uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 647 055
  • Obserwuję732
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań933 001

Stephen White - Informacje zastrzeżone

Dodano: 6 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 6 lata temu
Rozmiar :1.2 MB
Rozszerzenie:pdf

Stephen White - Informacje zastrzeżone.pdf

uzavrano EBooki S Stephen White
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 6 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 15 osób, 19 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 271 stron)

Stephen White Informacje zastrzeżone

Prolog Zaczyna si tak. Mówi Ś m czy ni to dranie. On czeka, a powiem wi cej. Ja milcz . Mo e si troch kr c na krze le. Mo e skubi spódniczk lub przeczesuj palcami włosy. Źobra, przyznaj , nie czuj si bezpieczna przy m czyznach. Wybrała na swojego terapeut m czyzn , mówi on. Znowu te same słowa. Sądz , e on czeka, ebym co zmieniła. Chciałabym to zrobić, ale jeszcze nie wiem jak. Nie czuj si te swobodnie wobec kobiet, mówi . Kobiet? Nie wiem nic o kobietach. M czyzn znam. To wrogowie. Wiem, e on my liŚ no dobrze, ja jestem m czyzną, co powiesz o mnie? Czemu, do licha, po prostu nie zapyta? Nie pyta. wietnie, mówi do siebie, a potem gło noŚ przy tobie czuj si bezpieczna. No prosz . I co? On chyba wie, co my l . Tak dobrze mnie zna. Wie, e przy nim czuj si bezpieczna. Nie pozwoliłam si dotknąć adnemu m czy nie od dwóch lat, ale przy nim czuj si tak bezpieczna, e mógłby mnie dotknąć. żdyby mnie dotknął, znowu bym o yła. On mo e sprawić, ebym znów poczuła si bezpieczna. Musz si stopić! A on jest potrzebnym do tego arem. Jest taki oficjalnyŚ marynarka, krawat, wypolerowane półbuty. Aleja lubi rozlu niać krawaty. Kiedy wreszcie co powie? Chciałby móc mnie dotknąć! Wiem, kiedy m czy ni mnie pragną. Czasem wiem to wcze niej od nich. On mnie pragnie. Ja pragn jego. On mnie pragnie. A ja pragn , eby mnie pragnął. Tak jest bezpieczniej. Byli my tu ju wcze niej. Mówi mu, e fantazjuj , jakby to było, gdyby my spotkali si poza gabinetem. On mówiŚ ty masz pewien wzorzec, według którego kusisz m czyzn. Ja to przekładam takŚ mówisz, e usiłuj przyciągać m czyzn? Kiwa głową, pozostaje nadal bardzo oficjalny. Nie musisz stosować tego wobec mnie, zapewnia, nasz wzajemny stosunek jest inny. Biorąc pod uwag twoją przeszło ć, mówi, nie powinno dziwić adnego z nas, e usiłujesz wytworzyć mi dzy nami seksualne napi cie. Ale w naszym wzajemnym stosunku jest to co , co potrafimy zrozumieć, a nie destrukcyjny wzorzec do ponownego odegrania. Ty posługujesz si seksem jak walutą, mówi mi ju po raz kolejny. Ceń swoją

kobieco ć, mówi, przestań nią frymarczyć. Znowu mówi, e nie zaspokoi moich dawnych potrzeb. Ale chce. Oni zawsze chcą. Nasze relacje są inne. Sam tak powiedział. Wiemy to oboje. Jego gabinet jest ciepły. Popołudnia są krótkie. Zmierzch tłumi wiatło w gabinecie. Nasze fotele dzieli zaledwie półtora metra. Równie dobrze mógłby je dzielić kilometr. Ale moje po ądanie potrafi pokonać t odległo ć. Przygląda mi si , czeka. Ja te si przyglądam. Jego pier z ka dym oddechem unosi si o milimetr wy ej. Po tym poznaj , eju jestemjego. Wstaj wolniutko, z wahaniem, którego nie czuj . Moje oczy są przykute do jego oczu. Jego oczy są zawsze przykute do moich. Nigdy nie błądzą. Ale ja tak. Teraz błądz . żdy wstaj , jego wzrok opada ku moim piersiom, potem, gdy stoj , patrzy w moje krocze. W jego oczach widać zaskoczenie. Mówi Ś jeste za daleko. Robi krok i osuwam si na kraw d stołu, który stoi nieco z boku mi dzy naszymi fotelami. Nawet nie obciągam spódnicy. Nasze kolana są oddalone od siebie zaledwie o trzydzie ci centymetrów. Tak jest lepiej, mówi . Mija czas. Ale krótki. On mnie prosi, ebym wróciła na swój fotel. Jego głos lekko si załamuje. Nie zdą ył skończyć. Moja r ka opada na jego kolano. Jeste jedynym człowiekiem, którego naprawd obchodz , mówi . Zamyka oczy na jedną chwil dłu ej ni mrugni cie. Zaczynam poruszać palcami. Zdejmuje moją dłoń z kolana. Ogromnie si stara. Wcią sobie powtarza, e to jest słuszne. Jeszcze raz mnie prosi, abym wróciła na miejsce. MówiŚ wracaj. I dodajeŚ prosz . Musimy, mówi, o tym porozmawiać! Ignoruj pro b . Wstaj ze stołu i siadam na por czy jego fotela. Obejmuj go. Przyciskam pier do jego barku. To prawda. Jestem jego. Wypowiada moje imi tonem, którego nigdy przedtem nie słyszałam. Co si roztapia. W jego głosie brzmi błaganie. O co? On jeszcze nie wie. Ja wiem. Nastąpiła zmiana władzy. Nie planowałam tego na dzi wieczór. To nie zakończy si u ciskami. Nigdy si tak nie kończy. Wolałabym mieć inną bielizn . Ale co tam. Nie b dzie jej długo oglądał. Wcią błaga. Chce, ebym wróciła na swoje miejsce. Mówi, nie, kiedy rozpinam i zdejmuj bluzk . Nie niszcz wszystkiego, mówi, gdy szarpi jego krawat.

Słysz go, ale nie słucham. Czemu? Bo go potrzebuj . Bo on mnie pragnie. Musz na to zareagować. Musz . On mnie piel gnował, wspierał, pomagał odkryć samą siebie. Tak, on mnie pragnie. A ja nie chc , eby mnie wziął. Lecz cz ć mnie mówi, e na to zasłu ył. Nie chc , eby mnie opu cił. I nigdy tego nie powiem. Nigdy nie mówiłam. Jego protesty ust pują, kiedy ku niemu wypinam pier . Patrzy z wdzi czno cią, gdy powoli zdejmuj stanik. Wyciągam ku niemu ramiona.

Cz ć pierwsza Domena serca

1 Rozległo si pukanie. Cicero szczekn ła i pop dziła do drzwi. Popołudnie pó nojesiennej niedzieli. W suchym powietrzu czuło si zaledwie lad chłodu, wiatło było jasne i łagodne. Rano je dziłem na nartach. Wróciłem z Żront Range do domu z zamiarem ukoronowania dnia paroma setami tenisa. I mo e przeja d ką na rowerze. Pobiegłem za Cicero. Źziwne, e Peter zapukał, zamiast po prostu wej ć i powiedzieć, e jest gotowy na tenisową rozgrywk . Wielka Cicero po lizn ła si na drewnianej podłodze, jak zawsze, kiedy z du ą pr dko cią próbowała wziąć zakr t z salonu do przedpokoju. Moje nowe narty stały oparte o drzwi. Źługa rysa na lizgu jednej z nich ciągle wzbudzała we mnie wyrzuty, e zacząłem je dzić przed sezonem. Pukanie stało si bardziej natarczywe. - Ju , ju , chwileczk ! - wrzasnąłem. W ciągu naszego o mioletniego sąsiadowania Peter tylko raz zgrzeszył niecierpliwo cią. Wypiłem kieliszek wina, które jeszcze nie skończyło oddychać. Przestawiłem narty i uchyliłem drzwi. Po drugiej stronie stał nieznajomy m czyzna. Był w sportowej marynarce i krawacie. Ja miałem na sobie zielone szorty i ółtą nylonową bluz od dresu na kasztanowatej koszulce. Mój strój wydawał si mniej osobliwy. W Boulder, w niedziel po południu, widok kogo w krawacie był jak d wi k dzwonka telefonu w rodku nocy. Wzbudzał podejrzenie. Cicero wzmogła czujno ć. Wydała z siebie dwa gło ne szczekni cia z tenorowymi niuansami o nat eniu niedopuszczalnym w granicach miasta. M czyzna u drzwi nie zwracał najmniejszej uwagi na czarne czterdziestokilogramowe zwierz , które powstrzymywałem kolczatką. Wyjął odznak i przytrzymał w górze, ebym si jej przyjrzał do woli. - Detektyw Purdy, z policji w Boulder - powiedział. Jako mieszkaniec przedmie ć przez chwil zastanawiałem si , dlaczego przyszedł policjant, a nie szeryf okr gowy. Źopiero potem zadałem sobie pytanie, co w ogóle sprowadza do mnie przedstawiciela prawa. - Mog wej ć? - spytał. - Tak, oczywi cie. Chwileczk - powiedziałem do detektywa, a potem do CiceroŚ - W porządku. Źobra psina. Odsuń si . - Cicero zrobiła par kroków w tył i weszła prosto w narty, które upadły z trzaskiem na podłog . Nogą odsunąłem je na bok i zaprosiłem policjanta do rodka. Poszedł za mną do salonu. Rozejrzał si po wielkim pokoju i popatrzył przez okno na

panoram Żront Range. Nie proszony usiadł w moim fotelu z wysokim oparciem, z turkusowej skóry. Cicero szarpn ła smycz. - Spokojnie. Le ! - rozkazałem. Cicero, nie zawsze posłuszna moim poleceniom, usiadła i bystrym wzrokiem ledziła naszego go cia. - Jest pan lekarzem, prawda? Psychiatrą, tak? - Klinicznym psychologiem - u ci liłem. - Terapeutą. Psychoterapeutą. - Detektyw najwyra niej stawiał mnie na równo z kawalarzami z Boulder, metamorficznymi refleksologami, wy-równywaczami energii jin shin i terapeutami od kolorów, tymi, którzy badają palet barw w twoim jedzeniu z taką samą pilno cią, z jaką urząd skarbowy przygląda si zeznaniom podatkowym. Wyjął notesik z naszy-wanej kieszeni na prawym biodrze i zajrzał do rodka. - Ma pan pacjentk nazwiskiem... Hart? Karen źileen Hart? Zawahałem si . Zawsze reagowałem w ten sposób, gdy próbowano ode mnie wyciągnąć informacje o kim , kogo poddawałem psychoterapii. ciągnąłem usta i spojrzałem na detektywa. Wyglądał, jakby chodził w tym samym ubraniu przez wi kszą cz ć tygodnia. Oczy miał zm czone i zaczerwienione, a jego postawa zdradzała zniecierpliwienie. Podejrzewałem, e co najmniej jeden fałd tłuszczu na jego brzuchu przypadał na ka de dziesi ć lat słu by w policji. Prawdopodobnie przesłu ył w niej dwadzie cia lat i przekroczył czterdziestk . Czoło miał kształtne i wielkie niczym stan Nebraska, olbrzymi obszar równiny si gał k dzierzawych, lekko rudych włosów. Trzymał łokcie lekko odstawione od boków jak to zwykle robią bardzo silni ludzie. - A je li mam? Wydął policzki i powoli wypu cił powietrze. - To ma pan martwą pacjentk . Je eli nie, to trac czas. Wi c jak? Opadłem na oparcie kanapy. - Bo e. Karen Hart nie yje? Zamknąłem oczy. Źetektyw dał mi na moment spokój. Po chwili odzyskałem równowag . - Przepraszam. Nie chciałem przekazać tej wiadomo ci w taki sposób. - Miał na twarzy niewyra ny, współczujący u miech. Błagał w milczeniu, ebym nie był dupkiem i nie czepiał si szczegółów. - Jest moją pacjentką. - Znale li my jej ciało dzisiaj rano, po anonimowym telefonie. Żacet powiedział, e w

pewnym mieszkaniu przy Maxwell Street le y martwa dziewczyna. Pojechali my tam. I rzeczywi cie znale li my trupa. Wyglądało na przedawkowanie. Teraz po prostu staram si powiązać lu ne końce, bo jestem dokładny. Maxwell Street? Tak, ona tam mieszka. Karen Hart? Nie, to jaka pomyłka. - Karen Hart? - zapytałem z głową wysuni tą w przód. - Dwadzie cia cztery lata. Włosy ciemne. Oczy niebieskie. Ładniutka dziewczyna. - Mówił jak ojciec. Miał akcent rodem z Minesoty. Źomy lałem si , e ze stron Boba Źylana, z Iron Range. Natychmiast pomy lałem o dwóch innych pacjentach w gł bokiej depresji i z dostateczną manią samobójczą, aby si zabić. Karen Hart jest w porządku, my lałem. On si myli. - Prosz mówić dalej - wydusiłem z siebie. W kontaktach z policją zwykle zachowywałem si jak idiota. Źotkliwie wiadom tej skłonno ci usiłowałem ją ukryć. - Wi c co mi pan powie, doktorze? Czy ona popełniła samobójstwo? - Nie - odparłem. - Cholera. Nie wiem. Nie. Nie. Niemo liwe. - Byłem o tym przekonany. - Trwa sekcja zwłok, ale wszystkie fakty przemawiają za samobójstwem. adnego listu. Tylko pusta buteleczka po - zajrzał do swojego notesiku - imipraminie - dokończył, le akcentując wyraz. - Zmieszała ją z alkoholem. Jest to podobno miertelna dawka KŹ-50. Nieuwa nie słuchałem wywodu detektywa o ilo ci leku przeciwdepre-syjnego, jaką Karen musiałaby przyjąć, aby mieć pi ćdziesi cioprocento-wą szans na mierć. Oczami wyobra ni widziałem pi kne ciało Karen, rozci te od szyi po krocze na stole z nierdzewnej stali, gdzie w prosektorium po drugiej stronie miasta. Źetektyw dostrzegł ból w mojej twarzy. - Nie spodziewał si pan tego, co? - zapytał, choć znał odpowied . - Nie. We czwartek czuła si bardzo dobrze. Było z nią coraz lepiej. Zaczął zapisywać. - Cierpiała na depresj ? Moje zdecydowanie, by chronić sekrety Karen Hart, załamało si . Źetektyw natychmiast to wykorzystał. - Tak. Co najmniej dwa lata. - Czy ju kiedy tego próbowała? - zapytał. - Popełnić samobójstwo - u ci lił, gdy nie padła adna odpowied . - Nie. Rok temu my lała o tym bez przerwy. Ostatnio jednak nie. Nie miała adnych

samobójczych planów. adnych. - Prze ywała jaki kryzys? Pokr ciłem głową. Purdy poprawił si w krze le. Jego marynarka była dobrze skrojona, kiedy . Teraz zupełnie nie pasowała do figury otyłego m czyzny. Jodełka zatracała swoją geometri , rozciągając si na szerokich barkach. Źetektyw w zamy leniu przewracał kartki notesika. - Pan przepisuje leki? - Psychologowie nie mogą przepisywać leków. Impiramina to stary lek przeciwdepresyjny. Kto pewnie postawił mylną diagnoz , gdy Karen była jeszcze studentką. Wtedy go dostała. Zanim zacząłem si z nią widywać. - Mylną diagnoz ? Sam pan powiedział, e cierpiała na depresj . A to był lek przeciwdepresyjny. Nie byłem w nastroju do wysłuchiwania pouczeń, ale brnąłem naprzód. - Istnieje mnóstwo rodzajów depresji, wiele etiologii... przyczyn. Niektórzy reagują na leki przeciwdepresyjne, inni nie. Karen nie reagowała. - Wi c ostatnio ich nie brała. - Nie. O ile dobrze wiem. - żdzie mog znale ć jej ojca? Wzruszyłem ramionami i pokr ciłem głową. - Nie mam tu jej karty. Mo e jego adres na niej jest, ale bardzo wątpi . W Źenver mieszka serdeczna przyjaciółka Karen. Valerie. Nazwiska nie pami tam. - Ju z nią rozmawiałem. Czy kto jeszcze mo e wiedzieć, jak odnale ć rodzin denatki? - Karen pracuje dla... - urwałem. Przez chwil rozkoszowałem si brzmieniem czasu tera niejszego. Nie potrafiłbym u yć przeszłego. - Ona pracuje dla Adamsa i Blounta, wielkiej firmy adwokackiej w Źenver. Mo e oni wiedzą. Nie, ju tam był. - Z kim si umawiała? - Na randki? - zareagowałem, jakby mnie zapytał o Matk Teres . Tkwiący we mnie idiota dał o sobie znać. Purdy skrzywił si . - Tak, na randki. - Z nikim. - Z nikim - powtórzył jak echo. żapił si na mnie przez krótką chwil . Pewnie si

zastanawiał, ile mo e mi powiedzieć. - No, có - odezwał si i znów zajrzał do notesika. - Znale li my dowody małego spotkanka w jej mieszkaniu. Źwa kieliszki do wina i dwie fili anki. Poza tym - uniósł brwi i spojrzał na mnie - koroner mówił, e tu przed miercią miała stosunek płciowy. Zazwyczaj wprawnie ukrywam swoje emocje, zwłaszcza podczas rozmowy. Tym razem si nie udało. A mi dech zaparło. Milczałem chyba z minut . - Nie wiedziałem... e ona... hm... z kim si spotyka - odparłem z przej ciem, gdy ju troch ochłonąłem. - Zastanawiali my si , czy to był zły związek. - Purdy uniósł swoją ci ką głow i utkwił we mnie wzrok. - Prosz pana, nie mog panu pomóc. Nic nie wiem na ten temat. - Wi c nie zna pan tego faceta? - Nie. - żdzie pan był wczoraj i dzi ? - Dlaczego pan pyta? - Gdzie? - Wczoraj i dzi przed południem je dziłem w Cooper na nartach. Zostałem na noc w mieszkaniu przyjaciela. - Sam? - Tak, sam. - To są bilety na wyciągi? - Wskazał dwa kolorowe kwadraciki zawieszone na drucikach przy zamku mojego dresu. Kiwnąłem głową. - Mog je wziąć? - ciągnął detektyw. Byłem bardziej wstrzą ni ty miercią Karen ni oburzony podejrzeniami. - Prosz bardzo. - Oderwałem bilety i wyciągnąłem druty z zamka błyskawicznego. - Czy ona próbowała si z panem skontaktować, gdy pana nie było, doktorze? - Niewykluczone. Kiedy wróciłem z gór, powiedziano mi w centrali informacyjnej, e kto dzwonił, ale nie chciał podać nazwiska. My l , e to mogła być Karen. Źetektyw prawdopodobnie wykonywał swój zawód za długo. Tragedie ju na niego nie działały, ale zdawał sobie spraw , e inni nie są na nie uodpornieni. Zamknął notesik i wło ył do wewn trznej kieszeni marynarki. Powoli zakr cił wieczne pióro i popatrzył na mnie wzrokiem pełnym udawanego współczucia. Byłem mu za to dziwnie wdzi czny. - Źzi kuj panu, doktorze - powiedział. Wstał i skierował si ku drzwiom.

- Prosz zaczekać. To wszystko? Czy mógłbym w czym jeszcze... Wyciągnął r k , jakby kierował ruchem ulicznym. - Sprawa wygląda na samobójstwo. Zamkniemy ją, gdy wróci toksykolog. - Obserwował, jakie wra enie wywierają na mnie jego słowa. - Źzi kuj , e po wi cił mi pan troch czasu. - Prosz pana, ona... Karen nie popełniła samobójstwa. Wiem to z całą pewno cią. - Doktorze... - Bardzo si starał nie mówić protekcjonalnie, ale niezbyt mu si to udawało. - Kiedy wy, specjali ci od zdrowia psychicznego chcecie, aby dać wam spokój, mówicie zawsze takim facetom jak ja, e nie mo ecie przewidzieć gwałtownego zachowania. A kiedy za chcecie, eby traktować was powa nie, przekonujecie, e znacie przyszło ć tak dobrze, jak swoje honorarium za godzin . No wi c, jak to jest? - Nie czekał na odpowied . I dobrze, bo jej nie miałem. Przystanął w progu, wskazał Cicero i spytałŚ - Co to jest? Sznaucer olbrzym? - Nie, owczarek belgijski. - Bardzo ładny - powiedział i wyszedł. Patrzyłem, jak wsiada do samochodu. Chwil siedział i co pisał, potem odjechał. Wróciłem z Cicero do salonu. Zadzwoniłem do Petera, eby odwołać mecz tenisowy. Skłamałem, e jestem zbyt obolały poje dzie na nartach. Zmieniłem ubranie i dałem sobie wycisk ostrą jazdą we wschodniej cz ci okr gu Boulder. Próbowałem nie my leć o Karen Hart. Zanim odstawiłem rower na miejsce, niebo na zachodzie, nad Żront Range przypominało płomienistą aureol . Cicero przyszła za mną do salonu i patrzyła, jak si wygodnie sadowi na kanapie. Sama usiadła na podłodze i poło yła mi łeb na kolanach. Brudnoró owa łuna bladła, a na ciemniejącym niebie pojawiały si gwiazdy. W domu było zimno. Włączyłem piec i schyliłem si , eby rozpalić ogień w stylowym kominku, który Merideth uparła si zainstalować kilka zim wcze niej. Wspomnienia ony i naszego wspólnego ycia regularnie przeplatały si w moim umy le niczym nici sieci. Od separacji nie min ły jeszcze trzy miesiące. Nasz mały domek był wielopokoleniową architektoniczną hybrydą z imitacji niewypalanej cegły i autentycznej płyty u lowej. Stał na zachodnim stoku punktu widokowego przy szosie numer trzydzie ci sze ć prowadzącej do doliny Boulder. Cały urok domu stanowiły gł boko osadzone okna i rze bione drzwi zaokrąglone u góry. Od dolnej

strony stoku wystawały szare surowe fundamenty z aluminiowymi ramami okiennymi. Przybudówka od północy przypominała koszary. Źom ten nale ał do mnie za darmo przez cały okres studiów. Musiałem tylko zajmować si trzema akrami dziko rosnącej trawy. Moja ówczesna gospodyni, Lois, mieszkała na wschodnim krańcu posiadło ci, wy ej na wzgórzu. Razem z m em zbudowała tam imponujący dom, rozmiarami przystosowany do ogromnej przestrzeni żór Skalistych, które dominowały od wschodniego krańca Boulder. Mą pani Lois zmarł kilka lat wcze niej, nim ją poznałem w tysiąc dziewi ćset siedemdziesiątym trzecim roku. Zamie ciła ogłoszenie, e szuka pomocy do swego rancza. Kiedy siedziałem z nią w salonie przy herbacie, wyja niła, e gips, jaki ma na r ce, nie pozwala jej robić wielu rzeczy. Lois, wówczas sze ćdzie- si ciojednoletnia kobieta, wspi ła si na stary wiąz, który zasłaniał widok na fajerwerki w dniu Czwartego Lipca, spadła i złamała r k . Siedem lat pó niej zdecydowała si wyjechać do ojczyzny m a, Norwegii. Sprzedała ranczo młodej urolo ce i jej m owi, stolarzowi. Adrien-ne i Peter, obecnie moi przyjaciele i sąsiedzi, chcieli kupić całą posiadło ć, ale Lois oddzieliła dolny akr i sprzedała mi wraz z mozaikowym budynkiem za pół ceny. Po lubie, Merideth i ja zainwestowali my mnóstwo energii, aby nadać wn trzu przyjemny wygląd. Ka dej wiosny znajdowali my te powody, aby odroczyć znaczniejszą przebudow cało ci. Źom był brzydki, ale funkcjonalny, pełen ciemnych, prymitywnych, drewnianych mebli zarzuconych poduszkami. Cz ć wyposa enia stanowiły antyki lub po prostu stare graty. Niektóre meble wykonał za Peter za podszeptem jakiego pomysłowego ducha. Merideth rozło yła wschodnie dywany oraz pi kne wełniane chodniki, które złagodziły surowo ć zniszczonej d bowej klepki i porysowanych płytek ceramicznych. Szereg wielkich okien skierowanych na zachód zezwalał, aby żóry Skaliste odgrywały rol prawdziwego perymetru naszego mieszkania. Tego wieczoru, kiedy siedziałem w swoim ulubionym fotelu, ogłuszony wiadomo cią o mierci Karen Hart, nie mogłem dostrzec zarysu kraw dzi gór na czarnym niebie. Uroczy cień Cicero przesuwał si tam i z powrotem w tańcu, który oznaczał, e ju najwy sza pora na wieczorny posiłek. Odmierzyłem kubek karmy z wielkiej zielonej torby w spi arni. Sprawdziłem, czy w misce jest do ć wody. Sobie nalałem kieliszek wina. Cicero pochłon ła kolacj w mgnieniu oka i zabawiała si obserwowaniem moich ruchów. Źorzuciłem kawałek drewna białego orzecha do ognia na kominku i przykr ciłem termostat. Musiałem do kogo zadzwonić. Przyszła mi do głowy Merideth, ale zniech ciło mnie

wspomnienie ostatniej z nią rozmowy. Źoszli my do takiego etapu naszej separacji, e zdecydowali my si pozostać przyjaciółmi bez wzgl du na okoliczno ci. Łó ko w go cinnej sypialni, w której spałem, było nie po cielone. Zło yłem wi c prze cieradła i wepchnąłem oporną kołdr w poszw . Merideth zawsze przed wyjazem cieliła łó ko. Inaczej nie wyszłaby z domu. Zat skniłem teraz za jej obowiązkowo cią. T skniłem te za innymi rzeczami. Ze słuchawką na ramieniu chodziłem wokół kuchennego stołu. Nie mogłem si zdecydować, do kogo zadzwonić. Nalałem sobie jeszcze kieliszek wina. Cierpkie brz czenie w słuchawce wkrótce przerwało moją zadum i przypomniało mi, e powinienem wystukać jaki numer. Zadzwoniłem do swojej wspólniczki, Źiany źstevez, i wysłuchałem fugi Bacha, która towarzyszyła instrukcjom jej m a, Raoula, ebym po usłyszeniu sygnału zostawił wiadomo ć. Odło yłem słuchawk i wróciłem na skórzany fotel. Zdecydowałem, e najbardziej uspokajającą rzeczą, jaką mog zrobić, to przy trzasku ognia na kominku znale ć sposób, aby przekonać samego siebie, e Karen Hart nie mogła popełnić samobójstwa. Trzy dni wcze niej była w moim gabinecie jak zwykle w czwartek o piątej pi tna cie. Miałem to spotkanie wie o w pami ci, choć niczym szczególnym nie ró niło si od zwykłej sesji z jakimkolwiek innym pacjentem. Przyszła punktualnie. Precyzyjnie odmierzyła czas na długi dojazd z firmy prawniczej w Źenver, gdzie pracowała. Zgodnie z wymogami ubierała si jak prawniczka. Jej kostiumy miały jednak na sobie wymowne dowody niskiego uposa enia wła cicielki, a pasta na butach była zawsze starta od cz stego chodzenia na piechot . W pantoflach na obcasach Karen dorównywała mi wzrostem. Wysoka, szczupła, bardzo sprawna fizycznie. Wieczorami ćwiczyła na siłowni, aby odegnać od siebie potwory, które zacz ły ją n kać wkrótce po tym, jak ją poznałem. Jej długie ciemne włosy, zawsze troch w nieładzie po dniu pracy, okalały bladą znu oną twarz o czujnych oczach. Według mnie była pociągająca. W czwartek, przed miercią, Karen Hart wydawała si skr powana. Zwyczaj osłaniania ust lewą dłonią, gdy si u miechała, stał si bardziej wyrazisty. Przed południem ortodonta zało ył jej klamerki na z by. Uz bienie stanowiło jedyny mankament Karen. Mówiła nonszalancko o swojej pró no ci i bardzo wnikliwie o władzy nad m czyznami, jaką dawała jej uroda. Min ły trzy miesiące, zanim wyrobiła sobie lepszy stosunek do swego wyglądu. Jeden z n kającychjądemonów twierdził, e mogłaby skorygować zgryz, tylko ze

wzgl du na ch ć powi kszenia swej atrakcyjno ci dla m czyzn. Uchyliła si od odpowiedzi, jak jej wygląd, uroda mogłaby wpłynąć na mnie. Powiedziała, e nie jest jeszcze gotowa do rozmowy o swoich uczuciach do mnie. Mo e niedługo, odparła z u miechem za enowania. Patrzyłem, jak nieproszone skojarzenie dociera do jej wiadomo ci. W oczach Karen pojawiły si łzy. Si gn ła po chusteczki higieniczne. - Czasami mam ochot go zabić - wyznała. - żdyby przyszedł pod moje drzwi, wbiłabym mu nó w serce. - Mówiła to ju wcze niej. Karen odwiedziła mnie pierwszy raz niemal dwa lata temu. Była w depresji po ukończeniu studiów na uniwersytecie Kolorado. Ani jej dolegliwo ci, ani sposób ich prezentacji nie były nietypowe. Opisała mi wiele nieudanych związków, nieprzychylne nastawienie rodziny, sukcesy w szkole, które nie przyniosły zadowolenia. Szkoła rednia i pierwsze lata na uczelni dały jej niewybredne prze ycia seksualne. Źo czasu ukończenia studiów pozostawała abstynentką. Min ło niecałe sze ć miesi cy. Zacz ła si spó niać na sesje. Mówiła te , e w ogóle niech tnie si ze mną widuje. Zarzucała mi, e chc nią manipulować i usiłuj ograniczyć jej niezale no ć. Czułem, tak samo jak ona, e zaczyna si ujawniać co wa nego. Oboje pod wiadomie wiedzieli my, o co chodzi. Ona si broniła. Chciała uciec przed u wiadomieniem sobie tego. O „kazirodczym” czynie przyrodniego brata wspomniała mimochodem, gdy opowiadała o pobycie w Londynie, w czasach dzieciństwa. Sp dziła pewien czas za granicą, gdzie jej ojciec przebywał w interesach. Pami ć o tym, co si tam zdarzyło, była wyniszczająca. Karen studiowała prawo, kiedy zacz li my razem powoli wyzwalać te wspomnienia. Wi kszo ć czasu sp dzała w domu, w łó ku. Przestała umawiać si na randki. Znów stała si przera oną dziewi ciolatką, o której zapomniała. I na chwil mnie znienawidziła. Jako m czyzn . I przewodnika. Niewzruszenie towarzyszyłem jej w w drówce po terytorium, jakie niech tnie przemierzała. - żdyby tu nie było ciebie, nie musiałabym o tym mówić - powiedziała kiedy . Ten rozdział w jej yciu nosił tytułŚ „ aden związek nie jest bezpieczny”. I w ciągu nast pnego roku napisała tysiąc jego wersji. Wła nie zaczynała dochodzić do zdrowia, kiedy popełniła samobójstwo.

2 Ci ar w mojej głowie przemieszczał si z ka dym oddechem. W czasz-j ce przewalała si lu no ci ka kula. Klepnąłem w radio. Zamilkło. - Cholera - wymamrotałem do poduszki. Przez mrok sączył si wczesnoranny hałas. Ptaki. Wiatr. Ruch na szosie numer trzydzie ci sze ć. L k. Odczuwanie rankiem l ku nie było niczym nowym. Merideth wyprowadziła si ode mnie w sierpniu. Od tamtego czasu codziennie budziłem si ze złymi przeczuciami. Wiedziałem, e jej strona łó kajest zimna i pusta. Lecz tego ranka było co innego w moim strachu. Policjant, Karen Hart, wino, które wypiłem. - Bo e - j knąłem. - Cholera. - Trzy tylenole, gorąca kąpiel i wielki kubek kawy powinny ul yć mi w niedoli. Tylko mój subaru podą ał na zachód po South Boulder Road, gdy promienie słońca zacz ły si wciskać do doliny. Blask odbity od łańcucha Fla-tirons był wiatłem latarni morskiej kierującym mnie do Baseline, a potem przez Źziewiątą do Walnut. Zaparkowałem w ródmie ciu Boulder, za przerobionym wiktoriańskim domem, gdzie mie cił si mój gabinet. Posiedziałem kilka minut przy otwartym oknie. Wysłuchałem w radio porannych wiadomo ci. Poszedłem na Treats, kupiłem egzemplarz „Źaily” w automacie i pospacerowałem troch , póki nie otwarto piekarni. Zamówiłem kaw , mietan , ciastko kawowe i „od do cholesterolu”, czyli swoją ulubioną bułeczk z otr bami. Z gazetą, białą pergaminową torebką z ciastem i kartonowym pojemnikiem z kawą ruszyłem z powrotem na Walnut. Źo gabinetu wszedłem swoim prywatnym wej ciem z ogrodu. Zamknąłem za sobą oszklone drzwi. Przed odej ciem Merideth bardzo sobie ceniłem t wczesną por w gabinecie, zanim pojawiali si pacjenci. Moja wspólniczka, Źiana, rzadko przychodziła przed ósmą trzydzie ci. A pani architekt, Źana Beal, zajmująca pomieszczenia na górze, zjawiała si , kiedy miała ochot . Źomy lałem si jej obecno ci z drobiazgów: brak nagromadzonej korespondencji albo kartka z nagryzmolonym zapytaniem, czy mamy zapasowe arówki, znaczki... Podejrzewałem, e Źana nie musi praktykować jako architekt. Przypuszczałem, i ma jakie inne ródło dochodu. Źiana na pewno znała yciorys naszej sąsiadki. Kiedy ją o to zapytam. Zupełnie bezmy lnie zapaliłem jak co dzień wiatła,

ustawiłem termostat i nastawiłem dzbanek z kawą w malutkiej kuchence. Nie otwierałem frontowych drzwi. Źiana to zrobi, gdy przyjdzie. Pierwszy pacjent miał si pokazać dopiero w połowie przedpołudnia. Kilka minut pó niej elektroniczny wiergot telefonu wyrwał mnie z post pującego ot pienia i bezmy lnego przeglądania wiadomo ci. - Alan Gregory - powiedziałem do słuchawki. Źzwoniła Źiana źstevez, doktor filozofii, ze swojego telefonu komórkowego, ulubionej nowej zabawki. P dziła po North Broadway, a jej pełen entuzjazmu głos brzmiał mocno jak zawsze. Na pewno nie słyszała o samobójstwie Karen Hart. - Źobrze, e ju jeste - powiedziała. - Przybywam o wicie, a ju jestem spó niona, bo moja pacjentka zawsze przychodzi wcze niej, eby obejrzeć komiksy w „New Yorker” i w ten sposób przygotować si na spotkanie. Otwórz, prosz , frontowe drzwi. - Spó niasz si , no có , wszyscy popełniamy bł dy. Nie martw si , otworz drzwi - powiedziałem szybko. Postanowiłem zaczekać z wiadomo cią o mierci Karen do przyjazdu Diany. - Skurwiel - krzykn ła. Zachowałem spokój. - Przepraszam - dodała po chwili. - Jaki dupek jedzie o dziesi ć centymetrów od mojego kufra. Musz si tym zająć! Źzi ki. Źo widzenia. - Źiana traktowała prowadzenie samochodu z powagą i strzegła swój nowy wóz turbo 9000 niemal z nabo eństwem. Wykluczone, eby mogła darować zagra ającemu jej kierowcy jakiekolwiek wykroczenie. - Diana - odezwałem si do głuchej słuchawki. - Bąd miła. Wyszedłem przez drzwi dzielące nasze gabinety od poczekalni, w której dominował czerwono-niebieski dywan. Zapaliłem górne wiatła i przekr ciłem klucz w zamku starych d bowych drzwi. żdy zrobiłem w tył zwrot do gabinetu, po liznąłem si na jakim papierze. Spod orientalnego dywanu, wystawała niebieska koperta z wypisanym moim imieniem. Nie rozpoznałem charakteru pisma, ale wiedziałem, e przesyłka jest od Karen. Rzeczywi cie. Drogi Alanie postanowiłam spróbować się wyzwolić! W końcu umówiłam się na randką. Lecz on powrócił, tak jak w snach. Nawet nie krzyknęłam. Pozwoliłam, aby to się stało. Będę już martwa, gdy weźmiesz ten list do ręki. Muszę być martwa, nim to się znowu zdarzy. Przykro mi.

Zawiodłam cię. Ty mnie też zawiodłe ! Nie było cię w tym dużym domu. mieszne, że wszystko wydawało się bezpieczne poza powiedzeniem ci, że cię kocham. No więc, kocham cię, na zawsze. K. Źopiero teraz zauwa yłem, e wzorek na fasecie w gabinecie Źiany był inny ni w moim. Ale te nie mogłem sobie przypomnieć, ebym kiedykolwiek wcze niej le ał u niej na kanapie. Źiana weszła, eby si przywitać. Zastała mnie przy biurku. Cicho płakałem i bredziłem szeptem najpierw do Merideth, a potem do dziecka Karen. Źiana zdecydowała szybko, e nie powinienem zajmować si terapią zaraz po odkryciu samobójstwa pacjentki. Zadzwoniła do centrum kontaktowego, podała numery telefonu moich pacjentów i poleciła odwołać wizyty. Potem wyciągn ła mnie do swojego gabinetu. - Pogadajmy - zaproponowała. - Dobrze. - Obróciłem si na bok, aby móc ją widzieć na fotelu obok. - Jak niewątpliwie si domy lasz, jestem troch zdenerwowany miercią pacjentki. Młoda kobieta, która przychodziła do mnie od paru lat, popełnia podczas weekendu samobójstwo. My l , e tym razem musiałem co naprawd spieprzyć. - Kiedy , zawsze obarczałem si winą za cudze nieszcz cia. - Mów dalej. - Jestem te zły z innego powodu. Kiedy przyszedł do mnie policjant, zdradziłem mu kilka poufnych informacji o leczeniu Karen. - To do ciebie niepodobne. - No có , nie najlepiej sobie radz z policjantami w swoim salonie i martwymi pacjentami w prosektorium. - Sądz , e mo na ci wybaczyć pomyłk . Nie ma szkody, nie ma faulu. - Je eli chodzi o to, co powiedziałem policjantowi, to mo e tak, ale gdy idzie o to, czego nie przewidziałem u pacjentki... Sam nie wiem. - Pami tałem na jakim poziomie swojej wiadomo ci, e nie powinienem te rozmawiać o Karen z Źianą, ale wmówiłem sobie, e to tylko konsultacja. W ka dym razie nie ujawniłem nazwiska dziewczyny. - Ludzie nie zakładają sobie klamerek na z by, kiedy planują popełnić samobójstwo, prawda? - To pytanie wcale nie było czysto retoryczne. Czułem si tak roztrz siony, jak młodociany pijak.

Zawahała si na chwil przed odpowiedzią. - Są w ród nas ludzie dostatecznie pró ni, którzy chcą wyglądać jak najlepiej w oczach przyszłych archeologów. Przesadna dbało ć o wygląd mo e stanowić pozostało ć z czasów matczynych upomnień na temat czystej bielizny i pogotowia ratunkowego. - Przygładziła włosy i dostrzegła upragniony u miech na mojej twarzy. - Nie, nie zakładają sobie - ciągn ła. - Korygowanie uz bienia i odsysanie tłuszczu są zabiegami rzadko stosowanymi przez pacjentów z samobójczymi my lami. Żachowa literatura na ten temat dowodzi słuszno ci mojego twierdzenia. Starałem si ignorować próby dowcipu. - Wi c, powiedz mi dlaczego, do cholery. - Mówiłem bez zło ci, choć słowa były wcią gniewne. - A jak sądzisz? Miałem gotową odpowied . - Ona była ofiarą kazirodztwa. My l , e podczas spotkania kto ją zgwałcił. Wywołał powód wspomnień. Popadła w depresj . - Powoli ju zaczynałem przekonywać siebie samego. - To brzmi wiarygodnie. - Tak, ale co tu nie pasuje. Ona przestała si czuć ofiarą. Zaczynała panować nad swoim yciem. Znasz ten etap terapii, kiedy wszystko ju zrobione i pozostaje tylko konsolidacja. Wi c ona wła nie była prawie na tym etapie. Nie powinna popełniać samobójstwa. Nigdy dotąd nie straciłem pacjenta. A ty? Znałem odpowied na to pytanie. Źiana potrząsn ła głową. Zaskakująco niewielu terapeutów do wiadczyło samobójstw pacjentów. - Jaka cz ć mnie oczekuje, e policja si myli. e Karen nie jest martwa. Albo e przynajmniej nie popełniła samobójstwa. Nie wiem. Czuj si , jakbym co schrzanił. Mo e gdybym był w mie cie, kiedy mnie potrzebowała... - Alan, trudno pilnować pacjentów cały czas. - Ale ty wiesz, e nie byłem tutaj, cały tutaj, od odej cia Merideth. Mo e co przeoczyłem. - Mo e. Nie jeste doskonały, a jedynie cholernie dobry. - Wiedziała, e jej słowa nie docierają do mnie. - To nie ty ją zabiłe . Ona sama si zabiła. Hej! Alan! - Całą uwag skupiłem na otworach w okiennych złączach. - Wiem, Diano. - Zacząłem wstawać. - Ale wiadomo ć tego na razie wcale nie pomaga. Twój pacjent na ósmą trzydzie ci ju czeka. - Wskazałem malutką czerwoną lampk

nad jej biurkiem. Źiana otworzyła kalendarz z zaznaczonymi wizytami i sprawdziła swój rozkład zaj ć. - Co powiesz na wspólną kolacj dzi wieczorem? - zapytała. - Źzi kuj . Zastanowi si . Źam ci znać. - Podszedłem i u ciskałem przyjaciółk . Przytrzymała mnie chwil , potem ruszyła w stron poczekalni. Po opuszczeniu gabinetu poszedłem na wschód, do ródmiejskiej Promenady. Odnowa gospodarcza w latach siedemdziesiątych spowodowała trwałe zamkni cie dla samochodów odcinka ulicy żłównej do czwartej przecznicy. Kawiarnie, drogerie, magazyny odstąpiły swoje frontony eleganckim sklepom. Na dawnej, dwupasmowej Pearl Street uło ono kostk brukową, postawiono rze by i fontanny, zorganizowano place zabaw i zasadzono mnóstwo drzewek, krzewów i kwiatów. Kiedy , tutaj, w dzielnicy handlu detalicznego, sklepikarze sprzedawali dosłownie wszystkie niezb dne do ycia rzeczyŚ siatki na włosy, młotki, kubki do kawy. Teraz zamiast tego mo na było kupić tylko wytworne urządzenia kuchenne albo koszmarnie kosztowną odzie . Odnowione budynki z przełomu wieków u yczały promenadzie uroku, a panorama żór Skalistych przydawała poczucia przestrzeni. Ró ne cudaki z Boulder zyskały dodatkowe miejsce spotkań. Usiadłem sam w Bohemia Cafe. Wymieniłem uprzejmo ci z czeskimi wła cicielami i wypiłem kaw . Zadzwoniłem z telefonu kawiarni do centrali kontaktowej. Zostawiłem wiadomo ć dla Źiany, e bardzo dzi kuj , ale nie skorzystam z propozycji wspólnego zjedzenia kolacji. Kiedy wywlokłem si z subaru, Cicero ju czekała na frontowym ganku. Brak ogona sprawiał, e sznaucerka energicznie poruszała tylną cz cią ciała na znak rado ci. Podskakiwała w miejscu na wyprostowanych wszystkich czterech łapach. Zdziwiłem si na widok terenowego samochodu mojej sąsiadki, Adrienne, urolo ki, w poniedziałkowe przedpołudnie. Cicero pop dziła za autem w stron domu. Ruszyłem za psem. Adrienne wyja niła, e wyznaczona na ten dzień operacja została odło ona, poniewa pacjent dostał zapalenia płuc. Zaprosiłem Adrienne na lunch. - Przepraszam, nie mog . Jeszcze nie zrobiłam obchodu. Zostawiłam w domu kilka kart. Mój szef strasznie si piekli. Musz wrócić do kliniki. Co powiesz na kolacj jutro? Peter przygotowuje co , co le ało w sodzie od wi ta Paschy. Szczerze mówiąc, wolałabym nie być jedyną odpowiedzialną osobą za przekonanie go, i jest to wietne. Uznałem, e przed przyj ciem zaproszenia powinienem powiadomić Adrienne, e nie jestem w nastroju na wi towanie tego rodzaju okazji. Zauwa yła moje wahanie. - Mam pacjentów, którzy pr dzej godzą si na wszczepienie pompki rowerowej w

swoje trwale sflaczałe penisy, ni ty akceptujesz zaproszenie na kolacj . Pomy l o tym, słonko, i daj mi znać! Pa! Miałem jej wła nie powiedzieć o samobójstwie mojej pacjentki, lecz Adrienne ucałowała Cicero i wsiadła do ogromnego samochodu, zanim zdą yłem cokolwiek z siebie wydusić. Adrienne stwierdziła kiedy , e w potrzebie nie jestem szczególnie skłonny zwracać si do przyjaciół o pomoc. Ta krytyka była uzasadniona, ale ciąg zdarzeń, który ostatnio rujnował mi ycie, pomagał równie być lepszym w szukaniu pociechy. Có , praktyka wiedzie do doskonało ci. Wróciłem z Cicero ze spaceru. W domu panował okropny zaduch. Przed wyj ciem nie przykr ciłem termostatu-jeszcze jeden z całego szeregu grzechów zaniedbania. Cicero wiedziała tylko, e Merideth wyjechała. Nie miała zielonego poj cia o Karen Hart, a ja nie zawracałem jej tym głowy. Płakali my natomiast ju chyba po raz tysi czny nad odej ciem Merideth. Temu wielkiemu psisku brakowało Merideth tak samo, jak mnie. Pod koniec dnia sznaucerka cz sto siadywała przed rze bionymi drzwiami i nadsłuchiwała znajomego warkotu samochodu swojej pani. Niekiedy towarzyszyłem Cicero. Innym razem wykazywałem, e takie czekanie jest daremne. Tego wieczoru wrócili my do domu wcze nie. Po pewnym czasie usłyszeli my w dole dziarski okrzyk Petera. Sąsiad, m czyzna z długimi blond włosami, stał na szutrowym podje dzie i wzywał nas na kolacj . Z mieszanymi uczuciami opu ciłem dom i ruszyłem na wzgórze, Cicero skakała obok mnie. Niosłem butelk czerwonego i butelk białego wina. Nie wiedziałem, które bardziej pasuje do solanki.

3 Codzienne obcowanie z nieszcz ciem i rozpaczą pacjentów uczyło mnie pokory i pozostawiało uczucie zale no ci od losu. Z do wiadczenia wiedziałem, e ka dy duch, nara ony na dostateczną presj lub dostatecznie ostry cios, w końcu si załamuje. Od niemal dziesi ciu lat z mozołem umacniałem i wspierałem tych, których ja ń była ju osłabiona, nadwer ona lub nie istniejąca, nim jeszcze poszli do przedszkola. Uczyłem tych, których nie tkni te psychiki załamały si pod wpływem wydarzeń, jakie ja zniósłbym bez szwanku. Niosłem ulg tym, których silny układ psychiczny ulegał stresom tak niezasłu onym i monumentalnym, e ich organiczna moc stawała si mało znacząca. Wobec ogromu nieszcz ć empatia była czym nieadekwatnym, kon-dolencje stawały si pustymi słowami, lito ć okazywała si bezpomocna. Cz sto mogłem zaoferować tylko czuło ć i ch ć powtarzania podstawowych, znajomych głosów moim pacjentom, a ich opór ustanie, a mechanizmy obronne zezwolą, aby te d wi ki stały si słyszalne. I być mo e, leczyły. Zawsze pragnąłem dawać przede wszystkim bezpieczeństwo, rodowisko wolne od przypadkowej infekcji. Po pierwsze, upominał Hipo-krates, nie szkodzić. Czułem gł boki smutek z powodu okrucieństw ycia, jakie przydarzały si ludziom, których leczyłem, zawsze wdzi czny za hart ducha. żdy moja odporno ć zaczynała słabnąć, pocieszałem si , e nie mo e mi si przytrafić nic du o gorszego jak to, e ona mnie rzuciła, a pacjentka popełniła samobójstwo. Myliłem si . Źiana, która miała wi cej informatorów ni Mosad, jak zwykle pierwsza usłyszała pogłoski. Początkowo moi koledzy odnosili si do mnie ze współczuciem z powodu samobójczej mierci Karen Hart. W końcu jednak my l , e wielu z nich chciało dopatrzyć si w jej mierci mojego zaniedbania. żdyby samobójstwo pacjentki nie było okoliczno cią terapeutycznie do unikni cia, wówczas moi koledzy mogli te być nara eni na podobne zdarzenie w ich praktyce, a ka dy wolałby tego uniknąć. Tak czy inaczej, czułem si chwilowo zawieszony w prawach członka bractwa kompetentnych i dbałych terapeutów. Boulder to stosunkowo małe miasto. Niektórzy terapeuci na pewno szczegółowo analizowali przyczyny mierci Karen Hart, inni szybko wysnuwali wniosek, e nie potrafiłem przewidzieć u niej wysokiego ryzyka samobójstwa. Trudno si spierać. Ch tnie jednak bym podwa ył ten punkt widzenia, ale poufny charakter posiadanych informacji nie pozwalał mi na włączenie si do debaty.

Tymczasem ycie płyn ło jak zwykle. Ilekroć jesień udawała lato, je dziłem na rowerze. Wybierałem si na narty, kiedy pogoda stawała si zimowa. Przewa nie nie my lałem o Karen Hart. W pierwsze Bo e Narodzenie bez Merideth czułem si bardzo samotny. Ale jako prze yłem. Złe wie ci usłyszałem po raz pierwszy we wczesny niedzielny poranek styczniowy. U schyłku sezonu wiątecznego, który rozpoczął si przed wi tem Źzi kczynienia i samobójczą miercią Karen. W artykule zacytowano szczególnie obra liwe słowa pewnego psychiatry z Źenver. Mówił o tragicznych konsekwencjach nadu ywania zaufania pacjentek przez profesjonalistów. Sugerował, e je li pomówienia o seksualne ekscesy są prawdziwe, wówczas moj e zachowanie posiada związek przyczynowy z samobójstwem Karen. Zdawałem sobie spraw , e gdybym to czytał o jakimkolwiek innym psychologu, a nie o sobie, kiwałbym głową na znak pełnej zgody z uwagami. Przeszedłem z kubkiem kawy do salonu. Zastanawiałem si , ilu przyjaciół, kolegów i pacjentów, zdą yło ju przeczytać ten nekrolog, w którym egnano mnie jako profesjonalist . Wielkie szyby wibrowały i huczały w starych ramach od siły pulsującego wichru. Widnokrąg był czysty. nie ne czapy na Indiańskich Szczytach l niły w słońcu. Wrzasnąłem na Cicero, eby zlazła z dywanika, na którym pozwoliłem jej le eć, odkąd Merideth wyjechała. Ryknąłem na cholerną wichur , eby ucichła. Cicero usłuchała polecenia, wichura mnie zignorowała. Zadzwonił telefon. Krzyknąłem, eby zamilkł. Nie za dobrze wszystko znosiłem. Z przesadnym spokojem wstałem i wyłączyłem aparat. Cicero szczekn ła basem i pomkn ła ku drzwiom wej ciowym. Ja nie słyszałem pukania, dopóki sznaucerka nie wyr n ła w cian koło przedpokoju. Znów nie wyrobiła si na zakr cie. Na pop kanej betonowej płycie przed drzwiami moja przyjaciółka wyglądała jak podrzutek. Mi towozielona jedwabna koszula nocna wystawała spod obszernego swetra z kołnierzem golfowym. Kolory z włóczki zupełnie nie pasowały do mi towej zieleni. Na nogach Adrienne miała czerwone pantofle z wełny i brązowej skóry. Żutrzane nauszniki zakrywały uszy. Kształty Adrienne były delikatnie zaznaczone. Wyjątek stanowiły rozło yste biodra, dzi ki którym mogłaby urodzić, jak utrzymywała, troje dzieci jednocze nie. Bardzo krótko przystrzy one włosy kolorem przypominały czekoladowe, c tkowane t czówki. Niemal ciągle rozszerzone czarne renice sprawiały, e oczy Adrienne wydawały si jeszcze ciemniejsze. Jej nosek był małym kulfonem, a rzadko zamkni te usta wyglądały jak pozioma

krecha. Jednak u miech Adrienne miał sił u miechu niemowl cia. Mówiła z manhattańskim i brooklińskim akcentem. Cz sto bardzo si rozkoszowała kontrastem swej wielkomiejsko ci z tutejszym westernowym stylem. - ycie jest okropne, co? Nie mogłem powstrzymać u miechu. - Tak, Ren, masz racj . - Mo e wpu cisz mnie do domu i uchronisz przed nadciągającym huraganem? - Po latach ycia w Kolorado jeszcze si nie nauczyła wła ciwych nazw powietrznych ywiołów. Otworzyłem szerzej drzwi. Cicero powitała swą przybraną matk z rado cią. - Napijesz si kawy? - zapytałem. - Bardzo ch tnie. Kiedy wróciłem z kawą, stwierdziłem, e Adrienne zaprosiła Cicero na kanap w salonie, choć obie wiedziały, e psu nie wolno na nią wchodzić. Cicero na ogół brakowało dyscypliny, niemniej zachowywała si du o lepiej ni Adrienne. Sznaucerka bacznie spoglądała na mnie. Oczekiwała, e zaraz zostanie wyrzucona, ale ja czułem si winny, e ją niesłusznie wcze niej złajałem, wi c teraz nie zareagowałem. Olbrzymia suka skurczyła si i wkr ciła niemal jedną ósmą ciała na kolana Adrienne. Adrienne wypiła łyczek kawy i kiwn ła głową z aprobatą. - Zrobiłe to? - Wskazała gazet . Za miałem si . - Jezu, Adrienne, jaka ty bywasz bezceremonialna. - yj z tego, e ka ludziom zdejmować spodnie. A ty co, oczekiwałe , e b d owijać w bawełn ? Milczałem. Nie ust powała. - To było powa ne pytanie. - Wiem. Wolno popijałem z kubka. Nie, nie zrobiłem tego. - Wreszcie to stwierdzenie padło z moich ust. - Ale co czuj , e miałe ochot - skomentowała Adrienne bez nuty oskar enia w głosie. - Chcesz wiedzieć, czy odczuwałem pokus ? Wzruszyła ramionami. - Ona była pi kna, Adrienne. - Zauwa yłem, e powiedziałem to w czasie przeszłym. - Tak, i bardzo pon tna. Czy pragnąłem si z nią przespać!? Nie. Traktowałem ją jak pacjentk .

- Nie bąd przy mnie taki wi toszkowaty, doktorze żregory. - Rzuciła mi ironiczne spojrzenie. - Poka mi ginekologa, który nie lubi czasem zbadać piersi. No, spróbuj. Źobra, bez Aronsona. Wiesz, e to pedał? - Zauwa yłem pewne wahanie, reakcj nietypową dla Adrienne. - Nawet ja czasami odczuwałam ch ć, aby u niektórych pacjentów wykonać inne, bardziej intymne zabiegi na organach płciowych. A jestem szcz liwie po lubiona człowiekowi o libido wielko ci Oklahomy, gdzie nigdy, dzi ki Bogu, nie byłam. A ty, który od pi ciu miesi cy nie zostałe nawet ukłuty przez samic owada, twierdzisz, e nie odczułe najmniejszej pokusy, aby przelecieć t pi kną młodą dam !? Je eli powtórzysz Peterowi naszą rozmow , to przysi gn , e jeste psycholem i e dawałam ci recepty na haldol. - Zamilkła na chwil . - W ka dym razie, mój przyjacielu, czasami my, profesjonali ci, trafiamy na przepi knych, uwodzicielskich pacjentów. - Ale ich nie pieprzymy, Ren - odparłem z naciskiem. Zignorowała moją uszczypliwo ć. - Nie. Lecz zauwa amy. Zacząłem chodzić tam i z powrotem. - Pacjenci obdarzająnas zaufaniem. Wiedzą, e bez wzgl du na wszystko, nie przekroczymy pewnej granicy. Nawet gdyby ta pacjentka - machnąłem r ką w stron gazety - lub jakakolwiek inna weszła do mojego gabinetu, zacz ła si rozbierać i błagała mnie, ebym si z nią przespał, moim obowiązkiem byłoby kazać jej si ubrać i wyj ć. Uwodzicielstwo stanowiło tylko cz ć patologii Karen. Adrienne patrzyła w kubek i drapała Cicero pod pyskiem. - Ale masz prawo zainteresować si daną kobietą, a nawet dać si zauroczyć uczynioną propozycją. - Do czego zmierzasz? - Nie wmawiaj sobie, e musisz być czysty, aby być niewinny. To, e nie spałe z pacjentką, jest dostatecznie niewinne. - Nie, to nie wystarczy. Potrzebuj pewno ci, e wszelkie uczucia, jakie do niej ywi , nie wywrą ujemnego wpływu na jej leczenie i nie zrobią krzywdy. - A zrobiły? - Od mierci Karen zadawałem sobie to pytanie z tysiąc razy. Nie sądz , abym zaniedbał co w leczeniu. Wr cz przeciwnie, jestem dumny z przebiegu terapii. Z psychologicznego punktu widzenia ta dziewczyna nie powinna popełnić samobójstwa. Wiem, e na pewno nie zignorowałbym oznak samobójczych my li. Zamierzałem nawet wytropić faceta, z którym była umówiona tamtego wieczoru, eby si dowiedzieć, co naprawd zaszło.

- Wydaje si mało prawdopodobne, e na sił wlał jej w gardło rodki przeciwdepresyjne. - Mo e wziął ją siłą. Ona wcią jeszcze była zbyt słaba na seks. - Mo e tak. Mo e nie. Mo e po prostu si zabiła. Nawet niektórzy z twoich pacjentów dostają raka, doktorze. - Słuszna uwaga, Ren, lecz ona przetrwała operacj , na wietlanie i chemioterapi , a potem niespodziewanie umarła podczas remisji. Ale to pozostawia wiele pytań bez odpowiedzi. - Jedno wyklucza drugie. Albo miała skłonno ci samobójcze i ty je przeoczyłe , albo nie miała tych skłonno ci i stało si co , co je wywołało. Nie mo esz ciągle sprawdzać, w którym przypadku ponosisz wi kszą odpowiedzialno ć. Chocia mo esz, ale wtedy ja nie dam ci spokoju. Nie zareagowałem wesoło cią. Adrienne oderwała moje palce od kubka. - Źobrze si czujesz? Potrząsnąłem głową. - Pewnie to brzmi samolubnie, ale te kłopoty wcale mi nie są teraz potrzebne. Chwil popatrzyła na mnie, potem si u miechn ła. - A to nawet nie jest połowa tego, co ci czeka. Jeszcze zostaniesz zaskar ony do sądu - ostrzegła z szelmowskim u miechem. Znowu si zawahała, ucałowała Cicero i wyszła ze słowamiŚ - Przyjd do mnie, jak b dziesz chciał porozmawiać. Po raz kolejny przeczytałem artykuł. I znów ogarn ła mnie zło ć. Źo tej pory adne zarzuty oskar ające doktora żregory’ego o nadu ycia seksualne nie wpłyn ły do Komisji Skarg i Za aleń Stanowej Rady Psychologów. Zbadana przed pi ciu laty skarga została oddalona jako bezpodstawna. W wietle obecnego prawa stanu Kolorado, kontakty seksualne mi dzy psychologiem a pacjentem stanowią przest pstwo, ale do prokuratora okr gowego równie nie wpłyn ły wnioski przeciwko doktorowi żregory’emu. Źoktor żregory nie skorzystał z okazji wypowiedzenia si w powy szej kwestii. Ojciec panny Hart równie odmówił komentarza na ten temat i nie wyjawił, czy zamierza podjąć jakie kroki prawne. O wiadczenie, e odmówiłem rozmowy z „Źaily” było bliskie prawdy. W dzień po mierci Karen, w listopadzie, pewien reporter, Joseph Abiado, przyszedł do mnie po wypowied do artykułu. Odmówiłem udzielenia wywiadu. Wyja niłem, e poufny charakter