uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 728 908
  • Obserwuję754
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 012 257

Tomasz Mróz - Kosmiczny Edek

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :1.9 MB
Rozszerzenie:pdf

Tomasz Mróz - Kosmiczny Edek.pdf

uzavrano EBooki T Tomasz Mróz
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 128 osób, 78 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 46 stron)

Tomasz Mróz; KOSMICZNY EDEK R W 2 0 1 0 TOMASZ MRÓZ KOSMICZNY EDEK Wydawnictwo RW2010 Poznań 2011 Redakcja i korekta zespół RW2010 Redakcja techniczna zespół RW2010 Copyright © Tomasz Mróz 2011 Okładka Copyright © RW2010 2011 Aby powstała ta książka, nie wycięto ani jednego drzewa. Dział handlowy: marketing@rw2010.pl Zapraszamy do naszego serwisu: www.rw2010.pl Utwór bezpłatny, z prawem do kopiowania i powielania, w niezmienionej formie i treści, bez zgody na czerpanie korzyści majątkowych z jego udostępniania. 2

Tomasz Mróz; KOSMICZNY EDEK R W 2 0 1 0 – Pijmy szybciej, bo się ściemnia! – No to co? – Tak się mówi, to jest dowcipne... Słońce, jak w każdej kiczowatej powieści, zachodziło krwawo nad zarysem sklepu nocnego, wydłużając cienie ławeczek przy skwerze, cienie postaci tkwiących wokół tych ławeczek, a nawet cienie i tak już podłużnych butelek dzierżonych przez owe postacie w dłoniach. Zapadał zmierzch, a wraz z nim miarowym pulsem zaczynało tętnić życie nocne wielkich metropolii, takich jak Londyn, Paryż czy Mediolan. Mieszkańcy tych miejsc z wesołymi minami korzystali z uciech życia, myśląc z pobłażaniem o smętnym losie mieszkańców prowincji – miejscowości takich jak Warszawa, Drezno, Bratysława, w których mieszkańcy ochoczo brali z życia co najlepsze, szczerze żałując swoich współobywateli w Żylinie czy Katowicach, gdzie ludziom nie mieściło się w głowie, że mogą być mieszkańcami Sochaczewa, Oławy czy Wąchocka i tak dalej... Dla ułatwienia identyfikacji opisywanego obszaru geograficznego dodajmy, że mentalność prawie wszystkich stojących przy ławeczkach postaci plasowała się poniżej średniej charakteryzującej mieszkańców wspomnianych miejsc, lecz wcale nie zależała od wielkości zamieszkiwanej miejscowości, bo takich osobników można spotkać wszędzie. Innymi słowy, rzecz się dzieje gdzieś w galaktyce i to powinno wystarczyć. Piękno zachodzącego słońca nie robiło na nikim żadnego, ale to żadnego wrażenia, no, prawie na nikim. – Pijmy szybciej, bo się ściemnia! – Stalowy Kazek zarechotał, wypuszczając malownicze obłoczki papierosowego dymu z ust. 3

Tomasz Mróz; KOSMICZNY EDEK R W 2 0 1 0 – No to co? – zapytał Pająk. – Tak się mówi, to jest dowcipne. – Chyba doustne! – Pająk okazywał fatalny brak zrozumienia dla popisów intelektualnych kolegi. Zapadła cisza. Stalowy milczał, bo właśnie pomyślał sobie, że strasznie się tutaj marnuje, tracąc czas z ludźmi, o których martwili się już twórcy pozytywistycznych nowelek, później władza ludowa, a obecnie nie martwił się nikt, pod warunkiem, że ten nikt nie mieszkał w najbliższym sąsiedztwie. Ja milczałem, bo od samego początku roztrząsanie zależności tempa spożycia od natężenia światła mnie nie interesowało. Pająk milczał, gdyż był to dla niego stan normalny, a krótkie sentencje, jakie z siebie czasem wydobywał, nie wnosiły do rzeczywistości prawie nic. Prawie, bo jednak słowo to słowo. Raz, że drgające powietrze, a dwa, że słowo, niezależnie jak krótkie bądź głupie by było, to jednak zasługiwało na opisanie w mądrych słownikach. Dajmy na to, wyraz „dupa”, jeden z lepiej znanych Pająkowi, wydobywał się nieraz z gardzieli profesorów, proboszczów, a nawet prezydentów i monarchów. Czyli mówiąc „dupa”, na krótką chwilę można się było upodobnić do koronowanej głowy albo kogoś bardzo czcigodnego. Tak by sobie kombinował Pająk, gdyby kombinował, ale on mówił „dupa” bez żadnych podtekstów. Po latach odkryłem, że było to niezwykle zdrowe psychicznie podejście; zresztą, z Pająka w niejednej dziedzinie można by brać przykład. – No i dupa! – Pająk westchnął. Słońce schodziło coraz niżej; punktem odniesienia przestał być falisty daszek sklepu, zastąpiony przez żywopłot za sklepem. Cienie, osiągnąwszy monstrualne rozmiary, jakby przerażone własną nieoczekiwaną potęgą, zaczęły się rozmywać wśród porów betonu, blaknąć i znikać jak stuletni staruszek, który 4

Tomasz Mróz; KOSMICZNY EDEK R W 2 0 1 0 nie pamięta imion dzieci, wnuków, wciąż pyta o rok i o to, co robi Edward Gierek. Sytuacja cieni nie była oczywiście przedmiotem niczyjego zainteresowania, we flaszce przeświecało dno i raczej to powodowało naszą melancholię, to oraz brak nadziei na lepsze jutro. Pająk znowu westchnął i powtórzył: – No, dupa. – Panowie, trzeba coś skołować, bo idzie wielki suszec – stwierdził Stalowy. Wyciągnąłem ostatnią monetę i dałem Stalowemu, który wziął ją z kwaśną miną. – Mało! – A czego wymagasz od rencisty? Niech Pająk się dołoży! Pająk pogrzebał w kieszeniach wyświechtanych spodni. Jego znudzona mina przybrała delikatny odcień smutku, który jednakże zaraz zniknął. Pająk byłby dobrym Indianinem. Powtórzył jeszcze raz wiadome słowo i zapadł w tępe milczenie, patrząc pod nogi. Założyłbym się, że wiedział, ile niedopałków leżało pod ławką. Stalowy rozejrzał się po okolicy, machnął z lekceważeniem ręką na ekipę Bolka – też nie bardzo im się dzisiaj powodziło. Jego kołujący wzrok zaczepił o dwie starsze panie w szarych prochowcach, które szły od strony kościoła, starając się obejść dużym łukiem Bolka i jego kompanów. Chcąc nie chcąc, przechodziły więc niedaleko Stalowego. – Szanowne panie pozwolą, że się przedstawię, Kazimierz Opałek vel Stalowy Kazek. Ja i moi koledzy w ramach rozwoju intelektualnego i duchowego spotykamy się tu codziennie i roztrząsamy ważne problemy egzystencjalne. Robimy to społecznie, nie pobierając żadnej opłaty, licząc, że 5

Tomasz Mróz; KOSMICZNY EDEK R W 2 0 1 0 dobrzy ludzie zauważą ten trud i rzucą jakimś groszem. Czy panie, w swojej dobroci, wspomogłyby nasz klub, stając się dobrodziejkami miejscowej elity? Babcie, po chwili wahania, obeszły perorującego Stalowego trawnikiem i zaczęły się pospiesznie oddalać. – E, tak nie można! Nasz wysiłek służy wszystkim, żądamy docenienia. Może chociaż złotóweczkę?! Stalowy potruchtał za nimi, chwycił jedną z babć za ramię. Ta się odwróciła i walnęła go kolanem w krocze, druga dołożyła mu torebką po głowie. Stalowy padł na ziemię, babcie chwilę postały nad nim, sapiąc i rozglądając się wokoło. W końcu sprzedały mu jeszcze kopa w brzuch i poszły w swoją stronę. Patrzyliśmy oniemiali. Przechodząc obok naszej ławeczki, jedna z nich syknęła jadowicie: – Degeneraci! – Dobrze, że nie pedały! – wyjątkowo sprawnie zareagował Pająk. Po chwili dokuśtykał Stalowy, a ci od Bolka mieli z niego niezły ubaw. My, choć zwykle cieszymy się, gdy komuś przyleją, to jednak wykazaliśmy pewną solidarność z uszkodzonym kolegą. – Niezłe te babki, nie? – zagaiłem po chwili milczenia. Stalowy chyba mnie trochę przestał lubić od tego momentu. Oddał mi w milczeniu moją monetę, rzucił krótkie „cześć pracy” i zniknął w szarości wieczoru. – No i dupa! – stwierdził Pająk i splunął po raz kolejny pod ławkę. Historia z walecznymi staruszkami powinna dać nam do myślenia, że dzisiaj działo się tu coś dziwnego. Ale nie dała, bo człowiek to istota tępawa od urodzenia, a jego wrodzona tępota z biegiem lat tylko się pogłębia. 6

Tomasz Mróz; KOSMICZNY EDEK R W 2 0 1 0 Wieczór rozpływał się w objęciach nocy, ludzie powoli stawali się częścią innej rzeczywistości, widząc nie to, co jest, ale to, co chcieliby zobaczyć bądź to, czego bali się zobaczyć. Czy ktoś rzuca na świat czar, tak że nocą przypomina piwnicę pełną starych gratów? Boisz się tam zejść, ale kiedy już zejdziesz, to żyjesz piwnicznym życiem i rozumiesz, że kurz i stęchłe powietrze są tylko ochroną przed zbyt szybkim i powierzchownym światem na zewnątrz. A może to codzienność staje się taką latarką, która świeci na zagadkowe, zakurzone rzeczy, pozbawiając je całego uroku, wyszukując tylko to, co jest potrzebne, teraz i już? Czasem trzeba, żeby latarka się zepsuła... Wtedy półmrok, drgające światło świecy opowiedzą o twoim małym świecie więcej. Przestanie on być zbiorem użytecznych przedmiotów, ale nadal będzie istniał, choć inaczej. To, co pozostaje nieoświetlone, trzeba sobie wyobrazić i poczuć, nie jako przedmiot materialny, ale jako coś, co staje się na chwilę światem. Ten, komu nigdy taka latarka nie zgasła, umrze na pewno spokojny i dobrze zorganizowany, tylko... po co w ogóle się rodził? Moja już zgasła, choć jeszcze o tym nie wiedziałem. Droga, prowadząca do domu, była mi tak dobrze znana, że sama myśl o niej powodowała ziewanie. A myśl o dwupokojowym mieszkaniu na parterze, dzielonym z żoną Zofią, kotem Judaszem i kilkoma świętymi obliczami spoglądającymi ze ścian, stawała się wielokrotnie zalążkiem rozważań o tym, do czego człowiek w życiu doszedł i związanych z tym stanów nieomal depresyjnych. Ale zasadniczo nie narzekałem; wszak często słyszałem, że aby być szczęśliwym, należy mieć marzenia i cel w życiu. Ja od czasów szkolnych chciałem być rencistą. No i proszę, zostałem rencistą, w wieku czterdziestu 7

Tomasz Mróz; KOSMICZNY EDEK R W 2 0 1 0 siedmiu lat udało mi się zebrać papiery na niewydolność wątroby i nieodwracalne powikłania układu nerwowego. Komisja uznała, że mogę się wylegiwać do końca życia, dbając jedynie o wątrobę i układ nerwowy. Początkową troskę małżonki o moje zdrowie stępiły wielokrotne odstępstwa od zaleceń lekarzy w dziedzinie kuracji wątroby. Najpierw zrzucałem to na karb powikłań układu nerwowego, ale jak długo można robić własną żonę w balona? Innymi słowy, uznano mnie w domu za kogoś, kto nie wie co zrobić z wolnym czasem; następnie za kogoś, kto wpadł w złe towarzystwo i trzeba mu wprowadzić element perswazji i przymusu do rozkładu dnia; aż w końcu zostałem mianowany domowym degeneratem, chlejusem i łamaczem więzi rodzinnych. Tak! Marzenia się spełniają, jeżeli tylko odpowiednio mocno się do nich dąży. Sęk w tym, że ludzie mają marzenia, delikatnie mówiąc, nieprzemyślane. – O, przyszła nasza gwiazda wieczoru! – powitał mnie głos wydostający się z otworu gębowego umieszczonego w głowie mojej żony Zofii. – Gwiazda, bo za dnia to ja cię już nie widuję. Znowu byłeś z tym Żelaznym. – Konstytucja daje mi wolność wyboru miejsca pobytu, co nie!? – odpowiedziałem hardo. – A poza tym ze Stalowym, Stalowym Kazkiem. Można chyba zapamiętać tę drobną różnicę. Po wypadku wycięto mu kawałek obojczyka i w to miejsce wstawiono protezę. Protezy robi się ze stali szlachetnej, żelazo by zardzewiało. – Boże, Marian, w co ty się wpakowałeś? Co to za towarzystwo, jakie protezy?! Znowu piłeś! Boże, przecież ty sobie życie marnujesz, zajmij się czymś! Jak ja tych stalowych na osiedlu widzę, to ich szerokim łukiem obchodzę, a ty tak z nimi... Boże, Boże! 8

Tomasz Mróz; KOSMICZNY EDEK R W 2 0 1 0 Właśnie przypomniały mi się te dwie staruszki, również obchodzące Stalowego łukiem. Wyobraziłem sobie, jak Zofia wali Stalowego, jak te tam, po jądrach, i wyzywa od degeneratów. Zachichotałem. – Ty się z tego śmiejesz?! Te wina to już cię całkiem zamroczyły. W kuchni jest zupa, weź sobie. Zupa jarzynowa z widokiem na błyszczącą lamperię i Jezuska włócznią przebitego, do tego kredens pomalowany olejną na biało z zasłonkami w kratkę i tykający zegar od Ruskiego z bazaru. W Unii zarobiłbym fortunę na biletach do takiego skansenu, Japońce by tylko filmowali i pstrykali fotki, Helmuty chciałyby jeszcze piwo. Do tego kot Judasz ocierający się o nogi. Tylko czy kot otarłby się o Azjatę albo Szkopa? Spojrzałem na Judasza. Pewnie, że by się otarł! Dla lepszego żarcia nawet o kupę gówna by się otarł. Zresztą Judasz to Judasz, kiedyś był Mruczkiem, ale po jakiejś większej awanturze Zofia zamilkła na dobrych kilka dni, ja siedziałem w drugim kącie kuchni i kleciłem w głowie potencjalne riposty na gadaninę z naprzeciwka. Wtedy Mruczek podszedł do mnie, miauknął i wskoczył na moje kolana. Zofia zobaczyła to, łzy napłynęły jej do oczu, huknęła tylko: „Judasz!” i wyszła. Leżymy już w łóżku, słychać dwa zegary, ten w kuchni o suchym, metalicznym dźwięku i ten w pokoju z kukułką, o głębszym tonie. Tykają tak-tak, a ja liczę tyknięcia, powinno być sto dwadzieścia, no bo równo przecież nie idą. Wyszło dziewięćdziesiąt sześć. Liczę znowu, wyszło sto osiem. Ale co ja liczę, skoro nie wiem, kiedy minuta upływa? Ulicą przejechał jakiś samochód. Obcy człowiek, siedząc wygodnie w fotelu za kierownicą, zbliża się do nas na jakieś trzy metry, a mimo to jest odległy bardziej niż Pas Oriona; następnego dnia nawet nie raczyłby się uśmiechnąć, gdybyśmy się spotkali. Co mnie zresztą 9

Tomasz Mróz; KOSMICZNY EDEK R W 2 0 1 0 obchodzą jacyś nieznajomi? Metr ode mnie leży człowiek, który też się nie uśmiechnie, gdy mnie jutro spotka. A może to ja się nie uśmiechnę? Przecież nawet dzieci machające do pociągów są uśmiechnięte! Dlaczego nie można tego przenieść do domu, na podwórko, do łóżka? Czy ja coś jeszcze znaczę dla świata, dla innych, dla siebie? Czy nawet z pociągu nikt by do mnie nie pomachał, bo jestem mniej ciekawy niż mucha za firanką? – Marian – słyszę głos spod kołdry obok. – No? – Ale nam to życie przechodzi. Zegarek tyka, ten drugi też, jakiś samochód znów prawie wjeżdża nam na głowy. Światło latarni, przefiltrowane przez zasunięte firanki, dotyka naszych politurowanych mebli, nadając im charakter zgoła fantastyczny – co z tego? – skoro są już tak znajome, że mózg natychmiast zabija tę fantastyczność, przypominając, że w dzień to tylko zwykłe, błyszczące, gdzieniegdzie porysowane pudła. Wzdycham, patrząc w sufit, również fantastyczny, choć mózg już wie, jak to wrażenie odpowiednio spłaszczyć. – No i dupa. Trzeba spać. W prawie każdej kwestii panują na świecie dwa przeciwstawne poglądy. Również w temacie preferencji co do pory dnia od wieków spierają się „sowy” i „skowronki”. Jedni, uwielbiający siedzieć do późna, traktowani są przez drugą grupę nieomal jak banda snobistycznych dewiantów. Rano sytuacja się odwraca. Kiedy „skowronki” wstają, są postrzegani jako zidiociali zboczeńcy, dodatkowo, jeżeli budzą innych, awansują do stopnia sadystów bez hamulców moralnych. 10

Tomasz Mróz; KOSMICZNY EDEK R W 2 0 1 0 U nas w domu zawsze byłem budzony jakimiś łomotami czy absolutnie konieczną o szóstej rano krzątaniną, stąd nie dziwcie się, proszę, że mam jak najgorsze zdanie o rannych ptaszkach. Stan porannej maligny w domu nie przechodził, dlatego udałem się na osiedle. Stalowy i Pająk już tam byli. – Cześć pracy! – Pracy cześć! Po tak obiecującym początku – zamilkliśmy. Z powodu braku umiejętności pączkowania nasze zasoby pieniężne nie zmieniły się od wczorajszego wieczora. Jedynie Pająk znalazł butelkę po piwie i sprzedał ją za trzydzieści groszy. Sklep nocny stawał się za dnia sklepem dziennym; kobiety z siatkami zdążały do niego jak do Mekki, gdzie obiecywano dostatnie życie w postaci mleka, chleba, masła i cukru. Czasy potęgi sklepu osiedlowego i osiatkowanych wyznawczyń dawno już jednak minęły. Aktualnie wszystko było dostępne bez kolejki i bez przerwy. Dawna ceremonia zakupu kawy czy czekolady została zdegradowana do krótkiej, bezosobowej transakcji. Dlatego oficjalne zadowolenie z dobrego zaopatrzenia okazywało się często jedynie przykrywką dla bezsilnej wściekłości z zaistniałej sytuacji. Każdy się czymś martwił, niektórzy tym, że nie mieli zmartwień. – No, panowie, problem powrócił i staje się coraz bardziej palący. Mamona, niestety, rządzi światem, a zaspokajanie potrzeb rozpoczyna się od tych podstawowych, co nie? – Czyli których? – niespodziewanie zainteresował się Pająk. – Podstawowe to te, na których ci najbardziej zależy. Na czym ci zależy? – Na niczym – odparł Pająk bez chwili wahania. – Hm. – Stalowego zamurowało na chwilę, ale tylko na chwilę. – Brak wymagań można podciągnąć pod potrzebę samorealizacji. Realizujesz się w 11

Tomasz Mróz; KOSMICZNY EDEK R W 2 0 1 0 nicości, prezentujesz swego rodzaju antypostawę. Ciekawe, ale pod warunkiem konsekwentnej realizacji i całkowitego oddania się temu. – Zobaczymy tę antypostawę, kiedy zgłodniejesz albo ci na pęcherz zacznie cisnąć – zaoponowałem. – Każdy ma jakieś potrzeby. – OK, Pająk jest po prostu ciężki do dyskusji, ale ja mam konkretną potrzebę. O, może tutaj się uda. Alejką nadchodził emerytowany ślusarz Zenobiusz Kisiel. Czasami postał z nami, czasem dorzucił kilka groszy do konsumpcji, ale zasadniczo miał nas za element i degeneratów. Sam kierował się w życiu, jak twierdził, surowymi regułami, które uchroniły go przed stoczeniem się. Tak opowiadał pan Kisiel, spoglądając na nas z wyższością. Obecnie swoje surowe reguły życia wcielał jako aktywny członek ZBOWiD-u, na zebraniach Rady Osiedla oraz na balkonie swojego mieszkania, skąd wrzeszczał na bawiące się dzieci, żeby były cicho albo poszły do domu się uczyć. Zenobiusz Kisiel zawsze wpinał medal w klapę marynarki, a latem, nosząc koszulkę polo, przyczepiał do niej ten medal. W stanie wojennym dostał od rodziny z Niemiec paczkę, w której znajdowały się różne ubiory, między innymi barwne T-shirty. Do nich Zenobiusz Kisiel także przepinał swój medal, o ile w nich wychodził z domu. Wszyscy mogli zobaczyć, jak paradował z dyndającym dowodem bohaterstwa głoszącym, że jego właściciel jest członkiem GAY CLUB w Hamburgu. Tajemnicę poliszynela stanowił fakt, że powodem uhonorowania nie było żadne bohaterstwo, lecz sprawne otwarcie zaciętych drzwi pewnemu notablowi z PZPR, który miał dobre kontakty z Izbą Rzemieślniczą. Rzecz działa się w 1962 roku. – Dobry, panie Kisiel! – zagaił Stalowy, rozciągając twarz w uśmiechu kelnera. 12

Tomasz Mróz; KOSMICZNY EDEK R W 2 0 1 0 – Dzień dobry, panie Opałek – odparł dumny właściciel medalu. – Co nowego? – Bo, widzi pan, panie Kisiel, sęk w tym, że nic nowego, a przydałoby się jakoś godnie dzień zacząć. – No to zapraszam na zebranie Rady Osiedla, na pewno panowie jako stali obserwatorzy lokalnego życia mają wiele spostrzeżeń dotyczących naszego osiedla i tego, co należałoby zmienić. Nawet Pająk spojrzał na Kisiela, jakby spadł z innej planety. Stalowy skrzywił się z dezaprobatą. – Godnie zacząć, w naszym rozumieniu, to zmienić w sposób gwałtowny swoje nastawienie do świata, dać sobie szansę na przyspieszenie i namalować rumieńce rzeczywistości. Do tego można dojść ciężką pracą, jak nieliczni, bądź za pomocą różnych środków, które posiadają jednak tę wadę, że są zasobem rzadkim i cennym. A to, niestety, kosztuje. – Nie rozumiem. – Emerytowany ślusarz zmarszczył brwi. Stalowy westchnął z politowaniem i dosadnie uderzył się kantem dłoni w szyję. – Rozumiesz pan? – A, już łapię! Ale, wie pan, ja na alkohol łożyć nie będę. Ja mam swoje zasady, dzięki którym jestem tym, kim jestem, a panowie to, to... są już całkiem degeneraci! – Dobrze, że nie pedały! – mruknął Pająk. – Panie Kisiel, jeśli tak pan hołdujesz zasadom, to czemu pan pod szatnię w szkole chodzisz, kiedy dziewczynki mają gimnastykę? Może tam jest dziura, przez którą da się coś zobaczyć, hę!? – Stalowy huczał głosem tak tubalnym, że nawet mocno oddalone kobiety z siatkami odwróciły głowy. – A może owe 13

Tomasz Mróz; KOSMICZNY EDEK R W 2 0 1 0 zasady każą panu oskarżać chuliganów o rozwalenie ławki przy piaskownicy, choć to przecież pan, po spożyciu z nami... – Cicho, cicho! Co pan tu trening głosowy uprawiasz? Macie tu dychę i cisza, panie, cisza. Takim jak wy i tak nikt nie uwierzy, ale po co zakłócać porządek. Poszedł, oglądając się z wściekłością. Stalowy ułożył ręce w geście Kozakiewicza i ucałował pięść. Dycha do przodu. – Też mam, kurna, zasady. Dzielić się z emerytami ich pieniędzmi. – Chuchnął na banknot i zakomenderował: – No, koledzy, czas, żebyśmy i my mieli coś z życia! Pomaszerowaliśmy do sklepu, odprowadzeni smętnymi spojrzeniami ekipy Bolka. Słońce powoli kończyło swoją syzyfową wspinaczkę na szczyty niebieskie. Złośliwy los każe mu się tak wspinać i gdy już, już prawie osiągnie swój cel, bum, palec opatrzności wskazuje drogę na dół. Więc idzie tak, zrezygnowane, z rękami w kieszeniach. Czy można jakiekolwiek popołudnie bądź wieczór nazwać radosnymi, patrząc na niknące światło? Lampa chirurgiczna ma więcej zapału do życia. Cóż, może to tylko odbicie mojej duszy, a nie prawda obiektywna, ale kiedy widzę słońce, znowu zjeżdżające do nas, prostych ludzi, z miną typu „sorry, może innym razem”, to robi mi się smutno. Wielkie wydarzenia czy katastrofy są podobno zapowiadane przez nietypowe warunki pogodowe. Ponoć niektórzy miewają przeczucia, że gdzieś coś złego się wydarzyło lub dopiero coś się stanie. Mojej żonie Zofii, na ten przykład, przed atakami jedenastego września w Nowym Jorku trzy noce pod 14

Tomasz Mróz; KOSMICZNY EDEK R W 2 0 1 0 rząd śniła się świnia w cylindrze i z cygarem w ryju. Po tej trzeciej nocy moja żona była na skraju nerwowego wyczerpania, ale wszystko ustąpiło zaraz po. Wstyd się przyznać, ale kiedy dwunastego września dowiedziałem się, że świnia w cylindrze i z cygarem odeszła w niebyt, to poczułem wielki przypływ wdzięczności dla tych terrorystów. Tymczasem tego dnia nic się takiego nie wydarzyło, nawet podmuchu wiaterku. Może to właśnie było anormalne. – Dzień dobry panom, szukam w tej okolicy kulturalnego towarzystwa, z którym można miło spędzić czas i nawiązać długotrwałe relacje towarzyskie. Wszyscy podnieśliśmy głowy, wlepiając zdumiony wzrok w przybysza w średnim wieku, średnio zniszczonego życiem, średniej tuszy, w przeciętnym ubraniu. Idealny materiał na portret pamięciowy. – A odpieprz się pan! – Pająk wyznawał zasadę: co w głowie, to na języku. – Oczywiście umiem się odwdzięczyć za gościnność. Przybysz zabrzęczał butelkami w torbie. Stalowy uśmiechnął się w odpowiedzi bardzo gościnnie, by zaskarbić sobie poważną objętość wdzięczności. – Nie, no oczywiście. Świetnie pan trafił, mamy tutaj dwa liczące się towarzystwa. W jednym, składającym się w dużej mierze z miejscowego elementu i jednostek aspołecznych, hołduje się wulgarnym i przyziemnym rozrywkom. – Tutaj wskazał na typków z ekipy Bolka, którzy mu odmachali i rzucili braterskie pozdrowienie okraszone słowem na „k”. – No, widzi pan, hołota. Natomiast druga grupa to swego rodzaju elita. Zewnętrznie różniąc się niewiele od reszty społeczeństwa, stanowi jednocześnie korzystną alternatywę dla wyzwań współczesności. – Czyli dobrze oceniłem sytuację. Edek jestem. 15

Tomasz Mróz; KOSMICZNY EDEK R W 2 0 1 0 Nowy, miałem wrażenie, wcale nie pytał o nasze zdanie. On przyszedł i usiadł z nami, realizując po prostu swój plan, a gadanina Stalowego i fikcyjny wybór kompanów do konsumpcji wina były tylko sterowaną przez nowego otoczką jego działań. – Jak życie płynie? Niedawno tu jestem, to i w miejscowych sprawach nie siedzę... – po kilku wstępnych łykach zagadał Edek. – Życie jak życie, płynie, nie pytając się o zdanie – Stalowy grał filozofa. – Organizuje się to i owo czasami, w miarę potrzeb. – A w ramach tego waszego towarzystwa co robicie, jakie proponujecie owe alternatywy dla współczesności? Spojrzeliśmy po sobie. Jaja sobie robi czy co? Przecież to tylko gadanina Stalowego. – E, hm, cóż. Mamy, na przykład, przedstawiciela w Radzie Osiedla, on nas reprezentuje, stawia postulaty wypływające z naszych dyskusji. – Aha! Spojrzeliśmy z Pająkiem na siebie. Kisiel naszym przedstawicielem? Parsknęliśmy śmiechem. Pająk, jak już zaznaczyłem, szybko chował się za maską obojętności; mnie dalej skręcało ze śmiechu, Edek brał jednakże wszystko za dobrą monetę. – To widzę, że żyjecie na wysokich obrotach. Lubię ludzi zaangażowanych, łatwiej się z nimi nawiązuje kontakt. Pokiwaliśmy głowami, pasja i zaangażowanie to podstawa, o tym wie każde dziecko. Ze sklepu wychodziła właśnie staruszka w szarym prochowcu. Stalowy bacznie się jej przyglądał, machinalnie chroniąc krocze. To ta z wczoraj, czy nie ta? Babcie są do siebie takie podobne, prawie jak Chińczycy, nigdy nie można 16

Tomasz Mróz; KOSMICZNY EDEK R W 2 0 1 0 być pewnym, czy to nie jedna i ta sama. Przechodząc nieopodal, mruknęła pod nosem: – Degeneraci! – Dobrze, że nie pedały! – odkrzyknęliśmy chórem. Babcia machinalnie przyśpieszyła kroku, za chwilę zaczęła się gramolić na wysokie schody do pobliskiej klatki. – Proszę pani, proszę pani, pomogę! – Nowy pobiegł w jej stronę. Przerażona babcia potruchtała do drzwi, nerwowo grzebiąc w torebce w poszukiwaniu kluczy. Edek dopadł ją i przez chwilę wydzierali sobie siatki. W końcu Edek wyrwał wszystkie i zakomenderował: – Otwierać! Potem wrócił do nas. – W takim wieku taszczyć ciężary na czwarte piętro? To nie jest sprawiedliwe. Zróbcie coś z tym na tej waszej radzie! Popatrzyliśmy zdumieni. Co jest...? Kto? My! – Ile ci dała? – Stalowy chciał wysondować opłacalność tego typu działań. – Nic, za takie coś należy się „dziękuję” i nic poza tym. – E, frajer! – Stalowy machnął ręką z pobłażaniem. Ale wzrokiem czujnie taksował nowego, bo czegoś tu nie rozumiał. – Panowie, uwaga! Baryła idzie! Wszystkie flaszki powędrowały pod ławkę, w mig staliśmy się spokojnymi spacerowiczami, siedzącymi obok zostawionych przez jakichś łobuzów niedopitych jaboli. Rzeczywiście, skwerkiem nadchodził dzielnicowy Baryła. Baryła był tłustym, wiecznie spoconym człowiekiem owiniętym mundurem, który poza służbą mógłby być średniej wielkości namiotem z przedsionkiem. Dzielnicowy 17

Tomasz Mróz; KOSMICZNY EDEK R W 2 0 1 0 Baryła naprawdę nosił nazwisko Baryła. I tak jak Major Major Major z powieści „Paragraf 22” albo dziekan wydziału metalurgicznego w jednej ze szkół wyższych o nazwisku Blacha, dążył do identyfikacji nazwiska ze swoim życiem. Biorąc pod uwagę, że nie ma takiego stopnia w policji jak baryła, musiał zostać dzielnicowym, a ideę baryłowatości wcielać w życiu prywatnym. Dlatego ksywa, nazwisko i wygląd były jednakie. Baryła, sapiąc, podążał w naszą stronę. – Na to wasze chowanie szkła pod ławkę nikt się już nie nabierze! Co tam nowego, Stalowy? – Dla pana dzielnicowego to Opałek Kazimierz, niekarany. Parsknęliśmy z Pająkiem śmiechem. Baryła miał zawsze kłopot z samoidentyfikacją, chciał być służbistą, ale lubianym. W efekcie był drętwy i wszyscy go unikali. – Dobra, dobra, na razie niekarany. A wy czego tu rechoczecie, Pająk Stanisław, już raz karany? Obraza funkcjonariusza na służbie to nie przelewki. Ucichliśmy. Stalowy zaczął łagodzić sytuację. – A z nowym kolegą się zapoznajemy. Trzeba go wprowadzić w miejscowe układy. – Z nowym kolegą? Chętnie poznam, dokumenty proszę. Edek z miłym uśmiechem podał zieloną książeczkę. – Tak, urodzony, wydany przez, imię, nazwisko, Edward... Kosmiczny?! Cóż to za nazwisko? Ja jestem Baryła, już śmiesznie, ale żeby się nazywać Kosmiczny? – Nazywałem się kiedyś Edward Wołek, ale zmieniłem nazwisko w ramach identyfikacji nazewnictwa z zainteresowaniami. – Znaczy? 18

Tomasz Mróz; KOSMICZNY EDEK R W 2 0 1 0 Temat identyfikacji imion i nazwisk z rzeczywistością był dla Baryły niezmiernie interesujący. My również patrzyliśmy na Edwarda Kosmicznego jak na jakiś rzadki okaz albo przybysza z Marsa. – Lubię kosmos, ba, ja wierzę w kosmos, wierzę, że nie jesteśmy sami, a wkrótce nadejdzie ten dzień, w którym ich spotkamy. – Umilkł, a po chwili dodał: – Byle tych dobrych. – Ech, kosmos, kosmos. – Baryła westchnął. – Jakich ich? – Stalowemu wyjątkowo zabrakło celnej riposty. – No ich, stamtąd. – Edek wskazał oczami do góry. Wszyscy spojrzeliśmy w chmury, ale żadnych „ich” nie dostrzegliśmy, co można było odgadnąć po wyrazach naszych twarzy; jeden Baryła zrobił minę, jakby coś jarzył. Edek się zdenerwował. – Chodzi o istoty z kosmosu, a nie o kogoś wiszącego metr nad głową. Wszechświat jest miejscem, gdzie trwa życie i toczy się ciągła walka, tak jak i tu na Ziemi. Jesteśmy częścią większej całości. Spojrzeliśmy wymownie po sobie, bo nikt z nas się nie czuł częścią ani większej, ani nawet bardzo malutkiej całości. Ja na przykład czułem się rencistą. Stalowy mógł się czuć częścią dołączoną do swojego łatanego żelazem, to znaczy stalą szlachetną, obojczyka. Pająk mógłby widzieć siebie jako nadbudówkę osiedlowej ławeczki, gdyby w ogóle się tą kwestią zajmował. Kim się mógł czuć Baryła? Może on był tą składową większej całości, Barył wszechświata? Edek już miał wybuchnąć, ale uśmiechnął się tylko i zaczął z pozornie innej beczki. – „Załogę Dżi” oglądaliście? Nie oglądaliśmy, w ogóle nie słyszeliśmy o takim czymś. Jedynie Baryle zaświeciły się oczy. Wykrzyknął nagle, niepomny godności dzielnicowego: 19

Tomasz Mróz; KOSMICZNY EDEK R W 2 0 1 0 – No pewnie! Traaaaansformaaaaaacja! Zakręcił się wokół własnej osi, po czym zrobił przysiad i wyskok, co przy tuszy Baryły wyglądało jak balet w wykonaniu nosorożca. Patrzyliśmy oniemiali. Co to za „grupa dżi”, że Baryła na samo jej wspomnienie krzyczy i tańczy? Przecież Baryła nigdy nie przekraczał limitu jednego ruchu na pięć sekund. – Taka jest prawda, ludzie grzebią się w swoich małych sprawach, a nie myślą o tych najważniejszych. Walka dobra ze złem toczy się nie tylko na Ziemi, również tam. Oni chcą tu przyjść i nas skaptować. Przyjdą i ci dobrzy, i ci źli! – stwierdził pompatycznie Edek. – Zoltar! – syknął Baryła. – Tak, Zoltar i Szkieletor też! – Edek popatrzył twardo na wszystkich zebranych. – Każdy musi być gotów do akcji. Kosmos jest piękny, ale nie brak w nim wrednych kanalii i my je tu godnie przywitamy. – Ale jak? – Baryła był żądny szczegółów. Edek spojrzał przyjaźnie na policjanta; wreszcie ktoś go zrozumiał. – Będziesz wiedział, kiedy przyjdzie pora, trzeba tymczasem mieć wszystko na oku. Jako dzielnicowy masz ułatwione działanie. Jeszcze kiedyś porozmawiamy o tym. Baryła skinął głową i odszedł sprężyście jako, właśnie przed chwilą mianowany, bojownik o dobro we wszechświecie. – Co ty...? Skąd ty...? Co temu Baryle, ocipiał? – nawet Pająk był w szoku. Wszyscy patrzyli na Edka jak na tajemniczy, promieniujący kamień, którego każdy się boi dotknąć, ale nikt nie może oderwać od niego wzroku. Edek jeszcze ciężko dyszał po swojej tyradzie, wracał jednakże powoli do postaci przeciętnego zjadacza, czy raczej wypijacza chleba. 20

Tomasz Mróz; KOSMICZNY EDEK R W 2 0 1 0 – No cóż, trzeba lecieć, jeszcze się spotkamy! – Wstał i poszedł odprowadzony naszym wzrokiem. – O, choroba! – Stalowy gwizdnął. – Ale jaja! Co to za gość? Po powrocie do domu nie mogłem się uspokoić. Tych kilkanaście minut pozwoliło mi dojrzeć inny świat, w którym ogromne siły spierały się w walce czarnego z białym, a jakieś zbrodnicze moce musiały być powstrzymane przez obrońców sprawiedliwości. To wszystko zbliżało się do nas, a my jak gdyby nic siedzieliśmy sobie na ławeczce i piliśmy. Cały czas słyszałem wezwanie Edka do przygotowań na nadejście tych wrednych kanalii z kosmosu. Ludzie żyli sobie spokojnie, jak mrówki w ogrodzonym przez leśników kopcu, i nie wiedzieli, że zaraz niedźwiedź siądzie w mrowisko swoją dupą. A Edek wiedział i był przygotowany, żeby tego niedźwiedzia ugryźć. Baryła też już wiedział. Znajdowałem się pod tak silnym wrażeniem dzisiejszych wydarzeń, że opowiedziałem wszystko żonie Zofii, choć tysiąc razy przyrzekałem sobie, by nic jej nie opowiadać, bo i tak wszystko interpretowała na opak. Nie omyliłem się. – Marian! Jaki Kosmiczny? Czy ty już całkiem na mózg upadłeś? Cóż to za nowe indywiduum? Boże, z kim ja się zadaję! Ta reakcja nie powinna mnie dziwić, ale mimo to wściekłem się na małostkowość żony. – Z kosmosu idzie zło, a ty biadolisz, że ci się nowy kolega nie podoba! Edek jest inny niż inni! Skąd mi się wzięła ta pewność? Znałem go dopiero kilka godzin, ale... przecież widziałem, jak pomógł tej staruszce, jak mówił do Baryły, jak wierzył, 21

Tomasz Mróz; KOSMICZNY EDEK R W 2 0 1 0 że my nie siedzimy tu tylko, ot tak, żeby posiedzieć, ale żeby omówić ważne sprawy. Leżałem w łóżku i gorączkowałem się, w milczeniu oczywiście, żeby nie prowokować dalszych występów Zofii. Myśli oderwały się od typowej pustki wieczorów, gdzie nudę rozpraszał przejeżdżający samochód, gdzie politura mebli błyszczała zawsze tak samo, gdzie nikt nie czekał na ranek ani na wieczór, ani w ogóle na nic. Widziałem ogromne kłębowisko ciał walczących toporami, mieczami, fruwające peleryny, słyszałem dzikie wrzaski, jęki zarzynanych, można to było podciągnąć pod replikę bitwy pod Grunwaldem, tylko że na tle naszego Układu Słonecznego i w czterech wymiarach. Z jednej strony nadciągały nieskończone, zakute w srebrne zbroje zastępy Barył, skandując głośno: „Legia, Legia, Cewukaes!”. Rzucały się wir walki z zalewem galaretowatych stworów ciągnących z drugiej strony. Wisiał tam w przestrzeni wielki statek kosmiczny, z którego nawoływano wciąż przez gigantofony: „Poddajcie się, jesteście otoczeni!” w różnych językach. Zbliżyłem się do tego statku, na jego burcie wymalowano napis: „Zoltar i Szkieletor też”. Zajrzałem do środka przez jarzący się bulaj i aż mnie odrzuciło. Przed wielkim pulpitem siedziała świnia w cylindrze i z cygarem w ryju. Skoro mnie tylko ujrzała, uśmiechnęła się i zakwiczała: – Ale jaja! Co za gość! Zacząłem uciekać, nogi grzęzły mi jak w galarecie, ciągle słyszałem przerażające powitanie: – Ale jaja! Ale jaja! Co za gość! Nie mogłem już biec, nogi mi uwięzły na dobre. Widziałem z bliska morze zakutych w srebrne zbroje Barył, którzy patrzyli tępo w jeden punkt, skandując 22

Tomasz Mróz; KOSMICZNY EDEK R W 2 0 1 0 swoje: „Legia, Legia, Cewukaes!”. Świnia cały czas mnie witała, uśmiechając się po świńsku. – Aaa, weźcie ode mnie tę świnię! Weźcie ją, weźcie! – No wiesz, Marian, jak sobie chcesz. Rozglądnąłem się wokół. Politura mebli błyszczała, za firanką znowu prześlizgnęły się światła samochodu, Zofia patrzyła na mnie z oburzeniem i przestrachem. – Co to było? – jęknąłem. – Może ty mi powiesz! Co z tą świnią, o kim to było? – Słyszałem wyraźną urazę w jej głosie. – E, o nikim, tyle świń na świecie – zacząłem bagatelizować. Zofia pokręciła głową i przyłożyła ją do poduszki, co rusz spoglądając na mnie podejrzliwie. Pewnie myślała, że przechodzę w kolejną fazę zdegenerowania połączoną z delirium. Stalowy i Pająk siedzieli już jak zwykle; zapasy, zostawione wczoraj przez Kosmicznego, wystarczyły także na dzisiaj, więc pozbawieni trosk finansowych komentowaliśmy wydarzenia. – Słuchajcie, trzeba coś wykombinować z tym kosmosem – zacząłem. – Przecież widać, że gość wie coś, czego my nie wiemy. – Wie, że Baryła jest naiwny jak dziecko i lubi kreskówki. – Stalowy wrócił już do swojego zwykłego stylu, choć trzeba docenić fakt, że sprawdził, co to takiego „Załoga Dżi”. – To jakiś oszołom. Dopóki funduje, mogę z nim gadać, ale nie zamierzam się bić z jakimiś kosmicznymi galaretami. – Skąd ty, Stalowy, wiesz, że z galaretami? – Przed oczami stanęły mi zastępy sterowane przez świnię w cylindrze i z cygarem. 23

Tomasz Mróz; KOSMICZNY EDEK R W 2 0 1 0 – E, tego, może i nie z galaretami a z włochaczami, na przykład. – Stalowy stracił na chwilę rezon. Postanowiłem go sprawdzić. – Kierowanymi przez świnię w cylindrze i z cygarem, co? – Nie, bez cygara i raczej w meloniku. Co ty mi tu pieprzysz, Marian?! Kosmiczny ma gadane i to wszystko. Widać było, że Stalowy przestał być absolutnym panem sytuacji. Po drugiej stronie ulicy zobaczyliśmy Kosmicznego, rozmawiał z Baryłą, tamten słuchał go w skupieniu. Zaraz potem się rozeszli, Edek uczynił jakby znak błogosławieństwa. Następnie przeszedł przez ulicę i skierował się w naszą stronę, ale na skraju skweru natknął się na Bolka. Zaczęli rozmawiać, widać było, że Boluś go słucha, Kosmiczny coś tłumaczył, tamten kiwał głową. No, no, chyba Boluś też lubi kreskówki. Zaraz potem Kosmiczny zbliżył się do naszej ławki. – Witam kolegów! Pająk zrobił grzecznie miejsce, Stalowy przywitał się: – Witam kosmitę, dobry był wodorek na śniadanie, a może za bardzo śmierdział naszą galaktyką? Kosmiczny tylko się uśmiechnął. – Nie naigrawaj się z poważnych spraw, wiem, że niedługo będziemy musieli walczyć, bez przygotowania pokonają nas od razu. – Ale jak, co? – dopytywałem się. – No więc, sprawa wygląda tak... A, dzień dobry! – Kosmiczny Edek skinął głową przechodzącej staruszce. – Gdy pani będzie wracać z zakupów, proszę dać znać, pomogę. – Dziękuję, panie Edwardzie, dziękuję. Wczoraj obserwowałam niebo, ale nic się nie wydarzyło, raz może sputnik przeleciał. 24

Tomasz Mróz; KOSMICZNY EDEK R W 2 0 1 0 – Dobrze, proszę nie tracić czujności! Popatrzyliśmy po sobie zdumieni. Co to za obserwacje? – Sprawa wygląda tak, panowie... Tu zaczął opowieść o konflikcie w odległym kwadrancie C6, gdzie zło zostało zmagazynowane w takim stężeniu, że stało się materialne. Na Ziemi wcale tego nie zauważono, bo obserwacje astronomiczne skupiają się na innych aspektach. Życie istnieje poza Ziemią i praktycznie każdy może je obserwować, ale tylko wtedy, gdy porzuci dogmaty wyznaczone przez materialną astronomię i kosmologię. – Rozumiecie, oni cały czas mówią, że szukają życia poza Ziemią, ale tak wszystko ustawili, żeby nic nie wykryć, przynajmniej oficjalnie. – Kto, jacy oni? – No mówiłem przecież wczoraj przy Baryle! W dalszym ciągu mówił: o coraz bardziej zbliżającym się froncie walk, o osłabianiu dwupierścieniowego pola i o planach zdmuchnięcia atmosfery. Słuchałem oniemiały, kilka godzin minęło jak mgnienie oka. Świat wokół mnie stał się straszny, ale żywy i fascynujący. Mogłem w nim przeżyć, ale pod warunkiem, że Kosmiczny będzie ze mną, z nami. Spojrzałem podniecony na Stalowego, ten ziewnął i mruknął: – Pierdoły! Miałem ochotę go zabić. Słuchał czegoś tak prawdziwego i ważnego, a myślał dalej o jabolku. Pająk jak zwykle był nieodgadniony. Ja już wiedziałem, że muszę zmienić całe swoje życie. Nadchodził kolejny wieczór, znów cienie wydłużały się do nienaturalnych rozmiarów i znów nikogo to nie interesowało. Stalowy miał już dość tych, jak sam powiedział, bajdurzeń i przeniósł się o ławeczkę dalej. Zaciągnął tam też 25