - Skądże znowu. Na to trzeba zasłużyć. Smok złapał się za głowę: - Człowieku, czy chcesz przez to powiedzieć, że twoje prace nad żabami i ślimakami są nic niewarte? - Może i są coś warte, ale teraz nie o to chodzi. - Tylko o co? - O ten gaz z Giewontu. Przecież rozmawiałem z Ministrem Przemysłu Chemicznego... No cóż, zaproponowano mi objęcie kierownictwa Instytutu. Będę mieć do pomocy cały sztab uczonych, wspaniałe laboratoria i duży budżet! - Mam nadzieję, że się zgodziłeś - wtrącił książę.

- A cóż miałem robić? Minister przywiózł gotową już umowę o pracę i nominację na dyrektora. Był tak miły, że nie mogłem mu odmówić. Postawiłem tylko dwa warunki. - Jakie? - Że siedzibą Instytutu będzie Gród Kraka, przepraszam, Kraków. - A drugi? - Że wy też pojedziecie do Krakowa. Obiecał, że znajdzie dla wszystkich, pracę. Zaraz zatelefonował do PREZYDENTA MIASTA i polecił mu załatwienie tej sprawy. Smok rozpromienił się: - Fajny z ciebie kumpel. Zawsze wiedziałem, że rnożna na tobie polegaćv - Przecież nie ruszyłbym się ani na krok od was. A teraz zbierajcie się, bo pojedziemy kolejką na Kasprowy. Minister dał mi cztery bilety. Niestety sam z nami nie pojedzie, bo zaraz musi wracać do stolicy... Ach, bo wy nie wiecie, że stolicą jest teraz Warszawa. Bartolini nadstawił uszu: - A co to takiego? - Duże i piękne miasto. Leży nad Wisłą, tak samo jak Kraków. Ale dość gadania, musimy iść do Kuźnic, bo do tej kolejki są podobno ogromne kolejki... A po obiedzie przyjeżdża samochód, który nas zawiezie do Krakowa. - Boję się, czy poznamy nasze miasto - zasmucił się Krak. - Musiało się bardzo zmienić... * * * Książę oparł się dłońmi o poręcz balustrady. Po raz pierwszy w życiu był tak wysoko. Ze wszystkich stron wznosiły się poszarpane szczyty Tatr, jedynie na północy otwierał się daleki widok na kotlinę, zamkniętą wałem lesistych, łagodnych gór. Tam daleko panowała już wiosna; granat szpilkowych lasów przerywały jasnozielone polany, tu zaś zima nadal wiodła swe rządy. Strome zbocza, poorane głębokimi żlebami, lśniły w słońcu jak lustra. Wiatr zrywał ze skalnych grani pióropusze zmarzniętego śniegu i niósł je daleko w doliny. Na zboczach Kasprowego uwijali się narciarze, wyglądający stąd jak małe różnobarwne krasnoludki, pozostawiające za sobą zawiłe ornamenty śladów. Było coraz cieplej. Na zalanym przez słońce tarasie wylegiwali się ludzie o twarzach pokrytych kremem. Książę zapatrzył się w Giewont z taką mocą, jak gdyby chciał przebić wzrokiem jego skalną bryłę i dojrzeć poza nią to wszystko, co tak nagle zapadło się w daleką, trudną wprost do pojęcia przeszłość. Wciąż jeszcze nie mógł się pogodzić z myślą, że nigdy już nie wróci do ukochanego Grodu, do bliskich ludzi, do przerwanych i nie dokończonych spraw księstwa,