uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 720 559
  • Obserwuję750
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 007 791

Wilbur Smith - Głodny jak morze

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :1.5 MB
Rozszerzenie:pdf

Wilbur Smith - Głodny jak morze.pdf

uzavrano EBooki W Wilbur Smith
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 30 osób, 40 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 217 stron)

1 WILBUR SMITH GŁODNY JAK MORZE

2 Przekład ANDRZEJ MILCARZ Tytuł oryginału HUNGRY AS THE SEA Ilustracja na okładce KEYIN TWEDDELL Redakcja merytoryczna KRYSTYNA PETRYK Redakcja techniczna ANDRZEJ WITKOWSK Korekta JOANNA DZIK Copyright © 1978 Wilbur Smith Pierwsze wydanie 1978 rok pod tytułem HUNGRY AS THE SEA William Hememami Limited, part ofReed Consumer Books Limited, Michelm House, 81 Fulham Road, London SW3 6RB For tlie fohsh edition Copyright © 1996 by Wydawnictwo Amber Sp z o o ISBN 83-7169-098-3 Wydawnictwo Amber Sp z o o Warszawa 1996 Wydanie I Druk Zakłady Graficzne ATEXT S A Gdańsk ul Trzy Lipy 3 tel (O 58) 32 67 69 (O 58) 32 64 41

3 Książkę tę poświęcam mojej żonie Daniel

4 Nicholas Berg wysiadł z taksówki obok rzęsiście oświetlonego basenu portowego i zatrzymał się, aby popatrzeć na „Warlocka". Przypływ uniósł statek wysoko ponad kamienne nabrzeże i chociaż portowe dźwigi górowały teraz nad nim, wyglądał potężnie. Nicholas czuł ze zmęczenia ból w mięśniach i otępienie, ale ten widok podziałał na niego orzeźwiająco. Wróciła dawna duma, poczucie wartości. Lśniący i groźny „Warlock" przypominał okręt wojenny, strzelający w górę dziób i rasowa linia stalowego kadłuba obiecywały bezpieczeństwo w każdych warunkach. Sznury świateł jarzyły się karnawałowo w pancernym szkle nadbudówek. Mostek nawigacyjny, ze skrzydłami elegancko wygiętymi do tyłu, dawał pełną osłonę oficerom, którzy muszą tam pracować przy najokrutniejszej pogodzie i na najzdradliwszych wodach. Ponad szerokim pokładem rufowym był drugi mostek, z którego wykwalifikowany marynarz mógł operować potężną windą holowniczą i kabestanami, za pomocą hydraulicznego ramienia zaczepiać i kontrolować hol, mógł w sztormie lub po jedwabiście gładkim morzu pewnie prowadzić powaloną wieżę wiertniczą albo śmiertelnie ranny liniowiec. Zamiast typowego dla staromodnych holowników ratowniczych przysadzistego komina ku nocnemu niebu sterczały dwie bliźniacze wieże, a złudzenie, że „Warlock" to okręt wojenny, potęgowały działka wodne na górnym pokładzie, zdolne do wyplucia na gaszony obiekt tysiąca pięciuset ton wody morskiej w ciągu godziny. Z wież mogły być również wyrzucane drabinki dla ratowników przechodzących na zagrożoną jednostkę. Koncentryczne kręgi między wieżami znaczyły lądowisko dla helikoptera. Pokład „Warlocka", podobnie jak cały kadłub, wykonano z materiałów ogniotrwałych, aby przetrwał piekło płonącej wokół dziurawego zbiornikowca ropy lub chemikaliów. Choć Nicholas Berg nogi miał obolałe i sztywne jak sterany życiem starzec, kiedy zbliżył się do trapu, poczuł, że opuszcza go powoli zniechęcenie i psychiczne wyczerpanie. „Do diabła z nimi wszystkimi — pomyślał. — Zbudowałem ten statek. Jest silny i dobry". Mimo że była już jedenasta w nocy, załoga „Warlocka" patrzyła na Nicholasa ze wszystkich możliwych punktów obserwacyjnych. Nawet motorzyści wynurzyli się z maszynowni na wieść o jego nadejściu i dyskretnie kręcili się po roboczym pokładzie rufowym. David Allen, pierwszy oficer, przy głównej bramie portu postawił marynarza z fotografią Nicholasa Berga i pięciocentówką do automatu telefonicznego, aby cały statek był w porę uprzedzony. Pierwszy oficer i starszy mechanik stali w przeszklonym skrzydle mostka nawigacyjnego i spoglądali w dół na samotną postać z neseserem, przemierzającą nabrzeże. — Więc to jest on — w głosie Davida, który ze spłowiałą na słońcu czupryną wyglądał jak uczniak, brzmiał respekt i nutka lęku. — To cholerny gwiazdor — prychnął starszy mechanik Yinny Baker, skutkiem czego okulary zsunęły mu się po długim i cienkim nosie, a opadające spodnie musiał przytrzymać łokciami. — Cholerny gwiazdor — powtórzył z najwyższą pogardą. — Był lepszy nawet od Julesa Levoisina — zwrócił uwagę David, a odrobina strachu znów dała się słyszeć w intonacji — i jest starym ratownikiem. — To było piętnaście lat temu — Yinny Baker poprawił okulary na nosie i zwolnił ucisk łokci na spodnie, które natychmiast rozpoczęły powolne, acz nieubłagane zsuwanie się ku pokładowi. — Potem — dodał — stał się cholernym przystojniakiem i armatorem. — Tak — zgodził się David Allen i czoło zmarszczył na myśl o tych dwóch legendarnych bestiach: kapitanie i armatorze połączonych w jedno monstrum. A monstrum wchodziło właśnie po trapie na pokład „Warlocka".

5 — Lepiej byś zszedł i dał mu buzi — mruknął od niechcenia Yinny i odpłynął dwa pokłady niżej do sterowni maszynowej, swojego sanktuarium, w którym nie mogli go tknąć ani kapitanowie, ani armatorzy. Gdy zdyszany i zaczerwieniony David Allen dotarł do trapu, nowy kapitan był już w połowie kładki. Uniósł głowę i zbliżając się' do burty patrzył uważnie na oficera. Chociaż Nicholas Berg był mężczyzną wzrostu nieco tylko więcej niż średniego, robił wrażenie niemal olbrzyma, a pod granatowym kaszmirem marynarki zaznaczały się barki szerokie i mocne. Nie miał czapki, a bardzo ciemne, gęste włosy były zaczesane do tyłu nad szerokim, gładkim czołem. W kościstej twarzy dominował duży nos i wydatna szczęka, teraz niebieskawa od świeżego zarostu. Plamy śliwkowego koloru dawały złudzenie, że Nicholas ma podbite oczy. Najbardziej zdumiała Davida bladość kapitana. Mogła to być twarz człowieka, który przed chwilą miał krwotok z tętnicy szyjnej. Bladość śmiertelnej choroby lub śmiertelnego wyczerpania podkreślona przez ciemne oczodoły. Nie tak wyobrażał sobie legendarnego Golden Prince of Christy Marinę. To nie była twarz, którą tak często widywał w gazetach i kolorowych tygodnikach z całego świata. Ze zdumienia wręcz zaniemówił. — Allen? — spytał cicho Nicholas Berg monotonnym głosem, o zaskakującej barwie. — Tak, panie kapitanie. Witamy na pokładzie, panie kapitanie. Kiedy Nicholas Berg uśmiechnął się, ślady choroby i zmęczenia widoczne w kącikach ust i na skroniach zniknęły. Jego dłoń była gładka i zimna, ale uścisk tak mocny, że David aż przymrużył oczy. — Pokażę pańską kabinę, panie kapitanie. — David wziął neseser z ręki Nicholasa. — Znam drogę — powiedział Nick Berg. — Projektowałem ten statek. Stał pośrodku kapitańskiego saloniku, czuł drżenie ud i wydawało mu się, że pokład kiwa się pod nogami, chociaż „Warlock" był unieruchomiony przy kamiennym nabrzeżu. — Jak przebiegł pogrzeb? — spytał Nick. — On został poddany kremacji, panie kapitanie — odpowiedział David. — Takie było jego życzenie. Załatwiłem przesłanie prochów do domu, do Mary. Mary to jego żona, panie kapitanie. — Tak — powiedział Nick. — Wiem. Widziałem ją przed wyjazdem z Londynu. Mac i ja byliśmy kiedyś na wspólnym rejsie. — Opowiadał mi. Szczycił się tym. — Zabraliście wszystkie jego rzeczy? — Nick rozglądnął się po kabinie. — Tak, panie kapitanie. Spakowaliśmy wszystko. Tu nic nie zostało. — To był porządny człowiek. Nick zachwiał się znowu i z wahaniem popatrzył na kanapę. Nie usiadł jednak, lecz podszedł do bulaja i popatrzył na basen portowy. — Jak to się stało? — Mój raport... — Mów! — głos Nicka był jak smagnięcie biczem. — Zerwał się hol, panie kapitanie. Mac był na pokładzie rufowym. Lina obcięła mu głowę jak gilotyna. Nick milczał przez chwilę myśląc o tym lakonicznym opisie tragedii. Kiedyś widział, jak zerwał się naprężony hol. Zginęło wtedy trzech marynarzy. — Rozumiem — Nick zawahał się. Wyczerpanie sprawiło, że działał wolniej i nie był tak twardy jak zwykle, toteż omal nie zaczął wyjaśniać, dlaczego sam objął dowództwo na „Warlocku" zamiast przysłać kogoś na miejsce Maca. Rozmowa teraz, kiedy był powalony na kolana, zbity, złamany i śmiertelnie zmęczony, mogłaby przynieść ulgę. Jeszcze moment wahania, po czym przełamał się i przezwyciężył pokusę. Do tej pory nigdy nikogo nie prosił o współczucie.

6 — Rozumiem — powtórzył. — Przeproś kolegów. Mało spałem przez ostatnie dwa tygodnie, a lot z Heathrow był morderczy jak zawsze. Zobaczę się z nimi jutro rano. Poproś kucharza, żeby przyniósł mi kolację do kabiny. Kucharz, wielki mężczyzna, ubrany w śnieżnobiały fartuch i operetkową czapę szefa kuchni, poruszał się jak tancerz. Berg przypatrywał się, jak stawiał tacę na stole. Włosy kucharza były starannie zebrane w ogon, który spadał na prawe ramię, w lewym uchu tkwił kolczyk z diamentem, a ciemne rzęsy! wywijały się miękko ku policzkom. Ręką włochatą jak u goryla zdjął serwetęj z tacy i niespodziewanie lirycznym dziewczęcym głosem, powiedział: — Proszę. Pot-au-feu, czyli miseczka pysznego rosołku. To jeden z moich małych specjałów. Będziesz za nim przepadał. Cofnął się i oparłszy wielkie dłonie na biodrach obserwował Nicka Berga. — Rzuciłem okiem, kiedy wchodziłeś na pokład, i od razu zorientowałem się, czego naprawdę potrzebujesz — wykonał gest sztukmistrza i z przepaścistej kieszeni fartucha wydobył piersiówkę pinch haig. — Strzel sobie, biedaku, jednego do kolacji, a potem, kochanie, prościutko do łóżeczka. Nigdy jeszcze żaden mężczyzna nie zwrócił się do niego per kochanie ale miał zbyt skołowaciały język, żeby zdobyć się na jakąkolwiek ripostę. Patrzył więc bez słowa na kucharza, który oddalał się szeleszcząc białyr fartuchem i błyskając diamentem w uchu. Nick uśmiechnął się i lekko podrzucił butelkę. — Niech mnie diabli, jeśli tego nie potrzebuję — mruknął i rozejrzał: za szklanką. Usadowił się na kanapie i popijał małymi łykami. Zdjął pokrywkę garnka z rosołem. Aromat, który rozszedł się po saloniku, zaktywizowa ślinianki Nicka. Po gorącym rosole i mocnej whisky miał ochotę już tylko na jedno; zrzucił buty i chwiejnym krokiem przeszedł do sypialni. Obudził się zły. Nie był zły przez dwa ostatnie tygodnie, co najlepiej świadczyło, jak bardzo upadł na duchu. Po ogoleniu zdawało mu się wciąż, że w lustrze widzi cudzą twarz: za bardzo była blada, wymizerowana i martwa, zmarszczki wokół ust zbyt głębokie. Poranne słońce zaglądające przez bulaj padło na jego ciemną skroń, na której srebrzyście błysnął szron. Pochylił się do lustra. Po raz pierwszy spostrzegł u siebie siwe włosy — może do tej pory nie dość dokładnie przyglądał się sobie albo siwizna była rzeczą nową. „Czterdziestka — pomyślał. — W czerwcu skończę czterdzieści lat". Zawsze uważał, że jeśli mężczyzna nie schwyta wielkiej fali przed czterdziestką, nie dokona tego już nigdy. A co z mężczyzną, który dosiadł wielkiej fali, zanim skończył lat trzydzieści, pędził na niej bez strachu, aż został zmyty i runął w kotłującą się, białą kipiel? Czy nie ma już szansy na sukces? Nick wpatrywał się w swoje odbicie w lustrze i czuł, jak gniew staje się ukierunkowany i mobilizujący. Wszedł pod prysznic i podstawił pierś pod kłujące uderzenia gorącej wody. Po raz pierwszy od wielu tygodni wiedział, że pod zmęczeniem i rozczarowaniem tkwi w nim siła. A już w nią wątpił. Teraz wzbierała na nowo i znowu pomyślał, że jest stworzony do życia na morzu, że pod stopami musi czuć pokład, a w nozdrzach zapach słonej wody. Wyszedł spod prysznica i szybko się wytarł. Był na właściwym miejscu. Tu mógł odżyć — dobrze zrobił decydując się osobiście zastąpić Maca. Tego właśnie potrzebował. Wiedział dobrze, że aby pędzić na wielkiej fali, trzeba najpierw pojawić się w miejscu, gdzie ona wzbiera. Sprawa instynktu — po prostu się wie, że to właśnie tam. Nick Berg był absolutnie pewien, że teraz nie gdzie indziej, lecz dokładnie tu jest takie miejsce, i w miarę jak potężniała w nim siła, rosło też znajome podniecenie, wracało coraz pewniejsze siebie: „zobaczymy, kto komu dołoży". Ubrał się szybko i kapitańską zejściówką wyszedł na pokład. Wiatr natychmiast zrzucił mu czarne, mokre włosy na twarz. Wiała piątka z południowego wschodu i kotłowało się ponad ogromnymi górami o płaskich wierzchołkach, które przykucnęły ponad miastem i portem. Nick popatrzył w stronę gór. Gruba, biała

7 chmura, nazywana „obrusem", zsuwała się z nich, kłębiąc się na szarych, skalistych urwiskach. — Przylądek sztormów — mruknął. Nawet w osłoniętym basenie portowym woda tłukła się i wzbierała w białe grzędy, które rozłaziły się jak smugi dymu. Południowy koniuszek Afryki wcina się w jedno z najzdradliwszych mórz na całym globie. Wody dwóch oceanów z impetem wskakują na kamienne klify Przylądka Igielnego i dalej wściekłe suną przez płycizny Agulhas Bank. Tutaj rozgywa się wiecznotrwały konflikt pomiędzy wiatrem i prądem morskim. Tutaj powstaje monstrualna fala, zwana przez żeglarzy „falą stulecia", bo statystycznie taka jest częstotliwość jej występowania. Tutaj, w pobliżu Agulhas Bank, czaiła się zawsze, czekając jedynie na; odpowiedni układ wiatru i prądu morskiego, na właściwą częstotliwość ruchu mas wodnych, aby wreszcie spiętrzyć się w grzbiet wysoki na trzydzieści metrów i stromy niczym sama Góra Stołowa. Nick czytał relacje marynarzy, którzy przeżyli spotkanie z taką falą nie mogąc znaleźć odpowiednich słów, pisali jedynie o ogromnej dziurze! w morzu. Statek, bez najmniejszej szansy, wpadał w tę otchłań, a monstrualna góra wody kręciła nim jak zabawką i pochłaniała bez reszty. Być może „Waratah Castle" dostał się w coś takiego. Nikt się już tego nie dowie — wielka jednostka o nośmości dziewięciu tysięcy ton z dwustu jedenastomaj członkami załogi przepadła bez śladu na tych właśnie wodach. A biegnie przecież tędy jeden z najruchliwszych szlaków żeglugowych.! Procesja gigantycznych zbiornikowców przesuwa się ociężale wokół Przyląd-ka Dobrej Nadziei. Nie ma chwili przerwy w komunikacji wahadłowej między krajami Zachodu a polami naftowymi Zatoki Perskiej. Kto wie czy supertankowce, mimo swojego ogromu, nie są najbardziej kruchymi środkam transportu, jakie zbudował człowiek. Nick odwrócił się i spojrzał na jeden z nich, zacumowany po drugiej stronie smaganego wiatrem basenu Duncana. Mógł przeczytać nazwę na rufie, sterczącej w górę niczym pięciopiętrowy blok mieszkalny. Tankowiec o nośności 250 000 DWT, własność Shell Oil, nie obciążony ładunkiem, pokazywał czerwone od rdzy dolne partie kadłuba. Przechodził tu remont, podczas gdy dwa inne monstra czekały cierpliwie w kolejce na redzie Table Bay. Taki wielki, ociężały, potężny, ale słaby — i jaka to pływająca góra pieniędzy. Nick bezwiednie oblizał wargi. Statek z ładunkiem — to będzie trzydzieści milionów dolarów. Dlatego właśnie ustawił „Warlocka" tutaj, w Kapsztadzie, na najdalej na południe wysuniętym koniuszku Afryki. Czuł wzbierającą siłę i podniecenie. W porządku, stracił swoją falę. Już nie dosiadał jej rozpędzonego grzbietu. Spadł na dół i miotała nim biała kipiel. Utrzymywał się jednak na powierzchni i na linii, gdzie tworzą się fale. Wiedział, że zaraz nadejdzie następna wielka. Właśnie zaczęła się spiętrzać. Był pewien, że nie zabraknie mu sił; schwyta ją, stanie na grzbiecie i popędzi ponownie. — Zrobiłem to kiedyś i na pewno zrobię jeszcze raz — powiedział głośno i zszedł na śniadanie. Przez dłuższą chwilę nikt nie zauważył jego wejścia do mesy. Wszyscy z ekscytacją słuchali czytanego tekstu. Padały uwagi i pytania. Starszy mechanik nad talerzem jajecznicy trzymał egzemplarz List". To, co czytał, było wydrukowane na pierwszej stronie. „Gdzie on znalazł ten stary numer?" — zastanawiał się Nicholas. Okulary zjechały mechanikowi na czubek nosa, tak że musiał odchylać głowę, aby widzieć litery. Jego australijski akcent brzmiał jak dźwięki gitary: We wspólnym oświadczeniu nowy prezes i członkowie Zarządu składają wyrazy szacunku Panu Nicholasowi Bergowi, który lojalnie służył firmie Christy Marinę przez piętnaście lat. Pięciu oficerów słuchało chciwie, zapominając o śniadaniu, aż wreszcie David Allen dostrzegł postać w drzwiach.

8 — Panie kapitanie — krzyknął, zrywając się z miejsca. Równocześnie wyrwał gazetę z rąk Vinny Bakera i cisnął zmiętą na swoje krzesło. — Panie kapitanie, pozwoli pan przedstawić sobie oficerów „Warlocka". Niepewni, zmieszani uścisnęli mu kolejno dłoń i czym prędzej w milczeniu siedli do stygnącego śniadania, skupiając się na jedzeniu w sposób wykluczający wszelką konwersację. Nick zajął fotel kapitański u szczytu długiego stołu. David Allen usiadł na zgniecionej gazecie. Steward podał nowemu kapitanowi jadłospis i zaraz potem przyniósł półmisek duszonych owoców. — Zamawiałem jajko na miękko — powiedział łagodnie Nick, a z kambuza wyłoniła się zjawa w śnieżnej bieli, z przekrzywioną na bakier czapą szefa kuchni. — Przekleństwem żeglarzy jest zatwardzenie, wielki szyprze. Dbam o moich oficerów; te owoce są pyszne i dobrze ci zrobią. Zaraz podam ci jajeczka, kochanie, ale zjedz najpierw troszkę owoców — błysnął diamentem i zniknął. Nick patrzył za nim i nie przerywał dojmującej ciszy. — To jest fantastyczny kucharz — zagadał David Allen. Na jego jasnej skórze pojawił się blady rumieniec, a na krześle pod nim zaszeleścił „Lloyd's List". — Dostałby pracę na każdym liniowcu pasażerskim, Angel by dostał. — Gdyby kiedyś zszedł z „Warlocka", połowa załogi poszłaby za nim — zaburczał ponurym tonem starszy mechanik, odruchowo już przytrzymując łokciami spodnie. — Ja na pewno. Nick Berg uprzejmie zwrócił twarz w stronę rozmawiających. — On jest niemal jak lekarz — dodał David Allen, zwracając się do starszego mechanika. — Uczył się pięć lat w szkole medycznej w Edynburgu — przytaknął z uszanowaniem starszy mechanik. — Pamiętacie, jak złożył nogę drugiemu? Doktor na pokładzie to jest cenna rzecz. Nick niespiesznie sięgnął łyżką do półmiska z owocami. Wszyscy oficerowie patrzyli na niego uważnie. — Powinien pan spróbować jego dżemów, panie kapitanie. — David Allen zwrócił się wreszcie bezpośrednio do Nicka. — Nic nie gorsze niż cordon bleu. — Dziękuję wam, panowie, za te informacje. — Zmarszczki wokół oczu Nicka zdradzały rozbawienie, choć na ustach nie było uśmiechu. — Czy ktoś zechciałby jednak przekazać Angelowi moje szczere zapewnienie, że wbiję mu tę idiotyczną czapę między uszy, jeśli jeszcze raz powie do mnie „kochanie"? Zebrani roześmiali się z wyraźną ulgą, a Nick przyprawiając Davida Allena o następny rumieniec, zapytał: — Wygląda na to, że skończył pan studiowanie tego starego numeru „Lloyd's List", panie pierwszy oficerze. Pozwoli mi pan również zerknąć? David uniósł się z ociąganiem i podał pismo, na którym siedział. Znowu nastała ciężka cisza, gdy Nick, rozprostowawszy pogniecione kartki, przystąpił do lektury z absolutną, wydawało się, obojętnością. THE GOLDEN PRINCE ZDETRONIZOWANY W CHRISTY MARINE Stary Arthur Christy miał kaprys wstawiania przymiotnika „Golden" do nazwy każdego ze swoich statków. Dwanaście lat temu jakiś żartowniś ukuł więc przydomek „Golden Prince" dla Nicka w związku z jego błyskawicznym awansem w Christy Marine. Nicholas nie cierpiał tego określenia. ALEXANDER NA CZELE RADY DYREKTORÓW CHRISTY Nicholas sam się dziwił, że tak strasznie nienawidził tego człowieka. Byli jak dwa byki walczące o przywództwo stada, a taktyka, którą zastosował Duncan Alexander, okazała się lepsza. Arthur Christy powiedział kiedyś, iż „w tych cholernych czasach nikt nie wie, co jest

9 moralne i uczciwe, a jedyne, co się liczy, to skuteczność". Duncan tym się kierował i wygrał w najwspanialszym stylu. Jako dyrektor odpowiedzialny za usługi morskie Mr Nicholas Berg zdołał z małego przedsiębiorstwa kabotażu i ratownictwa przekształcić Christy Marine w jedną z pięciu największych firm armatorskich, operującą na całym świecie. Po śmierci Arthura Christy w roku 1968 Mr Nicholas Berg objął stanowisko prezesa i prowadził kompanię drogą spektakularnego rozwoju. Obecnie flota Christy Marine liczy jedenaście zbiornikowców o tonażu przekraczającym 250 000 DWT, a niebawem wzbogaci się o najpotężniejszą jednostkę, jaką kiedykolwiek zbudowano: gigantyczny tankowiec „Golden Dawn" — l 000000 DWT! Tak brzmi zwięzły zapis życiowych dokonań. Statki o wartości miliarda dolarów, których projekty, finansowanie i budowa opierały się na energii, entuzjazmie i wierze Nicholasa Berga. Mr Nicholas Berg ożenił się z panną Chantelle Christy, jedyną córką Mr Arthura Christy. Małżeństwo to zakończyło się jednak rozwodem we wrześniu ubiegłego roku i dawną panią Berg poślubił Mr Duncan Alexander, nowy prezes Christy Marinę. Z bolesną wyrazistością zobaczył jej postać oczyma wyobraźni. Nie chciał teraz o niej myśleć, ale nie mógł tego wizerunku oddalić. Była jak płomień jasna i piękna i jak płomień nieuchwytna. Kiedy odeszła, zabrała ze sobą wszystko, wszystko. Powinien nienawidzić jej również, naprawdę powinien. Wszystko, powtórzył w myśli, firmę, całą pracę jego życia. I dziecko. Dziecko — w tym momencie udało mu się niemal ją znienawidzić. Zaszeleścił gazetą. Przypomniał sobie o pięciu obserwujących go mężczyznach i bez zdziwienia stwierdził, że jego twarz najmniejszym drgnieniem nie zdradziła uczuć. Żeby przez piętnaście lat nie wypaść z rozgrywki o jedną z najwyższych stawek na świecie, na wstępie należało do perfekcji opanować umiejętność zachowania kamiennej twarzy. We wspólnym oświadczeniu nowy prezes i członkowie Zarządu składają wyrazy szacunku... „Duncan Alexander składał wyrazy szacunku z jednego tylko powodu — pomyślał ze złością Nick — strasznie mu zależało na przejęciu 100 tysięcy akcji Christy Marinę, które należały do Berga". Te sto tysięcy — to jeszcze bardzo daleko do kontrolnego pakietu akcji. Na nazwisko Chantelle był zapisany milion akcji, następny milion stanowił własność Christy Trust. Akcje posiadane przez Nicka, mimo że nie tak liczne, dawały mu jednak prawo głosu i wgląd w sprawy firmy. Nick zapłacił za każdą z nich. Nigdy w życiu nie dostał niczego za darmo. Zawierając swój kontrakt, wynegocjował zamianę części pensji na akcje, chciał ich mieć jak najwięcej, a teraz sto tysięcy akcji miało wartość trzech milionów dolarów. Licha nagroda za pracę, która przyniosła Arthurowi Christy i jego córce sześćdziesiąt milionów. Niemal roku potrzebował Duncan Alexander, aby zdobyć wreszcie te udziały. Targowali się z Nicholasem w zapiekłej nienawiści. Nienawidzili się od dnia, kiedy Duncan po raz pierwszy przekroczył próg budynku Christy przy Leadenhall Street. Pojawił się jako ostatnie Wunderkind starego Arthura Christy; geniusz finansowy, który błysnął, badając aktywa International Electronics. Była to nienawiść od pierwszego wejrzenia, głęboka i wzajemna, podobna do gwałtownej reakcji chemicznej. Duncan Alexander wygrał, zdobył wszystko oprócz tych akcji, po czym natychmiast z wielkim zapałem zaczął o nie wojować. Nie brakowało mu ani cierpliwości, ani sprytu i nękał Nicka przez długie miesiące. Osaczał go krok po kroku, używając całej potęgi Christy Marinę, wywierając taką presję, że w końcu Nicholas ugiął się i przystał na ryzykowną cenę. Za swoje udziały dostał filialną firmę Christy Marinę — Christy Towage and Salvage, z wszystkimi jej aktywami i zobowiązaniami. Czuł się jak bokser, który zbierał ciosy przez

10 piętnaście rund i zawisł na linach ringu, nie mogąc już ustać na nogach, nie widząc na oczy zalane potem i krwią, nie umiejąc zgadnąć, skąd padnie następny cios. Wytrzymał jednak wystarczająco długo. Dostał Christy Towage and Salvage; odchodził z czymś, co należało całkowicie i wyłącznie do niego. Nicholas Berg opuścił gazetę, a jego oficerowie natychmiast rzucili się z zapałem na swoje talerze i słychać było jedynie podzwanianie sztućcami. — Brakuje jednego oficera. — Tylko Troga, panie kapitanie — wyjaśnił Dave Allen. — Troga? — Radiooficera Speirsa, panie kapitanie. Nazywamy go Troglodytą. — Życzyłbym sobie, aby wszyscy oficerowie byli obecni. — On nigdy nie wychodzi ze swojej jaskini — pospieszył z wyjaśnieniem Yinny Baker. — W porządku — skinął Nick. — Porozmawiam z nim później. Pięciu mężczyzn zastygło teraz w wyraźnym oczekiwaniu, nawet Vin Baker nie mógł ukryć zainteresowania za usmarowanymi soczewkami okularów ani pod swoją, daleką od subtelności, australijską fizjonomią. — Chciałbym poinformować o zmianach w strukturze firmy. Chief był łaskaw przeczytać artykuł, którego, być może, niektórzy z was nie widzieli rok temu. Nikt nic nie powiedział. Vin Baker bawił się łyżką do owsianki. — A więc wiecie, że nie mam już nic wspólnego z Christy Marine. Przejąłem właśnie Christy Towage and Salvage. Jest to obecnie całkowicie niezależne przedsiębiorstwo. Zmienia się również nazwa na Ocean Towage and Salvage. — Nicholas nie miał zamiaru zaspokajać swojej próżności szyldem w rodzaju Berg Towage and Salvage. Drogo za to zapłacił, może za drogo. Oddał swoje udziały w Christy warte trzy miliony dolarów, oddał za Bóg jeden wie co. Ale był już śmiertelnie zmęczony. — Mamy dwie jednostki: „Golden Warlock" i siostrzany statek „Golden Witch", który jest już niemal gotowy do rejsów morskich. Wiedział najdokładniej, co te dwa holowniki znaczą dla firmy. Przemęczył się nad obliczeniami przez długie, bezsenne noce. Na papierze firma była warta około czterech milionów dolarów; targując się z Duncanem zyskał więc milion dolarów. Był to jednak tylko zysk na papierze, bo na firmie ciążył równocześnie czteromilionowy dług. Jeżeli spóźni się ze spłatą oprocentowania choćby w jednym miesiącu... Odsunął tę myśl czym prędzej, bo wtedy nie pozostałoby mu nic. Byłby zrujnowany doszczętnie. — Nazwy obu statków również zostały zmienione. Będą to po prostu „Warlock" i „Sea Witch". Od tej chwili „Golden" jest słowem zakazanym w firmie Ocean Salvage. Wybuchnęli śmiechem, atmosfera rozluźniła się. Nick śmiał się razem z nimi. Otworzył papierośnicę z krokodylowej skóry, wyjął cygaro i zapalił. — Będę dowódcą tego statku do zakończenia prac na „Sea Witch". To nie potrwa długo. Wtedy otworzą się awanse. Aby zadośćuczynić przesądowi, Nick odpukał w nie malowany spód mahoniowego stołu. W stoczni od dawna zanosiło się na strajk. „Sea Witch" była już na ukończeniu, ale jakiś poślizg, a wraz z nim dodatkowe odsetki mogłyby spowodować katastrofę finansową. — Dostałem zlecenie na holowanie platformy wiertniczej. Długi dystans: z Australii do Ameryki Południowej. Wszyscy będziemy mieli czas oswoić się z tym statkiem. Są tu sami doświadczeni ratownicy. Nie muszę więc nikomu mówić, że kiedy nadejdzie ta wielka, nie będzie żadnego ostrzeżenia. Ożywili się, wyraźna była gotowość do ruszenia. Chyba również podniecała ich perspektywa godziwego zarobku pośrednio wynikająca ze słów kapitana. — Chief? — Nick zwrócił się do starszego mechanika, który prychnął, jakby pytanie go obrażało.

11 — Maszyna pod każdym względem gotowa do wyjścia w morze — odpowiedział, próbując równocześnie poprawić spodnie i okulary. — Pierwszy oficer? — Nick spojrzał na Davida Allena. Nie przyzwyczaił się jeszcze do chłopięcego wyglądu pierwszego. Wiedział, że od dziesięciu lat pływa jako dyplomowany oficer, że jest po trzydziestce, że wyłowił go MacDonald, co znaczy, iż naprawdę musi być dobry. A jednak ta delikatna twarz bez jednej zmarszczki, tak łatwo pokrywająca się rumieńcem, i niesforna blond grzywka sprawiały, że wyglądał jak maturzysta. — Oczekuję jeszcze paru dostaw, panie kapitanie — powiedział szybko David. — Obiecano je na dzisiaj, ale to nie są rzeczy niezbędne. Jeśli trzebaj możemy być gotowi do wyjścia w ciągu godziny. — W porządku — Nick podniósł się. — O dziewiątej zero zero przeprowadzę inspekcję statku. Lepiej byłoby, gdyby do tego momentu damy j zeszły na ląd. — Podczas posiłku od strony kabin załogi dawały się słyszeć j kobiece głosy i śmiechy. Nick wyszedł, a z mesy biegł za nim głos Vina Bakera. To skrzekliwej przedrzeźnianie miało być, zdaje się, imitacją wymowy charakterystycznej j dla absolwentów Royal Naval College. — O dziewiątej zero zero, chłopy. Niezły teatr, co? Nick nie zwolnił kroku, tylko uśmiechnął się do siebie. To taka zabawa tych australijskich twardzieli: zaczepiać, drażnić, aż w końcu coś się zdarzy. Nie ma w tym złych zamiarów, raczej szczególny sposób na rozpoznawanie nowych osób. Kiedy prowokacja się uda, a nieco potem ustanie wymiana prostych, sierpowych i kopniaków, stosunki są już na dobre ustalone jako wrogie lub przyjacielskie. Wiele lat minęło od czasu, kiedy miał bliskiej kontakty z tym typem ludzi: twardych, prostych i szorstkich mężczyzn, nie znających konwenansów ani póz. Powrót do takiego środowiska wydał mul się ożywczy. Pewnie tego teraz najbardziej potrzebował. Morza i towarzystwa prawdziwych mężczyzn. Przyspieszył kroku, a perspektywa fizycznej konfrontacji podniosła go na duchu. Schodami wbiegł na pokład nawigacyjny, przeskakując po trzy stopnie naraz. Drzwi naprzeciw kapitańskiego apartamentu otworzyły się i buchnęła z nich gęsta, szara chmura śmierdzącego dymu. Musiały to być tanie, holenderskie cygara. Po chwili ukazała się również głowa, która mogłaby należeć do jakiegoś prehistorycznego gada. Była bladoszara i pomarszczona, podobna do głowy żółwia morskiego lub iguany, z takimi samymi małymi, ciemnymi i błyszczącymi oczkami. Drzwi prowadziły do kabiny radiowej. Miała ona bezpośrednie połączenie z głównym mostkiem nawigacyjnym. Na przekór podobieństwu do gadów, to, co się ukazało, było jednak głową ludzką i Nickowi natychmiast przypomniało się, jak Mac charakteryzował swojego radiooficera: „To największy mruk i odludek, z jakim kiedykolwiek zdarzyło mi się pływać, ale ten sukinsyn potrafi śledzić osiem częstotliwości l równocześnie; przekazy zwykłe, jak i morsem, nawet przez sen. Ta ponura, nieużyta kutwa jest prawdopodobnie najlepszym radiooficerem na świecie". — Kapitanie — Trog wydał z siebie drażniący, piskliwy głos. Nick niej zdziwił się, że Trog rozpoznał go natychmiast jako nowego kapitana. Poi niektórych ludziach na pierwszy rzut oka widać, iż są stworzeni do dowodzenia. — Kapitanie, odebrałem sygnał „do wszystkich statków". Nick poczuł nagłe ciepło u nasady krzyża i coś jak kopnięcie prądem. fjie wystarczy być tam, gdzie spiętrza się wielka fala, trzeba jeszcze rozpoznać swoją falę wśród setek innych. — Współrzędne? — rzucił, wchodząc do kabiny radiowej. — Siedemdziesiąt dwa stopnie szesnaście minut szerokości południowej, trzydzieści dwa stopnie dwanaście minut długości zachodniej.

12 Nick poczuł, jak serce skacze mu do góry i ciepło sunie wzdłuż grzbietu. Martwe, bezmierne pustkowia daleko na południu. Było coś groźnego i złowieszczego w samych liczbach. Co za statek może tam być? W głowie Nicka, jak na sztabowym stole, natychmiast rozwinęła się szczegółowa mapa. Wołanie o pomoc płynęło z miejsca położonego daleko na południe i zachód od Przylądka Dobrej Nadziei, poza Gough i wyspą Bouveta, na Morzu Weddella. Wszedł za Trogiem do kabiny radiowej. W ten jasny, słoneczny i wietrzny poranek w pomieszczeniu panował mrok niczym w jaskini. Grube, zielone zasłony zakrywały iluminatory. Nikłe światło sączyło się tylko ze wskaźników aparatury radiowej, wymyślnego sprzętu elektronicznego, na którego zakup czerpano z grubej kiesy Christy Marinę bez ograniczeń. Dużo łatwiej niż sto tysięcy dolarów włożone w najdroższe urządzenia łączności wyczuwało się jednak w tym pokoju ciężką woń taniego tytoniu. W przyległej kajucie radiooficera rzucała się w oczy koja z nie sprzątniętą pościelą i brudne talerze na podłodze. Trog skoczył na swój obrotowy fotel i łokciem odsunął mosiężny kołpak, który służył jako popielniczka. Parę niedopałków wysypało się na stół. Podobny do pomarszczonego gnoma Trog musnął parę przycisków i pokręteł. Rozległa się kakofonia elektronicznych szmerów zmieszana z ostrym' stukotem aparatu Morse'a. CTMZ. 0603 GMT. 72° 16' S. 32° 12' W. Prosimy o sygnał wszystkie statki zdolne do udzielenia pomocy. CTMZ. Nick nie musiał sięgać do spisu statków, aby rozpoznać jednostkę kryjącą się pod kryptonimem „CTMZ". Ogromnym wysiłkiem woli opanował ogarniające go podniecenie. Wydawało mu się, że przeżył to już moment wcześniej. Zbyt słodko wszystko się układało. Zmusił się do odsunięcia podszeptów instynktu. Koniecznie zachować chłodny rozsądek. Od strony mostka kapitańskiego słyszał głosy swoich oficerów: ciche, ale naładowane napięciem. Wyszli już z mesy. „Chryste! — pomyślał zdumiony. — Skąd oni wiedzą? Tak szybko?" Miał wrażenie, że również i statek pod jego nogami drży poruszony wiadomością, w oczekiwaniu na to, co nastąpi. Drzwi wiodące na mostek przesunęły się i stanął w nich David Allen z egzemplarzem „Loyd's Register" w ręce. — Panie kapitanie, CTMZ to symbol wywoławczy „Golden Adventure'ra". Dwadzieścia dwa tysiące ton, zarejestrowany na Bermudach w 1975 roku. Armator Christy Marine. — Dziękuję panu — Nick skinął głową. Znał dobrze ten statek. Osobiście zlecał jego budowę. Było to jeszcze przed załamaniem się wielkiej żeglugi pasażerskiej. Chciał posłać „Adventurera" na linię australijską. Całkowity koszt wyniósł sześćdziesiąt dwa miliony dolarów; był to piękny statek o zgrabnej linii kadłuba pod wysoką, lekką nadbudówką ze stopu aluminiowego. Kajuty urządzono luksusowo, nie gorzej niż na „France" czy „United States". W sumie pomysł okazał się jednak jednym z niewielu źlet skalkulowanych projektów Nicka. Kiedy wobec rosnących kosztów i zanikania ruchu stało się oczywiste, że realizacja połączenia australijskiego jest nonsensem ekonomicznym, Nick znalazł dla statku nowe przeznaczenie. Taka właśnie elastyczność planowania, szybkie reagowanie na intuicyjnie niemal wyczuwane zmiany na rynku spra wiły, że Christy Marinę wyrósł na goliata wśród armatorów. Nick wymyślił rejsy dla łowców przygód i zmienił nazwę statku ni „Golden Adventurer". Komfortowy liniowiec woził teraz bogatych pasażerów do dzikich i egzotycznych zakątków globu: od Galapagos po Amazonkę i od tropikalnych wysp Pacyfiku po Antarktydę. Zawsze w poszukiwaniu miejsc niezwykłych. Grupom wycieczkowym towarzyszyli wykładowcy, ekolodzy; specjalizujący się w badaniach rejonów, które były na szlaku. Statek tal

13 wyekwipowano, że pasażerowie mogli wychodzić na ląd w miejscach pozbawionych urządzeń portowych, dotknąć zdumiewających skał na Wyspie Wiej kanocnej i podglądać wędrowne albatrosy, kojarzące się masowo w pary n Falklandach. „Adventurer" należał prawdopodobnie do niewielu oceanicznych statków wycieczkowych, które wciąż przynosiły dochód. Teraz potrzebował pomocy. — Nadawali coś wcześniej, przed wezwaniem o pomoc? — spytał Nick. — Od północy przesyłali wiadomości do armatora kodem firmy. Wiele razy, zacząłem więc to obserwować. Zielona poświata sącząca się z aparatury upiornie zabarwiała i bez tęgi niesamowitą twarz małego mężczyzny; wyglądał jak postać z horroru. — Masz to zarejestrowane? Zamiast odpowiedzi Trog włączył jeszcze jeden ze swoich aparatów, z którego, przy akompaniamencie pospiesznego stukotania, zaczęła wysuwać się długa, poskręcana wstęga papierowa. Czy Duncan Alexander zmienił kod Christy Marinę? Byłoby to logicznym, oczywistym pociągnięciem dla każdego, kto się zna na tych sprawach. Gdy z firmy odchodzi ktoś zaznajomiony z kodem, kod zmienia się natychmiast. To jasne. Nick Berg odszedł, Duncan powinien wprowadzić nowy kod. Ale on nie zna się na tych sprawach. To facet żyjący liczbami i papierzyskami. Ma w głowie tylko cyfry; stal i słona woda nie należą do jego świata. Gdyby Duncan zmienił kod, nigdy by go nie złamali. Nawet Decca byłaby bezużyteczna. Kod Christy Marinę opracował Nick. Funkcja matematyczna oparta na przypadkowym zestawieniu sześciu cyfr pozwalała zaszyfrować tekst w sposób nie do rozgryzienia. Nick pospiesznie wyszedł ze smrodliwego mroku kabiny radiowej, trzymając wydruk w ręce. Mostek nawigacyjny „Warlocka" lśnił od szkła i chromu niczym jakaś futurystyczna kuchnia. Główny pulpit sterowniczy biegł przez całą szerokość mostku, pod wielkim oknem z pancernego szkła. Koło sterowe zastępowała pojedyncza stalowa dźwignia. Sternik mógł jednak manewrować statkiem, stojąc w jakimkolwiek miejscu na mostku, również na krańcach obu skrzydeł, i operując małym urządzeniem, podobnym nieco do pilota odbiornika telewizyjnego. Podświetlane wskaźniki informowały o wszystkich istotnych parametrach technicznych statku, stanie urządzeń i podzespołów, a także o warunkach pogodowych. Nick zbudował „Warlocka" za pieniądze Christy Marinę, na niczym nie szczędząc. Całe to pomieszczenie stanowiło wielką sterownię, bo kabina nawigacyjna nie była wyodrębniona. Jej rolę pełniła tylna część mostka, w której znajdował się stół z. mnóstwem szuflad, szerokich i płytkich. Tkwiły w nich mapy Admiralicji pokazujące szczegółowo wszystkie morza świata. Na półkach niebieściło się sto sześć opasłych ksiąg Global pilot i inne fachowe, wydawnictwa marynistyczne. Ustawiona pod tylną ścianą bateria pomocniczych, elektronicznych urządzeń nawigacyjnych przypominała nieco automaty do gry w kasynach Las Vegas. Nick włączył komputerowy system Decca Satellite Navaid. Purpurowe wyświetlacze błysnęły, przygasły i zapaliły się ponownie. Wystukał sześcio-cyfrowy numer otwierający, który zawierał datę i fazę księżyca. Komputer Przełknął to natychmiast, a Nick dodał jeszcze jedną kombinację cyfr, którą znał na pamięć. Aparat Decca gotowy do dekodowania wessał wstęgę z za-szyfrowaną depeszą. Nick czekał niemal pewny, że urządzenie wypluje z powrotem ten nieprzenikniony zestaw znaków. Duncan musiał zmienić kod. Do centrali Christy od kapitana m/s „Adventurer". 2216 GMT. 72° 16' S. 32°05' W. Prawa burta uszkodzona w śródokręciu po zderzeniu z podwodną bryła lodu. Maszyna główna

14 zatrzymana na czas rozpoznania zniszczeń. Uruchomione generatory awaryjne. Bądźcie na nasłuchu. Więc Duncan nie zmienił jednak kodu. Nick sięgnął po papierośnice z krokodylowej skóry. Niespiesznie zapalił cienkie, czarne cygaro. Chciało mu się głośno krzyczeć, ale milczał, w spokoju wciągając do płuc aromatyczny dym. — Mamy to miejsce — David Allen pochylał się nad mapą Antarktydy. Nie było w nim już nic z płoniącego się studencika. Po prostu pierwszy oficer,' biegły w swoim fachu, zdradzający nawet pewną surowość. Nick popatrzył na pozycję naniesioną na mapę. To było głęboko poniżej linii oznaczającej zasięg lodu morskiego. Ponury kontynent Antarktydy wyciągał ku „Adventurerowi" bezlitosne macki swoich zlodowaciałych skalistych cypli. Decca wydrukowała rozszyfrowaną odpowiedź: Centrala Christy do kapitana m/s „Adventurer". 2222 GMT. Jesteśmy na nasłuchu. I kolejna wiadomość do Londynu: Kapitan m/s „Adventurer" do centrali Christy. 0005 GMT. 72° 18' S. 32° 05' W. Duża nieszczelność kadłuba. Woda powstrzymana. Główny napęd ponownie uruchomiony. Nowy kurs — bezpośrednio Kapsztad. Prędkość osiem węzłów. Bądźcie na nasłuchu. — Kiedy był bez napędu, zdryfował trzydzieści cztery mile morskie w kierunku południe- południe-wschód. Musi tam być straszny wiatr albo bardzo silny prąd — David Allen uwijał się przy mapie, pomagając sobie trójkątem nawigacyjnym i liniałem. Inni oficerowie milczeli w napięciu. Choć żaden z nich nie śmiał stanąć obok kapitana przy aparacie Decca, to jednak w porządku starszeństwa zajęli na mostku punkty obserwacyjne, aby śledzić dramat wielkiego statku w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa. Dekoder wyrzucił z siebie dwa następne teksty: Kapitan m/s „Adventurer" do centrali Christy. 0546 GMT. 72° 16' S. 32° 12' W. Wybuch w zalanych pomieszczeniach. Awaryjne zastopowanie maszyn. Bierzemy wodę. Proszę o zezwolenie na wezwanie „do wszystkich statków". Jesteśmy na nasłuchu. Centrala Christy do kapitana m/s „Adventurer". 0547 GMT. Zezwalamy na wezwanie pomocy. Przyjęcie oferty holowania lub akcji ratowniczej dopiero po uzyskaniu zgody centrali Christy. Potwierdzić. Duncan nie zdobył się nawet na zwyczajową formułę: „z wyjątkiem sytuacji zagrożenia życia ludzkiego". Przyczyna była oczywista. Niemal całą flotę Christy Marinę ubezpieczono w filialnej firmie London and European Insurance and Finance Company. Ubezpieczanie samych siebie było własnym pomysłem Duncana, z którym wystąpił tuż po pojawieniu się w Christy Marinę. Nick Berg ostro się temu sprzeciwiał i być może w tym momencie miał się przekonać, że jego protest był słuszny. — Zgłaszamy się? — spytał cicho David Allen. — Cisza radiowa — rzucił z irytacją Nick i zaczął chodzić tam i z powrotem po mostku. Korkowa wykładzina tłumiła kroki. „Czy to moja fala?" — zastanawiał się w duchu Nick, wierny zasadzie, którą przyjął wiele lat wcześniej, aby najpierw myśleć, a potem działać. „Golden Adventurer" dryfuje wśród lodów ponad dwa tysiące mil na południe od Kapsztadu. Dla „Warlocka" to pięć dni i nocy żeglugi pełną parą. Jeżeli zdecyduje się iść, na miejscu może się okazać, że „Adventurer" jest naprawiony i wraca o własnych siłach. Jeśli z kolei nadal będzie w potrzebie, „Warlocka" może przecież uprzedzić inny ratownik. Natychmiast zebrać dane o tym, kto wchodzi w grę. Nick podszedł do otwartych drzwi kabiny radiowej i cicho powiedział do Troga: — Włącz nasz teleks i poproś Bach Wackie na Bermudach o komplet informacji: gdzie są inne oceaniczne holowniki.

15 Była to dalekowzroczna decyzja, by stworzyć satelitarne łącze teleksowe, które umożliwiało Nickowi dyskretny kontakt z agentem na Bermudach bądź z wieloma innymi miejscami na świecie. Połączenia te odbywały się poza ogólnie używanymi częstotliwościami. Sygnały przechodziły bowiem przez wysokie rejony stratosfery. Żaden z konkurentów nie mógł ich przechwycić. Czekając na wieści z Bermudów, Nicholas bił się z myślami. Jeśli ruszy ku Antarktydzie, będzie musiał zrezygnować z holowania wieży wiertniczej dla Esso. A przecież pieniądze z Esso miały być zasadniczym elementem w jego planie finansowego uzdrowienia. Dwieście dwadzieścia tysięcy funtów szterlingów, bez których nie zapłaci kwartalnych odsetek w obowiązującym terminie sześćdziesięciodniowym, chyba że, chyba że... żonglował cyframi w głowie, ale ryzyko wydawało się ogromne, a liczby związane z nadziejami nie chciały mu sprostać. Potrzebne były pieniądze za holowanie dla Esso. Boże, jak strasznie potrzebne! — Jest odpowiedź z Bach Wackie — odezwał się Trog, przekrzykując teleks, a Nick natychmiast skoczył do aparatu. Na agenta Ocean Salvage wybrał Bach Wackie, ponieważ firma ta była znana z operatywności i oferowała naprawdę błyskawiczny serwis. Nick spojrzał na swój rolex oyster i wyliczył, że na Bermudach jest właśnie druga w nocy. I o tej porze skompletowanie informacji o aktualnym zlokalizowaniu i zatrudnieniu wszystkich konkurentów „Warlocka" zajęło agencji Bach Wackie parę minut. Bach Wackie do kapitana m/s „Warlock". Rejony operowania wybranych jednostek. „John Ross" w suchym doku w Durbanie. „Woltema Wolteraad" wykonuje holowanie dla Esso z Cieśniny Torresa na szelf Alaski... A więc dwa gigantyczne holowniki Safmarine nie mogły wejść do tej akcji. Połowa najpoważniejszych konkurentów z głowy. „Wittezee" holuje dla Shella z Galveston na Morze Północne. „Grootezee" kurs na Brest... Wobec tego Holendrów nie trzeba się obawiać. Nazwy i pozycje innych wielkich holowników ratowniczych, z których każdy był groźnym rywalem dla „Warlocka", miarowo wysuwały się z teleksu. Nicholas przygryzał cygaro, patrząc na to, a spirale niebieskiego dymu szczypały go w oczy. Uczucie ulgi narastało w nim wraz z każdą informacją o kolejnym statku zajętym pracą na dalekim morzu lub unieruchomionym w porcie po przeciwnej stronie globu. — „La Mouette" — Nick zacisnął pięści, odczytując tę nazwę z białej, szerokiej wstęgi teleksu. — „La Mouette" zakończyła holowanie w zatoce San Jorge, czternastego. Ostatnio w drodze do Buenos Aires. Nick jęknął jak bokser, który zainkasował cios poniżej pasa. Odwrócił się od aparatu i wyszedł na otwarte skrzydło mostku. Wiatr mierzwił mu włosy i targał ubranie. „La Mouette", mewa, śmieszna nazwa dla tej czarnej, przysadzistej krypy ze staroświecką, pudłowatą nadbudówką i okazałym kominem. Nick widział ją dokładnie, kiedy zamknął oczy. Nie miał cienia wątpliwości. Jules Levoisin już na pewno gna na południe co sił, jak pies myśliwski, który zwietrzył zająca. Jules zakończył holowanie trzy dni temu u wybrzeży Argentyny. Z całą pewnością uzupełnił paliwo w Comodoro. Nick znał Mesa na wylot; wiedział, że nie może się on dobrze czuć bez napełnionych zbiorników. Nick odrzucił końcówkę cygara, którą wiatr poniósł daleko na nabrzeże. Wiedział, że półtora roku temu „La Mouette" przeszła remont i otrzymała j nowe silniki. Z lekkim kłuciem serca czytał o tym notatkę w „Lloyd's List". Jednak nawet dziewięć tysięcy koni mechanicznych nie mogło nadać takiej balii większej prędkości niż osiemnaście węzłów. Tego Nick był pewien. Chociaż "Warlock" miał przewagę szybkości, „La Mouette" znajdowała się w dużo lepszym miejscu. A jeśli z zatoki San Jorge nie popłynęła, wbrew

16 doniesieniom, w kierunku Buenos Aires, lecz na południe, w stronę przylądka Horn? Jeżeli to się zdarzyło, a znając szczęście Julesa Levoisina należy się z tym liczyć, sytuacja „La Mouette" jest jeszcze korzystniejsza. „Ktokolwiek, tylko nie Jules Levoisin — pomyślał. Czemu właśnie on? Boże, dlaczego właśnie teraz? Dlaczego teraz, kiedy jestem taki słaby? Osłabiony psychicznie, fizycznie i finansowo. Boże, dlaczego przychodzi to teraz?" Złudne dobre samopoczucie o poranku opadło z niego teraz jak nie dopasowana szata, obnażając ponownie chorobę i zmęczenie. „Nie jestem jeszcze gotowy — pomyślał i zdał sobie sprawę, że myśli tak po raz pierwszy od czasu, kiedy stał się dorosły. On zawsze był gotowy i pewny, gotowy na wszystko. — Ale nie teraz, nie tym razem". Nagle Nicholas Berg zaczął się bać jak nigdy przedtem. Wydawało mu się, że jest w nim pustka, że nie ma siły, pewności, zdecydowania. Srogość klęski, jaką zadał mu Duncan Alexander, rozpacz po odepchnięciu przez ukochaną kobietę złamały go. Czuł, jak strach zamienia się w przerażenie, że jego fala, która nadchodzi, przetoczy się po nim, bo nie ma dość siły, aby jej dosiąść. Głęboko tkwiący instynkt ostrzegał go, że będzie to fala ostatnia, następna już się nie pojawi. A więc albo teraz, albo nigdy. Ale przecież nie może ruszyć przeciw Julesowi Levoisinowi, nie może rzucić wyzwania staremu wydze. I ta robota dla Esso, gwarantująca wyjście z kłopotów, czy powinien machnąć na nią ręką i postawić wszystko na jedną kartę? Po pierwszej wielkiej przegranej ryzykować drugą? Ryzyko było zbyt wielkie, nie był na nie gotowy, nie miał siły. Och, wrócić do kabiny, rzucić się na koję i spać, spać! Ogromny ciężar rozpaczy powalał go z nóg. Łaknął snu, który daje zapomnienie. Zszedł ze skrzydła na mostek, gdzie wiatr już nie sięgał. Był złamany, pobity, skapitulował. Droga do zacisza kapitańskiej kabiny wiodła wzdłuż długiego pulpitu sterowniczego. Zatrzymał się przy nim bezwiednie. Oficerowie obserwowali go w pełnym napięcia milczeniu. Wyciągnął niespodzianie prawą rękę, która spoczęła na dźwigni telegrafu maszynowego. Przesunęła dźwignię z położenia neutralnego na pozycję „uwaga". — Siłownia — usłyszał cichy i monotonny głos. Czy mógł on należeć do niego? — Uruchomić silniki główne — powiedział głos. Jakby z wielkiej odległości zobaczył rozjaśniające się radością twarze oficerów pokładowych. Cieszyli się jak w dawnych czasach piraci, którym zapachniały łupy. Ten dziwny głos mówił dalej. Brzmiał obco w jego uszach. — Pierwszy, proszę poprosić kapitanat portu o zezwolenie na natychmiastowe wyjście. Sternik, kurs na m/s „Golden Adventurer", pozycja z ostatniego meldunku. Kątem oka zauważył, jak David Allen poklepał radośnie po plecach trzeciego oficera, zanim pospieszył do radiotelefonu. — Mostek. Tu starszy mechanik — rozległo się z głośnika nad głową Berga. — Silniki główne pracują. I po krótkiej pauzie bardzo po australijsku: — Pi-jen-knie. „Warlock", z burtami szeroko rozchylającymi się od dziobu, rozcinał i łamał fale, sunąc przez te wody poniżej czterdziestego równoleżnika niczym silna i zwinna orka. Nie napotykając żadnego lądu, układy wielkich niżów atmosferycznych przetaczają się bez końca przez otwarte, zimne morza. Fale, wypiętrzone jak górskie łańcuchy, nieprzerwanie nadciągają, przelatują i odchodzą. „Warlock" brał je prawą burtą. Przy przebijaniu się przez każdy grzebień następowała biała eksplozja. Piana odskakiwała od dziobu jak wystrzelona torpeda, woda zielona i czysta

17 frunęła wysoko ponad pokładem, a kiedy statek pochylał się ku nagle przed nim otwartej dolinie, woda zmywała go od dziobnicy po rufę. Bliźniacze śruby 'z żelazobrązu wynurzały się z wody, przez ułamek sekundy wyły jak szalone, po czym wymyślny reduktor błyskawicznie obniżał obroty do czasu ponownego zanurzenia, kiedy moc wzrastała równie momentalnie. Dwa diesle Mirrlees wciągały „Warlocka" na następny spieniony grzbiet. Za każdym razem wydawało się, że nie zdąży unieść dziobu na czas, by nie przepaść pod sunącą, kolosalną ścianą wody. Morze pod szarym, pozbawionym słońca niebem było czarne. Nick przeżył tajfuny, widział huragany na Karaibach, ale nigdy jeszcze nie miał wokół siebie wód równie strasznych i groźnych. Pobłyskiwały jak wyrzucana z odlewni szlaka, która stygnąc mieni się czernią. Na dnie głębokich obniżeń pomiędzy potężnymi wałami wody wiatr zamierał i nastawał moment nienaturalnej ciszy, potęgującej groze żywiołu. I znowu dziób podrywał się ku górze, i „Warlock" wspinał się na następny grzbiet tak chyżo, że wachcie uginały się nogi w kolanach. Za przednim oknem mostka niknęło morze, a nad zadartym dziobem widać było tylko szarzyznę gnanych wiatrem chmur. Wiatr porywał też pianę, rozbryzgiwała się na pancernej szybie, tworząc smugi czegoś podobnego do bitej śmietany. Nick usadowił się w kącie mostka na obciągniętym brezentem fotelu kapitańskim. Kołysał się w rytm ruchów statku jak Beduin na wielbłądzie i spokojnie palił czarne cygara. Co parę minut zwracał głowę ku zachodowi, jakby w każdym momencie spodziewał się zobaczyć na szczycie fali ciemny, brzydki kadłub „La Mouette". A przecież wiedział, że konkurent musi być co najmniej o tysiąc mil stąd, pędząc co sił wzdłuż drugiego boku trójkąta, którego południowy wierzchołek stanowi nieszczęsny „Adventurer". — „Jeżeli »La Mouette« tam płynie — pomyślał, ale zaraz odpowiedział sobie, że co do tego nie może być wątpliwości — na pewno spieszy się nie mniej niż »Warlock« i robi to również cichaczem". To właśnie Jules Levoisin wpoił Nickowi zasadę działania niepostrzeżenie w tego typu sytuacjach. „Nie odezwie się przez radio, dopóki nie będzie miał »Adventurera« na ekranie swojego radaru. Powie wtedy: Za dwie godziny mogę wziąć was na hol. Zgadzacie się na »Lloyd's Open Form«"? Kapitan zagrożonego statku — moment wcześniej pewien, że pozostawiono go bez pomocy — ze szczęścia traci rozsądek i kiedy „La Mouette" raźno wysuwa się zza horyzontu w pełnej gali świateł, a Jules umie zrobić taki teatr, godzi się ochoczo na „Lloyd's Open Form". Akceptacja ta z pewnością nie ucieszy właściciela, zwłaszcza gdy będzie musiał stanąć w surowych wnętrzach sądu arbitrażowego. Nick, doglądając budowy „Warlocka", przypominał, że wygląd okrętu ratowniczego jest nie mniej ważny niż parametry techniczne i dzielność morska. Dowódca statku, który potrzebuje pomocy, znajduje się zwykle w stanie wielkiego napięcia nerwowego. Jeśli swoje usługi oferują mu dwa holowniki równocześnie, taki oficer wybierze ten, który lepiej się prezentuje. „Warlock" wyglądał wspaniale; szedł przez zimny i ponury ocean jak niepokonany okręt wojenny. Rzecz w tym, aby pojawił się przed oczami kapitana „Adventurera", zanim ten dobije targu z „La Mouette". Nick nie mógł już dłużej wysiedzieć bezczynnie. Wykorzystał moment, gdy „Warlock" parł spokojniej w poprzek obniżenia pomiędzy falami, w paru susach doskoczył do aparatu Decca i przytrzymał się chromowanej poręczy Ponad nim. Wystukał dyspozycję na klawiaturze i po chwili odczytał pozycję okrętu, Podaną z dokładnością do dwudziestu pięciu metrów, dzięki namiarom, które Decca ściągnęła z satelity. Nick uderzył jeszcze parę razy w klawisze i z a?aratu wyszedł wydruk podający dystans pokonany przez „Warlocka" w ciągu ostatnich czterech godzin oraz przeciętną prędkość. Prychnął gniewnie. Przesunął się, aby popatrzeć na sternika. Przy pospiesznym przejściu przez to wzburzone morze żadne automatyczne urządzenie sterujące nie byłoby w stanie utrzymywać statku na kursie równie precyzyjnie jak wytrawny

18 sternik. Mógł on wprowadzać uprzedające korekty kierunku tuż przed wierzchołkiem fali, przed wychodzeniem ze strefy względnej ciszy w dolinie pomiędzy falami, czasem i w innych momentach. Dzięki temu uderzenia i odskoki mas wodnych nie powodowały takich wykrzywień linii posuwania się statku, jakie z pewnością wystąpiłyby przy kursie trzymanym sztywno. A to miało bezpośredni wpływ na rzecz najważniejszą, czyli czas. Nick przypatrywał się pracy sternika. Obserwował zachowanie się wielkiego kompasu po każdorazowym sforsowaniu fali. Po dziesięciu minutach był pewien, że sternik spisuje się bez zarzutu; „Warlock" trzyma kurs tak dokładnie, jak to tylko możliwe w tego typu warunkach. Telegraf maszynowy ustawiony na bezpieczne maksimum mocy, kurs prawidłowy, a jednak „Warlock" nie wyciągał tych paru węzłów więcej, na które Nick liczył, decydując się na wyścig z „La Mouette". Nick opierał wszystko na przewadze szybkości swojego holownika: dzieścia osiem węzłów wobec osiemnastu, którymi dysponował Francuz. A dwudziestu ośmiu węzłów nie mieli. Mimowolnie znowu zerknął na zachć Na bezkresnych przestrzeniach czarnych, złowrogich wód nie było ślą ludzkiej obecności. Nick chwycił mikrofon radiotelefonu. — Maszyna, proszę potwierdzić, czy idziemy pełną bezpieczną mocą. — Idziemy pełną bezpieczną mocą, kapitanie — beznamiętny głos starsze mechanika rozległ się wraz z hukiem następnej fali, spadającej na statek. Zalecana przez producenta tych gigantycznych silników dieslowskich pełna bezpieczna moc przewyższała znacznie ekonomiczną i rzeczywiście, spalali teraz ropę w potwornych ilościach. Pełna moc bezpieczna, na telegrafie maszynowym górna krawędź zielonego pola, nie był to jednak kres możliwości „Warlocka". Powyżej zielonego widniało bowiem jeszcze pole czerwone, oznaczające górne dwadzieścia procent mocy. Dłuższa praca sil-ników z taką maksymalną intensywnością mogła doprowadzić do ich trwałego uszkodzenia. Dlatego Nick wykorzystywał tylko osiemdziesiąt procent mocy, ale równocześnie chciał być pewien, że tak jak na mostku, tak i w maszynie jest to dokładnie ta wartość — górna krawędź zielonego pola. Wbił się ponownie w swoje siedzenie. Machinalnie sięgnął po papiero: nicę i zapalniczkę, ale po krótkim namyśle schował je do kieszeni. Od wyjści z Kapsztadu palił jedno cygaro za drugim, z krótką tylko przerwą. W ustach czuł niesmak. Za dużo nikotyny. Patrzył przed siebie i zastana1 się, dlaczego płyną tak wolno. Nagle zerwał się, a oczy błysnęły mu zielenią i gniewem. Skinął na trzeciego oficera, pełniącego wachtę pokładową, i przemknął przez mostek w stronę swojej kabiny. Był to wybieg; Nick w gruncie rzeczy wybierał się do maszyny, chciał jednak zejść tam niepostrzeżenie. Centrala maszynowni błyszczała nowoczesnością nie mniej niż mostek nawigacyjny. Od przedziału głównych silników napędowych oddzielała ją podwójna szklana ściana, wygłuszająca huk diesli. Na długim pulpicie jarzyły się czerwonym i zielonym światłem liczne wskaźniki cyfrowe. Widok za szybami robił wrażenie nawet na Nicku, który przecież projektował całą siłownię i nadzorował montaż wszystkich elementów. Dwa diesle Mirrlees wypełniały niemal całe, podobne nieco do jaskini, pomieszczenie, zostawiając tylko wąskie przejście pośrodku. Każdy był tak długi jak cztery samochody cadillac eldorado ustawione jeden za drugim i wysoki jak cztery takie auta ustawione jedno na drugim. Na szczycie obu trzydziestosześciocylindrowych kolosów poruszał się rytmicznie cały las trzpieni zaworów i końcówek korbowodów. Łączna moc silników wynosiła dwadzieścia dwa tysiące koni mechanicznych. Święta zasada obowiązująca wszystkich gości z kapitanem włącznie nakazywała uprzedzać starszego mechanika o wizytach w maszynowni. Nick świadomie złamał ten zwyczaj i po kryjomu wśliznął się do sterowni.

19 Vin Baker był pogrążony w rozmowie z jednym ze swoich elektryków. Obydwaj klęczeli w drzwiach otwartej stalowej szafy, wypełnionej plątaniną kolorowych kabli i mnóstwem tranzystorowych elementów. Nick dotarł do pulpitu sterowniczego, zanim starszy mechanik oderwał swoje kościste ciało od podłogi i odwrócił się. Kiedy Nick był zły, usta ściągały mu się w pojedynczą białą linię, a gęste, ciemne brwi niemal dotykały jedna drugiej ponad przenikliwą zielenią oczu i dużym, lekko haczykowatym nosem. — Oszukałeś mnie — powiedział najspokojniejszym głosem, nie zdradzając ani odrobinę swojej wściekłości. — Silniki dają tylko siedemdziesiąt procent mocy. Miało być osiemdziesiąt. — Według mojej instrukcji górna krawędź zielonego pola to jest właśnie siedemdziesiąt procent — odpalił Vin Baker. — Przy tak wzburzonym morzu nie puszczam moich silników na osiemdziesiąt procent. Wyszłyby chyba z tego statku na zewnątrz — przerwał i w tym momencie rufa wzniosła się gwałtownie do góry, zapewne na grzbiecie kolejnej fali. Sterownia maszynowa zadrżała od wzmożonej wibracji wynurzonych śrub. — No, posłuchaj człowieku, chcesz, żebym w takich warunkach forsował silniki? — Statek jest zbudowany na takie właśnie warunki. — Nic nie jest dobre na takie obciążenie. Nic nie może przetrwać na morzu. — Chcę, żebyś ustawił maszynę zgodnie z dyspozycją podaną z mostka — powiedział stanowczo Nick, wskazując na chromowaną dźwignię przy telegrafie maszynowym. — Nie obchodzi mnie, kiedy to zrobisz, byleby nie później niż za pięć sekund. — Wynoś się z mojej siłowni i zajmij się swoimi zabawkami. — W porządku — skinął Nick. — Zrobię to sam — i chwycił za dźwignię. — Trzymaj łapy z dala od moich maszyn! — ryknął Vin Baker, schylając się po wielki, stalowy klucz. — Jeżeli nie zostawisz silników w spokoju, rozkwaszę ci dziób, ty pieprzony, lodowaty Anglosasie. Nick, choć wściekły, o mało się nie roześmiał. „»Lodowaty« — pomyślał — to ciekawe..." — Ty głupia papugo australijska, opita bundabergiem — odpowiedział spokojnie. — Choćbym cię musiał najpierw zatłuc, przerzucimy się na osiemdziesiąt procent. Tym razem Vin Baker zerknął zaciekawiony przez swoje usmarowane okulary; w wymianie „grzeczności" kapitan radził sobie znakomicie. Vin rzucił ciężki klucz na podłogę, aż rozległ się brzęk. — Nie potrzebuję żelastwa. Gołymi rękami zrobię z ciebie mokrą plamę. To będzie zabawniejsze — obwieścił i zdjąwszy okulary z nosa, schował je do tylnej kieszeni, po czym podciągnął łokciami spodnie. Dopiero w tym momencie Nick spostrzegł, jak wysoki jest mechanik. Na ramionach prężyły mu się twarde mięśnie — świadectwo wielu lat ciężkiej pracy fizycznej. Zacisnął pięści, każdą o rozmiarach kowalskiego młota. Na knykciach pokazały się liczne szramy i blizny. Pochylił się nieco, przyjął postawę boksera i podskakiwał lekko na potężnych, długich nogach, chwytając rytm pląsów rozhuśtanego pokładu. Gdy tylko Nicholas dotknął chromowanej dźwigni mocy, Baker gdzieś z poziomu kolan wyprowadził pierwszy cios. Zrobił to tak szybko, że Nick ledwie zdążył się odchylić. Pięść nie trafiła w szczękę i musnęła tylko skórę tuż przy kąciku oka. Nick instynktownie skontrował Bakera pod pachę tak mocno, że zgrzytnęły mu zęby. Chiefowi oddech zamienił się w świst, ale machnął lewą ręką i uderzył Nicka w ramię. Koścista pięść odbiła się i dotarła do skroni. Choć był to tylko rykoszet, Nick poczuł się, jakby wsadził głowę pomiędzy zatrzaskiwane drzwi. Hucząca ciemność przed oczami. Runął do klinczu i chude, kościste ciało przeciwnika zamknął w niedźwiedzich objęciach czekając niecierpliwie, aż rozjaśni się ten gęsty, dudniący mrok.

20 Chief usiłował się wyswobodzić; zdumiewająca siła tkwiła w tym chudzielcu. Nick z najwyższym trudem utrzymał go w uścisku i, odzyskują widzenie, odgadł nagle, co nastąpi za chwilę. Na czole mechanika spod zmierzwionych, płowych włosów wychodziły pasemka białawych blizn. Ślady po wcześniejszych pojedynkach, które najwyraźniej chief rozstrzygał uderzając „z byka". Vin Baker zakołysał się do tyłu jak kobra, która spręża się przed atakiem, j rzucił się w przód, pochylając lekko głowę. Gdyby uderzył tak, jak chciał, Nick miałby złamany nos i wybite wszystkie zęby. Nick jednak również pochylił głowę i dwie czaszki spotkały się z trzaskiem, jak gdyby złamał się konar potężnego dębu. Zderzenie rozerwało chwyt Nicka i obydwaj potoczyli się w przeciwne strony po rozchwianym pokładzie. Vin Baker skowyczał jak pies do księżyca i trzymał się za głowę. — Walcz uczciwie, ty pieprzony Angolu — wrzeszczał spod stalowych szafek przy tylnej ścianie pomieszczenia. Zdumiony elektryk ze strachu schował się pod pulpit sterowniczy, rzucając na podłogę narzędzia. Vin Baker nie ruszał się przez dłuższą chwilę, dochodząc do siebie. Wreszcie, gdy „Warlock" przebił się przez grzbiet kolejnej fali, chief wystartował w dół przechylonego pokładu, ustawiając ponownie głowę do uderzenia niczym nacierający baran. Chciał połamać Nickowi żebra. Nick zachował się jak wytrawny specjalista od poskramiania narowistych zwierząt. Gdy Baker był w połowie sterowni, Nick zarzucił mu ramię na szyję i przycisnął głowę jeszcze bardziej do dołu. W tym splocie, rozpędzając się coraz bardziej po pochyłym pokładzie, dotarli do ściany. Głowa Vin Bakera grzmotnęła w pancerne szkło z siłą nadaną jej przez dwa męskie ciała. Starszy mechanik zwinął się z bólu, gdy Angel wbił mu igłę obok paskudnej rany na głowie. Kucharz unieruchomił go wielkim, owłosionym ramieniem. — Spokojnie, kochasiu — Angel przepchnął igłę i połączył szwem czerwone, zakrwawione brzegi rany. — Gdzie on jest, gdzie ten sukinsyn? — wymamrotał chief. — To wszystko już skończone, chief — powiedział łagodnie Angel. — Masz szczęście, że trzasnął cię głową. Mogło być gorzej — i założył następny szew. Mechanik wykrzywił się jeszcze bardziej, gdy Angel ściągnął szwy mocniej i zawiązał nić. — Próbował się wtrącać do moich maszyn. Dałem sukinsynowi nauczkę. — Napędziłeś mu strachu — przytaknął słodziutko Angel. — A teraz wypij to i leż grzecznie. Masz się nie ruszać z tej koi przez dwanaście godzin. Mogę tu wpaść i wepchnąć cię z powrotem, jeśli wstaniesz. — Wracam do maszyny — oświadczył chief i świsnął, przełykając miksturę na palonym spirytusie. Angel zostawił go i podszedł do telefonu. Mówił coś szybko do słuchawki. Chief zgramolił się z koi, a do kabiny wszedł Nick Berg i powiedział: — Dziękuję ci, Angel. Kucharz wyszedł z kabiny i zostawił ich obu stojących naprzeciw siebie. Chief otwarł usta, żeby warknąć na Nicka. — Jules Levoisin na „La Mouette" zyskał nad nami pewnie pięćset mil przewagi dzięki temu, że ty odstawiasz primadonnę. — Nick mówił spokojnie, a Vin Baker stał z otwartymi ustami, z których nie wydobywał się jednak żaden dźwięk. — Zbudowałem ten statek, żeby płynął szybko i dzielnie w takim właśnie wyścigu, a teraz ty próbujesz zrobić wszystko, żeby pieniądze przeszły nam koło nosa. Nick odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę schodów wiodących na pokład nawigacyjny. Usiadł w swoim fotelu na mostku i ostrożnie dotknął palcem wielkiego, czerwonego guza na

21 czole. Czuł taki ból jakby miał główę obwiązaną liną i węzeł zaciśnięty z ogromną siłą. Myślał o zejściu do kabiny i zażyciu środka przeciwbólowego, ale nie chciał opuszczać mostka, zanim zadzwoni telefon. Zapalił następne cygaro. Smakowało jak smołowana lina. Wrzucił je do popielniczki i w tym momencie rozległ się pojedynczy dzwonek. — Mostek, tu maszyna. — Słucham, chief. — Mamy osiemdziesiąt procent. Nick nie odpowiedział. Wyczuł pod nogami zmianę wibracji i zwiększoną siłę naporu kadłuba na wody oceanu. — Nikt mi nie powiedział, że „La Mouette" idzie z drugiej strony. Nie ma mowy, żeby ten pieprzony żabojad dotarł na miejsce przed nami — oświadczył buńczucznie Vin Baker, po czym zapadła cisza. Ale coś jeszcze musiało być powiedziane, więc dodał: — Założę się — zaproponował — możesz postawić funta przeciw kangurzej kupie, że nie wiesz, jak się w Australii mówi na papugę i nigdy w życiu nie próbowałeś rumu bundaberg. Nick stwierdził, że się uśmiecha, pomimo bólu rozsadzającego głowę. — Pi-jen-knie — wyskandował, naśladując najstaranniej tę osobliwa, trójsylabową manierę australijską i starając się bardzo, aby chief po drugij stronie nie usłyszał śmiechu w jego głosie. — Przepraszam, że pana budzę, ale są nowe wiadomości z „Goldfi Adventurera" — usprawiedliwiał się David Allen. — Już idę — wymamrotał Nick i spuścił nogi z koi. Spał jak zabity potrzebował tylko paru sekund, by całkowicie otrząsnąć się ze snu. To umiejętność starego oficera wachtowego. Wszedł do łazienki i ze czterdzieści sekund poświęcił na mycie twarzy i czesanie zmierzwionych włosów. Wyczuwał pod palcami ostry zarost na brodzie i policzkach, z ubolewaniem stwierdził, że nie ma czasu na golenie. Tym razem odstąpił więc od zasady, iż trzeba wyglądać przyzwoicie w świecie, w którym jak cię widzą, tak cię piszą. Wchodząc na mostek nawigacyjny natychmiast zauważył, że wzrosła prędkość wiatru. Oceniał ją na sześć w skali Beauforta. Uderzenia spadające na „Warlocka" były teraz dużo silniejsze. Ciepły mostek o stonowanym oświetleniu wydawał się zaciszną kapsułą, wokół której szalały wściekłe żywioły. Trog tkwił przyklejony do swojej aparatury; szary, pomarszczony, nie znający potrzeby snu. Tylko na ułamek sekundy zwrócił głowę ku Nictowi, podając mu depeszę, którą Decca zdołała już zdekodować. Kapitan m/s „Golden Adventurer" do centrali Christy. Silniki główne nadal nie pracują. Prąd spycha nas w kierunku wschodnim z prędkością, ośmiu węzłów. Wiatr północno-za- chodni. Sita wiatru wzrosła do sześciu. Statek krytycznie zagrożony przez lód. Jakiej pomocy mogę oczekiwać? A więc zaszła gwałtowna zmiana w położeniu liniowca. W końcowym pytaniu pobrzmiewała już panika. Nick zrozumiał jej przyczynę, gdy określił na mapie nowe położenie statku. — Prąd i wiatr pchają „Adventurera" w tym samym kierunku — zamruczał David, studiując mapę. — Wyrzucą go niebawem na ląd. — Wskazał palcem poszarpaną krawędź Ziemi Coatsów. — W tej chwili jest osiemdziesiąt mil od brzegu. Dryfując w takim tempie, dotrze tam już po dziesięciu godzinach. — Jeżeli wcześniej nie zderzy się z górą lodową — dodał Nick. — Tak, to też jedna z miłych ewentualności — zgodził się David odchodząc od mapy. — Kiedy my tam dopłyniemy?

22 — Potrzebujemy czterdziestu godzin, panie kapitanie — David zawahał Sl? i odrzucił z czoła białozłoty pukiel gęstych włosów. — Jeżeli utrzymamy prędkość również po wejściu w strefę lodu. Nick powrócił do swego fotela. Chętnie pochodziłby tam i z powrotem po mostku, aby choć trochę dać upust nagromadzonej energii. Poruszanie się przy tym rozszalałym morzu było jednak nie tylko trudne, ale również ogromnie niebezpieczne. Usiadł więc i wpatrywał się w wyjącą, czarną noc. Myślał o strasznym położeniu kapitana liniowca. Jego statek, załoga i pasażerowie — wszystko było w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Ile osób może stracić życie? Nick przypomniał sobie parę liczb. Załoga „Golden Adventurera" wraz z oficerami liczyła dwieście trzydzieści pięć osób. Do tego trzysta siedemdziesiąt pięć miejsc pasażerskich. W sumie jest więc zagrożonych może i więcej niż sześćset istnień ludzkich. W wypadku zatonięcia statku wycieczkowego „Warlock" mógłby mieć kłopoty z zabraniem na pokład takiej rzeszy rozbitków. — Cóż, kapitanie — odezwał się David Allen, jakby czytając w myślach Nicka. — Oni wybrali się na poszukiwanie przygód. Nie wydali pieniędzy na darmo. — Większość z nich jest pewnie w starszym wieku — zauważył Nick kiwając głową. — Koja na takiej wycieczce kosztuje fortunę. Najczęściej dopiero w późnym wieku ma się takie zasoby. Jeżeli statek się rozbije, będą ofiary. — Proszę wybaczyć moją uwagę — David zawahał się i zarumienił po raz pierwszy od wyjścia z portu — ale gdyby kapitan wycieczkowca wiedział, że spieszymy mu na pomoc, mogłoby go to powstrzymać od podjęcia jakichś nierozważnych, desperackich decyzji. Nick milczał. Pierwszy, oczywiście, miał rację. To było okrutne; pozostawiać ich w rozpaczy, w przekonaniu, że są zupełnie sami wśród tych strasznych lodów. Kapitan „Adventurera" mógł wpaść w panikę, co na pewno nie nastąpiłoby, gdyby wiedział, jak blisko jest pomoc. — Temperatura powietrza wynosi tam minus pięć stopni, co przy wietrze dochodzącym do trzydziestu mil na godzinę oznacza niebezpieczeństwo śmierci na skutek wyziębienia organizmu. Jeżeli w takich warunkach zejdą do łodzi ratunkowych... — telefon Troga przerwał Davidowi. — Jest odpowiedź właściciela do „Adventurera". Była to długa depesza od Christy Marinę do kapitana. Pokrzepiali go mniej więcej tak, jak lekarz mówiący do chorego z zaawansowanym rakiem. Jedno zdanie miało jednak znaczenie dla Nicka: „Podejmuje się wszelkie wysiłki dla nawiązania kontaktu z jednostkami ratowniczymi, operującymi na południowym Atlantyku." David Allen patrzył z oczekiwaniem. Ludzka przyzwoitość nakazuje zrobić. Powiedzieć im, że pomoc jest już tylko o osiemset mil i szybko sj zbliża. Napięcie narastało. Nick zerwał się niespokojny i zły. Ostrożnie przeszed po tańczącym mostku do prawego skrzydła. Odsunął drzwi i wyszedł nj zewnątrz w szalejącą wichurę. Lodowate powietrze odebrało mu na momen zdolność oddychania. Ruszał ustami jak człowiek tonący. Poczuł, że z wypływają mu łzy, które wiatr natychmiast rozrywa na drobinki i zamienia w ostry jak stalowe igły lód. Powoli wciągnął powietrze do płuc. Miał wrażenie, że nozdrza płoną mu od zapachu lodu. Był to ten ociekający wilgocią zapach, nie do pomylenia, który zapamiętał tak dobrze na północnych morzach arktycznych. Coś jak wyczuwane powonieniem cielsko gigantycznego, morskiego gada — martwiała od tego dusza marynarza. Wytrzymał jeszcze tylko parę sekund na tym wściekłym wietrze, a gdy powrócił do zacisznej, rozjaśnionej zielonkawym światłem sterowni, miał klarowniejszy umysł i myślał z chłodną sprawnością. — Panie Allen, mamy przed sobą lód.

23 — Obserwuję go na radarze, panie kapitanie. — Bardzo dobrze — skinął Nick — zredukujemy jednak moc o pięćdziesiąt procent. — Po krótkim wahaniu dodał jeszcze: — Proszę zachować ciszę radiową. To była trudna decyzja i Nick, zanim odwrócił się, by podać do maszyny polecenie zmniejszenia mocy, napotkał oskarżające oczy Davida Allena. Poczuł nagłą i niezwyczajną potrzebę wytłumaczenia się; chyba potrzebował zrozumienia i współczucia swojego oficera. Równie nagle uznał to jednak za oznakę słabości. Nigdy dotąd nie oczekiwał współczucia, nie chce go i teraz. Decyzja o utrzymaniu ciszy radiowej była słuszna. Miał do czynienia z dwoma twardzielami. Wiedział, że nie może oddać Julesowi Levoisinowi ani cala. Niech ujawni się w eterze jako pierwszy. Nickowi da to przewagę. Drugim człowiekiem, z którym miał do czynienia, był Duncan Alexander, pełen nienawiści, niebezpieczny i bezwzględny. Kiedyś już próbował zniszczyć Nicka i być może mu się to udało. Nick musi być teraz czujny. Trzeba starannie wybrać moment podjęcia negocjacji z Christy Marinę, z Duncanem siedzącym na jego dawnym miejscu. Nick musi być w takiej chwili w położeniu dającym mu nadzwyczajną siłę. Jules Levoisin ujawni się pierwszy, koniecznie, zadecydował Nick. Ka-pitan „Golden Adventurera" musi jeszcze przez pewien czas pozostawać w męce zwątpienia. Nick pocieszał się, że jakakolwiek drastyczna zmiana w położeniu liniowca lub decyzja o opuszczeniu statku i zejściu do łodzi ratunkowych byłaby natychmiast wiadoma z komunikatów radiowych, co dawałoby mu szansę interwencji. Nick już chciał nakazać Trogowi szczególnie uważną obserwację kanału szesnastego, na którym powinna się pojawić pierwsza transmisja z „La Mou-ette", ale powstrzymał się. To była jeszcze jedna rzecz, której nigdy nie robił -nie wydawał zbędnych poleceń. Siwą głowę Troga spowijały grube kręgi tyniu z cygar, a on sam pochylał się ku swojej aparaturze i muskał ją czułymi palcami kochanka, dostrajając do odpowiednich częstotliwości. Jego małe oczy jaśniały i niczym u prastarego żółwia morskiego nigdy nie było w nich senności. Nick usadowił się w fotelu, by przeczekać parę pozostałych godzin krótkiej, antarktycznej nocy. Na ekranie radaru, ponad zamętem sztormu, pojawiały się obce i dziwaczne cyple i przylądki, nie występujące na mapach Admiralicji. Pomiędzy tymi osobliwymi masywami mrugały miriady jasnych jak robaczki świętojańskie punkcików, z których każdy mógł być odbiciem nieszczęsnego statku, ale... nie był. Kiedy „Warlock" wsuwał się ostrożnie w to zaklęte morze, świt, który nigdy nie był zbyt daleko za horyzontem, zarumienił się, bojaźliwy niczym panna młoda, wystrojony w złocistości i róże, rozmnożone w odbiciach na ścianach lodowych gór. Przestrzeń przed nimi, aż po widnokrąg, obfitowała w bryły lodowe wszelkich rozmiarów. Niektóre nie były większe od stołu bilardowego; obijały się i skrobały o burty „Warlocka", a potem tańczyły w jego kilwaterze. Inne znów, jak fantastyczne budowle wyciosane w dziurawym, białym lodzie, miały wielkość kamienicy. — Biały lód to miękki lód — zamruczał Nick do Davida Allena i zaraz zamilkł. Nie było potrzebne takie inicjowanie rozmów, bo zachęcały do poufałości. Toteż zanim pierwszy oficer zdążył odpowiedzieć, Nick odwrócił się do radaru i włożywszy głowę pod kapturzastą osłonę, przez minutę studiował sylwetki otaczających lodów, po czym wrócił na fotel i wpatrywał się niecierpliwie przed siebie. „Warlock" szedł za szybko. Kapitan wiedział o tym i tu, wśród lodów, liczył na czujność swoich oficerów pokładowych, lecz wobec jego kipiącej niecierpliwości prędkość była zbyt mała.

24 Nad horyzontem wyłoniło się coś podobnego do wielkiego lądu: nieprzerwany klif wysokości sześćdziesięciu metrów, wystrojony przez niskie słońce w szmaragdy i ametysty. Dryfująca płyta lodowa o długości czterdziestu mil. Gdy podchodzili do tej potężnej, świetlistej wyspy, kolory stawały się, coraz bardziej widmowo piękne. W urwiste ściany wcinały się niezliczone zatoki, w głębi szczelin biegnących od góry do dołu tkwił ciemny szafir, lamowany zielenią w tysiącach odcieni. — Boże, jak pięknie! — powiedział David Allen z czcią człowieka padającego w katedrze na kolana. Patrzył na lodowe zerwy, pałające gdzie nie gdzie najczystszym błękitem. Od nawietrznej wielkie bałwany roztrzaskiwały się o lodową ścianę, strzelając białymi fontannami. Góra lodowa znosiła to wszystko niewzruszona. — Ależ to fantastyczny parawan — wskazał David Allen. — Można by za nim wytrzymać nawet dwanaście w skali Beauforta. Po zawietrznej stronie lodowego masywu zielone, potulne fale obmywały błękitne zakamarki klifów i „Warlock" szedł w to zacisze, pełne zdumiewającego spokoju górskiego jeziora. Angel wykorzystał okazję i pojawił się z tacą wypieczonych na brązowo, kornwalijskich przysmaków i z dymiącymi kubkami kakao. Jedli więc śniadanie o trzeciej nad ranem, zauroczeni delikatnym światłem bladego słońca j niewiarygodnym pięknem lodowych turni. Młodsi oficerowie pokrzykiwali z radości na widok pięciu czarnych orek, które podpłynęły tak blisko, że można było podziwiać ich śnieżnobiałe płaty boczne i zęby. Wielkie ssaki okrążały holownik, a następnie dawały nura pod kadłub, po czym wyłaniały się po przeciwnej stronie, tnąc fale wysokimi, trójkątnymi płetwami grzbietowymi, wydmuchując z nozdrzy powietrze o rybim odorze, który dał się wyczuć aż na mostku. Orki zniknęły, „Warlock" zaś sunął równo przez zakątek spokoju w cieniu lodów niczym niedzielny statek wycieczkowy. Nicholas Berg nie przyłączył się do tej spontanicznej wesołości. Chrupał jeden z nafaszerowanych mięsem, ociekających od sosu specjałów Angela, ale skurcz żołądka nie pozwolił go skończyć. Złościł go dobry humor oficerów. Śmiech drażnił w sytuacji, gdy życie wisiało na włosku. Walczył z pokusą powiedzenia im paru ostrych słów; w jednej chwili mógł zwarzyć nastrój. Słuchając beztroskiego przekomarzania się podkomendnych, wydawał się sobie dostatecznie stary, by być ich ojcem. Niecierpliwili go, irytowali, bo potrafili się śmiać, gdy stawka była tak wysoka — życie sześciuset ludzi, wielki statek, dziesiątki milionów dolarów, no i cała jego przyszłość. Skąd mogli znać to uczucie; rzut monetą decydujący o dorobku życia. I nagle, ni stąd, ni zowąd, zaczął im zazdrościć. Nie mógł zrozumieć tej zaskakującej potrzeby, pojąć pragnienia, by śmiać się razem z nimi, wspólnie przeżywać ten czas, na krótką chwilę zdjąć z siebie ciężar odpowiedzialności. Przez piętnaście lat nie znał potrzeby pauzy, nigdy Jej nie chciał. Podniósł się gwałtownie i natychmiast na mostku zapanowała cisza. Każdy oficer skupił się na swoich powinnościach, żaden nie patrzył za nim, gdy wolno kroczył po obszernym pomieszczeniu. Nie potrzebował więc ani jed-nego słowa, by zmienić atmosferę na statku; poczuł się winny. To było zbyt łatwe, zbyt tanie. Zebrał się w sobie, zdusił wszelką słabość, przywołał wolę i determinację, skoncentrował się na herkulesowej pracy, która go czekała. Przystanął w drzwiach kabiny radiowej. Z Trogiem, siedzącym nad aparaturą, wymienili tylko spojrzenia — ci dwaj mężczyźni, całkowicie oddani swoim obowiązkom, nie mieli czasu na błahostki. Nick skinął i przesunął się dalej, jego regularna, surowa twarz pełna była stanowczości, a kroki odmierzane pewnie. Kiedy jednak stanął obok bocznych okien na mostku i popatrzył na majestatyczne lodowe ściany, poczuł przypływ zwątpienia.

25 Ileż spraw musiał poświęcić dla tego, co osiągnął... Ile radości i zabaw odtrącił, aby sprostać wielkim wyzwaniom. Ile piękna mijał, nie mając czasu, by je dostrzec, ile miłości, ciepła i przyjaźni? Z dojmującym bólem myślał o kobiecie, która była jego żoną i która odeszła z jego synkiem. Dlaczego odeszli, z czym go zostawili, i to po wszystkich jego staraniach? Radio zatrzeszczało i mruknęło za nim na kanale szesnastym, następnie zabrzmiało wyższym tonem i dał się słyszeć wyraźny głos: Mayday. Mayday. Mayday Tu „Golden Adventurer". Nick zakręcił się i wbiegł do kabiny radiowej, gdzie rozlegał się spokojny, męski głos, odczytujący współrzędne i dalszą część komunikatu: W każdej chwili statek może ulec rozbiciu. Rozpoczęto przygotowania do opuszczenia statku. Wzywamy pomocy. Powtarzam; kto może udzielić nam pomocy? — Dobry Boże! — w głosie Davida Allena brzmiało przerażenie. — Prąd spycha ich na Cape Alarm z prędkością dziewięciu węzłów, do brzegu zostało im pięćdziesiąt mil, a nam do nich dwieście dwadzieścia. — Gdzie jest „La Mouette"? — ryknął Nick Berg. — Gdzie ona jest, do diabła? — Musimy się odezwać, panie kapitanie — powiedział David znad mapy. — Nie można pozwolić, by zeszli do szalup, nie w taką pogodę, panie kapitanie. To byłoby morderstwo. — Dziękuję panu, pierwszy — cicho odparł Nick. — Pańskie uwagi są zawsze mile widziane. — David zaczerwienił się, ale pod tym rumieńcem nie krył się gniew ani zmieszanie. Nawet w tak pełnej napięcia chwili Nick spostrzegł to. Pomyślał, że jego pierwszy oficer nie tylko ma głowę, ale i charakter. Oczywiście, David miał rację; jedyne ważne w tym momencie pytanie to — jak uratować tych ludzi? Nick popatrzył na lodowy masyw i ujrzał chmurę u jego górnej krawędzi. Opadała jak kipiące mleko. Teraz musiał się odezwać. „La Mouette" wygrała konkurs milczenia. Nick spoglądał na chmurę i układał treść depeszy. Musi wesprzeć kapitana, wymóc na nim odłożenie decyzji o opuszczeniu statku, żeby „Warlock" miał czas na dojście. Może zdąży, zanim uderzą o skały Cape Alarm. Ciszę panującą na mostku potęgował brak wiatru. Wszyscy patrzyli na Nicka, czekając na jego decyzję. Słychać było tylko trzaski, buczenie i szumy radia, ustawionego na kanał szesnasty — częstotliwość bezpieczeństwa. Nagle mostek wypełnił głos o silnej, obcej wymowie. Nick, choć tyle lat minęło, natychmiast rozpoznał tę bardzo francuską angielszczyznę. Kapitan holownika ratowniczego „La Mouette" do kapitana „Golden Adventurer". Idziemy na pomoc z maksymalną prędkością. Czy akceptuje pan otwarty kontrakt Lloyda „No cure no pay"? Twarz Nicka nie zdradzała żadnych emocji, ale serce tłukło mu wściekle. Jules Levoisin przerwał milczenie. " — Nanieść pozycję, którą podali — powiedział cicho. — O rany! Oni są bliżej niż my — David był wyraźnie zaskoczony, oznaczając na mapie położenie .,La Mouette''. — O sto mil. — Nie — potrząsnął głową Nick. — Levoisin kłamie. — Pan kapitan...? — On kłamie. Zawsze kłamie. — Nick zapalił cygaro i zwrócił się do Troga. — Masz miejsce, skąd nadawał? — Mam tylko jedną współrzędną, nie można określić pozycji...