uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 787 797
  • Obserwuję782
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 053 571

Steve Martini - Paul Madriani 09- Lista

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :937.5 KB
Rozszerzenie:pdf

Steve Martini - Paul Madriani 09- Lista.pdf

uzavrano EBooki S Steve Martini
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 36 osób, 44 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 272 stron)

STEVE MARTINI LISTA Przekład Arlena Sokalska Dariusz ćwiklak Tytuł oryginału THE LIST Warszawa : Amber, 1997. isbn 83-7169-536-5 Dedykuję Leah i Megan PROLOG Szukał śladów ciepła falują cej termicznej sylwetki kogoś ukrywają cego się w ciemności na pokładzie. ałował, e nie zabrał okularów z nowoczesnym systemem noktowizji. Niestety. Stary noktowizor z lat sześćdziesią tych nadawał się do muzeum. Kłęby gorą cej pary z rury przy burcie statku buchnęły w obiektywie niczym zielona zjawa, zasnuwają c obraz mgłą . Opuścił noktowizor, by odzyskaćorientację. Po chwili podją ł poszukiwanie na nowo, w tym miejscu, gdzie je przerwał - przy zdolnym udźwigną ćsto osiemdziesią t ton bomie ładunkowym wystrzelają cym prosto w niebo z pokładu dziobowego. - Masz ją ? - usłyszał za plecami pytanie. - Jeszcze nie. - Mo e dostała się do środka? - Nie. - Musiałaby przejśćprzez otwarty pokład, a wtedy by ją zauwa ył. -Jest gdzieśtutaj. Cią gle przeszukiwał pokład wzrokiem. Od czasu do czasu trafiał na jasne światła statku, a wtedy obraz w obiektywie noktowizora rozbłyskał oślepiają co. Zamykał wówczas oczy i po chwili wznawiał obserwację. , - Myślisz, e jest na pokładzie? - A po co by tu przyje d ała? - Nie miał ochoty na rozmowę. Kiedy mówił, poruszał noktowizorem, a obraz rozmazywał się w labirynt fosforyzują cych kresek. - Złapmy ją i chodźmy stą d. - To nie taka prosta sprawa. - Myślisz, e on ma broń? - Nie wiem. - Facet nie mógł się ich spodziewać. Zresztą jeśli nawet ma broń, i tak zaryzykują . - A to co? - Gdzie? - Tam. -- Zatrzymał noktowizor na plamce fosforyzują cej zieleni. Wyglą dało to jak blask księ yca odbijają cy się od paznokcia, który wystawał zza brezentu tu za bomem. * * * Instynkt samozachowawczy to źródło ogromnej siły, ale ka de źródło kiedyśsię wyczerpuje. Abby Chandlis była zmęczona, a zmęczeni ludzie popełniają błędy. Pierwsza wpadka miała miejsce

na lotnisku i wówczas ją dostrzegli. Abby Chandlis uciekała przed śmiercią . Opierała się o zimne stalowe płyty głównego pokładu. Była kompletnie przemoczona od mgły i własnego potu. Ukrywała się w cieniach rzucanych przez cię ką maszynerię statku. Wypatrywała jakiegokolwiek ruchu na nabrze u. Wiedziała, e czekają na nią gdzieśtam, pośród palet i potę nych stalowych kontenerów, obserwują , nasłuchują . Nie mogła się łudzić, przecie ich widziała. Co gorsza, oni widzieli ją . Pochylona przesunęła się powoli zaledwie o kilkadziesią t centymetrów. Wycią gniętymi przed siebie rękoma dotykała stalowego pokładu. Tak dotarła za stos zabezpieczonych siatką szalup ratowniczych przykrytych brezentem. Gdyby wychyliła się z tej kryjówki, znalazłaby się na otwartym pokładzie, widoczna jak na dłoni, a prześladowcy na pewno nie przepuściliby takiej okazji. Wiedziała jednak, e prędzej czy później będzie zmuszona zaryzykować. Musiała dostaćsię na środek statku, gdzie mieściło się zejście pod pokład. Morgan jest na tym statku. Musi go znaleźć. Musi go ostrzec. Wiedziała, e będą usiłowali go zabić, tak jak próbowali zabićją . Tyle e teraz, bezwiednie, sama ich do niego doprowadziła. Jedyna nadzieja le ała w tym, e Morgan zna się na statkach. Będzie wiedział, jak się poruszać, mo e zna jaką śszybką drogę ucieczki, przejścia, którymi mo na się przedrzeć. Abby święcie w to wierzyła. Razem wymkną się mordercom. Kiedy tylko dostarczą dokumenty, będzie po wszystkim. Wówczas dwóm ścigają cym ją nic nie przyjdzie z zabójstwa. Zawarte w dokumentach informacje o umowach i prawach autorskich muszą jak najszybciej wyjśćna jaw. Właśnie tych papierów szukali mordercy i tylko dlatego chcieli zabićMorgana. Całkiem nieświadomie Abby naraziła go na niebezpieczeństwo. - Mamją . - Skierował noktowizor w odpowiedni punkt. - Jesteśpewien? - Tak. - Wskazał trap prowadzą cy z nabrze a w górę, na pokład dziobowy. Zerkną ł na mostek, by upewnićsię, e nikogo tam nie ma. Szybko omiótł ten obszar noktowizorem. Droga wolna. - Ruszamy." Zsunęli się po drabince. Obserwator wło ył noktowizor do kieszeni i podą ył za kompanem kryją c się cały czas za szeregiem metalowych kontenerów. Sięgną ł do tylnej kieszeni spodni i dotkną ł dłonią kolby dziewięcio milimetrowej beretty: Pod wielkim dźwigiem na nabrze u stał równy, wysoki na dwa kontenery rzą d towarów czekają cych na załadunek. Zasłaniał ich przed wzrokiem kogokolwiek z pokładu "Cuesta Verde". Jeśli będą się za nimi kryli, kobieta ich nie zauwa y. Dopadną ją , zanim zdą y pisną ćsłówko. Liczył się przede wszystkim element zaskoczenia.. W ciszy przemknęli do rogu ostatniego kontenera. Od trapu dzieliło ich ju tylko trzydzieści metrów otwartej przestrzeni. ścigają cy oceniał, e przez pierwsze piętnaście metrów Abby mo e ich dostrzec z pokładu, o ile spojrzy we właściwym kierunku. Potem będą ju za blisko burty statku, by mogła ich zobaczyć. Wystarczy wspią ćsię po trapie i zajśćją od tyłu. - Ty idziesz przodem - wyszeptał towarzysz pościgu. To było jego zadanie i dobrze o tym wiedział. Nie oponował

więc. Zsunęli buty. Na asfaltowej nawierzchni hałasowały nawet gumowe podeszwy. Zwią zali buty sznurowadłami i przewiesili je sobie przez ramię. Mę czyzna z noktowizorem bez wahania wypadł zza kontenerów i puścił się w stronę trapu. Serce waliło mu jak młotem. Jeśli kobieta teraz go zauwa y, ucieknie. Na statku było mnóstwo najrozmaitszych kryjówek. Cicho jak duch przemkną ł do trapu, po czym zatrzymał się i nasłuchiwał. Do jego uszu nie dochodził aden dźwięk poza odgłosami z wnętrza statku: tu pracował silnik, ówdzie prą dnica. Głuchych rytmicznych odgłosów nie zakłócał tupot stóp po górnym pokładzie. Obejrzał się i dał znak wspólnikowi. Dwanaście sekund później siedzieli obaj skuleni u podnó a trapu. Teraz ju się nie odzywali. Mę czyzna z noktowizorem ruszył jako pierwszy. Wchodził po dwa metalowe stopnie naraz. Mocno ściskał poręcz i stą pał ostro nie, by nie poruszaćmetalową konstrukcją schodków. Od końca trapu dzieliło go zaledwie dziesięćstopni, kiedy za plecami usłyszał stukot. Odwrócił się, by sprawdzić, co jest jego źródłem. Kompanowi rozwią zały się sznurówki. But jeszcze dwa razy uderzył o metalowe stopnie i spadł na nabrze e. Facet przez chwilę szamotał się z drugim butem, ale zdołał go złapać. Błą dziła myślami w przeszłości, lecz jakiśhałas wyrwał ją z tych rozmyślań. Popatrzyła na trap, który miała za plecami. Mo e to nic takiego, mo e tylko statek otarł się burtą o nabrze e, ale Abby wolała nie ryzykować. Była tak podniecona,. e skoczyła na równe nogi i wiedziona instynktem popędziła przed siebie w stronę śródokręcia. Jej kroki odbijały się głuchym echem po stalowym pokładzie. Wpadła w pierwszy otwarty korytarz cią gną cy się wzdłu burty statku i szarpnęła pierwsze z brzegu drzwi. Były zamknięte. Próbowała poruszyćmetalową klamkę. Bezskutecznie. Teraz gdzieśza plecami usłyszała kroki. Przytłumiony odgłos pięt uderzają cych o stalowe poszycie pokładu. Słyszała je coraz bli ej. Biegła przed siebie korytarzem. Następne drzwi były otwarte. Za nimi rozcią gał się ciemny korytarz oświetlony pojedynczą słabą arówką . Przeszła za próg i szarpnęła drzwi, byje zamkną ć. Ani drgnęły. Odgłos kroków stawał się coraz bli szy. Abby wyszła na korytarz i zajrzała za drzwi. Wielki mosię ny hak przytrzymywał je przy stalowej ścianie. Usunęła blokadę, a wtedy obejrzała się i ujrzała ich - dwie sylwetki rysują ce się na tle poświaty z nabrze a. Pędzili korytarzem w jej kierunku na złamanie karku. Abby przeskoczyła przez próg i zamknęła za sobą wodoszczelne drzwi. Przez chwilę mocowała się z metalowymi zamkami, ale w końcu udało jej się zamkną ćjeden z nich, potem drugi, a wreszcie wszystkie cztery, Tyle e ścigają cy równie łatwo mogli je otworzyćz zewną trz. Górne dwa zablokowała wiszą c na klamkach całym swym

cię arem. Z przera eniem patrzyła, jak napastnicy otwierają dwa dolne zamki i szarpią za drzwi. Sto pięćdziesią t kilogramów stali tak łatwo się nie poddawało. Nie ruszą drzwi, dopóki ona będzie blokowaćdwa górne zamki. Czuła, jak tamci je szarpią i próbują otworzyć. Zaczęła tracićsiły, bolały ją ramiona. Wiedziała, e długo ju tak nie wytrzyma. Oparła głowę o zimny metal. Patrzą c na świat przekrwionymi oczyma, zastanawiała się, co będzie czuła umierają c. Nagle zauwa yła w ką cie szczotkę opartą długim metalowym trzonkiem o ścianę. Uwieszona na klamkach, próbowała dosięgną ćszczotki nogą , ale nie mogła. Tamci cały czas zmagali się z górnymi zamkami. Prawie zdołali je unieśćdo poło enia "otwarte", ale musieli się poddać. Abby opadła z głuchym hukiem, całym cię arem uwieszona na klamkach. Zamki znów się zatrzasnęły, lecz ścigają cy ponownie zaczęli szarpaćdrzwi. To dało jej chwilę wytchnienia. Puściła jedną z klamek - natychmiast ją przekręcili. Drzwi trzymał ju tylko jeden zamek, który te powoli ustępował. Abby zaczęła przegrywaćw nierównej walce. Wolną ręką sięgnęła po szczotkę. Podniosła ją do samego sufitu i wcisnęła mocno pomiędzy klamkę i drzwi. Klamka była teraz zablokowana przez trzonek szczotki. Mę czyźni z zewną trz naparli na drzwi z całej siły. Trzonek naprę ył się, ale wytrzymał. Abby cofała się powoli. Słyszała, jak klną po drugiej stronie stalowych drzwi, wyrzucają c z siebie potoki ostrych słów. Ale zablokowany zamek się nie poddawał. Odwróciła się i popędziła ciemnym korytarzem, nie mają c pojęcia, doką d biegnie. Mocowali się z klamką . Cośją zablokowało. Zdecydowali się poszukaćinnego wejścia. Ruszyli dalej korytarzem. Dwie próby przy kolejnych drzwiach dały ten sam rezultat. Drzwi były zablokowane od środka. Dotarli do oświetlonego bulaja. Zza ściany dobiegały jakieśgłosy. Mę czyzna z noktowizorem wychylił się ostro nie i zajrzał przez grube szkło do małej kabiny. W środku rozmawiali dwaj ludzie. Jeden z nich, odwrócony plecami do,.. okna, miał na sobie poplamiony olejem kombinezon. Zapewne ktośz maszynowni. Prześlizgnęli się pod bulajem i biegli dalej. Mniej więcej w połowie ten korytarz przecinał drugi, łą czą cy prawą i lewą burtę. Mówiono o tym podczas szkolenia w oddziale komandosów. To główne przejście na statku. Często korzystają z niego członkowie załogi, by szybko przejśćna drugą burtę. Ale statek stał teraz u nabrze a, a na pokładzie znajdowało się kilku zaledwie marynarzy. Przejście było ciemne i wyglą dało na zupełnie puste. Po kilkusekundowym biegu znaleźli się na lewej burcie. Wrócili w stronę dziobu i po chwili znaleźli otwarte drzwi. Zniknęli wewną trz. Pierwszy wybuch rzucił Abby na kolana w ciemnym korytarzyku. Przejście oświetlił jaskrawy błysk ognia i nagle wszystkimi szczelinami gdzieśspod pokładu zaczą ł się wciskaćdym. Rozbrzmiały dzwonki i syreny alarmowe. Abby poderwała się na nogi, ale w tej samej chwili drugi wybuch rzucił nią o metalową ścianę. Poczuła ostry ból w barku. W uszach dzwoniło jej od fali uderzeniowej, która w końcu

przewróciła ją na podłogę niczym szmacianą lalkę. Le ała ogłuszona, jak sparali owana. Przestała myśleć. ar biją cy spod metalowego pokładu zaczą ł otulaćją miłą kołdrą ciepła. Przed oczyma Abby zaczęły tańczyćobrazy jak z filmu puszczonego w przyspieszonym tempie. Balansowała na mrocznej granicy świadomości. Dr ą c z wyczerpania, próbowała sobie przypomniećchwilę, w której wykluła się w niej myśl, by ukryćswoją prawdziwą to samość. Co ją opętało, e się na to zdecydowała?... Abby Chandlis zbli ała się do wieku średniego. Jak prawie ka da kobieta umierała ze strachu, e nie zestarzeje się ładnie. Odbicie, jakie ujrzała w lustrze tego ranka, wcale nie zmniejszyło jej obaw. Fryzura wyglą dała jak krajobraz po przejściu trą by powietrznej - ka dy włos sterczał w inną stronę. £adnym rysom twarzy nie mo na było niczego zarzucić, ale pod oczyma zaczęły pojawiaćsię pierwsze zmarszczki. To z przepracowania. Abby miała metr sześćdziesią t pięćwzrostu, ładną figurę i zbli ała się do wieku średniego z szybkością pędzą cego ku Ziemi meteorytu. Była zresztą przeświadczona, e czeka ją podobny koniec. W społeczności, dla której młodośćjest religią państwową , czuła się jak ofiara przeznaczona na stos. Jakby tego było mało, wyglą dało na to, e spóźni się do pracy. W mdłym świetle lampki nocnej Abby przetrzą sała szafę w poszukiwaniu czegośdo ubrania. Chwyciła pierwszy z brzegu ciuch, który wydał jej się ciepły i długi. Nie miała dzisiaj adnych rozpraw, tylko papierkową robotę za biurkiem. Wsunęła przez głowę prostą wełnianą sukienkę, a na grube czerwone skarpetki wło yła jesienne buty. Nie był to ostatni krzyk mody, ale taki strój skutecznie chronił przed zimowymi wiatrami na zachodzie stanu Waszyngton. Niemal czterdzieści minut zajęło jej przebycie w porannych korkach jedenastu kilometrów, jakie dzieliły dom od biura. Gnieździła się w maleńkim pokoiku na siedemnastym piętrze drapacza chmur sterczą cego ze wzgórza nad Zatoką Elliota. Patrzą c na południe mogła podziwiaćze swego okna wie owce Seattle. Wystarczyło przytkną ćtwarz do szyby, by dojrzećw oddali fragment Space Needle. Kiedy zaczęła układaćna biurku jakieśpapiery, odezwał się interkom. - Słucham? - Jakaśkobieta do ciebie. - Przecie mówiłam, e nie ma mnie dla nikogo. - Ona bardzo nalega. Chodzi o jaką śksią kę. Nagle Abby poczuła, e krew odpływa jej z twarzy. Komu chciałoby się fatygowaćdo niej do biura? - Co to za kobieta? - Nie podała mi nazwiska. Mam zapytać? Abby namyślała się przez chwilę. - Nie. Daj mi dwie minuty, a potem ją tu przyślij. - Abby nie chciała, eby w firmie zaczęli gadaćo ksią ce. Popatrzyła na siebie i dotarło do niej, e nie jest odpowiednio na taką okazję przygotowana. Z drugiej szuflady biurka wycią gnęła lusterko i szminkę. Kilka sekund później rozległo się ciche pukanie. Abby wrzuciła szminkę i lusterko z powrotem do szuflady. - Pani Chandlis? - Nie przypominała sobie głosu kobiety, która zadała to pytanie, a mimo to na jego dźwięk dostała gęsiej

skórki. - Tak. Nieznajoma była wysoka, dobrze ubrana i miała drogą skórzaną aktówkę. Wycią gnęła rękę. - Nazywam się Carla Owens. To z moją agencją rozmawiała pani w zeszłym tygodniu. Abby rozdziawiła usta ze zdumienia. Stała i patrzyła tępo na Carlę Owens, dopiero po dłu szej chwili zebrała myśli. - Ach tak, pamiętam. - Uśmiechnęła się szeroko. W końcu niezdarnie wytarła rękę o sukienkę i podała ją gościowi. - Mo emy tu porozmawiać, czy przejdziemy gdzieśindziej? - zapytała Owens. - Mo emy zostaćtutaj. Proszę usią ść. - Abby wskazała jedno z krzeseł, które zazwyczaj zajmowali klienci. Była zdenerwowana. ałowała, e nie ma dziś adnej rozprawy w są dzie, bo wtedy na pewno ubrałaby się lepiej. Z pewnością wyglą da fatalnie. Wczesne pasemka siwizny na skroniach, długa, luźna sukienka i cię kie buty - wypisz, wymaluj mamuśka z małego domku na prerii. Przygładziła włosy w nadziei, e mo e to w jakimśstopniu poprawi wra enie. - Pewnie są dzi pani - odezwała się Carla Owens - e to szaleństwo jechaćtu taki kawał drogi, zwłaszcza po telefonie z mojej agencji? Abby nie odpowiedziała, ale nieznacznie skinęła głową , dają c do zrozumienia, e podobna myśl przeszła jej przez głowę. W najdzikszych fantazjach nie wyobra ała sobie, e Carla Owens zjawi się tu osobiście. Pięćdni temu ktośzjej agencji zadzwonił do Abby w poszukiwaniu Gablea Coopera. Abby odparła, e Cooper wyjechał. Obiecała przekazaćmu wiadomośćpo powrocie. Liczyła, e w ten sposób zyska trochę czasu, co najmniej tyle, by znaleźćCoopera. Ale teraz mechanizm, który sama uruchomiła, zaczynał wymykaćsię jej spod kontroli. Abby nie miała ju drogi odwrotu. Carla Owens była jednym z najbardziej wpływowych agentów literackich w Nowym Jorku. Dokonywała marketingowych cudów ze słowem pisanym. Przez jej ręce przechodziły najbardziej lukratywne kontrakty na świecie. Reprezentowała prezydentów, autorów romansów, a ostatnio nawet papie a. Mówiło się zresztą artobliwie, e łatwiej o audiencję u Ojca świętego ni u wielkiej Carli Owens. Z jej aktówki wystawała paczka, którą Abby dobrze znała - wielka koperta . Przebyła tysią ce kilometrów i nosiła ślady zu ycia. - Po prostu przeje d ałam w pobli u. Pomyślałam więc, e wpadnę do pani. - Doką d się pani wybiera? - zapytała Abby. - Byłam w Los Angeles. Rozumie pani, interesy. A teraz wracam do Nowego Jorku. Pojęcie "w pobli u" oznaczało dla Owens trójką t pokrywają cy swym zasięgiem niemal cały kraj. Abby doskonale wiedziała, e Carla Owens na gwałt szuka Gablea Coopera. - Pomyślałam sobie, e zaryzykuję i wpadnę do pani - powtórzyła Owens. Rozejrzała się dookoła, jakby spodziewała się ujrzećślad mę czyzny. - Nie wiedziałam, e jest pani prawnikiem.

- No tak, chyba zapomniałam o tym wspomnieć. - Pan Cooper jest pani klientem? - Tylko znajomym. Najwyraźniej ją to zadowoliło. - Jest w mieście? - Nie. Mówiłam ju przez telefon, e podró uje. - Liczyłam, e mo e do tej pory wróci. - Przykro mi, e nadło yła pani drogi na darmo - odparła Abby. - Ale mówiłam przecie państwu, e zadzwoni do was zaraz po powrocie. Owens westchnęła głęboko, jakby całą tę drogę przebyła na marne. Oparła łokcie na biurku i uśmiechnęła się miło. - Mo e napije się pani kawy? - zapytała Abby. - Przynajmniej tyle mogę zaproponować. - świetnie. Abby wyszła z pokoju i przyniosła dwa kubki z kawą . Owens zdą yła ju wyją ćz teczki przesyłkę i poło yćją na biurku przed sobą . Zawartośćwcią znajdowała się w jasnoczerwono - niebieskiej kopercie, w której Abby wysłała ją blisko dwa tygodnie wcześniej. - To wprost niezwykłe - powiedziała Owens. Spojrzała na Abby. - Absolutnie niepojęte, jak mę czyzna mo e pisaćtak sugestywnym językiem. No i sposób, w jaki wciela się w duszę kobiety - cią gnęła przewracają c oczyma. - Koniecznie muszę się z nim skontaktować. Im wcześniej tym lepiej. Owens nie była pewna, ile mo e powiedziećtej kobiecie. Jak zwykle obowią zywała zasada, by mówićjak najmniej. Kredo ka dego agenta. - Rozumiem, e pan Cooper poprosił, by wysłała pani maszynopis do mnie? Abby przełknęła ślinę. W jej pojęciu to, co się teraz działo, było literackim : odpowiednikiem wojny a na ka dej wojnie prawda bywa pierwszą ofiarą . - Tak - potwierdziła. ,- Skoro pani go nie reprezentuje, to, jeśli mogę zapytać, jakie łą czą państwa stosunki? - Czasami cośdla niego przepisuję. Trochę redaguję. Niekiedy rozmawiamy o ró nych pomysłach. Owens macała na oślep. Próbowała wybadać, czy Abby zajmuje w yciu Coopera wa ne miejsce. Skoro nie była jego prawnikiem, to kim, u licha, mogła być? Zmierzyła ją wzrokiem. Abby zbli ała się do czterdziestki, ale trudno było jej odmówićatrakcyjności. Najwyraźniej nie zadawała sobie zbyt wiele trudu, by podkreślaćswą urodę. Przed oczyma Carli Owens zaczą ł pojawiaćsię coraz wyraźniejszy obraz: wspólne redagowanie, od czasu do czasu masa pleców. Po długich pracowitych nocach mogli zasypiaćw jednym łó ku. Tak, niewykluczone, e są kochankami. - A więc pani z nim współpracuje? - No, a tak to bym chyba tego nie nazwała. Owens uśmiechnęła się, ale widaćbyło, e intensywnie myśli. - Powiedzmy, e jesteśmy dobrymi znajomymi - cią gnęła Abby. - Spędzamy razem sporo czasu. Kiedy wyje d a, mówi mi, doką d się udaje i zwykle do mnie wraca. - Rozumiem. - Nagle usta Carli wygięły się w uśmiechu. Z tą Abby nale ało trzymaćsztamę. Mo e jednak nie przyjechała tu na darmo. Jeśli jej, Carli, nie uda się przekonaćCoopera, będzie mo na posłu yćsię jego przyjaciółką .

Popijały kawę mierzą c się nawzajem wzrokiem. - Czy pani wie, gdzie teraz przebywa pan Cooper? - Owens liczyła na to, e sama będzie mogła go poszukać. - Ostatnio był w Meksyku. - To wielki kraj. - Gdzieśnad Cancun. To ju bardziej precyzyjnie. Spytaćo nazwę miasta? Carla Owens nie wiedziała, czy mo e zaryzykować. - Wypoczywa w jakimśkurorcie? - Nie. Gable nie znosi takich miejsc. Dra nią go ludzie sma ą cy się na cemencie wokół basenów. Ucieka od tłumu. Teraz kręci się gdzieśpo Jukatanie i pewnie toruje sobie drogę maczetą . - To z pewnością wyklucza jakikolwiek kontakt. Owens upiła łyk kawy i zastanawiała się nad kolejnym pytaniem. - Co on tam robi? - Zbiera materiał do następnej ksią ki. - Pracuje nad następną powieścią ? Abby skinęła głową . - Taką jak ta? - Owens dotknęła paczki le ą cej przed nią na stole. Abby ponownie przytaknęła. - Koniecznie muszę z nim porozmawiać- powiedziała z naciskiem Owens. -Czy mo na się z nim jakośskontaktować? Mo e wieczorem? Z przyjemnością przedłu ę podró . I zapłacę za rozmowę. Abby pokręciła głową . - Nie. To strata czasu. eby do niego dotrzeć, trzeba by wykonaćcałą serię telefonów. Zresztą najprawdopodobniej przebywa teraz w okolicy, gdzie w ogóle nie ma telefonu. Poza tym nie lubi, kiedy przeszkadza mu się w czasie pracy. - Proszę mi uwierzyć, kiedy usłyszy, co mam mu do powiedzenia, nie będzie miał mi za złe, e mu przeszkadzam. Wręcz przeciwnie. Abby spojrzała na agentkę znad krawędzi kubka z kawą . - Czy by jakiśwydawca zainteresował się maszynopisem? - Oto prawnik w akcji. - Mo na to tak określić. Ale szczegóły muszę przekazaćpanu Cooperowi osobiście. - Rozumiem. - Abby pokpiła sprawę. Odeszła od swego pierwotnego planu. Owens zaskoczyła ją zjawiają c się dzisiaj w biurze. Gdyby była adwokatem Coopera, mogłaby ą daćod agentki szczegółów propozycji. Ale Owens wyczuła ju , e Abby go nie reprezentuje. Abby poczuła się jak po odmowie wydania klucza do jej własnej skrytki w banku. Jeśli chce przekonaćsię co jest w środku, musi znaleźćGable a Coopera. - Czy on często to robi? - zapytała Owens. Abby posłała jej pytają ce spojrzenie. - Czy pan Cooper często wyje d a? - Czasami. - A zazwyczaj na jak długo? - To zale y. Czasami miesią c, czasami dłu ej. Owens mruknęła cośpod nosem. Zabrzmiało to zaskakują co podobnie do , cholera". ,

- Ktośmusi miećz nim kontakt. - Owens powinna zostać prawnikiem. Ka da odpowiedź rodziła następne pytanie. - A gdyby zdarzył się wypadek? Czy on ma jaką środzinę? Abby popatrzyła w górę i zaczęła rozmyślać. W końcu wzruszyła ramionami. - Zdaje się, e ma siostrę gdzieśw Kalifornii, ale rzadko o niej wspomina. -Jednego Abby nie mo na było odmówić: zdolności do kreacji. - Zna pani mo e jej nazwisko albo numer telefonu? Abby pokręciła głową . - Cooper na pewno ma jej telefon w swoim notesie. - Owens wyraźnie sugerowała wtargnięcie do prywatnego lokum Coopera. - Wszystkie notatki, łą cznie z numerami telefonów, Gable trzyma na świstkach papieru poutykanych po kieszeniach. Organizacja nie jest jego najsilniejszą stroną . Owens przyjęła to za dobrą monetę. - Czy on naprawdę się nazywa Gable Cooper? Abby zastanawiała się przez chwilę, po czym odparła: - To pseudonim literacki. - Wzruszyła ramionami. - Uwielbia stare filmy. Złoty wiek Hollywoodu. Gable i Cooper to jego ulubieni aktorzy. - Wykrzywiła twarz w grymasie. - Dziecinada, ale co mogę na to poradzić? ? - Tak te są dziłam. Jak brzmi jego prawdziwe nazwisko - No nie! - Abby zaczęła potrzą saćgłową , najpierw delikatnie, a potem z coraz większym przekonaniem. - Tego nie mogę pani powiedzieć. Muszę się z nim najpierw porozumieć. Na pewno byłby na mnie wściekły, gdybym pani powiedziała. Owens sprawdzała ju w "Books in Print" i w wielu innych źródłach, czy nazwisko Gablea Coopera pojawiło się na okładkach innych ksią ek. Nie pojawiło się. Opór Abby zdawał się potwierdzaćteorię, jaką Owens sobie wymyśliła, dlaczego autor chce pozostaćanonimowy. Jeśli słusznośćteorii się potwierdzi, maszynopis oka e się warty znacznie więcej, ni ktokolwiek by przypuszczał. - Mo e mi pani cośo nim opowie? - Owens grała na czas. Liczyła te , e Abby przypadkiem z czymśsię wygada. - A o czym tu mówić? - Ile ma lat? Czy jest przystojny? ChoćOwens tego nie dostrzegła, w oczach Abby na chwilę zaczaił się chłód i ciemność. Agentka wkroczyła na niebezpieczny obszar. Teraz Abby miała pewność, e postą piła słusznie. - Czy to takie wa ne? - Proszę mnie źle nie zrozumieć. Ksią ka jest cudowna. Z pewnością uda się znaleźćwydawcę, który podejdzie do niej z entuzjazmem. - Ale jeśli Gable jest przystojny, ksią ce na pewno to pomo e - dokończyła Abby. Twarz Owens wyra ała tysią ce emocji, które składały się w jedno wielkie "tak".

- To dośćistotna sprawa w przypadku wystą pień w telewizji i drukowanych reklam. Uroda pomaga - wyjaśniła. - Proszę mnie źle nie zrozumieć, nas interesuje przede wszystkim talent, a ksią ka się świetnie czyta... - Ale autor przystojniaczek nie zawadzi. Abby znów dokończyła zdanie, okraszają c je na koniec uśmiechem w stylu "między nami kobietami". Ubiera się jak wiejska dziewczyna, ale inteligencji na pewno jej nie brakuje. Mina Owens wyra ała uznanie. Agentka mrugnęła do Abby znad kubka i obie wybuchnęły śmiechem. - Wie pani, sama dokładnie nie wiem, ile on ma lat. Nigdy się nad tym nie rozwodził. Kilka razy organizowaliśmy dla niego przyjęcia urodzinowe, ale nigdy nie chciał zdradzić, ile świeczek mamy ustawićna torcie. - Prawie jak tajemnica państwowa - za artowała Owens. - Proszę to raczej zło yćna karb pró ności - odparła Abby. - Ale jak pani ocenia, pięćdziesią t? - Owens zanurzyła stopy w jeziorze niepewności liczą c na to, e nie będzie musiała wchodzićdoń głębiej. - Nie. Nie. Późna trzydziestka, najwy ej wczesna czterdziestka. Na twarzy agentki widaćbyło ulgę. - Był ju onaty? - Wcią brodziła przy brzegu. - Dwa razy. - Oznaczało to, e co najmniej dwie kobiety uwa ały go za atrakcyjną partię. - Przystojny? - Owens w końcu zdecydowała się na krok w kierunku głębi. - Jak diabli. Kiedyśnawet był modelem - odparła Abby. Oczy Carli Owens przypominały dwa ogromne spodki. - Ma pani jakieśzdjęcia? Abby bezmyślnie wpędziła się w kolejną pułapkę. - Na pewno są jakieśzdjęcia, aleja niestety ich nie mam. Jestem pewna, e po powrocie do domu z radością wyśle je do pani. Owens nalegała na jakieśszczegóły. - Ciemne włosy. Wzrost około metra osiemdziesięciu -- zaczęła Abby. - Prawie jak Ken, ten od Barbie. - Z tą ró nicą e Ken nie wyglą da groźnie. - Ach... - Poza tym jest elokwentny. Wyra a się bardzo precyzyjnie - mówiła dalej Abby. - Mówi tak, jak pisze? - dopytywała się Owens. - Mo na tak powiedzieć. Twarz agentki wyra ała coraz większe zadowolenie. Jak się w końcu okazało, nie odbyła tej podró y na marne. - Nie mogę się doczekać, kiedy go zobaczę. - Interesuje panią , e tak powiem, Gable Cooper z krwi i kości - rzekła Abby. - Otó to. Roześmiały się obie. Tym razem Abby śmiała się nieco głośniej. Owens zabrnęła w ślepą uliczkę. Nie ma Coopera i nie ma sposobu, by się z nim skontaktować. Jest tylko ta kobieta, z której te trudno cośwydobyć. - Abby. Mogę mówićdo ciebie Abby? - Owens wycią gnęła nagle rękę nad blatem biurka, jakby chciała podkreślićpowagę chwili. - Są dzę, e co nieco słyszałaśo mojej agencji. Jako prawnik na pewno musiałaśsię na nas natkną ć.

W rzeczywistości Abby wiedziała bardzo du o. Wszystko, co mo na znaleźćw Internecie. Wiedziała na przykład, e agencja Owens i Wspólnicy jest powią zana z agencjami aktorskimi w Hollywood, które w swej stajni mają najbardziej kasowe gwiazdy filmowe. Masowa rozrywka przypominała ostatnio wielki zbiorowy posiłek serwowany w zestawach przez agencje, które sprawowały kontrolę nad ka dym elementem tej bran y. Jeśli ju komuśudało się wedrzećdo tego kręgu, mógł sobie spokojnie poszukaćkrzesła i przysią śćsię do stołu. Maszynopis nie trafił do agencji Owens i Wspólnicy przez przypadek. - Cośtam słyszałam - skłamała Abby. - Jesteśmy bardzo wybredni. Obsługujemy niewielu klientów. Zwykle zajmuję się nie więcej ni dziesią tką . Wszyscy to wielkie tuzy. - Rzuciła kilka nazwisk autorów, którym wystarczyło kichną ć, by zarazićkatarem całą bran ę wydawniczą . -Zazwyczaj zajmujemy się tylko tymi, którzy mają ju na swym koncie jakieśsukcesy. Przynajmniej trzy lub cztery bestsellery. - To musi byćprzyjemna praca - stwierdziła Abby. Owens uśmiechnęła się. Obie rozumiały się w lot. - Nasze kontakty i wpływy mojej agencji umo liwiają tym autorom osią gnięcie kolejnej fazy rozwoju. - Owens miała na myśli literacką stratosferę, gdzie sprzeda ksią ek i sumy na kontraktach za ich filmowanie rosły w postępie geometrycznym. - Do czego zmierzam? Są dzą c na podstawie tego, co przeczytałam - poklepała kopertę na biurku - moglibyśmy zapewnićtwojemu znajomemu silną pozycję w bran y. - Podniosła brew oczekują c na odpowiedź. - Rozumiem. - Abby siedziała i popijała kawę, rozmyślają c nad szczęśliwym dla jej znajomego zrzą dzeniem losu. "Silna pozycja", to brzmi dumnie. Owens szukała czegośw teczce. - Od jutra będę w biurze w Nowym Jorku. - Sięgnęła ponad biurkiem i wcisnęła Abby do ręki kilka wizytówek, jakby liczyła na to, e Abby wytapetuje sobie nimi ściany, eby nie zapomnieć telefonu do agencji. - To mój numer. - Owens wskazała cią g cyfr na jednym z kartoników. - Czy będziesz w stanie szybko odszukać Coopera? Czas jest na wagę złota. Mamy ju pewne propozycje i jeśli nie będziemy działaćszybko, okazja przejdzie nam koło nosa. Rozumiesz? Tak naprawdę Owens martwiła się tylko o swoją okazję. Chciała ubiec stado rekinów, innych agentów, którzy z całą pewnością nadcią gną zgrają , kiedy tylko rozejdzie się wieść, e Cooper nie ma jeszcze swojego agenta. - Mogę spróbować- odparła Abby. - Nie próbuj. Postaraj się dobrze. Musisz go znaleźć. To bardzo wa ne, bo mo e zawa yćna jego karierze. Na całym yciu. Od tej chwili pracujemy razem, Abby. Ty i ja. Ty go odszukasz, a ja zostanę jego agentką . No tak, pomyślała Abby, a gdzie moja prowizja? Gdyby Owens miała teraz jakiśkawałek ubrania Coopera, z pewnością dałaby jej do pową chania i kazała ruszaćza tropem. - Na pewno wróci - uspokajała agentkę. - Zapewne, ale jeśli będzie ju za późno? - Mo e zdradziłabyśmi, o co chodzi? Ile mam czasu? - Ka da chwila się liczy. Nic więcej nie mogę powiedzieć. Ale uwierz mi, to będzie największy interes jego ycia. Mam nadzieję, e mnie rozumiesz.

Ochłoną wszy z podniecenia, Owens zapięła teczkę i wstała z krzesła. - To bardzo wa ne. Na pewno rozumiesz. - Potrzą snęła ręką Abby i ruszyła do drzwi. Kiedy sięgnęła do klamki, odwróciła się i posłała Abby promienny uśmiech. - Ten twój Cooper zapowiada się fascynują co. Nie mogę się doczekać, kiedy go poznam. Wyszła i nie słyszała ju odpowiedzi Abby: - Ja równie , kotku. Jack stał przed lustrem w łazience w pobli u gabinetu i pocierają c dołek na podbródku wpatrywał się w ciemne odbicie. Było w nim cośniepokoją cego. Na jednej ze skroni z burzy ciemnych włosów wymknęło się pojedyncze siwe pasemko. W tym wieku mógł miećtakich pasemek znacznie więcej, ale wiódł ycie doskonałe pod ka dym względem. Teraz wszak e liczyło się tylko jedno. Stał nagi od pasa w górę. Był szczupły i dobrze umięśniony. Jego opalenizna przybrała na intensywności po pięciodniowym wypadzie na Bahamy, którym chciał zdławićból i zgorzknienie po cią głych pora kach. Gorą ca pla a i ciepło słońca zawsze potrafiły go podnieśćJacka na duchu w cię kich chwilach. A do tego te młode dziewczęta w ską pych bikini... Teraz jednak wrócił do Coffn Point i do prawdziwego ycia, które w jego wyobra eniu stało się jednym wielkim nieszczęściem. Wyrwał siwy włos ze skroni, wrzucił do umywalki. Staną ł na wadze. Stracił ponad kilogram. Zawsze chudł w tropiku. ycie wcale nie jest sprawiedliwe, a on , zbyt często korzystał z jego uroków. Z dziką satysfakcją myślał, e nawet jeśli trafi do piekła (co, zwa ywszy na jego yciorys, wcale nie było takie nieprawdopodobne), to w panują cym tam upale będzie mógł się zrelaksować, uwieśćnajatrakcyjniejsze kobiety, a na dodatek jeszcze trochę schudnie. Zerkną ł na fosforyzują cą tarczę swego zegarka dla płetwonurków. Wpół do ósmej. Ogolił się, przyczesał włosy, wło ył koszulkę polo i zaczą ł się przechadzaćprzed oknami w gabinecie. W oddali, za podwórkiem i mokradłami, przez kręte kanały płyną ł dwumasztowy kecz. Dzięki silnikowi nie poddawał się przypływowi i suną ł w stronę Hilton Head. Jack spojrzał na podwórko i obła ą ce z białej farby sztachety, które odgradzały teren posesji od mokradeł. Stara wiejska posiadłośćpamiętała lepsze czasy. Jack miał pienią dze na remont brakowało mu woli do działania. Podszedł do biurka. Pośrodku blatu obitego na brzegach skórą blatu le ał list. i Otwarta od góry koperta miała poszarpane brzegi. List przyszedł wczoraj rano i w cią gu ostatnich dwóch miesięcy była to ju pią ta taka odpowiedź. Podniósł kartkę i jeszcze raz przeczytał skromne pięć wierszy, którymi była zadrukowana. Idą c w stronę drzwi i schodów, starannie ją zło ył i umieścił na powrót w kopercie. W korytarzu zatrzymał się na chwilę, by z szuflady zabytkowego sekretarzyka wyją ćdziewięcio milimetrową berettę. Pogrzebał głębiej w szufladzie i znalazł magazynek wypełniony piętnastoma nabojami. Wsuną ł magazynek w kolbę pistoletu i wetkną ł berettę za pasek spodni na plecach. Teraz ju bez namysłu ruszył korytarzem, miną ł kuchnię i wyszedł tylnymi drzwiami na podwórko.

Owiewany morską bryzą przemierzył trzydzieści metrów między domem a tarasem, na którym stały krzesła i stoły z parasolami. Przebył kolejne piętnaście metrów dzielą ce go od płotu i zatrzymał się jak w malignie. Czuł, jak stru ka potu ścieka mu z włosów na szyję i dalej po plecach. Patrzył na majaczą cy w oddali jacht. Przez dłu szą chwilę stał bez ruchu. Rękoma opierał się o białe sztachety, zatopiony we własnych myślach. Nagłe, niemal bezwiednie wsuną ł kopertę w szczelinę między zwieńczeniem płotu a jedną ze sztachet. Wolny koniec koperty powiewał na wietrze. Jack wpatrywał się weń jak w transie, po czym powoli zaczą ł się odsuwaćod płotu, byle jak najdalej od złych wiadomości zawartych w liście. Kiedy znalazł się na tarasie, sięgną ł po zatknięty z tyłu pistolet. Poło ył go na stoliku, osuną ł się na jedno z krzeseł i wpatrywał tępo w siną dal. Siedział tak bez ruchu przez ponad pięćminut. W końcu sięgną ł po pistolet i kciukiem odwiódł bezpiecznik, odsłaniają c czerwone kropki po obu stronach pistoletu. Wprowadził pocisk do komory. Ostro nie zbli ył muszkę do twarzy, tak e mógł zasłonićjęzykiem biały punkt widoczny w szczerbince. W mgnieniu oka wycelował i szybko oddał pięćstrzałów. Spłoszone ptaki z okolicznych drzew frunęły w niebo. Jack poprawił broń i wystrzelił jeszcze dziesięćrazy, opró niają c w ten sposób magazynek. Piętnaście metrów dalej skrawki przestrzelonego papieru spadły na ziemię, gdzie dołą czyły do rosną cej kupki fragmentów kopert, które skończyły w podobny sposób. Na skrawkach widaćbyło kawałki emblematów i nazw kilku wydawców ksią ek. Strzelają c do listów odmownych, Jack starał się zawsze trafićw logo firmy umieszczone po lewej stronie koperty. * * * Masz chwilkę? - spytała Abby zaglą dają c do gabinetu. Morgan Spencer siedział za wielkim dębowym biurkiem, którego blatu nie kalał aden przedmiot. Opuścił czytany właśnie dokument, podsuną ł okulary na czoło. - Wejdź i zamknij drzwi. - Sięgną ł do biurka po sporą kupkę kartek spiętych gumową taśmą .- Mo e powiem cośbanalnego, ale przez ciebie zarwałem nockę. - I co o tym myślisz? - Niezłe. Spencer był jednym z jej nielicznych arbitrów: Sam wprawdzie nie potrafił pisać, ale miał niezłe wyczucie. - Co to za gośćten Cooper? - O tym właśnie chciałam z tobą pogadać. Morgan miał w oczach iskrę i w ka dej chwili potrafił błysną ćdowcipem. Uwielbiał irlandzkie limeryki i wszystkie filmy z Peterem OToolem. Abby uwa ała zresztą , e w Morganie jest cośz OToolea. Morgan był starszy od niej o osiem lat wiekiem, ale rozwagą - o całe pokolenie. Traktowała go jak spowiednika i wujka, którego nigdy nie miała. Pracowali razem nad kilkoma sprawami. Atmosfera w kancelarii stawała się coraz bardziej nieznośna, a Morgan wzią ł ją pod swe opiekuńcze skrzydła i bronił przed zatrutymi strzałami zazdrosnych i chorobliwie ambitnych kolegów z pracy.. Kłopot w

tym, e. Ostatnio Morgan nie bardzo mógł kogokolwiek chronić, nie wyłą czają c siebie samego. Firma wpadła bowiem w gorą czkę oszczędności i redukcji personelu. Abby zauwa yła, e Spencer przeglą da zasady zarzą dzania kancelarią , zwane popularnie "Księgą ". Była to po prostu umowa spółki, precyzują ca wewnętrzne mechanizmy w niej obowią zują ce. - Cośsię stało? - Nic takiego, miałem starcie z Cutlerem. Lewis Cutler był Murzynem, nowym wspólnikiem zarzą dzają cym w kancelarii. Na to stanowisko wyniosła go grupa młodych ambitnych członków zarzą du, zdecydowanych za wszelką cenę wydusićz firmy jak największy zysk. Z poparciem doradców do spraw zarzą dzania i błogosławieństwem udziałowców kancelarii został osobą odpowiedzialną za kontakty z personelem firmy, którego część nale ała do najrozmaitszych mniejszości etnicznych. W ten sposób wyrzuceni z pracy nie mogli protestować, e u podstaw zwolnienia le ały uprzedzenia rasowe. - Ten palant chce mi obcią ćpremię - alił się Spencer. - Uwierzyłabyś? Przez dwadzieścia lat obiecywali mi stanowisko wspólnika. Te zasady miały byćniezmienne. O proszę. - Pokazał palcem jedną ze stron. - Pro rata, udział proporcjonalny. Tak tu napisali czarno na białym. Chyba umiem czytaćpo angielsku. - Morgan, przecie pro rata to po łacinie. - Właśnie to mnie najbardziej irytuje u prawników. Ta chorobliwa dbałośćo szczegóły. Zbli ają cy się do czterdziestki członkowie kasty rzą dzą cej teraz firmą pochodzili z jednej uczelni - Uniwersytetu Stanu Waszyngton. W interesach działali jak bractwo. Trzymali się razem i nie dopuszczali do swego kręgu obcych. Pró no było szukaću nich łagodności. Podobnie jak Abby, Spencer studiował w innym stanie. Przepracował w firmie ponad dwadzieścia lat. Ludzie, z którymi zaczynał pracę, dawno ju byli na emeryturze lub odeszli z kancelarii. No i zmieniły się reguły ekonomiczne rzą dzą ce bran ą prawniczą . Pielęgnowana przez te dwadzieścia lat działka Morgana sprawy z zakresu prawa morskiego - nie nale ała dziśdo najbardziej rentownych: - Nie nazywam się Spencer, jeśli im na to pozwolę. Mam dla tego drania niespodziankę. - Mówił o Cutlerze. - Tyle e on jeszcze niczego się nie spodziewa. Spencer nie był cholerykiem, a nawet jeśli, to doskonale się z tym krył. I tym razem nie denerwował się bardziej ni zwykle. Trochę poczerwieniał na twarzy i stukał palcem w biurko. Zwykle był układny i cichy. Abby nigdy mu się nie naraziła, więc nie miała okazji poczućjego ą dła, ale kilka razy widziała, jak zaprezentował je na sali są dowej. Bałamucił ofiarę uprzejmym uśmiechem i dopiero wówczas zadawał cios. - Mo e przyjdę później? - zaproponowała. - Nie, nie. Co cię gryzie? - Mo e jednak przyjdę później, masz swoje problemy... - Zgadza się, ale twoje są zawsze mniejsze. Bo e, ale ty dzisiaj szałowo wyglą dasz. Mo e się do mnie przeprowadzisz, a ja zapewnię ci godziwe ycie? -Morgan artował, ale tylko trochę. Uśmiechnęła się, a on puścił do niej oko. W tym cały szkopuł. Morgan od samego począ tku liczył na coświęcej ni przyjaźń. Abby nigdy.

Ju na począ tku kariery wycofała się z wyścigu o stanowisko wspólnika w firmie. W liceum uwielbiała literaturę, ale wszyscy znajomi powtarzali jej, e pisanie nie popłaca. Jako e o pracę było coraz trudniej, Abby zawarła pakt z diabłem i poszła na studia prawnicze. Teraz płaciła za to cenę. Coraz bardziej nienawidziła swojej pracy. Najlepsi prawnicy uwielbiali walkę. Stałe potyczki z drugą stroną w procesie, z sędziami, a niekiedy z własnymi klientami, u dobrego adwokata podnosiły poziom adrenaliny. U Abby wywoływały jedynie skręty ołą dka. Odpoczywała wieczorami, bo wtedy z wytrwałością misjonarki realizowała swoje marzenie. Pracowała na to ponad osiem lat i spod jej pióra wyszły trzy ksią ki. Wszystko to były dobre powieści, napisane z literackim zacięciem. Za jedną z nich zdobyła nawet nagrodę. Ksią ki wydała maleńka oficyna z Nowego Jorku, zyskały przychylne recenzje i pochwały od wydawcy. Brak promocji sprawił, e podzieliły los większości amerykańskiej literatury. Umarły w zapomnieniu na księgarskich półkach. Kiedy zaczęła się moda na ksią ki pisane przez prawników, wszyscy znajomi namawiali ją , by napisała prawniczy thriller. Ci sami znajomi radzili jej, by studiowała prawo. Tym razem Abby ich nie posłuchała. Pisanie było dla niej ucieczką od prawniczej praktyki. - Chodziłeśw zeszłym roku na to seminarium o własności intelektualnej i prawie w bran y rozrywkowej? - zapytała. - Tak, na uniwersytecie stanowym w Kalifornii - skiną ł głową . - Wysyłają mnie w najprzedziwniejsze miejsca. Cutler jedzie sobie na cztery dni do Belize na seminarium o podatkach i wraca na pokładzie luksusowego jachtu. A mnie zsyłają na dwa dni do Los Angeles. - Chciałbyśmo e klienta? - Pytanie. - Zerkną ł przez ramię, wcią szukają c odpowiednich materiałów. -Wiem, e gdzieśje tu mam. - Obrócił się na krześle i zaczą ł przekopywaćprzez szuflady szafki, którą miał za plecami. - Podręcznik i kilka ksią ek. A co konkretnie cię interesuje? - Zastrze enie prawa autorskiego. Nigdy jeszcze tego nie robiłam. - E, tyle to jeszcze potrafię. - A robiłeśto ju kiedyś? - Wystarczy prosty formularz - odparł Morgan. - Chyba nawet mam go gdzieśw tych szpargałach. A dla kogo to? - Dla mnie. Uniósł brwi. ? - Wróciłaśdo pisania Skinęła głową . - No to świetnie. - Ponownie zają ł się szufladami. - ałuję, e nie mam takiego talentu jak ty. Wypisujesz kłamstwa i jeszcze ci za to płacą . Ja opowiadam kłamstwa w są dzie. To się nazywa krzywoprzysięstwo. - To nie kłamstwa, Morgan. To fikcja literacka. - Aha. Przed rokiem oficyna, która opublikowała ksią ki Abby,

została przejęta przez większe wydawnictwo. W reorganizacyjnym zamieszaniu zwolniono zajmują cego się nią redaktora i odrzucono jej kolejny maszynopis. Podano przy tym całą gamę wymówek, które zmierzały do jednego - w bran y wydawniczej stała się towarem u ywanym, nazwiskiem naznaczonym piętnem pora ki. Dzisiaj na rynku księgarskim lepiej byćzupełnie nieznanym autorem, który jeszcze nie pową chał farby drukarskiej, ni dopuścićsię grzechu śmiertelnego - wydania ksią ki, która nie dostała się na listę bestsellerów. Lista liczyła się przede wszystkim. Przesłanie było jasne. Abby musiała znaleźćdla siebie nową formułę. Jej były agent - samotna płotka z biurem w jednej z obskurnych kamienic na Manhattanie - zaniósł maszynopis do dwóch innych wydawców. Jeden sprawdził sprzeda poprzednich ksią ek Abby i podziękował. Drugi zwrócił się do niej z zaskakują cą propozycją - przed podjęciem decyzji chciał zobaczyćzdjęcie autorki. Nie wiedziała, co o tym są dzić. Agent wyjaśnił jej, e to coraz częstsza praktyka. Wydawcy, inwestują c du e pienią dze w ksią kę, chcą miećpewność, czy autor da sobie radę w serii wywiadów telewizyjnych, które czekają go na pewno, jeśli ksią ka chwyci na rynku. Nale ało te sprawdzić, czy dobrze się będzie prezentował w reklamach prasowych i na plakatach. A tak e upewnić się, e swoją podobizną nie zeszpeci obwoluty, pomyślała Abby. Nie podobało jej się to. Była ura ona, ale i przera ona. Nie mają c wyjścia, w końcu wysłała zdjęcie. Tydzień później maszynopis odrzucono. Oczywiście nie miała pewności, co się nie spodobało: ksią ka czy fotografia, ale u kobiety zbli ają cej się do wieku średniego poczucie niepewności ma ogromny wpływ na psychikę. W głębi duszy Abby dobrze wiedziała, co przesą dziło. - Przynajmniej jedno z nas robi to, co lubi - powiedział Morgan. - Przecie lubisz tę pracę. Zrzędzisz niemiłosiernie, ale to lubisz - odparła Abby. - I lubiłbym jeszcze bardziej, gdyby ktośpowyrzucał przez okna tych palantów. - Ta uwaga odnosiła się do Cutlera i jego paczki. Morgan szperał w szufladach, a Abby rozejrzała się po pokoju. W ką cie stała spora mosię na konstrukcja z rą czką i wskaźnikiem. Był to telegraf z maszynowni statku. Pochodził z jakiejśstarej jednostki, a ocalił go jeden z byłych klientów Morgana. Nawet rą czka telegrafu mówiła wiele o obecnym stanie kariery Spencera. Ustawiono ją w pozycji "Stop". - Myślałem, e zwykle sprawami prawa autorskiego zajmuje się wydawca... - Jeszcze nie mam wydawcy. - No to czemu nie zaczekasz, a ktośod ciebie kupi to dzieło? Niech oni się martwią papierkową robotą . - To trochę bardziej zło ona sprawa: Tę ksią kę napisałam pod pseudonimem - wyjaśniła. - Hę? - Jako Gable Cooper. - Ty to napisałaś? - Nie dziw się a tak. Ja naprawdę potrafię pisać. - Nie, nie, nie o to mi chodziło. Po prostu nigdy bym na to nie wpadł. Twoje poprzednie ksią ki były zupełnie inne. - Bez akcji, prawie bez fabuły - wpadła mu w zdanie. - No tak. Jest w tym trochę prawdy - przyznał Morgan. - Ale

ta po prostu przykuwa uwagę bez reszty. Kartki same się przewracają . Wcale nie artuję. Zarwałem dwie noce z rzędu, eby ją przeczytać. Byćmo e, uratowałaś ycie Cutlerowi. Gdy,. bym nie był taki skonany, pewnie dzisiaj rano udusiłbym sukinsyna. Roześmiała się. Jakiśczas później agent Abby znikną ł, przestał odpowiadać na telefony. Pozostawiło to trwały ślad w jej psychice. Pisanie dawało jej zawsze poczucie bezpieczeństwa. Miała talent. Nie liczył się wiek ani wyglą d zewnętrzny. Pewnym pocieszeniem było to, e pisaćmo na do późnej starości, bo istotne są jedynie myśli autora powią zane słowami i zdaniami. A teraz to poczucie bezpieczeństwa diabli wzięli. Ale Abby tak łatwo się nie poddawała. Była zła i wcale tego nie ukrywała. Pracowała w chimerycznej bran y literackiej, a mimo to trzymała się twardo i potrafiła zaryzykować. Zawsze to umiała. Ojciec zaszczepił w niej potrzebę niezale ności i wolę ryzyka. Tylko dzięki temu mogła pisać, spędzaćdługie wieczory nad czymś, co w końcu mogło okazaćsię całkowitą klapą . I właśnie te cechy popchnęły ją do tego szaleństwa. - Dlaczego nie pod własnym nazwiskiem? - dziwił się Morgan. - Mam swoje powody. - A jakie to? - To moje powody. Pokręcił głową . Abby zaczęła się zastanawiać, czy zwróciła się o pomoc do właściwej osoby. Nawet ktośzupełnie obcy nie zadawałby tylu pytań. - Przecie wydawca i tak załatwi kwestię praw autorskich dla siebie i dla ciebie. - Wiem, ale chcę miećoddzielny dokument na swoje nazwisko. Morgan przyglą dał się jej przez chwilę. - Chciałabym, ebyśzrobił to dla mnie prywatnie. - Abby chodziło o to, by Spencer nie odnotowywał tej usługi w aktach kancelarii. - Zapłacę ci. - Nie wygłupiaj się. - Znów zaczą ł szperaćw papierach szukają c dokumentów. Wreszcie spojrzał na nią . - Chocia właściwie mo esz mi zapłacić, Ale nie pieniędzmi. Chcę się dowiedzieć, dlaczego to robisz. Dlaczego u ywasz pseudonimu? .- Bo nie chcę, eby ktokolwiek się dowiedział, e ja to napisałam. - To doskonała ksią ka - rzekł Morgan. - To bezwstydnie komercyjne czytadło napisane bezwstydnie pod gusta masowego czytelnika - odparła Abby. - Dobrze o tym wiem. - Mówisz o niej jak o bękarcie - zdziwił się Morgan. - Mo e nie jest to dzieło najwy szych lotów, aleja na pewno nie potrafiłbym czegośtakiego napisać. Nie powinnaśsię wstydzić. - I się nie wstydzę. Mam po prostu swoje powody, eby się nie ujawniać. Mo emy na tym poprzestać? - W porzą dku, lecz wtedy zedrę z ciebie skórę za tę usługę. Abby skrzywiła się niemiłosiernie. - No dobrze, powiem ci. Ale to nie mo e wyjśćpoza ten pokój. Obiecujesz? - Zawieramy przecie normalną umowę jak klient z prawnikiem - odparł Morgan. - Ze wszystkimi szykanami. - świetnie. Nie zamierzam nikomu ujawniać, e napisałam tę

ksią kę. Ani agentowi, ani wydawcy, ani nikomu innemu. Jestem przekonana, e beze mnie ksią ka ma większe szanse na sukces. - Za nisko się oceniasz - stwierdził Spencer. - Nie ja. To oni. - Określenie "oni" odnosiło się do wielkich wydawnictw z Nowego Jorku. - Jeśli podpiszę rękopis własnym nazwiskiem, nikt tego nie kupi. A ju na pewno nikt nie zapewni ksią ce odpowiedniego marketingu. A ja chcę, eby dano jej szansę. - Ale w końcu przyjdzie taka chwila, e będziesz musiała się z nimi spotkać. Zdaje się, e zazwyczaj chcą daćzdjęcie autora na obwolutę? - Zgadza się. - I co wtedy? - Podstawię kogośinnego. Dam im zdjęcie jakiegośfaceta - odparła Abby. Morgan kręcił głową . Nie mógł uwierzyćwłasnym uszom. - Przecie jesteśładną kobietą . - Zbli am się do czterdziestki. Poza tym mę czyzna, przystojny mę czyzna, ma większe szanse, by zwrócićich uwagę. - Kogo chcesz im podstawić? - Jeszcze nie wiem. - Chyba oszalałaś. Tylko mi nie mów, e ju poczyniłaś jakieśkroki w tej sprawie. Chyba nie kontaktowałaśsię jeszcze z adnym wydawcą ? - Tylko z agentem. Ale zdaje się, e stoi ju za tym jakieś wydawnictwo. - I co mu powiedziałaś? - To ona. A powiedziałam jej, e Gable Cooper wyjechał. W interesach. Teraz za wszelką cenę staram się z nim skontaktować. - I uwierzyła ci? - Powiedziałam jej, e Cooper wyglą da groźnie. Ona chce mieć ksią kę. I Coopera. Komplet. A ja zamierzam go jej dostarczyć. Spencer siedział z twarzą ukrytą w dłoniach, cały czas kręcą c głową . - Nie ma w tym nic nielegalnego, Morgan. Naprawdę. - To tylko takie niewinne kłamstewko - odparł Spencer. - Ludzie cią gle robią takie rzeczy. Chodzi mi o pisanie pod pseudonimem. - Oczywiście. Ludzie u ywają pseudonimów. Ale to zupełnie co innego. I ską d ty im wytrzaśniesz tego faceta? - Marzy im się jakiśprzystojniaczek. Wybiorę im jakiś świe y i soczysty kawałek, a oni będą bulićjak złoto. - Naprawdę są dzisz, e mę czyźnie zapłacą więcej, ni zapłaciliby kobiecie? - Młodemu mę czyźnie. Przystojnemu. Pewnie e tak. - Dlaczego? - Niech ci sami wyjaśnią . Poza tym nie chodzi tylko o płeć. Mam zszarganą reputację pisarską . Napisałam ksią ki, które nawet nie otarły się o listę. Z kogośtakiego nie mo na zrobićgwiazdy. W tej bran y największe szanse mają dziewice pióra. Wydawcy szukają świe ych twarzy, by chwalićsię przed całym światem :: nowo odkrytymi talentami. - Ale eby cośtakiego? - Autor będzie świe y, a przy okazji będzie miał zgrabny tyłeczek - wyjaśniła Abby.

- A potem do końca ycia będą cię cią gaćpo są dach - ostrzegł Morgan. - Za co? - Chocia by za oszustwo. - Nikt mnie nie będzie skar ył. - Dlaczego nie? - Bo eby dowieśćoszustwa, trzeba dowieść, e ktośponiósł jakieśszkody. A eby dowieśćszkód, musieliby przyznać, e ja, jako kobieta, dostałabym mniejsze honorarium ni ten mięśniak, którego im podstawię. Morgan zastanowił się nad tym przez chwilę i uśmiechną ł się wesoło. - Rozdział siódmy. Abby przytaknęła. - Musieliby się przyznaćdo dyskryminacji. - No to będą mieli dylemacik do rozstrzygnięcia - stwierdził Morgan. - I nabiorą wody w usta - dokończyła Abby. - Poza tym, jeśli ksią ka odniesie sukces, to komu będzie się chciało cią gaćmnie po są dach? A jeśli oka e się klapą , to kogo będzie obchodzićta sprawa? Nie będzie o co kruszyćkopii. Morgan musiał przyznać, e plan jest genialny. Abby wszystko przemyślała. Sercem i duszą była pisarką , ale zmysł prawnika okazał się u niej silniejszy, ni Spencer przypuszczał., " - A nie boli cię, e ktośinny zbierze chwałę za twoją pracę? - Tylko do czasu kiedy uka e się masowe wydanie w miękkiej oprawie wyjaśniła Abby. - A wtedy co? - Wtedy zamierzam o wszystkim opowiedziećpublicznie. - Myślisz, e ci pozwolą ? - A jak mnie powstrzymają ? Jeśli wszystko załatwimy jak nale y będziemy mieli dowód na to, e prawa autorskie nale ą do mnie. Mo e trzeba będzie ,, zawrzećumowę z tym facetem, który odegra dla mnie Coopera. Nie będą mieli , wyboru. Morgan uświadomił sobie, e podoba mu się ta zabawa. To było znacznie lepsze ni nudna praktyka, jaką prowadził. - Mo e ja bym się nadawał na Gablea Coopera? Abby nie wiedziała, co mu odpowiedzieć. Morgan wyczytał to z jej oczu. Nie musiała nic mówić. - Wiem, wiem. Ubranie opina mi się nie w tych miejscach, gdzie powinno -westchną ł Morgan. Czupryna te jakby trochę rzadsza, pomyślał i przygładził włosy na czubku głowy. - No i proszę, kto tu się nie docenia? - rzekła Abby. - Po prostu nie chcę cię w to mieszać. - Rozumiem. Chcesz tylko, ebym pomógł ci zaplanowaćten spisek, a nie chcesz, ebym został sprawcą przestępstwa. - Czy to się da zrobić? Mo esz zastrzec dla mnie prawa autorskie, tak by nikt się o tym nie dowiedział? Morgan zamyślił się na chwilę. - Chyba tak. Czy ktośjeszcze wie o tym, co masz zamiar zrobić? Tym razem zamyśliła się Abby. - Tylko trzy osoby. - Kto? - Ty i ja. No i Terry. Zamieszkała ze mną na jakiśczas,

więc trudno mi było to przed nią ukryć. - Abby i Theresa Jenrico przyjaźniły się od podstawówki. - Mą ją znowu pobił? Abby przytaknęła. - Co za dupek. - Spencer określił tym epitetem Joeya Jenrico, z którym Theresa chciała miećjak najmniej wspólnego. Morgan kilka razy był po pracy w barze z Abby i jej przyjaciółką . - Ten Joey zasługuje na kulkę w łeb. - A co, podejmujesz się tego zadania? - Znam kilku fachowców. - Przycisną ł palcem nos upodabniają c się do zawodowego boksera. - Mo na to załatwićdyskretnie. Na przykład rozjechaćgo TIRem w łó ku. W końcu, skoro ju dopuszczamy się oszustwa, to co nam szkodzi zrobićjatki? - Mrugną ł porozumiewawczo. Wybuchnęła śmiechem. - Nikomu więcej nie mówiłaś, co zrobisz z tą ksią ką ? - zapytał Morgan, notują c coś. - Trzeba w to wcią gną ćjeszcze jedną osobę. - Kogo? - Gablea Coopera. Nie wyglą dał podejrzanie. Brunet, z cieniem zarostu na twarzy. Ale w końcu było ju późne popołudnie. Recepcjonistka popatrzyła na niego speszona, tak jak młoda dziewczyna patrzy na starszego i do tego przystojnego mę czyznę. - Czym mogę słu yć? - zapytała. - Ja do Abigail Chandlis. - Nie wiem, czy jeszcze jest w biurze. Pana godność? - Joey Jenrico. - W jakiej sprawie chce się pan widziećz panią Chandlis? - To ju pozostanie między mną i nią . - Czy chodzi o jakieśpostępowanie prowadzone przez naszą kancelarię? - Tak. O moją sprawę rozwodową . - Jest pan klientem naszej kancelarii? - Nie. Zatrudniła was moja ona. - Och, proszę chwileczkę zaczekać. - W głowie recepcjonistki ju migały czerwone światła alarmowe. W cią gu ostatnich kilku lat w kancelariach prawniczych doszło do tylu strzelanin wywołanych przez rozjuszonych eks - mę ów, e recepcjonistów w du ych firmach szkolono nie mniej gruntownie ni ołnierzy Gwardii Narodowej. Wcisnęła ukryty pod blatem jeden z guzików uruchamiają cych alarm w pomieszczeniach ochrony na pierwszym piętrze. ółty guzik oznaczał, e stra nicy mają nie wyjmować broni. Recepcjonistka uśmiechała się do Joeya Jenrico, cały czas wzrokiem szukają c nienaturalnych wybrzuszeń kurtki, ale niczego nie zauwa yła. - Zaraz ktośdo pana zejdzie. Wcisnęła klawisz interkomu, lecz nie dzwoniła do Abby. Fachowcy od ochrony nauczyli ją , e w takich sytuacjach prawnika, o którego chodzi, nale y trzymaćjak najdalej od awanturują cego się osobnika. Gdyby Abby teraz się zjawiła, równie dobrze mogłaby powiesićsobie na plecach tarczę strzelniczą . Po kilku sekundach z pomieszczenia na tyłach recepcji wyszedł dwumetrowy młody dryblas w garniturze i pod krawatem. - W czym mogę panu pomóc? Dan London był policjantem, który przedzierzgną ł się w prawnika.

Wcześniej grał w dru ynie futbolowej uniwersytetu stanowego i dwukrotnie zdobył z nią puchar Rose Bowl, za ka dym razem nie oszczędzają c przeciwnika. W kancelarii czuwał nad bezpieczeństwem. - Eee... - Ju sama postura Londona wystarczyła, by Joey stracił rezon. -Szukam jednego z waszych prawników. - Ja jestem prawnikiem - odparł London. Joeyowi nie mieściło się w głowie, e istnieją prawnicy o takich gabarytach. - No tak, aleja szukam Abigail Chandlis. - Obawiam się, e pani Chandlis nie ma w pracy. - Akurat! - Joey zaczą ł się zastanawiać, czy z tym typem spotyka się Theresa. Kumpel powiedział mu, e widział Theresę w barze z jakimśprawnikiem. Joey miał ochotę komuśnakopać, ale w przypadku tego faceta musiałby się najpierw postaraćo podnośnik widłowy. - Mo e zaczekam. - Raczej nie - odparł natychmiast London. - Pani Chandlis nie będzie ju dzisiaj w biurze. - A gdzie jest - Poza kancelarią . - Aha. Za przestronnymi drzwiami stali ju dwaj ochroniarze w niebieskich czapkach i białych koszulach. Na biodrach nosili pasy z co najmniej dwudziestoma kilogramami najró niejszego sprzętu. Joey odwrócił się i ich zobaczył. - Mo e przyjdę później. - To chyba nie najlepszy pomysł. Joey spojrzał na niego i uniósł pytają co brwi. - Czy ma pan adwokata? - zapytał London. - A bo co? Jestem aresztowany? - Joey uznał widocznie, e London chce mu w ten sposób odczytaćjego prawa. Jenrico był nieudacznikiem. Cały czas błą kał się gdzieśna krawę niku ycia. - Nie. Chodzi mi o to, czy ma pan adwokata w sprawie rozwodowej. - Ach, tak. - Joeyowi ul yło. Prawnik roześmiał się. Joey nie lubił, kiedy się z niego śmiano. Z drugiej strony lepiej, e się śmiali, ni mieliby aresztować. Sam więc równie zarechotał. - Jeśli będzie chciał pan porozmawiaćz panią Chandlis, proszę poprosićswojego prawnika, eby się z nią skontaktował. -- London wcisną ł Joeyowi wizytówkę w rękę. - Zresztą ona i tak nie mo e z panem rozmawiać. - A to dlaczego? - Chodzi o przepisy rzą dzą ce naszym zawodem. Jeśli ma pan adwokata, pani Chandlis nie powinna z panem rozmawiać. - Nie miałem o tym pojęcia. - No to teraz ju pan wie. Mięśniak zachowuje się jak glina, pomyślał Jenrico. Gdybym tylko miał młotek i zaszedł faceta od tyłu, dopiero bym mu pokazał. - Aha - miło było pana poznać- po egnał go London. Za drzwiami Joeya przejęli stra nicy, którzy odeskortowali go do windy. Na dole jego nazwisko znalazło się na specjalnej liście. Oznaczało to całkowity zakaz wstępu na teren budynku. Joey nie prześlizgnie się ju przez ochronę. Jeśli chce się spotkaćz Abigail Chandlis, musi to zrobić gdzie indziej. Wyszedłszy z budynku przez szklane obrotowe drzwi, Jenrico

poczuł na twarzy chłodne uderzenie wiatru znad cieśniny. Kropelki zimnego potu na czole zamieniły się w igiełki lodu. Tym razem mu się upiekło. Pomacał się rękoma w pasie i uradował, e stra nikom nie przyszło do głowy zrobićto samo. Był bowiem notowany na policji i nikt by mu nie wydał pozwolenia. Ale kiedy Joey Jenrico szukał ony, zawsze nosił przy sobie broń. Odebrał telefon po drugim dzwonku i nim zdą ył powiedzieć "halo", Abby ju na niego naskoczyła. - Gdzie, u diabła, są pienią dze? - Zawsze się unosiła rozmawiają c z Charliem. - To ty, Abby? - Czuję się zaszczycona, e rozpoznałeśmój głos wśród mrowia głosów innych osób, u których masz długi - odparła z przeką sem. - Nie płacą mi od dwóch miesięcy - rzekł Charlie. - A ty mi wisisz za pięćmiesięcy. - Słuchaj, naprawdę jestem w cię kim poło eniu. - To była wieczna wymówka Charliego. Charlie Chandlis był niegdyśmę em Abby. Mał eństwo trwało osiem długich męczą cych lat, w cią gu których Abby widywała go głównie w weekendy, i to tylko wtedy, kiedy nie miał adnych konferencji ani nie wyje d ał do Walla, gdzie mieścił się stanowy zakład karny o zaostrzonym rygorze. Charlie pracował w są dzie apelacyjnym w Seattle i zajmował się prawem karnym. ył na krawędzi przepaści, podobnie jak większośćjego klientów, z których częśćczekała ju w bloku śmierci. Charlie był jej winien łą cznie dziewięćtysięcy dolarów, czyli połowę sumy ich wspólnych zobowią zań kredytowych w chwili rozwodu. Karty wystawiono na nazwisko Abby, ale za większość wydatków odpowiedzialny był Charlie. Są d nakazał mu spłacenie długu w dwunastu miesięcznych ratach. Zalegał ju z czterema. - Jaką bajeczką uraczysz mnie tym razem? - zapytała. - Dobrze wiesz, jak hojny mamy rzą d. aden z klientów Charliego nie był w stanie zapłacićadwokatowi za obronę, więc wydatki pokrywało państwo. Charliego wynajmowano po to, by na jak najdłu ej wikłał są d w kruczki prawne lub przynajmniej robił to, co uwa ał za swoje yciowe powołanie - by bez końca składał wnioski o apelację. Pieniędzy na honoraria zawsze brakowało. Przestępstw było bowiem o wiele więcej ni dolarów z bud etu dla obrońców z urzędu. - Nie wypłacili mi jeszcze honorarium. Co mam zrobić? - Powiedz im, e masz rachunki, które musisz uregulować. - Co ich to obchodzi? Państwo płaci na czas tylko zasiłki. Mój czek przetrzymują przynajmniej trzy miesią ce. Starzeje się jak wędzony boczek na haku. Za to kiedy nadejdzie jego czas, tym większa będzie radośćz konsumpcji. Bajeczka była niezła, ale nie rozwią zywała problemu Abby. Pod koniec pisania wzięła dwa miesią ce urlopu, eby wygładzić tekst. Zacią gnęła te po yczkę, a planują c swój domowy bud et, po stronie wpływów uwzględniła raty od Charliego. Teraz nadszedł czas, by spłacićdługi. - Charlie, nie tylko ty masz kłopoty. W zeszłym tygodniu zabrali mi samochód - odparł. - Zajęli go i sprzą tnęli mi prosto sprzed biura. Muszę teraz chodzićpiechotą i jeździćautobusem.

Charlie te był nieudacznikiem. Odebrał wprawdzie dobre wykształcenie, ale groszem nie śmierdział. - Charlie, masz studia prawnicze; tytuł adwokata, dlaczego po prostu... - Nie wracajmy do tego tematu. To był jeden z wa niejszych powodów, dla których rozpadło się ich mał eństwo. Charlie nale ał do gatunku prawdziwych idealistów, tacy w latach sześćdziesią tych nosili włosy do pasa i wierzyli, e źródłem wszelkiej nieprawości jest niesprawiedliwość społeczna. Charlie uznał, e jego yciową misją będzie naprawa tego zła. W poszukiwaniu sprawiedliwości zostawił gdzieśAbby i to, co ocalało z ich mał eństwa. - Ju od pięciu miesięcy nie dostałam od ciebie czeku - przypomniała mu. - Jak mam ci zapłacić, skoro nie mam forsy - odparł Charlie. Zaczą ł pleśćcośo kopaniu le ą cego, po czym zakrył ręką słuchawkę i Abby podsłuchała fragment jego rozmowy z kimśinnym: "... trzeba to dostarczyćdo rą k własnych. Wyślijcie kurierem". - Co? Mój czek? - dopytywała się Abby. - Nie, nie. Dokumenty. Muszą znaleźćsię w są dzie przed pią tą . Charlie zawsze ył na krawędzi, zawsze gdzieśsię spóźniał. - Mogę cię wsadzićdo paki, zdajesz sobie z tego sprawę? - Abby nie była naiwna i do sprawy rozwodowej wynajęła prawnika. Przypomniała Charliemu e jej adwokat mo e domagaćsię przymknięcia go z powodu długów. Ten sam prawnik wyjaśnił te Abby, e prawdopodobnie nic by z tego nie wyszło. Sala są dowa stała się dla Charliego drugim domem. Ze wszystkimi sędziami był na ty. Zrzuciłby całą winę na administrację państwową , a sędziowie na pewno by mu uwierzyli i poprzestali na ostrym upomnieniu. Tymczasem Abby otrzymałaby od swojego adwokata rachunek za wykonaną usługę. Wolała wydaćte pienią dze na rozmowy telefoniczne, kiedy to sama poganiała Charliego. Skutek był i tak ten sam. - Daję ci dziesięćdni - oznajmiła. - A potem co? Dobrze, e przez telefon nie mógł zobaczyćjej miny. £atwo mógł to sobie jednak wyobrazić, wsłuchują c się w ciszę przerywaną jedynie trzaskami w słuchawce. To była czcza pogró ka i oboje zdawali sobie z tego sprawę. - Słuchaj, przyślę ci czek, jak tylko będę mógł. Serio. - Obni ył ton głosu o oktawę, jakby miał zamiar za chwilę zdradzić jaką śogromną tajemnicę. - Nic jeszcze nie mówiłem sekretarce, ale chyba nie zapłacę jej w tym miesią cu pensji. - To mo e dasz mi ją do telefonu i ja jej to powiem? - Muszę lecieć- zbył ją Charlie. - A z czego mam zapłacićkomorne? -- Poproś, eby przeło yli ci spłatę. - Akurat się zgodzą . Chyba będę głodowaćw tym miesią cu. - Wpadnę i zabiorę cię na kolację - obiecał. - Masz pienią dze, eby włóczyćsię po restauracjach, a nie masz na rachunki? - Dostałem nową kartę kredytową - wyjaśnił Charlie. - Co chwila przysyłają pocztą gotowe formularze. Wypełniłem i mam. - Roześmiał się. Jak to on. To było kolejne bolesne doświadczenie. Abby nie mogłaby

dostaćkarty kredytowej, nawet gdyby od tego miało zale ećjej ycie. Przez Charliego miała zszarganą opinię w banku. A teraz on, na swoje nazwisko, dostał nową kartę. , - Mo e wzią łbyś po yczkę ma konto karty? - zapytała. - Nie mogę. Zabraliby mi ją , nim bym się obejrzał. Kredyt to taka rzecz, której najlepiej nie ruszać- zgasił ją Charlie. - Słuchaj, a mo e wpadłabyśdo mnie? -szybko zmienił temat. - Nie wysilaj się. - Dlaczego nie mo emy się spotkaći pogadać? Jak za dawnych dobrych czasów? - Dawne czasy wcale nie były takie dobre - odparowała. - O ile mnie pamięćnie myli, nie były te takie złe. - Punkt widzenia zale y od punktu siedzenia - stwierdziła sentencjonalnie. Po obu stronach zapadła niewygodna cisza, którą szybko przerwał Charlie. Po ka dej kłótni pierwszy się otrzą sał. - Słuchaj, muszę lecieć- powiedział. - Charlie? - Przyślę ci ten czek. Słowo. - Pewnie. - Na święte nigdy, pomyślała Abby. Kiedy Charlie odło ył słuchawkę, zaczęła się zastanawiać, czy nie przyjdzie jej głodowaćdo końca miesią ca. Mo e bank zgodzi się odroczyćraty, ale za jaki lichwiarski procent? * * * Budynek nazywany po prostu "Wie ą " stanowił jeden z wielu zębów wrzynają cych się w niebo nad Manhattanem. Monumentalną budowlę nad East River stanowiło sto dwadzieścia kondygnacji ze szkła i stali. Mieściły się tu biura jednej z trzech wielkich sieci telewizyjnych oraz koncern wydawniczy zwany Wielkim F. (Mowa o telewizji i wydawnictwie Fox nale ą cych do koncernu medialnego News Corp. ) Obie te firmy tworzyły konglomerat rozrywkowo - medialny, którego obecnym właścicielem był jeden z australijskich krezusów. W holu na dole ochrona była nie mniej szczelna ni przy wejściu do Białego Domu. Uzbrojeni stra nicy musieli najpierw telefonicznie zapowiedziećka dego przybysza i wydaćmu przepustkę. Do windy mo na było wejśćtylko w towarzystwie kogoś z pracowników budynku. Dziśgościa wprowadzała sekretarka Alexandra Bertolego, która była z Carlą Owens na ty. - Miło cię znowu widzieć, Carla. Jak się udała wycieczka na Zachodnie Wybrze e? - Było cudownie, Janice. Po prostu cudownie. - Alex czeka na ciebie na górze. Owens miała osobiście zreferowaćBertolemu szczegóły. W cią gu ostatnich dwóch lat Wielkie F wpadło w nie lada tarapaty. Firma przeszła restrukturyzację, pozbyła się części wydziałów i zwolniła mnóstwo osób, a w końcu w ostatniej chwili została wykupiona przez bogatych inwestorów. Całe to zamieszanie sprawiło, e z drugiego miejsca na liście wydawnictw o największych obrotach Wielkie F spadło na pią tą pozycję. W cią gu ostatnich dziesięciu lat przez gabinet dyrektora naczelnego przewinęło się ju trzech

szefów i Alexander Bertoli obawiał się, e właściciele przymierzają się do kolejnej zmiany. Kiedy otworzyły się drzwi do jego wielkiego gabinetu na sto pią tym piętrze i sekretarka zapowiedziała Carlę, Bertoli chodził w tę i z powrotem po miękkim dywanie. - Kochanie, jak udał się wyjazd? - przemierzył dwadzieścia metrów, by dotkną ćpoliczkiem policzka Carli Owens. - Pozwól, e wezmę twój płaszcz. Haroldzie, przygotuj Carli drinka. Cała skostniała. - Bertoli pstrykną ł palcem na człowieka z obsługi, który przyją ł od Carli zamówienie i znikną ł za ogromnym barem obok kominka. - Pytasz o podró czy o interesy? - odparła pytaniem na pytanie. - O jedno i o drugie. Przecie mnie znasz, kochanie. Zawsze troszczę się o twoje dobre samopoczucie. - Oczywiście. Krótko mówią c, podró była koszmarna. Có mo na więcej powiedzieć? Nie na tym Bertolemu najbardziej zale ało, ale uzbroił się w cierpliwość. - Latanie samolotem staje się coraz bardziej ucią liwe, nie to co kiedyś- mówiła dalej Carla. - Nawet w pierwszej klasie nie mo na miećpewności, czy dostanie się miejsce. Ka dy lot jest przepełniony. A obsługa... - Przewróciła oczyma. - Mam wra enie, e znacznie lepiej traktuje się baga . Płacisz trzy i pół tysią ca za bilet, a na śniadanie dostajesz płatki kukurydziane i musisz znosićhumorzastą stewardesę. Bertoli wybuchną ł śmiechem. - Mówiłem ci. Powinnaśbyła przyją ćmoją propozycję. Mogłem przysłaćpo ciebie gulfstreama do Santa Monica. Podrzuciłby cię na północ, załatwiłabyśwszystko i spokojnie wróciła do domu. Proponowałem przecie . - Pamiętam, to było bardzo uprzejme z twojej strony. - Carla miała jednak powody, by nie korzystaćz firmowego samolotu. Ten latają cy pojemnik na rozdęte ego wart trzydzieści milionów dolarów przekazano Bertolemu w u ytkowanie dwa lata wcześniej, by skusićgo do przejścia z konkurencyjnego wydawnictwa do Wielkiego F. Carla podejrzewała, e na pokładzie samolotu na pewno zjawiłby się sam Bertoli z gotowymi do podpisania umowami. Kiedy przeczytał rękopis ksią ki Gablea Coopera, zapalił się do niego jak szalony. Carla miała swoje plany. Wprawdzie przewidziała w nich udział Bertolego, ale chciała sobie zostawićrównie inne furtki. W końcu biznes to biznes. Z zasilanego gazem pnia w kominku strzelało w powietrze dwadzieścia niebieskawo zakończonych języczków ognia. Carla podeszła bli ej, eby się ogrzać. - No dobrze, teraz powiedz, jak poszło. Spotkałaśsię z nim? Rozmawialiście? Jaki on jest? Bertoli był kłębkiem nerwów i z niecierpliwością oczekiwał dobrych wieści. Tylko Bóg jeden wie, ile niepomyślnych nowin docierało do niego ostatnimi czasy. Jego poprzednicy na dyrektorskim stanowisku popełnili klasyczny błą d w planowaniu strategii wydawniczej - postawili wszystko na jedną kartę. A potem inny wydawca im tę kartę ukradł. * * *