uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 542 625
  • Obserwuję698
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań849 809

Tozsamosc_szalenstwa_-_Waleka_Rafal

Dodano: 6 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 6 lata temu
Rozmiar :637.5 KB
Rozszerzenie:pdf

Tozsamosc_szalenstwa_-_Waleka_Rafal.pdf

uzavrano EBooki R Rafal Waleka
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 6 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 18 osób, 21 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 133 stron)

Wałęka Rafał Tożsamość szaleństwa

Od redakcji: Czym jest szaleństwo? Czy możemy je jakoś sprecyzować, nazwać? Jak poznać jego tożsamość? Każde szaleństwo ma inne oblicze. W końcu każdy z nas ma własne wariacje, zboczenia, pasje i skrzywienia. Na ile jednak szalony musi być człowiek, by przekroczyć cienką linię dzielącą dobro od zła? Może to rodzaj usprawiedliwienia przed samym sobą? A może szaleństwo jest po prostu wygodne? W końcu niepoczytalny przestępca otrzyma lżejszą karę niż osoba świadoma swoich zbrodni. Najnowsza powieść Rafała, podobnie jak „Więzień zemsty”, pisana jest w sposób nie chronologiczny. Pozwala to jeszcze bardziej wytężyć umysł wielbiciela kryminału i sensacji. Należy bowiem szczególną uwagę zwracać na daty poszczególnych zdarzeń, by poskładać historię w jedną całość. Wszystko zaczyna się w momencie zaginięcia znanego psychiatry, doktora Piotra Września. Jest on dyrektorem zakładu dla psychicznie chorych. Jego zniknięcie jest owiane aurą tajemnicy. W kręgu podejrzanych znajdują się zarówno byli pacjenci, jak i przeciwnicy oryginalnych metod leczenia w tymże szpitalu. Komu naraził się Wrzesień? Może po prostu zniknął, by skryć się przed wrogami? Ci, jak wiadomo, czają się wszędzie, tak naprawdę nie można nikomu ufać. Wie o tym sama żona doktora, Małgorzata Wrzesień. Nie może ona wierzyć ani współpracownikom małżonka, ani policji czy znajomym. Kobieta rozpoczyna więc poszukiwania męża na własną rękę. Ma jej w tym pomóc prywatny detektyw, Rafał Malecki, o istnieniu którego Małgorzata dowiaduje się przeszukując rzeczy męża. Czuje, że znajdzie w nich jakiś trop i nie myli się. Zawierza swojemu instynktowi. Reputacja detektywa jest dla niej tajemnicą, ale nie ma wyboru. Zrobi wszystko, by dowiedzieć się prawdy o zniknięciu doktora Piotra Września. Małgorzata, kopiąc coraz to głębiej i głębiej, nim się obejrzy, znajdzie się w sytuacji, z której nie sposób wyjść. Każdy bowiem ma tutaj swojego trupa w szafie. Pytanie tylko: kto odważy się do owej szafy zajrzeć? Jak wiemy, szaleństwo wiele ma twarzy, więc Małgorzata Wrzesień nie jest jedyną bohaterką „Tożsamości szaleństwa”. W całej tej zwariowanej partii życiowych szachów ważnymi figurami okażą się także zrzędliwy, próbujący rzucić palenie komisarz Winyl i jego młody partner, elegancki oraz niezwykle inteligentny były student prawa, obecnie policjant, Piotr Korzeński. Wszyscy bohaterowie przekonają się, że niektóre tajemnice z przeszłości nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. Gdy bowiem raz otworzy się puszkę Pandory, nie ma odwrotu... Panoszące się po świecie siedem Grzechów Głównych: pycha, gniew, nieczystość, zazdrość, nieumiarkowanie, gniew i lenistwo zmuszą ludzi do strasznych decyzji i wyborów. Strach ma wielkie oczy, kłamstwo krótkie nogi, a śmierć długie ręce. Te mogą cię dosięgnąć nawet zza grobu. Spróbujmy odkryć tożsamość tego szaleństwa...

Rafał Wałęka — urodził się 8 marca 1988 roku w Szczecinie. Gdy miał roczek, jego rodzina przeprowadziła się na Śląsk, do Kuźni Raciborskiej. Tam też ukończył wszystkie kolejne szkoły, a liceum o profilu sportowym — już w pobliskim Raciborzu. Po maturze wybrał szkołę policealną w Rybniku o profilu fototechnicznym. Choć fotografia wciąż pozostaje jednym z jego hobby, to jednak po dwóch semestrach we wspomnianej szkole zmienił zdanie i wybrał studia. Postanowił wyprowadzić się do Opola i kształcić się na tamtejszej Politechnice Opolskiej, na Wydziale Wychowania Fizycznego, na profilu: Turystyka i rekreacja. W tym roku rozpoczął także edukację na Uniwersytecie Opolskim, będzie tam studiować języki obce w turystyce. Autor traktuje swoje pisarstwo jak hobby i gimnastykę umysłu. Zaczął pisywać jeszcze w gimnazjum. Swoją przygodę z książką zawdzięcza panu Markowi Czogalikowi, nauczycielowi języka polskiego, który rozbudził w młodym Rafale pokłady wyobraźni pisarskiej. Pisanie artykułów dziennikarskich, książek czy innych tekstów użytkowych stało się dla niego przyjemnością, pasją i miłym sposobem na wypełnienie wolnego czasu. Jako e-booki w Goneta.net pojawiły się już dwie książki Rafała Wałęki: „Więzień zemsty” (marzec 2010) oraz „Skazany” (wydanie 1., sierpień 2011 i wydanie 2., poprawione, luty 2012). Na wydanie czekają kolejne. Prolog Racibórz — Kampus AWF Środa, 15 maja 2002 — godzina 14:45 Maciej i Beata byli studentami trzeciego roku na Akademii Wychowania Fizycznego w Raciborzu. Znali się kilka miesięcy, a za nieco ponad 30 dni mieli podchodzić do egzaminu licencjackiego. Jednak hormony, wiosna i młodzieńcze zauroczenie wygrały z pragmatyzmem życia. Młodzi zakochani zdawali się nie myśleć o nadchodzącym egzaminie. Widzieli tylko siebie. Studiowali na tym samym kierunku i roku, ale czas spędzony razem na zajęciach nie był wystarczający. Gdy tylko nadarzała się okazja, w przerwie między kolejnymi zajęciami siadali na swojej ulubionej, dębowej ławce przy tylnym wejściu głównego budynku uczelni. Tym razem Maciej zaniepokoił Beatę swoim spóźnieniem. Siedziała jednak cierpliwie, aż w końcu doczekała się swojego rycerza, który niespodziewanie podjechał samochodem. Wysiadł i z czerwoną różą popędził do ukochanej dziewczyny. — Skąd masz ten samochód? — zapytała Beata już po tym, jak Maciek obdarował ją różą i

soczystym pocałunkiem. Uwielbiał jej pomalowane na czerwono pełne, wąskie usta. — To od rodziców. Mieli z tym czekać do zdania licencjatu, ale nie wytrzymali. Nie narzekam więc. — Jest super! Naprawdę jest twój? — zapytała totalnie zszokowana. — Wybacz, że się spóźniłem, ale wiesz... Dziś zabieram cię na wycieczkę moim nowiutkim autem. — Ale przecież zajęcia... Mamy ćwiczenia z Darłowskim i... — Zajęcia z Darłowskim to nie młodość, nie uciekną — wpadł jej w słowo Maciek, uśmiechając się zawadiacko, co zawsze przyprawiało jego dziewczynę o szybsze bicie serca. — Jesteś pewien? — zapytała nieco sceptyczna dziewczyna, poprawiając swoje rude, kręcone włosy sięgające ramion. — Tak! Zdecydowanie. Piękny dzień, piękna ty, nowiutkie auto. Skoczymy nad jeziorko, pokażesz mi swój nowy strój... — Kusisz, mój drogi... No dobra, ale jak coś, wszystko spadnie na ciebie. — Nie panikuj. Co niby miałoby się stać? Ten dzień jest zbyt dobry, by coś mogło go popsuć, nie sądzisz? — zapytał Maciek retorycznie, po czym ujął dziewczynę za rękę i zaczął ciągnąć delikatnie w stronę samochodu. Gdy byli już o krok od auta, nagle na jego dachu wylądowało ludzkie ciało. Impet uderzenia roztrzaskał wszystkie szyby i spowodował sporo wgnieceń w niebieskim Seacie Ibiza. Młodzi odruchowo odskoczyli w tył, choć mogło to wyglądać na upadek. Szok to potężny bodziec. Początkowo para nie potrafiła wydobyć z siebie słowa. Wpatrywała się tylko w leżące plecami do góry zwłoki młodego mężczyzny, wokół którego plama krwi powiększała się coraz bardziej. Dookoła zaczęli gromadzić się studenci, niektórzy filmowali ciało komórkami, inni robili zdjęcia. Internet sprzeda dziś wszystko. Nagle uwagę wszystkich zwrócił także straszliwy pisk Beaty: — Przecież ten trup to Paweł — stwierdził jeden z gapiów. — Zadzwońcie po policję. Kilkanaście minut później na miejscu zbrodni było już pełno funkcjonariuszy, teren został zabezpieczony. Sprawą mieli zająć się komisarz Winyl i podkomisarz Korzeński. Pierwszy był podstarzałym gliną, nieco zmęczonym swoim zawodem, ale jednak coś wciąż kazało mu robić to, co robi. Uważał, że ktoś musi babrać się w brudach, by inni mogli żyć spokojnie. Chociaż poczucie misji z wiekiem stawało się mniejsze, wciąż jednak tliło się w motywacji Winyla. Na jego palcu widniała złota obrączka. Była dla niego ważna, gdyż dawała nadzieję na to, że życie zawodowe nie zawsze jest skazane na wyłączność przez brak życia prywatnego. Był to raczej zamknięty w sobie, około pięćdziesięcioletni osobnik. Uporczywie gryzł marchewkę, co kłóciło się nieco z wizerunkiem twardziela w prochowcu rodem ze starych kryminałów. Szacunek i strach, to najczęściej wzbudzał w kryminalistach stojących mu na drodze. Jego partnerem był młody Piotr Korzeński: elegancko ubrany, przystojny mężczyzna po studiach prawniczych. Dlaczego nie został prawnikiem? Otóż: pozostawał uzależniony od adrenaliny i uważał, że praca śledczego da mu większe pole do popisu. Ryzyko zapewniał mu też hazard, któremu był bez reszty oddany. Tylko jemu był wierny. Wysiadając z wozu zostawił marynarkę, podwinął rękawy koszuli, po czym westchnął i przetarł czoło z potu. — Komu się, cholera, chce mordować w taką pogodę? — Korzeński rzucił w przestrzeń pytanie. — A komu się chce zadawać głupie pytania? — odparł Winyl. — Znów nie w sosie, partnerze? Może jakbyś zdjął ten płaszcz i przestał bawić się w Humphreya Bogarta z „Casablanki”, to byś nie był tak niemiły. Upał szkodzi, wiesz?

— Odczep się od tego Bogartha i „Casablanki”. Od tygodnia się czepiasz — odparł Winyl i choć rzeczywiście było mu gorąco, to uparcie i konsekwentnie płaszcza nie zdjął. Nienawidził przyznawać się do błędów. — Bo to dno. — Wasze pokolenie nie zna się na filmach. Idziecie na jakąś rozpierduchę jak „Transnormerst” i ślepo się gapicie... Zero klimatu i... — ...mówi się: „Transformers” — poprawił Korzeński. — Jak gówno nazwiesz ambrozją, to i tak pozostanie gównem. — To niby co powinno się oglądać? Co ty ostatnio widziałeś, szefie? — „Prawdziwy romans”. To jest dobry film. — Z romantyka to ty masz jedynie końcówkę: „antyk”. Dobre, nie? Antyk, bo masz swoje lata. — Jedziesz na mój wiek, a rzucasz głupimi kawałami Strasburgera. — Nie są głupie, po prostu nie każdy je rozumie. Tak jak ja nie rozumiem, jak możesz uważać „Prawdziwy romans” za arcydzieło. — Co mnie, kurwa, podkusiło, by zaczynać z tobą tę gadkę? — Bo wiesz, że mam rację. Film się ogląda, by oglądać, a nie czytać przydługawe dialogi i opisy. To nie książka. — A w książkach nie ma przydługawych dialogów? Zrzędzenia o niczym. — A nasz dialog nie jest przypadkiem przydługawy? — Przydługawy to jest twój język. Nadawałbyś się na papugę. — Powiesz w końcu, co z tym „Prawdziwym romansem”? — Później. Zmęczyła mnie ta paplanina, a zaraz dojeżdżamy. Weź się lepiej za robotę. — Założymy się, że dziś to ja rozwiążę sprawę? Pięć dych? — Stoi. Policjanci dotarli na miejsce wezwania, zaparkowali na parkingu dla wykładowców i podeszli do dość otyłego, umundurowanego funkcjonariusza. Uścisnęli mu dłoń i przedstawili się, krótko machając odznakami. — Co tu mamy? — zapytał Korzeński, uprzedzając partnera, który nadzwyczaj tego nie lubił. — Cóż, ten tutaj martwy to niejaki Paweł Grochowski, student trzeciego roku Wychowania Fizycznego. Skoczek-samobójca? — Hmm... — westchnął Winyl i zbadał wzrokiem trzypiętrowy budynek uczelni. — Jacyś świadkowie? — zapytał Korzeński. — Właściwie to prawie setka. Nie damy rady przesłuchać wszystkich... sami studenci — odpowiedział policjant. — A kto był najbliżej? Czyj to samochód? — Macieja Malowskiego. Student tutejszej turystyki. Była tu też jego dziewczyna, Beata Brzoza. — Gdzie oni są? — zapytał Winyl, licząc, że policjant wskaże mu parę palcem. — Przesłuchuje ich nasza funkcjonariuszka. — Co, do kurwy jasnej!? Wiecznie się ktoś mi roboty musi wpierdalać? — grzmiał Winyl — Prowadzić do nich, i to już! — dodał wściekły, aż rzucił marchewką w przestraszonego policjanta, który wiedział już, że nie ma wyboru, musi wykonać polecenie. — Proszę za mną — rzucił strachliwie funkcjonariusz. — Korzeń, weź się rozejrzyj i pilnuj, by niczego nie spieprzyli. Nie potrzebna mi tu fuszerka amatorów — rozkazał komisarz, a

Korzeński zabrał się za oględziny zwłok i samochodu. Tymczasem w klasie numer 15... Niska blondynka w mundurze przesłuchiwała Beatę i Maćka. Nagle do pomieszczenia wpadł Winyl. Niczym burza, zachmurzona twarz zwiastowała pioruny. — Wypad — powiedział krótko, machając odznaką. — Nie może pan tak tutaj wpadać. Przesłuchuję świadków, którzy są w szoku i... — tłumaczyła policjantka. — W szoku to jestem ja, że mi się jakiś amator wpieprza w kompetencje. Wypad, powiedziałem — rozkazał Winyl nie znoszącym sprzeciwu tonem. — A niby jakie błędy popełniłam? Taki pan cwany, a kto się spóźniał i... — Popatrz, jaka gęba niewyparzona, a nie wie, że świadków przesłuchuje się osobno? — Ale ja... — odparła policjantka i zauważyła swój błąd. — Już za późno... Wy-pad — sylabizował Winyl i po chwili był już sam na sam ze świadkami. Podszedł do nich powoli, zdjął płaszcz i usiadł. Nic nie mówił. Badał ich tylko wzrokiem. — Kim pan jest? Kiedy będziemy mogli w końcu iść do domu? — zapytał Maciek. — Jestem komisarz Winyl. Czy to twój samochód? — Tak... — Skąd go masz, chłopcze? — Dostałem dziś od rodziców. — Rozumiem. Znaliście tego chłopaka? Dlaczego zginął? — Został zepchnięty z dachu. On... On — powiedziała dziewczyna, urywając w pół zdania. — I on? Co on? Sądziłem, że to samobójstwo. Dlaczego myślicie inaczej? — Nie wiem. Tak mi się powiedziało. Tak ci się powiedziało. Lepiej uważaj na to, co mówisz. A więc: kim był dla was Paweł Grochowski? — Studiowaliśmy razem, ale z tego co wiem — słabo mu szło. Miał też problemy w domu... Może jednak się zabił? To wy musicie to ustalić. Możemy już iść? — mówił zniecierpliwiony Maciek, a Winyl zauważył, że chłopak chce się jak najszybciej ulotnić z pomieszczenia. Strach? Wyrzuty sumienia? Tymczasem Beata siedziała dość spokojnie. Wręcz nienaturalnie. Czyżby inny rodzaj szoku? A może ma coś do ukrycia? Tego właśnie miał się dowiedzieć komisarz Winyl. Tymczasem na zewnątrz... Korzeński podchodził do auta i ciała z każdej możliwej strony. To kucał, by spojrzeć na podwozie, to stawał na palcach, by lepiej widzieć leżące na brzuchu zwłoki. — Ruszał tu ktoś coś? — zapytał policjantów. — Nie, czekamy na gości z laboratorium. — A tam, jak chce się zbadać komuś tyłek, to trzeba wsadzić rękę w dupę — stwierdził przemądrzale Korzeński i nagle stoczył ciało leżące na brzuchu na ziemię. Czasem trzeba się pobrudzić. — Co pan wyrabia!? Tak nie można! — grzmiał jeden z policjantów, ale Korzeński nie zwracał

na niego uwagi. Za przykładem Winyla kroczył pewnymi drogami na swój własny sposób. Jego uwagę przykuły za to rany kłute w klatce piersiowej i kępka rudych włosów w garści denata. — No, to mamy morderstwo — stwierdził Korzeński, zabezpieczył dowody i już wiedział, że badania DNA powiedzą im, kim był morderca. Poznają tożsamość tego szaleństwa. Tymczasem w klasie numer 15... Winyl zakończył już przesłuchiwanie studentów. Oboje właśnie opuszczali pokój i gdy byli już prawie przy drzwiach, zadzwonił telefon komisarza. Melodia z „Ojca chrzestnego” mogła nie pasować do policjanta, ale cóż, miał słabość do muzyki poważnej. — Winyl, słucham. — Jak przesłuchanie? — Skończyłem, a jak u ciebie? — To nie było samobójstwo. Ktoś go zepchnął. „Tak właśnie sądziłem. Gdyby Paweł chciał się zabić, wybrałby wyższy budynek” — pomyślał Winyl, wyobrażając sobie jednak, że w przeciwieństwie do niego nie każdy myśli logicznie. — Słuchaj... Jaki kolor włosów ma ta świadek, Beata? — zapytał Korzeński. — Rudy, czemu pytasz? — Tak? Gdzie ich masz? Muszę z nimi pogadać. — Właśnie ich puściłem, bo co? Gówno wiedzą — odparł Winyl. — Ona jest podejrzana! — Ej! Stójcie! — zawołał komisarz do znikającej za rogiem korytarza pary. Spojrzeli w jego stronę i nagle zaczęli uciekać. — Cholera, nienawidzę biegać — stwierdził Winyl i ruszył w pościg. Piotr Korzeński zagryzał jabłko, siedząc na ławce. Po kilkunastu minutach zasapany i spocony Winyl przyprowadził skutych kajdankami Beatę i Maćka. — Siadać, do cholery. Aresztuję was za opór przy... — dukał komisarz, próbując złapać oddech. — Ooo, widzę, że zdjąłeś płaszcz — zażartował jego młodszy partner. — Zamknij się i ich ogarnij. Ja muszę się napić wody — przyznał zdyszany komisarz. Korzeński z trudem powstrzymał się od poruszania pewnej kwestii. Ciekawiło go, jak Winyl dogonił dwójkę studentów wydziału wychowania fizycznego. Uznał, że zapyta o to później. Teraz miał zamiar rozwiązać sprawę i wygrać zakład. — Studenciki, teraz pogadacie ze mną. Prędzej strzelę wam w nogę niż będę za wami biegł, więc lepiej darujcie sobie ucieczkę. — To dlaczego tamten nie strzelał? — zapytał Maciek. Ma już swoje lata, wzrok już nie ten. Powiedzcie mi, czemu

chcieliście zwiać? — Nic nie powiemy bez adwokata. — Daj spokój. Nie bawimy się w dobrego i złego glinę... To nie jest jakiś tani film. Chcę tylko pogadać. — O czym? Wszystko co wiemy, powiedzieliśmy już tamtemu narwańcowi — odparła Beata. — Wiesz, co mówią o rudych? — Że jesteśmy fałszywe, o to panu chodzi? — odparła z przekąsem dziewczyna. — Taki brzydki stereotyp, a nie lubimy stereotypów, nie? Więc może nie będę postępował tak, jak się powinno. Wiecie dlaczego? — Bo? — Bo jestem sprytniejszy od tego tam drągala. Wiecie, że jeśli wezwiemy wam adwokata, to będziemy musieli was oskarżyć. A póki go nie ma? Jesteście ciągle jeszcze tylko świadkami. „Oskarżony” brzmiałoby niezbyt fajnie w waszym CV, co nie? — drążył Korzeński. Maciek i Beata spojrzeli na siebie badawczo, jakby próbowali coś uzgodnić. — To jak? Pogadamy? — No dobrze, powiemy. — Cóż... Beato, znaleźliśmy w garści Pawła pęk rudych włosów. Testy DNA potrwają kilka dni, ale może się okazać, że są twoje. Wtedy pójdziesz siedzieć bez dwóch zdań... — Przecież ona była ze mną, gdy ten gość skoczył — zauważył Maciek, poirytowany teorią, jakoby jego dziewczyna miałaby mieć coś wspólnego ze śmiercią młodego studenta. — Kiepska teoria, panie władzo — zauważyła Beata. — A że sama raczej jesteś zbyt wątła, by udało ci się zadźgać i zepchnąć dorosłego faceta z dachu, to strzelam, że pomógł ci w tym twój chłopak. Ciekawa teoria, nie? — fantazjował Korzeński, chcąc nieco przytłoczyć dwójkę młodych ludzi. Wiedział dobrze, że gdy Paweł był zrzucany z dachu — oni grzecznie siedzieli na ławce. — To nie my go zepchnęliśmy, to może być... — Mów... Nie, bo wtedy licencjat, egzamin... Chcemy zdać, a nie... — Powiedz, przyznajecie się? Prawda w tej sprawie to kwestia czasu. Kawał ze mnie dobrego gliny. Dobrze wam radzę. Całe życie przed wami. — Maciek, powiedz mu. Powiedz. — Oszalałaś? Wiesz, co nas czeka? — Nieważne... Racibórz — Dworzec kolejowy Środa, 15 maja 2002 — godzina 17:40 Ubrany na sportowo czterdziestopięcioletni, wysoki mężczyzna w zielonej czapce ze sporym plecakiem ze stelażem na plecach obserwował rozkład jazdy. Po upewnieniu się, że za chwilę będzie nadjeżdżał jego pociąg, udał się najpierw do kasy po bilet, a następnie na peron. — Jedynka, widzę obiekt. Wchodzić? — zapytał ubrany po cywilnemu policjant do urządzenia łącznościowego ukrytego w rękawie. — Nie, obserwować i czekać na rozkaz — polecił komisarz Winyl, koordynujący akcją z dużego samochodu zaparkowanego nieopodal dworca kolejowego.

— Na co czekamy? Bierzmy go — stwierdził Korzeński. — Jakiś ty niecierpliwy. Nie dorwiemy go przecież na peronie, bo jest za dużo ludzi. W pociągu nie będzie miał dokąd zwiać — odparł Winyl. — Przynieść ci kawy? — zagadnął podkomisarz. — Hmm... No dobra, skocz, ale tak na jednej nodze. Korzeński wyszedł z punktu dowodzenia i udał się do wnętrza stacji. Kłamał z kawą. Chciał obserwować akcję na własne oczy. Często działał samowolnie. Miał dziwny pęd do bycia bohaterem. Zawsze chciał błyszczeć. Egoista, który z trudem przestawia się na pracę zespołową. — Centrala, obiekt odszedł od kasy. Na który peron idzie? — Jedynka — czekaj, dwójka — biegiem do kasy, w której był. Zapytaj na jaki pociąg kupił bilet. Migiem. Przyjąłem — odpowiedział policjant i przepchnął się przez kolejkę ludzi stojących do kasy. Po chwili do centrali przyszła wiadomość. — Wrocław-Berlin, peron czwarty, pociąg pośpieszny. — Przyjąłem. Wsiadacie za nim do pociągu, tam zgarniemy skurwiela — rozkazał Winyl, kierujący akcją aresztowania. Wspomniany wcześniej ubrany na sportowo obiekt szedł w kierunku peronu numer cztery. — Centrala, Korzeński idzie tuż za nim — zgłosił policjant o pseudonimie Jedynka. — Co on odpierdala? Po co tam polazł?! Zabiję tego dzieciaka! — grzmiał wulgarnie Winyl. Nigdy nie szczędził przekleństw. Tymczasem Korzeński był jakieś dwa metry za obiektem. Mężczyzna w czapce i plecaku ze stelażem obrócił się, czując, że może być śledzony. Spojrzał badawczo na Piotra, ale najwyraźniej nie zauważył nic podejrzanego. Gdy Korzeński był już o krok od celu, zagadnęło go dwóch barczystych, ubranych w dresy mężczyzn. — Goguś, dawaj jakiś grosz — zażądali głośno. — Spadać! — warknął podkomisarz, nie chcąc wdawać się dyskusję. — Grzeczniej, gnoju! — zawołał jeden z agresywnych mężczyzn i niespodziewanie uderzył podkomisarza, który upadł na ziemię i za chwilę otrzymał solidnego kopniaka w brzuch. Nie było czasu na ceregiele. Wyjął broń i strzelił jednemu w nogę. Kilka osób zaczęło uciekać w panice, słysząc huk wystrzału. Widząc to, obiekt, który mieli aresztować policjanci, także zaczął uciekać. Zrzucił plecak i pobiegł na peron po schodach. — Centrala, obiekt ucieka! Gonię go! — zgłosił Korzeński. — Niech to cholera! Wszyscy wchodzimy! — ogłosił Winyl i wybiegł z samochodu dowodzenia wraz z resztą policjantów. Nie minęła chwila, gdy Korzeński znalazł się na peronie. Wypatrzył w tłumie swój cel. Właśnie nadjeżdżał pociąg. Nie chcąc znów spłoszyć ściganego, podkomisarz ostrożnie zaczął przeciskać się przez tłum. Gdy jednak nadjeżdżał pociąg, nagle dało się słyszeć przerażone piski i wrzaski. Wystarczyło, że podkomisarz na moment stracił obiekt z zasięgu wzroku...

Ścigany mężczyzna wylądował na szynach, tuż przed lokomotywą. Nie było czego zbierać. Kilka tygodni później... Komenda główna w Raciborzu — Przyszły wyniki badań DNA — przyznał Korzeński, wręczając partnerowi kopertę formatu A4. — I co? — zapytał Winyl. — Potwierdzone, to on. — A więc to profesor Daniel Dembiński zabił tego dzieciaka? — Tak, zamykamy sprawę. — Co nabazgrałeś w raporcie? — Wypytaliśmy kilkoro świadków. Sami się zgłosili, bo chcieli pomóc. Wszyscy to studenci. Jak się okazało, kilkoro z nich Dembiński molestował — odparł Winyl. — Biedne dziewczyny... — Nie, tu nie chodzi o dziewczyny. — Pedał? O jasny... — No tak. Szantażował ich, że nie dopuści ich do egzaminu licencjackiego, jeśli nie będą mu, no wiesz. — Dobra, daruj sobie szczegóły. — No, a Paweł ponoć był jego ulubieńcem. Sam był gejem, mieli romans. Chciał to ogłosić, bo miał dość, a wtedy profesorek się wystraszył i go załatwił. — On miał motyw, my mamy dowody, a prasa będzie miała niezły temat przez ten bajzel. Profesorek zaplanował podróż już kilka dni wcześniej. — Wysłać takiego do pierdla, to by jeszcze dziękował. — Cieszysz się, że zdechł? — Cieszę się, że sprawiedliwość ma jeszcze coś do powiedzenia na tym świecie. — Powinieneś pisać wiersze, szefie — zażartował Korzeński. — Nie liż mi tu dupy. Sprawa zamknięta — odparł szorstko Winyl. — Szefie... — zagadnął jeszcze młody podkomisarz. — Dlaczego...? Może wiesz, dlaczego nie wszczęto w mojej sprawie postępowania? Powinienem wylecieć za niesubordynację. Dyscyplinarka... — drążył młody podkomisarz. — Mamy jeszcze trochę wtyk, młody, ale powiem szczerze. Jeszcze raz coś takiego i sam wykopię cię na zieloną trawkę. — Koniec końców: dorwałem gościa. — Gdyby ścigany był niewinny, to byś się nie wygrzebał. Pierdziałbyś ze strachu w drewniany stołek. — Ale... — Ale był... a nienawidzę ludzi wykorzystujących władzę, by sterować innymi. No, chyba, że robię to ja. Tamten profesorek był chorą ciotą, a nienawidzę takich... śmieci... — I tylko dlatego? — ciągnął Korzeński. — Wiele lat robię jako glina i jeszcze nauczysz się, że aby bronić prawa i zasad, czasem trzeba stanąć ponad prawem i nagiąć zasady. Czasami je nawet złamać... — pouczał Winyl. — Poza tym, ktoś musi wypełniać za mnie raporty przez następne pół roku.

— A moje pięć dych? — zagadnął Korzeński nieśmiało. — Młody... nie przeginaj pały — odpowiedział komisarz Winyl i dalej chrupał swoją marchewkę. — To profesorek przeginał pałę — rzucił Korzeński żartem. — Młody, te twoje kawały są jak niedzielne obiady u mojej teściowej. — Niesmaczne? — Po prostu zbyt częste. W tym samym czasie w jednym z raciborskich lasów czworo studentów oblewało swój sukces... — Brawo. Pozbyliśmy się tego śmiecia. Dembiński przeszedł do historii. Za nas! — wzniósł toast jeden ze studentów. — Już myślałem, że żadnego z nas nie dopuści do egzaminu. — Trzeba było się uczyć, matole — zażartował inny. Wśród świętujących byli Beata i Maciek. — Brawo dla wszystkich. Nasz plan z wrobieniem profesora w zabójstwo, pedalstwo i jeszcze Piotrek z akcją na peronie... no, majstersztyk. Brawo. — Spoko, trochę mnie kosztowało znalezienie takich dresów i zepchnięcie Dembińskiego, ale... Co by nie mówić, zemsta smakuje super — powiedział Piotrek, popijając piwo. — Studenci rzeczywiście są kreatywni — żartowali. — Szkoda tylko Pawła, planował tę akcję z nami... — stwierdziła Beata. — Cóż, nie wiedział tylko, jaka będzie jego rola. — Gdyby Beata nie przespała się z tym rudzielcem, Dembińskim, to nie zdobylibyśmy jego włosów. Dobry też mieliście pomysł z udawaną ucieczką. Brawo! — Niech żyje licencjat! Świat stoi przed nami otworem, zawieramy pakt. Nigdy nikomu o tym nie powiemy... Tak oto studenci turystyki i rekreacji rozpoczęli nowy etap w swoim życiu. W końcu wykształcenie wyższe trzeba umieć zdobyć. Rozdział I Racibórz, 8 kwietnia 2006 — godzina 21:15 Był deszczowy, wiosenny wieczór. Pomimo ciepłej pory roku czarne chmury skutecznie sprawiły, że na dworze panował wszechobecny mrok, szczególnie w okolicach, gdzie brakowało sprawnych latarni. Tymi mrocznymi, zapomnianymi przez świat ulicami kroczyła atrakcyjna kobieta. Jej aparycja w tym ponurym otoczenie wręcz raziła. Ta kobieta, choć wybitnie nie pasująca do panującego dookoła krajobrazu nędzy i destrukcyjnej ręki czasu, nie przykuwała niczyjej uwagi, poza jednym, zazdrosnym spojrzeniem przejeżdżającej na rowerze staruszki. Wszędzie panował brud. Nie dziwi to, gdyż większość mieszkań była opustoszała i nie miał kto zadbać o to miejsce. Zrujnowane osiedle czekało. Albo na wyrok w postaci wyburzenia, albo na wybawienie, czyli remont generalny. Kilkoro przypadkowych przechodniów bardziej szukało schronienia przed ulewnym deszczem, niż rozglądało się po okolicy. Kroczącej między starymi, częściowo zrujnowanymi budynkami kobiecie było to na rękę. Nie chciała zwracać niczyjej uwagi. Była wystarczająco zdenerwowana ostatnimi dniami, które były cholernie dalekie od sielanki.

Emanujące zaniedbaniem i dość niskie, najwyżej jednopiętrowe budynki świeciły pustkami. Generalny remont byłby tutaj wielce pożądanym gościem. „Klimat jak w starych kryminałach” — pomyślała Małgorzata. Wysoka, zielonooka blondynka w czarnej mini i ciemnym żakiecie normalnie zwróciłaby uwagę niejednego mężczyzny, ale dziś nie było w okolicy męskiego oka chętnego do podziwiania jej urody. Momentami brakowało jakiegokolwiek oka. W strugach złośliwie opadającego z nieba deszczu dotarła do budynku, którego szukała. Wyjęła z torebki małą karteczkę z adresem, by upewnić się, czy dobrze trafiła. Spojrzała na mały świstek papieru i z pewną nutą żalu musiała przyznać przed samą sobą, że dotarła na miejsce. Choć szukała tego budynku, to liczyła w duchu, że nie będzie taki straszny. „To tutaj, niestety” — pomyślała na widok jednopiętrowego domu o płaskim, dziurawym dachu i z powybijanymi częściowo oknami. Wszystko wyglądało tak, jakby miało się w każdej chwili zawalić. Małgorzata miała, jak się okazało, złudną nadzieję, że pomimo całego niezbyt przyjemnego klimatu tego miejsca, trafi jej się coś lepszego. Dałaby wiele za odstępstwo od normy. Zbliżyła się powoli do drzwi frontowych i wyciągnęła niepewnie rękę, by zapukać. „Niezbyt dobra wizytówka” — stwierdziła, spoglądając na wiszącą na jednym gwoździu tabliczkę, prawdopodobnie z jakimś nazwiskiem. Spróbowała je odczytać, ale nie była w stanie rozszyfrować starego napisu. Zawahała się przez chwilę przełykając ślinę, poczuła napływ adrenaliny. Jeśli Małgorzata przed pojawieniem się tutaj miała jeszcze pojęcie, czym jest rozsądek lub instynkt samozachowawczy, to z każdą chwilą te pojęcia wydawały jej się coraz odleglejsze. Ulatniały się niczym sen o poranku. „Z pewnością miewałam już bezpieczniejsze i mądrzejsze pomysły” — zganiła się w duchu, zdając sobie sprawę, że pora i klimat na taką wizytę nie był najodpowiedniejszy. Czas jednak zmuszał panią Małgorzatę Wrzesień do odważniejszych zachowań. Nie mogła czekać, a na pewno nie wtedy, gdy jest już tak blisko osiągnięcia celu. Po chwili wahania przełamała się. Zapukała. Zgodnie z przewidywaniami nikt nie otworzył. „Może powinnam sobie pójść i wrócić innym razem? Nikogo nie ma” — pomyślała przez moment. — No nie, nie dam się zastraszyć. Czas nagli — mruknęła pod nosem i podbudowana nieco własną odwagą nacisnęła pokrytą rdzą klamkę, po czym weszła do środka, otwierając szare, podrapane drzwi. Zaskrzypiały złowieszczo. Będąc już w środku, Małgorzata złożyła parasol i trzymając go w ręce jak jakąś broń, zaczęła szukać włącznika światła. Stara, pokryta deskami podłoga, uginając się pod stopami Małgorzaty, wydawała dziwne i niemiłe dla ucha odgłosy. Nie mając pod ręką latarki, kobieta użyła wyświetlacza telefonu, by rozjaśnić ciemne korytarze budynku. Nowe modele komórek nieźle się w tym sprawdzały. Trzymając w jednej dłoni telefon, a w drugiej parasolkę przygotowaną do obrony przed jakimś nieokiełznanym stworzeniem, może człowiekiem, Małgosia kroczyła ostrożnie przed siebie. Przeleciało jej przez myśl pytanie: dlaczego akurat to miejsce wybrał? Kim on jest? Czy dobrze zrobiła, godząc się na podążanie za anonimowymi instrukcjami, jakich udzielał jej cel jej wizyty — Malecki? Wkrótce miała się o tym przekonać. Idąc, bała się coraz bardziej. Wciąż jednak wytrwale badała pozostający w półmroku korytarz i jego pokryte grzybem ściany. Nieprzerwanie targały nią wątpliwości oraz niepokój. „Może nie powinnam być sama? — rozmyślała — Powinnam przyjść z kimś...”. Nie takie były jednak instrukcje. — Jest tu ktoś?! — zawołała w końcu. Cisza. Nadzieja na znalezienie żywej duszy w tym strasznym domu okazała się złudna. Zero

odzewu, tylko wiatr przechadzał się po korytarzu, wydając cichy świst. Wszechobecna cisza potęgowała uczucia strachu i niepokoju. Małgorzatę męczył natłok myśli: „Co ja tu robię? Ktoś tu żyje? Może mnie oszukano?”. Coś się czaiło w ciemnościach, ale nie potrafiła stwierdzić: co. Ponoć ciekawość to pierwszy stopień do piekła, a Gosia musiała pokonać całe schody. Brnęła więc dalej w mrok. Musiała coraz to głębiej zanurzyć się w ciemnościach tego upiornego miejsca. Skierowała się na stare, drewniane schody, które były tak niepewnej budowy, jak niepewna swojego losu była kobieta. Światło telefonu, pomimo tego, że oświetlało nawet sporą przestrzeń w tych egipskich ciemnościach, wciąż jednak było niewystarczające. Tak bardzo zresztą nasiąknęła już strachem, że nie wyzbyłaby się go, nawet trzymając wielką latarnię w dłoni. W końcu kobieta dotarła do upragnionych drzwi. „Upragnione?! Przecież ja nie chcę tu być!” — wykrzyknęła w duchu. — Lepsze to jednak niż dalsze łażenie po tym dziwnym korytarzu”. Spojrzała na drzwi, zdające się być dla niej niczym światełko w tunelu. Widniejąca na nich tabliczka z napisem: „Rafał Malecki, prywatny detektyw” dawno nie wąchała szmaty. Zresztą podobnie jak cały budynek, wyglądający na bardzo zapuszczony, a wręcz na ruderę. „Jak można pracować w takich warunkach? Prywatny detektyw, ale budynek niczym publiczna toaleta” — pomyślała Małgorzata, krzywiąc twarz z odrazą. Jako dość majętna kobieta nie przywykła do takiego otoczenia. Jeszcze nie spotkała detektywa Maleckiego, a już odczuwała do niego niechęć. Pedantyczna część jej osobowości najchętniej wybiegłaby stąd z płaczem. Po chwili znęcania się nad swoim poczuciem estetyki, przypomniała sobie, po co tu przybyła. Zapukała, a szorstki męski głos nakazał wejście. Dobiegał jakby zewsząd. „Dziwne uczucie...” — myśl jak błyskawica. Kobieta ostrożnie nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi do gabinetu Maleckiego. Niepewnym krokiem przekroczyła próg ciemnego pokoju. Po omacku szukała włącznika światła. Znalazła, ale nie działał. — Możemy włączyć światło? — zapytała, choć niezbyt wiedziała, do kogo kieruje swój głos. — Nie — odparł krótko. Rzeczowość Maleckiego odebrała kobiecie ochotę na jakiekolwiek dyskusje. „Każdy ma swoje skrzywienia. Ten ewidentnie gustuje w ciemności” — pomyślała, przekonując wewnętrznie samą siebie, by mu zaufać. Nie mając wyboru, musiała podporządkować się regułom tej swego rodzaju gry. Pozostało jej wciąż tkwić w ciemnościach. Poczuła, że strach jednak powraca, jak uporczywa mucha, która nie chce odlecieć, choćbyś nie wiem jak ją odganiał. „Niech coś powie, do cholery!” — powtarzała intensywnie w duchu, odczuwając napięcie. Cisza potęgowała jej wyobcowanie. Napięcie nie pozwalało na logiczne przemyślenie sytuacji. Przychodzi tu sama, do obcego człowieka, i po prostu tańczy w rytmach granej przez niego muzyki. Jeśli jednak okaże się, że znalazła odpowiedniego człowieka w odpowiednim czasie, to cały wysiłek zostanie wynagrodzony. W końcu głos z końca pomieszczenia kazał jej usiąść. Praktycznie po omacku znalazła krzesło i spełniła bardziej rozkaz niż prośbę. „Spokojnie, bądź spokojna” — wmawiała sobie, głęboko

oddychając. — Boi się pani czegoś? „Tak! Ciebie, ty cholerny dziwaku! Zapal światło!” — wykrzyczała mentalnie, ale głośno odpowiedziała jedynie: — Nie, wszystko okej. Cieszę się, że znalazł pan dla mnie czas. Znów nastała cisza, a kobieta czuła, że zaczyna tego wręcz nienawidzić. Tęskniła za jakimikolwiek dźwiękami, bo nie podobało się jej swego rodzaju zawieszenie w próżni. Próbowała wzrokiem przebić się przez mrok pomieszczenia. Zdawała sobie sprawę z tego, że widząc więcej, poczułaby się znacznie lepiej, może pewniej. W pomieszczeniu czaiło się coś złowieszczego. Coś wisiało w powietrzu i z pewnością nie był to tylko zaduch dawno niesprzątanego i zaniedbanego biura. Jednym z niewielu źródeł światła był wpadający przez okno księżyc. Dziś pełnia, czas wilkołaków. Noc. Pora potworów. Wyobraźnia pani Wrzesień pracowała na wysokich obrotach. „Wszystkich klientów tak traktuje, czy może tylko mnie spotkał ten wątpliwy zaszczyt? Co ja mówię, kiedy on miał ostatniego gościa?” — zastanawiała się, siedząc na chwiejnym, drewnianym krześle. Małgorzata uporczywie wpatrywała się też w postać znajdującą się na końcu pomieszczenia za biurkiem. Próbowała dojrzeć twarz detektywa. Na próżno. Widziała jednak dłonie. Spoczywały na biurku bez jakiegokolwiek głosu. Ten także nie był zbyt przyjemny. Chrapliwy, jakby mechaniczny. Panią Wrzesień jednak wychowano zbyt dobrze, by ośmieliła się wypytywać o takie rzeczy. Nie była także w nastroju na pogaduszki. Chciała złożyć zlecenie, dowiedzieć się czegoś i zniknąć. „Ofiara palenia” — pomyślała w końcu, a po chwili przestraszyło ją nagłe przerwanie ciszy. Lekko podskoczyła i stłumiła pisk, gdy pozostająca w bezruchu postać odezwała się głosem, który zapewniał odczucie niepokoju i dyskomfortu osobie siedzącej naprzeciw. Gwarantował brak bezpieczeństwa. O to mu chodzi. Strach jest niczym berło, a on jest królem sytuacji. — Witam panią — wypalił krótko. — Mogłabym zapalić światło? Poczułabym się pewniej — zapytała nieśmiało. Już mówiłem, że nie. — Ale... — Te ciemności to wynik awarii instalacji. Wszystko dziś siadło, więc nie pozwólmy, by i nasza rozmowa siadła. „O to chodzi, dziwaku” — pomyślała. — Mam ofertę. Bardzo ciekawą ofertę — powiedziała. — O tym ja zadecyduję. Rozumiem, że to z panią rozmawiałem przez telefon? — Tak, umawialiśmy się na dziś — odparła kobieta tak wyraźnie, jak tylko pozwalało jej na to ściśnięte strachem gardło. — Tajemnicza z pani osóbka. Dlaczego podała mi pani tak zdawkowe personalia? Zawsze zachowujemy się tak, gdy się boimy. Wtedy nie ujawniamy za dużo, gdyż mamy coś do ukrycia. Jak jest z panią? — zapytał detektyw, a w jego głosie dało się wyczuć podejrzliwość. Z tego jednak żyje. — Myślałam, że tyle wystarczy. Znał pan mojego męża? Znalazłam pana numer w jego notesie. Nazywa się Rafał... — ...Malecki. Już sobie wyjaśniliśmy, kim jesteśmy. Pytanie brzmi: czego chcemy? „Chcę stąd wyjść” — pomyślała kobieta, bo gierki słowne detektywa i jego dziwna skłonność do filozofii nie była tym, czego szuka. Za wiele jednak najadła się strachu, zbyt dużo kosztowało ją, by dotrzeć tu gdzie jest. Nie była boginią odwagi, ale nigdy nie brakowało jej uporu.

— Byliście z moim mężem przyjaciółmi? — A przychodzi pani do mnie jako do przyjaciela czy do detektywa? — Co to za różnica? Tak czy owak, pana zadaniem byłoby odnalezienie go — mówiła coraz odważniej kobieta. Wzrok przyzwyczaił się do ciemności, ale w razie czego trzymała w torebce przygotowany gaz pieprzowy. Na wszelki wypadek. — Przyjaciel nie weźmie za to pieniędzy. Ja jestem detektywem. Ile jest dla pani warte życie męża? Dużo? Dużo może pani znieść? — kontynuował Malecki. „Przecież to oczywiste. Po co on mnie tak dziwnie wypytuje?” — zastanawiała się. — To moja sprawa. Potrafi go pan znaleźć? — Każdego da się znaleźć. Jeśli oczywiście chce być odnaleziony. — Co ma pan na myśli? — Nieważne. Przejdźmy do rzeczy. Przygotowała pani szczegóły sprawy, którą mam się zająć? Choć mroczny styl Maleckiego z pewnością nie przysparzał mu wielu przyjaciół, to jednak nie to było najważniejsze. Pomimo widocznego zaniedbania jego biura można było pomyśleć, że kiepsko zarabia, więc dostaje niezbyt wiele zleceń. — Nie wiem, czy w tych ciemnościach pan coś zobaczy, ale przygotowałam tutaj teczkę. Zostawię to panu do analizy, teraz chciałabym już... — detektyw przerwał jednak. — Szybko się pani poddaje. Mąż nie byłby zadowolony. — Nie poddałam się, tylko tutaj jest tak, tak... Ciemno, przeraża mnie pan — wypaliła w końcu kobieta. Ta chwila szczerości nie mogła już dłużej skrywać się w jej psychice. Ulżyło jej, ale nie wiedziała czy było to rozsądne. Czy detektyw straci nad sobą panowanie? — Może to kolejny świr czyhający na piękne blond idiotki? — pomyślała i strach znów zagościł w jej głowie, a serce zabiło mocniej. — Nie mam czasu na bzdety. W moim życiu królują awarie, ale czy naprawdę nie po to pani tu przyszła? Nie chciała się pani przetestować, ile tak naprawdę może znieść dla męża? — mówił detektyw nieco szybciej. Jego uwagi jednak były bardzo celne. Gosia musiała przyznać mu rację. Pomiędzy nią a jej mężem nie było ostatnio najlepiej. Zimny, rzeczowy ton detektywa oraz celne spostrzeżenia utwierdziły kobietę, że ma do czynienia z profesjonalistą. Geniusze bywają dziwni. — Jak już pan wie, szukam swojego męża. Nazywał się Piotr Wrzesień. Nazywał się? Czyż to nie znak, że został spisany na straty? —

zauważył Malecki. Próbował się droczyć z klientką, jak to często miał w zwyczaju. Był z natury upierdliwy, sarkastyczny i czepiał się słów. Lata w zawodzie detektywa tak go ukształtowały. Rozkładał słowa na czynniki pierwsze, w nadziei, że dadzą mu rozwiązanie. Takie przynajmniej krążyły o nim opinie. Nieścisłości były jak rany u zwierzyny, na którą polował. Pomagały się jej wykrwawić, wtedy spokojnie mógł ofiarę dobić i pożreć. — Przepraszam, nazywa się Piotr Wrzesień — poprawiła się kobieta. — Zaginął tydzień temu — dodała szybko. — Kiedy ostatni raz go pani widziała? — drążył detektyw, wciąż pozostając w bezruchu. Brak jakiejkolwiek gestykulacji Maleckiego działał paraliżująco na rozmówczynię. Trzeba jednak przyznać, że był nadzwyczaj opanowany. To się chwali w zawodzie detektywa. Nie weźmie nóg za pas, gdy usłyszy odgłos otwieranej butelki z szampanem. Nie spanikuje, biorąc to za wystrzał z pistoletu. — W czwartek. Wyszedł do pracy, wtedy widziałam go po raz ostatni. Później słuch po nim zaginął. — A czym zajmuje się mąż i jaki mamy dziś dzień? — zapytał detektyw. Drugie pytanie było nieco zbijające z tropu, wydawało się zupełnie nie na temat. — Jest dyrektorem szpitala dla obłąkanych. Dziś mamy poniedziałek, a cóż to za pytanie? — Widzę, że niezbyt panią zmartwiło zniknięcie męża, skoro zgłasza się pani do mnie dopiero po tylu dniach. Skąd ta zwłoka? — To chyba nie ma związku ze sprawą. Miałam swoje powody — odparła z irytacj ą. Małgorzatę zaczynały denerwować uszczypliwe uwagi na temat jej życia prywatnego. Powstrzymała się jednak od dalszej reakcji. Uspokoiła się i odpowiedziała udawanym zimnym głosem, który był nieudolną próbą „odbicia piłeczki”. Chciała upodobnić się do Maleckiego, zagrać w jego grę i pokazać, że uszczypliwość jest instrumentem, na którym ona także potrafi zagrać. Nie ma pan zbyt dużej ilości zleceń. — To chyba lepiej, będę mógł skupić się na pracy dla pani. Uważa pani, że między panią a mężem było dobrze? — Często znikał, gdy się kłóciliśmy... — Skoro często się kłóciliście, to może dobrze, że teraz wreszcie zniknął na dłużej? — Panie Malecki, mam dość tego sarkazmu. To nie ma związku ze sprawą — powiedziała kobieta, nie wytrzymując napięcia. — To ja jestem detektywem i znam się na tej robocie. Zawsze może pani odejść. — Nie, nie mogę. Przepraszam, mam ostatnio ciężkie dni. To wszystko jest takie przytłaczające. — Wszystkich nas życie przygniata. Pytanie brzmi, czy chcemy ten ciężar podnieść, czy od razu się poddajemy. — Ja chcę jedynie, by odnalazł pan mojego męża. To mój ciężar. — Ciężarem jest jego zniknięcie, czy konieczność próby jego odnalezienia? „Człowieku... Ja tu przeżywam dramat, niemal sikam po kostkach ze strachu w twojej dziwnej ciemni, gdzie jedynym źródłem światła jest zasrany księżyc, a tobie się bierze na filozofię!?” — krzyczała w myślach kobieta. Na zewnątrz jednak udawało się jej zachować pozory spokoju. Ciemność stała się również jej kotarą bezpieczeństwa.

— Kłótnie bywają oczyszczające. Wszyscy nosimy swoje krzyże tak długo, aż chcemy obarczyć nimi kogoś innego. — Zawsze pan tak filozofuje? — zapytała w końcu kobieta, zmęczona już gierkami detektywa. — Dlaczego tak interesują pana nasze relacje, kłótnie? — Zgłębiam tajniki ludzkiej głowy. Tam zwykle znajduję odpowiedź. Czego dotyczyły kłótnie? — zapytał wciąż zadziwiająco spokojny detektyw. W jego braku emocji było coś tajemniczego, może nawet interesującego. Małgorzata musiała przyznać rację Maleckiemu, że to on jest detektywem i on zadaje pytania. Jest panem sytuacji. W końcu pani Wrzesień pękła. Potok słów wytoczył się niczym lawa z wulkanu. Chodziło o nasz dom. Narzekał, że źle się tam czuje. Często wracał pijany, powtarzał, że to pozwala mu się wyciszyć i odprężyć. Czasami tracił panowanie nad sobą... Pomimo tego, że byliśmy małżeństwem, czasami czułam się jakby mnie... Jakby mnie... gwałcił. Jakbym uprawiała seks z kimś innym. On sam bywał chorobliwie zazdrosny. Kiedyś pobił sąsiada za to, że ten się na mnie gapił. To było chore. Był wyczulony na słowo: chory. Raz nawet mnie uderzył... Wtedy zaproponowałam wizytę u terapeuty... Mieliśmy tam iść razem, ale zaczął się na mnie wydzierać, że nie jest wariatem, że nie jest chory. — Zna pani bajkę o Jasiu i Małgosi? — zapytał nagle Malecki. — Tak, znam — odparła krótko Małgorzata, po raz kolejny zbita z tropu dziwnym pytaniem detektywa. Nie miała sił na dywagacje. Chciała jak najszybciej mówić dalej, mieć to za sobą. — Tak więc mój mąż... — próbowała dokończyć opowieść. — Był tam chyba także jakiś dom na kurzej stópce... — Tak, ale co to ma do rzeczy? — Para bohaterów, zła czarownica, straszny dom. Pytanie: które z was jest czarownicą? — Wciąż nie rozumiem. — Nie ufa mi pani. Skoro nie ufa pani mnie, to czy ufa własnemu mężowi? — Zaczyna mnie męczyć ta rozmowa. Przyjście tutaj mogło być błędem. — To nie był błąd. To początek. — To, że tu jestem było chyba wystarczającym objawem nadziei, jakie pokładam w panu, detektywie. — Rozumiem, rozumiem. A czy zaginiony mąż czytał bajki? — Nie wiem, możliwe. — Jak na wiele lat małżeństwa, to jakoś mało pani o nim wie. — Ta wizyta zamienia się w analizę psychoanalityczną. Bada mnie pan, detektywie? — Skrzywienie zawodowe. Pani jednak pragnie konkretów. Jakie były ostatnie słowa zaginionego? — zapytał Malecki, jakby niewzruszony narastającym oburzeniem Małgorzaty. Jej opowieść także nie robiła na nim najmniejszego wrażenia, wysłuchał już w swoim życiu setki takich historii.

— Ostatnie słowa? Co to ma do rzeczy? — spytała poirytowana. — Bardzo wiele. Słowo nieraz prowadzi do czynu. Znając skutek, poznamy przyczynę. Niech pani zacznie współpracować. — No dobrze. Podejrzewał, że go zdradzam. Brednie... — odpowiedziała szczerze Małgorzata, choć nie podobało jej, że obcy facet wchodzi z butami w jej prywatność. — A zdradzała pani? — zapytał bezceremonialnie, wręcz bezczelnie detektyw, wciąż siedząc sztywno w ciemnościach. — To przecież moja sprawa, prawda? — zapytała retorycznie. — Nie chce się pani przyznać do grzechu? — kontynuował detektyw. — Zaraz, to spowiedź? — Coś w tym rodzaju. Każdy potrzebuje odkupienia. „Odkupienia?” — pomyślała Małgorzata i stwierdziła, że zbyt długo siedzi w ciemnym pokoju z niespełna rozumu mężczyzną. Dała się wciągnąć w dziwną grę. — Chyba źle wybrałam... — stwierdziła, zrywając się do wyjścia, ale Malecki ją zatrzymał. — Małgorzato, stój! — rzucił w końcu, niespodziewanie w jego zachrypniętym głosie pojawiły się emocje. Kobieta odwróciła się powoli. Przełknęła ślinę i zapytała: — Rozumiem, że szuka pan odpowiedzi, ale wydaje mi się, że kopie pan zbyt głęboko. To zaczyna wyglądać jak wtykanie głowy w nieswoje sprawy. — Co sprawiłoby, że czułaby się pani pewniej? Ważniejsze jest znalezienie pani męża czy dobre samopoczucie? Gosia musiała przyznać, że to rzeczywiście dobre pytanie. — Po prostu chciałabym zobaczyć pana twarz. Dlaczego nie mogę jej zobaczyć? — zapytała, próbując dojrzeć coś w ciemnościach. — Bo jej nie mam. — Nie rozumiem, przecież napis na drzwiach... Czy Rafał Malecki to pan? — spytała zaniepokojona kobieta, której na dobre przestały się podobać podchody nieznajomego. Mężczyzna nic nie odpowiedział. Grobową ciszę zakłócało tylko skrzypienie starej podłogi pod ostrożnymi krokami Małgorzaty, zmierzającej w stronę nieruchomej postaci. Mając dość gierek detektywa, włączyła telefon komórkowy, znów użyła go jako latarki. Serce podchodziło jej do gardła, a strach ponownie obejmował ją swoim rękoma. Malecki nie reagował, jakby czekał. W końcu zobaczyła tego tajemniczego mężczyznę. Małgorzatę zalała mieszanka strachu, zaskoczenia i szoku. Poczuła mdłości, jakby ktoś tańczył w jej żołądku. Nogi ugięły się pod kobietą i instynktownie zrobiła krok do tyłu. Zaczęła wrzeszczeć jak opętana. Potknęła się i upadła, upuszczając także telefon. Zgasł i znów było ciemno. Zwymiotowała obficie na drewnianą, zakurzoną podłogę... Co takiego zobaczyła? Jej wrażliwym, kobiecym oczom ukazał się makabryczny widok. Żart, który nie miał prawa nikogo rozśmieszyć. Obrzydliwe nawiązanie do Halooween, bo tak z pewnością można było opisać ten nieprzyjemny widok. Nigdy nie rozumiała tego święta. Ciało jakiegoś mężczyzny w szarym, pasiastym garniturze było usadowione na krześle. Brakowało mu głowy, którą zastępowała dynia z wyciętymi oczami i uśmiechem... Jeśli ktoś chciał śmiertelnie przestraszyć Małgorzatę Wrzesień, to udało się mu to koncertowo. Kobieta długo leżała na podłodze. Nic nie rozumiała z tego, co ją spotkało. Wzięła kilka głębokich oddechów, podniosła się i postanowiła raz jeszcze spojrzeć na ciało, by przekonać się, czy to, co widziała, to była prawda, czy przywidzenie spowodowane strachem. „Z kim ja rozmawiałam? Odbija mi?” — pomyślała

zaniepokojona nie na żarty. Ponownie poświeciła sobie wyświetlaczem telefonu komórkowego. Nie myślała logicznie, nie szukała włącznika światła, który i tak raczej został specjalnie popsuty, by spotęgować atmosferę makabrycznej scenerii. Małgorzata zdobyła się na zbliżenie się do zbezczeszczonych zwłok. Przyjrzała się nieruchomemu ciału z ponownym odruchem wymiotnym. Jej uwagę przyciągnęło kilka szczegółów. Zauważyła, że trup miał takie samo ubranie, jak jej mąż, gdy widziała go ostatni raz. Doskonale to pamiętała, choć wtedy nie wiedziała jeszcze, gdzie go to zaprowadzi. Spojrzała na dłoń denata. Rozpoznała obrączkę męża. Do brzucha miał przyczepioną białą kartkę, na której krwią było wypisane zdanie: „PRAWDA RANI, KŁAMSTWO ZABIJA”. Zapiszczała przerażona i zaczęła rozpaczliwie rozglądać się po pomieszczeniu. Zobaczyła krzyż, którego wcześniej nie widziała. Chrapliwy głos odezwał się ponownie. Małgorzata upuściła telefon. — Zadanie wykonane. Znalazłem pani męża — powiedział ponuro głos z ciemności. — Nie o to mi chodziło! Zabiłeś go! — krzyczała przerażona, miotając się po pomieszczeniu. — Nie, to ty go zabiłaś. A teraz uciekaj, bo zabijesz i siebie. Uśmiercałaś was oboje od dłuższego czasu. Kobieta rozglądała się rozpaczliwie, szukając źródła dźwięku. Ten jednak nie brzmiał jak wcześniej od strony siedzenia trupa z dynią zamiast głowy, tym razem zdawał się dochodzić zewsząd i docierał wszędzie. Przeszywał ją zimny dreszcz. Chciała stamtąd jak najszybciej uciec. Wycofując się w panice, omal nie wylądowała ponownie na podłodze. Z trudem utrzymała równowagę, potykając się o przedmioty zdające się wyrastać przed nią złośliwie. Nagle przez drzwi wpadło z hukiem trzech policjantów. Niczym wataha wilków ruszyli błyskawicznie w stronę oniemiałej Małgorzaty Wrzesień. — Policja! Nie ruszać się! — wołali wymachując bronią i świecąc kobiecie latarką po oczach. Mogła zapomnieć o taryfie ulgowej, gdyż policjanci nie mieli dla niej za grosz delikatności. Choć zwykle kobietę traktuje się jak delikatny kwiat, to teraz Gosia była uznana raczej za chwast, który należy wyrwać. Funkcjonariusze policji, mając częste doświadczenie z szumowinami najróżniejszej maści, często uczyli się zostawiać przyzwoitość w domu. Niepotrzebny bagaż kurtuazji czy chwila zawahania mogłoby ich kosztować życia. Kobieta czy nie, to po prostu obiekt do aresztowania. Rozkaz, który trzeba wykonać. Małgorzata została obezwładniona i skuta. Nikt nie miał zamiaru nawet słuchać jej wyjaśnień. Wszystko działo się tak szybko... Pani Wrzesień była w totalnym szoku, próbowała się uwolnić z rąk trzymających ją dwóch policjantów. Szarpała się i wiła jak oszalała, wyzywając wszystkich dookoła. W końcu do pokoju wszedł średniego wzrostu mężczyzna, w wieku około pięćdziesięciu lat. Emanował spokojem, wręcz swego rodzaju melancholią. W swoim mokrym płaszczu i kapeluszu przypominał klasycznych detektywów rodem ze starych kryminałów. Policjant głośno pogryzał marchewkę. Robił to wręcz ostentacyjnie i denerwująco, ale nikt nie był na tyle głupi czy odważny, by zwracać mu uwagę, jak irytujące jest to mlaskanie. Gołym okiem widać było, że starszy stopniem policjant stanowi dla pozostałych autorytet. Władczym tonem rozkazał: — Zwijamy lalunię na dołek. Drugi oddział zabezpieczy tę ruderę, ekhm... znaczy... miejsce zbrodni. Totalny, kurwa, burdel. Następnie w geście triumfu kolejny raz ugryzł swoją marchewkę, by po chwili cisnąć ją z irytacją na podłogę. — Ta robota robi się coraz gorsza, a ja nawet fajki zapalić nie mogę... Racibórz — Komenda Główna Policji 8 kwietnia 2006 — godzina 22:00

Po nagłym aresztowaniu Małgorzata Wrzesień wylądowała w surowym pokoju przesłuchań. Elegancko ubrana, atrakcyjna długowłosa blondynka nie pasowała zupełnie do otoczenia, które przywykło do przeróżnej maści kryminalistów i popaprańców odstraszających samym wyglądem. Blade ściany ciasnego pomieszczenia ozdobiono tylko głośno tykającym zegarem. Po środku stał drewniany stół i dwa krzesła. Na jednym z nich siedziała Małgorzata, a na drugim miał za chwilę spocząć policjant, który z pewnością już ją obserwuje przez lustro weneckie. Choć pani Wrzesień zdążyła już nieco ochłonąć, to wciąż była jakby nieobecna i zdezorientowana. Przed oczami wciąż miała dynię przytwierdzoną do szyi martwego ciała jej męża. Była przekonana, że to on. Wspomnienie makabrycznego widoku wywoływało u niej mdłości. Ku własnemu zdziwieniu — nie płakała jednak. Nie uroniła ani jednaj łzy, choć przed chwilą zobaczyła martwego małżonka. Sama była zdziwiona swoim zachowaniem. Czuła natomiast narastający gniew.

„Zatrzymano mnie jak zwierzę. Psiarnia ich mać!” — pomyślała z irytacją. Teraz już wie, dlaczego tak wiele osób traktuje policjantów z pogardą. Czuła się jak ofiara ataku wściekłych psów. Naszczekano na nią bez powodu, a przebywanie samotnie w małym, ciemnym pokoju było mentalnym gryzieniem jej skołatanej psychiki oraz zszarganych nerwów. Czas wlókł się niemiłosiernie długo. Specyficzny rodzaj tortur już zaczął irytować Małgorzatę. Drażnił ją tykający zegar i lustro weneckie. Miała pewność, że ktoś ją obserwuje z drugiej strony, ale celowo była ignorowana. Za chwilę spora część policjantów miała usłyszeć krzyki pieklącej się kobiety. — Niech się ktoś mną zajmie! — wołała, szarpiąc stół, do którego była przykuta. Gdyby nie był przytwierdzony do podłogi, to pewnie dawno już wyszłaby sama z tego nieco klaustrofobicznego pokoju. — Kurwa mać! W końcu do pokoju wszedł znany jej wcześniej policjant, irytująco chrupiący surową marchewkę. — Spokojnie, paniusiu. — Proszę mnie rozkuć! — Za paczkę fajek — odparł krótko mężczyzna, uśmiechając się szeroko. — Słucham? — zapytała zdezorientowana Małgorzata, zastanawiając się, czy się czasem nie przesłyszała. — No... fajki, szlugi, wie pani... — Nie mam, nie palę. — Coś się chyba, cholera jasna, zmówiliście — stwierdził policjant i jak gdyby nigdy nic rozkuł aresztowaną. Kobieta zaczęła masować obolałe nadgarstki. — Nic nie powiem bez adwokata. Jestem oburzona takim traktowaniem — powiedziała Małgorzata do policjanta z nieodłączną marchewką. — Na pewno żadnych papierosów? — zapytał z nadzieją w głosie. — Nie, nie palę... — odparła jeszcze bardziej poirytowana. Ja też nie... — stwierdził pod nosem i cicho zaklął. — Wyjaśni mi pan, co tutaj robię i co się stało przed kilkunastoma minutami?! — Pani wybaczy, ale mamy pewne procedury. Zacznijmy od tego, że nazywam się komisarz Winyl. — Możesz pan być i Misiem Yogim. Pozwę was tak czy owak. Zatrzymaliście mnie bez słowa wytłumaczenia czy postawienia zarzutu — zaatakowała werbalnie Winyla, ale na nim nie robiło to wrażenia. Tyle razy słyszał już podobne groźby. — Mówiłem już pani... procedury — zaczął, ale Małgorzata nie pozwoliła mu skończyć wypowiedzi. Nie miała ochoty słuchać pokrętnych tłumaczeń. Chciała się stąd wyrwać, poukładać myśli. — Gdzie mój adwokat? — A co? Potrzebny będzie? — zapytał podchwytliwie komisarz Winyl. Małgorzata dopiero teraz zauważyła, że przecież żądając adwokata sama stawia się w kręgu podejrzeń. Pogryzający marchewkę policjant wyczuł, że kobieta może mieć coś na sumieniu. Dopiero co widziała martwego męża, a w ogóle nie płakała. Przez wiele lat służby komisarz oglądał wiele reakcji na śmierć bliskiej osoby, ale nigdy czegoś takiego. — Proszę się nie martwić. Adwokat przydzielony pani z urzędu zaraz będzie — zakomunikował Winyl i podszedł do drzwi. Otworzył je, wyjrzał z sali przesłuchań i zawołał: — Baśka, dawaj tu tego papugę! „Głośniej, niech cały komisariat wie. Co za idiota. Pieprzony Królik Bugs z odznaką” —

pomyślała ze złością Małgorzata. Po kilku minutach Winyl wyszedł z sali przesłuchań, a do surowego pomieszczenia z lustrem weneckim wkroczył elegancko ubrany, przystojny mężczyzna. Wyglądał na dwadzieścia pięć, może trzydzieści lat. Młody, wykształcony, dobrze zarabiający. Słowem, człowiek sukcesu. Przywitał się z Małgorzatą i podał jej kubek parującej kawy na skołatane nerwy. Sam zaczął przeglądać jakieś teczki, które komisarz Winyl rzucił od niechcenia na stół. Kobietę zastanawiało, dlaczego adwokat nie zwraca na nią uwagi. „Niewidzialna dziś jestem?” — pomyślała. Owszem, kawa smakowała znakomicie, ale nie przybyła do sali przesłuchań, by napić się małej czarnej z jakimś przystojniakiem. Mężczyzna pogrążony był w lekturze dokumentów na temat sprawy, traktując Małgorzatę jak powietrze. Za to ona zlustrowała go dokładnie. Był wysoki, miał nieźle zbudowane ciało, które idealnie mieściło się w skrojonym na miarę garniturze. Wyglądał, jakby się w nim urodził. Okulary w ciemnych, grubych oprawkach tylko dodawały mu uroku. W normalnych okolicznościach z pewnością by się nim zainteresowała, jednak obecna chwila była daleka od szeroko pojętej normalności. W końcu mężczyzna miło i serdecznie uśmiechnął się do Małgorzaty. Brakowało jej tego. W końcu ktoś życzliwy, ktoś kto jej wysłucha i wyjaśni to całe nieporozumienie. Przy surowych, niemiłych twarzach policjantów, jego widok był miłą odmianą. — Nazywam się Piotr Korzeński, jestem pani adwokatem. — Małgorzata Wrzesień — przedstawiła się również krótko kobieta, po czym upiła kolejny łyk kawy. To ją uspokajało, podobnie jak towarzystwo Korzeńskiego. Zupełnie inaczej działał Winyl. — Czy życzy pani sobie, by do kogoś zadzwonić? Rodzina, przyjaciele? — zapytał. — Nie, dziękuję — odparła kobieta. „Tego mi jeszcze brakuje. Rozgłosu wśród znajomych” — pomyślała. — Proszę o jedno, niech on wyjdzie — powiedziała Gosia, mierząc komisarza Winyla pogardliwym spojrzeniem. — Chyba sobie, paniusiu, jaja robisz — stwierdził funkcjonariusz. — Panie komisarzu, jestem zmuszony prosić pana o wyjście. — Papuga, to mój teren i... — Ale to moja klientka i na podstawie prawa karnego mam prawo do widzenia się z klientem sam na sam. — Wszystkich was pojebało — przeklął komisarz i opuścił pokój, trzaskając drzwiami z hukiem. — Dziękuję. Kawał buca z tego człowieka. Ma dość osobliwą opinię, ale cóż, jestem tu dla pani.

— Tak czy owak, ktoś życzliwy to ostatnio dla mnie nowość. — Więc i niech pani będzie życzliwa dla siebie i dla mnie. Mam kilka pytań. Dobrze panią traktowano? — Raczej mnie w ogóle nie traktowano. — Nie rozumiem...? — Policjanci mnie ignorują i za... Nieważne, chcę stąd wyjść. — Rozumiem, załatwimy to tak szybko, jak tylko się da. Aresztowanie pani było błędem i straszną pomyłką. — Zabito mojego męża, a pan mi tu wyjeżdża z pomyłką czy błędem? — Przepraszam. Nie chciałem. — Dobra, skończmy z tym. Mogę już iść? Chcę się położyć. — Tak, jak tylko odpowie pani na kilka pytań komisarza. — Byle szybko. — Śpieszy się pani gdzieś? Może jest coś, co chce mi pani powiedzieć, a zataić przed policjantami? — spytał Piotr Korzeński ściszony głosem. — To znaczy? Podejrzewacie mnie? — Nie, nie. Ja nie jestem od tego, by oceniać klientów. Mam pani bronić. Czy to pani zabiła lub miała jakiś udział w śmierci Piotra Września? — Posrało was wszystkich! Nie zabiłam swojego męża! Dajcie mi spokój! — wykrzyczała Małgorzata wściekle. Miała dosyć bezsensownego marnowania czasu przez policjantów. — Siedzę tu i słucham bzdurnych teorii czy zarzutów, a morderca mojego męża spaceruje na wolności. — Rozumiem, skontaktuję się z panią jutro. Jeden z policjantów zawiezie panią do domu. Komisarz Winyl za chwilę tu wróci, proszę się nie denerwować i nie zwracać uwagę na zaczepki. Kilka odpowiedzi i będzie pani wolna. — Chcę po prostu spać — przyznała zrezygnowana. Pragnęła już tylko mieć to wszystko za sobą. Sławomir Winyl wrócił do pokoju z nową marchewką. Niech będzie pani szczera z komisarzem, a my pogadamy jutro — powiedział adwokat do kobiety, ściskając jej dłoń i mrugając porozumiewawczo. — Dobra, dobra. My tu niezbyt trawimy takich adwokacików jak ty, Korzeński. Psujecie naszą pracę, my łapiemy winnych, a przez was wychodzą — powiedział Winyl złośliwie. — Panie komisarzu, darujmy sobie te uszczypliwości. Jestem tu, aby pomóc mojej klientce. Nie będę prowadził wojen słownych — odparł spokojne Korzeński i wyszedł z pokoju przesłuchań. Kobieta poczuła żal, że jedyna osoba, która jej słuchała, właśnie zostawiła ją sam na sam z Królikiem Bugsem z odznaką. — Komisarzu, za co jestem zatrzymana?! Właśnie dowiedziałam się, że mój mąż nie żyje. Jak ja się mam czuć? — pytała kobieta. — To na sto procent pani mąż? Skąd ta pewność? — zapytał komisarz podejrzliwie. — Po pierwsze, umiem poznać własnego męża, a po drugie, miał swoją obrączkę ślubną na palcu, no i po trzecie, był ubrany jak mój mąż w chwili, gdy ostatni raz go widziałam. Miał też tatuaż na lewej dłoni. — Aha, zaginięcia pani mówi... — Tak, mąż zaginął tydzień temu. — Dlaczego nie zgłosiła pani tego na policję? — zapytał zdziwiony komisarz. — Bo szczerze wątpię w policjantów, a wasze obecne działania tylko utwierdzają mnie w

słuszności mojego postępowania. — Czy był ktoś, kto mógł źle życzyć pani mężowi? Miał jakichś wrogów? — Nie sądzę. Może był gdzieś jakiś wariat, ale nie potrafiłabym nikogo wskazać. — Rozumiem. Musi pani jeszcze zidentyfikować ciało męża. — Komisarzu, proszę, dziś już nie mam siły. — Dobrze, załatwimy to później. Wyniki testu DNA przyjdą za kilka dni, może tygodni, odezwiemy się. — Róbcie, róbcie. Ja jestem tego pewna. Dalej marnujcie czas, a morderca mojego męża przyjdzie po mnie — stwierdziła sarkastycznie Małgorzata. Spokojnie, niech pani przez kilka dni nie wychodzi z domu. Przydzielimy kogoś, by obserwował pani miejsce zamieszkania. — Mam być przynętą? Pięknie... — Wszystko mamy pod kontrolą, proszę się nie martwić. — Macie jakichś podejrzanych? „Ciebie” — pomyślał Winyl, ale stwierdził, że można iść tropem Rafała Maleckiego. — Ten detektyw? — Tak. Były policjant wydalony ze służby przez problemy osobiste. Był pacjentem pani męża. — Leczył się? Chce mi pan powiedzieć, że każdy wariat dostaje odznakę i broń do ręki? — Podkreślam, b y ł y policjant. Obecnie myślimy, że to Malecki chciał się zemścić na pani mężu. — Na co chorował ten człowiek? — Rozdwojenie jaźni, zespół agresji uśpionej i takie tam różne rzeczy, na których się nie znam. Mam to w papierach. „Wariat chcący wyrównać rachunki z Piotrem... Mówiłam mu, że kiedyś ta praca go wykończy...” — pomyślała Małgorzata. — Jak pani do niego trafiła? — Myślałam, że mogę mu zaufać. — Skąd ten wniosek? Kto go polecił? — kontynuował wypytywanie Winyl. — Po prostu, gdy mąż zaginął, przejrzałam jego rzeczy. Myślałam, że może znajdę jakiś ślad. Trop, który by mnie uspokoił. Znalazłam prywatny notes męża. Zwykle nosił go przy sobie. Miał tam zapisane ważne kontakty i numery. Trafiłam na adres i numer telefonu detektywa Rafała Maleckiego. Miał adnotację o nim. — Jak brzmiała? — „Zaufana osoba, w razie kłopotów skontaktować się”. Pomyślałam, że to może być dobry trop. Skoro mąż go znał, to akurat ten detektyw mógł go łatwiej odnaleźć. Proste i do zrozumienia, nawet dla policjanta z marchewką. — Będąc w pani położeniu, odradzam obrażanie policjanta na służbie — wtrącił Winyl. Grozi mi pan? Jestem podejrzana? — oburzyła się Małgorzata.