uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 801 852
  • Obserwuję789
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 061 606

Terry Brooks - Cykl-Shannara (02) Kamienie Elfów

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :1.9 MB
Rozszerzenie:pdf

Terry Brooks - Cykl-Shannara (02) Kamienie Elfów.pdf

uzavrano EBooki T Terry Brooks
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 250 osób, 134 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 277 stron)

Terry Brooks KAMIENIE ELFÓW Tytuł oryginału: The Elfstones of Shannara Copyright © 1982 by Terry Brooks. Zeskanował i poprawił: Atlantis I Na wschodzie świt różowił już niebo, gdy Wybrani wkraczali do Ogrodów Życia. W oddali leżał Arborlon, miasto elfów, którego mieszkańcy jeszcze smacznie spali w swoich ciepłych łóżkach. Dla Wybranych jednak dzień się zaczął dużo wcześniej. Ich powłóczyste białe szaty powiewały lekko w podmuchach letniego, chłodnego jeszcze wiatru, gdy mijali wartowników z Czarnej Straży. Stali oni przed kutymi z żelaza, misternie zdobionymi srebrem i kością sło- niową wrotami; wyprostowani, trochę na uboczu, tak samo jak przez wszystkie minione wieki ich poprzednicy. Wybrani szli szybko i tylko ich ciche głosy i chrzęst sandałów na żwirowej ścieżce zakłócały spokój budzącego się dnia. Wkrótce też zniknęli w cieniu sosen. Wybrani byli opiekunami Ellcrys, niezwykłego i cudownego drzewa, które stało w głębi Ogrodów. Jak głosiła legenda, drzewo chroniło przed pradawnym złem wyplenionym z ziemi, zanim jeszcze powstał stary rodzaj ludzki. Przed wiekami jednak owo zło nieomal zniszczyło lud elfów. Od tamtego czasu Wybrani troszczyli się o Ellcrys. Stało się to tradycją przekazywaną przez elfy z pokolenia na pokolenie. Był to zarówno godny pozazdroszczenia przywilej, jak i poważny obowiązek. Jednak wśród Wybranych, którzy tego ranka szli przez Ogrody, mało już było znać tej powagi. Minęło właśnie dwieście trzydzieści dni służby i ich młode dusze nie chciały się dłużej poddawać uroczystemu nastrojowi chwili. Pierwsze uczucie lęku przed odpowiedzialnością, którą ich obarczono, należało już do przeszłości. Wybrani byli teraz po prostu sześcioma młodymi mężczyznami, którzy mieli spełnić swoje zadanie: pracę, którą wykonywali codziennie od chwili wyboru. To zadanie stało się teraz dla nich rutynowym obowiązkiem — po prostu powitanie drzewa wraz z pierwszym promieniem słońca. Jedynie Lauren, najmłodszy z tegorocznych Wybranych, był cichy i milczący. Trzymał się nieco z tyłu za innymi, którzy oddawali się rozmowie o błahostkach. Pochylił w zadumie rudą głowę, a na jego czole pojawiła się głęboka zmarszczka. Zagubiony w myślach nie zorientował się, że głosy na przedzie umilkły i że ktoś idzie obok niego, dopóki nie poczuł na ramieniu czyjegoś dotyku. Podniósł szybko zmartwione oczy i ujrzał Jase, który uważnie mu się przyglądał. — O co chodzi, Lauren? Jesteś chory? — zapytał mężczyzna. Jase był kilka miesięcy starszy od reszty i z tego powodu uważano go za przywódcę Wybranych. — Wszystko w porządku. — Lauren pokiwał głową, ale na jego twarzy wciąż widać było ślady zmartwienia. — Coś cię jednak trapi. Przez cały ranek jesteś pogrążony w myślach. O ile sobie przypominam, ostatniej nocy też byłeś raczej milczący. — Jase ujął młodszego elfa za ramię i

obrócił go twarzą do siebie. — No dalej, wyrzuć to z siebie. Jeśli nie czujesz się dobrze, nikt nie będzie oczekiwał, byś dzisiaj pełnił służbę. Lauren zawahał się, potem westchnął i skinął głową. — W porządku. Chodzi o Ellcrys. Wczoraj o zachodzie słońca, tuż zanim ją opuściliśmy, miałem wrażenie, że dostrzegłem na jej liściach jakieś plamy. Wyglądało to tak, jakby zaczynała więdnąć. — Więdnąć? Jesteś pewien? Nigdy przedtem Ellcrys nic takiego się nie przydarzyło, przynajmniej tak wynika z tego, co nam zawsze mówiono — powiedział niepewnie Jase. — Musiałem się pomylić — przyznał Lauren. — Ściemniało się i wtedy pomyślałem, że to po prostu cienie się kładą na liściach, ale im więcej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się, że to naprawdę były oznaki więdnięcia. Wśród innych Wybranych rozległ się zaniepokojony pomruk. — To wszystko wina Amberle — odezwał się jeden z nich. — Już przedtem mówiłem, że wybór dziewczyny spowoduje jakieś kłopoty. — Wcześniej były wśród Wybranych inne dziewczyny i nic się nie stało — zaprotestował Lauren. Zawsze lubił Amberle. Przyjemnie się z nią rozmawiało, choć była przecież wnuczką króla Eventina Elessedila. — Ale nie przez ostatnie pięćset lat — dodał inny. — Dobrze. Dosyć tego — przerwał Jase. — Umówiliśmy się, że nie będziemy rozmawiać o Amberle. Wiecie o tym. — Zatrzymał się na chwilę, zastanawiając się nad tym, co powiedział Lauren. Potem wzruszył ramionami. — Nie byłoby dobrze, gdyby coś złego przytrafiło się drzewu — stwierdził. — Zwłaszcza teraz, gdy Ellcrys jest pod naszą opieką. W końcu jednak nic nie trwa wiecznie. Lauren był wzburzony. — Ależ Jase, jeśli drzewo straci swoją siłę, Zakaz się skończy i demony będą wolne... — Naprawdę wierzysz w te wszystkie stare opowieści, Lauren? — Jase roześmiał się. Młodzieniec spojrzał na starszego elfa. — Jak możesz być Wybranym i nie wierzyć w nie? — Nie pamiętam, żeby mnie pytano, w co wierzę, gdy zostałem wybrany. A ciebie o to pytali? Lauren potrząsnął głową. Tych, którzy mieli dostąpić tego wielkiego zaszczytu, nigdy o nic nie pytano. Młode elfy, dziewczyny i chłopców, którzy w poprzednim roku osiągnęli dojrzałość, przyprowadzano po prostu przed drzewo. O brzasku, pierwszego dnia nowego roku zbierali się, aby przejść pod konarami Ellcrys i uzyskać jej akceptację. Ci, których dotknęła, zostawali nowymi Wybranymi i służyli jej do końca roku. Lauren pamiętał jeszcze tę mieszaninę ekstazy i dumy, jaka go ogarnęła, gdy Ellcrys smukłą gałęzią dotknęła jego ramienia i wymówiła jego imię. Pamiętał również zdziwienie wszystkich, gdy jedną z Wybranych została Amberle. — To tylko bajki dla niegrzecznych dzieci — mówił Jase. — Ellcrys służy jedynie jako przypomnienie, że elfy, tak samo jak i ona, przetrwały pomimo tych wszystkich zmian, jakie zaszły w dziejach czterech krain. Jest symbolem siły naszego ludu, Lauren, nic więcej. Jase odszedł i dołączył do pozostałych, aby udać się do Ogrodów. Lauren pogrążył się znowu w swych myślach. Brak poszanowania ze strony starszego elfa dla legendy związanej z drzewem bardzo go zdenerwował. Jase był oczywiście z miasta, a Lauren zauważył, że ludzie z Arborlon traktują stare wierzenia dużo mniej poważnie niż mieszkańcy małej pomocnej osady, z której pochodził. Jednak opowieść o Ellcrys i Zakazie nie była li tylko taką sobie opowiastką; była podstawą wszystkiego, co miało dla elfów istotne znaczenie, dotyczyła najważniejszego wydarzenia w historii jego ludu. Zdarzyło się to dawno temu, przed powstaniem nowego świata. Toczyła się wtedy wielka wojna między dobrem a złem. Dzięki stworzeniu Ellcrys i ustanowieniu Zakazu, co skazało

demony na wieczną ciemność, wygrały ją ostatecznie elfy. Dopóki Ellcrys będzie się dobrze miała, dopóty zło nie będzie miało dostępu do ziemi. Dopóki Ellcrys będzie się dobrze miała... Lauren pokręcił niepewnie głową. Może to wyobraźnia spłatała mu figla, a może była to tylko gra świateł. Lecz jeśli nie, będą musieli po prostu znaleźć jakieś lekarstwo. Zawsze przecież jest jakieś lekarstwo. Kilka chwil później znalazł się wraz z innymi w pobliżu drzewa. Spojrzał z lękiem w górę — i odetchnął z ulgą. Wydawało się, że Ellcrys trwa nie zmieniona. Była doskonale ukształtowana. Jej sre brzystobiały pień wznosił się ku niebu, tworząc na jego tle symetryczną sieć stożkowatych konarów obwieszonych szerokimi, pięciokąt nymi liśćmi w kolorze krwistej czerwieni. U dołu zielony mech, niczym spływający z gór szmaragdowy strumień, porastał pasmami szczeliny w jej gładkiej korze. Żadne pęknięcia nie szpeciły gładkości pnia, nie było ani jednej złamanej gałęzi. Jest taka piękna, pomyślał. Spojrzał jeszcze raz na drzewo, ale nie dojrzał żadnych oznak choroby, której się tak obawiał. Pozostali Wybrani poszli po narzędzia, których używano do pielęgnacji drzewa i Ogrodów; został jedynie Jase. — Chciałbyś ją dzisiaj powitać, Lauren? — zapytał. Zdziwiony Lauren wyjąkał podziękowanie. Jase zrezygnował właśnie z największego przywileju, oczywiście po to, żeby go rozweselić. Lauren stanął pod rozłożystymi konarami i położył ręce na gładkiej korze. Pozostali zebrali się kilka kroków dalej, aby wygłosić słowa powitania. Lauren spojrzał w górę w oczekiwaniu na pierwszy promień słońca, który miał za chwilę paść na Ellcrys. Nagle odsunął się do tyłu; liście nad jego głową nosiły ślady zepsucia. Serce mu zamarło. Plamy były wszędzie, na całym drzewie. To nie była gra świateł ani cienie, nie był to też wymysł wybujałej wyobraźni. To była prawda. Lauren zamachał nerwowo na Jase gdy wszyscy podeszli, wskazał na drzewo. Tak jak to było w ich zwyczaju, nikt się nie odezwał, jedynie Jase westchnął ciężko, gdy zobaczył, jak bardzo jest już zniszczone. Powoli obeszli je we dwójkę, odkrywając wszędzie plamy, niektóre ledwo widoczne, inne tak ciemne, że krwistoczerwone liście wydawały się zupełnie wyschnięte. Cokolwiek Jase myślał na temat wierzeń dotyczących drzewa, teraz był bardzo wstrząśnięty. Gdy podszedł do pozostałych, aby naradzić się z nimi cichym głosem, na jego twarzy malowało się przerażenie. Lauren postąpił krok, aby przyłączyć się do reszty, ale Jase szybko kiwnął głową, wskazując na czubek drzewa, gdzie światło dnia zaczęło się przebijać przez najwyższe gałęzie. Lauren znał swoje obowiązki i wrócił z powrotem pod drzewo. Cokolwiek miałoby się zdarzyć, Wybrani muszą dzisiaj powitać Ellcrys tak samo, jak robili to każdego dnia od początku swej służby. Lauren delikatnie położył dłonie na srebrnym pniu i już miał wypowiedzieć słowa powitania, gdy poczuł na ramieniu lekki dotyk smukłego konaru pradawnego drzewa. — Lauren. Młody elf podskoczył na dźwięk swojego imienia. Nikt jednak go nie wypowiedział. Głos rozległ się w jego umyśle i był zaledwie czymś więcej niż obrazem jego własnej twarzy. To była Ellcrys! Lauren odetchnął głęboko i odwrócił głowę, by spojrzeć szybko na gałąź, która spoczywała na jego ramieniu. Poczuł zmieszanie i zarazem zaniepokojenie. Przedtem tylko raz przemówiła do niego, a było to w dniu wyboru. Wypowiedziała wtedy imię jego oraz wszy- stkich pozostałych Wybranych. To był pierwszy i ostatni raz. Nigdy więcej już się do nikogo nie odezwała. Do nikogo, z wyjątkiem Amberle, oczywiście, ale Amberle nie była już jedną z nich.

Spojrzał szybko na pozostałych. Przyglądali mu się zaciekawieni, dlaczego się zatrzymał. Potem gałąź ześliznęła się z jego ramienia i objęła go swobodnie. Lauren wzdrygnął się odruchowo pod wpływem jej dotyku. — Lauren. Wezwij do mnie Wybranych. Obrazy pojawiły się szybko i zniknęły. Lauren z wahaniem przywołał swych towarzyszy. Podeszli, patrząc z ciekawością na drzewo o srebrzystych konarach, Gałęzie obniżyły się, by objąć każdego z nich, i Ellcrys przemówiła cichym głosem. — Posłuchajcie. Zapamiętajcie to, co wam powiem. Nie zawiedźcie mnie. Poczuli chłód, a całe Ogrody Życia pogrążyły się w głębokiej, głuchej ciszy, jak gdyby byli jedynymi żywymi istotami na Ziemi. Ich umysły przepełniały następujące szybko po sobie wizje. Były pełne trwogi i przerażenia. Gdyby mogli, uciekliby i schowali się gdzieś, dopóki ten koszmar, który ich ogarnął, by nie minął i nie został na zawsze zapomniany. Ale drzewo oplotło ich mocno, obrazy napływały, a napięcie stale narastało. Wreszcie poczuli, że więcej nie są w stanie znieść. Potem wszystko się skończyło, Ellcrys zamilkła raz jeszcze, zdjęła konary z ich ramion i wyciągnęła je szeroko, żeby poczuć ciepło porannego słońca. Lauren stał bez ruchu, a po jego policzkach spływały łzy. Sześciu Wybranych patrzyło na siebie z rozpaczą, do ich umysłów zaś kołatała okrutna prawda. Legenda nie była li tylko legendą. Legenda była życiem. Za murem Zakazu, który utrzymywała Ellcrys, rzeczywiście czaiło się zło. Tylko Ellcrys zapewniała elfom bezpieczeństwo. A teraz umierała. II Poza Breakline, daleko na zachód od Arborlon, powietrze się poruszyło. Pojawiło się coś czarniejszego niż ciemność wczesnego świtu. Wiło się i dygotało pod wpływem mocy, która chciała je zniszczyć. Na chwilę zasłona ciemności znieruchomiała, a potem rozpadła się rozdarta wewnętrzną siłą. Spoza ściany nieprzeniknionego mroku rozległo się wycie i ryk radości, a szponiaste łapy rzuciły się do wyrwy, aby dosięgnąć światła. Potem rozległ się wybuch czerwonego ognia, a zakończone pazurami kończyny cofnęły się przypalone i poskręcane. Z otchłani wynurzył się Dagda Mor, sycząc wściekle. Jego Magiczne Berło dymiło z gorąca, gdy odpychał nim najbardziej niecierpliwych, pragnących się śmiało wydostać przez otwór w ciemności. Chwilę później podążyły za nim mroczne sylwetki Kosiarza i Przemieńca. Inni próbowali rozpaczliwie przepchnąć się przez szczelinę, ale jej brzegi zwarły się szybko, zamykając ciemność i żyjące w niej istoty. Po chwili szczelina zniknęła i niesamowita trójka pozostała sama. Dagda Mor ostrożnie rozejrzał się wokół. Stali w cieniu Breakline. Świt, który zdążył zburzyć już spokój Wybranych, był jedynie słabym światłem na wschodnim niebie za potężną ścianą gór. Ogromne, wysokie szczyty przecinały niebiosa, kładąc stożkowe cienie na Hoare Flats. Równina ciągnęła się na zachód od linii gór, przechodząc dalej w pustkowie — jałową i nieurodzajną pustynię, na której długość życia mierzyła się minutami i godzinami. Nic się na niej nie poruszało, nic nie mąciło ciszy poranka. Dagda Mor pokazał w uśmiechu haczykowate, błyszczące zęby. Jego przybycie pozostało nie zauważone. Po tych wszystkich latach był nareszcie wolny. Jeszcze raz mógł swobodnie poruszać się wśród tych, którzy go uwięzili. Z daleka mógł uchodzić za jednego z nich. W zasadzie wyglądał jak człowiek. Chodził wyprostowany na dwóch nogach, a jego ręce były tylko odrobinę dłuższe niż ludzkie. Wprawdzie się garbił, jego ruchy były przez to trochę skrępowane, ale ciemne szaty dość

dobrze skrywały ten defekt. Jedynie z bliska można było dojrzeć wielki garb wykrzywiający kręgosłup. Jak również gęste kępki zielonkawych włosów, które niczym ostra trawa wyrastały ze wszystkich części jego ciała. Albo łuski pokrywające przedramiona i łydki. Czy zakończone pazurami dłonie i stopy. Wreszcie tę twarz, która przypominała raczej koci pysk. Na koniec ten niby koci pysk, który był jego twarzą. Albo oczy, czarne i błyszczące, zwodniczo łagodne, jak dwie sadzawki ukrywające pod powierzchnią coś złego i niszczycielskiego. Jeśli się to dostrzegło, nie było już żadnych wątpliwości co do pochodzenia Dagdy Mora. To, co skrywał, nie należało do człowieka, lecz do demona. A demon nienawidził. Nienawidził do granic szaleństwa. Setki lat uwięzienia w mocy ciemności za ścianą Zakazu dały tej nienawiści wystarczająco dużo czasu, aby się zaogniła i spotęgowała. A teraz go pożerała. Była dla niego wszystkim. Dawała mu moc, i on użyje tej mocy, aby zniszczyć istoty, które sprawiły mu tyle cierpienia. Elfy! Wszystkie elfy! I nawet to nie da mu satysfakcji. Nie teraz, nie po tych wszystkich wiekach spędzonych w zamknięciu, w bezkształtnej, pozbawionej życia otchłani bezkresnego i żałosnego marazmu, z dala od świata, który kiedyś należał do niego. Nie, zniszczenie elfów nie wystarczy, by zadośćuczynić zniewadze i poniżeniu, jakie stały się jego udziałem. Inni też muszą zostać zniszczeni. Ludzie, karły, trolle, gnomy — wszyscy, którzy byli częścią znienawidzonej ludzkości, rasy, które żyły w jego świecie i rościły sobie doń prawo. Moja zemsta nadejdzie, pomyślał, tak jak nadeszła wolność. Czuł to. Czekał na to wieki, tkwiąc za ścianą Zakazu, sprawdzając jego siłę, badając słabości. Cały czas wiedział, że pewnego dnia Zakaz się złamie. I właśnie teraz nadszedł ten dzień. Ellcrys umiera. Ach, słod- kie słowa! Chciał wykrzyczeć je na cały głos! Ona umiera! Ona umiera i nie będzie mogła dłużej utrzymywać Zakazu! Gdy pulsowała w nim nienawiść, Magiczne Berło, które dzierżył w rękach, żarzyło się czerwonym blaskiem; ziemia pod nim spalona była na popiół. Z trudem się opanował, a Berło zgasło. Oczywiście jeszcze przez jakiś czas Zakaz się utrzyma. Całkowite zniszczenie nie nastąpi w ciągu jednej nocy ani w ciągu kilku tygodni. Jednak nawet mała szczelina, którą zdołał zrobić, wymagała użycia potężnej mocy. Ale potęga Dagdy Mora była większa niż cokolwiek, co wciąż pozostawało uwięzione mocą Zakazu. Był ich szefem; rozkazywał im. W ciągu długich lat wygnania kilku przeciwstawiło się jego rozkazowi, tylko kilku. Zniszczył ich, ukarał dla przykładu. Teraz wszyscy byli mu posłuszni i bali się go. Podzielali jednak jego nienawiść, tak samo się nią żywili. Doprowadziło ich to do oszalałej potrzeby zemsty, i gdy tylko staną się znowu wolni, minie bardzo dużo czasu, zanim się poczują usatysfakcjonowani. Na razie jednak muszą czekać. Na razie muszą być cierpliwi. To nie potrwa długo. Zakaz będzie każdego dnia coraz słabszy, będzie zanikać wraz z powolnym słabnięciem Ellcrys. Tylko jedno może temu zapobiec — powtórne narodziny. Dagda Mor pokiwał głową. Dobrze znał historię Ellcrys. Czyż nie był obecny, gdy pierwszy raz ujrzała światło dzienne i gdy zamknęła go wraz z braćmi w więzieniu ciemności? Czyż nie widział mocy czarów, które ich pokonały — czarów tak potężnych, że przewyższały nawet śmierć? Dobrze wiedział, że ta wolność może mu być jeszcze odebrana. Jeśli jeden z Wybranych otrzyma pozwolenie, by zanieść nasionko drzewa do źródła jego mocy, Ellcrys się odrodzi, a Zakaz zostanie przywrócony. Wiedział o tym i z tego powodu był teraz tutaj. Nie był pewien, czy uda mu się przełamać Ścianę Zakazu. Forsowanie mocy w próbie, która mogła się nie powieść, było ryzykowną grą; mógłby zostać nawet poważnie osłabiony. Za Ścianą Zakazu było kilku prawie tak samo potężnych jak on; z pewnością wykorzystaliby okazję, aby go zniszczyć. Lecz to ryzyko było konieczne. Elfy nie zdawały sobie jeszcze sprawy z rozmiaru niebezpieczeństwa, w jakim się znaleźli. Na razie wierzyli, że są bezpieczni. Nie sądzili, że cokolwiek za Ścianą Zakazu może mieć dostateczną moc, aby go

przełamać. Odkryją swój błąd zbyt późno. Do tego czasu Dagda Mor sprawi, że Ellcrys nie odrodzi się już nigdy więcej, a Zakaz nie zostanie przywrócony. Właśnie dlatego zabrał ze sobą dwóch pozostałych. Rozejrzał się za nimi. Od razu zauważył Przemieńca; jego ciało przez cały czas zmieniało kolory i kształty, gdy się wprawiał w naśladowaniu form życia, które tutaj znalazł: na niebie — jastrzębia polującego na małego kruka; na ziemi — świstaka, potem węża, robaka o wielu odnóżach i kleszczach, a wreszcie zmienił się w coś jeszcze innego, prawie tak szybko, że oko nie było w stanie nadążyć. Przemieniec mógł być czymkolwiek. Zamknięty w ciemności, jedynie w towarzystwie podobnych do siebie istot, nie mógł w pełni korzystać ze swojej mocy, która tam się rzeczywiście marnowała. Tutaj zaś, w tym świecie, możliwości były wprost nieograniczone. Tutaj mógł być wszystkim — istotą ludzką albo zwierzęciem, rybą lub ptakiem — bez względu na wielkość, kształt, kolor czy zdolności. Doskonale naśladował ich cechy. Nawet Dagda Mor nie był pewien, jak naprawdę wygląda Przemieniec; miał tak wielkie skłonności do przyswajania obcych form życia, że w zasadzie cały czas spędzał na udawaniu kogoś innego. To był nadzwyczajny dar, ale znajdował się w posiadaniu istoty prawie tak złej jak Dagda Mor. Przemieniec był również demonem, samolubnym i kochającym nienawiść. Uwielbiał fałsz i krzywdzenie innych. Zawsze był wrogiem elfów i ich sprzymierzeńców. Nienawidził ich za pobożną troskę o słabsze formy życia, które zamieszkiwały ich świat. Mniejsze stworzenia nic nie znaczyły dla Przemieńca. Były słabe, bezbronne, stworzone po to, by mogły wykorzystywać je istoty potężniejsze — takie jak on sam. Elfy nie były lepsze od stworzeń, które usiłowały ochraniać. Nie umiały oszukiwać tak jak on. Były złapane w pułapkę swojego istnienia; nie mogły być niczym innym, niż były. A on mógł być, czymkolwiek zechciał. Gardził nimi wszystkimi. Przemieniec nie miał przyjaciół. Nie chciał ich mieć. Żadnego z wyjątkiem Dagdy Mora, który miał coś, przed czym odczuwał respekt — moc potężniejszą niż jego własna. To był jedyny powód, dla którego mu służył. Minęło kilka chwil, zanim Dagda Mor zlokalizował Kosiarza. Znalazł go w końcu w odległości nie większej niż dziesięć stóp. Doskonale nieruchomy, był niemal cieniem w bladym świetle świtu, okruchem gasnącej nocy przyczajonym na tle szarości równiny. Ko- siarz, osłonięty od stóp do głów szatą w kolorze popiołu, z twarzą ukrytą w cieniu wielkiego kaptura, był prawie niewidoczny. Nikt nigdy nie spojrzał w jego twarz więcej niż raz. Na to tylko pozwalał Kosiarz swoim ofiarom, a potem je zabijał. Jeśli Przemieńca można było uważać za niebezpiecznego, to Kosiarz był dziesięć razy bardziej groźny. Był zabójcą; zabijanie stanowiło jedyny sens jego istnienia. Był potężny, silnie umięśniony, a gdy się wyprostował, miał prawie siedem stóp wzrostu. Jego wielkość wprowadzała przeciwnika w błąd, bo w najmniejszym stopniu nie był ociężały ani niezgrabny. Poruszał się z lekkością i wdziękiem najlepszych elfijskich myśliwych — sprawnie, płynnie, szybko i bezszelestnie. Gdy raz zaczął polowanie, nigdy z niego nie rezygnował. Nigdy nic nie zdołało mu uciec. Nawet Dagda Mor się go obawiał, chociaż Kosiarz nie miał tak wielkiej mocy. Obawiał się go, ponieważ Kosiarz służył mu dla kaprysu, a nie ze strachu, jak inni. Kosiarz nie bał się niczego. Był potworem, który nie dbał o życie, nawet o swoje. Nie zabijał li tylko dla przyjemności. Zabijał, bo tak nakazywał mu instynkt. Zabijał, ponieważ uważał, że to konieczne. Czasami, uwięziony wraz ze swymi braćmi w ciemnościach Zakazu, stawał się prawie nie do zniesienia. Dagda Mor musiał dawać mu do zabicia co mniejsze demony, trzymając go pod kontrolą tylko dzięki obietnicy. Kiedyś, gdy będą wolni — a pewnego dnia na pewno tak się stanie — Kosiarz otrzyma we władanie cały świat stworzeń, na które będzie mógł polować. Będzie je ścigać, jak długo zechce, a potem wszystkie zabije.

Przemieniec i Kosiarz. Dagda Mor dokonał dobrego wyboru. Jeden będzie jego oczami, a drugi rękami. Oczy i ręce zaprowadzą go do serca narodu elfów i na zawsze położą kres szansie ponownych narodzin Ellcrys. Spojrzał na wschód, gdzie poranne słońce wstawało szybko nad szczytami Breakline. Nadszedł czas, by ruszyć w drogę. Przed wieczorem muszą dotrzeć do Arborlon. Zaplanował to z wielką uwagą. Czas jest teraz bardzo cenny; nie może go marnować, jeśli chce zaskoczyć elfy podczas snu. Nie mogą się dowiedzieć o jego obecności, dopóki nie będzie za późno, by cokolwiek zrobić. Dagda Mor przywołał szybkim ruchem swoich towarzyszy i ruszył ciężkim krokiem w kierunku gór. Przymknął z lubością swoje czarne oczy i smakował sukces, jaki przyniesie mu z pewnością wieczór. Po dzisiejszej nocy elfy będą zgubione. Będą musiały patrzeć, jak ich ukochana Ellcrys usycha bez najmniejszej nadziei na odrodzenie. W samej rzeczy. Zanim minie noc, wszyscy Wybrani zostaną zabici. Dagda Mor zatrzymał się w głębokim cieniu, kilkaset jardów od podnóża górskiego łańcucha. Chwycił Magiczne Berło w obie ręce i wbił jeden koniec w suchą, spękaną ziemię. Pochylił lekko głowę i wzmocnił uchwyt. Przez kilka długich chwil stał bez ruchu. Za nim przyczaiły się dwie czarne postaci i obserwowały go z zainteresowaniem, błyskając żółtymi ślepiami. Nagle Berło zapłonęło słabym czerwonawym światłem, w którym na tle ciemności rysowały się ciężkie sylwetki demonów. Potem światło przybrało na sile i zaczęło pulsować. Promieniowało na ramiona Dagdy Mora, zamieniając zielonkawą skórę w krew. Demon uniósł głowę i z Berła strzelił wąski, jaskrawy słup ognia, który uleciał w niebo niczym spłoszona żywa istota. Po chwili znikł. Magiczne Berło rozbłysło jeszcze raz i zgasło. Dagda Mor cofnął się i opuścił Berło. Ziemia wokół niego była wypalona i czarna, a powietrze pachniało popiołem. Nad równiną zapadła śmiertelna cisza. Demon usiadł na ziemi, przymykając z zadowoleniem mętne oczy. Nie poruszył się więcej, a obok niego zamarły w bezruchu dwa potwory. Czekali razem — pół godziny, godzinę, dwie. Czekali cierpliwie. W końcu od strony rozległej pustki Nordlandii nadleciał monstrualny skrzydlaty potwór wezwany przez demona, aby zabrać ich na wschód, do Arborlon. — A teraz zobaczymy — wyszeptał Dagda Mor. III Zaledwie słońce wstało nad horyzontem, Ander Elessedil wyszedł ze swojego małego domku i podążył ścieżką w stronę żelaznych wrót, które prowadziły na tereny otaczające pałac. Jako młodszy syn Eventina, króla elfów, mógłby mieszkać w królewskich apartamentach, już wiele lat temu jednak przeniósł się wraz z książkami do swojej obecnej siedziby. W ten sposób zyskał spokój, którego brakowałoby mu w pałacu. Przynajmniej wtedy tak myślał; teraz już nie był tego taki pewien. Cała uwaga ojca skupiała się na jego starszym bracie Arionie i prawdopodobnie miałby spokój wszędzie, gdzie zdecydowałby się zamieszkać. Książę zaciągnął się czystym, ciepłym powietrzem poranka i uśmiechnął się przelotnie. Dobry dzień na przejażdżkę. Obaj, on i jego ulubiony wierzchowiec, mogą zażyć dziś trochę ruchu. Ander dobiegał już czterdziestki. Szczupła twarz nosiła ślady zmarszczek, zwłaszcza w kącikach wąskich oczu i na czole. Jego kafle był jednak ciągle szybki i lekki, a gdy się uśmiechał, co zdarzało się teraz bardzo rzadko, twarz przybierała niemal chłopięcy Wygląd. Gdy zbliżył się do bramy, zobaczył starego Wenta; pochylonego nad klombem z małą motyką. Usłyszawszy kroki, ogrodnik wyprostował się powoli i dotknął ręką pleców. — Dzień dobry, książę. Ładny dzień, prawda? — Cudowny, Went — zgodził się Ander. — Plecy ciągle cię bolą?

— Bez przerwy. — Staruszek westchnął i delikatnie pomasował bolące miejsce. — Chyba wiek daje mi się we znaki. Ale wciąż jestem w stanie prześcignąć w pracy młodych, których dają mi do pomocy. Ander pokiwał głową, wiedząc, że przechwałki starego ogrodnika są prawdą. Went już wiele lat temu powinien przejść na emeryturę, ale uparcie odmawiał porzucenia swoich obowiązków. Gdy Elessedil przechodził przez bramę, wartownicy powitali go skinieniem głowy, a on odpowiedział im tym samym. Już od dawna strażnicy i książę obywali się bez formalności. Arion, jako następca tronu, mógł domagać się oficjalnego traktowania, ale pozycja i ocze- kiwania Andera były nieco mniejsze. Książę podążył obsadzoną ozdobnymi krzewami aleją, która prowadziła do stajni. Wtem ciszę poranka zakłócił tętent końskich kopyt i czyjś krzyk. Ander skoczył w bok, ujrzawszy wielkiego ogiera Ariona, który rozpryskując żużel, pędził prosto na niego. Koń stanął dęba i zanim zdążył się uspokoić, Arion stał już obok brata. Ander był niski i ciemny, Arion zaś wysoki i jasny; jego podobieństwo do ojca było uderzające. Był również znakomitym sportowcem, mistrzem walk, myśliwym i jeźdźcem i to wszystko sprawiało, że stał się dumą i radością króla Eventina. Arion posiadał jeszcze pewien nieodparty urok, którego brakowało Anderowi. — Dokąd to, braciszku? — zapytał Arion. Jak zwykle, gdy zwracał się do młodszego brata, w jego głosie była odrobina kpiny i lekceważenia. — Na twoim miejscu nie zawracałbym teraz głowy naszemu ojcu. Pracowaliśmy do późna nad pewnymi ważnymi sprawami państwowymi. Jeszcze spał, gdy do niego zajrzałem. — Szedłem do stajni — odparł Ander cichym głosem. — Nie miałem zamiaru nikomu zawracać głowy. Arion uśmiechnął się, po czym wrócił do swojego wierzchowca. Chwycił jedną ręką za siodło i wskoczył lekko na konia, lekceważąc strzemię. Potem obrócił się i spojrzał z góry na brata. — Cóż, jadę do Sarandanon na kilka dni. Ludzie na farmach są zaniepokojeni jakimiś starymi opowieściami o złym losie, który nas wszystkich wkrótce spotka. Same bzdury, ale muszę ich uspokoić. Jednak nie rób sobie nadziei. Wrócę, zanim ojciec wyjedzie do Kershalt. — Ander uśmiechnął się i dodał: — Zajmij się wszystkim w tym czasie, braciszku. Dobrze? — Ściągnął lejce i pomknął w kierunku bramy. Ander zaklął cicho i zawrócił. Nie miał już nastroju na przejażdżkę. To on powinien towarzyszyć królowi do Kershalt. Zacieśnianie więzi między trollami a elfami było niezmiernie istotne. Pewne podstawy zostały już wypracowane, ale sprawa wymagała jeszcze dyplomacji i ostrożnych negocjacji. Arion był zbyt niecierpliwy i lekkomyślny, brakowało mu wrażliwości na potrzeby i idee innych. Może Ander nie miał fizycznych umiejętności swego brata, chociaż był dosyć sprawny; może nie miał jego wrodzonych zdolności przywódczych, ale za to odznaczał się darem bezkompromisowego, rozważnego rozumowania i cierpliwością potrzebną podczas dyplomatycznych narad. Jak do tej pory miał okazję zademonstrować te umiejętności jedynie kilka razy. Wzruszył ramionami. Nie było sensu się teraz nad tym rozwodzić. Zgłosił już Eventinowi swoją gotowość podróży do Kershalt, ale ojciec wybrał Ariona. To on zostanie kiedyś królem, musi więc się wprawiać w dyplomacji, dopóki żyje jeszcze Eventin i może udzielać mu wskazówek. Może to ma sens, przyznał w duchu Ander. Kiedyś bracia byli sobie bliscy. To było wtedy, gdy żył Aine, najmłodszy z synów Elessedila. Lecz Aine zginął w wypadku, który zdarzył się na polowaniu jedenaście lat temu. Od tego czasu więzy pokrewieństwa nie wystarczały, aby utrzymać bliskie, braterskie stosunki. Amberle, młodziutka córka Aine'a, zwróciła się o pomoc do Andera, nie do Ariona, i wtedy starszy z braci, powodowany zazdrością, otwarcie zaczął okazywać młodszemu lekceważenie. Gdy Amberle porzuciła swą pozycję Wybranej, Arion przypisał to zgubnemu wpływowi

brata, a jego pogarda zamieniła się w ledwie maskowaną wrogość. Ander podejrzewał, że teraz i ojciec zwrócił się przeciwko niemu. Nie mógł jednak nic na to poradzić. Zagubiony w myślach minął bramę i skierował się do swego domu. Panie, zaczekaj! — Z zadumy wytrącił go czyjś głos. Ander obejrzał się zdziwiony. Biegła ku niemu postać odziana w białe szaty, wymachując nerwowo ręką. To był jeden z Wybranych, rudowłosy Lauren. Chyba tak właśnie miał na imię? O tej porze jego obecność poza Ogrodami była niezwykła. Ander poczekał, aż młody elf go dogoni. Wybrany był bardzo zmęczony, a jego twarz i ręce pokryte kroplami potu. — Książę, muszę się zobaczyć z królem — wyrzucił z siebie ledwo dysząc. — A teraz mnie do niego nie wpuszczą. Czy możesz mnie zaprowadzić? — Król jeszcze śpi — zawahał się Ander. — Muszę natychmiast się z nim zobaczyć! — nalegał młody elf. — Proszę! To nie może czekać! W jego oczach i napiętej, pobladłej twarzy była prawdziwa rozpacz. Głos mu się łamał, gdy próbował wyrazić, jak istotna jest wiadomość, którą chce przekazać królowi. Ander zastanawiał się, co może być aż tak ważne. — Jeśli masz jakieś kłopoty, Lauren, może ja mógłbym... — Nie chodzi o mnie, książę. Chodzi o Ellcrys! Wahanie Andera natychmiast zniknęło. Skinął głową i chwycił Laurena za ramię. — Chodź ze mną. Razem popędzili z powrotem w kierunku bramy i pałacu, a strażnicy patrzyli za nimi w zdziwieniu. Gael, młody elf, który był osobistym służącym Eventina Elessedila, stanowczo potrząsnął głową. Ubrany w ciemną, jeszcze poranną szatę, poruszył się niespokojnie, unikając spojrzenia Andera. — Nie mogę obudzić króla, książę. Mam pilnować, żeby nic mu nie przeszkadzało. — Nic czy nikt, Gaelu? — spytał cicho Ander. — Nawet Arion? — Arion wyjechał... — zaczął Gael, ale umilkł i wyglądał jeszcze bardziej nieszczęśliwie. — Właśnie. Ale ja jestem tutaj. Masz zamiar mi powiedzieć, że nie mogę zobaczyć się ze swoim ojcem? Służący nie odpowiedział. Ander skierował się do sypialni króla, a młody elf pospieszył za nim. — Zaczekaj, książę. Ja go obudzę. Minęło kilka minut, zanim się znowu pojawił. Wciąż był zmartwiony, ale skinął na Andera. — Zobaczy się z tobą, książę; na razie tylko z tobą. Król był jeszcze w łóżku i właśnie kończył małą szklaneczkę wina, którą z pewnością przygotował dla niego Gael. Przywitał syna skinieniem głowy, a potem wysunął się ostrożnie spod warstwy ciepłych kocy. Jego stare ciało zadrżało pod wpływem chłodnego powiewu wczesnego poranka. Gael, który wszedł z Anderem do sypialni, podał Eventinowi szatę, a król otulił się nią szczelnie. Pomimo osiemdziesięciu dwóch lat Eventin Elessedil cieszył się dobrym zdrowiem. Jego ciało było jeszcze sprawne i mocne. Ciągle jeszcze był w stanie jeździć konno, a nawet szybko i pewnie posługiwał się mieczem, co czyniło go niebezpiecznym. Umysł miał jeszcze świeży, bystry i żwawy, i gdy sytuacja tego wymagała, a zdarzało się to często, był zdecydowany i stanowczy. W dalszym ciągu posiadał ów niezwykły zmysł wyczuwania odpowiednich proporcji, potrafił dostrzec wszystkie strony problemu, rozważyć je i wybrać to, co przyniesie największe korzyści jemu samemu i ludowi, nad którym sprawował władzę. Był to dar, bez którego nie mógłby zostać królem, a nawet nie mógłby przeżyć. Ander wierzył, że w jakiś sposób odziedziczył tę umiejętność, chociaż w obecnej sytuacji wydawała się ona zupełnie bezużyteczna.

Król podszedł do ręcznie tkanych zasłon, które przysłaniały jedną ze ścian, rozsunął je, po czym otworzył kilka sięgających podłogi okien, które wychodziły na las. Komnatę zalało łagodne, przyjemne światło, a powietrze wypełniło się słodkim zapachem porannej rosy. Gael poruszał się cicho po pokoju, zapalając oliwne lampy, by wypłoszyć ostatnie cienie nocy. Eventin przystanął przy oknie i zapatrzył się w odbicie swojej twarzy w zaparowanym szkle. Patrzyły na niego niebieskie oczy o przenikliwym, twardym spojrzeniu. Były to oczy człowieka, który przeżył zbyt wiele lat i widział zbyt wiele zła. Eventin westchnął i zwrócił się do syna: — No dobrze, Ander. O co chodzi? Gael mówił coś o wiadomości, jaką ma mi przekazać Wybrany, którego tu przyprowadziłeś. — Tak, sir. Twierdzi, że ma pilne przesłanie od Ellcrys. — Przesłanie od drzewa? — Eventin zmarszczył brwi. — Kiedy ostatnio przekazała komuś jakąś wiadomość? Ponad siedemset lat temu? O co chodzi? — Tego mi nie powiedział — odparł Ander. — Twierdził, że powie tylko tobie. Wobec tego niech mówi. Wprowadź go, Gael. Elf skłonił się lekko i wyszedł z sypialni, zostawiając uchylone drzwi. Chwilę później wsunął się przez nie olbrzymi, kudłaty pies i podszedł cicho do króla. To był Manx, owczarek Eventina. Król pogłaskał czule siwy łeb, a potem potarmosił delikatnie szorstką sierść na grzbiecie i bokach. Manx był z nim prawie od dziesięciu lat, wierniejszy i bliższy niż jakikolwiek człowiek. — Siwiejesz, tak jak ja — mruknął smutno Eventin. Drzwi otwarły się szeroko, ukazując Gaela i Laurena. Wybrany przystanął na chwilę w progu i spojrzał niepewnie na Gaela. Król odprawił służącego skinieniem głowy. Ander również chciał wyjść, ale zauważył, że ojciec zrobił ruch nakazujący mu pozostanie. Gael skłonił się raz jeszcze i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Wybrany zrobił niepewnie jeden krok. — Mój panie, wybacz mi... Oni stwierdzili, że ja... że ja powinienem... — młody elf niemal dusił się słowami. — Nie ma nic do wybaczania — zapewnił go Eventin. Potem z gracją, którą Ander dobrze znał, podszedł do Laurena i położył mu ręce na ramionach. — Wiem, że to musi być coś ważnego. Inaczej nie opuściłbyś Ogrodów. Usiądź i opowiedz mi o wszystkim. Król spojrzał pytająco na Andera, potem zaprowadził Wybranego do małego biureczka, posadził go na jednym z krzeseł, a sam usiadł na drugim. Ander podążył za nimi i stanął obok. — Nazywasz się Lauren, prawda? — zapytał Eventin. — Tak, panie. — Bardzo dobrze, Lauren. A teraz powiedz mi, z czym przychodzisz. Lauren przysunął się do stołu i położył dłonie na blacie, splatając mocno palce. — Panie mój, dzisiejszego ranka Ellcrys przemówiła do Wybranych. — Młody elf zniżył głos prawie do szeptu. — Powiedziała nam... Powiedziała nam, że umiera! Ander zamarł. Król przez chwilę nie odpowiadał; usiadł jedynie sztywno z oczami utkwionymi w Laurena. — To musi być pomyłka — odezwał się w końcu. Lauren potrząsnął zdecydowanie głową. — To nie pomyłka, mój panie. Mówiła do nas wszystkich. My... my wszyscy słyszeliśmy. Ona umiera. Zakaz zaczął się już rozpadać. Król podniósł się wolno, podszedł do otwartego okna i nic nie mówiąc, spojrzał na las. Manx, który do tej pory leżał zwinięty w nogach łóżka, wstał i poszedł za nim. Ander zobaczył, jak ojciec wyciąga rękę, żeby bezwiednie podrapać psa za uszami. — Jesteś tego pewien, Lauren? — zapytał w końcu Eventin. — Naprawdę pewien? — Tak... tak.

Wybrany płakał cicho, prawie bezgłośnie, z głową ukrytą w dłoniach. Eventin nie odwrócił się; patrzył niewzruszenie na las, który był jego domem i domem jego ludu. Ander stał bez ruchu, oszołomiony, wpatrzony w ojca. Powoli docierała do niego potworność tego, co przed chwilą usłyszał. Ellcrys umiera! Zakaz się rozpada! Zło, które kiedyś zostało za nim zamknięte, będzie znowu wolne. Chaos, szaleństwo, wojna! W końcu zaś zniszczenie wszystkiego, co dobre i żywe. Ander dowiedział się kiedyś o tej historii od swoich nauczycieli, a teraz miał na ten temat książki w swojej własnej bibliotece. Była to historia nosząca wszelkie znamiona legendy. Bardzo dawno temu, w czasach Wielkich Wojen, przed narodzeniem cywilizacji starego świata, a nawet przed pojawieniem się starego rodzaju ludzkiego, toczyła się wojna między dobrem a złem. Elfy walczyły w tej wojnie po stronie dobra. Była to straszna, wyniszczająca walka. W końcu zwyciężyło dobro, a zło zostało pokonane. Jednak zło jest takiej natury, że nigdy nie może zostać zupełnie zniszczone; może jedynie zostać skazane na wygnanie. Dlatego elfy i ich sojusznicy połączyli swoją magię z witalnymi siłami ziemi i stworzyli Ellcrys, aby utrzymywała Zakaz, który więził złe moce. Dopóki Ellcrys będzie żyć i kwitnąć, dopóty zło nie będzie mogło wrócić na ziemię. Będzie trwało, zamknięte w otchłani ciemności, będzie mogło zawodzić i wyć z bólu, ale ziemia pozostanie dla niego niedostępna. Aż do teraz! Jeśli Ellcrys umrze, Zakaz się skończy. Zostało zapisane, że tak musi się kiedyś stać, bo żadna moc nie jest tak silna, by przetrwać na zawsze. Do tej pory wydawało się, że Ellcrys pozostanie, stałym punktem w zmiennym labiryncie życia. Tak się jednak tylko wydawało. Król odwrócił się nagle od okna, spojrzał szybko na syna i podszedł do stołu. Usiadł, a potem ujął ręce posłańca w swoje dłonie. — Lauren, musisz powiedzieć mi wszystko, co usłyszałeś. Każdy szczegół. Niczego nie opuszczaj. Wybrany skinął głową. Oczy miał już suche, a twarz spokojną. Eventin uwolnił jego ręce i zamarł w oczekiwaniu. Ander przysunął krzesło z wysokim oparciem i usiadł obok nich. — Panie, czy słyszałeś, jak Ellcrys się z nami porozumiewa? — zapytał ostrożnie młody elf. — Byłem kiedyś Wybranym, Lauren — odparł Eventin. Ander spojrzał zaskoczony na ojca. Nie wiedział o tym. Ale Laurenowi ta odpowiedź dodała nieco pewności siebie; Elf skinął głową i zwrócił się do Andera: — Jej głos nie jest właściwie dźwiękiem, ale czymś w rodzaju obrazu, który pojawia się w naszych umysłach. Rzadko są to słowa; jest to po prostu przełożenie na obraz myśli wysyłanych przez Ellcrys. Właśnie w ten sposób tłumaczę, gdy ona używa mego imienia. Obrazy trwają krótko i są niewyraźne, a my musimy interpretować je najlepiej jak umiemy. — Przerwał i znowu spojrzał na Eventina. — Ja... Ellcrys przemówiła do mnie przedtem tylko jeden raz, panie. Zwróciła się do naszej szóstki w dniu wyboru. Do dzisiejszego ranka prawie cała wiedza o sposobie porozumiewania się z Ellcrys pochodziła z zapisu dotyczącego naszej służby lub rozmów z Wybranymi, którzy służyli przed nami. Nawet teraz wszystko wydaje się pogmatwane. Eventin pokiwał zachęcająco głową. — Panie — ciągnął dalej Lauren — dzisiejszego ranka Ellcrys rozmawiała z nami bardzo szczegółowo; nigdy przedtem tego nie robiła. Wezwała nas do siebie i powiedziała, co się zdarzy i co my, Wybrani, musimy zrobić. Obrazy nie były całkiem zrozumiałe, ale jedno jest pewne. Zniszczenie już się zaczęło. Gdy Ellcrys straci siły, Zakaz się rozpadnie. Jest dla niej tylko jedna szansa — ponowne narodziny. Eventin szybkim ruchem chwycił Laurena za rękę. Ander, oszołomiony i wstrząśnięty zapowiedzią śmierci Ellcrys, również o tym zapomniał. Odrodzenie! Tak było zapisane w najstarszym z przekazów. Ellcrys może się odrodzić, a Zakaz zostanie zachowany. — Więc jest jeszcze nadzieja — wyszeptał. Oczy Eventina były utkwione w Laurena.

— Co trzeba zrobić, żeby Ellcrys się odrodziła? — Panie. — Elf pokręcił głową. — Ona powierzyła swój los Wybranym. Tylko dzięki nam będzie się mogła na nowo narodzić. Nie rozumiem jej powodów, ale obrazy były bardzo wyraźne. Ellcrys dostarczy swoje nasionko jednemu z nas; któremu... tego jednak nie powiedziała. Nie pokazała żadnej twarzy. Wiadomo jednak, że tylko ten Wybrany, którego ona wskaże, może je otrzymać. Nikt inny nie będzie brany pod uwagę. Ten ktoś będzie musiał zanieść je do źródła życia Ziemi, fontanny Krwawego Ognia, i umieścić je tam. Potem nasionko przyniesione z powrotem do starego drzewa zapuści korzenie, a z niego zrodzi się nowe drzewo i zastąpi stare. Ander przypominał sobie teraz szczegóły legendy — nasionko Ellcrys, rytuał Krwawego Ognia, odrodzenie. Wszystko było napisane dziwacznym, formalnym językiem pradawnego eposu, opowieści, o której większość zapomniała lub nigdy nie słyszała. — Fontanna Krwawego Ognia. Gdzie to może być? — zapytał nagle. Lauren wyglądał na przygnębionego. — Pokazała nam to miejsce, książę, ale... Ale nikt z nas go nie rozpoznał. Obrazy były niewyraźne, jakby ona sama nie umiała ich dokładnie opisać. — Powiedz, co widziałeś. Wszystko — odezwał się cichym głosem Eventin. — To była puszcza znajdująca się gdzieś w górach i otoczona bagnami. Nad wszystkim unosiła się gęsta mgła. Sterczał tam samotny szczyt, a pod nim był labirynt, który prowadził do wnętrza Ziemi. Gdzieś w tym labiryncie znajdowały się drzwi ze szkła, którego nie można rozbić. Za drzwiami był Krwawy Ogień. — Żadnych nazw? Nic, co pomogłoby rozwiązać tę łamigłówkę? — pytał cierpliwie król. — Tylko jedna, panie, ale ona nam nic nie mówi. Labirynt, w którym ukryty jest Krwawy Ogień, nazywa się Safehold. Safehold? Ander szukał w pamięci, ale nic nie znalazł. Eventin spojrzał na syna i pokręcił głową. Potem wstał, zrobił kilka kroków i zatrzymał się. — Czy jeszcze coś wam powiedziała? Jakaś wskazówka, coś, co miałoby jakieś znaczenie? — Nic. To wszystko. — Dobrze, Lauren. — Król skinął głową. — Miałeś rację, że chciałeś mi o tym od razu opowiedzieć. Czy mógłbyś zaczekać teraz chwilę za drzwiami? Gdy drzwi zamknęły się za Wybranym, Eventin usiadł powoli na swoim krześle. Jego twarz postarzała się nagle, ruchy stały się powolne. Manx podszedł do króla, uniósł posiwiały łeb i spojrzał współczująco na swego pana. Eventin westchnął i zmęczonym ruchem położył rękę na głowie psa. — Czy żyję zbyt długo? — mruknął do siebie. — Jeśli Ellcrys umrze, jak zdołam ochronić mój lud przed tym, co się później stanie? Jestem ich królem; do mnie należy odpowiedzialność za nich. Zawsze to akceptowałem. Teraz, po raz pierwszy w życiu, chciałbym, żeby było inaczej... — Spojrzał na syna. — Cóż, musimy zrobić, co w naszej mocy. Skoro Arion wyjechał do Sarandanon, będę potrzebował twojej pomocy. Ander zaczerwienił się, słysząc ten mimowolny wyrzut. — Idź z Laurenem i wypytaj ostrożnie pozostałych Wybranych. Może dowiesz się czegoś więcej. Czegokolwiek. Ja każę przynieść z krypty te wszystkie stare tomiska i przebadam je. — Myślisz, że coś w nich znajdziesz? — zapytał niepewnie Ander. — Nie. Czytałeś je wprawdzie później ode mnie, a ja nic sobie nie przypominam. Co jeszcze możemy zrobić? Jeśli chcemy, by zaistniała jakakolwiek szansa znalezienia Krwawego Ognia, musimy dowiedzieć się czegoś więcej, niż powiedział nam Lauren. Król skinął głową na pożegnanie. Ander wyszedł i udał się z Laurenem do Ogrodów, gdzie w pobliżu drzewa czekali pozostali Wybrani. Musi spróbować dowiedzieć się czegoś więcej o tajemniczym miejscu zwanym Safehold. Będzie to chyba beznadziejny wysiłek. Lecz, tak jak powiedział ojciec, co jeszcze mogli zrobić?!

IV Letni dzień zakończył się cudownym wybuchem czerwieni i błękitu, które zalały zachodni horyzont nieba. Przez długie, wspaniałe minuty słońce wisiało nad szczytami Breakline, oświetlając lasy Westlandii i snując cienie, które spowijały zalesioną ziemię nieruchomymi, miękkimi wstęgami ciemności. Powietrze oziębiało się powoli; ciepło dnia umykało rozwiewane podmuchami wieczornego wiatru, który szumiał delikatnie w gałęziach wielkich drzew. Potem mrok przepłoszył światło dzienne i noc zmyła z nieba wszystkie kolory. Zmęczeni trudami dnia mieszkańcy Arborlon, miasta elfów, zmierzali ku swoim domom. W Ogrodach Życia Ander Elessedil spoglądał w górę na Ellcrys. Na tle wieczornego nieba wielkie drzewo wydawało się nie zmienione. Przedtem, zanim zaszło słońce, ślady niszczącej je choroby były wyraźnie widoczne. Choroba rozprzestrzeniała się bardzo szybko. Na niższych gałęziach rozkład zaczynał już trawić srebrzystobiałą korę. Całe pęki więdnących liści zwisały bez życia, skręcone na końcach i czarne. Wybrani oczyścili ostrożnie korę balsamem z ziół i zerwali uschnięte liście. Wbrew rozsądkowi mieli nadzieję, że choroba się zatrzyma, choć przez cały czas wiedzieli, że to niemożliwe. Ander widział prawdę, która odbijała się w ich oczach. Nie mogli wyleczyć Ellcrys. Nikt nie mógł. Umierała i nic nie mogło tego powstrzymać. Książę westchnął i obrócił się, nie wiedząc, dlaczego ostatnią wizytę tego dnia złożył właśnie w Ogrodach Życia. Wybrani powrócili do swoich domostw już godzinę temu — zmęczeni, zniechęceni, milczący, w poczuciu zupełnej bezradności. Ander przyszedł tu jednak jeszcze raz, wiedziony jakąś nieuzasadnioną nadzieją, że znajdzie odpowiedzi, których tak rozpaczliwie szukał. Nie znalazł ich oczywiście. Zapadała noc i nie było sensu pozostawać tu dłużej. Wychodząc z Ogrodów Życia, czuł na sobie niespokojne spojrzenia wartowników z Czarnej Straży. Byli nieświadomi choroby trawiącej Ellcrys, zdawali sobie wszak sprawę, że dzieje się coś złego. Tyle zdołali wywnioskować z poruszenia, które zapanowało wśród Wybranych. Wkrótce rozejdą się plotki, pomyślał Ander, i trzeba będzie powiedzieć ludziom prawdę. Na razie panował jeszcze spokój. Światła w oknach pogasły; mieszkańcy Arborlon szykowali się do snu. Ander zazdrościł im. Niewielka była szansa, że król i on udadzą się tej nocy na spoczynek. Książę westchnął. Pragnął coś zrobić, by ulżyć swojemu ojcu. Eventin zawsze był niezwykle pewny siebie i przekonany, że można rozwiązać każdy problem. Lecz podczas ostatnich dwóch wizyt, które Ander złożył ojcu, by poinformować go o braku postępów w poszu- kiwaniach Safehold, król sprawiał wrażenie zagubionego. Próbował nieudolnie ukryć to przed synem, tylko jego oczy były pełne rozpaczy, bo wszystko, czego dokonał w życiu, miało wkrótce zostać zniszczone; stanął bowiem oko w oko z wyzwaniem, któremu nie był w stanie sprostać. Nie odzywał się prawie do Andera i od razu odesłał go do pomocy Wybranym. Pomoc ta okazała się zupełnie daremna i bezowocna. Książę przepytał dokładnie każdego z osobna, a potem zebrał wszystkich i badał ich wspólne wspomnienia, szukając jakiejkolwiek informacji, która mogłaby naprowadzić go na ślad Safehold. Nie dowiedział się jednak niczego, o czym nie wiedziałby już przedtem. Poszukiwania w pieczołowicie przechowywanych księgozbiorach dotyczących służby również nic nie dały. Prześledził uważnie dzieje sprzed wielu wieków i znalazł powtarzające się wzmianki o świętym Krwawym Ogniu, źródle życia świata elfów i wszystkich istot, ale nigdzie nie było najkrótszej bodaj informacji o tajemniczym miejscu zwanym Safehold. Ellcrys także nie ułatwiała im zadania. Ander zaproponował, aby Wybrani zwrócili się do niej o pomoc; chodzili do niej razem i pojedynczo, błagając o jakiekolwiek wyjaśnienie. Ona już jednak nie przemówiła. Pozostała cicha i niema.

Książę zbliżył się do siedziby Wybranych i zauważył, że wszystkie światła są wygaszone. Rutyna wzięła najwyraźniej górę i wkrótce po wieczornym posiłku wszyscy wrócili do swoich domostw. Ander miał nadzieję, że sen przyniesie im ulgę. Oby tak było! Czasem brak nadziei i rozpacz są bardziej męczące niż praca fizyczna, a tego dnia Wybrani nie doświadczyli zbyt wiele dobrego. Ander minął cicho ich domostwo, podążając ścieżką do pałacu, aby złożyć ojcu ostatni raport. Wtem spod drzewa rosnącego przy drodze oderwał się cień. — Książę? — Lauren? — spytał Ander i ujrzał ciemną postać; był to rzeczywiście młody elf. — Dlaczego nie śpisz? — Próbowałem, ale nie mogę zasnąć. Widziałem... widziałem, panie, jak szedłeś do Ogrodów, i miałem nadzieję, że będziesz tędy wracać. Książę Anderze, czy mogę z tobą porozmawiać? — Właśnie ze mną rozmawiasz, Lauren — uświadomił mu Ander, ale jego żart nie zdołał rozjaśnić poważnego oblicza Wybranego. — Przypomniałeś sobie coś? — Być może, ale nie chodzi o to, co powiedziała nam Ellcrys. Myślę jednak, że powinieneś o tym wiedzieć. Mogę ci towarzyszyć? Ander skinął głową i ruszyli w dalszą drogę. — Czuję, że to ja powinienem rozwiązać ten problem — zaczął po chwili Lauren. — Może dlatego, że przemówiła najpierw do mnie... Znalezienie Safehold staje się moim obowiązkiem. Wiem, że prawdopodobnie wywyższam się w ten sposób, ale po prostu tak czuję. W każdym razie nie chciałbym niczego przeoczyć. Czy rozumiesz, panie, co chcę przez to powiedzieć? — Młody elf rzucił księciu niespokojne spojrzenie. — Chyba tak. Czy coś przeoczyliśmy? — Cóż, pomyślałem sobie o czymś i wydaje mi się, że powinienem komuś o tym powiedzieć. Ander przystanął i spojrzał na Wybranego. — Nie chciałem mówić o tym królowi ani nikomu innemu — ciągnął coraz bardziej zdenerwowany Lauren. — Nie jestem pewien, ile oni wiedzą... Nigdy o niej nie rozmawiamy... — Zamilkł na chwilę, a książę czekał cierpliwie na dalszy ciąg. — Chodzi o Amberle. Panie, gdy została wybrana, prowadziła z Ellcrys długie rozmowy. Zdarzyło się to wiele razy. — Słowa płynęły wolno. — Z nią było zupełnie inaczej niż z pozostałymi Wybranymi. Nie wiem, czy Amberle zdawała sobie z tego sprawę. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy... Ander zesztywniał gwałtownie. Lauren dostrzegł jego reakcję i jął pospiesznie tłumaczyć. — Może Ellcrys przemówiłaby do niej... może Amberle lepiej by ją zrozumiała i dowiedziała się czegoś więcej. Przez długą chwilę mężczyźni patrzyli na siebie bez słowa. W końcu Ander pokręcił wolno głową. — Amberle nie może nam pomóc, Lauren. Ona odeszła. Nawet jej matka nie wie, gdzie teraz jest. Nie mamy czasu, żeby jej szukać. Rudowłosy elf skinął głową. Ostatni cień nadziei zniknął z jego twarzy. — To był tylko pomysł. Dobranoc, książę — odezwał się wreszcie i odszedł. Skłonił się raz jeszcze. Białe szaty Wybranego powiewały przez chwilę na wietrze, a potem zniknęły w ciemności. Ander odprowadził go wzrokiem. Na jego śniadej twarzy pojawił się wyraz zakłopotania. Ojciec prosił o jakąkolwiek wskazówkę, najmniejszy ślad, który za- prowadziłby ich do Safehold. W tej chwili nie mieli żadnej szansy, by odszukać Amberle. Mogła być gdziekolwiek w granicach czterech krain. Poza tym nie był to odpowiedni czas, aby wspominać jej imię przy Eventinie. Była jego ukochaną wnuczką; gdy została jedną z Wybranych, jego serce napełniło się dumą i radością. Potem jednak wyparła się swojego powołania i to było dla króla cięższym przeżyciem niż śmierć jej ojca, Aina. Ander pokręcił wolno głową i ruszył w stronę pałacu.

Gael był wciąż na służbie. Miał ściągniętą ze zmęczenia twarz i zmartwione oczy. Wiedział o ich problemach — to było nieuniknione — lecz można mu było zaufać. Chciał wstać na widok księcia, ale gdy Ander machnął ręką, opadł z powrotem na krzesło. — Król czeka na ciebie, panie — powiedział. — Jest w swoim gabinecie i nie chce się położyć. Gdybyś mógł go jakoś do tego zmusić, chociaż na kilka godzin... — Zobaczę, co się da zrobić — obiecał Ander. Gdy wszedł do gabinetu, Eventin Elessedil spojrzał na niego i przez chwilę przyglądał się twarzy syna, na której malowała się rezygnacja. Potem odsunął się od stołu i przetarł zmęczone oczy. Wstał, przeciągnął się i podszedł do zasłoniętych okien, by wyjrzeć w ciemność. Na zarzuconym książkami stole stała taca z prawie nie tkniętym jedzeniem. Z dopalających się świec kapał wosk. W gabinecie było cicho i mroczno; dębowe półki i obite materiałem ściany tworzyły zamazaną mieszankę kolorów i cieni. Wszędzie leżały stosy książek, które Gael zapewne przez cały dzień znosił z krypty. Król rzucił synowi krótkie spojrzenie. — Nic? Ander pokręcił głową w milczeniu. Eventin skrzywił się. — U mnie też nic. — Wzruszył ramionami, wskazując na otwartą księgę, która leżała na stole. — Ostatnia nadzieja. Jedna wzmianka o nasionku Ellcrys i Krwawym Ogniu. Przeczytaj sam. Księga była jednym z ponad setki historycznych tomów, które zgromadzili królowie elfów i ich uczeni od czasów ginących w pomroku dziejów. Bardzo już stare i zniszczone dzieła starannie oprawiono w skórę i mosiądz, zamknięto w futerałach, które miały je chronić przed zgubnym działaniem czasu. Księgi przetrwały w ten sposób Wielkie Wojny i zniszczenie starego rodzaju ludzkiego. Miały za sobą Pierwszą i Drugą Wojnę Ludów. Przeleżały wieki, stając się kroniką życia i śmierci. Zawierały dokładny opis znanej historii elfów. Tysiące, tysiące stron zapisanych przez wieki. Ander pochylił się nad księgą; atrament zblakł ze starości, pismo było archaiczne, ale wyraźne i zrozumiałe. I Siewca, który jest Wybranym, weźmie owo nasionko i umieści je w Krwawym Ogniu. Zanurzy je w nim, by mogło powrócić do ziemi. Wtedy Drzewo odrodzi się, a Zakaz przetrwa na wieki. Tak przemówił najwyższy czarownik do swoich elfów, by po jego śmierci tajemna wiedza przetrwała wśród jego ludu. Ander skończył czytać i spojrzał na ojca. — Przeczytałem dokładnie wszystkie księgi, analizując każdy fragment, który mógłby dotyczyć naszej sprawy, ale żaden z nich nie był tak dokładny jak ten. — Król podszedł do stołu i zaczął powoli przewracać złocone stronice. — To jest najstarsza księga. Zawiera w większości same legendy: opowieści o pradawnych walkach dobra ze złem, imiona bohaterów, wszystko, co doprowadziło do powstania Zakazu. Nie ma jednak nic o Safehold ani o miejscu, w którym znajduje się Krwawy Ogień, ani o magii, która dała życie Ellcrys i moc Zakazowi. To przeoczenie nie jest czymś niezwykłym, pomyślał Ander. Jego przodkowie niezbyt chętnie zdradzali sekrety swojej sztuki magicznej, zwłaszcza na piśmie. Istniały jedynie przekazy ustne, dzięki czemu tajemnice były bezpieczne i niedostępne wrogom elfów. Podobno niektóre z czarów były tak potężne, że działały tylko w określonym miejscu i czasie. Tak mogło być właśnie w wypadku zaklęcia, które stworzyło Ellcrys. Król usiadł na krześle, jeszcze przez chwilę studiował księgę, a potem zamknął ją bez słowa. — Będziemy musieli polegać na tym, czego dowiedzieliśmy się od Ellcrys — powiedział cicho. — Określimy prawdopodobne miejsce lokalizacji Krwawego Ognia, a potem je znajdziemy.

Ander pokiwał głową. To beznadziejne. Z tak niejasnym opisem mieli nikłą szansę na odnalezienie Safeholdu. — Chciałbym, żeby Arion był tutaj — szepnął nagle ojciec. Ander nie odezwał się. Rzeczywiście król ma powody, by teraz potrzebować Ariona, przyznał w duchu. Jako dowódca prowadzący poszukiwania Safeholdu byłby najlepszy, a jego obecność dodałaby ojcu otuchy. Nie czas teraz, by mu tego zazdrościć. — Myślę, ojcze, że powinieneś odpocząć — odezwał się Ander po chwili milczenia. — Musisz zachować siły na później. Król podniósł się i zgasił świece. — Masz rację, Anderze — powiedział i uśmiechnął się z wysiłkiem do syna. — Przyślij do mnie Gaela. Idź do domu i spróbuj zasnąć. Też miałeś długi dzień. Ander wrócił do siebie, położył się do łóżka i ku swojemu zdziwieniu poczuł, że ogarnia go sen. Jego umysł pracował coraz bardziej ociężale, aż w końcu zmęczenie fizyczne przeważyło. Obudził się raz w ciągu nocy, zlany zimnym potem; męczył go jakiś potworny koszmar. Po chwili zapomniał o nim i znowu zasnął. Tym razem nic mu się nie przyśniło. Gdy ponownie się obudził, na dworze zaczynało świtać. Wyskoczył szybko z pościeli, ubrał się i zjadł śniadanie. Uczucie świeżej determinacji dodawało mu sił. Gdzieś przecież znajdowała się odpowiedź, która pomoże rozwiązać im wszystkie problemy; musi istnieć jakiś sposób na odnalezienie Safeholdu. Może wszystko zależy teraz od umierającej Ellcrys, a może od Wybranych. W każdym razie na pewno jest jakaś odpowiedź, musi być! Wyszedł z domu i podążył żwirową ścieżką w kierunku pałacu. Promienie porannego słońca sączyły się przez gęstą zasłonę okolicznych lasów. Przede wszystkim chciał pójść do Wybranych — z pewnością są teraz w Ogrodach Życia, ich dzień już się zaczął — w nadziei, że odkryli jakiś nowy szczegół. Prawdopodobnie myśleli o tym przez cały czas, analizując wszystko starannie. Może któryś przypomniał sobie coś jeszcze. A może Ellcrys przemówiła do nich tego poranka. Wstąpił najpierw do pałacu, lecz Gael, który pełnił już służbę, nakazał mu ciszę; król spał jeszcze i nie należało mu przeszkadzać. Ander kiwnął głową i wyszedł, wdzięczny za każdą chwilę wytchnienia, którą udało się znaleźć ojcu. Rozejrzał się po pałacowym ogrodzie. Poranna rosa połyskiwała w słońcu, które było coraz wyżej, ale nigdzie nie było widać Wenta. Ander zdziwił się, ponieważ stary ogrodnik powinien już być w pracy. Był jeszcze bardziej zaskoczony, gdy ujrzał porozrzucane na klom- bach róże i świeżo zabrudzone ziemią narzędzia. To niemożliwe, żeby Went porzucił nie dokończoną robotę. Może ma jakieś kłopoty z plecami... Trzeba będzie sprawdzić, pomyślał Ander. Ale to na razie może poczekać. Są dużo ważniejsze sprawy. Rzucił ostatnie spojrzenie na klomb i przyspieszył kroku. Kilka minut później podążał wzdłuż porośniętego bluszczem muru Ogrodów Życia. Ścieżka prowadziła prosto do bram. Ze szczytu Carolanu, wysokiej ściany skalnej, która wznosiła się stromo na wschodnim brzegu Rzeki Szemrzącej Pieśni, wynosząc Arborlon ponad leżące niżej krainy, widział rozległą przestrzeń Westlandii. Od wschodu w kierunku pomocy — wieże i zadrzewione aleje rodzinnego miasta elfów otulonego gęstą plątaniną lasów; na południu — zamglone szare turnie Gór Skalistych Szczytów i Pykonu ozdobione kawałkami błękitu tam, gdzie rzeka Mermidon w swoim biegu na wschód do Callahornu wdziera się między sędziwe skały; na zachodzie, poniżej Carolanu, za Rzeką Szemrzącej Pieśni — dolina Sarandanon, kołyska elfów. Ojczyzna elfów, pomyślał z dumą Ander. Musi znaleźć sposób, on, jego ojciec i Wybrani, by ją uratować. Kilka chwil później stanął u stóp Ellcrys. Nie było żadnego śladu Wybranych. Drzewo stało samotnie. Ander rozejrzał się z niedowierzaniem. Niemożliwe, żeby wszyscy Wybrani zaspali, nawet jeśli wyznanie Ellcrys wytrąciło ich z równowagi. Od setek lat wraz z pierwszymi promieniami słońca szli ją powitać i nigdy nie zawiedli.

Książę opuścił szybko Ogrody i ruszył biegiem ku domostwu Wybranych. Wszędzie było mnóstwo zieleni, wzdłuż kamiennych ścieżek kwitły kwiaty, a na tyłach domu ciągnęły się równe grządki z warzywami; czarna ziemia pełna była zielonych łodyżek i kiełków. Dziedziniec otaczał niski skalny murek, w którym zrobiono wyłom na bramę utworzoną z białych palików. Dom był ciemny i cichy. Ander zwolnił. O tej porze Wybrani nie powinni już spać. Nie było jednak żadnego śladu życia. Książę elfów poczuł, że ogarnia go dziwny chłód. Szedł, nie spuszczając oczu z tajemniczego półmroku czającego się za otwartymi drzwiami domostwa. — Lauren? — zawołał cicho, stając w progu. Odpowiedziała mu głucha cisza. Przeszedł przez próg. Kątem oka dostrzegł w zaroślach jakiś ruch i zmroził go nagły strach. Co tam było? Poniewczasie przypomniał sobie o broni, którą zostawił w swoim domku. Stał przez chwilę bez ruchu, czekając na dalsze wydarzenia. Ale już nic więcej się nie poruszyło, żaden dźwięk nie zdradzał obecności innej żywej istoty. Ander wszedł zdecydowanie do środka. — Lauren...? Gdy wzrok przyzwyczaił się do panującej wewnątrz ciemności, głos zamarł mu w krtani. Wszędzie leżały ciała Wybranych, porozrzucane jak zużyte worki; rozszarpane, połamane, pozbawione życia. Lauren, Jase — wszyscy martwi, porozrywani, jakby dopadły ich oszalałe bestie. Księcia ogarnęła rozpacz. Nie przeżył żaden Wybrany... I kto miał teraz się udać na poszukiwania Safehold i umieścić nasionko Ellcrys w Krwawym Ogniu...? Drzewo się nie odrodzi, nie ma ratunku dla elfów. Widok martwych Wybranych przyprawiał go o mdłości, ale mimo to nie mógł się ruszyć. Stał tam, przerażony i oszołomiony. W jego umyśle tłukło się jedno słowo: Demony! Chwilę później Ander wyszedł chwiejnym krokiem na zewnątrz i oparł się o ścianę domu, aby opanować drżenie i miotające nim torsje. Gdy doszedł do siebie, ruszył zaalarmować Czarną Straż, a potem popędził do miasta. Trzeba powiedzieć o wszystkim ojcu, a najlepiej będzie, jeśli powie mu to własny syn. Nietrudno było się domyślić, co spotkało Wybranych. Ellcrys była coraz słabsza i Zakaz zaczynał się rozpadać. Potężniejsze demony zdołały się już uwolnić. Tylko jeden z nich mógł zrobić tak straszną rzecz. Jednym celnym uderzeniem demony chciały zdobyć pewność, że już nigdy nie zostaną uwięzione. Zniszczyły wszystkich, którzy mogli pomóc w ponownych narodzinach Ellcrys i przywróceniu Zakazu. Ander biegł żwirową ścieżką prowadzącą wzdłuż ogrodu, którym opiekował się Went. Był tam teraz. Kopał i pielił, a gdy Ander go mijał, podniósł na chwilę pomarszczoną twarz. Książę jednak przebiegł obok i nie odezwał się doń. Mężczyzna przymknął z zadowoleniem oczy. Przesiewając leniwie czarną ziemię między palcami, Przemieniec podjął przerwaną na chwilę pracę. V Wieczorem książę elfów po raz ostatni zamknął domostwo Wybranych. Patrzył w gęstniejący mrok, otoczony głęboką, martwą ciszą. Dom stał zupełnie pusty; ciała sześciu zamordowanych zostały już dawno wyniesione, a teraz Ander zabierał pozostałe po nich drobiazgi, by zwrócić je krewnym. Przez kilka krótkich chwil był sam na sam ze swoimi myślami. Nie chciał jednak się nad nimi dłużej rozwodzić; miał ważniejsze zadanie do spełnienia. Nadzorował usuwanie zmasakrowanych ciał, a potem zabranie ksiąg dziejów służby, które miały zostać umieszczone w bezpiecznym miejscu w krypcie pałacu Elessedilów. Zgodnie z

poleceniem ojca prześledził zbiory strona po stronie, szukając najmniejszej wskazówki rozwiązania zagadki Safeholdu, którą być może przeoczyli. Nie znalazł dosłownie nic. Co za różnica, pomyślał i pokiwał smutno głową. Jakie to ma znaczenie, czy dowiedzą się czegoś o Safeholdzie, czy nie? Nie ma przecież Wybranego, który mógłby zanieść nasionko, po co więc szukać Krwawego Ognia? Na razie Ander był zadowolony, że może robić cokolwiek i odwrócić myśli od tego, co zobaczył rano. Pozostawił pusty domek, przeszedł przez dziedziniec i podążył ścieżką do Ogrodów Życia. W całym Carolanie migotały światła pochodni, rozświetlając gęstniejący mrok. Wszędzie było pełno żołnierzy; Czarna Straż otoczyła Ogrody, a przyboczna gwardia króla, składająca się z elfijskich myśliwych, patrolowała ulice i aleje. Wszyscy byli przerażeni tym, co się stało. Gdy rozeszła się wieść o zamordowaniu Wybranych, Eventin szybko zapewnił elfy, że natychmiast znajdą się pod ochroną, by nie spotkał ich podobny los. Sam jednak był przekonany, że jego ludowi nie zagraża bezpośrednie niebezpieczeństwo. Bestia, która zabiła młode elfy, nie polowała już na nikogo innego. Wybrani byli jej jedynym celem. Tylko takie rozwiązanie miało jakiś sens. Mimo to podjęto środki ostrożności, aby w ten sposób powstrzymać wybuch paniki, którą wyczuwało się w całym mieście. Oczywiście, prawdziwe zniszczenie zostało już dokonane. Drzewo umierało, a jego ponowne narodziny były niemożliwe. Gdy Ellcrys uschnie, Zakaz rozpadnie się całkowicie, a uwięzione zło będzie wolne. Wtedy zniszczy wszystkie elfy, nie zostawiając nikogo przy życiu. Jakież cudowne zaklęcie elfijskiej magii mogłoby temu zapobiec? Ander zatrzymał się przy murze okalającym Ogrody. Odetchnął głęboko, by się uspokoić i zdusić uczucie bezradności, które niczym podstępna choroba narastało w nim po trochu przez cały dzień. Cóż mają teraz począć? Nawet gdyby Wybrani żyli, nikt nie wiedział przecież, gdzie szukać Krwawego Ognia. Zakaz zaczynał słabnąć i było coraz mniej czasu, by odnaleźć owo źródło życia. A teraz, gdy Wybrani nie żyli... Amberle. To imię pojawiło się niespodziewanie w jego umyśle. Amberle. Ostatnie słowa Laurena dotyczyły właśnie jej. Może ona mogłaby pomóc. Gdy rudowłosy Wybrany to zaproponował, jego pomysł wydał się Anderowi niedorzeczny. Teraz jednak cokolwiek było lepsze niż to, co mieli. Umysł księcia pracował na przyspieszonych obrotach. Jak przekonać ojca, żeby rozważył taką możliwość? Jak nakłonić go, aby zechciał chociaż porozmawiać z nim o Amberle? Pamiętał dobrze jego gorycz i rozczarowanie, gdy się dowiedział, że dziewczyna zrezygnowała z zaszczytu. Ander porównał to z rozpaczą, którą zobaczył na twarzy króla, gdy rano przyniósł mu wiadomość o masakrze Wybranych. Podjął szybką decyzję. Eventin natychmiast rozpaczliwie potrzebował pomocy i nieważne było, z jakiej strony ona nadejdzie. Arion wyjechał do Sarandanonu, na nim więc spoczywa ten obowiązek. A może to zrobić tylko w jeden sposób. Musi powiedzieć ojcu, że trzeba odnaleźć Amberle. — Książę? Głos dobiegał znikąd. Ander podskoczył z przerażenia, łapiąc gwałtownie oddech. Spod sosen rosnących naprzeciwko ogrodowego muru oderwał się cień, ciemniejszy niż noc. Ander zamarł i wstrzymał oddech. Potem wydobył szybko krótki miecz, który był przytroczony do jego pasa. Cień był już nad nim, trzymając w żelaznym uścisku jego ramię. — Spokojnie, Anderze Elessedilu — przemówił cichy, lecz stanowczy głos. — Nie jestem twoim wrogiem. Książę dostrzegł, że cień należy do wysokiego człowieka liczącego ponad siedem stóp wzrostu. Szczupłą postać mężczyzny otulały szczelnie czarne szaty, a głowę osłaniał kaptur podróżnego płaszcza. Nie było widać twarzy; w ciemności błyszczały jedynie wąskie kocie oczy. — Kim jesteś? — wykrztusił wreszcie Ander.

Mężczyzna cofnął rękę z ramienia księcia i zdjął kaptur, by odsłonić twarz. Była pomarszczona i zarośnięta krótką, czarną brodą, która okalała szerokie, pozbawione uśmiechu usta. Nieznajomy nosił długie do ramion włosy, jego ciemne oczy patrzyły uważnie spod krzaczastych brwi zrośniętych nad długim, płaskim nosem. Te niesamowite oczy spoglądały prosto na księcia, który nie był w stanie odwrócić spojrzenia. — Twój ojciec mnie zna — szepnął wysoki mężczyzna. — Nazywam się Allanon. Ander zesztywniał, na jego twarzy malowało się niedowierzanie. — Allanon? — Potrząsnął wolno głową. — Ale... Ale przecież Allanon nie żyje! — Książę, czy ja wyglądam na nieżywego? — W głębokim głosie pojawiła się nuta sarkazmu, a oczy rozbłysły jeszcze jaśniej. — Nie, nie... skądże — odparł niepewnie Ander. — Ale to było ponad pięćdziesiąt lat temu... Zamilkł, bo stare historie, które kiedyś opowiadał mu ojciec, stanęły przed nim jak żywe: poszukiwania Miecza Shannary; odbicie Eventina z obozu wrogiej armii; bitwa pod Tyrsis; porażka Warlocka, który został pokonany przez małego mieszkańca Vale, Sheę Ohmsforda. Przez cały czas Allanon był z obleganymi mieszkańcami czterech krain, użyczając im swojej mocy i mądrości. Gdy wszystko się skończyło, a Warlock został zniszczony, mag zniknął. Mówiono, że Shea Ohmsford widział go ostatni. Potem rozeszły się plotki, że Allanon zjawił się w czterech krainach w innym czasie i miejscu. Nigdy nie odwiedził Westlandii i elfów i nikt go też tu nie oczekiwał. Ojciec powtarzał jednak często Anderowi, że po tym druidzie można się spodziewać najbardziej nieoczekiwanych rzeczy. Podróżnik, historyk, filozof i mistyk, strażnik ras, ostatni z pradawnych druidów — mądrych ludzi nowego świata; to właśnie był Allanon. Ale czy to naprawdę on, pomyślał nieufnie Ander. — Przyjrzyj mi się uważnie, książę elfów — polecił olbrzym i podszedł bliżej. — Przekonasz się, że mówię prawdę. Ander spojrzał na śniadą twarz, potem zajrzał głęboko w błyszczące oczy i nagle wszystkie wątpliwości zniknęły. Nie był już nieufny. Człowiek, który stał przed nim, był naprawdę Allanonem. — Chcę, żebyś zaprowadził mnie do ojca — powiedział przybysz cicho. — Wybierz jakąś boczną drogę. Chciałbym utrzymać swoje przybycie w tajemnicy. Szybko, zanim nadejdą strażnicy. Ander nie spierał się z nim. Druid podążał za nim jak jego własny cień. Minęli Ogrody Życia i podążyli w kierunku miasta. Wkrótce dotarli do małej, zamkniętej na łańcuch furtki, która prowadziła na tereny pałacu, i ukryli się w bujnej roślinności. Ander wyciągnął z kieszeni pęk kluczy i umieścił jeden z nich w zamku. Klucz obrócił się z ostrym zgrzytem i kilka sekund później obaj znaleźli się w środku. Zazwyczaj pałac strzeżony był jedynie przez wartowników stojących przy bramie. Niedługo po odkryciu zmasakrowanych zwłok Wybranych, w południowej części ogrodu znaleziono ciało Wenta, któremu ktoś złamał kark. Stary ogrodnik zginął w zupełnie inny sposób niż pozostali, nie było więc powodu, żeby łączyć te dwa zdarzenia. Jednak to ostatnie morderstwo popełniono zbyt blisko króla i nie można już było polegać jedynie na straży pałacowej. Podjęto dodatkowe środki ostrożności; przy drzwiach królewskiego apartamentu czuwali Dardan i Rhoe, osobista straż Eventina. Anderowi wydawało się, że nie ma najmniejszego prawdopodobieństwa, aby ktoś obcy wszedł nie zauważony na teren pałacu, a jednak obaj z druidem zdołali się przedostać bez zatrzymania. Allanon poruszał się bezszelestnie niczym nocny cień, Ander zaś trzymał się blisko niego. Wreszcie dotarli do okien mieszczącego się na parterze gabinetu króla. Tam zatrzymali się na moment. Druid nadsłuchiwał przez chwilę, a potem nacisnął żelazną klamkę. Okiennice otworzyły się cicho i obaj mężczyźni weszli do środka.

Eventin wstał od stołu, na którym ciągle jeszcze leżały stosy książek, i spojrzał na nich z niedowierzaniem — najpierw na syna, a potem na towarzyszącego mu człowieka. — Allanon! — szepnął. Druid zamknął okiennice, starannie zaciągnął zasłony i obrócił się do światła. — Po tylu latach... — Król potrząsnął głową ze zdumieniem. Wyszedł zza stołu, by lepiej się przyjrzeć twarzy przybysza. Jego niedowierzanie zmieniło się w zdziwienie. — Allanon! Nic się nie postarzałeś! W ogóle się nie zmieniłeś od czasu... — słowa uwięzły mu w gardle. — W jaki sposób...? — Jestem tym, kim zawsze byłem — przerwał mu druid. — To wszystko, co powinieneś wiedzieć, królu elfów. Eventin przytaknął mu bez słowa, ciągle oszołomiony nieoczekiwanym pojawieniem się gościa. Wolno wrócił do stołu i obaj mężczyźni zajęli miejsca naprzeciwko siebie. Ander stał przez cały czas w tym samym miejscu, niepewny, co dalej robić. — Przysiądź się do nas, książę. — Allanon wskazał mu trzecie krzesło. Ander usiadł szybko, wdzięczny, że pozwolono mu zostać. Bardzo pragnął usłyszeć, o czym będą rozmawiać. — Wiesz, co się stało? — król zwrócił się do przybysza. — Właśnie dlatego tu jestem. — Druid skinął głową. — Wyczułem wyłom w Zakazie. Coś przedostało się do tego świata, coś mającego naprawdę wielką moc. Pojawienie się tego potwora... Usłyszeli słaby odgłos kroków, który rozległ się tuż za drzwiami gabinetu. Allanon poderwał się szybko na nogi. Po chwili stał już spokojnie. — Nikt nie może się dowiedzieć, że tu jestem — powiedział. Eventin nie kwestionował tego. Kiwnął po prostu głową, podszedł szybko do drzwi i otworzył je. W progu siedział Manx, machając wolno ogonem i spoglądając na swojego pana. Król wyszedł na korytarz i ujrzał Gaela niosącego tacę z filiżanką herbaty. Uśmiechnął się do niego i odebrał tacę. — Idź teraz do domu i prześpij się trochę — rozkazał służącemu. Gdy Gael próbował oponować, król szybko potrząsnął głową. — Żadnych sporów. Rano będziemy mieli dużo pracy. Idź do domu. Nic mi się nie stanie. Poproś Dardana i Rhoe'a, żeby stali na straży, dopóki się nie położę. Nie chcę już nikogo widzieć. Obrócił się szybko i wszedł z powrotem do gabinetu, zamykając za sobą drzwi. Manx obwąchał z zainteresowaniem nieznajomych siedzących przy stole, a potem, najwidoczniej usatysfakcjonowany, spoczął u stóp kamiennego kominka. Położył wygodnie pysk na prze- dnich łapach i przymknął z zadowoleniem oczy. Eventin zajął ponownie swoje miejsce. — Czy to właśnie ten potwór zabił Wybranych? — zapytał. — Sądzę, że tak właśnie było. — Druid skinął głową. — Poczułem, że Wybranym grozi niebezpieczeństwo i przybyłem najszybciej, jak mogłem. Niestety nie dość szybko, aby ich ocalić. — Obawiam się, że wina leży po mojej stronie. — Eventin uśmiechnął się smutno. — Zostawiłem ich bez ochrony, chociaż wiedziałem, że Zakaz zaczął zanikać. Zresztą może to nie ma znaczenia. Nawet gdyby żyli, nie byliby w stanie ocalić Ellcrys. Nie można rozpoznać żadnego z obrazów, który ułatwiłby lokalizację Krwawego Ognia, nie mówiąc już o tej nazwie. Safehold... Znasz to miejsce? Allanon pokręcił przecząco głową. — Nasze zbiory nie mówią nic na temat Safehold, moi poprzednicy również, ani ci, którzy rządzili przede mną, ani ci, którzy byli wśród Wybranych — mówił dalej król. — Znalazłem się w rozpaczliwej sytuacji. Ellcrys umiera, a żeby ją ocalić, jeden z Wybranych musiałby

zanieść jej nasionko do Krwawego Ognia, umieścić je w płomieniach, a potem powrócić z nim do Ellcrys. Jedynie w ten sposób mogłoby się dokonać odrodzenie. — Znam tę historię — przerwał druid. Król zaczerwienił się z gniewu i zakłopotania. — Zastanów się więc. Nie wiemy, gdzie jest Krwawy Ogień. Nie mamy żadnego zapisu na temat Safehold. Nikt z Wybranych nie żyje i nie ma nikogo, kto zaniósłby nasionko Ellcrys. Rezultat tego wszystkiego jest zatem nieunikniony. Ellcrys umrze, Zakaz się rozpadnie, zło zostanie uwolnione i zaleje ziemie, a elfy i wszystkie pozostałe rasy zamieszkujące cztery krainy staną w obliczu wojny, która zniszczy nas wszystkich! — Eventin pochylił się nagle do przodu. — Ja jestem tylko królem i nikim więcej. Ty jesteś druidem i czarownikiem. Jeśli możesz pomóc, zrób to. To nasz jedyny ratunek. Allanon uniósł lekko głowę, jakby zastanawiając się nad czymś. — Zanim przyszedłem do ciebie, Eventinie, byłem w Ogrodach Życia i rozmawiałem z Ellcrys. — Rozmawiałeś z nią? — spytał z niedowierzaniem król. — Może lepiej powiem, że to ona rozmawiała ze mną. Oczywiście, gdyby się na to nie zdecydowała, nie byłoby między nami żadnego porozumienia. — Ale ona rozmawia tylko z Wybranymi — przerwał Ander, po czym szybko zamilkł, widząc irytację na twarzy ojca. — Mój syn ma rację, Allanonie — zwrócił się do druida Eventin. — Ellcrys nie rozmawia z nikim prócz Wybranych, a i to robi rzadko. — Ona rozmawia z tymi, którzy jej służą — odparł mag. — Wśród elfów tylko Wybrani mają ten zaszczyt, ale druidzi zawsze służyli Ellcrys, tyle że w inny sposób. W każdym razie po prostu zaoferowałem jej swoją służbę, a ona zdecydowała się do mnie przemówić. Z tego, co powiedziała, wynika, że mylisz się przynajmniej w jednej sprawie. Eventin czekał chwilę na dalszy ciąg, ale druid nic już nie powiedział. Siedział tylko i spoglądał na nich badawczo. — Bardzo dobrze, zapytam więc sam. — Król starał się zachować spokój. — W jakiej sprawie się mylę? — Zanim ci odpowiem — powiedział Allanon, pochylając się do przodu — chcę, żebyś coś zrozumiał. Przyszedłem tu, aby udzielić wam pomocy, na jaką tylko mnie stać, ponieważ zło uwięzione za Zakazem zagraża wszelkiemu życiu w czterech krainach. Moja pomoc jest dobrowolna, ale pod jednym warunkiem. Muszę mieć swobodę działania, nawet wtedy, gdy nie będziesz tego aprobować, Eventinie. Nawet wtedy. Czy rozumiesz to? Król zawahał się. Błękitnymi oczyma przyglądał się uważnie śniadej twarzy czarownika, szukając na niej odpowiedzi. W końcu skinął głową. — Rozumiem. Możesz postępować tak, jak zechcesz. Druid wyprostował się i zwrócił twarz ku Anderowi i Eventinowi, maskując przy tym starannie wszelkie emocje. — Sądzę, że najpierw mógłbym pomóc w odnalezieniu Safehold. Tak jak już mówiłem, nie poznałem miejsca, które pokazała mi Ellcrys. Nie rozpoznałem go, bo pochodziło z czasów jej stworzenia. Wielkie Wojny zmieniły geografię starego świata tak dalece, że jej wyobrażenie o tym miejscu jest całkiem błędne. Mamy jednak nazwę Safehold. Powiedziałeś, że zbiory królów elfów i księgi służby Wybranych nie wymieniają tej nazwy. Jednak jest jeszcze jedno miejsce, gdzie można to sprawdzić. W Paranorze, twierdzy druidów, znajdują się zbiory dotyczące nauk i tajemniczych zjawisk starego świata. Możliwe, że w tych księgach będzie jakaś wzmianka na temat stworzenia Ellcrys i lokalizacji Krwawego Ognia. Prawdopodobieństwo jest bardzo duże, ponieważ większość informacji tam zawartych po- chodzi z czasów Pierwszej Rady Druidów. Przekazał je każdy jej uczestnik, tak jak to czyniono od czasów wojennego pogromu. Pamiętam również, że pierwszą znakomitością tej

rady był Galaphile, który był elfem. On wiedział coś o stworzeniu Ellcrys i miejscu, gdzie znajduje się Krwawy Ogień. — Dziś wieczorem — podjął po chwili — gdy skończymy tę rozmowę, udam się do Paranoru. Księgi są dobrze ukryte przed każdym z wyjątkiem druidów, więc muszę tam pójść osobiście. Sądzę, że znajdę w nich jakąś wzmiankę na temat Safehold. Jest nadzieja, że z tego, co tam odkryję, dowiemy się, gdzie jest Krwawy Ogień. — Allanon położył ręce na blacie stołu i spojrzał na króla. — A teraz sprawa Wybranych, Eventinie. Zupełnie się tutaj mylisz. Nie wszyscy są martwi. W komnacie zapanowała głucha cisza. Amberle, pomyślał zaskoczony Ander. On ma na myśli Amberle! — Wszyscy zostali zamordowani! Cała szóstka... — zaczął Eventin i nagle zamilkł. — Było siedmioro Wybranych — powiedział cicho druid. — Siedmioro. Król zesztywniał i wbił palce w krawędź stołu tak mocno, że zbielały mu kostki. W jego oczach odbijał się gniew i niedowierzanie. — Amberle — wyszeptał jej imię niczym przekleństwo. — Ona jest jedną z Wybranych. — Druid skinął głową. — Nie! — krzyknął Eventin i zerwał się na równe nogi. — Nie, druidzie! Usłyszeli dobiegający z korytarza odgłos szybkich kroków, a po chwili stukanie do drzwi. Ander uświadomił sobie, że podniesiony ton ojca przywiódł do gabinetu Dardana i Rhoe'a. Podszedł szybko do drzwi i otworzył je. Zdziwiony ujrzał nie tylko strażników, lecz również Gaela. Wszyscy zaglądali ciekawie do środka, ale książę elfów zasłonił im widok. Ojciec znalazł się zaraz obok niego. — Gaelu, powiedziałem ci, żebyś poszedł do domu — król upomniał surowo młodego elfa. — Zrób to teraz. Gael skłonił się sztywno. Na jego twarzy malował się ból wywołany słowami starego człowieka. Służący odwrócił się i odszedł bez słowa. Król skinął głową do gwardzistów, zapewniając ich w ten sposób, że wszystko jest w porządku. Żołnierze wrócili więc z po- wrotem na swoje posterunki. Eventin stał przez chwilę w progu gabinetu, a potem zamknął drzwi i powiódł badawczym wzrokiem od swego syna do Allanona. — Skąd wiesz o Amberle? — Ellcrys powiedziała mi o siedmiu Wybranych. Była między nimi młoda dziewczyna. Nazywała się Amberle Elessedil. — Druid zamilkł i przyjrzał się uważnie twarzy króla elfów. Była naznaczona goryczą, pobladła. — To niezwykłe, że młoda kobieta zostaje Wybraną — ciągnął cicho Allanon. — Nie zdarzyło się to, jak mi się wydaje, od co najmniej pięciuset lat. — Dla Amberle ten zaszczyt nic nie znaczył. — Król potrząsnął głową ze złością. — Wzgardziła nim. Przyniosła wstyd swojemu ludowi i rodzinie. Nie jest już jedną z Wybranych. Nie jest też mieszkanką tej krainy. Jest wyrzutkiem z własnego wyboru! Allanon wstał szybko, jego twarz przybrała surowy wygląd. — Mówisz jak głupiec. Amberle jest przecież twoją wnuczką. Eventin poczuł się dotknięty tą wymówką, ale nic nie powiedział. Mag zbliżył się do niego. — Posłuchaj mnie, Eventinie. Amberle jest Wybraną. Prawdą jest też, że nie służyła Ellcrys tak jak inni. To prawda, że porzuciła swoje zadania. To prawda również, że z sobie tylko znanych powodów opuściła dom rodzinny, Arborlon i Westlandię, nie zważając na obo- wiązki, które bezspornie na niej spoczywały. W oczach swojego ludu zhańbiła rodzinę, a zwłaszcza ciebie jako króla. To prawda, że nie chciała być dłużej jedną z Wybranych. Wiedz jednak, że ani ty, ani twój lud nie możecie odebrać jej tego, co dała jej Ellcrys. Nawet ona nie może tego zrobić. To należy jedynie do samej Ellcrys. Dopóki ona nie zmieni zdania, Amberle pozostaje Wybraną w jej służbie — Wybraną, która może umieścić jej nasionko w

Krwawym Ogniu i dać jej nowe życie. Król nie musi rozumieć tego wszystkiego, Eventinie Elessedilu — powiedział na koniec Allonon. — Nawet jeśli jest królem. Niektóre sprawy trzeba po prostu zaakceptować. Eventin spojrzał bez słowa na druida. Gniew zniknął z jego oczu, a w jego miejsce pojawiły się ból i zmieszanie. — Kiedyś byliśmy sobie bardzo bliscy — odezwał się w końcu. — Po śmierci jej ojca, a mojego syna Aina, ja stałem się jej ojcem. Była jeszcze dzieckiem, miała dopiero pięć lat. Wieczorami bawiliśmy się razem... — przerwał, bo nie był w stanie dalej mówić. Odetchnął głęboko, żeby się uspokoić. — Było w niej coś, czego później już u nikogo nie znalazłem — jakaś słodycz, niewinność i miłość. Jestem starym człowiekiem i mówię w ten sposób o swojej wnuczce, ale nie robię tego bez zastanowienia. Znałem ją. Allanon nie odezwał się. Król podszedł do swojego krzesła i usiadł wolno. — Od czasów Jerle Shannary księgi nie wspominają o żadnej innej kobiecie, która zostałaby Wybraną. Amberle była pierwsza, pierwsza od ponad pięciuset lat. Spotkał ją zaszczyt, za który inni oddaliby wszystko. Pokiwał ze zdumieniem głową. — Ale Amberle zrezygnowała z tego. Nie wyjaśniła niczego ani mnie, ani swej matce... nikomu. Po prostu odeszła bez słowa. Eventin zamilkł bezradnie. Allanon usiadł naprzeciw niego, a oczy błyszczały mu żywo. — Ona musi wrócić, Eventinie. Jest jedyną nadzieją elfów. — Ojcze — odezwał się Ander, zanim zdążył przemyśleć, co chce powiedzieć. W nagłym odruchu ukląkł u boku starego człowieka. — Ojcze, w noc przed zabójstwem Lauren powiedział mi o czymś. Twierdził, że Ellcrys bardzo dużo rozmawiała z Amberle. Wszak nigdy przedtem się to nie zdarzyło. Może Amberle jest naszą jedyną i największą nadzieją. Król spojrzał na syna obojętnie, jak gdyby jego słowa nic nie znaczyły. Potem położył dłonie na zniszczonym blacie stołu i pochylił głowę. — Myślę, Anderze, że ta nadzieja jest raczej nikła. Możliwe, że nasz lud zaakceptuje ją jeszcze raz, ale tylko dlatego, że jej potrzebuje. Jednak nie jestem tego całkiem pewien; to, co zrobiła, jest w oczach naszego narodu niewybaczalne. Może Ellcrys też ją zaakceptuje, za- równo jako Wybraną, jak i dostarczycielkę jej nasionka. Nie twierdzę, że znam odpowiedzi na te pytania. Nie jestem też pewien własnych uczuć. Amberle się nam przeciwstawi, druidzie. — Król zwrócił się teraz do Allanona. — Gdy opuściła swój kraj, zrobiła to już na zawsze. Była przekonana, że tak musi być; coś ją w tym upewniło. Nie znasz jej tak jak ja. Ona nigdy nie powróci. Twarz Allanona wciąż pozostawała niezmienna. — To się okaże. Przynajmniej możemy ją zapytać. — Nie wiem, gdzie ona jest — stwierdził król cierpkim tonem. — Wątpię, czy ktokolwiek wie. Mag napełnił filiżankę ziołową herbatą i podał ją królowi. — Ja wiem. Eventin przyglądał mu się przez chwilę bez słowa. Miotały nim sprzeczne uczucia, oczy niespodziewanie wypełniły się łzami, które jednak zniknęły tak szybko, jak się pojawiły. — Powinienem był się tego domyślić — powiedział w końcu. Potem wstał i odszedł od stołu. Jego twarz częściowo skryła się w mroku. — Tak jak sobie życzyłeś, Allanonie, w tej sprawie masz swobodę działania. Wiesz o tym. — Zanim wyjadę, chcę, żeby twój syn pomagał mi przez jakiś czas — powiedział Allanon ku zdziwieniu Andera, po czym również się podniósł. Eventin nie poruszył się. — Jak sobie życzysz. — Pamiętaj, nikt nie może wiedzieć, że tu jestem. — Nikt się nie dowie. — Król pokiwał głową.

Chwilę później druid wyszedł przez okno i zniknął w ciemności. Ander popatrzył z wahaniem na ojca, po czym ruszył w ślady Allanona. Wiedział, że myśli starego człowieka krążą teraz wokół Amberle. Ukryty w ciemnościach lasów Westlandii, na pomoc od Carolanu, Dagda Mor siedział cicho z zamkniętymi oczami. Gdy je otworzył, jaśniały zadowoleniem. Przemieniec dobrze mu służył. Wstał powoli i objął rękoma wypolerowane drewno Berła Mocy; zapłonęło jasno. — Druidzie — syknął cicho. — Wiem o tobie. Ruszył w kierunku bezkształtnego cienia, jaki stanowił Kosiarz; potwór wyłonił się z otchłani nocy. Dagda Mor spojrzał na wschód. Poczeka na druida w Paranorze. Lecz nie sam. Wyczuwał moc czarownika i obawiał się jej. Kosiarz był dość silny, żeby przeciwstawić się takiej potędze, ale dla niego miał inne zadanie. Nie, tu będzie potrzebny ktoś jeszcze. Przeprowadzi więc kilkoro swoich braci przez słabnącą ścianę Zakazu. To wystarczy, żeby pochwycić maga w pułapkę. Wystarczy, żeby go zabić. VI Allanon zaczekał, aż Ander wyjdzie z oświetlonego gabinetu, po czym przeszli z powrotem przez tereny pałacowe. Wyszli przez małą boczną furtkę i znaleźli się na drodze. Czarownik poprosił, by książę zabrał go do stajni. Bez słowa podążyli ścieżką, która zaprowadziła ich przez mały lasek do wybiegu dla koni, a stamtąd ku wejściu do stajni. Ander zwolnił starego stajennego, zapewniając, że wszystko jest w porządku, i obaj z Allanonem weszli do środka. Przegrody były oświetlone podwójnym rzędem oliwnych lamp, ciszę rozpraszało zaś lekkie rżenie koni. Druid przeszedł wzdłuż pierwszego rzędu boksów, przesuwając wzrok z jednego wierzchowca na drugiego, po czym ruszył z powrotem. W końcu zatrzymał się i zwrócił do Andera. — Ten — wskazał. — Chcę tego. Książę spojrzał z niepokojem na konia, którego wybrał Allanon. Rumak nazywał się Artaą. Był potężnym, czarnym jak węgiel ogierem mierzącym ponad siedemdziesiąt cali. Artaq miał dość siły, by unieść kogoś tak dużego jak Allanon, i na dodatek wytrzymać długą, forsowną jazdę. Był dobrym koniem na polowanie, a jego atutem była bardziej wytrzymałość niż szybkość. Ander poznał go na tyle, że wiedział, iż na krótkich dystansach Artaq jest w stanie osiągnąć dużą prędkość. Ogier miał dość małą, wąską głowę, zwłaszcza gdy porównało się ją z potężnym, silnie zbudowanym tułowiem. Oczy konia były szeroko rozstawione i oszałamiająco błękitne. Czaiła się w nich wielka inteligencja; Artaq nie był koniem, który dawał się ujarzmić każdemu człowiekowi. W tym właśnie był problem. Ogier miał silną wolę i jego zachowanie było zupełnie nieprzewidywalne. Uwielbiał zabawiać się z dosiadającymi go jeźdźcami, a zabawy te kończyły się zazwyczaj zrzuceniem z siodła. Co najmniej kilku jeźdźców zostało rannych podczas takich upadków. Jeśli śmiałek, który dosiadał Artaqa, nie był dość silny i szybki, koń znajdował sposób, by strząsnąć go z siebie zaledwie w kilka sekund. Niewielu zadawało sobie trud, żeby zaryzykować. Nawet król rzadko teraz na nim jeździł, chociaż kiedyś Artaq był jego ulubieńcem. — Są inne... — zaproponował niezdecydowanie Ander, ale Allanon potrząsnął przecząco głową. — Ten koń będzie dobry. Jak się nazywa? — Artaq — odparł książę elfów. Allanon przez chwilę z uwagą przyglądał się ogierowi, potem nacisnął klamkę i wszedł do przegrody. Ander podszedł bliżej, by lepiej się przyjrzeć. Druid stanął spokojnie przed wielkim czarnym koniem i podniósł rękę na przywitanie. Ku zdziwieniu elfa Artaq podszedł do maga. Ten pogłaskał delikatnie atłasową szyję i nachylił się, by szepnąć coś do końskiego

ucha. Potem nałożył ogierowi postronek i zaprowadził go do stanowiska ze sprzętem. Ander potrząsnął ze zdumieniem głową i poszedł za nimi. Druid wybrał siodło i uzdę, i po zdjęciu postronka umocował je w odpowiednich miejscach. Rzucił ostatnie słowo zachęty i wskoczył na grzbiet wierzchowca. Książę wstrzymał oddech. Druid ruszył wolno wzdłuż rzędu przegród, a potem zawrócił. Artaq był posłuszny i reagował właściwie; z tym jeźdźcem nie było żartów. Allanon podprowadził konia do miejsca, gdzie stał Ander, i zeskoczył na ziemię. — Gdy mnie nie będzie, książę — powiedział, spoglądając czarnymi oczami na Andera — ty zaopiekujesz się swoim ojcem. Upewnij się, że nic mu nie grozi. Liczę na ciebie. Ander skinął głową zadowolony, że Allanon okazał mu takie zaufanie. Druid patrzył nań jeszcze przez chwilę, po czym zaprowadził Artaqa na tył stajni i uchylił szeroko podwójne drzwi. Ander jeszcze raz poszedł za nimi. — Zatem do widzenia, Anderze Elessedilu — rzucił Allanon i wsiadł na konia. Skierował Artaqa ku wyjściu i szybko wyjechał w ciemność. Ander patrzył za nimi, dopóki całkiem nie zniknęli mu z oczu. Przez następne trzy dni Allanon i Artaq podążali na wschód w kierunku Paranoru. Droga wiodła przez gęste lasy Westlandii ku wejściu do historycznej przełęczy Rhenn, a stamtąd ku rozległym pustyni przestrzeniom równiny Streleheim. Allanon jechał przez cały czas, przystając jedynie po to, by dać odpocząć Artaqowi, nakarmić go i napoić. Jeśli to było możliwe, poruszał się w obrębie zalesionych terenów, trzymając się z dala od szlaków karawan i uczęszczanych dróg. Na razie nikt, z wyjątkiem króla i jego syna, nie wiedział o powrocie czarownika do czterech krain. Nikt oprócz nich nie wiedział również o księgach druidów przechowywanych w Paranorze ani o siódmym Wybranym. Jeśli zło, które przedostało się przez ścianę Zakazu, zdoła się o tym dowiedzieć, jego poszukiwania będą poważnie zagrożone. Zachowanie tajemnicy było jego największym atutem i chciał, aby tak pozostało. Drugiego dnia o zachodzie słońca Allanon przybył do Paranoru. Był pewien, że nikt za nim nie jechał. Swego wierzchowca zostawił w pewnej odległości od fortecy, w małym świerkowym zagajniku pełnym soczystej trawy i świeżej wody, a resztę drogi postanowił przebyć pieszo. Wszystko wyglądało inaczej niż w czasach lorda Warlocka. Zniknęły stada wilków, które grasowały po okolicznych lasach. Nie było ogrodzenia z trujących cierni wznoszącego się wokół twierdzy. Lasy były ciche i spokojne, wypełnione przyjemnymi dźwiękami nadchodzącej nocy. W ciągu kilku minut Allanon stanął u stóp twierdzy druidów. Osadzony na potężnej skale, wiekowy zamek górował nad drzewami, jakby wypchnięty ręką olbrzyma z wnętrzności ziemi. Był to zapierający dech w piersiach obraz niczym z dziecięcej bajki: oszałamiający labirynt strzelistych wież i murów, iglic i parapetów. Wyblakłe białe kamienie, z których były zbudowane, rysowały się dumnie na tle głębokiego granatu nocnego nieba. Allanon zatrzymał się w zadumie. Historia Paranoru była historią druidów, historią jego przodków. Zaczęła się tysiąc lat po Wielkich Wojnach, gdy wszystko z wyjątkiem rasy ludzkiej zostało zniszczone, a oblicze starego świata zmieniło się już na zawsze. Zaczęła się po latach spustoszenia, zniszczenia i okrucieństwa, kiedy ci, którzy ocaleli z masakry, walczyli, by przeżyć w nowym, morderczym świecie. Bo człowiek nie był już dłużej gatunkiem panującym. Zaczęło się po tym, gdy z rodzaju ludzkiego powstały nowe gatunki — ludzie, karły, gnomy i trolle, i gdy na Ziemi znów pojawiły się elfy. Zaczęło się w Paranorze, gdzie w desperackiej próbie ocalenia świata przed totalną anarchią zebrała się Pierwsza Rada Druidów. Zwołał ją Galaphile, najpotężniejszy z druidów. Właśnie tutaj zgromadzono wszystkie historie starego świata, te przekazywane ustnie i te zapisane, by zachować je dla pokoleń, które miały dopiero nadejść. Tutaj zbadano tajemnice pradawnych nauk, połączono ich zapomniane fragmenty, wyjaśniono wiele tajemnic. Przez setki lat